a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Królewski Trakt



 

 Królewski Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Królewski Trakt   Pon Maj 19, 2014 1:59 pm

Droga wiodąca prosto z Królewskiej Przystani aż do Końca Burzy. Biegnie przez Królewski Las oraz Spiżową Bramę, omijając góry Południa od wschodu. Jeździec może przebyć ten odcinek w trzy dni, nie męcząc zbytnio swego wierzchowca, choć znajdzie niewiele czasu na odpoczynek w przydrożnych karczmach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Pon Maj 19, 2014 2:00 pm

/ Królewska Przystań

Baratheon poruszył się niespokojnie w siodle i popatrzył spod przymrużonych powiek na kilka ptaków krążących nad wielką, płaską równiną, jedynie gdzieniegdzie poprzetykaną rachitycznymi drzewkami, ugiętymi pod silnymi uderzeniami wichrów. Koń zaparskał cicho i poruszył nerwowo łbem, wyrywając Orysa z zamyślenia. Dziedzic Burzy na wierzchowca złym wzrokiem. Umiał jeździć w siodle. Całkiem nieźle, ale nie chciał mieć do czynienia z końmi. Przeklęte, głupie, wielkie bestie. Cuchnęły paskudnie. Potrafiły poruszać się szybko, ale potrzebowały zbyt dużo jedzenia i wody. Można je było dostrzec i usłyszeć z odległości wielu mil. Zostawiały po sobie wyraźne, duże ślady. Inaczej było ze statkami, zupełnie inaczej… nawet polegać na nich było po prostu bezpieczniej. Jeśli zawodził wiatr - można było użyć wioseł. I zawsze miało się pewność, że galera nie ucieknie spłoszona szelestem w krzakach. Na domiar złego z jazdą konną wiązała się cała gama dolegliwości. Dla przykładu, od trzydniowej jazdy Baratheona bolał go tyłek. Uda miał obtarte, nozdrza wypełniała woń końskiego potu. Nie mógł się usadowić wygodnie, tak aby nie uciskały go genitalia. Ciągle były zgniecione, choć co chwila wsuwał dłoń pod pas i przesuwał je na bok. Wyprawa jak zwykle musiała okazać się pełna niedogodności, nawet tak błahych jak brak odpowiedniego towarzysza do rozmowy. Podczas wędrówek, jeszcze za pacholęcia, Orys zwykł rozmawiać. Kiedy był chłopcem, rozmawiał z ojcem. Kiedy był młodym człowiekiem, rozmawiał z przyjaciółmi. Kiedy wyjeżdżał z Aylwardem, to rozmawiał z nim przez cały dzień, gdyż w owym czasie byli sobie bliscy tak, jak winni być bliscy bracia, bez domieszki niezdrowej rywalizacji, która w dzisiejszych czasach im towarzyszy. Dialog pozwalał zapominać o pęcherzach pokrywających stopy albo o pustym brzuchu, albo o wiecznym i przeklętym zimnie, albo o tym, kto został wczoraj zabity.
Koniec Burzy z każdą kolejną milą nieuchronnie się zbliżał - Królewski Trakt już dawno opuścił wyżynne tereny i wiódł ku nizinom położonym nad Zatoką Rozbitków. Złoty dym z palonego drewna ciężko wisiał nad zżętą przez chłopów pszenicą, a ziemia jeżyła się rżyskiem niczym łysiejąca staruszka. Trzy pierzaste stworzenia zacisnęły pazury na uschniętej gałęzi gruszy rosnącej przy drodze i spoglądały na wędrowców oczami jak czarne paciorki. Siewka ze złotymi plamkami, dzierzba z ostrym dziobem oraz kościsty gawron o czarnym obliczu uchwyciły się zielonego pnia, stawiając opór wiejącemu znad morza wiatrowi. Baratheon wciągnął cicho powietrze do płuc, odczuwając irracjonalną radość na samą myśl o Końcu Burzy. Wiedział, że nie dalej niż za kilka mil rodowa twierdza zamajaczy ponuro na tle bezchmurnego nieba i z chwili na chwilę będzie przybliżać się coraz bardziej, nabierając ostrych konturów - zaraz też w powietrze wyskoczy olbrzymia wieża przywodząca na myśl zaciśniętą pięść odzianą w rycerską rękawicę, a kurtynowy mur będzie otulał ukryty za nim zamek, chroniąc mieszkańców przez podmuchami wiatru. Orys nawet nie zauważył, gdy popędził konia, odmierzając niespokojnie czas, jaki dzieli go przed przybyciem do Końca Burzy.

/ Koniec Burzy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Czw Maj 22, 2014 10:38 am

/Koniec Burzy - Ivory, Orys i Derek

Noc była bezchmurna i ciepła. Gwiazdy lśniły niczym okruchy diamentów rozsypane na ciemnym aksamicie nieba, a księżycowy blask wskazywał drogę jeźdźcom podążającym Królewskim Traktem. Jechali bez ustanku przez całą noc, nawet kiedy nad horyzontem pojawiła się jasna łuna niby nimb świętości świata, nie zatrzymali się choćby na chwilę. Błękit strącił gwiazdy w nicość, a słońce leniwie wychylało się znad horyzontu, zwiastując nowy dzień. Kolejny dzień jazdy, nikt bowiem nie zarządził postoju, a słońce dalej wznosiło się na niebie. Mimo to Ivory Martell nie czuła się zmęczona. Im dalej od Końca Burzy, tym lepiej, choć jednocześnie... gorzej. Istniał bowiem na świecie ta­ki rodzaj smut­ku, które­go nie można wy­razić łza­mi. Nie można go ni­komu wytłumaczyć. Nie mogąc przyb­rać żad­ne­go kształtu, osiada cias­no na dnie ser­ca jak piasek pod­czas bez­wiet­rznej nocy. Tam gdzieś dalej więzili jej brata, na co przystał Edric, tym samym powołując do życia w Ivory coś nowego. Gniewną iskrę, którą dostrzegał każdy jeździec na nią patrzący. Kilku śmiało się doń odezwać, lecz Dornijka nie słuchała. Wydawała się być pogrążona w bezkresnym oceanie własnych myśli, lecz w siodle trzymała się pewnie. Jakże mogłoby być inaczej? Dorne słynęło ze swych piaskowych wierzchowców, a ludzie tam wydawali się rodzić w siodle. Klacz, którą jej użyczono, nie mogła się równać z Sahirem, w pewnych momentach bywała krnąbrna, może czując, że dosiada jej wróg, lecz dornijska księżniczka zdawała się umieć nad nią zapanować i jechać dalej z dumnie uniesioną brodą, mimo bólu pleców i zdrętwiałych ud od damskiego siodła.
Słońce zawisło w końcu nad ich głowami najwyżej, jak tylko było w stanie, a dzień robił się coraz gorętszy. Dla mężczyzn wokół dornijskiej księżniczki mogło być to południe wyjątkowo upalne, wiatr bowiem zdawał się zapomnieć o Ziemiach Burzy, jednakże cóż oni mogli wiedzieć o najprawdziwszym upale? O upale, kiedy okrutny żar leje się z nieba, wyciskając z człowieka siódme poty, wysuszając wargi i myśli. Wszystkie krążą wokół jednego: pić, pić, pić; gdy piach pod stopami parzy i chrzęści, a fale weń uderzające są ciepłe i nie przynoszą ukojenia. Dornijczycy przywdziewają wtedy biel i osłaniają głowy, aby nie stracić jasności myślenia. Gorąc bowiem miłuje się w płataniu figli strudzonym wędrowcom, uwielbia ukazywać im złudzenia wśród piaskowych wydm. Upał tego dnia nie mógł równać się z dornijskim, był jedynie przyjemną namiastką. Ivory Martell z przyjemnością zrzuciła kaptur płaszcza, aby wystawić twarz do słońca. Jeszcze przed kilkoma tygodniami, nim została porwana i uwięziona, ją samą zwano Słońcem. Rzucała bowiem radosny blask na każdego, kto znalazł się blisko, nie pozwalając pogrążać się w smutku i nudzie. Teraz jednak oblicze dornijskiej księżniczki było pochmurne i pełne nostalgii. Myśli o gwiazdach i psotach z Nishą Vaith zostały zastąpione rozpaczą. Gorączkowym rozmyślaniem o losie Trystane oraz jej własnym. Z każdą bowiem milą zbliżała się do swego przeznaczenia, a kiedy ta myśl przemykała jej przez głowę, zamykała oczy i uspokajała oddech. Nawet do Dorne dochodziły plotki o gwałtowności i czynach drugiego syna Jaehaerysa II. Nierzadko były to wieści trwożące, jednakże wszystko wydawało się tak odległe, iż księżniczka nie trwoniła czasu na rozmyślanie o tym, prędko zapominała. Teraz próbowała przywołać w myślach wszystko, co oń mówiono, lecz przychodziło jej to z trudem. Serce kołatało niespokojnie, a palce zaczynały drżeć na myśl o tym, że za mniej niźli dwa tygodnie zostanie jego żoną. W miejscu, gdzie prawo było inne i kobietom nieprzychylne.
Niezachwiani, nieugięci, niezłomni, siostrzyczko. Żaden Targaryen tego nie zmieni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Sob Maj 24, 2014 7:09 pm

Musieli jechać bez wytchnienia, jeśli mieli nadzieję na pojawienie się na cholernym weselu przed czasem na tyle, by nie robić wokół siebie zbytniej afery. Derek domyślał się, gdzie mógł zmierzać Orys, ale wolał go o to nie pytać. Dornijka miała uszy i język, a to była, oprócz osobistego uroku, najgroźniejsza broń kobiety. Dziedzic pewnie wkrótce napisze list do swego pana ojca i wtedy wszystko będzie wiadome.
Słońce zdążyło już wstać, a droga przed nimi nie była tak daleka, jak wcześniej. Czuł, że niebawem znajdą się w Królewskiej Przystani. I co wtedy? Ma tam zostać? Zastanawiał się, prawdę mówiąc, jak zostanie przyjęty. Nie przyjechał lord, lady być może miała dołączyć, choć patrząc na stan stryja, było to wątpliwe, nie przyjechał ani dziedzic, ani żaden z dwóch synów... Był tylko kuzyn o bękarciej urodzie. Czy potraktują to jako zniewagę? Mógł próbować wytłumaczyć pewne sprawy. Żałował, że nie było wraz z nim Allyi, która z pewnością uratowałaby sytuację. A może wcale nie, w końcu była nieprzewidywalna. Miał jednak nadzieję, że całe odium z powodu nieobecności jego kuzynostwa nie spadnie na niego. Tak się zdarzało.
Wciąż jechał za Martellówną. Gorąc koło południa stał się nie do zniesienia. To oznaczało, że będą musieli częściej przystawać, by napoić konie. Dobrze, że po drodze udało im się odnaleźć studnię, z której dało radę zaczerpnąć wody. Derek zsiadł i pomógł też opuścić siodło Dornijce.
- Zostaniemy tu tylko chwilę - powiedział, podając jej manierkę z wodą. - Pij.
Nie musiał mówić zbyt dużo. Nie od tego tu był. Zajął się Demetriusem, który wyglądał na dość zmęczonego tym upałem. Chyba wszyscy byli nim zmęczeni...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Nie Maj 25, 2014 12:43 pm

Baratheon podrzucił w dłoni dwie małe kostki, lśniące ponurą czernią w słońcu przebijającym się przez listowie i złapał je w locie, zaciskając mocno pięść na obłych krawędziach. Dopiero po dłuższej chwili odważył się spojrzeć na wynik rzutu, poluźniając uścisk i rochylając palce.
Dwa białe oczka. Dwie dwójki. Dwa razy dwa to cztery. Dwa plus dwa to cztery. Dodaj lub przemnóż przez siebie liczbę oczek, a otrzymasz ten sam wynik. Ta myśl sprawiała, że Orys poczuł się bezradny. Bezradny, ale spokojny. Wszyscy próbują coś osiągnąć, lecz niezależnie od tego, co robią, skutek zawsze jest ten sam. Kości wiele nas uczą, jeśli wiemy, jak odczytywać ich lekcje.
Jeźdźcy po opuszczeniu Końca Burzy podzieliła się na dwie grupy. W pierwszej, niekoniecznie obok siebie, podróżował Derek wraz z Ivory Martell i choć przez całą drogę utrzymywali od siebie odległość na tyle dużą, na jaką tylko pozwalała na to kolumna jeźdźców, nie obyło się bez kilku gniewnych spojrzeń. W drugiej grupie, podążającej dobre pół mili za pierwszą, jechał Orys. Nocą, zarówno on jak i tuzin towarzyszących mu ludzi, stanowili nieprzyjemne uosobienie tego, przed czym septy ostrzegały swe wychowanki - milczące, czarne sylwetki na tle ciemnego nocnego nieba nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Baratheon widział wiele dowodów na to, że łączenie się w pary stanowi część ludzkiej natury… cóż, w przypadku wszystkich oprócz niego. Przez całą drogę pozostawał samotny, skryty w cieniu, pogrążony we własnych myślach i jedynie od czasu do czasu rzucał w stronę swych towarzyszy kilka rozkazów. Ciężko się temu dziwić - za murami Końca Burzy, na trakcie, gdzie przecież nie było żadnych zasad, wszystko wyglądało inaczej. Orys miał na głowie sprawy skutecznie zniechęcające do jakiegokolwiek dialogu, więc musiał pozostawić Dereka samego i na domiar wszystkiego oddać pod jego pieczę dornijską księżniczkę. Dziedzic Burzy mógł się jedynie łudzić, że kuzyn nie ma o to żadnych pretensji. Wkrótce też nadarzyła się okazja, by osobiście to sprawdzić - kolumna Orysa za kolejnym z zakrętów natknęła się na zorganizowany przez Dereka postój. Bratanek Lorda Baratheona z zaciekłością szczotkował grzywę konia, Ivory Martell trwała nieruchomo z manierką w dłoni - a ośmiu towarzyszących im jeźdźców już rozłaziło się po krzakach, by użyźnić tutejszą glebę.  Orys gestem wstrzymał drugą grupę i, dając przykład reszcie swych ludzi, zeskoczył z końskiego grzbietu, samym lądowaniem na ziemi podrywając ze spierzchniętego szlaku żółty obłok kurzu. Baratheon bez słowa rozsupłał juki, wyciągając z nich dwa tobołki - jeden, sporych rozmiarów i drugi, owinięty wyprawioną skórą, prostokątny kształt. Dziedzic Burzy pokonał kilka kroków dzielących go od niewielkiego głazu, na którym zasiadł z tak sporą dozą ostrożności, jakby był to Żelazny Tron. Wystarczyły dwa pociągnięcia, by większy tobół rozwiązał się, ukazując ciekawskim spojrzeniom dwa bochny ciemnego chleba, których skórka wciąż pachniała gorącym piecem i przyjemnie kruszyła się w silnych palcach Orysa. Wzrok Baratheona spoczął na koniach, skubiących rosnącą przy trakcie trawę i dopiero po chwili powrócił na chleb, wciąż spoczywający na jego kolanach. Dziedzic Burzy sięgnął do pasa, wydobywając zza niego dobrze zaostrzony sztylet i zabrał się do krojenia pieczywa na dwanaście kromek. Ostrze z sykiem przecinało skórkę i wzbijało w powietrze obłoczki mącznego pyłu. Dwadzieścia cztery kromki, po jednej na głowę, dopóki…
Sztylet zamarł nagle w bezruchu, poprzedzony przez Orysa zmarszczeniem ciemnych brwi.
Dwadzieścia trzy. Jest nas dwudziestu trzech. Ciekawa liczba.
Gorące powietrze ucałowało twarz Baratheona, gdy powrócił do krojenia drugiego bochna.
Dwudziestu trzech nie sposób podzielić przez żadną inną liczbę, poza liczbą jeden. Żadnych części ani ułamków. Żadnych półśrodków.
Orys podniósł się ostrożnie z głazu, rozkładając na nim dwadzieścia nieporadnie pokrojonych kromek. Dwie spośród trzech, które trzymał wciąż w dłoni, owinął w niewielką chustkę, trzecią pajdę włożył do kieszeni i dopiero wtedy wsunął palec za pasek mniejszego tobołka, po czym po chwili wahania odwrócił się w stronę Ivory Martell, ruszając w jej stronę.
Liczby nie kłamią. Co innego ludzie.
Baratheon zatrzymał się nie dalej niż dwa kroki od księżniczki, wyciągając w stronę Dornijki dwie pajdy chrupkiego pieczywa owinięte w biały materiał chustki, obszywany na krawędziach złoto-czarnym haftem.
- Nie lubię, gdy na stole pozostaje niezjedzony chleb. To policzek wymierzony bogom. - wyjaśnił po chwili milczenia, podczas którego co najmniej połowa jeźdźców wpatrywała się w gest wykonywany przez dziedzica Burzy. - I choć w tym wypadku nie dysponujemy stołem… zwyczaj nie uległ zmianie. - po ustach Orysa przemknął cień uśmiechu, gdy uniósł lekko drugą dłoń, w której dzierżył prostokątne, szczelnie owinięte skórą zawiniątko. - A to… cóż, to prezent ślubny. Zgodnie ze zwyczajem powinnaś go otworzyć razem z innymi podarkami i choć nie będzie równie cenny co one, być może kiedyś z niego skorzystasz. - Baratheon wysunął w stronę Dornijki tobołek i gdy tylko Ivory wyciągnęła dłoń, by odebrać zawiniątko, Orys ujął ją ostrożnie za same koniuszki szczupłych palców, składając na ciepłej, gładkiej skórze delikatny pocałunek. Trwało to nie dłużej niż uderzenie serca, lecz sam Baratheon wyprostował się dopiero po dłuższej chwili, obserwując jak księżniczka zamyka w palcach pasek owijający prostokątne zawiniątko. Wtedy też, pewny, że prezent został przyjęty, odwrócił się od niej, kierując swe kroki do podgryzającego trawę, śnieżnobiałego rumaka Aylwarda. Errath nerwowo poderwał znad ziemi głowę, słysząc kroki nie należące do właściciela i dopiero gdy, poruszając nerwowo chrapami, wyczuł zapach Orysa, powrócił do wcześniejszego zajęcia. Baratheon wspiął na siodło sprawnie, wzdychając cicho z niezadowolenia.
- Miej na nią oko, kuzynie. - dziedzic Burzy uśmiechnął się lekko do Dereka, gładząc jasną grzywę konia i dopiero, gdy tuzin towarzyszących mu jeźdźców także przygotowało się do dalszej podróży, spiął ostro rumaka, ruszając gwałtownie w drogę.
Czas jak zwykle okazywał się największym wrogiem.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Nie Maj 25, 2014 8:54 pm

Słońce. Zdążyła za nim zatęsknić spoglądając nań jedynie wczesnym porankiem, kiedy mogła go ujrzeć z okiennicy komnaty, gdzie ją uwięziono. W późniejszych godzinach było dla niej niedostępne, odległe jak drugi koniec świata. Dla Dornijczyka to istna tortura. Księżniczka jechała więc śmiało wystawiając twarz do słońca, a gorące promienie pieściły pustynne policzki. Nie czuła się upałem zmęczona, choć karminowe wargi miała spierzchnięte. Myśli odbiegły od czekającego w Królewskiej Przystani narzeczonego, zwracając się znów ku Dorne, sprawiając tym samym, że dłonie drżeć przestały, a na usta przybłąkał się delikatny uśmiech. Z zamyślenia wyrwał ją głos młodego Baratheona, który zarządził postój, dostrzegłszy studnię. Pozwoliła pomóc sobie zsiąść z konia jak nakazywała etykieta, choć pomocy bynajmniej nie potrzebowała.
-Dziękuję - odparła, przyjmując od młodzieńca manierkę z wodą i unosząc ją, aby zwilżyć spierzchnięte wargi.
Stała przy użyczonej jej karej klaczy, gładząc zwierzę po szyi. Parsknęła niespokojnie, najprawdopodobniej nie lubiąc zapachu młodej Dornijki. Księżniczka odsunęła więc dłoń, spoglądając ze znużeniem na jeźdźców towarzyszących jej w tej podróży. Niektórzy z nich wpatrywali się w nią z nieukrywaną niechęcią, a w ich oczach Ivory dostrzegała chęć wbicia jej sztyletu w trzewia, bądź skrzywdzenia w sposób wyjątkowo hańbiący, lecz nie odwracała wzroku. Na Bogów, nie była płochą chłopką, lecz Martellówną. Na jednej z paru oczu, wyjątkowo zielonych i nienawistnych, zatrzymała spojrzenie, urządzając istny pojedynek. Któż się podda? Trwało to kilka minut, nim kącik ust Ivory uniósł się ku górze w kpiącym uśmiechu, gdy żołnierz odwrócił się w stronę nadjeżdżającej grupy. Rozległy się śmiechy i ciche rozmowy, podczas gdy dornijska księżniczka dalej trwała nieruchomo, przy skubiącej trawę klaczy. Pochmurny wyraz znów spowił jej oblicze, gdy spojrzenie mimowolnie skierowało się ku południu. Tam wciąż więziono Trystane, a ona nie potrafiła wyprzeć tego z pamięci. Poczuła ucisk w piersi, jakby niewidzialna pięść zacisnęła się na sercu.
Nie myśl o tym. Nie teraz. Edric jest w Królewskiej Przystani.
Nie miała jednak czasu rozmyślać o najstarszym ze swych braci, dostrzegła bowiem podążającego w jej stronę przyszłego pana Ziem Burzy. Brwi uniosły się w pytającym wyrazie, a usta nie wyrzekły ani słowa, gdy się przy niej zatrzymał. Jeźdźcy zamilkli, nastała cisza, przerywana jedynie końskimi parsknięciami. Dornijka wyciągnęła jedną dłoń, przyjmując od Baratheona pajdy chleba, po czym skinęła głową z wdzięcznością. Jakież zdziwienie pojawiło się na jej twarzy, gdy do uszu doszły słowa o prezencie! Przede wszystkim jednak nieufność, lecz wykonała gest, aby przyjąć ślubny podarek, a Orys Baratheon złożył na jej dłoni pocałunek. Wiele dam straciłoby głowę, niemal mdlejąc, lecz Ivory jedynie spojrzała mu w oczy już bez złości, czy choćby śladu gniewu, lecz czymś na kształt... respektu. Mogłaby się tego wypierać krzycząc i tupiąc nogami, zaprzeczać bez końca, lecz przed samą sobą, w głębi ducha przyznać musiała, że zrodził się weń szacunek do dziedzica Końca Burzy. Gdzieś obok nienawiści i życzenia mu śmierci poprzez utopienie się w Morzu Letnim, zagnieździł się respekt do jego honoru, dzięki któremu najpewniej nie pozwolił, aby skrzywdzono ją haniebnie, czy umieszczono w lochach i potraktowano gorzej niż robactwo. Niewielu zachowałoby się podobnie, dlatego też księżniczka obdarzyła go lekkim uśmiechem, nie zapominając jednak, że mimo wszystko to właśnie on pozbawił ją wolności i świata na wiele tygodni, trzymając w zamknięciu.
-To niezwykle miły gest z Twej strony, ser. Dziękuję - odparła Ivory bez cienia już ironii, lecz także uśmiechu, skinąwszy po raz wtóry głową. Ujęła zawiniątko w dłoń i odsunęła ją nieśpiesznie, obracając podarunek w dłoniach, aby po chwili schować go do kieszeni jedwabnego płaszcza i odprowadzić Baratheona wzrokiem.
Pożegnała go kpiącym jeszcze uśmiechem, usławszy słowa, które skierował do swego kuzyna. Po chwili wspięła się z wdziękiem na swego wierzchowca, nie potrzebując niczyjej pomocy. Wszak i oni musieli już ruszać, aby zdążyć na... jej własny ślub. Nie wypadało przecież, aby na ceremonii zabrakło panny młodej, czyż nie?


/zt Derek i Ivory

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Nie Lis 02, 2014 10:08 pm

/ Stonehelm, Yvienne + Derek (duchem!)

Jeszcze nigdy w życiu równie mocno się nie bała.
Nawet tak prosta czynność jak odetkanie bukłaka napotykała nieprzewidzianą przeszkodę w formie drżących ze zdenerwowania dłoni – nim w końcu udawało jej się otworzyć manierkę, pragnienie już dawno ustępowało szczerej ochocie zawrócenia konia i pognania na łeb, na szyję w drogę powrotną do Stonehelm.
Ale, na bogów, nie mogła tego uczynić.
Nie dlatego, że nie wiedziała, w którą stronę ma jechać – jak dotąd trakt był zaskakująco spokojny oraz prosty; również nie dlatego, że nie odnajdywała w sobie dość odwagi, aby zrezygnować z podróży – jej determinacja skutecznie tłumiła obawy, jedynie napędzając do dalszej jazdy.
A zatem o co chodziło? Dlaczego ona, Yvienne Swann, latorośl jednego ze szlachetnych rodów Burzy dostawała niemal mdłości na myśl, że nie dalej niż za dwa tygodnie zawita w owianym złą sławą zamku Harrena Czarnego? Przyczyn było wiele – na dobrą sprawę z każdą przejechaną milą mnożyły się niczym grzyby po deszczu, jedynie utwierdzając Vienne w przekonaniu, iż była skrajnie nieodpowiedzialna oraz bezmyślna godząc się na towarzyszenie Derekowi Baratheonowi w wyprawie na Wielki Turniej w Harrenhal. Na bogów, Starych i Nowych, co nią kierowało, gdy cała w skowronkach pobiegła do pana ojca, błagając o pozwolenie na wyjazd? Zauroczenie bratankiem Lorda Końca Burzy nijak nie wchodziło w grę, bo choć ser Derek był nad wyraz przystojnym rycerzem… w Yvienne nie budził nic ponad zwykłą, naturalną sympatią, którą darzyła ludzi uczciwych oraz prawych. Prawdziwy powód jej decyzji leżał zapewne głębiej, sięgając najbardziej skrytych marzeń panienki Swann – turnieje, o których dotychczas wyłącznie czytała bądź słyszała od braci, wciąż były dlań całkowitą zagadką; Vienne zawsze była zbyt młoda, zbyt delikatna, zbyt przywiązana do Stonehelm, aby udać się na podobną fetę w towarzystwie Marcusa bądź rycerzy swego pana ojca. Nawet jako dama zaręczona nie wyruszyła nie dalej niż poza Grandview, siedzibę rodu Grandison uznając za wielki świat.
Tymczasem dziś, po blisko czterech dniach drogi, właśnie opuszczała Ziemie Burzy.
Po raz pierwszy była tak daleko od domu, po raz pierwszy miała prawdziwą, niepowtarzalną okazję ujrzeć stolicę, Królewski Las, a nawet tak prozaiczne lokacje jak wsie w Dorzeczu…
… i to napawało ją największym strachem. Pierwszy raz w nieznane, w towarzystwie rycerzy ze Stonehelm oraz z Końca Burzy – powinna czuć się bezpiecznie, powinna odrzucić naiwne obawy i czerpać radość z każdej anegdoty odpowiedzianej przez ser Dereka… ale nie potrafiła. Gdzieś w głębi serca, niemal na granicy świadomości czuła, że nadchodzące tygodnie będą dla niej przełomem. Że wydarzy się coś, co uniemożliwi jej powrót do dawnego życia. Że w końcu wkroczy w dorosłość, pozbędzie się własnej naiwności i stanie się częścią wielkiego świata, o którym marzyła od lat dzieciństwa. Wszystko to powinno napawać ją radością, powinno prowadzić do poczucia dumy, może nawet młodzieńczej zuchwałości – i zapewne właśnie tak by było, gdyby sama Yvienne równie chorobliwie nie obawiała się konsekwencji, jakie niosła ze sobą podobna przełomowa decyzja.
Oto bowiem, po raz pierwszy od narodzin, była zdana wyłącznie na siebie. Nie w sensie fizycznym, rzecz jasna – o jej wygodę oraz bezpieczeństwo dbało blisko pół setki rycerzy, gotowych w każdej chwili obronić lordowską córkę własną piersią. Problem był natury duchowej – panna Swann miała świadomość, iż musi godnie reprezentować swój ród, stać na straży dobrego imienia swego pana ojca… oraz, rzecz najistotniejsza, prezentować się jako dama, nie zaś rudowłosy podlotek z głową nabitą marzeniami.
Wyzwań było tak wiele, iż Yvienne zaczynała wątpić, czy aby na pewno da radę je udźwignąć…
… i wtedy na jej drodze Siedmiu postawiło kogoś, kto nieoczekiwanie stał się dla panny Swann filarem. Podporą. Niemal matką, gotową chwycić Vienne za dłoń i nie puszczać tak długo, aż młódka odnajdzie w sobie siłę, by stawić czoła problemom.
Sybille Tarth.
Choć musieli ominąć siedzibę Baratheonów, by nie nadkładać drogi, młoda kobieta pojawiła się w podążającym ze Stonehelm orszaku wraz z pół tuzinem rycerzy z Końca Burzy. Yvienne wystarczyło jedno, krótkie spojrzenie na smukłą talię, piękne, szafirowe oczy i kaskadę złotych włosów opadających na proste, szczupłe plecy… aby niemal natychmiast zaczęła zazdrościć pannie Tarth niemal wszystkiego.
Gracji, z jaką poprawiała niesforny kosmyk.
Łagodności, która niemal biła z gładkiej, jasnej twarzy.
Śmiechu, który rozbrzmiał, gdy tylko powitano ją niczym niehamowanym entuzjazmem…
… ale nade wszystko sposobu, w jaki patrzył na nią Derek Baratheon.
Yvienne zauważyła to niemal natychmiast – nagła zamiana w sposobie bycia lordowskiego bratanka była widoczna jak na dłoni; jeszcze na pół dnia przed przybyciem delegacji z Końca Burzy trzymał się w siodle tak sztywno, iż panna Swann obawiała się, że wkrótce złamie się na wietrze niczym tyczka, a gdy tylko do orszaku dołączyła Lady Sybille…
- Byłaś już w Harrenhal, pani? – orzechowe tęczówki zalśniły z niekrytym zainteresowaniem, gdy Yvienne oderwała wzrok od zarumienionego Baratheona i przeniosła spojrzenie na pannę Tarth. Jej szafirowe spojrzenie przez chwilę błądziło po twarzy Vienne, zupełnie jakby sama Sybille pragnęła policzyć wszystkie piegi na nosie Swannówny… po czym miękkie, pełne usta rozchyliły się w ciepłym uśmiechu, gdy jasnowłosa pokręciła głową przecząco.
I właśnie w tej chwili Yv pojęła, że nie może dłużej zazdrościć pannie Tarth, bowiem podobne uczucie wobec kogoś, kogo darzy się mimowolną sympatią... jest niemożliwe.

/ trójka zt - królewski trakt, Włości Korony


Ostatnio zmieniony przez Yvienne Swann dnia Nie Lis 09, 2014 7:46 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   Nie Sty 04, 2015 5:55 pm

Było już południe. Na niebie widniały gęste chmury i tylko chwilami można było zobaczyć przebijające się przez nie słońce. Bez wątpienia lato w Siedmiu Królestwach powoli dobiegało końca. Dni były już krótsze oraz coraz chłodniejsze i coraz to bardziej pochmurne. Otton modlił się tylko w myślach byle nie zaskoczył ich deszcz. Z Końca Burzy wyjechali zaraz po wschodzie słońca i zdążyli się już oddalić od siedziby Baratheonów. Podróż do Królewskiej Przystani nie powinna potrwać zbyt długo. Nie byli dużą grupą, a ich tempo było jak najbardziej dobre. Dojedziemy tam w góra sześć dni, nie więcej. Droga z Końca Burzy do stolicy nie była długa w porównaniu z dystansami podróży do innych zamków wielkich rodów.
Zastanawiał się, co będzie robił, kiedy już przybędzie na miejsce. Myślał, co prawda że obejrzy Czerwoną Twierdzę i Wielki Sept Baelora, ale jakdużo czasu mogło mu to zająć? W jego myślach już rodziły się nowe pomysły na podróż do kuzynki Alyssy w Dolinie lub może do Reach odwiedzić Allye. To były jednak tylko spontaniczne myśli, które mogły się spełnić pod warunkiem, że Otton nie będzie potrzebny gdzieś indziej. Z resztą powinien najpierw skończyć obecną wyprawę i dopiero później myśleć o innych. Dobrze byłoby także pomyśleć w końcu o jakimś potomku. Zdał sobie sprawę, że teraz może sobie na spokojnie przemyśleć wiele rzeczy, na które zazwyczaj nie miał czasu.


/zt - królewski trakt, Włości Korony
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Królewski Trakt   

Powrót do góry Go down
 

Królewski Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-