a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Karczma "Męty i odmęty"



 

 Karczma "Męty i odmęty"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Karczma "Męty i odmęty"   Wto Lip 16, 2013 12:34 pm

Nazwa, nasuwająca skojarzenie z pewnym środowiskiem społecznym Królewskiej Przystani, brzmienie swe zawdzięcza bliskości portu, nie zaś odwiedzającej jej klienteli. A jednak, żaden szanujący się mieszkaniec lub przybysz odwiedzający stolicę nie przekroczy jej progu z mieczem ukrytym w pochwie - po otworzeniu drzwi zwykle brakuje czasu na wyswobadzanie ostrza, które natychmiast idzie w ruch. "Męty i odmęty" to określenie sporej ilości mułu, resztek ryb i gówna, spychanych tu z całego portu przez prąd morski. Wątpliwie przyjemne wrażenia zapachowe gwarantowane...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Karczma "Męty i odmęty"   Wto Lip 16, 2013 3:44 pm


MG


Cichy odgłos dało się słyszeć we wnętrznościach sławetnej karczmy. Wprawione ucho bez trudu wyłapałoby charakterystyczny dźwięk towarzyszący przekręcaniu kluczyka w drzwiach, choć tym razem towarzyszył on otwieraniu włazu w drewnianej podłodze, ukrytego za kontuarem. Przypuszczenia stałyby się pewnością, gdyby obserwator dostrzegł jeszcze rąbek czarnej peleryny, znikającej w tajemniczych czeluściach podziemi.  
Minutę wcześniej właściciel płaszcza szedł powoli przez ciemny port, lekko utykając na prawą nogę. Przygryzł nerwowo wargę, odprowadzając wzrokiem ostatniego gościa "Mętów", który raczej czołgał się do domu, niźli człapał, wszystko zaś przez ilość spożytego ale. Mężczyzna w czarnej pelerynie miał dziwne wrażenie, że wszystko wymyka się mu spod kontroli, że obserwuje go tysiące wrogów, że... nie może już ufać nikomu? Przecież nigdy nie mógł. Zawsze najbardziej dotkliwie odczuwał zdradę kogoś, kto zachowywał pozory bycia osobą mu bliską. Nigdy też nie wierzył, by inni potrafili zrobić coś dobrze do samego końca - a najlepszym przykładem tego jest zamach na króla, który jeden z jego ludzi przypłacił życiem. Nie lepsi byli ci, którzy mieli zamordować Rhaenę Targaryen w Zapchlonym Tyłku... dwa trupy zamachowców, trzeci porwany... Dlatego nasz bohater lubił załatwiać wszystko sam. Miał aż nadto czasu, paradoksalnie. Teraz, kiedy minął mu trzydziesty trzecia dzień imienia, gdy stał już czubkiem wypolerowanego do perfekcji buta nad grobem, dni płynęły dlań leniwie i powoli. Nie oznacza to jednak, że nudno. Królewska Przystań nadal huczała o zamachu na króla, prześcigając się w domysłach, kto stał za tym niecnym uczynkiem. Tygodnie mijały, a Gwardia Królewska nadal nie znalazła drugiego zamachowca. Tymczasem mężczyzna, przekraczający właśnie próg "Mętów" doskonale wiedział, gdzie ten się znajduje... ba. Był kimś, kto wydawał mu rozkazy.
- Przynieś na dół dobre piwo, nie te siki, które polewasz klientom. - zażądał cichym, stanowczym tonem tuż przed przekręceniem kluczyka we włazie, teoretycznie prowadzącym do piwniczki. W rzeczy samej, po pokonaniu kilku stopni w dół, można było zauważyć zawilgotniałą piwnicę, której ściany wieczne pokryte były solą morską. Jednak wtajemniczeni wiedzieli, że w tym do bólu przeciętnym pomieszczeniu, za beczkami z winem, znajdują się drzwi. Drzwi prowadzące do półokrągłej, słabo oświetlonej sali, na której środku stał zdezelowany stół. I to właśnie Półokrąglak, jak nazywał miejsce spotkań nasz bohater, nie był dla niego wyłącznie miejscem pracy - stanowił on swego rodzaju świątynię, do której wkroczenie trzeba okupić ofiarą. A te bywały różne - krew, wymiociny, czasami ludzkie życie... Może Jordd, gdyż takie właśnie imię nosił mężczyzna w czarnej pelerynie, wierzył, że pradawni bogowie zamieszkują to niewielkie, ciemne pomieszczenie i wygłodniali oczekują na pokarm, jakim jest ludzkie cierpienie? Może poszedł o krok dalej i ufał, że sam R'hllor czyha w mrokach sali, karmiąc się krzykami katowanych ofiar? Może, może... o wiele bardziej istotnym jest to, co działo się tuż po przejściu mężczyzny przez piwniczkę i otworzeniu drzwi do Półokrąglaka - bo gdy Jordd wszedł do ukrytego pomieszczenia i dokładnie zamknął za sobą drzwi, nie blokując ich jednak, okazało się, że nie jest sam. Wokół stołu pogrążonego w mroku siedziało już tuzin mężów, odzianych w równie ciemny płaszcz co on, o aparycji w przytłaczającej większości tak obojętnej i mdłej, że prawie natychmiast zapominało się, jak wyglądali. Przypominali nieco ciemne zjawy, nieruchome i groźne, tkwiące z godnością posągów. Jordd usiadł na wąskim krześle, ukrytym w cieniu. Drugie, równie wąskie i chybotliwie, oświetlone jednak świecą przeznaczone było dla gościa, który z kneblem w ustach i nadgarstkami związanymi za oparciem, wielkimi z przerażenia oczami wpatrywał się w trzynastu siedzących przed nim katów. Obrazek nie pozostawiał wątpliwości - więzień wpadł jak śliwka w gówno.
- Ser Allisterze... - głos Jordda wzbił się ponad szum morskich fal, które zaledwie kilkanaście jardów stąd niestrudzenie uderzały o nabrzeżne skały. Dźwięk ten tłumił otoczenie na tyle skutecznie, że nie mogło być mowy, by ktoś w karczmie, a nawet tuż za drzwiami dosłyszał, co jest tematem rozmów. Z tej piwnicy wydostać mógł się jedynie krzyk katowanego... brzmiał on jednak na tyle niemrawo, że nawet człek z dobrym słuchem brał go za wrzaski kogoś z drugiego końca portu.
- Przepraszam za niekompetencję kolegów, bywają wobec nowych nieco nadpobudliwi. - szepnął Jordd ledwo dosłyszalnie, wpatrując się w zakrwawioną, przerażoną twarz więźnia, który przed jego przybyciem zdołał zapewne mocno się nawrzeszczeć.
- Podobno nie wiesz nic na temat postępu śledztwa prowadzonego przez ludzi króla. - stwierdził w końcu Jordd, wpatrując się w bladą poświatę świecy zupełnie, jakby patrzył w promienie słoneczne - z lekkim uśmiechem na ustach, mrużąc oczy przed jasnością i delikatnym, letnim wietrzykiem, którego przecież w zatęchłej karczmie nie ma... - Wierzę Ci. - dodał, odrywając wzrok od świecącego punktu gdzieś nad głową jeńca.  - Naprawdę Ci wierzę, ale sam nie mam wpływu na wiarę mych towarzyszy. - Jordd wstał powoli i podszedł do więźnia, już po chwili z cichym westchnięciem przejeżdżając kciukiem po zakrwawionym policzku rycerza. Jego krew była jasna, ale gęsta, przyjemna w dotyku, zachęcająca do wydobycia większej ilości życiodajnego płynu... taka, jaką lubił. Wsunął zabrudzony czerwoną wydzieliną opuszek palca do ust i dokładnie ją zlizał, prostując się powoli, jakby z trudem.
- Nie mam wpływu na wiarę towarzyszy. - powtórzył, utwierdzając siebie, ser Allistera, otaczające ich ściany i wiszącą nad głowami świecę o racji tego zdania. - Ale na wiarę więźniów już tak. - dodał z ożywieniem, szybko wracając na swoje miejsce i składając dłonie na podołku. - Dokładnie za dobę od tego momentu zacznę Cię nawracać, mój miły rycerzu. A jeśli zacznę, nie skończę, póki nie uwierzysz, że jednak posiadasz informacje dotyczące działań podjętych przez króla. Wtedy, w porywie litości i szacunku dla ludzkiego życia, pozwolę Ci odejść. Póki co jednak... - Jordd uśmiechnął się delikatnie, rozglądając po ukrytych w ciemności twarzach kompanów. - ... postaram się, byś zapamiętał jedno. Ludzie z Mgły zawsze doprowadzają swoje sprawy do końca. Zaś naszym głównym celem od pewnego czasu jest śmierć Aerysa Targaryena. Masz dobę, drogi rycerzyku. Dobę, by przypomnieć sobie, kogo i gdzie król wysłał, by odnaleźć drugiego zamachowca. Dobrze? - łagodny uśmiech Jordda po tych słowach nie był tak delikatny, jak wydawało się na początku. Właściwie... nie miał w sobie krzty delikatności. Był to uśmiech człowieka, który zdolny jest do wszystkiego. Człowieka, który zajdzie bardzo wysoko, bowiem wspina się po trupach do celu - a ścieżka jego życia usłana jest wieloma, wieloma trupami...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Karczma "Męty i odmęty"   Nie Maj 04, 2014 5:52 pm

Dziedzic, który chce się urżnąć w biały dzień, i to w środku tygodnia, powinien dobrze zamknąć drzwi swojej komnaty. Dostępu do Whenta bronił zazwyczaj Ellyn, ale tego dnia, niepodobnego zresztą do innych, pozostawił Rossela samego i udał się na poszukiwania maestra, który odsprzeda mu kilka naparów na ból zębów matki. Giermek zwykle przebywał w pobliżu Rossela, by go poniekąd ochraniać i, cóż tu dużo mówić - pilnować. Nie, żeby sam Whent aż tyle płacił swemu podopiecznemu, ale jakoś udało mu się wzbudzić w nim coś na wzór przywiązania… chociaż dziedzic Harrenhal nigdy nie należał do szczególnie przyjaznych person wobec swych podwładnych. Samemu Rosselowi wystarczyło, że Ellyn miał w sobie coś z burkliwej, zwalistej niedźwiedzicy. To określenie nawet dobrze do niego pasowało: wszyscy ci, którzy mieli okazję widzieć, jak giermek w grubym, bezkształtnym wamsie, z opiłowanymi paznokciami przywodzącymi na myśl samicę grizzly wypadającą z jaskini, podnosi się ze swego miejsca - będą dobrze wiedzieli, co Whent ma na myśli. Fatalnie się jednak złożyło, że drzwi nie były zamknięte na klucz, a posterunek, przy którym Ellyn spławiał natrętów zmierzających ku dziedzicowi Harrenhal, akurat pusty. Przez to drobne niedopatrzenie dość atrakcyjna białogłowa, stwierdziwszy, że droga do pokoju wynajmowanego przez Rossela stoi otworem, weszła do środka komnaty i zastała swój cel na drewnianej podłodze, w pozycji niemalże horyzontalnej. Whent przez dłuższą chwilę przyglądał się jej kostkom, wyglądającym nieśmiało zza lekko uniesionej sukni. Miały idealną linię, ale z powodu krwi, która napłynęła mu do głowy, nie był w najlepszym nastroju do ich kontemplowania.
- Uff. - odezwał się wreszcie przyszły Lord Harrenhal . - Przepraszam, szlachetna pani. Właśnie szukałem grumkinów.
Brzmiałoby to przekonywająco, gdyby nie to, że twarz miał wciśniętą w brudny dywan tak głęboko, jakby zgubił coś nie większego od honoru Żelaznego Człowieka.
- Ja z kolei szukam ser Rossela Whenta. - odpowiedziała nieznajoma - sądząc po tonie głosu - nie starsza niż dwadzieścia kilka dni imienia. - Znanego też jako dziedzic Harrenhal. Widzisz kogoś o tym nazwisku obok grumkinów skrytych w dywanie, szlachetny panie?
Jej głos - nie to, że schrypnięty - doskonale nadawał się do przywoływania do porządku dziesięcioletnich urwisów błaznujących w Zapchlonym Tyłku albo do wywoływania u pijanych dziedziców z Dorzecza uczucia, że są szumowinami zbierającymi się na powierzchni piwa w browarnianej kadzi. Jeśli nie była septą, to znaczy, że minęła się z powołaniem.
- Mam zaświadczenie od maestra, że jestem uczulony na złośliwości. - mruknął cicho Whent, pocierając policzek. Nie dało się ukryć, że wciąż miał niejakie kłopoty z prowadzeniem konwersacji. Celna riposta odniosłaby większy skutek, gdyby Rossel nie wygłosił jej z ustami pełnymi dywanowych kłaków. Czy można jednak oczekiwać od kogoś, kto właśnie wykończył dziesiąty kufel ale, że zdoła się utrzymać w pionie i jednocześnie sypać dowcipami?
- Nie mam zamiaru. Przyszłam w bardzo ważnej sprawie, możesz więc darować sobie te gierki… ser.
Whent skrzywił się. Tylko kobieta, której się wydaje, że dwa kielichy wina serwowane na wieczornym przyjęciu po polowaniu z sokołem stanowią o wyuzdaniu, potrafi zbyć pewne aspekty picia w samotności uprawianego wyłącznie przez mężczyzn określeniem „gierki". Tak czy owak, popsuła Rosselowi nastrój, zabrał się zatem do nieco skomplikowanego przedsięwzięcia, którego celem było przyjęcie pozycji siedzącej. Udało mu się to bez specjalnych kłopotów. Wkrótce i tak miał opuścić Królewską Przystań, więc co za różnica, że spadło kilka szklanych pucharów z blatu stołu. Whenta trochę podniosła na duchu świadomość, że choć kobieta była drażniąca, nie będzie się tu kręcić tak długo, by dostał od tego kaca. Rossel nie mógł jednak powiedzieć, że przykro było na nią patrzeć. Pominąwszy wyraz lekkiego rozgoryczenia w okolicach ust, który wyglądał na przemijający, wyglądała ładnie. Poza tym zdradzała niewielką skłonność do rozpływania się w powietrzu, ale Whent podejrzewał, że miało to jakiś związek z tym, co zaserwował sobie na podwieczorek.
- No tak, tak… - odezwał się błyskotliwie dziedzic Harrenhal, kiedy łomot zastawy stołowej lecącej ku podłodze w końcu został przerwany. - W czym zatem mogę pani pomóc, panno...?
- Imię nie jest istotne, ser. Miłościwie Panujący nakazał czym prędzej Cię odnaleźć i wezwać do Czerwonej Twierdzy.
W środku Whenta coś wierzgnęło. Wreszcie zdołał połączyć dwie rozmówczynie w jedną, co przyczyniło się do większej efektywności rozmowy, choć ta wydawała się zmierzać ku końcowi. Skinął głową, ale nie wyglądał na przerażonego. Ani zbyt radosnego.
- Nie sądziłem, że moja prośba zostanie tak prędko… rozpatrzona. - zapewne niektórzy na wieść o tym, iż król postanowił przyjąć ich na prywatną audiencję, paradowaliby w pełnym blasku… lub peszyli się, widząc, że będą skazani na bezpośrednią obecność Targaryena. Inni usiłowaliby zachowywać się normalnie, dopóki w końcu nie zadaliby sobie pytania: co w istocie jest normalne, zwłaszcza w tych warunkach?
Whent nie należał do żadnej z tych grup. Już jako chłopcu pokazano mu, jak zachować tupet w nietypowych okolicznościach a choć prowadził życie nie całkiem poprawne z ogólnie przyjętymi zasadami, nie miał ochoty chować się po kątach i mamrotać niemrawo przed Aerysem Drugim.
- Zdaje się, że powinienem zmienić przyodziewek…

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Reach
Liczba postów :
21
Join date :
05/09/2013

PisanieTemat: Re: Karczma "Męty i odmęty"   Nie Wrz 14, 2014 8:53 pm

/z bardzo, bardzo dalekiej czasoprzestrzeni

Czerwona Twierdza majaczyła nad Królewską Przystanią jak ponury, przyczajony, gotowy do ataku demon, który na domiar złego w swym postępującym szaleństwie jest zupełnie nieobliczalny. Stolica Siedmiu Królestw nie różniła się niczym od stolicy sprzed wielu, wielu lat, kiedy to po raz pierwszy zjawił się w niej Ulmer - wspomnienia Mamuśki pokrywały się z utrwalonym w pamięci obrazem niemal całkowicie, utwierdzając jeno Fossowaya w przekonaniu, że nie powinien żałować swego dawnego żywota. Miasto wciąż cuchnęło uryną, nadgniłymi owocami, brudem i kłamstwami, wciąż pękało od nadmiaru mieszkańców, wciąż było nieprzyjazne dla samotnych, naiwnych wędrowców i głupich, nieświadomych kobiet. Atmosfera Królewskiej Przystani nie napawała wrony entuzjazmem, niosła bowiem ze sobą smród wspomnień, których Ulmer od kilku lat spędzonych na Murze z zaskakującą konsekwencją próbował się pozbyć… niestety, jako jeden z nielicznych braci w Nocnej Straży znał stolicę na tyle, by bez większych problemów przedrzeć się przez jej trzewia i wydrzeć zeń wszelkiej maści złoczyńców, gwałcicieli, złodziei, gwałcicieli i złodziei w jednym, skazanych za pomniejsze przestępstwa oraz porzucone przez rodziców, za stare na przytułek sieroty.
Uroki kolebki kultury.
Mamuśka jak zawsze usiłował wymierzyć sprawiedliwość światu… ale świat jakoś tego nie dostrzegał. Nawet Ruben wydawał się mniej rozmowny i przystępny niż jeszcze dwa tygodnie temu, gdy przemierzali trakty w Dorzeczu - na dobrą sprawę Pyke od chwili przekroczenia miejskich bram odzywał się jedynie półsłówkami, najwyraźniej zbyt pochłonięty obserwowaniem wszechobecnego zepsucia.
Nawet miejsce, w którym przyszło zatrzymać się braciom z Nocnej Straży, nie sprzyjało twórczym nastrojom. Nadchodząca jesień zgromadziła w Królewskiej Przystani nieprzebrane tłumy kupców i kupujących; gospody były przepełnione, a ceny przypominały wysokością sam Mur. Na szczęście karczma „Męty i Odmęty” nie z takich gości się utrzymywała – noclegi były tu tanie, ale obrzydliwe a sienniki twarde i niejednokrotnie zawszone - krótko mówiąc, warunki okazały się optymalne dla zawartości sakiewek wron. Wystrój dolnej sali raził Ulmera tanią wulgarnością – szczególnie te różnokolorowe szmaty zwisające dosłownie zewsząd, co być może sprzyjało nastrojowi obyczajowej rozwiązłości portowych dziwek, ale zarazem było manifestacją doprawdy kiepskiego smaku. Szmaty, poruszane nieustannym przeciągiem, rzucały na ściany płochliwe cienie, które nieustannie przed sobą umykały, przyprawiając Mamuśkę o oczopląs. Natomiast z wysokości piętra nieprzerwanie dochodziły odgłosy intensywnie uprawianej miłości. Dźwięki zaskakiwały swa różnorodnością – ktoś charkotał jakby duszony, inny świergolił niczym osamotniony wróbel, często również dobywano z siebie jęki wyczerpania. Nakładał się na to płacz niemowlęcia, który Fossoway wziął zrazu za wyrafinowaną grę miłosną; potem jednak dowiedział się, że jedna z dziewek urodziła niedawno dziecko - gdy Ulmer w południe udał się do Czerwonej Twierdzy, niemal płakał ze szczęścia oddychając cuchnącym powietrzem Królewskiej Przystani, które mimo wszystko było znacznie bardziej orzeźwiające od panującego w dolnej sali karczmy zaduchu.
- Król przyjmie nas jutro przed wieczerzą. - powtórzył chyba po raz setny Mamuśka, obracając w dłoni kufel z mętnym ale i nie mniej mętnym wzrokiem wpatrując się w Rubena, naprzeciwko którego od zapadnięcia zmroku zasiadał przy jednym stole. - Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za trzy dni wyruszymy w drogę powrotną na Mur ze ska… - język Fossowaya niemal utonął w kuflu piwa, gdy wrona ugryzł się boleśnie w ozór - nie powinien nazywać przyszłych braci „skazańcami”, co prawie uczynił. Słowo „rekrut” znacznie lepiej oddawało naturę wyznaczonej Kawce oraz Mamuśce misji… choć szlachetne założenia wyprawy tonęły w zetknięciu z cuchnącą tonią prawdy.
Ulmer uśmiechnął się nerwowo znad kufla piwa, czując, jak marny trunek zaczyna huczeć mu we łbie i rozlewać się słodko po całym ciele. Nawet wszechobecny gwar dzięki marnemu piwsku (wlewanemu w siebie w odpowiednich dawkach) stawał się znośny.
- Nadchodzi zima. - Fossoway skinął głową w zadumie, wygłaszając ten wyświechtany… ale jakże celny frazes.
A zima oznacza dla nas kłopoty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Mur
Skąd :
Wielka Wyk
Liczba postów :
21
Join date :
04/09/2013

PisanieTemat: Re: Karczma "Męty i odmęty"   Sro Wrz 24, 2014 11:47 pm

//Wraz z Ulmerkiem z dalekiej podróży.

Podróż do stolicy należała do jednej z tych nużących, nawet, jeśli po drodze udawało się obu panom odwiedzać przeróżne gospody i znajdować tam schronienie przed nocą. Dorzecze ciągnęło się przeraźliwie, podobnie jak ziemie Zachodu i Korony. Kto wymyślił, że ten świat musi być taki długi? Czy w drogę powrotną nie będą mogli udać się statkiem? Ruben tęsknił ogromnie za morzem, które porzucił na rzecz polowań w lesie. Gdyby tylko jeszcze raz mógł poczuć tę sól na ustach i suchość w gardle przy delikatnym wietrze ze wschodu, byłby przeszczęśliwy. Tak go wychowano. Był dzieckiem Żelaznych Wysp. Tam każdy był z wody, z wody się odradzał, w morskiej wodzie znajdował ukojenie. Być może tym razem po raz pierwszy od wielu lat także Pyke'owi uda się zaznać tego, co mógł zaznać zwykły chłopak z Żelaznych Wysp...
Wjazd do Królewskiej Przystani poprzedził wzięciem wielkiego haustu powietrza do ust. Opowiadano mu o tym miejscu, wielu braci mówiło o tym, że nie poznał jeszcze prawdziwego smrodu. Odór, zarówno dosłowny, jak i metaforyczny, unosił się ciężką mgłą nad stolicą. Zbliżająca się jesień dawała o sobie znać, wędrowcy nie trafili na apogeum smrodu, dało się nawet oddychać dla kogoś, kto pół życia spędził na Północy, na której nie śmierdziało aż tak bardzo. Kawka wyglądał naprawdę śmiesznie, powoli pozbywając się powietrza z przepony i po chwili dusząc się własnym kaszlem. Cholera, będzie musiał jakoś przetrzymać to... wszystko.
Jego koń poruszał się w bliskiej odległości do mamusinej szkapiny. Jechali bok w bok, jakby pokazując sobą, że są smutnymi wędrowcami z dalekich stron. Jeszcze przed chwilą wyjątkowo zmęczony Ruben obserwował teraz miejską architekturę i cudem unikał wyrzucanych z okien fekaliów, sprawdzając przy tym swoje niezwykłe umiejętności zwiadowcze. Widząc w oknie babę trzymającą w rękach większą balię, wiedział, żeby uciekać. Bosym dzieciom chyba to nie przeszkadzało - bez żadnego wahania biegały po tym, co jeszcze przed chwilą wydalał stary dziad spod trójki mieszkający za rogiem. No tak, stolica... Nieco różniła się od jego rodzinnych Żelaznych Wysp. Czerwona Twierdza majaczyła w oddali i wydawała się równie niedostępna, co jeszcze tydzień temu. Jak długo jeszcze będą musieli czekać?
Gospoda, do której trafili z pewnością nie należała do najlepszych, w końcu na trakcie udawało im się spotykać lepsze, jednakże kieska kurczyła się w zastraszającym tempie, a w takim mieście jak to można było się już tylko upić, jeśli chciało się przetrwać. Ruben chyba doszedł do tego wniosku, gdy jego towarzysz po raz kolejny powtórzył informację o ich spotkaniu z królem. Spotkają się z nim. We dwóch. Czyli on, prosty chłopak z Wielkiej Wyk, też będzie musiał się tam zjawić. Bał się, że zrobi coś głupiego, w końcu rozumem specjalnie nie grzeszył, nie znał też żadnych dworskich zwyczajów. To wszystko było mu totalnie obce. Za trzy dni ruszą z powrotem, pewnie tą samą trasą... Ileż by oddał teraz za spokojną podróż statkiem do Wschodniej Strażnicy.
Motto rodu Starków sprawiło, że młodzian odstawił na chwilę swój kufel, spoglądając tępo w ławę. O tak, nadchodzi zima. Jego pierwsza zima na Murze. Na samą myśl przebiegł go dreszcz. Wśród braci byli tacy, którzy ten czas przetrwali, jednak często widać ich było bez ręki czy nogi, czasem bez pewnego istotnego dla mężczyzny narządu. Kawka gwałtownie pobladł, ale nie chciał absolutnie dawać po sobie poznać, że znalazł się w stanie głębokiego przerażenia. Nie ucieknie. Nie może przecież uciec. Zresztą, gdzie się schowa? Na gorącym południu, którego nie zna? Wróci na Pyke? Nie, nie, takie myślenie w ogóle nie ma sensu.
- Może się napijemy, tak będzie lepiej - powiedział nieco drżącym głosem, podnosząc kufel pełen piwa do ust. Spory łyk sprawił, że Ruben zadławił się i musiał znów część swojego czasu spędzić na odkaszleniu tego, co akurat dostało mu się do tchawicy. Nagle biała przed chwilą ze strachu twarz stała się różowa z wysiłku. Unikał wzroku Mamuśki, bojąc się, że ten domyśli się tego, o czym myśli. Jego towarzysz miał jakiś niesamowity dar rozgryzania każdego, tak przynajmniej się młodemu zwiadowcy zdawało. Nieco zmieszany szukał oczami jakiegoś punktu zaczepienia, który uchroniłby go od jawnej demaskacji. Ni stąd, ni zowąd, przypomniała mu się pewna scena z Białegodrzewa... O cholera. Pąs natychmiast wstąpił na jego twarz. Trzeba to było zasłonić. Najlepiej upijając kolejny łyk z kufla.
Czas szybko mijał i upływał im przed oczami. Czas jednak było opuścić gospodę i udać się w nieco mniej przyjemne miejsce.

*zt x2*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Karczma "Męty i odmęty"   

Powrót do góry Go down
 

Karczma "Męty i odmęty"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Karczma

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-