a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Stoły - Page 3



 

 Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Stoły   Sob Maj 04, 2013 8:50 pm

First topic message reminder :


Stoły II



Na gości Królewskiej Pary czekają suto zastawione stoły, które - poza przytłaczającą ilością półmisków z najróżniejszymi owocami, słodyczami oraz zimnymi przekąskami - ubogacone zostaną również trzema tuzinami potraw, które służba będzie serwować przez cały czas trwania wesela, aż do samego świtu. Goście zasiadać mogą zarówno na krzesłach, jak i ławach, obierając przy tym takie towarzystwo, by jak najbardziej wyśmienicie spędzić czas na uczcie. Naturalnie zwaśnione rodziny zostaną pokierowane przez służbę do różnych stołów, by podczas zabawy nie doszło do zbędnych niesnasek.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 11:54 am

Do sali co raz napływali nowi ludzie, których Vera nie znała. Kobiety i mężczyźni, młodsi i starsi, choć i tak wszyscy w podobnym wieku. Jedno potrafiła rozpoznać, czyją są rodziną. Anna i Damon byli tak podobni do Reinmara, że na widok tego drugiego Vera aż się uśmiechnęła. Powitanie brata przez siostrę obserwowała z zaciekawieniem, z resztą tak jak całą resztę, niemniej jednak najbardziej bawiły ją ich długie kije w dupach, przez myśl przeszło jej pytanie, jak oni będą w stanie z nimi usiąść. Uśmiechnęła się raz jeszcze, teraz delikatniej, ale nie odezwała się, bo zaraz pewnie dostałaby po czapie od Reinmara. -Bądźcie spokojni, zadbałam, by w czasie walki Reinmara nie trafiła żadna strzała. - Powiedziała wesoło puszczając oczko Damonowi. To było rodzinne towarzystwo, nie król, więc chyba mogła się odzywać prawda, tym bardziej, że wszyscy pytali o coś, uśmiechali się i radowali. Wystarczy, że i tak Vera czuła się tu zdecydowanie zbyt obco, jakby siedziała cicho, miła wrażenie, że zniknie, że o niej zapomną, albo jeszcze co gorszego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 1:09 pm

Tak, tak, dzisiejszego wieczoru  wielkie serce Aylwarda całe pół godziny walczyło z rozsądkiem. Niczym w balladach - obowiązek walczy z porywem serca. Tylko że u Baratheona było na odwrót: poryw serca walczył z rozsądkiem i obowiązkiem. Serce mu mówiło: „Idź, Ayl, idź i w spokoju walnij sobie beczkę ale. Wstań i pójdź, uchlej się jak świnia.” Tak mówiło jego wspaniałe serce. A rozsądek? Ten zrzędził i powtarzał natrętnie: „Nie wstaniesz, Baratheon, nigdzie nie pójdziesz i nie wypijesz ani kropli, wezmą to za nietakt”. A serce na to: „No, dobrze, Ayl, dobrze. Dużo pić nie musisz, nie trzeba się uchlewać jak świnia: wypij ze sześć kufli i starczy.” „Nic z tych rzeczy! -
skanduje rozsądek. - A jeżeli już nie możesz się obejść bez tego, idź i wypij trzy kielichy wina, a o sześciu ale, Baratheon, nawet nie wspominaj, zapomnij, że w ogóle istnieją.” Ale serce jęknęło: „No, chociaż dwie lufy… chociaż półtorej...” A rozsądek na to: „No, dobrze, Ayl, dobrze, wypij cztery kufle, tylko nigdzie nie wychodź, siedź w sali...”
Ta dziewczyna to wcale nie dziewczyna! Ta kusicielka to nie dziewczyna, to ballada w tonacji As-dur! Ta kobieta, to nieskalane piękno - to nie kobieta, lecz czarodziejski napój!
Zapewne coś w tym stylu wygłosiłby Aylward, gdyby tylko nie był na tyle zajęty piciem ale i wina na zmianę, by nie zauważyć wejścia do Sali własnej siostry. O, wolności i równości! O, braterstwo i konsumpcjo! O, słodyczy braku kontroli! Czerwony napój mącił i nęcił, wzywał i pozwalał zapomnieć o trudach dnia minionego, odwzajemniał uśmiech i czule pieścił język, był matką, żoną, kochanką i…
- Arianne? - zdziwienie w niebieskich oczach Baratheona trwało zaledwie króciutką chwilę. Króciutką chwilę, podczas której Aylward zdołał wzrokiem pochłonąć piękny ubiór siostry. Spojrzał na delikatną, gładziutką twarz bez jednej skazy, na młodzieńczy uśmiech, na lśniące, niebieskie oczy i… był przepełniony sprzecznościami. Z jednej strony podobało mu się, że najmłodsza siostrzyczka ma wcięcie w pasie, budziło to w nim jakby rozczulenie, czy coś w tym rodzaju. No… tak, budziło to w nim najszczersze rozczulenie, niemy zachwyt nad jej urodą. A z drugiej strony… malutka Arianne, ta Arianne, której zawsze pilnował jak oka w głowie… nie jest już małym szkrabem biegającym po Końcu Burzy. To kobieta. To cholernie piękna kobieta, która przykuwa łakome spojrzenia mężczyzn  i zazdrosne zerknięcia kobiet.
- Arianne! - powtórzył z czystą czułością, uśmiechając się nagle szeroko do siostry i na przekór spojrzeniom wszystkich zebranych jednym, stanowczym ruchem ramienia przyciągnął ją do siebie tylko po to, by po chwili zamknąć szczupłe ciało w uścisku. - Aria, słońce, motylku, łanio moja! - wyrzucił z siebie z pozoru nieskładną wiązankę równie szybko, co łucznik strzały do tarczy na turnieju. Nieskładna wiązanka okazała się najwyższą formą wyrażania uczuć, gdy delikatnie ujął twarz siostry w dłonie i odwzajemnił jej czujne spojrzenie, jakby sprawdzał, czy od ich ostatniego spotkania wypiękniała jeszcze bardziej. Wynik obserwacji najwyraźniej okazał się zadowalający, bo nagle przysunął jej szczupłą, kruchą dłoń do własnych ust i złożył na skórze leciutki jak podmuch letniej bryzy pocałunek.
- Gdybyś nie nazwała mnie „bratem”, najpewniej padłabyś ofiarą mych nieudolnych zalotów. - stwierdził ze szczerym rozbawieniem, uśmiechając się do siostry porozumiewawczo. Poprzedni melancholijno-agresywny nastrój zniknął bezpowrotnie, a wszystko to… dzięki szczupłej, niepozornej łani. - Opowiadaj. - zarządził spokojnie, zamykając jej dłoń w opiekuńczym uścisku własnych placów, zupełnie jakby chciał się upewnić, że Arianne naprawdę siedzi obok. - Chcę wiedzieć wszystko… może spotkałaś jakiegoś miłego lorda odkąd wyjechałem z Końca Burzy? - … co miało miejsce wieki temu? Z niejakim niezadowoleniem stwierdził, że w tej myśli jest sporo prawdy. Od miesięcy nie było go w zamku, pan ojciec i pani matka pewnie nie byli zachwyceni tą… długą absencją swojego najbardziej nieprzewidywalnego dziecka. Już otwierał usta, by dodać coś jeszcze, gdy jakieś sprzężenie zwrotne odciągnęło jego uwagę od siostry.
O rude rzęsy, dłuższe niż włosy na waszych głowach! O, niewinne spojrzenie! O, bieli przechodząca w białawość! O, czarnoksięskie sztuczki i gołębie skrzydła! Królowa z rzęsami opuszczonymi na policzki, nie kobieta - lecz marcepan, radość ludzkiego żywota, lilia z doliny! Te i kilka innych określeń na widok Anny Arryn nasunęły się Baratheonowi na myśl, gdy przez jedną, krótką chwilę odwzajemniał jej spojrzenie, kiedy uśmiechał się lekko, jakby mówił „droga lady, wejście godne zapamiętania… i wspomnienia w najmniej oczekiwanym momencie”, gdy w końcu odrywał od gibkiej sylwetki wzrok tylko po to, by przenieść go na młodego Arryna. Mniej urodziwego od siostry, niestety. Ayl kiwnął lekko głową Damonowi i w dość wymowny sposób zakręcił w dłoni kielichem, zadając Orzełkowi nieme i należące do kanonu towarzyskich spotkań pytanie „ze mną się nie napijesz?”
- … bo jeśli nie spotkałaś… - Baratheon podjął swobodnie przerwany wątek i ponownie skupił całą uwagę na siostrze. - … starszy braciszek może temu zaradzić. - zakończył z rozbawieniem, przechylając lekko głowę i wpatrując się w siostrę jak kruk w ziarno. Bardzo ładne ziarno.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 4:08 pm

W wielkim, reprezentacyjnym pomieszczeniu pojawiały się nowe osoby, których Arianne nie miała okazji bliżej poznać. Uczucie obcości było nie do zniesienia, jednakże jako najmłodsza córka lorda Baratheon'a mogła się do tego łatwo przyzwyczaić. Hmn... lecz czy do tego da się przyzwyczaić? Jedynym wybawieniem z tej krępującej sytuacji zdawała się nazywać jej bratem. Słynnym Alyward'em Baratheon'nem. Bycie najmłodszą zdaje się mieć swoje plusy, ponieważ nie można ukryć, iż była oczkiem w głowie całego rodu. Mała dziewczynka, która z łukiem w ręku przemierzałam najskrytsze zakątki Końca Burz. Teraz kobieta, której za mąż pójście jest jedynie kwestią dni. Siedmiu! Jak bardzo pławicie jej żarty! Zdawała się być niewinnym kwiatuszkiem, który przez wiele lat ukrywał się w zamknięciu. Teraz, gdy przyszło mu wyjść miał stawiać się oko w oko ze swym największym lękiem - nieuchronnym małżeństwem. Może wydawać się to dziwne... ba! Wręcz groteskowe! Jednakże cóż innego mogło ją spotkać na tym zatrważająco monotonnym świecie. Targało ją uczucie bezradności i lęku przed przyszłością. Do największych jej lęków na pewno należała niepewność.
Usłyszenie z ust brata kliku soczystych komplementów zawsze działało na nią pozytywnie. Zaskakującym faktem było to, iż miała z nim doskonały kontakt, który przerwały wyjazdy mężczyzny. Stał się dojrzały, poważny, lecz nadal tkwiła w nim nutka młodzieńczej pochopności. Uwielbiała go po stokroć!
- Brakowało mi Ciebie najdroższy. - Rzekła, obdarowując go delikatnym pocałunkiem w policzek. Objęcie brata zdawało się pochłaniać wszystkie jej troski i zaniedbania. Wszystko to, co umartwiało jej młodą duszyczkę.
- Rychłe za mąż pójście nie dobrym pomysłem, skoro moje serce nadal oczekuje dobrego kandydata. - Powiedziała, wpatrując się w dłoń brata. Jej kuzynki stają się żonami w wieku czternastu lat, a ona wciąż zwleka oczekują na cud miłości. Czyż nie jest to wina setki książką, które przeszyły przez jej zgrabne palce. Liczyła na zbyt wiele? Już dawno odrzuciła marzenia o książętach na białych koniach, jednak czy krzta miłości jest czymś nierealnym.
- Ty natomiast powinieneś mnie doskonale rozumieć! - Wydęła delikatnie usta, eksponując swoje malinowe atrybuty. Zdawała sobie sprawę w jakim kierunku drąży jej brat. Ten temat nie schodził z ust każdego jej towarzysza...
- O kim mowa? - Spojrzała na niego, widocznie zainteresowana. Domyślała się, że jego kandydaci będą lepszą partią niż ci wybrani przez ojca.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 9:47 pm

/ fontanny

Nie wie, jak powinno to wyglądać. Na świecie nie ma słów, nie ma nawet myśli, które umożliwiłyby Allyi wyrażenie tego, co stało się z nią, gdy tylko nie kryjący radości strażnik wyszeptał cicho: „wrócił”. Dla Baratheonówny brzmiało to jak zaklęcie, jak najpiękniejsza melodia wygrywana na harfie z pozłacanymi strunami, jak zapowiedź przełomu, jak… jak…
Przeklęty Aylward.
Pomyślała nagle, przechodząc energicznie przez dziedziniec i powiewając rękawami sukni z długimi wycięciami, co dla niezainteresowanego obserwatora mogło wyglądać jak zapowiedź bardzo długiej i bolesnej zemsty.
Przeklęty, zesłany tu przez Innych Aylward.
Była kobietą. Kobietą inną niż większość kobiet i właśnie ta odmienność sprawiała, że miała pełne, święte i niepisane prawo, by w tym momencie nienawidzić swojego brata. W głowie jedna za drugą pojawiały się wizje, jak ze wzrokiem pełnym bólu i wyrzutów dźga go palcem w szeroką pierś i domaga się wyjaśnień. Jak powstrzymując się ostatkiem sił, nie policzkuje go za egoizm, którym kierował się wyruszając na wojnę. Jak wymusza obietnicę, że nigdy, przenigdy nie zostawi jej, by demonstrować światu swoje górnolotne idee. Nigdy.  
Jednak prawdziwy problem był dość prozaiczny - Allya nie miała bladego pojęcia jak zareagować na powrót Aylwarda. Gdyby miała spotkać się z nim w mniej publicznym miejscu, z daleka od osób postronnych, zapewne rzuciłaby mu się na szyję i podjęła daremne próby uduszenia w uścisku. Jednak Sala Balowa była grubszą sprawą, tak… sprawą najwyższej czujności. Była sceną, na której miało być odegrane przedstawienie wykonane przez wędrowną grupę sztukmistrzów z Ziemi Burz. Wyobraźmy to sobie: proszę państwa, unosi się kurtyna. W Wielkiej Sali zapalają się świece. Nadchodzi Allya Baratheon. – Aylward!!?? (uśmiech pełen radosnego zaskoczenia, ciało zesztywniałe i nieruchome, Allya gra człowieka, co stanął jak wryty). – Aylward!!! (intonacja radosnego zdziwienia mistrzowsko przeistacza się w intonację pełnego triumfu, ciało rozluźnione, powolny półkrok wykonany do przodu, Baratheonówna jest teraz gotowa rzucić się do powitania jak pies do walki). – Ayl, to naprawdę ty!!! (nieoczekiwany zwód: dwa pełne, nader taneczne kroki do tyłu – muszę ci się lepiej przyjrzeć, powiadają te kroki). – Tak! (serdeczne rozchylenie ramion) – Och, taak! Ayl!!! (jeszcze serdeczniejsze i szersze rozchylenie ramion, radosny marsz sprężystym krokiem do przodu). – Ayl!!! Świetnie wyglądasz (pierwsze uściski, pierwsze pocałunki). –Aylward!!! Jak ja Cię strasznie długo nie widziałam!!! (Allya teraz maksymalnie rozjaśnia spojrzenie i dyskretnie wygasza uśmiech). – Myślałam o tobie, Ayl. Powiedz, wszystko mi powiedz (rysy Allyi nabierają powagi, zdawać by się mogło, iż prawdziwa ciemna chmura troski przechodzi przez jej oblicze) – no przecież widzę, że coś cię gryzie! (powrót tonacji triumfalnej)…
Niech Inni porwą taką grę! W niektórych momentach przypominała raczej sceny odgrywane w zaciszu komnaty, niż przywitanie własnego brata. Bogowie… w kobiecie najważniejsza jest naturalność! Zaś naturalnym odczuciem Allyi na wieść o powrocie Aylwarda była nieposkromiona wściekłość.
Cóż… a przynajmniej  tak miały się sprawy, póki nie dotarła do drzwi Wielkiej Sali. Pałające rządzą zemsty, błękitne oczy przestały ciskać piorunami w każdą przechodzącą damę, a pełne, zaciśnięte do tej pory w wąską kreskę usta, rozchyliły się delikatnie, znacznie łagodząc wyraz twarzy Allyi. Z bogini wojny w jedno uderzenie serca zamieniła się w absolutną, spowitą w wiotkie biele niewinność. Stoi sobie przed wielkimi drzwiami Sali, stoi na zimnej posadzce, stoi i jak zaklęta wsłuchuje się w odgłos odległej muzyki. Czeka. Nie wpatruje się w drzwi jak ciele w malowane wrota, nawet nie przygląda się światu czekając. Och, nie. Ona czeka. Teraz jest jej czas czekania. Światu nie musi się już przyglądać, ponieważ wie o świecie wszystko. Jej świat jest uporządkowany, wszystko w jej świecie ma swój czas (teraz jest czas czekania), ona ma masę spraw i teraz pomiędzy jedną a drugą sprawą... czeka. Chodzi o to, iż to absolutne ucieleśnienie doskonałości cielesnej nie miało prawa mieć żadnych spraw poza cielesnymi, a z kobiecą obłudą dawało do zrozumienia, że ma takie sprawy. Allya w jednej, malutkiej chwili uległa samiczemu złudzeniu, iż skoro problem formy jej ciała jest rozwiązany doskonale, to znaczy, że w ogóle wszystkie problemy, jakie mogą się temu ciału przydarzyć na świecie, są też rozwiązane doskonale. Panowie i panie, ona była jedną z ładniejszych kobiet na tym przeklętym korytarzu i w związku z tym uważała, że życie jest logiczne. Mijający ją lordowie i rycerze na widok bogini odchodzili od zmysłów, Baratheonówna zaś daremnie odgrywała rolę osoby wyższej od własnego ciała.
Dlaczego? Ponieważ sama nie zwracała uwagi, a przynajmniej dawała do zrozumienia, że nie zwraca uwagi na własne ciało.  Krótko mówiąc: kiedy w końcu zdecydowała się na delikatne pchnięcie drzwi Wielkiej Sali, i kiedy z właściwą Baratheonom dumą, z ciemnymi włosami opadającymi na doskonale proste plecy, z delikatnym uśmiechem na ustach, w koronkowej sukni z Myr i ledwie widocznie zaróżowionymi policzkami przechodziła przez pomieszczenie, uprzejmie skłaniając głowę przed wesołą reprezentacją Doliny, kiedy pod powłoczką uprzejmości pojawił się błysk czujności na widok niecodziennie i na swój sposób pięknie ubranej kobiety z jasnymi włosami, stało się jasne jak słońce: niczego dziś w tej arcydupie nie było oprócz seksu, Allya zaś dawała do zrozumienia, iż… jest w niej wszystko oprócz seksu.  Wbiła jasne spojrzenie w plecy Aylwarda i nim ten zdołał zauważyć lekkie poruszenie w Sali spowodowane jej pojawieniem, zatrzymała się za bratem, prawie niedbałym ruchem zasłaniając dłońmi jego oczy. Uśmiechnęła się przy tym do Arianne i mrugnęła do niej porozumiewawczo, nachylając nad uchem Ayla.
- Czyżby to ten osławiony Baratheon? - szepnęła cicho, łaskocząc ciepłym oddechem skórę na jego szyi. Kąciki ust drgały niebezpiecznie, jakby miała zamiar wybuchnąć śmiechem… to jednak popsułoby całą zabawę. - Opowiadania kłamią. - dodała po chwili, przesuwając opuszkiem kciuka po ciemnej, lekko zmarszczonej brwi Ayla. - Jesteś znacznie mniej przystojny niż prawią dziewki. Szkoda! -  tym razem długo powstrzymywany chichot wyrwał się z niewoli i nim Aylward zdołał przyjąć do wiadomości, że przed chwilą seksualnie napastowała go własna siostra, brunetka cmoknęła Jelenia w pokryty zarostem policzek i z gracją wsunęła się na ławę, zamykając mu drogę ucieczki. Utkwił pomiędzy własnym rodzeństwem - po lewej Arianne, po prawej Allya. A pośrodku ulubiony kawaler królestwa. Baratheonówna nie lubiła tracić czasu - zapewne dlatego pochyliła się nad stołem, złapała pełen wina kielich brata i duszkiem wypiła duszkiem połowę jego zawartości. Co, jak okazało się po chwili, nie było zbyt rozważne… cóż, nigdy nie jest rozważne, jeśli pije się na pusty żołądek.
- Bransolety dajcie, naszyjniki, jedwab, perły, aksamit, diamenty! Chcę się dzisiaj odziać jak królowa, chcę być piękna, bo mój król powrócił! - wyrzuciła z siebie wesoło, wymachując niebezpiecznie kielichem i uśmiechając się olśniewająco... jak na kogoś, kto po chwili zastanowienia wychyla głębokie naczynie z winem do końca i zrzuca jedwabny, kremowy szal, do tej pory okrywający nagie ramiona.
- Arianne, wyglądasz blado. - pomiędzy ciemnymi brwiami Allyi pojawiła się jedna, niewielka zmarszczka wyrażająca coś na wzór... niezadowolenia? Obawy? Wszystkiego po trochu? Napięcie Baratheonówny, spowodowane głównie spotkaniem z Rosselem Whentem odeszło na drugi plan, ustępując miejsca winu... i trosce o młodszą siostrę. - ... czy to, hm... - wzrok starszej Łani przesunął się po Aylwardzie i w końcu zatrzymał na młodszej siostrze, z sugestywnie uniesionymi brwiami, zupełnie jakby pytała "ten czas"?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 9:51 pm

Królewska Przystań była miastem, które porażało swym ogromem. Niesamowity kopiec, pełen pracowitych, będących w nieustannym ruchu mrówek. Skupisko ludzi tak wielkie, że ten kto nigdy nie odwiedził stolicy, nie mógł ogarnąć go wyobraźnią. Arryn za nim nie przepadał. Było zbyt gorąco i zbyt tłoczno. Co krok napotykało się w rzyć chędożonych jaśnie panów i nadobne panny wyglądające co gładszego rycerza, chętnego do cichego chędożenia w jedwabiach swych miękkich łoży. Reinmar mógł jedynie przypuszczać, że tym nadobnym paniom bardzo brakuje zwykłego wiesniaka, który bez zbędnych skrupułów nadziałby je na kuśkę, biorąc na sianie w stodole i chędożąc do utraty tchu. Ech, stolica! Jeśli zaś Arryn czuł się tutaj nieswojo, to jak musiała czuć się Vera! Reinmar spojrzał na nią z ukosa. Białowłosa trzymała się blisko niego, zdając się tracić zwykły jej rezon i rezolutność.
- Póki jaśnie nasz, kurwa, Pan nie usłyszy, to go nie zaboli – mruknął do Very, powstrzymując się od splunięcia. No cóż, Reinmar, choć był lojalnym poddanym, nie przepadał za Koroną. Bo i dlaczego miałby przepadać. Jak każdy z wielkich rodów, Arrynowie zmuszeni byli do płacenia niemałych podatków i stawianie się na wezwanie Targaryenów. W zamian za to… Byli pod królewską opieką, niech ich knur wychędoży! Opieką, której nie zaznali w potrzebie.
Chciał jeszcze coś powiedzieć do Very, lecz jego uwagę odwrócił olbrzym, który wszedł do Sali. Olbrzym, sięgający blisko siedem stóp wzrostu, przewyższał nawet Reinmara. Arryn od razu poznał swego Chorążego (trudno było nie zapamiętać takiego kolosa!).
- Bertram Grafton – przywitał go skinieniem głowy i w przyjacielskim geście klepnął w ramię. Owo klepnięcie pewnie zwaliłoby z nóg nie jednego męża, lecz dla Graftona mogło być jedynie wyrazem tego, że i Reinmar nie należy do ułomków.
Kątem oka łypnął na Baratheona, zajętego demolowaniem królewskich sztućców. Cóż, każdy ma jakiś sposób na to, by czas szybciej płynął. Reinmar upił wina ze srebrzystego pucharu, na którym odwzorowano sceny z jakiejś sławetnej bitwy. Tymczasem, w wielkich drzwiach Sali pojawił się następny przybysz. Reinmar nie znał tej niewiasty, o pięknej cerze i ciemnych włosach. Po jej słowach jednak natychmiast zorientował się z kim ma do czynienia. Siostrą Aylwarda.
A skoro o siostrach mowa…
…jego własna właśnie pojawiła się w Sali, krzycząc do niego radośnie. Jej szczęśliwy wyraz twarzy szybko jednak ustapił miejsca skonfundowaniu na widok wszystkich obecnych. Była taka, jaką ją zapamiętał. Reinmar powstał. Już po kilku chwilach uwiesiła się mu na szyi.
- Dobrze Cię widzieć, siostro – powiedział krótko, lecz w jego głosie pobrzmiewała ulga. Przez chwilę nawet się uśmiechał i… nie był tak brzydki jak zazwyczaj. Dziw na dziwy!
Rodzinnym powitaniom jednak zdawało się nie być końca. Już po chwili ściskał bowiem prawicę Damona, swego brata.
- Bracie – przywitał się. - Cieszę się, żeś w dobrym zdrowiu – klepnął go w ramię. - Postanowiliśmy uszanować wolę naszego króla, a także okazać dobrą wolę wobec Dorzecza, które zdecydowało się zaakceptować nasze warunki… Dlatego nasze wojska nie wykroczyły poza granice Doliny. I mam nadzieję, że nie będą do tego zmuszone – przy ostatnich słowach, w oczach Reinmara pojawił się złowrogi błysk, który zdawał się przeczyć temu, co mówił.
- A to Vera – przedstawił swoją towarzyszkę bratu i siostrze. - Wspierała mnie w czasie wojny – nie był to czas na szczegółowe wyjaśnienie kim jest białowłosa.
Następnie zwrócił się do Damona:
- A jak sprawa małżeństwa?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Sie 07, 2013 12:07 am

- Wspierała w czasie wojny -Annie trudno było wyobrazić sobie na czym ta pomoc polegała. Czy podawała wodę spragnionym wojownikom? Donosiła dzbany z winem? Zabawiała Reinmara, gdy akurat miał wolną chwilę? Och, nie. Nie przeszłoby jej przez myśl, że wsparcie Very oznaczałoby cielesne usługi. Nie miała o tym po prostu zielonego pojęcia, więc jak mogłaby stworzyć taką myśl?
Tak, Anna nie musiała przywdziewać bieli i koronek, aby akcentować swoją niewinność. Nie musiała udawać przed wszystkimi. Ona nawet nie zdawała sobie sprawy, jak wiele o pewnych sprawach nie wiedziała. Ale czy zyło się jej przez to gorzej? Nie. Radośniej? Tak. - To miło z jej strony.
Przyjrzała się uważniej towarzyszce swojego brata. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na zbyt atrakcyjną z twarzy i niestety drugie, a nawet trzecie spojrzenie nie zmieniło tego wrażenia. Coś Annie w twarzy Very nie pasowało. Może było to zbyt wysokie, wysunięte czoło? A może to ta gruba, mięsista dolna warga? A może po prostu zbolała mina? Vera nie wyglądała na zadowoloną z pobytu  w Królewskiej Przystani, ale może po prostu miała taki wyraz twarzy z natury? Nie Annie było to oceniać.
W sumie ratowało ją ciało, którego zza stołu dużo zobaczyć nie można było, ale pewnie to i lepiej, bo nie wyglądało na to, żeby nosiła zbyt dużo skrawków materiału.
Skoro Reinmar trzymał ja przy sobie, wolała nie podważać jego słów i nie żartować sobie z niego. Damonowi mogła wtykać ile tylko chciała, przygadywać i pyskować, ale braciszek Reinmar był zupełnie inny. Poważny, dzielny, dumny wojownik. Wielki wojownik. Niosący śmierć wrogom lord z doliny. Mało kto wiedział, że właśnie on śpiewać Annie kołysanki, gdy nie mogła zasnąć. Urocze, prawda? Ale cicho, nie chcemy zepsuć mu reputacji.
Uśmiechnęła się do niego promiennie i zaraz po tym, jak przywitał się z Damonem, władowała mu się na kolana. Gdy już ponownie usiadł, rzecz jasna. Jej duży, dzielny brat. Nigdy nie był dla niej brzydki. Ba, w ogóle nie był szpetny, ale pewnie powtarzał tak sobie, żeby poczuć się jeszcze większym wojownikiem. Bo to przecież prawdziwy mężczyzna nie dba o wygląd, prawda? Hoduje bliznę na bliźnie, którą jeszcze inna blizna pogania i obnosi się ranami doznanymi w walce jak dziewki eksponują swoje wdzięki? Ach, ten Reinmar. Zupełnie jakby nie wiedział, że ma piękne oczy, które w zasadzie były rodzinne.
- Naszego króla... co za król zmusza poddanych do małżeństwa? Przecież od tego są rodzice... -smutna prawda, ale przecież tak to się odbywało. Tylko ludzie z niższych sfer mieli ten luksus poslubiania osób, które naprawdę darzyły uczuciem.
Sprawa z królem była jednak inna niż fakt aranżowania małżeństw przez rodziców. W końcu jak by nie patrzeć król był kimś obcym, był z zewnątrz. Rodzice zaś... ich po prostu nie mozna było sobie wybrać. Ale zaraz zaraz, z królem było podobnie! No tak, ale mając pewien rodzaj szczęścia i zyjąc dostatecznie długo, można zaznać panowania kilku króli. A rodzice zawsze będą ci sami. Dlaczego więc król, jakkolwiek by go poddani nie kochali, miałby ingerować?
Oczywiście bez urazy, Aerys wielkim królem jest, oby panował miłościwie aż do swojej śmierci. A po śmierci niech bogowie zabiorą go do siebie. Żeby wszyscy mieli pewność, że jakimś cudem nie powróci.
- Braciszku, a o jakich warunkach mówisz? Ślub nie był naszym pomysłem, więc co innego przyjdzie nam z tego zwycięstwa? O ile to można zwycięstem nazwać. Skór byśmy tanio nie oddali, a braciszek Damon ot tak musi poślubić Artemis...
Anna czuła się cholernie niedoinformowana. A przecież ją to ciekawiło. Nie wzięli ją na bitwę, bo nie widzieli tam dla niej miejsca. A ta Vera tam się znalazła? Bezczelność. Arrynównie bardzo się to nie podobało. Czasami przeklinała to, że urodziła się dziewczynką. O ile jej życie było nudniejsze!

W międzyczasie do sali weszła panienka w bieli. Jej też Anna nigdy nie widziała, ale była na tyle podobna do Aylwarda i siedzącej obok niego dziewczyny, że Arrynówna od razu wiedziała, że to ujedna z sióstr Baratheona. Oj tak, one dwie bardzo podobnie wyglądały.
Zabawne, na sali znalazła się trójka Baratheonów i trójka Arrynów. Czyżby to były małe zawody, albo wyścig zbrojeń? Dziewczyna zaśmiała się pod nosem na samą myśl. No tak, oni mieli jeszcze Bertrama i Verę, więc prowadzili jeśli chodzi o liczebność.
Za to nie zauważyła żadnego przedstawiciela rodu Tully, co wydawało się być dziwne. Gdzie się podziewali? Anna mogła sobie tylko wyobrażać jak Artemis wścieka się w komnacie a Ariel próbuje ją uspokajać. Ach, ci Tully.
O nie! Czy to możliwe, że na ślub przyjechałby również brat Ariel, Quentyl? Widziała go kiedy tylko raz, kiedy odwiedzała Ariel. Do tej pory nie otrząsnęła się po tym spotkaniu. Miała w pamięci złowrogi i zimny błysk tych niebieskich oczu. Nawet teraz, na samo wspomnienie dostała dreszczy. Przez to przytuliła się bardziej do Reinmara.
Ach tak, zapomniała, że już dawno temu przestała mieć dwanaście lat, a takie zachowanie może być niewłaściwe dla damy. Ale... czego Lord i Lady Arryn nie widzą, o to nie będą się wściekać, prawda?
- Strasznie tutaj duszno, prawda? -dopiero co przyszła, ale najchętniej ulotniłaby się z sali. Wybrałaby sie na spacer, może nawet wstąpiłaby do stajni? Przejażdżka dobrze by jej zrobiła. Wiatr we włosach i te przeklęte muszki wpadające do oczu - to by jej zrobiło dobrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Sie 07, 2013 10:46 am

W innej sytuacji Damon nie wahałby się ani chwili, żeby napić się z Baratheonem, ale nie teraz. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Poza tym jak było widać to w tym pomieszczeniu zrobiło się trochę grupek, a właściwie dwie. Pierwsza to ta w której była trójka Baratheonów, Aylward, Arianne i Allya. A ta druga to grupka w której on był, a oprócz niego jego brat Reinmar, siostra Anna, Vera oraz chorąży Bertram Grafton. Mieli trochę bardziej liczną grupkę, co można było od razu zauważyć. Chyba każdy potrafił liczyć do pięciu, prawda?
Czy Damon miał kij w dupie? Ciężko powiedzieć, czasami mógł się taki wydawać, ale z drugiej strony mogło to być złudne wrażenie. Owszem będąc w Królewskiej Przystani wśród tych wszystkich lordów i innych wysoko postawionych osób powinien mieć nienaganną etykietę i pewnie dlatego taki się wydawał Verze. Pewnie gdyby go poznała w innych okolicznościach to mogłaby mieć inne przemyślenia na temat jego osoby. Anna będąc w gronie rodzinnym też raczej była bardziej swobodna. Zresztą wystarczyłoby spojrzeć na jej zachowanie przy siostrach Tully, a zupełnie inne zachowanie przy samym Damonie. Tak więc, według niego Anna również nie miała kija w dupie, a jedynie wymagano od niej, aby taka była.
- Mój brat się rozleniwi, jeżeli ktokolwiek będzie go bronił przed strzałami, oczywiście nie licząc jego tarczy. - Powiedział do Very i zaśmiał się. Bardzo dobrze, że ktoś go chronił, ale przecież nie mógł sobie odmówić, żeby sprawić troszkę powodu do uśmiechu.
Po chwili jednak skierował uwagę na swoją siostrę. Zapytała Reinmara o warunki pokoju. Chyba nie było zbyt rozsądnym, aby tutaj dyskutować otwarcie o takich sprawach. Nie w tym miejscu i nie w tej chwili. Owszem, w tej chwili w komnacie byli sami swoi, lecz czy na długo? A wystarczy, że pojawi się tutaj ktoś niepożądny, ktoś kto nie powinien na razie wiedzieć nic na temat warunków pokoju. Pomieszczenie było przecież dostępne dla każdego kto miał dostęp do Czerwonej Twierdzy. Damon postanowił się wtrącić za Reinmara.
- Siostrzyczko kochana, nie jest na razie rozsądnym rozprawiać o warunkach pokoju w tym miejscu. Jeżeli chcesz się dowiedzieć więcej to mogę ci to powiedzieć, ale w bardziej ustronnym miejscu. - Powiedział dosyć cichym głosem. - Najważniejsze jest to, że warunki są dla nas naprawdę korzystne. - Tu się uśmiechnął do niej. Miał nadzieję, że Anna nie będzie na niego zła, gdyż chciał jej to wyjawić, ale naprawdę warunki do tego nie sprzyjały. Absolutnie nie miał ochoty przed nią niczego zatajać, bo przecież była Arrynem i miała takie same prawo do tego, aby była dobrze poinformowana jak Damon i Reinmar.
Braciszek Damon ot tak musi poślubić Artemis, powtórzył to sobie w myślach. No tak, oni kompletnie nie wiedzieli co się wydarzyło w stajni pomiędzy nim, a Ariel Tully. Zastanawiał się jak to powiedzieć siostrze, bo dla Reinmara raczej liczył się jedynie pokój między rodami i to wszystko co mieli zyskać po wspomnianym małżeństwie. Anna natomiast mogła być na niego trochę zła, że od początku obstawał przy Artemis, zamiast zgodzić się na propozycje siostry i pojąć za żonę Ariel.
- Troszeczkę przemyślałem to siostrzyczko i chyba osoba tobie bliższa zostanie moją żoną. - Powiedział, teraz miał nadzieję, na ogromną eksplozję radości. W końcu po jakimś czasie zgodził się na to co ona chciała. Zapewne najbardziej pasowałoby jej, aby się w ogóle nie żenił, bo miał takie wrażenie, że nie chciała stracić brata. Lecz tego nie musiała się obawiać, Damon wiedział, że choćby się paliło, waliło i błyskało to na pewno nie będzie ograniczał kontaktów z siostrą przez to małżeństwo.
- Reinmarze, ufam, że ta odpowiedź rozwiała wszystkie twoje wątpliwości na temat ślubu. - Rzekł i w końcu usiadł przy stole, bo nogi to już go trochę pobolewały. - Jednocześnie nie mam pojęcia kiedy Tully się pojawią. Mam nadzieję, że Ariel szybko poinformuje swoje rodzeństwo o zmianie planów i przybędą tutaj jak najszybciej. Wiem, że sprawa pokoju jest dla naszej rodziny bardzo ważna. - Chyba odpowiedział mu dosyć wyczerpująco na to pytanie.
Chciałby posłuchać nieco więcej o Verze, jednak mogło to poczekać. Tym bardziej, że pewnie ta historia jest dużo bardziej zawiła aniżeli sam ślub.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
342
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Sie 08, 2013 11:51 am

MG


 Drzwi do sali ponownie skrzypneły, a kiedy zebrani spojrzeli w tamtą stronę być może spodziewając się kolejnego członka własnej rodziny, przyjaciela, albo chorążego, zobaczyli wysoką, białowłosą postać mężczyzny w bogatych, czerwono czarnych szatach, zdobionych wzorami smoków. Za królem, kroczyła jego Gwardia, w szyku jak zwykle, gotowa bronić władcy przed każdym zagrożeniem.
Sam Aerys, miała surową minę, chyba jak zawsze i patrzył fioletowymi oczami po wszystkich, szybkim krokiem zbliżając się do stołów.
Gdy zatrzymał się, dał im wszystkim chwilę czasu na powitanie, pokłony i sterty wymuszonych uprzejmości. -Gdzie Tully? - Zapytał z miejsca, patrząc przy tym na biednego Damona, pewnie dlatego, że to on miał brać w najbliższym czasie ślub z jedną z cór wspomnianego Rodu. Nie czekał jednak na odpowiedź ponownie wzrok przenosząc na pozostałych zebranych. -Lord Arryn. Jak miło, że zjawiłeś się wreszcie w stolicy. Przestawałem już liczyć na Twe odwiedziny, mimo posłanego zaproszenia. Lord Baratheon... Ciebie chyba nie wzywałem, ale skoro już jesteś... - Cóż za słodkie powitania. W czasie, gdy on mówił, służba w pośpiechu przygotowała miejsce przy stole i dla władcy, przecież król stał nie będzie, a i oni stać musieli póki monarcha stał. Gdy usiadł machnął na nich ręką by też spoczęli. -Lordzie Damonie, jak tam przygotowania do śluby. Nie mogę doczekać się ceremonii, uwielbiam śluby. - Zaczął, już nieco swobodniej, ale wciąż ze znaną sobie powagą. Ten facet chyba nigdy się nie uśmiechał. -Jakie wieści niesiecie z Doliny? Mam nadzieję, żeście się krwi napili i wojaczki wam starczy, nie zdzierżę kolejnych konfliktów w moim królestwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Sie 08, 2013 1:00 pm

Cieszył się, że jego rodzeństwo jest całe i zdrowe. Stolica pełna była intryg, ukrytych sztyletów i trucizn. A konflikt z Dorzeczem był niezwykłą motywacją dla ludzi, których nikt nie posądziłby o wrogie zamiary. Krótko mówiąc, Królewska Przystań była prawie tak samo niebezpieczna jak Dolina, w której toczyła się bitwa. Nic też dziwnego, że Reinmar nie miał nic przeciwko obejmującej go Annie. Mimo to, podzielał zdanie swego brata. Nie był to czas i miejsce, by głośno rozmawiać o polityce. Przynajmniej nie do czasu, gdy zobaczą się z królem.
- Damon ma rację, siostro - powiedział krótko.

...a skoro o królu mowa, to ten właśnie pojawił się w sali. Odziany w czerń i czerwień, o jasnych włosach i kroczącymi za nim siedmiu rycerzach w jasnych zbrojach - tak winien wyglądać każdy monarcha. Kroczył powoli, dumnie wyprostowany. Wszyscy w sali podnieśli się z miejsc, by oddać królowi należyty szacunek.
- Miłościwy Panie - powiedział krótko Reinmar, gdy Aerys się do niego zwrócił.
Zaproszenia. Do Doliny nie dotarł żaden posłaniec Korony. Nikt. Ba, nie dostał nawet kruka. Zero wsparcia, zero odpowiedzi. Tak, król mógł robić to, na co miał ochotę, a lekceważyć, to co nie było po jego myśli. Jeden człowiek i tak wielka władza.
Usiedli.
- Gdy tylko dotarły do mnie wieści, że brat mój doszedł do porozumienia z rodem Tullych, które zaakceptowałeś, Panie, Dolina zaprzestała działań wojennych i czym prędzej ruszyliśmy do stolicy - wyjaśnił pokrótce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Sie 08, 2013 1:37 pm

Istne szaleństwo. Ludzie wchodzą i wychodzą, śmieją się, piją, rozmawiają. A Baratheon siedzi. Obserwuje. Myśli. Czuwa? Uśmiecha się pod nosem do siostry, zupełnie jakby wiedział coś, o czym nie wie nikt... i jakby właśnie ta myśl sprawiała mu niepohamowaną radość godną kilkuletniego chłopca, który dostaje swój pierwszy, drewniany miecz do ćwiczeń. Zaś każdy, nawet najbardziej prowizoryczny rodzaj broni musi mieć swoją nazwę. Od tego bardzo wiele zależy. Nazwa musi być krótka, dobitna, groźna i enigmatyczna. Osobom wtajemniczonym powinna mówić wszystko, osobom postronnym - nic. Rodowe ostrze Baratheonów z valyriańskiej stali nosiło miano "Pioruna". "Blitz", jak często nazywał miecz Aylward przypominając sobie stare woluminy traktujące o języku, którym czasami posługiwali się Królowie Burzy, był nazwą krótką, dobitną, groźną i enigmatyczną, czyli spełniał wszystkie warunki. I to właśnie o tym ostrzu pomyślał Jeleń, kiedy spokojnie wpatrywał się w swoją siostrę. Ona także powinna być dobitna, groźna i enigmatyczna, bo już wkrótce nastaną dla Baratheonów ciężkie, ciężkie czasy...
- Jeszcze nie raz zdążysz się za mną stęsknić. - odparł z rozbawieniem, przyglądając się Arianne ze szczerym uwielbieniem w oczach. Była tak niewinna, tak... czysta, z tą swoją wiarą w prawdziwą miłość i małżeństwo nie z przymusu, lecz z uczucia. Naiwność? Nie... to nie była naiwność, to była wiara. Wiara, którą Aylward już dawno utracił. Uśmiechał się jedynie zagadkowo na każde jej słowo, czekając spokojnie, aż Aria nie wytrzyma i zapyta o swego narzeczonego... zaś Ayl nie byłby sobą, gdyby przy tej okazji nie wzdrygnął delikatnie ramionami, jakby mówił: "och, nie wiem, czy mogę wyjawić tajemnicę...". W końcu jednak mrugnął z rozbawieniem i przysunął palec do ust siostry, dając jej tym samym znak, że kolejne pytania, groźby i nalegania będą zignorowane.
- Dowiesz się... pod warunkiem, że zostaniesz w stolicy jeszcze trochę czasu. - w jasnych oczach Baratheona pojawiło się coś na wzór zawoalowanej prośby pomieszanej z naleganiem. Aylward mógł dowodzić całą armią, ale nie wyobrażał sobie, by wydawać rozkazy własnym siostrom. Były inteligentne, uparte, sprytne... i przewrotne. Kiedy zaś kobieta jest inteligentna, uparta, sprytna i przewrotna można być pewnym, że nie dostosuje się do polecenia. - Zapewne wkrótce się spotkacie... a wtedy przeżyjesz miłe zaskoczenie. - dodał po chwili namysłu, marszcząc delikatnie brwi. Gdzieś głęboko w sercu żywił szczerą nadzieję, że Arianne nie zostanie pokrzywdzona przez ten mariaż, a kto wie...? Może w końcu odnajdzie tą wymarzoną, prawdziwą miłość... jako jedyna z rodzeństwa? I kiedy już miał dodać, że tak właściwie może jeszcze dzisiaj uda mu się zaaranżować spotkanie, spadła na niego ciemność. I przez krótką, króciutką chwilę nie było nikogo oprócz ich dwojga - czyli Baratheona oraz niespodziewanej towarzyszki, zasłaniającej oczy, czule pieszczącej oddechem szyję i...
- Jak to "mniej przystojny"? - zapytał ze szczerym oburzeniem w głosie, na ułamek sekundy zapominając o piersiach napierających na jego plecy. Na szczęście - tylko na ułamek sekundy. - Lady, jeśli tylko zechcesz na własnym ciele przekonać się, czy opowiadania dziewe... - urwał, jakby uderzony obuchem. A to diablica. A to pomiot Innych! Wraz z odzyskaniem wzroku, Baratheon odzyskał także umiejętność posługiwania się łbem - zerknął w prawo, spojrzał z bezkresnym wyrzutem w oczach na Allyę, a ona - obok, śmieje się z niego jak niewinne dziecię! Wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak "słodka istoto, coś Ty dziś wypiła?" i, najwyraźniej dogłębnie poruszony faktem, że chwilę wcześniej gotów był zarzucić własną siostrę przez ramię, zabrać ją do komnaty i... i... o bogowie, miejscie litość nad grzesznikiem! Zerknął z ukosa na Allyę, potem na Arianne i dopiero na wzmiankę o bladości stwierdził, że Aria rzeczywiście wygląda... na swój sposób nieswojo. Sięgnął po puchar z winem, zaciskając usta w wąską kreskę. Zanim jednak zdołał wymyślić pytanie, które w sposób karygodny nie naruszałoby intymności jego najmłodszej siostry, pałeczkę przejęła Allya. Aylward, udając, że wcale go tam nie ma i nie widzi porozumiewawczych spojrzeń, zerknął w stronę drzwi...
... i prawie opluł się winem. Do Sali Balowej wkroczył miłościwie panujący król we własnej osobie, sypnął jak zwykle niewybrednym powitaniem i ruszył na swe miejsce, zasiadając przed stołem. Tyłek Aylwarda powędrował w górę tylko po to, by po chwili klapnąć w dół na ławę i tym razem pozwolić właścicielowi czterech liter na obserwację sytuacji ze szczerym zainteresowaniem. Szczerze mówiąc, pojawienie się Aerysa nie było Jeleniowi na rękę, choćby dlatego, że miał ambitny plan przeprosić towarzystwo, ulotnić się... i natychmiast ruszyć do Końca Burzy, skąd od tygodni przylatywały kruki z niepokojącymi wieściami. Póki co jednak, plan porwało licho, a Baratheon pozwolił mówić Reinmarowi, będąc... milczącym sędzią starcia. I służąc swym honorem w razie kłopotów Arryna... o ile król zwraca uwagę na honorowość. Jednak, jak na Jelenia przystało, zaledwie po kwadransie tak... milczącej bytności, Aylward szepnął coś cicho do Allyi, odebrał z jej dłoni starannie złożony list i z poważnym wyrazem twarzy zbliżył się do króla, oddając mu należyty pokłon.
- Wasza Miłość, byłbym niezmiernie rad mogąc zabawić w Czerwonej Twierdzy dłużej, jednak dość pilne wezwanie z Końca Burzy zmusza mnie do wyruszenia w dalszą drogę już dzisiaj. - Baratheon wyprostował się jak struna harfy i zerknął w stronę swych sióstr, pogrążonych w typowej, kobiecej rozmowie. - Tuszę, iż moje rodzeństwo umili Waszej Miłości czas, podczas gdy ja spełnie swój obowiązek wobec Pana Ojca. - dodał z delikatnym uśmiechem i za pozwoleniem dość szybko oddalił się w stronę drzwi, po drodze wyłapując jednak spojrzenie Reinmara. Mrugnął do sojusznika, kiwając lekko głową w stronę Allyi, jakby chciał powiedzieć: "ona Ci wszystko wyjaśni", po czym pchnął mocno drzwi sali, już po chwili znikając za zakrętem.
Oby nie na zawsze.

/zt


Ostatnio zmieniony przez Aylward Baratheon dnia Wto Sie 20, 2013 9:51 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 12, 2013 3:57 am

Przybycie króla zahamowało wybuch jej radości. Damon właśnie powiedział jej, że jednak nie będzie musiała tak często oglądać Artemis, ale przez tego głupiego królika musiała zdusić to w sobie. Głupiego? A może tylko szalonego? Kto go tam wie.
Dodatkowo, oprócz frustracji wywołanej pojawieniem się koronowanej głowy, Annę zdenerwowało tłumaczenie braci. Nigdy jej nie mówili zbyt wiele. To, że teraz na sali było zbyt wiele par uszu to jedynie wymówka. W końcu gdy była sama z Damonem w ich komnacie to też nie zamierzał jej zbyt wiele powiedzieć. Bracia... a niech ich szlag. Ale tak delikatnie.

- Bardzo mnie to cieszy, to dobry wybór -zamiast napadu dzikiej radości ograniczyła się do takiego stwierdzenia. Damonowi powinno to wystarczyć. Oczywiście mógł to odebrać całkowicie pokrętnie. Ze niby najpierw chciała, żeby wybrał Arielkę, a jak przyszło co do czego, to zachowywała się, jakby jej to nie obchodziło.- Niech wam będzie, zapomnę nawet, że o cokolwiek was pytałam.
Tak, była trochę zła. Nie, nie mogła tego pokazać. Tak, przez to, że król był na sali. Nie, nie wiedziała jak długo jeszcze wytrzyma.
Podczas powitania króla musiała zejść z kolan brata. Już nie usiadła na nich z powrotem. Zajęła własne krzesło i od niechcenia dźgała widelcem pasztet z gołębi. Pyszny pasztet z najlepszych gołębi w królestwie. Biedne ptaki, nie były używane do dostarczania wiadomości, jakoś kruki bardziej pasowały, szczególnie gdy wieści były złe. Zamiast w komunikacji, gołębie zrobiły furorę właśnie w kuchni. Pasztet z gołębi doczekał się tylu różnych rodzajów, że nie sposób było policzyć je na palcach u rąk. Czysty pasztet z gołębi, pasztet z lekką nutką ziołową, z domieszką królika. Ba, różne rodzaje gołębi oznaczały różne rodzaje pasztetu!
Dłubała więc widelcem w jednym z tych aromatycznych, ziołowych i zastanawiała się jak długo potrwa cała ceremonia. Teraz, kiedy Damon nie popełniał największego błędu w swoim życiu, a miała przez to na myśli poślubienie Artemis, w zasadzie nie musiała go wspierać.
Ach te młode dziewki. Ślub z kimś kogo nie lubią wydaje im się końcem życia, jakie to zabawne!

Pytanie Aerysa znów przypomniało jej o rodzeństwie Tully. Arielka była  inna niż reszta jej rodzeństwa. Zupełnie jakby była podrzuconym dzieckiem dobrej wróżki. Jasna, pogodna, niziutka i taka śliczna. Wydawała się być zagubionym kociakiem, którym trzeba się zaopiekować. Anna nie miała sióstr, ale taką mogłaby mieć.
Ciekawe, czy myślałaby tak samo, gdyby obie kochały tego samego mężczyznę w tym samym sensie. Oj, chyba nie. Wtedy nie byłoby tak słodko.
A reszta rodzeństwa? Artemis już poznała, w komnacie. Wyglądała na pewną siebie, zdecydowana i niezależną. Nie, to nie było złe, ale Anna podświadomie nie chciała, żeby ktoś taki miał jakikolwiek ułamek władzy w Orlim Gnieździe w jej ukochanej Dolinie Muminków. Oj nie.
Dziewczyna żywiła jeszcze nadzieję, że skoro przez cały swój pobyt w Czerwonej Twierdzy widziała tylko te dwie przedstawicielki rodu, to więcej Tullych się nie zjawi... Tak, nadal się bała. Nie, nie była pewna dlaczego. Tak, irytowało ją to. Nie, nie miała zamiaru o tym nikomu powiedzieć. Wystarczyło, że Edric wie, ale on mógł. On wiedział prawie wszystko.

Duszno. Już wcześniej zauważyła, że w sali jest zaduch, ale teraz coraz trudniej było jej wytrzymać. Nie była przyzwyczajona do tak mało przewiewnych pomieszczeń... nie to, co u niej w domu. Tylko czy nie byłoby to nietaktem, gdyby teraz wyszła z sali?
Zostawiwszy wbity widelec w ten jakże cudowny pasztet z gołębi z dodatkiem ziół, wstała od stołu. Nie, pasztet nie był w stanie jej zatrzymać. Ani rozmaryn, ani tymianek, ani inne zioła, których w pasztecie rozpoznać nie potrafiła, a nadawały zawartym w nim gołębiom wyrazisty smak, nie były w stanie zatrzymać jej teraz. Owszem nadal miała ochotę dźgać ten przysmak pochwyconym ze stołu widelcem, ale opanowała swoje żądze. Najpierw powietrze, a potem przyjemności.
- Królu, wybaczy król, ale na chwilę opuszczę salę. Zaczerpnę świeżego powietrza i niezwłocznie wrócę.
Spojrzała porozumiewawczo na braci, uśmiechnęła się przepraszająco, skłoniła się niemalże tak dobrze jak damy ze stolicy i już jej nie było.
No prawie. W końcu szła powoli i dystyngowanie, jak na damę przystało. Nie mogła przy królu wybiec na zewnątrz jak stado dzikich koni. Oberwałoby się za to.
Czy miała zamiar wrócić do sali? Kto wie...

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 13, 2013 2:04 am

Aerys pojawił się w Sali balowej. O kurcze, Damon nie spodziewał się, że król tak szybko zaszczyci ich swoją obecnością. Myślał, że raczej będzie chciał przyjść na gotowe i jak wszyscy się już zbiorą to dopiero wtedy pojawi się jako mistrz ceremonii i zarządzi zaślubiny. No, ale cóż. Jednak się pomylił, nie było jeszcze żadnego członka rodu Tully, a za to trójka Baratheonów i Targaryen. Byli też w sumie Vera i Bertram. Vera to była kobieta Reinmara jak mu się przynajmniej wydawało, a Bertram to chorąży. Ale w sumie najbardziej dziwiła go nieobecność Tullych. Miał nadzieję, że Ariel nic się nie stało i pojawi się na ślubie. Chyba Quentyl nie był tak nierozsądny, aby sprzeciwiać się jego pomysłowi i nie pozwolić mu na ślub z Ariel. To by była kompletna głupota ze strony Quentyla. Mógł go przecież zgnieść. A chyba każdy Arryn był znany ze swojej nieobliczalności. I tego, że lepiej mu nie stawać na drodze. No oczywiście były też wyjątki, Aerys mógł robić co mu się żywnie podobało i dopóki Arrynowie nie mieli wojsk, które mogłyby mu zagrozić to król miał ich w garści.
Damon oczywiście widząc, że król pojawił się w pomieszczeniu od razu podskoczył jak oparzony z krzesła. Nie spodziewał go się i pewnie dlatego jego reakcja był taka, a nie inna.
Na pytanie o Tully to już trochę się uspokoił i mógł bez problemu odpowiedzieć.
- Niestety Wasza wysokość mam nieco mało informacji na ten temat. - Powiedział ze spokojem, a gdy Aerys mu pozwolił to zajął swoje miejsce. - Ufam jednak, że Ariel Tully nie będzie kazała zbyt długo na siebie czekać. - To co powiedział zabrzmiało trochę w ten sposób jakby chciał przekazać, że wierzy iż jego przyszła żona pojawi się tutaj lada chwila. Niech Aerys wie, że Arryn ma wszystko pod kontrolą i nic strasznego się nie stanie.
Co do wyjawiania wszystkich rzeczy Annie, może i by jej powiedział, ale generalnie ślub, który wypłynął podczas ich pierwszej rozmowy w Czerwonej Twierdzy skutecznie zaprzątał mu głowę. Nie miał wtedy jak opowiadać swojej młodszej siostrze na tematy związane z pertraktacją miedzy Arrynami i Tullymi. Poza tym z reguły takie wiadomości zazwyczaj nie są potrzebne młodym damom.
Jednakże nie czas na przemyślenia skoro król jest w pomieszczeniu i raczy rozmawiać z nim i jego bratem.
- Wasza wysokość, tak naprawdę do szczęścia wystarczy panna Tully i już możemy zaczynać uroczystość. - Taka była prawda. Arryn jakoś nie miał specjalnego parcia i ciśnienia na to, aby ten ślub był jakiś super wielki. Generalnie miał to gdzieś. Wystarczyło mu tylko to, aby ta cała farsa się skończyła, a on mógł już wracać do Doliny. Niezbyt podobało mu się w stolicy, może to za sprawą tego, że był zmuszony do ślubu. Chociaż w tej chwili już generalnie całe ciśnienie z niego opadło, a uznał, że skoro Ariel Tully sama tego chce to już lepiej nie będzie. Odpadł mu przez to małżeństwo związek z Lannisterami, a to był chyba dobry znak. Mimo wszystko, że byli sojusznikami Arrynów to nie darzył ich jakimś wielkim zaufaniem. Szczerze mówiąc to mało kto mógł się cieszyć pełnym zaufaniem Damona. Chyba tylko jego brat Reinmar.
Anna postanowiła opuścić pomieszczenie. Zastanawiał się co ona chce teraz zrobić? Czyżby czuła się niezbyt swobodnie w towarzystwie króla, a może miała jakiś dziwny plan? Nieważne. Damon i tak raczej nie udałby się za nią, aby ją szpiegować z takiego względu, że mu nie wypada. A co będzie, gdy pojawi się Ariel i się tak wyminą? Na to nie mógł pozwolić, chciał doprowadzić do tego ślubu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 26, 2013 4:00 pm

MG

Kiedy zgromadzeni w sali panowie, damy i sam król rozmawiali, śmiali się, czy też po cichu złorzeczyli sobie nawzajem, służba zaczęła przygotowanie sali do późniejszych uroczystości. Dlaczego lordowie zbierali sie tutaj i krępowali ich swoja obecnością? Nawet Siedmiu tego nie wie. Lordowie tak mają. Lubią akcentować swoją obecność i panoszyć się tam gdzie nie trzeba. A damy szeleszczące koronkami? Tak samo. Nawet król przybył do sali balowej. Istne szaleństwo. Jak w takich warunkach służba miała pracować?
Jeden ze sług wszedł do sali z całkiem pewną miną. Chyba miał jakieś wieści dla króla.
- Najjaśniejszy Panie, Miłościwie nam panujący królu Aerysie. Wielki Sept Baelora jest już gotowy, tak jak rozkazałeś. -nie wiedział jak ma ubra ć w słowa to, że najchętniej zobaczyłby tych wszystkich lordów wychodzących z sali. Nie mógł powiedzieć tego wprost, bo mógłby stracić głowę, albo co gorsza pracę! Postanowił więc najpierw poczekać na reakcję króla.
Najjaśniejszy Aerys pokiwał głową, oderwał się od wcześniejszej rozmowy którą prowadził i spojrzał na sługę.
- Możesz odejść. Poszukaj Tullych i przekaż, że mają udać się tam najszybciej jak potrafią -więcej nie miał mu do powiedzenia. Nieobecność rodu Tully król uznał za osbistą obrazę. Nie powinni zachowywać się tak w swojej sytuacji. Dał im jednak czas. Powinni zdążyć dotrzeć do Septu na czas, w końcu król nie zamierzał udać się tam biegiem. Ale gdyby się nie pojawili...
Aerys wstał.
- Słyszeliście, Sept jest gotowy. Udam się tam, aby osobiście dopilnować uroczystości. -zwrócił się do wszystkich zebranych w sali.- Lord Baratheon chyba nie przepada za ślubami, skoro was zostawił. Allya i Arianne, tak? Dotrzymacie mi towarzystwa. -to nie był rozkaz, tylko propozycja. Co z tego, że nie do odrzucenia? Ayl zdążył się zmyć, zanim król zdołał go zatrzymać. Dziwne, że nie chciał zostać... Ale w sumie w sali nie było innych panien oprócz jego sióstr, z kim więc miałby się zabawiać?
- Przygotujcie się wszyscy, zrobimy sobie mały pochód. Lordzie Arryn, nie byłem pewny, czy zorganizujesz wszystko jak należy, dlatego wyznaczyłem do tego ludzi. A teraz ruszamy.
Jak się bawić, to z rozmachem. Tak świętują Targaryenowie. Wina Baratheona? Tym razem nie.
Aerys przyjrzał sie jeszcze każdemu z osobna dając wszystkim do zrozumienia, że nieobecność będzie niemile widziana. Bardzo niemile.

/Uwaga, wszyscy opuszczają salę. Tak, misiaczki, znikamy. Dalsza fabuła toczyć się będzie w Sepcie. Jeśli kogoś nie ma i nie ma możliwości napisania w danym momencie, to spokojnie. Po prostu zrobicie tło.
zt wszyscy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
179
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Sie 28, 2013 10:59 pm

W ostatnich tygodniach wiele się działo. A w ostatnich godzinach to była chyba jakaś kulminacja. Ariel była szczęśliwa z powodu ślubu. Oczywiście, bała się jak każda młoda dziewczyna, ale w jakiś dziwny sposób zaczęła ufać Damonowi i sama nie wiedziała dlaczego tak dziwnie czuła się w towarzystwie młodego mężczyzny. Był rycerzem, młodym, przystojnym. Tylko warunki ślubu miały nie być idealne, wymarzone. Jednak coraz częściej widziała, że życie wygląda inaczej niż w opowieściach niani, która ją wychowywała. A kobieta nie może całymi dnami tylko haftować i nie myśleć o niczym poważnym. Gdy w pewnym momencie była sama, bez braci i kompletnie nie wiedziała, co ma robić. Była nauczona posłuszeństwa wobec starszych i była pewna, że zawsze ktoś będzie mówił jej co ma robić. Jakakolwiek samodzielność ją przerażała i chciała znów znaleźć się przy Rodericku. I właśnie myślała o ojcu i braciach układając sobie włosy i przeglądając się w lustrze, gdy do pokoju wpadła Artemis. Nieco zdenerwowała się na siostrę za to wtargnięcie. Przestraszyła się, jednak gdy usłyszała nowiny, jakie miała mu do przekazania cała zbladła. Na jej zazwyczaj rumianych policzkach nie było już ani kszty koloru. Artemis tylko pogoniła siostrę i wyszła. Zawsze wolała przeżywać coś w całkiem inny sposób niż Ariel, która chciałaby teraz przytulić się do kogokolwiek. Na samą myśl, że jej rodzina, praktycznie cała, nie żyje przytłaczała ją. Rozpłakała się wpatrując się jak po jej policzkach zaczynają spływać łzy. Kochała ich. Nwet wtedy, gdy twierdziła, że ich nienawidzi, bo nie pozwalali jej wychodzić do ogrodu, czy nie zabierali jej ze sobą, gdy wyjeżdżali gdzieś dalej. Na przykład do Królewskiej Przystani, która teraz przeklinała. To tutaj spadały na nią największe nieszczęścia. Nie umiała sobie z tym poradzić. Wstała, by zmienić suknię i padła na ziemię. Po prostu zemdlała z nadmiaru emocji. Leżała na ziemi dłuższą chwilę. Suknia, którą miała na sobie nie ułatwiała oddychania przez ściśle przylegający do ciała gorset. Znalazła ją niania, która z poczty pantoflowej dowiedziała się, że Ariel nie ma tam, gdzie być powinna, czyli w Sali Balowej obok Damona. Ocuciła dziewczynę i pomogła jej dojść do siebie i szybko przygotować do wyjścia. Była słaba, cała blada i zapłakana. Nie chciała tam iść, jednak niania naciskała i zaprowadziła ją pod same drzwi pozwalając blondynce oprzeć się na swoim ramieniu. Gdy drzwi do Sali balowej otworzyły się weszła tam powoli. Nie wyglądała najlepiej, właściwie to wyglądała jakby zaraz miała paść i umrzeć. Ledwie stała na nogach. Ariel zawsze wszystko przeżywała ze zdwojoną siłą, a wiadomość o śmierci rodziny należy do jednych z najgorszych wiadomości jakie można dostać. Widząc króla skłoniła się nisko i pozostała w ukłonie. Bała się go. Z jej oczu spłynęły kolejne łzy. Nie chciała, żeby król był na nią wściekły, a tego się spodziewała. Nie powinna była przychodzić tutaj tak późno. Jednak niania uważała, że jeszcze gorzej byłoby wcale się nie pojawić. Chciała się wytłumaczyć, ale ta sama niania powtarzała zawsze, że do króla nie można odzywać się jako pierwszej. Więc milczała jak miała to w zwyczaju. Pozostała w delikatnym ukłonie i lekko chwiała się próbując utrzymać równowagę. Była słaba. Sama nie wiedziała kiedy ostatnio jadła, ale nie było to jednak wyczerpanie fizyczne, ale jak najbardziej psychiczne. Co jeszcze ma się wydarzyć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Sie 30, 2013 12:07 am

Nie tylko tutaj działo się naprawdę wiele w ostatnich tygodniach. Wystarczy wspomnieć, że Varys wyruszył z Tyros jeszcze prędzej, niż Dothrakowie przemierzają swoje ziemie. Kiedy tylko dostał wiadomości z Westeros, po prostu nie mógł wysiedzieć w miejscu. Może i był proszony o to, żeby nie działać pochopnie, jednak nie miał zamiaru zapełniać sobie brzucha, kiedy jego rodzina jest w potrzebie. Doskonale wiemy, co na pierwszym miejscu stawiają Tully w swoim motcie, prawda? No właśnie, a skoro mowa o familii, to Varys nadal nie mógł wyjść z podziwu, a być może zażenowania względem głupoty jego kuzynów. Czy oni w ogóle przemyśleli to, co chcą zrobić? Zaatakowanie Arrynów to jedno, bo w potyczce jeden, na jeden z pewnością mieli jakieś szanse, o ile szala zwycięstwa nie przechylała się całkowicie na ich stronę. Szkoda tylko, że Roderick nie wziął pod uwagę możliwości przyłączenia się innych lordów, ani też nagany króla. Blondyn nie dziwił się takiej reakcji, bo w końcu nikt nie chce, żeby brużdżono mu na własnym podwórku, a zachowanie pstrągów właśnie to oznaczało. Znajdując się na pokładzie statku Varys chwycił mocniej linę, a nogę wsparł na brzegu statku. Wypatrywał horyzontu, szukał swoim wzrokiem Królewskiej Przystani, do której właśnie kierował się z całą świtą. Oczywiście miał też ze sobą jakieś drobne upominki dla swoich kuzynek, ale tym zajmie się później. Z listu bowiem wyczytał, że jedna z nich ma wyjść za Arryna. Podejrzewał, że raczej się jej to nie spodobało, więc miał coś, co osłodzi jej życie, a przynajmniej jego część. Dla drugiej? Tego jeszcze nie wiedział. Wybierze coś, jak dobiją już do brzegu.
Varys postawił w końcu pierwsze kroki w Królewskiej przystani. Ciągle był jednak nieodpowiednio ubrany na taką uroczystość, więc wybrał się do wskazanych mu przez służbę komnat. Podejrzewał, że na samą uroczystość już nie zdąży, ale lepiej pojawić się późno, niż wcale. Najwyżej dostanie kilka razy w twarz, o ile plotki o temperamencie kobiet z Westeros są prawdziwe. Sam nie zdążył się jeszcze dostatecznie o tym przekonać i pozostaje mieć nadzieję, że nigdy mu się to nie przytrafi. W każdym razie ubrał się w jakiś odświętny strój, który ze sobą przywiózł. Wystrojem różnił się trochę od tych, jakie można zobaczyć u lordów Westeros. Zawierał liczne dodatki stylizowane na modę wschodu. Trochę bardziej błyszczący, szykowny i ekscentryczny. Dokładnie w typie Tullyego. Przejrzał się jeszcze w ściennym lusterku, uśmiechnął i ruszył pewnym krokiem przed siebie. Pierwszym, co powinien zrobić, to odnaleźć dziewczynki. Z królem i tak nie porozmawia, dopóki cały harmider nie ustanie. Skoro uroczystość odbywa się w Królewskiej Przystani to on, jako gospodarz, musi być zajęty.
Niebieskie tęczówki męża uważnie lustrowały salę, w której nie było tak wiele osób, jakby mógł się tego spodziewać. Czyżby impreza przeniosła się do innego pomieszczenia? To mu się trochę nie spodobało. W końcu miał zaskoczyć wszystkich tu zebranych swoim wyglądem i osobą. Ruszył naburmuszony do przodu, kiedy coś nagle strzeliło go jak piorun z jasnego nieba. Pośród gości dojrzał znajomą dziewczynę. Nie był pewien, czy to na pewno jego kuzyneczka, więc zbliżył się jeszcze bardziej. Dopiero kiedy znajdował się kilka metrów od niej, śmiało mógł stwierdzić, że ma do czynienia z panną Tully. Usiadł zaraz obok i uśmiechnął się szeroko.
- Valar morghulis, moja piękna Pani. Czyżbyś właśnie na mnie czekała?- zagadnął dość radośnie, całkowicie zapominając, że ten rodzaj powitania nie sprawdza się w Westeros. Nie chodzi już o jego znaczenie, ale wymowę, którą rzadko kto rozumie. Niemniej jednak w oczekiwaniu na to, czy kuzyneczka go rozpozna, Varys uraczył się winogronem. Nigdy nie będzie miał dość tych owoców. Duża doza słodyczy, zamknięta w małym winogronie, które delikatnie muska jego podniebienie. Pyszności!
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Sie 30, 2013 11:11 am

Wesele trwało. Goście, podchmieleni ale oraz wybornym winem, robili się coraz bardziej gadatliwi i głośniejsi. Co niektórzy wielcy panowie prosili nadobne damy do tańca. Muzyka była zdecydowanie bardziej skoczna niż w momencie, w którym Arryn poszedł na rozmowę z królem. Nikt nie zauważył powrotu Reinmara, choć ten ze względu na wzrost i posturę raczej nie należał do ludzi, którzy łatwo giną w tłumie. Przecisnął się między stołami, skinął głową bratu i wypatrzył Varysa Tully. Ostatni mąż z rodu, który zachował odrobiny rozsądku. Taką nadzieję przynajmniej żywił Reinmar. Wojna z Dorzeczem była zakończona i Arryn liczył na odbudowanie dobrych stosunków z najbliższym sąsiadem. Pewnym krokiem ruszył w kierunku rozmawiającego kuzynostwa z Dorzecza. Ariel... Czy to nie ona miała wyjść za Damona?
Zbliżył się.
-Pani - skinął głową Ariel Tully. -Panie - następnie Varysowi.
- Wybaczcie, że przerywam rozmowę - powiedział. Jego głos był niski i chrapliwy. Nieprzyjemny dla ucha. -Varysie, nasz król oczekuje na ciebie w wielkiej sali.
Przerwał na chwilę.
- Varysie, jeśli później znajdziesz trochę czasu, wierzę, że powinniśmy omówić kilka kwestii. Tymczasem, wybaczcie mi, wzywają mnie pilne sprawy.
Po tych słowach, odszedł szybkim krokiem.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Sie 30, 2013 9:26 pm

Ariel była coś nadzwyczaj cicha. Czyżby została onieśmielona przez twarz Varysa? Mężczyzna musiał się przyznać, że tak już bywało, ale nigdy w takim stopniu! Widocznie lata kuzynki robią swoje. Farbowany lord uśmiechnął się delikatnie pod nosem i mrugnął okiem w stronę małej. Ta niestety nadal nie reagowała, co spotkało się ze wzruszeniem ramionami przez Tullyego. Najwidoczniej niezbyt cieszyła się z powrotu kuzyna, ale to się da naprawić. Z pewnością coś się dla niej znajdzie na statku, którym przypłynął bohater.
W rozmowie, o ile w ogóle można to tak nazwać, przeszkodził im nikt inny jak lord Arryn. Niestety mężczyzna nie do końca pamiętał jego imię, ani nie wiedział, z którym z trójki braci ma do czynienia. Nie powinno to jednak nikogo dziwić. W końcu Varys obecnie znał więcej ludzi za Wąskim Morzem, niż w samym Westeros. Będzie to musiał nadrobić przy najbliższej okazji, jednak nie był pewien, czy Reinmar to jedna z tych osób, z którymi chciał pić wino. Gdyby tylko Arrynowie nie stawiali oporu, to nie byłoby wojny! Dobra. Fajnie byłoby tak móc powiedzieć, jednak wina leżała teraz po stronie Tullych, a nie Baratheona.
- Lordzie Arryn. - odpowiedział, kiwając głową w dół. Cóż to sprowadzało naszego zwycięzcę do stołu przegranych? - Dziękuję za informacje, lordzie. Zjawię się tam jak najprędzej. - odpowiedział jeszcze na jego słowa. Ostatnie za to zostawił bez większej reakcji. Oczywiście jeśli nie liczyć szerszego uśmiechu na twarzy blondyna. Omówić kilka kwestii? Jeszcze mu mało? Nie dość, że dostał jedną z Tullych, zniszczył armię jego rodu, zyskał odszkodowanie, to na dodatek chce czegoś więcej? Zobaczymy co z tego wyniknie.
- Jestem pewien, że kiedy dostaniesz podarki, to z pewnością mnie rozpoznasz. Znajdę Was później. - pożegnał sie w ten sposób z kuzynką, kładąc jej jeszcze przy okazji rękę na głowę. Może i przyszła tutaj wystrojona, jednak delikatne poczochranie fryzury jeszcze nikogo nie zabiło. No, a przynajmniej do tego momentu. Nie wiadomo jaki numer wywinie Ariel!

z/t
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
179
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Wrz 04, 2013 11:23 pm

Nie zdążyła się obejrzeć, gdy znalazła się przy stole. Przyglądała się wszystkim wspaniale wyglądającym potrawom, ale sam zapach powodował u niej mdłości. Nie mogła jeść już od kilku dni. Za dużo się działo, a Arielka zawsze reagowała na to w ten sposób. Nie jadła, nie spała i chodziła taka jeszcze bardziej blada niż zwykle i ledwie żywa. Mimo tego, że przed wyjściem spędziła dużo czasu przed lustrem na zdrową i uśmiechniętą ona nie wyglądała. Mniejsza o to. To Artemis dzisiaj była w centrum. Zazdrościła siostrze, ale nie była zbyt rozemocjonowana tym wydarzeniem. Bardziej podziałała na nią wieść o śmierci Lorda Tully i dwóch najstarszych synów. Nawet nie zorientowała się, że podszedł do niej jakiś mężczyzna. Nie poznała go. Gdy był ostatnio w Riverrun musiała być małym dzieckiem. Nigdzie indziej Ariel nie przebywała aż do wyjazdu do Królewskiej Przystani. Zwrócił się do niej jakimiś niezrozumiałymi słowami. Czyżby chciał ją obrazić? Obcokrajowiec nie wyglądał jak ktoś z daleka jednak zachowywał się jakby miał ogłady. „Moja piękna Pani”? Zazwyczaj lubiła komplementy, ale żeby obcy mężczyzna podchodził do niej i mówił coś takiego? Co mogła zrobić Ariel w sytuacji, gdy obcy mężczyzna podchodzi do niej i w pewnym stopniu spoufala się? Mogła tylko się przestraszyć. Może Artemis by odpyskowała, a jakaś mniej porywcza, ale i bardziej rozsądna panna zaczęłaby się zastanawiać kogo nie rozpoznaje, natomiast Ariel po prostu się przestraszyła. Spojrzała na niego lekko zszokowana i nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo podszedł do nich Reinmar Arryn, którego nota bene bała się także od dłuższego czasu przez opowieści o Arrynach, które słyszała od niani. Skłoniła mu się delikatnie i nie wtrącała w wymianę zdań mężczyzn. Takim samym ukłonem pożegnała swojego kuzyna. Słysząc o podarkach uśmiechnęła się łagodnie. Właściwie to zaczęło jej się coś kojarzyć, bo przecież kto inny przywoziłby jej prezenty jak ktoś z rodziny? Przez chwilę zastanawiała się nad tym jakie imię nosi Tully, który pojawił się tak nagle w Królewskiej Przystani. Później przespacerowała się po sali i postanowiła znaleźć Annę. Ona zawsze wiedziałała co się dzieje i co należy zrobić w danej sytuacji. I chyba po tym ślubie nie były już worgami. Tak teoretycznie, bo w praktyce to nie nienawidziły się nigdy.
/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Maj 28, 2015 6:54 pm

Żelazny Bank słynie z dyskrecji i pilnie strzeże swych tajemnic. Bank ten założyły dwadzieścia trzy osoby – szesnastu mężczyzn i siedem kobiet – a każda z nich posiadała klucz do wielkich podziemnych skarbców. Ich potomkowie, których obecnie jest niemal tysiąc, są po dziś dzień znani jako klucznicy; choć klucze, które dumnie demonstrują przy oficjalnych okazjach, teraz mają już tylko znaczenie ceremonialne. Niektóre z założycielskich rodzin z czasem podupadły, a kilka całkowicie straciło majątek, jednakże nawet najubożsi klucznicy uparcie trzymają się swoim kluczy i związanych z nimi zaszczytów.
Dornijska księżniczka przewróciła kolejną stronnicę Początków Żelaznego Banku, dzieła arcymaestera Matthara, kiedy jej uwagę na treści księgi odciągnęło przebudzenie się Aeriona. Jasne smugi ostrego światła wpadały przez okiennicę, objęły bladą twarzyczkę i przebudziło niemowlę, leżące w misternie wykonanej z hebanu kołysce – maleńkiego Targaryena otaczały rzeźbione smoki w rogach łóżeczka i miękki materiał w barwach czerni i bieli. Jego cichutkie głużenie natychmiast przykuło uwagę matki, dotychczas siedzącej przy stole i czytającej książkę – Ivory musiała korzystać z wolnej chwili, których ostatnio… cóż, nie miała za wiele. Aerion nie przepadał za piastunkami i mamką, zdawał się uspokajać dopiero wówczas, kiedy  matka była blisko, choć nawet wtedy nie można było powiedzieć, że należy do grzecznych dzieci. Rzadko przesypiał noce, znacznie częściej budził się co kilka godzin i z właściwą książętom stanowczością żądał uwagi i karmienia. Tak jak teraz. Głużenie natychmiast przerodziło się w głośniejszy płacz, przez co Księżna Smoczej Skały zerwała się z miejsca i po chwili znalazła już przy kołysce, wyciągając po dziecko szczupłe ręce.
-Ciiiii, cichutko… – wyszeptała, nachylając się nad synem i gładząc go po srebrnych włosach. –Chodź do mnie.
Aerion ucichł nieco, rozpoznając już jej twarz i zaczął energiczniej machać rączkami i nóżkami, dopóki księżniczka nie wzięła go na ręce i nie przycisnęła do siebie w delikatnym uścisku – po kilku tygodniach nauczyła się już rozpoznawać, kiedy płacze z głodu, a kiedy z innych powodów; dlatego też ostrożnie podeszła do łoża, na którym usiadła i oparła się o poduszki. Tak jak jej syn nie przepadał za piastunkami, tak ona nie lubiła oddawać go pod ich opiekę… z najprostszego powodu – nie lubiła się z nim rozstawać, choćby miała być to najwyżej wieczór, czy jedna noc; dlatego też dzisiejszy wieczór miał stanowić kolejne wyzwanie.
Sama nie potrafiła powiedzieć ile osób pragnęło złożyć jej oraz Namiestnikowi gratulacje z okazji narodzin syna – większość dam starała się odwiedzić ją w komnatach księżnej, by choć na chwilę ujrzeć dziecko na oczy i z niedowierzaniem przekonać się, że to naprawdę syn.
I naprawdę wygląda jak na Targaryena przystało.
Gdy zwracano na to uwagę, unosiła wyżej brodę i prychała pod nosem krótkie: oczywiście, że tak, już po chwili zwracając uwagę, że musi odpocząć – niektóre kobiety zbierały siły po porodzie długie miesiące i Ivory zastanawiała się, czy nie mogłaby nieco… poudawać, by pozwolono jej po prostu pobyć z dzieckiem.
-Ale jesteś już duży! – mruknęła, nie wiedząc, czy bardziej do siebie, czy też do syna. Ułożyła się wygodniej na łożu i wysunęła pierś ze stanika sukni, by podać ją dziecku i korzystając  z tego, że jest zbyt zajęty, by płakać – popatrzeć w lśniące, duże oczka, przywodzące jej na myśl wrzosowiska.
Nie mogła się nadziwić ile dostrzegała w nim podobieństw do jego ojca – wydawało jej się, że nosek ma taki sam, a podczas snu kładzie prawą rączkę koło Glowy jak Maegor; choć pewnie była to wina jej zbyt wybujałej przez macierzyństwo wyobraźni. Gdy Aerion nasycił już głód i odsunął główkę, na nowo zaczynając wydawać te pierwsze, nieartykułowane jeszcze dźwięki, rozbawiony palcem matki we własnej piąstce, księżniczka ułożyła go bezpiecznie obok siebie, w miękkiej pościeli i sama lgnęła na boku, opuszkami palców gładząc syna po pulchnym brzuszku.
Była zmęczona i niewyspana, a perspektywa kolejnego wieczoru spędzonego na oficjalnej kolacji przytłaczała ją jeszcze bardziej, skutecznie wpychając w ramiona… snu. Powieki stały się ciężkie i nie zauważyła nawet momentu, w którym na dobre je przymknęła i odpłynęła na dobre. Śniła o Dorne, o Wodnych Ogrodach, o palmach daktylowych, oliwkach, drzewach figowych, pomarańczowych, mandarynach, granatach i olbrzymich rycynusach pokrywających rozkoszną falą połacie pałacowych ogrodów. Tam każdy powiew znad morza przynosił do wnętrz pałacu ich upajający zapach; we śnie jej pani matka znów mówiła, że w Wodnych Ogrodach oddycha się pełną piersią i nie chce się umierać. Ivory wyciągała dłoń, by zerwać soczystą pomarańczę i podać ją swojej pani matce, gdy ktoś szarpnął ją za ramię. A potem drugi i trzeci raz.
-Księżniczko, to już pora. – wyrzekła cicho służąca, nieśmiało przerywając Księżnej sen.
Słońce chyliło się ku zachodowi i niebawem miało zatonąć w lasach na linii horyzontu, co zwiastowało tylko jedno – miała już wyjątkowo mało czasu. Dornijka zerwała się z łoża, przecierając oczy i polecając służce przygotowanie Aeriona… by pokazać go ich gościom – z czego wcale nie była rada. Gdyby mogła, trzymałaby maleńkiego księcia jak najdalej od królewskiego dworu; lecz rzecz jasna tego uczynić  nie mogła i pozostało jej jedynie dobranie ozdoby do dornijskiej kremowo-złotej sukni, odciętej w górnych partiach talii – co pozwoliło jej ukryć to, co pozostało jej z ciążowego brzuszka. Kamienie, które przybrała, gdy nosiła syna pod sercem jęły znikać ze względu na karmienie go piersią… choć Dornijka na swe odbicie w lustrze patrzyła wyjątkowo krytycznym okiem. Wybór padł na kolię ze złota, zdobioną rubinami i krwistym słońcem w centralnej części, podarunek od najmłodszej siostry Namiestnika; oraz (któż by się tego spodziewał!) złotą bransoletę o kształcie węża, oplatającego przedramię – głowa gada z wysuniętymi kłami znajdowała się u nasady kciuka. Gdy służąca wyczesała jej włosy i starannie zaplotła niektóre pasma w misterne warkoczyki, fantazyjnie spinając je  tyłu głowy, Ivory z naganą uszczypnęła się w udo, obiecując sobie, że będzie częściej wspinać się po schodach.
Muszą już na mnie czekać, pomyślała z niezadowoleniem, wyglądają przez okiennicę i wcierając olejek o woni kwiatów lotosu w nadgarstki – zmierzch jął strzępić się fioletem i już wkrótce nad Królewską Przystanią miał zapaść mrok.
Nie pozwoliła, by korytarzami Czerwonej Twierdzy Aeriona, owiniętego w miękki materiał barwy czerwieni i czerni, niosła piastunka; sama trzymała synka w ramionach, zaniepokojonego i niezadowolonego z tej podróży, przez chwilę nawet zbierało się na to, że rozpłacze się tuż przed drzwi Sali Balowej, rozkrzyczy się tak, jakby odebrano mu ulubioną zabawkę i pozbawiono opieki matki.
-Jest dzisiaj taki marudny… – zauważyła cicho piastunka, kobieta, która lada młodości miała już z pewnością za sobą i podobno odchowała najmłodszą córkę Jaehaerysa II.
-Zawsze jest marudny. – westchnęła cicho Dornijka, kołysząc dziecko w ramionach i doskonale wiedząc, że goście zgromadzeni już wewnątrz musieli usłyszeć cichy szloch niemowlęcia.
Nie lubiła, nie znosiła się spóźniać – sama gniewała się, gdy kazano jej czekać, to przecież takie niegrzeczne; do niepokoju dołączyła się jeszcze irytacja, że akurat teraz musiało się to stać, kiedy tak chciała, by wszystko wypadło dobrze. Musiała kołysać dziecko w ramionach i zaśpiewać mu cicho, by Aerion umilkł wreszcie spokojny… i z ciekawością przyglądał się końcówce muślinowego szala zarzuconego na ramiona matki, który Ivory podsunęła mu pod rączkę. Dopiero wówczas mogła kiwnąć głową strażnikom, by otworzyli jej drzwi i wkroczyła nieśpiesznie do Sali, z delikatnym uśmiechem na wargach. Podchodząc do jednego ze stołów, zastawionego już przygotowanym jadłem, w tym i ostrymi, dornijskimi przyprawami, blask świec zaigrał w klejnotach, którymi był wysadzany diadem Księżnej Smoczej Skały, spoczywający na kruczoczarnych włosach Dornijki, która przystanęła dopiero obok swojego pana męża, posyłając mu jedynie spojrzenie…
Nawet nie pytaj.



    Wątek właściwie otwarty dla szlachetnie urodzonych (that's racist!) przebywających w Królewskiej Przystani i pragnących złożyć mnie (ach!) i Maegorowi (tylko nie głaszczcie go po kuście z hasłem: dobra robota, stary) gratulacje z okazji narodzin Aeriona, także zapraszamy, bo będzie alkohol, ładnie grający minstrel i żarty Maegora o Dolinie. Proszę tylko, żebyście pierwsze posty napisali w przeciągu, no powiedzmy dwóch tygodni, żeby nie przeciągąć wątku!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Maj 29, 2015 12:29 am

Ivory była znana Maeve. Obie dziewczynki były w podobnym wieku, a gdy jej ojciec za starych czasów odwiedzał Słoneczną Włócznię, miały okazję bawić się razem. Wtedy jeszcze różnica statusu majątkowego nie przeszkadzała w poznawaniu się nawzajem, a ich małych głów nie zaprzątały problemy gospodarcze, a jedynie myśl o tym, jak urozmaicić sobie popołudniową zabawę w ogrodach rodziny Martell. Ileż smutku i zawodu sprawiało im rozstanie, kiedy nie mogły pisać do siebie kruków, jak wtedy, gdy były nastolatkami. W tej chwili - obie w pełni dorosłe, kobiety ważne, liczące się w tym świecie. Maeve, odpowiedzialna za Bożą Łaskę, bardzo ważną fortecę obronną, zwłaszcza w przypadku wiszącego nad Dorne kowadła wojny domowej, oraz Ivory, żona namiestnika. Jedno jej słowo znaczyło więcej niż całe przemówienia.
Plotki o ciąży koleżanki z dzieciństwa szybko dotarły do Maeve z Bożej Łaski, które szybko śmiała potwierdzić, wysyłając list krukiem. Otrzymała od Ivory odpowiedź, a kiedy w końcu urodził się jej synek, dornijka nie mogła powstrzymać się od odwiedzin Królewskiej Przystani, aby ujrzeć na własne oczy, jak dziewczę, które pamiętała jako uśmiechniętą, wesołą znajomą ze Słonecznej Włóczni, stała się matką i jedną z najważniejszych kobiet w kraju.
Podróż była długa i męcząca. Jej statek, przystosowany do pływania rzeką, najpierw dopłynął do stolicy Dorne, gdzie przeniosła się do typowej łodzi do długich podróży, którą dopłynąć miała do portu w Królewskiej Przystani. Towarzyszyła jej służąca, jeden z rycerzy oraz jedna ze starszych przyrodnich sióstr, czyli osób, którym ufała najbardziej. Niemal cały rejs spędziła w swojej kajucie, ciągle narzekając na warunki, na temperaturę, na wszystko! Przywykła do ciepłego klimatu Dorne, nawet jeśli od trzech z czterech stron tego świata jej dom rodzinny otaczały góry, to nadal od południowego wschodu ciepłe wiatry przynosiły suche, gorące powietrze, pachnące piaskiem. Na statku wszystko pachniało chłodem, bryzą, rybą i wodą. Nic przyjemnego, ale przynajmniej skóra nie była tak sucha jak w domu, choć nie miała zamiaru zrezygnować z jej pielęgnacji.
Sama nie wiedziała ile razy w ciągu tego rejsu wypowiedziała magiczne słowa daleko jeszcze?
W Królewskiej Przystani nie było tak wspaniale, jak się mówiło. Było zimno, wilgotno, ciągle musiała chodzić z dodatkowym ponczo narzuconym na ramiona. Dzisiaj jednak miała spotkać się z przyjaciółką i nie mogła wypaść źle. O nie, musiała wypaść doskonale.
Nie myślała jak dotąd do ślubie, co dziwiło wielu. Zapewne, gdyby jej ojciec był w pełni sił, już wydałby ją za kogoś, a ponieważ urody jej nie brakowało (czego była w pełni świadoma, oczywiście) na pewno znaleźliby się chętni kandydaci. W tej chwili głównie widmo wojny domowej ją powstrzymywało... Jeśli by do niej doszło, jej ręka mogłaby stać się dobrą kartą przetargową, aby zapewnić jej ziemiom nietykalność... Lub chociaż mniejsze zniszczenia.
Jej służący zajęli się prezentami, natomiast sama Maeve - zajęła się sobą, aby wyglądać oszałamiająco, jednak nie przyćmić najważniejszej osoby na tym przyjęciu. Pojawiła się więc w prostej, pomarańczowej sukni, sprawnie spętej tak, aby podkreślać jej kształty, a której poły sięgały aż na szyję i tam były zawiązane. Włosy zostały gładko opuszczone na ramiona i poza czesaniem, nie zrobiła z nimi nic wyjątkowego. Naszyjnik dzisiaj był skromny - złoty wisiorek z jaszczurką ozdobioną szmargdami.
Ledwie w pomieszczeniu pojawiła się główna zainteresowana, którą rozpoznać dało się od razu, tak ciemnopiwne oczy dornijskiej kobiety od razu się w nią wpatrzyły, jednak nie chciała tak szybko przerywać uczty. Dopiero, kiedy przyszła na to odpowiednia chwila podeszła do księżnej Smoczej Skały i skłoniła się zarówno jej, jak i jej mężowi z pełnym szacunkiem. Jako prezent przywiozła dzisiaj Ivory suknię z najlepszego jedwabiu, jaki udało jej się znaleźć w całym Dorne, luźną i zwiewną, której główną ozdobę stanowiła spora, złota, wężowa broszka ozdobiona szafirem, a do tego jej statkiem przypłynęła spora ilość jedzenia, które znaleźć można było tylko w Dorne.
- Witajcie, po tylu latach przyjemnie jest zobaczyć znajome twarze. Jestem Maeve z Bożej Łaski, córka lorda Allyriona. - przedstawiła się od razu.
Rzucenie się w ramiona byłoby zupełnie nie na miejscu...
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Maj 29, 2015 7:17 am

Fayruzi musiała uszczypnąć ją w bok, by Yronwoodówna zdała sobie sprawę z tego, iż wszystko dzieje się naprawdę.
Naprawdę znajdowała się w Królewskiej Przystani. Naprawdę zamieszkiwała jedną z komnat Czerwonej Twierdzy. Naprawdę znajdowała się w odwiedzinach u księżnej Ivory. Naprawdę miała już za moment zobaczyć książęcego potomka.
Jakiś wyraz rozrzewnionej zazdrości i niezadowolenia wykrzywił w brzydkim grymasie chłodną twarz jasnowłosej Dornijki. Nie do twarzy jej było z zawiścią. A mimo to, chmurna, rysująca się nad nosem zmarszczka nieszczęścia nie znikała z jej oblicza jeszcze przez dłuższą chwilę.
Och, o ileż wolałaby teraz siedzieć w tym paskudnym, surowym Yronwood, gdzie miałaby przynajmniej baczenie na to, co działo się w ich niespokojnej krainie piaskiem i krwią płynącej.
Wszystko byłoby lepsze od patrzenia na jej szczęście. Jakbym je chciała zmyć z tej smagłej, urodziwej twarzy. Tak, jak zmywa się krew z ostrza.
A-aach! Co żeś…! Oszalała…! – Mało delikatne, ale wprawne dłonie służącej zajmowały się złotym chaosem na jej głowie. Sama Jeyne miała na ten temat nieco inne zdanie; wydawało jej się, że Fayruzi ma zamiar wyrwać jej włosy ze skalpu. Wizja dość makabryczna, ale jakże pasująca temu pustynnemu diabelstwu.
Jeśli dziedziczka Yronwoodów ma się pokazać na oficjalnej fecie samej Księżnej… – Głos Fayruzi wydawał się monotonny i znudzony. – …musi prezentować się dobrze.
Powiedział kto? – Arogancki ton głosu Yronwoodówny nie został zignorowany. Wkrótce po raz kolejny poczuła mocne i dotkliwe szarpnięcie. Wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze załzawionymi, błękitnymi oczyma. Wyglądała żałośnie i śmiesznie. Tak też się czuła.
To wiedza powszechnie znana. Ale dla ciebie, jak widać, tajemna, am’raa. – Kpina, którą podszyte były słowa Fayruzi, sprawiła, iż Jeyne skrzywiła się jeszcze mocniej. – Za dużo czytasz o ciałach niebieskich, za mało o ciałach szlacheckich. Wyprostuj się.
Nie czekając na reakcję ze strony panny Yronwood, sama złapała jej ramiona i pociągnęła je do tyłu.

Nieprzywykła do odsłaniania ciała oraz zdająca sobie sprawę z tego, iż dornijki uważano na północnych salonach za kurwy pierwszej wody, Jeyne wybrała odpowiadające jej, wygodne, wykonane z przewiewnych materiałówszaty. Nie, żeby miała coś przeciwko kurwom. Podziwiała kobiety, które za pomocą synchronicznego rozchylania nóg i jednoczesnego zamykania bram serca, potrafiły dojść naprawdę wysoko. Na równi fascynowały ją skromne, tajemnicze cichodajki i największe, dworskie bezwstydnice. W duchu przyznając sobie rację co do tego, iż największą z kurew i tak pozostawała jej własna, rodzona siostra, przekroczyła próg Sali Balowej już całkiem opanowana. Z maską uprzejmego spokoju przyklejoną do jasnej, oszczędzonej przez słońce twarzy.
Włosy miała rozpuszczone, bo i ostatecznie posprzeczała się o nie z Fayruzi, a szlag jasny ją trafił, gdyby miała przed lustrem spędzić choćby i kwadrans dłużej. Schowane teraz pod półprzezroczystym, fiołkowym kapturem, i tak nie rzucały się szczególnie w oczy. Jak i cała jej postać.
Gdyby tylko wiedzieli, jak się we mnie krew burzy, gdy muszę wchodzić między te żmije.
Uśmiech - doklejony i nienaturalny, jakby ją mięśnie bolały od samego zginania ust; spojrzenie - przestraszone i zdezorientowane, jakby zdała sobie sprawę, jak maleńkim i nieistotnym jest pyłkiem; dłonie - skromnie splecione z przodu i plecy zgięte w pozie ujmującej jej tylko kilku centymetrów wzrostu.
Spięła łopatki i wyprostowała się, by mieć baczenie na całą salę.
Jestem Mewa z Bożej Dziury, kurwa lorda Allyriona. Tak bardzo mi nieprzyjemnie widzieć wasze parszywe ryje, przedrzeźniała bezgłośnie.
Maluczkich ludzi bawiły małe i proste żarty. Yronwood czuła się teraz tak mała, iż nawet obrażenie w myślach swej Siedmiu ducha winnej, dornijskiej siostry przyniosło jej chwilową osłodę.
Gdyby ktoś na nią teraz spoglądał z boku, dostrzegłby lekkie rozluźnienie i serdeczny, bardziej swobodny uśmiech. Wyglądała sympatycznie.
Czekając cierpliwie na swoją kolej, przeniosła w końcu wzrok na samą Ivory i jej małego synka.
Paskudna, pomarszczona i łysa karykatura dorosłego człowieka, przemknęło jej przez myśl, gdy przyglądała się tak Aerionowi.
A gdy dla pełnego rozluźnienia, zapragnęła zakpić jeszcze w duchu z samej Ivory, zdała sobie sprawę, że płoną jej policzki i stało jej się nagle gorąco.
Słońce Dorne. Nie widziałam cię od tak dawna... – Czuła, jak jej własny głos brzmi obco, odlegle. – Bałam się, że piękniejsza mi się zdawałaś w moich szczeniackich wspomnieniach. Wiem już, jak bardzo w błędzie byłam.
Słowo za słowem, oddech za oddechem. I choć wewnątrz darła się i rzucała, zimne ukłucie uświadomiło jej, iż nie kłamie.
Zbrzydłaby chociaż - z czystej przyzwoitości. Przytyła może. Stała się zgorzkniała, zwiędła, wypalona. Ale nie. Promieniała. Tak, jak promieniało to małe, pomarszczone... coś... przy jej piersi.
Ja, Jeyne z wiernego wam domu Yronwood, przybywam w imieniu mego rodu, by pogratulować królewskiej parze narodzin ich pierwszego potomka. A i żywiąc przy tym nadzieję, że  drogiej memu sercu księżniczce, sprawią moje odwiedziny radość tak wielką, jaką i mi sprawia widok jej w pełnej krasie i zdrowiu.  Przyjmijcie, proszę, nasze skromne dary.
Drogę ucieczki odnalazła w ukłonie. Głębokim i pełnym szacunku - nie dlatego, że lubiła zginać kark, a dlatego, że jakoś patrzenie na własne pantofle wydało jej się teraz zajęciem o wiele przyjemniejszym.
Wyprostowała się teraz i gestem dała przyzwolenie towarzyszącym jej sługom, by ułożyli kufry obok reszty podarunków.
Nie miała sobie nic do zarzucenia. Przecież, gdyby mówienie nieprawdy groziło zgonem, wszyscy by tutaj pomarli - jak muchy - w ciągu pierwszych kilku minut.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Cze 10, 2015 12:19 am

- Czas wypełnić obowiązki. –powiedział do żony. Nie miał najmniejszej ochoty tam iść. Spodziewał się, że będzie tam pełno wszelakich Dornijczyków. Według niego wszyscy oni mogliby sobie pójść do siedmiu piekieł z rodem Martellów na czele, ale los zadecydował inaczej, a teraz Otton musiał jednemu z nich dać prezent z okazji narodzin dziecka. W Końcu Burzy unikał zazwyczaj Ivory, bo nie chciał mieć nic wspólnego z jakimkolwiek Dornijczykiem. Jak na ironię za chwilę miał - a przynajmniej tak sądził - jeść przy stole z kilkoma z nich. Pozytywem było to, że część z tych sukinsynów wybijała się nawzajem na własnej piaskownicy. Mam nadzieję, że potopią się w tym pieprzonym piasku i własnej krwi.
Żona Baratheona siedziała właśnie przy stoliku i razem ze służką dobierały pasującą na tę okazję biżuterię. Jak zwykle wyglądała pięknie z błyskotkami, chociaż dla mężczyzny wyglądała równie dobrze bez nich. Na pewno wiedziała, jakie teraz myśli krążą po głowie Ottona. Z resztą mężczyzna nie ukrywał na osobności swojej niechęci do Dornijczyków, ale już nie długo musiał założyć maskę uśmiechu i dobrej zabawy, bo tego wymagało dobro rodu. Tylko jego żona potrafiła ją doszczętnie przejrzeć i dostrzec w Ottonie każdą myśl. Nikt inny nie powinien zauważyć niczego nadzwyczajnego. Baratheon na wszelki wypadek dodatkowo wypił troszeczkę wina, by nie dać nic po sobie poznać.
- Panie, twój kuzyn czeka na ciebie na dole. – powiedział mężczyzna w średnim wieku nalężący do służby Baratheonów. Otton nie chciał innej służby, bo w Czerwonej Twierdzy nawet ściany słuchały twych słów.
- Przekaż mu że już idziemy. Rozumiem, że prezent dla księcia i księżniczki jest przygotowany? – Mężczyzna pokiwał twierdząco głową i wszedł z komnaty. Otton wziął wdech i wydech, przybrał swą maskę, a następnie razem ze swoja panią żoną poszedł spotkać się z kuzynem, by przybyć na ucztę

***

Otton ubrał się w wams o rodowych barwach oraz przypiął złotą broszę w kształcie jelenia. Jego żona założyła suknię o takich samych barwach. Oboje nie przesadzali z błyskotkami, bo nie chcieli wyglądać lepiej od gospodarzy.
- Chyba już idą kochanie. - poinformował żonę o nadchodzącej parze. Następnie podszedł do swojego kuzyna by we trojkę mogli podejść do dwójki Targaryenów.
Rozpoznał ją od razu. Nie było w tym w sumie nic dziwnego, ponieważ niedawno przebywała ona w siedzibie Baratheonów po przegranej Dorne z Ziemiami Burzy. Otton musiał przyznać, że suknię ma piękną, ale to nie ocieplało stosunków Baratheona względem Ivory. Zauważył oprócz tego jeszcze kilka osób pochodzących z Dorne. Głównie tak jak przypuszczał były to przedstawicielki płci pięknej. Maegora Targaryena natomiast Otton widział po raz pierwszy w życiu. Tak jak słyszał nie grzeszył on zbytnią urodą, ale wzbudzał poczucie rozsądnego i niebezpiecznego człowieka. Baratheon mógł bez chwili wahania nazwać go (przynajmniej z wyglądu) namiestnikiem, bo takie właśnie emocje powinna wzbudzać prawa ręka króla.
- Jestem Otton Baratheon, bratanek lorda Końca Burzy, to moja żona, a wraz za nami przybył także syn lorda Harberta – Leyton Baratheon. – Ukłonili się tak jak to było w zwyczaju przy członkach rodziny królewskiej. Otton mimowolnie jakoś bardziej zwracał się do namiestnika, bo za Ivory Targaryen jakoś nie przepadał i nie koniecznie miał zamiar zmieniać swój stosunek wobec niej. Nie chciał także wspominać o wcześniejszym przebywaniu księżniczki w Końcu Burzy. – Chcielibyśmy pogratulować wam syna i przynieśliśmy podarunki z tejże okazji. - Otton dał znak służbie by przynieśli podarki dla namiestnika i jego żony. - Dla ciebie lordzie namiestniku mamy słodkie wino z Volantis oraz bardziej cierpkie czerwone pochodzące z Dorne. Natomiast dla księżniczki Ivory przywozimy piękną piaskową klacz, z których hodowli znane jest Dorne, by przypominała Ci o twym domu. – Który nawiasem mówiąc jak dla Ottona mógłby się całkowicie zapaść w piasku albo spłonąć od słońca, lecz nie dawał poznać po sobie swych myśli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
14
Join date :
11/01/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Cze 19, 2015 10:42 pm

Mężczyzna westchnął, poruszając się nerwowo. Z każdym krokiem idea udziału w uczcie podobała mu się coraz mniej. Poważnie rozważał, czy nie lepiej byłoby zawrócić do karczmy, usiąść wygodnie i napić się ale. Mimo to nawet się nie zatrzymał. Dalej przemierzał korytarze. Miał ku temu kilka powodów. O swoim pobycie w mieście nie powiadomił nikogo, jednakże nie był on wielką tajemnicą. Bał się, że jego nieobecność mogła zostać odebrana jako zniewaga. Nierozważnym było oziębianie i tak niezbyt ciepłych stosunków z niektórymi rodami. Stawienie swego rodu w trudnej sytuacji nie mogło mieć miejsca. Istniały oczywiście inne, zdecydowanie bardziej trywialne powody. Duże ilości alkoholu oraz atrakcyjne służki krzątające się miedzy stołami. Leyton nie należał do grona osób, które stawiały w tym temacie duże wymagania. Zadowalał się prostymi rzeczami.
Tego typu uczta zawsze różniła się od biesiady w karczmie. Młody Baratheon nigdy nie był fanem formalnej atmosfery, dworskich manier. Nie odnajdywał w tym żadnej przyjemności. Według niego wręcz psuła zabawę i nadawała wydarzeniu sztywny charakter. I właśnie tego spodziewał się w Czerwonej Twierdzy. Nudy i snobizmu.
Najgorsza z tego wszystkiego była jednak polityka. Fakt, że Leyton starał się w niej nie uczestniczyć, nie znaczyło że jej nie dostrzegał. Stanowiła jedynie wielką grę pozorów. Uśmiechy i uprzejme słówka, jakże pozorne i fałszywe. Nierealne obietnice oraz kruche sojusze. Nigdy nie było wiadomo kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto konspiruje przeciw tobie, szepcząc wrogom do ucha. Jedną ręką ściskali dłoń, drugą wbijali nóż pod żebra, niewinny toast mógł kryć zabójczą truciznę. Taka była rzeczywistość Westeros, a takie uczty były tego doskonałym przykładem. Każdy szukał szansy, aby wzmocnić swoją pozycję oraz osłabić swych rywali. Dlatego należało być czujnym. Każde zdanie mogło być wyrwane z kontekstu i obrócone przeciwko nadawcy.
Z rozmyślań wybił go dopiero widok służącego Ottona. Uspokoił trochę krok.
-Powiedz mojemu kuzynowi, że już jestem - kiwnął jedynie głową na przywitanie i skierował wzrok na korytarz. Miał sporo szczęścia, że Otton miał głowę na karku i zdążył zadbać o odpowiednie prezenty dla pary. Młodzieniec nie miał na to ani ochoty ani cierpliwości. Kupowanie prezentów, dla praktycznie rzecz ujmując nieznajomych, doprowadziłoby go do szału w wyniku braku pomysłów.
Poczekał cierpliwie na kuzyna oraz jego żonę, po czym razem z nimi udał się na ucztę.
--
Leyton ubrał się w szykowny dublet, oczywiście w rodowych barwach. Bezcelowym było szukać na nim jakichkolwiek zdobień, może oprócz niewielkiego godła Baratheonów wyszytego na piersi. Młodzieniec nie przepadał za bogatym ubiorem, a wszelkie dodatki czy ozdoby uważał za zbędne. Rozglądając się leniwie po sali szybko zrozumiał, że nie każdy podzielał jego zdanie. Goście pojawiali się we wspaniałych sukniach, szatach oraz strojach których Leyton nie potrafił nazwać. Nie robił one na nim wrażenia. Po co było tak afiszować się swym bogactwem?
Jego wzrok zatrzymywał się od czasu do czasu na jakiejś postaci. Dostrzegł, czego zresztą się spodziewał, kilka osób z Dorne. Trudno było ich nie zauważyć, ze względu na ciemniejszy kolor skóry. Nie miał najmniejszej ochoty z nimi rozmawiać. Na Ziemiach Burzy za Dornijczykami jakoś nie przepadano. W tym przypadku Leyton nie był inny. Powodów tej niechęci nie trzeba było długo szukać - sprzeczki między rodami Martellów a Baratheonów zdarzały się ostatnimi czasy dość często. Mężczyzna miał nadzieję, że pozorny pokój potrwa jeszcze długo.
Tymczasem przyszła pora powitań. Na jego twarz wstąpił bezmyślny uśmiech. Przyszło mu to dosyć łatwo, ponieważ ten wyraz twarzy był u niego powszechny. Stosował go gdy znajdował się w sytuacji takiej jak ta uczta - gdzie musiał ukrywać swoje prawdziwe emocje. Oczy, niby nieobecne ale wciąż czujne (jak zwykle zresztą), skierował najpierw na namiestnika, potem na jego żonę. Nie musiał nawet się odzywać. Kuzyn, kolokwialnie ujmując, odwalał za niego całą robotę. Załatwił prezenty, nawet go przedstawił. Gdy padło jego imię ukłonił się nisko, ale myślami był już gdzie indziej. Pragnął jedynie zasiąść przy stole i zanurzyć swe usta w winie. Po cichu liczył, że wydarzy się coś niespodziewanego, co przełamie bankietową rutynę. Mimowolnie wspomnieniami wrócił do Końca Burzy. Widział plac z kukłami treningowymi, które to dzień w dzień, od wielu lat okładał. Powstrzymał ironiczny śmiech.
-Zachciało mi się zmian, psia jego mać...-pomyślał. Odrzucił szybko niewesołe myśli, skupiając pełną uwagę na swoim otoczeniu. Nie chciał po raz kolejny przegapić jakiejś ważnej rozmowy i wyjść potem na głupca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark
Liczba postów :
21
Join date :
05/01/2015

PisanieTemat: Re: Stoły   Sob Cze 20, 2015 2:33 pm

Na pobliskim dachu zginął wróbel.
Jego zgon został zauważony i zarejestrowany. Szacunki oparte na ocenie rosnącego zużycia serca samiczki przewidywały jej śmierć w ciągu najbliższych czterech dni. Samica wróbla była stara, złożyła wiele jaj i wychowała wyższą niż przeciętna liczbę piskląt. Ptak włożył swój wkład w przetrwanie gatunku i przekazał dalej swoje geny.
Gdyby znał dumę, byłby dumny.
Z drugiej strony, osobnik ten nie zaliczał się do gatunku z listy rzadkich lub zagrożonych, więc jego śmierć nie wymagała powiadomienia żadnego człowieka.
Zwłaszcza Aenora.
Z trudem oderwała wzrok od rozciągającej się za oknem panoramy (ograniczonej do surowych murów Twierdzy Maegora) i powoli, odwlekając w czasie nieuchronny moment bezpośredniego starcia, przeniosła spojrzenie na wnętrze komnaty, fiołkowe tęczówki zatrzymując dopiero na pogrążonym we śnie Velaryonie.
Daena była dziwnie spokojna jak na osobę, której życie, jeśli można to nazwać życiem, oparło się na bycie wyłącznie jednego człowieka.  Sumienie, doświadczenie, tysiące przeczytanych stronnic, nawet własna matka – wszystko podpowiadało jej, iż nigdy nie powinna w pełni ufać mężczyznom… zwłaszcza zaś temu, u którego boku spędzała noce.
Materac łoża ugiął się delikatnie pod jej ciężarem, gdy – zziębnięta, z bosymi stopami, wciąż w nocnej koszuli – wsunęła się pod kołdrę, niemal natychmiast odnajdując źródło ciepła we wciąż śpiącym Aenorze.
Naturalnie, nie mogła mu ufać… ale wiedziała, że sama sobie nie poradzi.
Z piersi wyrwało się mimowolnie westchnięcie, kiedy oparła policzek o silne ramię męża, w najgłębszym milczeniu obserwując pogrążoną we śnie twarz Velaryona – pierwsze zmarszczki, zwłaszcza te pojawiające się wokół oczu oraz ust, wygładziła spokojna mara, w której bez reszty zanurzył się Aenor; zabawne, jak głęboki miał sen i jak ciężko przychodziło go obudzić po nieprzespanej – zupełnie jak ta miniona – nocy. Takie poranki Daena lubiła najbardziej. Rześkie, wręcz chłodne, lecz idealnie spokojne i nieskazitelne. Jasne słońce przeświecało między zwiewnymi kotarami gościnnej komnaty, po czym odnajdywało nieliczne drobinki złota pośród wirującego w powietrzu kurzu. Równie spokojne chwile nie zdarzały się zbyt często, tym łatwiej zatem przychodziło ich docenianie – zwłaszcza tutaj, w Czerwonej Twierdzy, gdzie…
Poczucie bezwzględnego bezpieczeństwa nie ma racji bytu?
Daenę od zawsze zadziwiała rozbieżność rzeczywistości, jaka dzieliła High Tide oraz Królewską Przystań – zdawałoby się, iż pomiędzy miejscami oddzielonymi zaledwie dwoma dniami żeglugi nie może być mowy o zdumiewających różnicach. Tymczasem na tak prostym przykładzie okazywało się, że świat jest w istocie wieloaspektowy, pluralistyczny, wymykający się prostym analogiom, nie do objęcia jedną definicją… i jednocześnie w pełni sensowny - w końcu sensy nadają światu ludzie. Tyle sensów, ile ludzkich istot. Religijne systemy, filozoficzne teorie, prawne kodeksy - wszystko to jest zaledwie protezą sensu, który pozornie kieruje naszym życiem, ludzie zaś tworzą otaczającą ich iluzję z wyrachowania i egoizmu, choć czasem także z powodu niemal dziecięcego zagubienia. Aenor raz za razem powtarza ze śmiechem, że świat trzeba sobie jakoś „ustawić” w głowie, co oczywiście nie ma nic wspólnego z tak zwaną „obiektywną prawdą”; inaczej nie da się w nim żyć. Wniosek?
Wierzę w sens. Wierzę w altruizm. Wierzę w sens altruizmu.
Daena drgnęła mimowolnie, kiedy za dębowymi, ciężkimi drzwiami komnaty rozległy się pośpieszne kroki – zaledwie chwilę później ciszę zakłóciło również pukanie, stanowiące swoiste preludium przed wkroczeniem do komnaty niekoniecznie chcianych intruzów - drzwi otworzyły się nagle z hukiem i do pomieszczenia weszli trzej mężczyźni. Dreszcz po prawej, Przyjazny po lewej, a między nimi Irvin ze zwieszoną głową i rękami zarzuconymi na ich ramiona, szorujący czubkami butów po dębowej posadzce. Daena na przywitanie posłała im jeden ze swoich słynnych, drewnianych uśmiechów – czasami wydawało jej się, że słyszy odgłos pękających sęków; wynikało to nie z zakłamanych zamiarów oraz sympatii podszytej fałszem, lecz zwykłego braku… porannego entuzjazmu – o świcie cierpiała na niemal chorobliwy brak sentymentów, brak pretensji do szlachetności. Można by te braki mnożyć, aż uzyskalibyśmy pustynię mentalną, co stanowiło zabawne przeciwstawieństwo zwykłego stanu Velaryonówny – w jej naturze było wszak niemal chorobliwe nadawanie światu sensu, porządkowanie, przeciwdziałanie chaosowi.
- Wybacz, pani, my…
- … szukacie mojego męża. – dokończyła spokojnie, podciągając kołdrę pod samą brodę i – tak osłoniona przed światem – uśmiechając się w końcu niemal niezauważalnie. – Tylko zwróćcie go przed wieczorem, Namiestnik będzie zawiedziony nieobecnością Aenora.
A ja zostanę pozostawiona sama sobie.

~*~
Myrijska koronka lazurowej barwy wpijała się boleśnie w piersi, osłaniając je przed chłodem zamkowych murów oraz – co istotniejsze – wzrokiem niepowołanych. Przetykany srebrną nicią materiał okalał szczelnie ramiona i opadał swobodną kaskadą aż na zimną posadzkę, zasilając grono przyodziewku, które uchodziło za skromnie – przynajmniej zaś na standardy Czerwonej Twierdzy. Jedyną ozdobę stanowił cienki łańcuszek z zawieszką w kształcie morskiego konika oraz złoty pierścionek z oczkiem szafiru, który stanowił uzupełnienie sukni. Pomimo równie wyważonego ubioru, Daena czuła się niemal naga – zwłaszcza pod spojrzeniami zebranych w królewskiej sali balowej gości, w znacznej części stanowiących przybyszy z odległego i wciąż egzotycznego (przynajmniej dla Velaryonówny) Dorne. Dobre wychowanie nakazywało powściągliwość w zachowaniu, a tym bardziej wbijaniu spojrzenia w śniadoskórych Dornijczyków (słynących z gorącej krwi oraz skłonności ku uznawaniu podobnych spojrzeń za wyzwanie) – nic zatem dziwnego, iż kilkanaście jardów pomiędzy wejściem do komnaty a Namiestnikiem oraz jego małżonką, Daena pokonała w całkowitej, niemal nabożnej ciszy, podkreślonej przez nieruchome, lawendowe spojrzenie utkwione w…
- Miłościwy Książę, szlachetna Księżno. – lekkie, niewymuszone dygnięcie było naturalnym przejawem szacunku, który wzbił się ponad irracjonalną tremą, a następnie wypełnił umysł Daeny, nakierunkowując ją wyłącznie na jedno – jak najszybsze zakończenie formalności. – Lord Pływów oraz władca Driftmarku pragnie przekazać wyrazy najszczerszej radości z narodzin potomka smoczej krwi. Przeto ja, Daena Velaryon, jedyna córka Lorda High Tide oraz małżonka Aenora Velaryona, dziedzica tytułu władcy Driftmarku, pragnę przekazać dary, które podkreślą sympatię łączącą nasze rody oraz pozwolą dorastać Waszemu potomkowi w łasce Siedmiu. Wybaczcie jednocześnie chwilową nieobecność mego małżonka, który z tylko sobie właściwym brakiem taktu potrafi spóźnić się na niemal każdą ceremonię… w tym własny ślub. – w kącikach ust Daeny zaigrał wesoły uśmiech, gdy jej ponowiony ukłon tym razem stanowił ciche pożegnanie, któremu towarzyszyło przekazanie prezentów – w większej z  dwóch podarowanych skrzyń, przyozdobionych złotym ornamentem trójgłowego smoka, znajdował się refleksyjny łuk wykonany z robinii akacjowej – wykonany tak, by mógł służyć chłopcu już w najwcześniejszych latach łuczniczego treningu, który udoskonali umiejętności smoczego księcia. Druga skrzynia, nieco mniejsza od swej poprzedniczki, zawierała potężny tom Dziejów wielkich rodów Siedmiu Królestw wraz z opisem wielu wysoko urodzonych lordów, szlachetnych dam oraz ich dzieci autorstwa Maestra Malleona. Przykre, acz konieczne vademecum dla niemal każdego dziecka stanowiło nierozerwalną część edukacji, Daena zaś z doświadczenia wiedziała, iż podobne księgi pragnie się cisnąć w ogień… przeto lepiej, by targaryeński książę palił własne egzemplarze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pią Lip 10, 2015 11:20 pm

Był to swoisty triumf.
Lekkie, poranne znużenie prędko ustąpiło miejsca niemal grzesznemu, pełnemu satysfakcji pochodowi nieustannego zwycięstwa. Ciążące na barkach obowiązki nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, zaś świadomość, iż nieubłagalnie się starzał…
… cóż, jako jedyna nie odeszła w zapomnienie.
Posiadając żonę oraz syna, Maegor Targaryen w końcu mógł przyznać przed samym sobą: był stary. Bolały go nogi, kiedy się budził, i klatka piersiowa, gdy się kładł, a zimno przenikało jego kości. Oglądał się na minione lata i widział, że znacznie przewyższają liczbą te, które są przed nim. Zaczął się zastanawiać, ile jeszcze nocy zdoła spędzić wśród bezlitosnych murów Czerwonej Twierdzy,  ale ludzie – przynajmniej zaś część z nich - nadal patrzyli na niego z podziwem, jakby był pieprzonym Wojownikiem, potrafił śpiewem uciszyć burzę i powalić duchy piorunami wystrzeliwanymi z tyłka. Otóż nie potrafił.
Czasami po rozmowie z Aerysem, gdy już skończył odgrywać rolę wszechwiedzącego i nieustraszonego, tak skutecznie, że zawstydziłby samego Wielkiego Maestra, upijał się niemal do nieprzytomności i z trzęsącymi rękami oraz zamglonym wzrokiem rzucał niby niedbale w stronę Laeny: straciłem zimną krew, a ona tylko kiwała głową, jakby to było nieuniknione. Dopiero, gdy przez gardło przelały się kolejne dwa, trzy, cztery kielichy, Targaryen pytał cicho
kiedyś byłem kimś, prawda?
a Laena uśmiechała się tak, jakby znała odpowiedź na każde wahanie Namiestnika, po czym odpierała, zaciekle szorując posadzkę w sali audiencyjnej: wciąż kimś jesteś. Ale kim?
Dopiero wtedy Maegor z najwyższą niechęcią powracał wspomnieniami do jednej z niewielu, szczerej rozmowy prowadzonej z ojcem. Jaehaerys nie świecił przykładem jako ojciec… i jako władca, co dość obrazowo podsumował koniec jego panowania. Posiadał jednak w zanadrzu kilka surowych, życiowych lekcji, którymi raczył synów zwykle podczas męczących podróży z Summerhal. „Mężczyzna macha kosą i toporem”, oznajmił podczas jednej z podobnych wypraw pan ojciec. „Mężczyzna ciągnie wiosło i wiąże węzły. Przede wszystkim jednak mężczyzna trzyma tarczę. Zna swoje miejsce w szeregu. Staje obok przybocznego, ramię przy ramieniu. Co to za mężczyzna, który nie jest w stanie zrobić żadnej z tych rzeczy?”
Książę Smoczej Skały usilnie szukał w tych słowach ukrytego przekazu, drugiego dna, prawdy życiowej, która mogłaby przyświecać mu przez resztę ponurej egzystencji.
Jaehaerys okazał się jednak równie użyteczny, co rozgadany – zaraz po zadaniu pytania zamilkł i zajął się własnymi myślami, pozostawiając liczącego niespełna dwadzieścia pięć dni imienia Maegora z wyraźnym uczuciem niedosytu. W podobny sposób mijały kolejne lata, podczas których drugi syn Jaehaerysa zdołał opuścić Westeros i udać się za Wąskie Morze. Podczas pierwszych miesięcy pobytu w Lorath snuł plany, opracowywał strategie i marzył o zemście na starszym bracie, który poniekąd przyczynił się do podróży Maegora do Essos. Prześladowały go miliony myśli o tym, co mógł zrobić inaczej… ale żadna nie mówiła, co miał zrobić wtedy, w otaczającej go rzeczywistości, w czasie teraźniejszym. Pobyt w Wolnych Miastach okazał się jednak znacznie bardziej pouczający, niż Targaryen mógł przypuszczać, zaś najważniejsza i najbardziej uniwersalna nauka brzmiała…
pilnuj kłamstw jak ziarna zimą.
W kilka dni imienia później, na zupełnie innym kontynencie, w otoczeniu ludzi, których Książę Smoczej Skały najpewniej do dnia swej śmierci określać będzie nieznajomymi, starał się być lepszym ojcem od Jaehaerysa.
Co nie mogło być szczególnie trudne.
Czas od narodzin Aeriona przelewał się przez palce Namiestnika z zaciekłością godną górskiego wodospadu – Maegor nawet nie zauważył, gdy cały proces zasypiania oraz pobudek wyznaczony został przez płacz dziecka. Kwilenie, które – przynajmniej w uszach Targaryena – brzmiało niczym zawodzenie porzuconego na ulicy kota, natychmiast wyrywało Księcia ze snu i gwarantowało parszywy nastrój przez cały kolejny dzień. Maegor z czasem zdołał opracować skuteczną metodę unikania, zupełnie jakby wyczuwał nadchodzącą falę płaczu syna; podnosił się wtedy bezszelestnie i niemal na oślep odnajdywał dziecięcą kołyskę, wyciągając zeń Aeriona i – wciąż walcząc z cieniem snu na powiekach – mruczał cicho
nie płacz, płaczą wyłącznie kobiety i eunuchy
po czym uśmiechał się z roztargnieniem, dodając głośniej:
a Bogowie mi świadkiem, że widziałem, co skrywasz w pieluchach i doskonale wiem, żeś duży chłop.
Gdy Maegor - pomimo niewyspania, ćmiącego bólu głowy oraz szczerej tęsknoty za czasami, gdy w nocy budził się wyłącznie po to, aby wymienić jedną dziewkę na kolejną – miał lepszy humor, kołysał Aeriona w ramionach i podchodził z nim do jednego z okien, opowiadając o Lądowaniu Aegona Zdobywcy. Opowiadał historię, jedną, a potem także drugą i trzecią. Streszczał pieśni o miłości utraconej i odnalezionej, o czynach śmiałych i tchórzliwych. Balladę o Maegorze Okrutnym, tak bezdusznym, że potrafił spać podczas bitwy. I o Rhaenys, która miała tak bystry wzrok, że mogła liczyć ziarnka piasku na brzegu. Czasami dodawał opowieść o Morskim Wędrowcu, który pokonał w wyścigu czarnoskórego króla Wysp Letnich, a w końcu pożeglował za daleko i spadł z krańca świata.
A choć Maegor nie przyznawał tego przed sobą, lubił te noce, tak długie i pełne gwiazd, że dopiero blady przebłysk świtu podpowiadał mu, aby odłożył syna do kołyski, w której – zgodnie z tradycją Valyrii – spoczywało smocze jajo.
Nic nie wskazywało jednak, by dzisiejsza noc przebiegła równie spokojnie – w królewskiej sali balowej jęli gromadzić się goście, którzy nie opuszczą komnaty zbyt prędko… i sam Namiestnik nie mógł ich o to winić. Wielu z nich (jeśli nie większość) znalazła się tu wyłącznie z uwagi na obowiązek, zaś Maegor nie śmiał wątpić, iż każdy miał tysiąc ważniejszych spraw niż oglądanie cudzego dziecka.
Zwłaszcza takiego, z którym nie można nawet porozmawiać.
Książę Smoczej Skały z właściwą sobie wprawą (która na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy stała się niemal nawykiem) przybrał na lico maskę umiarkowanej sympatii, przejawianej zarówno wobec którejś-z-kolei (a może pierwszej?) córki Lorda Bożej Łaski, dziedziczki rodu Yronwood, wobec bratanka Lorda Końca Burzy oraz jego najmłodszego syna, aż w końcu wobec kobiety, której widok – jakkolwiek spodziewany – w końcu wywołał na ustach Namiestnika szczery uśmiech... ulgi.
Shaera Targaryen zwykła mawiać, iż mądrzy czekają na odpowiedni moment, lecz nie pozwalają, aby im umknął – we względzie życiowych prawd, matka okazała się znacznie bardziej pomocna od ojca, już zza groby podpowiadając swemu synowi, że dalsze przeciąganie części oficjalnej będzie stanowczym nadużyciem cierpliwości gości.
- W imieniu swoim, mej pani żony oraz syna, który – przynajmniej chwilowo – nie jest szczególnie rozmowny, pragnę podziękować wszystkim za przybycie na to… - wzrok Księcia Smoczej Skały zamarł na dwóch podłużnych, suto zastawionych stołach, wywołując tym samym lekki uśmiech na ustach Targaryena - … skromne przyjęcie, podczas którego Aerion po raz pierwszy pozna niewątpliwe uroki dworskiego życia. Żadne słowa nie wyrażą wdzięczności, jaką pragnąłbym przekazać wam za liczne podarki… pozwolę więc mówić gestom. – ostatnie słowo Namiestnika nie zdołało przebrzmieć na dobre w obszernej sali, gdy stojący za plecami gości służący jęli napełniać kielichy jasnym, myrijskim winem – sam Maegor już po chwili uniósł swój puchar w geście toastu, dopiero wtedy przenosząc spojrzenie na stojącą obok Ivory oraz dziecko, które stanowiło bezpośrednią przyczynę dzisiejszego spotkania.
- Za zdrowie Aeriona!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stoły   

Powrót do góry Go down
 

Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Stołówka
» Mały salon
» Stołówka
» Sala Rzeźbionego Stołu
» Stołówka więzienna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-