a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Stoły - Page 4



 

 Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Stoły   Sob Maj 04, 2013 8:50 pm

First topic message reminder :


Stoły II



Na gości Królewskiej Pary czekają suto zastawione stoły, które - poza przytłaczającą ilością półmisków z najróżniejszymi owocami, słodyczami oraz zimnymi przekąskami - ubogacone zostaną również trzema tuzinami potraw, które służba będzie serwować przez cały czas trwania wesela, aż do samego świtu. Goście zasiadać mogą zarówno na krzesłach, jak i ławach, obierając przy tym takie towarzystwo, by jak najbardziej wyśmienicie spędzić czas na uczcie. Naturalnie zwaśnione rodziny zostaną pokierowane przez służbę do różnych stołów, by podczas zabawy nie doszło do zbędnych niesnasek.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark
Liczba postów :
15
Join date :
29/01/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Lip 31, 2015 12:11 pm

Jego życiem rządzi zasada wstydu.
Poznaje się świat, poznaje język opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większość ludzi - prawie wszyscy, jak Aenor sądzi - do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.
Kiedy dziedzic rodu Velaryon mówi o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważa, iż zachowuje się tchórzliwie - nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzy mu w głąb duszy i nie dowie się, czy jest tchórzem. Tego języka Aenor nie może jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie własnego doświadczenia pozostaje jedyną osobą, dla której jej słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co kryje się pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadcza bezpośrednio, podczas gdy części swych zachowań nie jest w ogóle świadom, a wszystkie odbiera w sposób niepełny, skrzywiony.
Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idiotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie.
W kącikach ust na moment zagościł cień uśmiechu, gdy ciężkie, ciemnofioletowe spojrzenie Velaryona zatrzymało się na wysokiej, dumnie wyprostowanej sylwetce kobiety.
Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny. Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być - nie wiemy, kim jesteśmy.
Na jej plecy opadały długie, gęste pasma srebrnych włosów, zupełnie jakby utkane zostały ze światła księżyca – to jedno z najbardziej wyrafinowanych porównań, na które Aenor potrafił się targnąć, a i tak zasłyszał je z ust swojej żony (Daenie poetyckie porównania nigdy nie były obce).
Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąś ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Ale już język do opisu siebie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza nami. Byłby to język do jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi sam go stworzyć. Większość ludzi - prawie wszyscy – do śmierci się na to nie zdobywa. Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym - w języku drugiego rodzaju - albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na się z zewnątrz. Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.
- Nie pojmuję, dlaczego to mnie przypadło w udziale dopilnowanie, byś zjawiła się na uczcie – Velaryon podrzucił w dłoni idealnie rubinowe, lśniące jabłko wielkości pięści – owoc zawirował w powietrzu, zamarł w nim jakby na krótki moment, po czym z cichym plaśnięciem wylądował między palcami Aenora. Dziedzic High Tide uśmiechnął się blado, mimowolnie zauważając, iż podobny kolor podczas wczorajszej kolacji miały usta Daeny. Czerwone jak krew, intensywne, kuszące.
Choć nie, bliżej im było do płatków wysogrodzkiej róży.
Velaryon potrząsnął głową, przenosząc spojrzenie na wciąż nieruchomą sylwetkę kobiety – na tle zachodzącego słońca szczupła talia wyglądała jak uosobienie erotycznej wizji każdego mężczyzny; Aenor mógłby przysiąc, iż pomiędzy idealnymi łukami bioder a perfekcyjnym układem ramion nie było nawet cala jakiegokolwiek niedociągnięcia, choćby milimetra niedoskonałości. Musiał to przyznać: Rhaenys Targaryen była piękną kobietą.
A piękne kobiety… cóż, bywają zwykle niebezpieczne.
- Rzecz jasna nie kwestionuję woli Miłościwego Króla, aczkolwiek nie ukrywam, że wolałbym przebywać u boku żony… - … i pić z Namiestnikiem, dodał w myślach dziedzic High Tide, odkładając jabłko do kryształowej misy.
Moim życiem rządzi zasada wstydu, powtórzył spokojnie, poprawiając materiał czarnego wamsu obszytego lazurową (chyba takiego określenia użyła Daena) nicią. Nie mam lepszych słów, by opowiedzieć tę prawdę.
Coś podpowiadało Aenorowi, że udział w dość nieoficjalnym przyjęciu na cześć pierworodnego syna Namiestnika Siedmiu Królestw nie plasuje się na szczycie zestawienia najlepszych pomysłów. Prawdę mówiąc, gdyby tylko miał wybór (a nie miał), posłałby do sali balowej po Daenę, nakazałby ją wyprowadzić pod byle pretekstem i jeszcze tego samego wieczora opuściliby Czerwoną Twierdzę, a najlepiej zaś – Królewską Przystań. Było wszak tyle innych (bezpieczniejszych) miejsc do zwiedzenia: Rosby, Duskendale, albo – dlaczego nie – Wysogród. Daena byłaby zachwycona tamtejszymi ogrodami, ród Tyrell uraczyłby ich pierwszorzędną gościną, kto wie, może zdołaliby nawet odwiedzić Stare Miasto?
Aenorze, na Bogów, kompletnie zgłupiałeś na stare lata. Nikt, zupełnie nikt nie zagraża wam w Czerwonej Twie…
- Chodźmy.
Jedno, krótkie słowo – dokładnie tyle wystarczyło, by przerwać jałowe dywagacje Velaryona, brutalnie ściągnąć go na ziemię i zmusić do ponownego skupienia myśli na Rhaenys Targaryen. Dopiero teraz, gdy obróciła głowę, dziedzic High Tide dostrzegł kamienny wyraz jej twarzy – zupełnie, jakby wykuty został z zimnego, martwego marmuru.
Wciąż jesteś pewien tej nietykalności?
- Chodźmy – przytaknął spokojnie, sztywno, jak drewniana kukła w obliczu widowni. W momencie, w którym Rhaenys ruszyła ku drzwiom, rozsiewając w powietrzu dziwny, obcy, metaliczny zapach, Aenor doszedł do zaskakująco prostego wniosku: jest za późno, aby się wycofać.
Nie ma sposobu, by ich ostrzec.
Velaryon ruszył za Smoczycą z zadziwiającą pokorą jak na kogoś, kto był od niej wyższy o głowę i przynajmniej dwukrotnie cięższy – czasami po prostu tak bywa, iż w obliczu całkowitej bezradności człowiek traci całą swoją krzepę oraz tężyznę. Jedyne, co pozostaje, to pierwotne, na co dzień głęboko ukryte instynkty – dokładnie te, które z każdym krokiem przybliżającym Aenora do sali balowej, zaczęły wyłazić na światło dzienne, zupełnie jak długie, grube dżdżownice po ciepłym deszczu.
To dopiero poetyckie porównanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 10, 2015 10:04 pm

Od blisko godziny spoglądała przez południowe okno wschodniego skrzydła Czerwonej Twierdzy. Wody Czarnej Zatoki rozbijały się o skaliste, porośnięty fioletowymi plamami wrzosów brzegi – Rhaenys bez większego trudu potrafiła wyobrazić sobie, iż niewielkie połacie wrzosowisk to wcale nie wrzosowiska, a łagodnie pulsujące morze, stanowiące przedłużenie wód oddzielających Westeros od Essos. Słyszała, będąc dzieckiem, opowieści kupców z odległych stron świata o żeglugach po Morzu Nefrytowym.
Jakby Bogowie uronili łzy, myślała wtedy z dziwnym poczuciem smutku, kiełkującym głęboko w sercu. Gdy ogarniał ją podobny stan, zabawiała się wtedy w swą starą grę w wymyślanie imion. Była to naiwna, banalna forma rozrywki - kiedyś, gdy była mała, wymyślała sobie imiona, bo prawdziwego nigdy nie potrafiła do końca zaakceptować, zupełnie jakby ciągnął się za nim cień historii rodu. Imiona były stosowne do okazji. Imiona-schronienia, gdy była przestraszona, brzmiały tak wyniośle, że czuła, jakby cudownym zrządzeniem znalazła się na szczycie szklanej góry. Były też imiona-marzenia, co więcej obiecywały niż dawały. Czasami szła o krok dalej i próbowała wymyślić zupełnie nowe imiona dla Naelyer, Aerysa, Maegora, nawet malutkiej Ravath – wysiłki jednak zwykle spełzały na niczym, wszystko zaś dlatego, że ich imiona zdawały się adekwatne do osób, które je nosiły. Jedynie Rhaenys, jak piętno, jak kamyk w pantoflu, jak ugryzienie owada uwierało i rozmijało się z pragnieniami. Z biegiem lat Targaryenówna pojęła, skąd wzięło się podobne uczucie – odpowiedź zdawała się banalna: determinował je strach. Strach.Przez całe życie bała się: do niedawna o siebie, potem zaś o cały ród. Jak wszystko na świecie, strach ma swój zapach. Rhaenys czuła niemal bezustannie, towarzyszył jej na każdym kroku stawianym w murach Czerwonej Twierdzy – być może Smoczyca miała po prostu niezwykle wyczulone powonienie, jakby natura w ten oto sposób rekompensowała jej utratę zdolności decydowania za siebie. Wyczuwała uczucia innych ludzi, czuła zbliżający się nad Smoczą Skałę deszcz na długo przed ulewą, zdawało jej się, iż wyczuwała nawet śmierć. Owo uczucie nasilało się szczególnie w obecności najstarszego kuzyna oraz Naerys – zupełnie, jakby przeczuwała, że prowadzają się z Nieznajomym pod rękę. Z czasem nieco zrewidowała swoje pojęcie o Aerysie – on właściwie nie pachniał, jakby nie żywił żadnych uczuć. Albo smród śmierci zabijał w nim wszelakie inne wonie.
Śmierć ma bowiem w sobie zapach zgniło-słodki. Łączy w sobie przeciwieństwa – spełnienie żywota i strach przed tym zwieńczeniem. Pewność śmierci i niepewność życia.
Zupełnie nową wonią okazał się jednak syn Maegora oraz Ivory. Według Targaryenówny… pachniał miłością.
Rhaenys nie wiedziała, jak można pachnieć miłością, wszak nie wąchała jej w życiu dużo. Coś jej jednak mówiło, że Aerion pachnie właśnie tym uczuciem – jeszcze nieskalanym, świeżym, niewinnym jak to u niemowlęcia.
Patrzyła teraz jednak przez wschodnie okno i nie czuła zupełnie nic – nic, poza ulotną wonią mydła unoszącą się nad Aenorem oraz własnymi perfumami, których zapach wdzierał się łagodnie w nozdrza. Krajobraz był podobny, kogo innego raziłby swą powtarzalnością, monotonią, lecz nie ją. Ona lubiła to, co znane i oczywiste, bo to przynosiło spokój, zabijało strach. Wrzosowiska. I woda. Rhaenys przyjmowała owa jednostajność krajobrazu z ulgą. Lepsze wrzosy niż rzezie. Lepsze wrzosy niż śmierć. Lepsze wrzosy niż wspomnienia.
Ale nie tym razem.
Tym razem cos ją wyraźnie zaniepokoiło w znanym pozornie widoku. Nieznane w znanym.
- Chodźmy.
Nie ma zamiaru trwać tutaj wiecznie, w oczekiwaniu na moment, w którym niewygodna sytuacja sama ulegnie rozwiązaniu – Rhaenys już dawno pogodziła się z myślą, iż okrucieństwo czające się w umyśle Aerysa jest miarą jego cierpienia. Nigdy nie powiedziałaby tego na głos (co byłoby oznaką skrajnej głupoty), lecz władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi był dziwną istotą.
Co nie znaczy, że inną.
Za dostrzeganie prawdy zawsze płaci się słono. Jak za wszystko – za miłość, za dobro, za zło. Waluta się zmienia, lecz cena zawsze pozostaje wygórowana. Takie już było sedno ludzkiej egzystencji – człowiek, gdy umiera, błaga Siedmiu o życie. Gdy Bogowie wysłuchują jego próśb, chce być bogaty oraz posiadać mniejszą bądź większą władzę. Kiedy zaś już opływa w dostatki, czuje przemożny, niepohamowany, niewytłumaczalny smutek jałowej egzystencji i – jak na ironię - popełnia samobójstwo.
Rhaenys wygładziła spokojnie aksamitny materiał sukni, której kolor przywodził na myśl bezgwiezdne, nocne niebo – jedynie obszyte rubinową nicią rękawy oraz dekolt stanowiły życiodajną przebitkę w ponurym marazmie przyodziewku; opadające na plecy włosy układały się w gęste, równomierne fale, nad którymi dwie służki spędziły całe popołudnie.
Było warto?
Kąciki ust Targaryenówny uniosły się w lekkim uśmiechu, kiedy minęła Aenora Velaryona i skierowała swe kroku ku królewskiej sali balowej – dziedzic High Tide nie byłby miarodajnym, opiniotwórczym źródłem – poślubił wszak perfekcyjnie valyriańską piękność, tak naturalną w swej urodzie, iż niemal każda kobieta chyliła czoła przed Daeną. Wewnętrzne przeczucie podpowiadało Rhaenys, by – korzystając z wątpliwości Velaryona, które miał niemal wypisane na twarzy – zawrócić z obranej drogi i… zignorować polecenie Aerysa?
Tak po prostu odejść, nie oglądając się za siebie?
A później… przepaść bez wieści w chwili, w której wydawało się, iż cień władcy nie jest w stanie cię dosięgnąć. To zwykle odbywało się właśnie w ten sposób – bezsens ucieczki docierał do człowieka dopiero w momencie absolutnej klęski.
Rhaenys z zamyślenia została wyrwana dopiero w momencie, gdy drzwi sali trzasnęły głucho za plecami Aenora – początkowy kamienny, wyprany z uczuć wyraz twarzy ustąpił przed delikatnym uśmiechem, który rozkwitł na pociągniętych rubinowym barwnikiem ustach. Targaryenówna ruszyła przez salę spokojnie, bez zbędnego pośpiechu, który charakteryzowałby każdego człeka zakłócającemu…
… cóż, wznoszony toast – wtedy to bowiem, wraz z ostatnimi słowami Maegora, do komnaty wkroczyła Rhaenys oraz jej, skądinąd, przymusowy towarzysz. Kilka ukłonów, niewymuszonych uśmiechów i ponad tym wszystkim – bijąca z fiołkowych oczu zimna obojętność, której w stanie nie były nawet zakłócić spokojne, uprzejme słowa skierowane ku Namiestnikowi oraz jego żonie.
- Książę, Księżno… wybaczcie nasze delikatne spóźnienie, tak bywa, gdy kobieta dobiera biżuterię a towarzyszący jej mężczyzna zna się wyłącznie na posługiwaniu ostrzem. – Targaryenówna uśmiechnęła się nieznacznie, zerkając uspokajająco na Daenę, której mąż wciąż stał za plecami Rhaenys, zupełnie, jakby pilnował każdego jej gestu; Smoczyca bez cienia najmniejszego wahania sięgnęła po kielich stojący przy jednym z dwóch pustych miejsc, z których jedno zajęła ledwie przed momentem.
- Powracając zatem ku sednu tego uroczego spotkania - za zdrowie Aeriona! – służka odskoczyła nerwowo dokładnie w chwili, w której udało się jej napełnić kielich królewskiej kuzynki, zaledwie na moment przed tym, jak uniosła go do ust. Zimny, cierpki trunek natychmiast orzeźwił zmysły Targaryenówny, nakazując jej zachowanie spokoju oraz… wytrwałe czekanie na rozwój wydarzeń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Wrz 29, 2015 10:09 pm

Jak na jesień dzień był bardzo gorący - przez ogromne okna wpadało słońce, pokrywając kamienną posadzkę sali tronowej plątaniną cieni. Późnym popołudniem panował tu upał gęsty jak zupa i kuchenny zaduch.
Aerys Targaryen rumienił się i pocił w swych obszytych futrem szatach barwy najgłębszego rubinu. Przez cały dzień doskwierał mu zły humor, potęgowany dodatkowo przez nagły skok temperatury. Harwyn Lynderly, królewski podsekretarz do spraw audiencji, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej niezadowolonego, czemu trudno było się dziwić, gdyż prócz upału musiał się jeszcze zmagać ze strachem, jaki budziła w nim postać władcy. Obaj wydawali się niezwykle przygnębieni, każdy na swój sposób, ale przynajmniej zajmowali miejsca siedzące.
Okuty w stal dowódca Gwardii Królewskiej pocił się nieustannie pod ciężką zbroją. Stał od ponad dwóch godzin w tej samej pozycji, z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza i zaciśniętymi zębami, podczas gdy Aerys dąsał się, pomrukiwał albo wrzeszczał po kolei na petentów. Biały Płaszcz żałował, nie po raz pierwszy tego popołudnia, że nie leży w parku pod drzewem z mocnym trunkiem w dłoni. Albo może pod lodowcem, otoczony ze wszystkich stron zimnymi bryłami. Chciał być wszędzie, tylko nie tutaj. Trzymanie warty podczas tych koszmarnych audiencji należało do mniej przyjemnych obowiązków, ale mogło być gorzej. Chcąc, nie chcąc, człowiek myślał o dwóch innych gwardzistach stojących tuż przy oknach, w prażących plamach światła stojących wokół ścian: ich dowódca tylko czekał, aż któryś z nich zemdleje i runie na podłogę z trzaskiem przypominającym walący się kredens pełen filiżanek, bez wątpienia ku ogromnemu niesmakowi miłościwie panującego, ale jak dotąd zdołali jakoś utrzymać się w pozycji wyprostowanej.
- Dlaczego w tej sali zawsze panuje niewłaściwa temperatura? - dopytywał się Aerys, jakby upał był obelgą wymierzoną wyłącznie w niego. - Jest zbyt gorąco przez pół roku, a przez drugie pół za zimno. Nie ma tu ani odrobiny powietrza! Dlaczego te okna się nie otwierają? Dlaczego nie możemy przebywać w mniejszym pomieszczeniu?
- E... - wymamrotał podsekretarz, poprawiając kosmyk włosów na spoconym czole. - Prośby o audiencje zawsze były składane w tej sali, miłościwy panie. – Lynderly umilkł pod groźnym spojrzeniem króla. - E... to jest… tradycja.
- Wiem o tym, durniu. – wycedził rzeczowo Targaryen, purpurowy na twarzy z gorąca i wściekłości. - Czy ktoś w ogóle prosił cię o opinię?
- Tak, to znaczy nie – wyjąkał Harwyn. - To znaczy jak najbardziej, mój panie.
Aerys potrząsnął głową z głębokim grymasem, rozglądając się po sali w poszukiwaniu czegoś innego, co wzbudzałoby w nim niezadowolenie.
- Ilu ich tam jeszcze czeka?
- E... czterech, wasza miłość.
- Do diabła! - zagrzmiał władca Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi, poruszając się niecierpliwie na Żelaznym Tronie i wachlując futrzanym kołnierzem, by wpuścić pod grube odzienie trochę powietrza. - To nie do zniesienia!
Lynderly musiał się z tym całkowicie zgodzić. Aerys podniósł gwałtownym ruchem z trzymanej przez służkę tacy srebrny kielich i wziął potężny łyk wina, z niekrytą ulgą zwilżając usta. Nie lubił pić, lecz dziś na dobrą sprawę robił to całe popołudnie. Nie poprawiło mu to jednak humoru.
- Kto jest kolejnym głupcem? - spytał.
- E... – Lynderly spojrzał przez okulary na wielki dokument, przesuwając wzdłuż nierównego pisma palcem umazanym w atramencie. - Następny jest Dobryczłek Heath, wieśniak z...
- Wieśniak? Powiedziałeś wieśniak? Musimy więc siedzieć w tym idiotycznym upale i wysłuchiwać narzekań jakiegoś przeklętego plebejusza na pogodę, która zaszkodziła jego owcom, najpewniej rżniętym przez Doliniarzy?
- No cóż, wasza miłość… - wymamrotał Lynderly. - Wydaje się, że Dobryczłek Heath ma...e... uzasadnione pretensje do swego... e... pana i...
- Wprowadź tego idiotę. – Aerys potarł z roztargnieniem czoło, wpatrując się obojętnie w odległe drzwi sali tronowej. Gdy tylko rozwarto dębowe skrzydła, Dobryczłek Heath został łaskawie dopuszczony przed oblicze władcy, który - podkreślając swą pozycję w tej Sali – zasiadał na podwyższeniu, tak że biedak musiał patrzeć w górę. Uczciwa twarz, ale bardzo wychudzona. W drżących dłoniach ściskał kapelusz. Targaryen poruszył zniechęcony barkami, gdy po plecach spłynęła mu kropla potu.
- Ty jesteś Dobryczłek Heath, zgadza się?
- Tak, wasza dobrotliwość - wymamrotał wieśniak z silnym akcentem. - Pochodzę z...
- I zjawiasz się w Czerwonej Twierdzy z prośbą o audiencję u Jego Wysokości, króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, protektora królestwa - przerwał mu z wystudiowaną szorstkością Aerys.
Heath oblizał wargi. Lynderly zastanawiał się, ile ten człowiek musiał znieść, by dać z siebie robić głupca. Najpewniej bardzo wiele.
- Moja rodzina została wyrugowana z ziemi. Nasz pan powiedział, że...
Targaryen uciszył go gestem uniesionej dłoni.
- Jest to bez wątpienia sprawa dla Starszego nad Prawem. – kąciki ust władcy uniosły się nieznacznie w miernej imitacji życzliwego uśmiechu. - Przejawiam oczywiście troskę o dobro wszystkich mych poddanych, nawet tych najmniej znaczących… - Aerys obrócił w dłoniach kielich pełen wybornego, schłodzonego wina. - … nie można jednak oczekiwać, że będę poświęcał uwagę bardzo drobnym sprawom. Mój czas jest wszak niezwykle cenny. Dobrego dnia.
I to było wszystko. Dwaj żołnierze otworzyli drzwi, dając tym samym znak Heathowi, by wyszedł.
Twarz wieśniaka pokryła się trupią bladością, kłykcie poruszały się niespokojnie, mnąc brzeg kapelusza.
- Miłościwy królu… - wyjąkał - Stawałem już przed posiedzeniem…
Aerys spojrzał na niego ostro, zmuszając nieszczęśnika do milczenia.
- Dobrego dnia, powiedziałem!
Wieśniak przygarbił ramiona. Po raz ostatni rozejrzał się po sali. Lynderly studiował z wielkim zainteresowaniem przeciwległą ścianę i unikał wzroku wieśniaka. Król z kolei patrzył na niego z gniewem, rozwścieczony swą niepowetowaną stratą czasu – najpewniej ułamki chwil dzieliły go od wydania rozkazu, by spalić nieszczęśnika żywcem. Dowódca Gwardii czuł natomiast mdłości na myśl o tym, że musi w tym uczestniczyć. Heath odwrócił się i wyszedł ze spuszczoną głową z sali, powłócząc nogami. Drzwi zamknęły się za nim.
- Mam wrażenie, że zaczynają nad nami krążyć sępy, zgodzisz się ze mną, Lordzie Lynderly? – Targaryen odstawił kielich na tacę, niedbałym gestem odprawiając służkę.
- W rzeczy samej, Wasza Miłość - wymamrotał podsekretarz, absolutnie zniechęcony; modlił się, by ta tortura dobiegła wreszcie końca. Wtedy mógłby wrócić do swych komnat, kto wie? Może i do Doliny, nim ponownie zawezwą go do stolicy.
- Sepy, sępy - mruczał do siebie Aerys, obracając na serdecznym palcu złoty pierścień. - Paskudne ptaszyska, ale mogą być użyteczne. Kto następny?
Spocony podsekretarz, szukając odpowiednich słów, wyglądał na jeszcze bardziej zakłopotanego niż wcześniej.
- Mamy grupę... dyplomatów.
Aerys Targaryen zastygł w bezruchu na Żelaznym Tronie.
- Dyplomatów? Od kogo?
- E... od Księcia Dorne, Wasza Miłość.
W sali tronowej zapadła ciężka cisza – wszystkie obecne pary oczu zwróciły się w stronę króla, który – dotychczas nieruchomy…
- Dyplomaci? – zapytał z wyraźnym zdumieniem, tłumiąc w piersi coś, co mogło zabrzmieć niczym… chichot. - Chciałeś chyba powiedzieć … dzikusy?
Podsekretarz zawtórował władcy w śmiechu bez przekonania.
- Och, tak, mój panie! Dzikusy, oczywiście.
Targaryen powstał gwałtownie z Żelaznego Tronu, w przeciągu uderzenia serca tracąc swą dotychczasową wesołość. Wystarczyło kilka kroków, by nagle znalazł się u bocznego wyjścia z sali, nawet nie oglądając się na zdumionego podsekretarza.
- Jakbym miał za mało kozojebców w zamku. Audiencja zakończona. – trzask zamykanych drzwi był jednym z dwóch dźwięków, które przerwały ciszę w komnacie tronowej – drugim z nich było westchnięcie ulgi zebranych dworzan.

***

- To będzie udany wieczór.
Wygłoszona uwaga z najwyższym trudem przedarła się przez jednostajny, szczękliwy zgrzyt zbroi – tuzin okutych w żelazo mężczyzn wytwarzał znacznie więcej hałasu, niż Aerys uważał to za konieczne, w przeciwieństwie jednak do dalszego przebiegu wydarzeń, nie miał na to najmniejszego wpływu. Blask świec w kandelabrach tańczył na wypolerowanej stali, odbijając się płomiennymi refleksami od połyskujących hełmów, które nadawały zbrojnym apatycznej anonimowości. Targaryen kroczył na samym czele tego niecodziennego pochodu – odziany w rodowe barwy, z trójgłowym smokiem wyszytym na materiale sobolego płaszcza, z wysadzaną rubinami koroną, lśniącą przy każdym ruchu głową. Droga do sali balowej nie była długa, jednakże już sama pora wyruszenia ku jej progom pozwalała przypuszczać, że nim król dotrze do celu podróży, w komnacie będą już zasiadać wszyscy goście.
W tym jego jakże umiłowany brat wraz z żoną i swym zupełnie nowym nabytkiem – rozkrzyczaną pociechą.
Aerys wciąż nie potrafił wyjść ze zdumienia, iż syn Maegora – przynajmniej w pierwszych tygodniach życia – w niczym nie przypominał Dornijki, która nosiła go pod sercem. Typem urody (czy też: jej brakiem) doganiał swego ojca, nie zdradzając najmniejszego ułamka krwi Martellówny… co jedynie pozwalało przypuszczać władcy, że wda się w nią charakterem.
Właśnie na tym etapie Aerys nie potrafił zadecydować, co było gorsze: Targaryen wyglądający niczym morski Dornijczyk, czy chłopiec o valyriańskiej urodzie posiadający mdły sposób bycia swej matki.
W każdym razie – jak rozgotowany kalafior. Pozbawiony formy i smaku.
Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi skinął niecierpliwie dłonią ku zamkniętym drzwiom sali balowej – do przodu natychmiast wysunęło się dwóch zbrojnych, którzy przypadli do dębowych skrzydeł wejścia i rozwarli je z hałasem, z jednej strony ukazując królowi wnętrze komnaty…
… z drugiej zaś tym, którzy w tej komnacie przebywali, Aerysa Targaryena na czele pokaźnej grupy rycerzy w pełnym rynsztunku. Nie czekając na zbędne owacje, władca przekroczył próg sali i wiedziony mapami pamięci bezbłędnie ruszył ku szczytowi suto zastawionego stołu, gdzie szczęśliwą rodzinę odgrywał Namiestnik Siedmiu Królestw, jego małżonka oraz niczego nieświadome dziecko. W przestronnym pomieszczeniu przez dłuższą chwilę panował hałas wywoływany głównie przez zbrojnych, którzy karnie zajęli miejsca przy drzwiach prowadzących na taras oraz tych stanowiących główne wyjście z sali; dwaj rycerze, co ciekawsze – nienależący do Gwardii Królewskiej - podążali w ślad za Aerysem, wyraźnie świadcząc o tym, iż jeden, nieostrożny ruch ze strony gości Maegora Targaryena może zakończysz się… tragicznie?
Jakby już sama obecność króla nie stanowiła przedsmaku dramatu.
- Przeklęte kruki – rzucił ze swobodą władca, przerywając w końcu ciężkie, niemal śmiertelne milczenie zebranych, którzy jak jeden mąż wpatrywali się weń z pełną gamą emocji.
Rzadko kiedy pozytywnych.
- Głupie ptaszysko musiało zabłądzić, dlatego nie otrzymałem zaproszenia i stąd moje, jakże niewłaściwe, spóźnienie. – Aerys zatrzymał się tuż przy Maegorze, przenosząc na niego zimne, nieruchome jak u gargulca spojrzenie. – Nie podejrzewam bowiem, by umiłowany brat nie chciał mej obecności na tym uroczym… - Targaryen wykrzywił usta w nieznacznym grymasie, przelotnym spojrzeniem obdarzając małżonkę Namiestnika. - … przyjęciu. – zakończył cicho, sięgając po jeden z kielichów stojących przy zajmowanym przez Maegora miejscu, co stanowiło niejaki gwarant, iż wino nie było zatrute.
- Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z równie niepowtarzalnej okazji i nie zdobył się na niewielką niespodziankę, którą pragnę się podzielić w obecności zebranych gości. Mając zaś na uwadze, że większość z nich to członkowie szlachetnych rodów Siedmiu Królestw, pora wydaje się tym odpowiedniejsza, bym… - władca uniósł kielich w geście toastu, obdarzając zebranych w sali bankietowej czujnym spojrzeniem. - ... bym ogłosił królewskie zaręczyny. Ja, Aerys Targaryen, drugi tego imienia, władca Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi, mam zamiar poślubić obecną wśród was Rhaenys Targaryen, moją najserdeczniejszą kuzynkę… oraz waszą przyszłą królową. – lawendowe tęczówki zamarły na dumnie wyprostowanej, milczącej Smoczycy – Targaryen wpatrywał się weń chłodno, gdy z jego ust płynęły kolejne słowa. - Rhaenys, moja najmilsza, wznoszę ten toast dla Ciebie. Jeszcze tego roku, w ostatni dzień dwunastego księżyca, będziemy celebrować ślub. Nasze zdrowie!
Aerys uśmiechnął się nad kielichem pełnym krwistoczerwonego wina.
Ten uśmiech wyrażał bardzo wiele.
Łagodną pogardę, łagodne współczucie, ledwie dostrzegalny cień groźby. Wszystko z wyjątkiem rozbawienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Paź 26, 2015 12:54 am

Gdy przybyła do Królewskiej Przystani, nie sądziła, że będzie to tak wyczerpująca wizyta. Naturalnie, cieszyła się z kilku odnowionych kontaktów z przedstawicielami Gildii Alchemików. Cieszyła się, iż dzięki ostrożności, udało jej się to uczynić w względnej tajemnicy. Cieszyła się z braku towarzystwa swych nieznośnych sióstr. Cieszyła się również z tego, iż udało jej się uniknąć spotkania z Maeve. Dość gości z Bożej Łaski przewinęło się przez Yronwood jeszcze za życia Pani Matki.
Na sam koniec  mającej przekłamać rzeczywistość wyliczanki, pozostawiła sobie radość z zobaczenia miedzianoskórej Księżnej Smoczej Skały w dobrym zdrowiu.
Wszystkie te rzeczy - zaprawione w dodatku solidnym kielichem wina - podtrzymywały na bladych ustach jasnowłosej Dornijki wystudiowany, ale całkiem przekonujący uśmiech.
Nic co dobre, nie mogło trwać jednak wiecznie, zaś dobra mina do złej gry ciążyła Yronwoodównie jak nigdy, gdy salę wypełniać zaczęli kolejni, szanowni goście.

Z początku koncentrowała się tylko i wyłącznie na sobie, pragnąc zapanować jakoś nad wypełniającym ją, trudnym do wytłumaczenia niepokojem. Złe przeczucie?
Smukłe, długie palce obejmowały szyjkę pustego już kielicha. Obracała go zręcznie w dłoni, obserwując jak resztka wina barwy tętniczej krwi zbiera się na dole i krąży po dnie, niczym mały rubin. Gdy nikt nie patrzył chlusnęła trunkiem w kierunku siedzącej nieopodal damy, przez moment podziwiając niewielką plamę na tyłach pysznej, jasnej sukni kobiety. Dostrzegłszy, iż jest obserwowana, posłała jednej ze służących lekki, niewiele mówiący uśmiech.

Ale goście nie ograniczali się jedynie do niewdzięcznej roli niewiele znaczących i milczących rekwizytów. Ich usta opuszczały wystudiowane, mniej bądź bardziej szczere formułki. Odrobinę uwagi poświęciła każdemu z nich, wnikliwie mierząc ich wysoko urodzone sylwetki i próbując odgadnąć, którzy z nich przybyli tutaj z własnej woli, którzy z poczucia obowiązku, a którzy dlatego, iż pragnęli napić się z Maegorem, słynącym ze swej słabości do wina. Przyglądała się Baratheonom, Velaryonom i samemu Namiestnikowi. Z braku lepszego obiektu zainteresowań, posłała przyjazny uśmiech siedzącej niedaleko Mewie. Uprzejmie i szczerze zainteresowała się pojawieniem przepięknej i posągowej Rhaenys. Okazało się jednak, iż najlepsze pozostawiono im na koniec.

Gdy w sali pojawił się Aerys II, zesztywniała. Uniosła nawet lekko jasną głowę, zaś mieniące się valyriańską stalą oczy błysnęły nagłym podnieceniem. A może strachem? Coś jednak uległo zmianie na tej zblazowanej i raczej mało ekspresywnej twarzy, gdy tak z uwagą śledziła każdy krok miłościwie panującego im króla.
Spotkała go kiedyś. Kilka lat temu. Przypadkowe spotkanie w ciasnych i zatęchłych korytarzach Gildii Alchemików. Był... ciekawy. W podobny sposób, w jaki ciekawa mogła być bestia, mogąca w każdej chwili skoczyć obserwującemu do gardła, by je rozszarpać. Był jakiś, a gdy Yronwoodówna stanęła mu naprzeciw, mogła przysiąc, iż dostrzegła w jego oczach fascynujące, powoli kiełkujące szaleństwo. Nie przestraszyła się jednak - nie wtedy. Zakonotowała to sobie w pamięci, niby Maester, który wciska pomiędzy stronice opasłej księgi zakładkę, chcąc zaznaczyć interesującą go, potencjalnie ważną wskazówkę.
Smoki były interesujące, a ci, którzy mieli się za ich władców  - wielcy Targaryenowie - nawet bardziej.
Nie było na świecie bowiem nic bardziej satysfakcjonującego, niż oglądanie czyjegoś upadku. Ci wielcy upadali przecie najpiękniej i najbardziej efektownie.

Oczywistym było, iż gdy król ogłosił swe zaręczyny z Rhaenys, przyjrzała się jej po raz kolejny. Jakby miała nadzieję, że na tej nieskazitelnej, nieludzkiej masce pojawi się choćby na moment mała ryska bądź pęknięcie. Coś, co zdradziłoby prawdziwe myśli i uczucia przyszłej Smoczej Królowej. Rozczarowanie, złość, smutek, radość, ekscytację, dumę. Cokolwiek. Musiało tkwić w niej cokolwiek.
Musiało tkwić w nich cokolwiek.
To była chwila Ivory i jej męża. Ich nieforemnego, szpetnego dziecka. Niemałe wrażenie zrobiło na Jeyne to, iż nawet Aerys okazał się na tyle małostkowy, na tyle ludzki, by skraść ten moment dla siebie i swej narzeczonej.

Milczała jednak, podobnie, jak milczeli inni, unosząc tylko jedną z jasnych brwi. Przywołała do siebie służącą i poprosiła ją o napełnienie kielicha. Pozwoliła sobie ugasić nieistniejące pragnienie rozwodnionym winem.
Wydarzenia na sali toczyły się własnym torem, zaś dziedziczka Yronwoodów wykorzystała pierwszą, nadarzającą się okazję ku temu, by móc wymknąć się z sali bez konsekwencji. Złe, dławiące przeczucie nie opuszczało jej jeszcze przez wiele godzin.
W stosie darów i prezentów zginęły gdzieś zamknięte w smoczym szkle perfumy dla Ivory, rzeźbione w kościach szachy dla Maegora i pięknie oprawiona księga o dziejach Dorne dla potrafiącego ledwie stękać i płakać - a cóż tu dopiero mówić o czytaniu - Aeriona.

Gdy przybyła do Królewskiej Przystani, nie sądziła, że będzie to tak wyczerpująca wizyta. Nadszedł czas, by wrócić do Yronwood.


/ zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark
Liczba postów :
15
Join date :
29/01/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Lut 29, 2016 9:17 pm

/ Stół Pary Królewskiej

Odnosił wrażenie, jakby z chwilą złożenia parze królewskiej życzeń, z jego ciała uleciało niemal całe zaniepokojenie. Trudnie do wyjaśnienia napięcie od samego poranka skutecznie pozbawiało dziedzica Pływów apetytu, jednak teraz – gdy tylko oddalił się od Aerysa Targaryena – głód dał o sobie znać z podwojoną siłą i kąsał boleśnie, nieprzerwanie irytując własnym zuchwalstwem. Aenor Velaryon postanowił, że stawi czoła swemu dość płochemu wrogowi w chwili, w której od nowożeńców odejdzie Daenor i, na całe szczęście, nie musiał wyczekiwać na ten moment zbyt wytrwale.
To jednak rodziło kolejną rozterkę – w jaki sposób winien podjąć dialog ze swym młodszym bratem?
Nie sądził, że wizja zwykłej rozmowy wzbudzi w nim równie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony odczuwał uzasadnioną, pierwotną radość na myśl, że Daenor zdołał powrócić do Siedmiu Królestw cały i zdrów – choć zmieniony pod względem fizycznym w niemal każdym aspekcie. Z drugiej zaś strony w starszym Velaryonie budziła się cicha, na wpół irracjonalna obawa, że obaj przeszli zbyt duże przeobrażenie, by ponownie odnaleźć wspólny język. Rodzinne więzy, które ich łączyły, były niezaprzeczalne i bez wątpienia żaden z nich nie pragnął wyrzec się drugiego, jednak starcie z rzeczywistością mogło okazać się znacznie bardziej brutalne i – wbrew swym wszystkim nadziejom – nie zdołają pokonać dzielącej ich bariery.
Było to smutne. Było to prawdopodobne. Było to na swój sposób nieuniknione… lecz właśnie na tym polegało ludzkie życie.
Z rzadka róże, zwykle ciernie.
Aenor w milczeniu obserwował, jak Daenor oddala się od królewskiej pary i powoli kieruje w jego stronę – ta krótka, pozbawiona jakichkolwiek słów chwila wystarczyła, by dziedzic Pływów zepchnął na obrzeża swego umysłu wszelkie wątpliwości i by mógł skupić się na tym, co teraz najbardziej istotne.
Najbardziej istotny zaś był Daenor.
Starszy z braci Velaryon nawet nie próbował powstrzymać szczerego uśmiechu, który podstępem wkradł się na jego usta, jedynie pogłębiając zmarszczki wokół oczu – niespodziewana, raźna niczym u podlotka oznaka radości zdominowała dziedzica Pływów i nakazała mu, by wyciągnął ku Daenorowi rękę. Była to ledwie zapowiedź nadchodzącym wydarzeń, bowiem gdy tylko drugi syn Lorda High Tide znalazł się w zasięgu ramion swego starszego brata, Aenor zamknął go w krótkim, choć potężnym niby u niedźwiedzia uścisku.
W tej przelotnej, lecz przesyconej wymownością chwili nie potrzebowali słów, by móc się zrozumieć – gesty i czyny były najbardziej dosadną mową, na jaką tylko mogli się zdobyć. Uwolnieniu Daenora z objęć towarzyszyło mocne, braterskie klepnięcie w silne ramię, dokładnie takie, jakim obdarza się towarzysza po kilkudniowej rozłące.
Być może właśnie w ten sposób pragnął myśleć Aenor – tak, jakby nie widzieli się kilka tygodni, nie zaś kilka długich, rozwlekłych niby kazania Wielkiego Septona lat.
- Potrzebujemy wina – dosadne, wypowiedziane głębokim tonem słowa dziedzica Pływów przerwały panującą między braćmi ciszę – ta błahość znaczenia ścierała się z niewypowiedzianą powagą sytuacji, tworząc na wpół groteskowy obraz ludzi, którzy za wszelką cenę starają się przezwyciężyć i ukryć własne emocje. Tak już musiało być w życiu mężczyzny – łzy radości z powrotu brata Aenor zostawił dla Daeny, która - w przeciwieństwie do swego męża - nawet przez chwilę nie będzie chciała ich ukrywać.
- I wybornego jadła – na ustach starszego Velaryona ponownie pojawił się uśmiech, tym razem przewrotny, zadziwiająco chłopięcy, zupełnie jakby znów mieli po dziesięć oraz osiem dni imienia i wymykali się z zamku, by na plaży podglądać biorące kąpiel służki. Aenor ruszył ku długiemu, suto zastawionemu stołowi ramię w ramię ze swym bratem, tak, jakby obawiał się ponownie stracić go z oczu na kolejne lata – choć było to naiwne. Zajęcie odpowiedniego miejsca nie przysporzyło im większych problemów – przynajmniej zaś nie większych od podjęcia decyzji, czym napełnić własny talerz. Dziedzic Pływów na moment przypomniał sobie o odczuwanym wcześniej głodzie, odłożył jednak walkę z ssącym żołądkiem na później – teraz pragnął wyłącznie wychylić z Daenorem kielich wina.
- Jest tak wiele pytań, które chcę zadać. Opowieści, których pragnę usłyszeć. Tak wiele zaległości, niewiadomych, gubię się w tym, od czego mógłbym zacząć i od czego powinieneś zacząć Ty – Aenor pokręcił lekko głową, jakby z niedowierzaniem dla własnego zorganizowania, choć w jego słowach wszystko było prawdą – gdyby tylko mógł, na raz odrobiłby wszelkie zaległości, racząc i będąc raczonym najrozmaitszymi historiami. Pośpiech jednak nie przyniósłby ukojenia, wręcz przeciwnie, pozostawiłby słony niedosyt, którego dziedzic Pływów nie mógłby ukoić przez kolejny księżyc wspólnych rozmów.
- Napijmy się… a później zaczniesz od czego tylko zechcesz – silna, ciężka dłoń Velaryona sięgnęła po napełniony złotym, arborskim winem kielich. Trunek mógł przynieść zaspokojenie pragnienia i rozwiązanie języków, lada moment miał stać się nośnikiem informacji oraz cienką nicią porozumienia, która ponownie połączy braci.
Przynajmniej zaś tego pragnął Aenor i żywił nadzieję, że to obopólne życzenie – proste, nieskomplikowane i jakże naturalne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
19
Join date :
27/11/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Mar 01, 2016 3:45 am

/ Stół Pary Królewskiej

Bycie młodszym bratem dziedzica może wydawać się ciężkim kawałkiem chleba. Według Daenora dużo jest w tym zdaniu przesady. Życie młodszego syna lorda jest wyraźnie luźniejsze, niż starszego, nawet jeśli ma się za ojca Jacaerysa Velaryona. Może pozwolić sobie na więcej swobody. Z drugiej strony miało się mniejsze szanse, by zaistnieć na politycznej scenie i zyskać uznanie. Dlatego wielu młodszych synów zazdrościło swoim starszym braciom. Uczucie te mogło z czasem przeobrazić się w nienawiść.
Jednak nie tak miały się stosunki panujące między młodymi Velaryonami. Wręcz przeciwnie, można je było uznać za pozytywne. Owszem, zdarzały się słowne utarczki i bójki, ale nigdy nie miały one poważniejszego podłoża, ot zwykłe kłótnie, jakie zdarzają się wśród każdego rodzeństwa, a już szczególnie, jeżeli dzieli je mała różnica wieku. W tym przypadku, jak i w wielu innych kończyły się zazwyczaj braterskim uściskiem, a nawet jeśli prowadziły do dłuższego braku rozmów, to i tak po jakimś czasie synowie Jacaerysa godzili się i powracali do zabaw.
Daenor był zimniejszym z braci. Rzadko okazywał ciepłe uczucia, raczej starając się zachować bierność w kontaktach z innymi ludźmi i ograniczając się do etykiety. Nie odmawiał ich jednak matce i rodzeństwu, gdyż były to dla niego najważniejsze osoby. Kontrastował tym samym ze swoim starszym bratem, który słynął z życzliwości. Ale Aenor wydawał się nie zważać na oschłość Daenora. To było podstawą, która nie pozwoliła wyrosnąć zazdrości w sercu młodszego z Velaryonów. Co prawda, czasem żałował, że nie będzie mu dane rządzić High Tide, ale rozumiał, że poważanie wśród innych może zdobyć tylko dzięki innym czynom. Nigdy nie robił z tego problemów, a wręcz doceniał to, że nie jest obarczony taką presją, jak Aenor.
Pozytywne relacje panowały między braćmi przez okres młodzieńczy. Panowały... kiedyś. Ale czy będą panować i dziś, po dwunastu latach rozłąki? Tak długi czas poczynił w obu braciach ogromne zmiany. Wprawdzie poznali się bez problemów, ale to nie było trudne. Najważniejsze zmiany, jakie zaszły w nich mieli poznać dopiero w trakcie rozmowy. Być może nie będą potrafili porozumieć się. Może będą na siebie tępo patrzeć, wymienią kilka słów, wymaganych w czasie rozmowy członków poważanego rodu i rozejdę się, każdy w swoją stronę. Daenor liczył jednak na to, że brat mu wybaczy i więź, jaka niegdyś ich łączyła odżyje.
Odwracają się od pary królewskiej rozejrzał się za rodzeństwem. Wszyscy zajęli już miejsca przy stole. Z wolna ruszył w ich stronę, patrząc na Aenora i nie zwracają zbytniej uwagi na resztę. Rozmyślał co mu powiedzieć, tak jak przed kilkoma dniami zastanawiał się jak przywitać ojca.
Gdy stanął przy dziedzicu High Tide ten, wbrew wszelkim obawom wstał i nie czekając na jakiekolwiek słowa uściskał Daenora. Z niewysłowionym szczęściem, ale i z pewnym zaskoczeniem odwzajemnił uścisk. Przywitał się też z Jaehaerysem, ale po chwili usiadł na przeciwko starszego, by przejść do rozmowy.
Zachowanie Aenora, uścisk i sposób w jaki mówił dawały na myśl, że cieszy się z obecności młodszego brata. Dla Daenora było to bardzo ważne. Pozwalało uwierzyć, że nie wszytko co pozostawił opuszczając Driftmark zostało stracone.
- Nawet nie wiem od czego zacząć. Zbyt dużo przygód miałem, by wybrać konkretną i ją dziś opowiedzieć. Widziałem niemal wszystko, co znajduje się na wybrzeżach Essos od Tyrosh, po Asshai przy Cieniu. - służba krzątała się wokół nich. Po chwili podano różnego rodzaju mięsiwa i inne jadło, a przede wszystkim dzban arborskiego wina. Daenor uchwycił wypełniony trunkiem kielich, upił kilka małych łyków. Było to bardzo dobre wino. Takie, jakie podaje się na początku wesela, by zaimponować gościom. Komponowało się z mięsem, nie dominowało jego smaku. Na pewno to jeden z lepszych trunków, jakie miał okazję pić, a trzeba przyznać, że sposobności do skosztowania nowych napojów miał wiele. - Jest jednak kwestia, którą chciałbym poruszyć najpierw. Nie było mnie dwanaście lat. Chcę wiedzieć, czy istnieje szansa, żebyś mi przebaczył. Wiem, że proszę o wiele, więc  zrozumiem, jeżeli odmówisz. - urwał na chwilę, ale nie chciał tak zakończyć wypowiedzi. Pragnął dopytać o to, co działo się u jego rodzeństwa. - Powiedz mi proszę, co u Ciebie i Daeny. Matka tylko wspomniała o waszym ślubie, czego wam gratuluję, a ojciec nie był zbytnio rozmowny... Zresztą nie mam prawa mu się dziwić - Westchnął i popatrzył ponownie w oczy brata z oczekiwaniem na odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark
Liczba postów :
15
Join date :
29/01/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Mar 25, 2016 11:17 pm

Nigdy nie uważał, by pozycja dziedzica w jakimkolwiek stopniu miała wpływać na jego relacje z rodzeństwem – przynajmniej podobny stan rzeczy miał utrzymywać się tak długo, jak długo pozwoli na to rzeczywistość. Nie od dziś wszak wiadomo, iż z przywilejami wiązał się szereg obowiązków, z obowiązkami zaś – cała masa wyrzeczeń. Podczas gdy młodsze rodzeństwo mogło pozwolić sobie na wieczory pełne wytchnienia, Aenor niejednokrotnie spędzał bezsenne noce pośród doradców ojca, przyjmując (bądź perfekcyjnie udając, że przyjmuje) rady od starszych i bardziej doświadczonych. Nie wszystkie były trafne, nie wszystkie przydatne, nie wszystkie uniwersalne, jedna zapadła jednakże Velaryonowi w pamięci szczególnie – nie pomni już, z czyich ust padły te słowa, choć po dziś dzień krążą po umyśle dziedzica niby wyblakłe cienie przeszłości.
Rodzina – to właśnie ona jest jedyną inwestycją, która na pewno się zwróci.
Aenor zadziwiająco skrupulatnie wziął tę frazę do serca, od pewnego czasu przywiązując do niej nad wyraz mocną uwagę – ów pewien czas rozpoczął się, gdy Daena poinformowała go o ciąży i trwać będzie – w to akurat dziedzic Pływów nie wątpił – do momentu, w którym nie opuści tego przesyconego bólem padołu łez i cierpienia.
A przynajmniej wszystko na to wskazywało.
Velaryon nie wątpił, że również jego brat okazał się inwestycją, która już zaczęła się zwracać – ogrom zdobytego przez Daenora doświadczenia był najlepszą rekompensatą, jaką mógł otrzymać Lord Pływów, choć sam być może nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Dla Aenora nie było żadnych wątpliwości, żadnych zawahań – odkąd młodszy z Velaryonów opuścił Westeros, dziedzic rodu nigdy w niego nie zwątpił. Nawet, gdy nie nadchodziły żadne wieści a co słabsi duchem jęli powątpiewać, czy Daenor wciąż żyje. Nawet, gdy Pan Ojciec, wściekły i bezradny jednocześnie, odgrażał się wydziedziczeniem.
Aenor nigdy nie zwątpił.
I właśnie zaczynał się przekonywać, że była to jedna z niewielu słusznych rzeczy, jakie uczynił podczas swego nad wyraz marnego żywota. Choć mieli sobie do przekazania dziesiątki, jeśli nie setki informacji, choć nie mogli odrobić czasu, który odebrała im podróż Daenora – oboje zachowywali się tak, jakby minął ledwie jeden księżyc. Uśmiechy, spojrzenia, unoszone do ust kielichy – wszystko wydawało się zadziwiająco spokojne, pozbawione pośpiechu, zupełnie jakby Velaryonowie utknęli w gęstej melasie, gdzie nie liczył się upływ czasu i utracone lata.
Ważne było wyłącznie tu i teraz – smak trunku w ustach, niemal lustrzane tęczówki barwy wrzosów, te same, ledwie zauważalne tiki. Zadziwiające, jak podobni potrafili być, choć już jako dzieci zupełnie odbiegali od siebie charakterami. Na świecie istnieje wiele rzeczy, które można oszukać, zakłamać bądź obrócić w niwecz, jednakże więzi krwi były czymś, czego nie sposób było się wyprzeć – przynajmniej zaś nie na poziomie czysto naturalnym, słowa były bowiem niczym w porównaniu z faktami, które mówiły same za siebie.
W rzeczy samej – rodzina jest inwestycją.
Może nieszczególnie dochodową, ale bez wątpienia najbardziej cenną.
Dziedzic Pływów upił potężny łyk ciemnego trunku, wpatrując się w Daenora – trudno było zresztą winić Aenora o równie natarczywą obserwację, w końcu pragnął zapamiętać każdy rys twarzy młodszego brata, każdą, najdrobniejszą nawet zmarszczkę na twarzy dorosłego mężczyzny, który w pamięci starszego Velaryona wciąż był pełnym ambitnych planów młodzieńcem. Zupełnie tak, jakby czas zatrzymał się tego dnia, gdy Daenor opuszczał Siedem Królestw.
- Asshai przy Cieniu… nawet tutaj, w Królewskiej Przystani, wydaje się niemal nieosiągalne. A jednak, byłeś bliżej niż ktokolwiek w Czerwonej Twierdzy – dziedzic Pływów kiwnął lekko głową, pozwalając, by na jego ustach pojawił się uśmiech, który – z całą pewnością –był przejawem dumy. Dumy z osiągnięć młodszego brata, kogoś, kto nie czekał, aż los pokieruje jego życiem… lecz pokierował  nim sam. Aenor uniósł kielich do ust, uważnie wsłuchując się w słowa młodszego Velaryona – te zresztą okazały się zaskoczeniem na tyle sporym, że dziedzic Pływów odstawił ostrożnie wino i być może po raz pierwszy od początki rozmowy przestał się uśmiechać.
- Daenorze, musisz zrozumieć jedno. Ja… nie mam czego Ci przebaczać. Mogę jedynie wyrazić radość z Twojej obecności tutaj i wsparcie tak dalekie, na jakie tylko mnie stać… zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi ojciec.  – słowa Aenora nie zdołały jeszcze przebrzmieć na dobre, gdy starszy Velaryon ponownie sięgnął po kielich, pozwalając, by uśmiech powrócił na usta. – Nie wspomnieli zatem o dość istotnym fakcie… że za kilka księżyców zostaniesz wujkiem. Daena nosi w łonie nasze pierwsze dziecko i choć jedynie Bogowie wiedzą, jakiej jest płci, ona zapiera się, że to chłopiec. Co zatem zostało mi, jako przyszłemu ojcu? – dziedzic Pływów upił niewielki łyk trunku, kiwając lekko głową. – Wznoszenie toastów!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Nie Kwi 03, 2016 9:45 pm


Przeniesienie fabuły



Każdy z gości przebywających w Królewskiej Sali Balowej bądź tematach znajdujących się w subforum Sali przeniesiony został do tego tematu. Po wprowadzającym poście Mistrza Gry pojawi się post Aerysa Targaryena, później zaś kolejność pisania będzie dowolna.
Posty dodawać można do 7 kwietnia, później ponownie zainterweniuje MG, który zastrzega sobie prawo do wspomnienia również o tych postaciach, które do tego czasu nie napiszą posta w Ogrodach.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stoły   

Powrót do góry Go down
 

Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Stołówka
» Mały salon
» Stołówka
» Sala Rzeźbionego Stołu
» Stołówka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-