a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Stoły - Page 2



 

 Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Stoły   Sob Maj 04, 2013 8:50 pm

First topic message reminder :


Stoły II



Na gości Królewskiej Pary czekają suto zastawione stoły, które - poza przytłaczającą ilością półmisków z najróżniejszymi owocami, słodyczami oraz zimnymi przekąskami - ubogacone zostaną również trzema tuzinami potraw, które służba będzie serwować przez cały czas trwania wesela, aż do samego świtu. Goście zasiadać mogą zarówno na krzesłach, jak i ławach, obierając przy tym takie towarzystwo, by jak najbardziej wyśmienicie spędzić czas na uczcie. Naturalnie zwaśnione rodziny zostaną pokierowane przez służbę do różnych stołów, by podczas zabawy nie doszło do zbędnych niesnasek.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 06, 2013 12:36 am

Można by długo rozprawiać na temat tego, jak długa, nużąca i nudna była ceremonia składania hołdów, lecz w opinii Matiasa ten, który nie potrafił wytrzymać cierpliwie u boku swego nowego władcy do końca ceremoniału, nie miał czego szukać w Królewskiej Przystani. Cierpliwość to jedna z wielu cech w cenie. Ród Martellów, prowadzony przez Pana Ojca, bez żadnych ekscesów i skandali złożył przysięgi, po czym udał się na moment do swoich komnat, by przygotować się do uczty. Matias odprowadził pod rękę słodką Lynette pod same drzwi, całując na pożegnanie jej malutką rączkę. Wciąż był wyraźnie kontent, dzięki uwagom, które Lyn serwowała podczas podróży do Królewskiej Przystani, bawiąc przy tym Pana Ojca. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że dotyczyły one głównie jego ożenku. Widok roześmianego i zadowolonego Księcia Martella należał do wyjątkowej rzadkości. A nastrój ten zachował się u niego wyjątkowo długo. Otóż, siedzieli właśnie za suto zastawionym stołem, w ogromnej, pięknej i głośnej Sali Balowej, pijąc wino i racząc się przysmakami. Pan Ojciec, jak to zwykle bywa, prowadził uprzejme rozmowy z najróżniejszymi Lordami Siedmiu Królestw, pozwalając dzieciom na absolutną dowolność w doborze towarzystwa, co prawdę mówiąc, nie było zbyt mądre. Jakże jednak nie korzystać z takiej okazji? Matias, szczerze rozbawiony, całymi zastępami szepczącymi gdzieś po kątach, nie miał zamiaru stapiać się ze ścianami. Podobno prawdziwy Dornijczyk nie potrafi siedzieć bezczynnie, gdy słyszy muzykę, a i szkoda, by tyle pięknych panien nie miało okazji na zaprezentowanie swych zdobnych sukien w ruchu. Tuż po tym jak wstał od stołu, odwrócił się w stronę rodziców, kłaniając im się lekko, po czym delikatnie wygładzając materiał swej jedwabnej, odświętnej szaty, puścił oko do Lynette. Ruszył w tany, jak to zwykło się mawiać, krocząc po pięknej, marmurowej posadzce, oddalając się tym samym od stołu, za którym zasiadała jego rodzina. A wędrował w konkretnym kierunku... Dotarcie do miejsca, gdzie stacjonowali obecnie Freyowie wymagało ominięcia paru tańczących par i kilku przystanków, przeznaczonych na uprzejme uśmiechy i nie nazbyt wylewne powitania. Niemniej jednak, Matiasowi w końcu udało się stanąć przed obliczem Bethany Frey.
- Lady - pokłonił się nisko, jak nakazywał obyczaj, by dość sprawnie przejść do przedstawienia swej marnej osoby. - Wybacz, że tak zuchwale zakłócam twój spokój, lecz pragnienie poznania cię Pani było ode mnie silniejsze. Przyznam, że pieśni Południa nawet w połowie nie mogą wyrazić twej pięknej urody. Jam jest Matias z rodu Martellów, Książę Dorne. Czy zechcesz Pani chwalić ze mną imię Naszego Miłościwego Króla i ofiarujesz mi taniec? - wciąż w niskim pokłonie, podniósł nieznacznie wzrok, by skrzyżować go z tęczówkami Freyówny. W oczekiwaniu na jej odpowiedź, na jego chłopięcej twarzy zawitał uprzejmy uśmiech, spokojny i nietrenowany.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Bliźniaki, Dorzecze
Liczba postów :
20
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 06, 2013 11:32 am

Znudzona, sięgnęła po kolejny kielich wina, mimo, iż wcześniej stanowczo postanowiła więcej nie kosztować już żadnego trunku. Wyszło jej to jednak na dobre, bo obecnie była o wiele bardziej odprężona, a na jej bladych policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Być może błędem było pozwolić sobie w obecnej sytuacji na trochę więcej swobody, ale nawet jej pan dziadek jeszcze będąc w Bliźniakach wspominał coś o dobre zabawie, a w najbliższym czasie nie zapowiadało się by taka okazja miała się powtórzyć. Poza tym nie wyobrażała sobie by była w stanie, w przeciwieństwie do niektórych, zachować jakoś nadzwyczaj skandalicznie. Nie znaczyło to jednak, że przestała obserwować poczynania współbiesiadników. O nie, nic, co się działo na sali nie mogło umknąć jej uwadze. Poruszyła się nieznacznie na swoim miejscu na widok brata i siostry. Nareszcie coś interesującego. Miała wiele powodów by przypuszczać, że Kheelan znowu coś knuje dlatego chciała go mieć na oku. Nietrudno była też stwierdzić, zwłaszcza, gdy było się jego krewnym, że czuje się dosyć niekomfortowo. Bethany nie wiedziała czy chodzi o bal czy o coś innego, z pewnością należało się temu przyjrzeć. Gdy ich spojrzenia się spotkały posłała mu delikatny uśmiech. Potem pojawiła się niewysoka kobieta o północnej urodzie, z którą rozmawiała jej siostra. Czyżby była to siostra Reda Boltona? Bethany była pewna, że żaden szczegół rozmowy jej nie ominie, bo Leona wyśpiewa jej wszystko, gdy ta tylko tego zażąda. Swoją drogą ciekawe czego może od niej chcieć. Nie podejrzewała by ktoś od Boltonów, chciał zadać sobie tyle trudu by poznać swoją przyszłą szwagierkę, a z pewnością owa niewiasta nie wyglądała na kogoś takiego. Jednak szczególne zainteresowanie wzbudziło w niej, nie pojawienie się krewnych, a podniesione głosy przy stole, który zajmowali Reedowie. Cóż, niektórzy ludzie szczególnie lubią robić z siebie przedstawienie. Utwierdziło ją to tylko w przekonaniu, że klimat Północy najwyraźniej pozbawia ludzi klasy i obycia.
Była szczerze zaskoczona, gdy u jej boku zmaterializował się młody mężczyzna o oliwkowej karnacji. Jego słowa być może banalne i nieszczere mile połechtały jej ego. Była w końcu tylko młodą dziewczyną, która rzadko miała okazję przebywać w towarzystwie interesujących osób płci odmiennej, nic dziwnego, że uwaga przystojnego księcia z Południa wywarła na niej wrażenie. Mimowolnie na jej ustach pojawił się kokieteryjny uśmieszek. Jak nakazywała etykieta wstała ze swojego miejsca i skłoniła się z szacunkiem nowo przybyłemu, przy okazji wymieniając swoje personalia.
-Z najwyższą przyjemnością, panie. Niewielu jest mężów na tej sali z którymi taniec byłby równym zaszczytem- odpowiedziała gładko. Nie dało się ukryć, że była w tym nuta pochlebstwa i to dosyć spora nuta. Bethany jednak wypowiedziała te słowa z taką naturalnością, że trudno byłoby mieć jej to za złe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
150
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 06, 2013 7:36 pm

Za to Artemis wiedziała, że będzie niestety musiała popełnić jakiś okropny błąd. Mogła jednak słuchać i uczyć się manier dworskich, jak każda dama. Teraz ma za swoje. W dużej mierze bazowała na małej wiedzy. Tego co nauczyła się na tych lekcjach, na których akurat nie spała. Przydałaby się jej teraz siostra ! Albo ogólnie nie powinna przychodzić na ten bal. Jak nic zostanie pośmiewiskiem na dworze, a jak tego jej się nie uda uzyskać to przynajmniej nie obejdzie się bez tych gaf, które już popełniła i jeszcze popełni. Dlatego naprawdę Trevet musiałby się zachowywać naprawdę skandalicznie aby ona to dostrzegła. Swój kielich wypiła dość szybko, za szybko jak na jej gust. Czuła lekkie zawroty głowy, ale i tak gdy tylko zauważyła następny kielich z winem, szybko dopiła ten co trzymała w ręku i przechwyciła następny.
Miała ochotę wzruszyć ramionami. Nie chciał wierzyć, trudno. Może dlatego nie był taki pewny, bo nie widział ostatnio jej młodszej siostrzyczki, która wręcz brylowała w towarzystwie. Artemis była jej przeciwieństwem i nigdy nie interesowało ją to. Nie chciała wychodzić za mąż i sama myśl o tym, że mogłaby być z kimś zaręczona wprawiał ja w szaleńczą wściekłość. Nie, nie tego by jej rodzina jej nie zrobiła. Przecież oni wiedzą jak bardzo tego nie chce. Rozejrzała się dyskretnie po stolikach próbując rozróżnić różne rody. Oczywiście Freyowie jako pierwsi rzucili się jej w oczy. Miała wrażenie, że dostrzegła też Starków, choć nie była do końca tego pewna. Uważała, że takie zgadywanki to całkiem niezła zabawa, ale na dłuższą metę nużące. Wino wprawiło ją w jeszcze lepszy nastrój i prawie nie mogła usiedzieć w miejscu.
Słysząc propozycje Treveta nieznacznie się skrzywiła. Oj, nie była pewna czy zda po tym winie iść prosto, a co dopiero tańczyć. No i sam fakt tańczenia. Chyba biedny Trevet nie wie na co sam się prosił. Jeszcze podczas tańców się potknie albo stanie mu na nodze. Nie wiedziała jak grzecznie odmówić by nie wyjść na niegrzeczną.
-Panie Mallister, niech mi Pan wierzy. Pan nie chce ze mną tańczyć. Ale proszę się mną nie przejmować. Ja tutaj z chęcią posiedzę, a myślę, że wiele panien na balu będzie chciało panu towarzyszyć w tańcu. – spojrzała na niego przepraszającym wzrokiem. Modliła się by tylko się nie obraził.


Ostatnio zmieniony przez Artemis Tully dnia Pon Maj 06, 2013 9:15 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
179
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 06, 2013 9:08 pm

Droga do Królewskiej Przystani była zdecydowanie ciekawsza niż ta, do Darry, ponieważ siostrom Tully towarzyszyły panny Fray, które były dobrze wychowanymi młodymi damami wśród, których miło można było spędzić te godziny jazdy w karocy. Warto było przebyć ten szmat drogi dla samego widoku Krolewskiej Przystani. Wszystko było przepięknie udekorowane i panował tam jakiś odświętny klimat, który od razy wprowadził młodą Ariel w świetny nastrój. Po długiej, uciążliwej podróży Ariel musiała chwilę odpocząć i przygotować się do balu. Niestety spóźniły się na koronację przez, co entuzjazm Ariel został nieco osłabiony. W końcu jako ciekawa świata dziewczyna, która chłonęła te wszystkie dworskie obyczaje, mimo, że często jeszcze zdarzały jej się różne gafy, była zainteresowana wszystkimi ceremoniami jakie mogą odbyć się na dworze. Piastunka, która o dziwo przyjechała wraz z nią, jak nakazał jej brat, pomogła jej ubrać się w suknię przygotowaną specjalnie na tę okazję. Dziewczyna nakazała ułożyć sobie włosy w zgrabny koczek i przez dłuższą chwilę przeglądała się w lustrze. Jeszcze tylko kropelka różanych perfum i już była gotowa. Eleganckim, pełnym gracji krokiem wyszła z komnaty, ale gdy nikt nie widział przyspieszyła kroku. Gdy znalazła się w Sali balowej już chciała wyglądać jak prawdziwa dama. Więc jeszcze przed przekroczeniem progu wzięła głęboki oddech i wyprostowała się. Dekoracji i uroda balowej sali zaparły dech w piersiach młodej dziewczyny i przez chwilę zapomniała, że powinna szukać swojego rodzeństwa i błądziła bezcelowo po Sali przyglądając się tym wszystkim wspaniałością. Aż zauważyła swoją siostrę. Uśmiechnęła się widząc jej suknie. Jak widać ich kolory się nie gryzły, ponieważ Ariel założyła długą granatową suknię tiulowymi rękawami. Czerwień i granat się uzupełniają, a to było ważne dla dziewczyny. Sama chciała kolorem sukni podkreślić swoją bladą cerę, jasne włosy i błękitne oczęta. Podeszła do siostry siedzącej przy stole.
- Tu jest cudownie – pisnęła jej na ucho nie mogąc zapanować nad emocjami i dopiero wtedy zwróciła uwagę na to, że Artemis z kimś rozmawia. Nagle jej policzki stały się różowe ze zmieszania. Chciała być idealna, a popełniła taką gafę. Była na siebie wściekła. [i] Cóżeś najlepszego zrobiła[/b] – skarciła się w myślach i już widziała jak niezadowolony byłby jej ojciec widząc, że ot, tak przerwałą rozmowę siostrze i… właśnie, nie wiedziała kim jest ów młodzieniec, ponieważ ona rzadko kiedy spotykała się z kimś, zawsze była „tą młodszą” córką Tullych. Dla niej mężczyzna był po prostu młodym, dość przystojny i zapewne dobrze urodzonym mężem.
- Wybacz, Ser – przywołała się do porządku i dygnęła w stronę mężczyzny. Dzikuską nie jest, więc teraz nie ucieknie. Chociaż by chciała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 06, 2013 9:58 pm

Miała nadzieje, że Leona zareaguje na jej słowa jak większość delikatnych, młodych i strachliwych kobietek. Wyobraźnia podsuwała jej bardzo realistyczne obrazy – a to dziewczę otwiera szeroko oczy i zasłania dłonią usta, a to krzyczy ze zgrozą, lub – co, nawiasem mówiąc, byłoby naprawdę komiczne – mdleje. Nic takiego się jednak nie zdażyło, co wprawiło Kyrę w niemałe zdumnienie. Freyówna nie wyglądała na wielce przerażoną, co w tej sytuacji byłoby logiczne. Nie można było powiedzieć, że nie zrobiło to na niej nawet najmniejszego wrażenia, ale zachowywała się dosyć.. spokojnie. Hmm. Może pierwsze wrażenie odnośnie młodszej dziewczyny było mylące. Zmarszczyła lekko brwi, zastanawiając się, co okropnego będzie musiała jeszcze powiedzieć. Myślała, że obdzieranie ludzi ze skóry wystarczy. A tu taka niespodzianka.
Leona nie wydawała się już taka skrępowana, a kolejne słowa wyrzuciła z ust z szybkością strzały wypuszczonej z łuku. Kyra musiała się w nie uważnie wsłuchać, by zrozumieć ich sens. Czy dziewczyna naprawdę sądziła, że zdradzi jej każdą rodową tajemnice? Zastanowiła się nad kolejnymi pytaniami, a chcąc zyskać na czasie, sięgnęła po stający niedaleko kielich. Upiła kilka łyków, potem kilka kolejnych. W końcu odstawiła go na odpowiednią odległość i skupiła wzrok na Leonie.
- Cóż, dorastałam w Dreadfort i chcąc, nie chcąc, musiałam się do tego przyzwyczaić. Ludziom z daleka.. trudno to zrozumieć.Ale tobie chyba nie bardzo, prawda?Wbrew pozorom, nie jesteśmy potworami. Karzemy tylko tych, którzy na to zasługują. – Jej pojęcie sprawiedliwości znacznie różniło się od większości ludzi. Dla niej winnymi mogli być nie tylko drobni przestępcy lub mordercy, ale i ludzie, do których nie pałała sympatia. A w gorsze dni nawet ci, którzy tylko krzywo na nią spojrzeli. Dzięki Bogom, to nie ona decydowała, kto i kiedy ma umrzeć. Gdyby to od niej zależało, wielu ludzi od dawna leżałoby w grobach.
- Ja to traktuje jako przykry obowiązek. Red, znaczy Rodrick jest naprawdę świetnym bratem. Jednak.. – zawahała się przez chwilę, spuszczając lekko wzrok, jakby w zawstydzeniu i przeproszeniu zarazem. – Nie powinnam źle mówić o swoim bracie, ale powiedziałam ci już, że chcę być z tobą szczera.. – Kolejny raz nachyliła się w stronę dziewczyny i z ustami tuż obok jej ucha wyszeptała: - Wydaje mi się, że to dla niego zabawa. Czasami.. czasami jest naprawdę przerażający. Myślę, że zasługujesz na kogoś lepszego. – Odsuwając się od Freyówny, dodała jeszcze cicho, z wyraźnym smutkiem w głosie:
- Chciałabym, żeby to zostało między nami. Proszę, nie mów nikomu, że ci o tym powiedziałam. - Ucisnęła lekko jej dłoń, wpatrując się w nią błagalnym wzrokiem. Odsuwając się od Freyówny, czuła dziwny ucisk w piersi. Jakby właśnie odezwało się w niej jakieś dawno zapomniane uczucie. Wyrzuty sumienia. Wzrastające z każdą chwilą. Wybacz mi, braciszku. Ale w końcu robię to i dla ciebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Maj 07, 2013 12:37 am

Pośród wielu obaw drogiej Leony, kwestia podejścia do "obowiązków" wiadomej postaci wydawała się być kwestia najważniejszą.Jednak każda skłonność do agresji nie może dawać pewności ,że człowiek taki jest oprawcą w każdej sferze życia. Bywa tak ,że dla rodziny, swojej kobiety, dzieci może być co prawda często surowy i wymagający ale jednak kochający na swój sposób i gotowy walczyć gdy ognisko domowe jest zagrożone krzywdą z jakiegoś źródła.I naprawdę bardzo chwaliło się pannie Bolton podejście do rozmowy bez ogródek i jakaś swego rodzaju chęć współpracy ale naprawdęktóż taki mógłby mieć poważny interes w przedwczesnym obnażaniu wad swojej rodziny? Straszenie młodej dziewczyny od której w dodatku prawie nic nie zależy (tak się wydawało)i która będzie miała jeszcze dość czasu by uświadczyć życia ze swoim hmmm sadystycznym mężem?Nie była pewna czy czuje sie w jakis sposób wystraszona. Gdy Kyra mówiła z takim przekonaniem o ciągotkach brata, Leona poczuła sie niekomfortowo. Takie słowa musiały wywrzeć jakieś wrażenie i wywarły. Wzięła głeboki oddech jakby nieznacznie sie zgarbiła pod naporem tych słów ,które wypływały z ust Kyry ale nieznacznie przywołał ja do porządku sam koniec zdania.Ta oto kobieta z niczym matczyną czy siostrzana troską wyjawiała jej ciężkie do opowiedzenia sekrety, bardzo nie chlubne fakty i można było ulec temu wrażeniu ,że nie życzy młodziutkiej panience takiego losu.Wszystko ładnie i pięknie tylko jakie Boltonówna może mieć wyobrażenie o życiu Leony, tym dotychczasowym w domu rodzinnym(które to zresztą życie było nieskazitelne)ale i o wyobrażeniach Freyówny dotyczących przyszłości?Na pewno szczytem jej marzeń nie było życie z bestialskimi dzikusami lecz miewała w sobie poczucie wielkiej siły, która pozwoliłaby jej dużo znieść, przynajmniej próbować dostosować się i omijać przeszkody.Przygryzła lekko wargę na krótki moment i czekała aż Kyra skończy mówić. Zdawało jej sie ,że jest bardzo dobrze wychowaną i prawdomówną osobą. Zobaczyła mnie pierwszy raz w życiu, dlaczego właściwie obchodzi ją moje szczęście i mój los? Żyjemy w czasach w których zdaje mi się,że każdy dba tylko o siebie. Jeśli nie dba o mnie to najpewniej dba o brata zatem dlaczego przeszkadza jej jego małżeństwo skoro zapewne nie cieszy się powodzeniem z uwagi na swoją "przypadłość"?Czyżby zbytnio angażowała się w politykę,która powinna byc mimo wszystko domeną mężczyzn?-Moja szlachetna lady-zaczęła bez pośpiechu.-dziękuje bardzo za odpowiedź na to pytanie. Przepraszam jeśli wydało się ono być krępujące, wcześniej nie pomyślałam o tym (a jakże oczywiście pomyślałam)Wiedza o przyszłym małżonku jest bardzo cenna gdy nabędzie sie ją przed pierwszym spotkaniem. Wie się po tym jak dostosowac swoje zachowanie, jakich używać słów a jakich nie używać. Poznanie innych pobocznych wad zapewne mnie nie ominie w pożyciu małżeńskim tak samo jak odkrycie byc może mało licznych zalet lecz jednak droga do tego chociaż mozolna ,wnioskując po tym co Lady powiedziała, nie jest niemożliwa do przejścia. Przy wyrozumiałości i sprzyjającym szczęściu... zawierzam Siedmiu ,że powinno mi się udać.Leona złapała oddech, przerwała na chwile swój potok słów sama nie wiedziała skąd jej to sie bierze.Kto mógłby byc dla mnie lepszy? Starkowie? Lannisterowie? Arrynowie? Może jeszcze jakieś inne rody. każdy z nich ma na pewno jakąś skazę.- Oczywiście nasza rozmowa jest cenna i pozostanie w mojej pamięci.Nie śpieszno mi wyjawiać jej treści nie odpowiednim osobom.Skoro możemy rozmawiać otwarcie, ja nie widzę w woli dziadka żadnego głębszego zamysłu. Kogo Lady widziałaby u mojego boku? Leona skończyła zdanie i wpatrywała sie w Kyre czekając aż uwolni jej dłoń od swojego dotyku, również Leona pragnęła sie napić wina dla rozluźnienia oczywiście.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Maj 07, 2013 10:05 pm

Obserwując reakcje Freyówny na swoje słowa, poczuła lekką, chorą satysfakcję. Jej wypowiedź zadziałała choć w pewnym stopniu na dziewczę i widać było, że nie jest już tak zadowolona z wizji swojej przyszłości. Zresztą jaką damę cieszyłoby spędzenie reszty życia u boku krwiożerczego męża, na zimnej i nieprzyjaznej Północy? Nie sądziła, że Leona jest na tyle odważna, by otwarcie przeciwstawić się woli swojego dziadka. Gdyby tak było, mogłaby zaprotestować już dawno. A może jednak siedziała w niej jakaś malutka bestyjka, czekająca tylko na odpowiedni moment, żeby się ujawnić? Cóż, o tym wie jedynie ona sama.
Kolejne słowa Leony powinny ją zdenerwować, wszak poinformowała ją uprzejmie, że rozumie to wszystko i nie zamierza czegokolwiek zmieniać. Kyra nie wpadła jednak w szał, nie uniosła się również gniewem. Wiedziała, że za tą uprzejmą formułką kryło się coś więcej, aniżeli samo pogodzenie się ze swoim losem. Dziewczę mogło śpiewać uroczo, tak, jak uczyły ją tego septy, tak, jak to przystoi dobrze wychowanej damie, ale na pewno nie mogła zapomnieć o słowach Boltonówny. W końcu nikt normalny nie przeszedłby z takimi mrożącymi rewelacjami na porządek dzienny w tak krótkim czasie. To było po prostu niemożliwe.
Drgnęła nieznacznie, gdy Leona zapytała ją, kogo widziałaby u jej boku. Pytanie-pułapka. Wszak Kyra nie jest mężczyzną obeznanym w polityce i tych wszystkich gierkach, a nie chciałaby, żeby dziewczę tak sobie o niej pomyślało.
- Jesteś dla mnie nader łaskawa. Dziękuję ci z całego serca. – Puściła jej dłoń i uśmiechnęła się przyjaźnie, tak, jakby to był właśnie początek jakiejś wielkiej, długowiecznej przyjaźni. Prędzej wyszłabym za starego Freya, na szczęście jakoś udało jej się powstrzymać od pogardliwego prychnięcia.
- Kogo? Nie mam pojęcia. Ja osobiście uważam, że małżeństwa powinno się zawierać tylko i wyłącznie z miłości. – Dodała z niewielkim rozmarzeniem w głosie, zupełnie jakby znowu była szesnastoletnim dziewczęciem, wierzącym, że prawdziwa miłość naprawdę istnieje i pokona wszelkie przeszkody. Dobrze wiedziała, że to bujda – choć czasem chciała wierzyć, że jest inaczej. Leona niewątpliwie marzyła o rycerzu w lśniącej zbroi, ale to marzenie zostało brutalnie podeptane. Być może po tej rozmowie znów uwierzy, że takie związki są możliwe. Być może nawet zachce w taki związek wkroczyć.
- Może i ty masz kogoś, kogo obdarzasz uczuciem większym niż przyjacielskim. – Nie było to pytanie. Leona będzie mogła się zastanowić nad tym, kiedy tylko zechce, albo całkowicie wyrzucić to z pamięci. Kyra zerknęła jeszcze na puchar, znów upiła kilka łyków. Po chwili ni z tego, ni z owego zrobiło jej się całkiem niedobrze - ah, chyba powiedzenie, że wyrzuty sumienia zżerały ją od środka zaczynało mieć dosłowny sens - i zaczęła się zastanawiać, ile ten teatrzyk jeszcze potrwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Maj 08, 2013 12:08 am

Kiedy Kyra zwolniła dłonie Leony, ta poczuła się nieznacznie lepiej. Kyra skróciła dystans między nimi zdecydowanie za szybko i mimo całego szacunku dla Boltonówny sytuacja ta w mniemaniu Leony nie była miła. Skoro rozmówczyni powróciła już do swojej poprzedniej przestrzeni osobistej nie naruszając przestrzeni Freyówny, Leona nalała sobie wina i także napiła się go nawet sporo. Na jej twarzy pojawił się grymas gdy wzieła bardzo duży łyk.Gdy już to przełknęła zwróciła sie do lady Bolton:-małżeństwo z miłości to naprawdę piękna rzecz lecz chyba tak nieczęsto spotykana ,że nie powinnam się łudzić. Nie spytałam jeszcze o wygląd pani brata, chętnie bym posłuchała jego opisu choć wygląd powinien grac role drugorzędne.Zauważyła ,że Kyra zaczyna sie powoli nudzić. Nie było sensu przeciągać tej rozmowy, choc Leona nie dowiedziała się wiele. Najwyraźniej Kyra zebrała juz jakieś istotne informacje teraz ma ochote się oddalić.-Nie zaznałam jeszce miłości moja pani takiej o której mówisz. Czuję ,że nie poczuje tego nigdy lecz gdybytak się stało. Tak wyobrażałam to sobie wiele razy, naiwne pewnie pani pomyśli marzenia, owszem lecz to właśnie, ta nie pospolitość takich uczuć czyni zeń cos wyjątkowego. Nie wiem jak postąpiła by pani, gdyby spotkała taką osobę.Ja wiem ,że mogłabym wiele, nawet porzucic moja rodzinę, nawet zrobic coś złego, wypielić chwasty które by rosły wokól tej osoby, nawet gdyby zdawałoby mu sie ,że je kocha i takie wokół siebie,które ja byc może kochałam. Kobiety dążą do swych pragnień nie gorzej niż mężczyźni...ale mi nie dane będzie pewnie spotkanie mężczyzny dla którego to wszystko mogłabym zrobić. Zresztą wychodzę za mąż, po co sie nad tym zastanawiać.Leona nalała sobie kolejny kielich wina i trzymając go w dłoni czekała zadumana na to co Kyra powie na temat wyglądu młodego lorda Boltona.Potem zamierzała grzecznie podziękować za rozmowe i odejść.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Greywater Watch
Liczba postów :
59
Join date :
02/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Sro Maj 08, 2013 1:30 pm

Prawdę mówiąc, Aithne nigdy nie była jedną z tych panien, które robiłyby sobie cokolwiek z obecności tych wszystkich wytwornych lordów. Jeśli chciała zrobić scenę, to ją robiła i już. Nie obchodziło jej to, że ludzie zaczną o niej plotkować, chociaż fakt faktem mogła tym nieco zaszkodzić swojej rodzinie.
W momencie, w którym przestała mówić wiedziała, że przesadziła. Nagle oczy wszystkich w około zwróciły się na nią, a sama Aithne oblała się zjawiskowym rumieńcem, który mógł oznaczać zarówno wściekłość jak i lekkie zażenowanie. Odwróciła się w stronę Aryany żeby przeprosić za swoje zachowanie, jednak kuzynka już się żegnała i odeszła w poszukiwaniu swojej rodziny. W takim razie Aithne zwróciła się w stronę brata, który tym razem nie patrzył na nią zbyt przychylnym wzrokiem. Słuchała jego słów, mocno przygryzając dolną wargę. Kilka razy chciała mu przerwać i coś odpyskować, ale chyba czuła się zbyt głupio, ponieważ nic nie przychodziło jej do głowy. Zresztą, pomiędzy Bastianem a Aithne była swego rodzaju silna więź. Oboje byli do siebie pod względem charakteru podobni. Brat, tak samo jak siostra miał własne zdanie na każdy temat i nie bał się go wyrażać. Kiedy coś im się nie podobało to woleli o tym powiedzieć, niż potem cały czas to w sobie dusić. Różnica polegała na tym, że o ile Aithne potrafiła zrobić scenę wszędzie, o tyle Bastian potrafił się powstrzymać. Może ta zbieżność charakterów powodowała, że tylko najmłodszy brat potrafił okiełznać jedyną siostrę? Bo nie było tajemnicą, że kiedy Bastian mówił dość, Aithne natychmiast milknęła. Poza tym, hej! Czy nie powinien się cieszyć, że dziewczyna potrafi o siebie zadbać? Przynajmniej nie da się wykorzystywać Freyom no i jakiś charakterek już miała. W prawdzie kłótliwy i pyskaty, ale dzięki temu nie wpisywała się w utarty schemat dobrze ułożonych i uroczych do bólu panienek.
Reedówna siedziała przy stole z głową spuszczoną w dół. Nie podniosła jej nawet wtedy, kiedy Bastian tak po prostu sobie wstał i od niej uciekł. I tak Aithne została sama. Posiedziała jeszcze chwilę, po czym wstała i udała się na jeden z balkonów.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Maj 09, 2013 8:14 pm

Przez te pogaduszki o bratach i rodzinnych tradycjach całkowicie zapomniała, że Leona przecież wciąż jeszcze nie wie, jak Red się prezentuje. Prawda, wygląd nie decydował o byciu z kimś lub nie byciu – jak sądziła, ale wiedziała, że dla młodego dziewczęcia to musiało być bardzo istotne. Wyobraziła sobie z niejakim rozbawieniem, jak przez głowę Freyówny przelatują gorączkowe myśli „Bogowie, niech choć z jednej strony nie będzie tak zepsuty!” czy coś podobnego.
W tej jednej kwestii nie mogła skłamać, w końcu i tak niedługo dziewczyna zobaczy go na własne oczy. Nie mogła niestety powiedzieć, że brat ma straszliwego garba, brodawkę na nosie i jedną nogę - mimo, że ciekawie byłoby oglądać na twarzy Freyówny kolejny grymas przerażenia. Nie łudziła się jednak, że Leona złamie się pod wpływem opisu zewnętrznego swojego przyszłego męża. Jak dotąd była wręcz nieznośnie nieugięta.
Kyra rozsiadła się wygodniej w krześle i otwierając nieco szerzej oczy, pokręciła w zdumieniu głową
- Jak mogłam o tym zapomnieć? Wybacz mi, powinnam to zrobić na samym początku naszej rozmowy. – Posłała jej kolejny uśmiech, po czym zaczęła swoją wyliczankę. Średni wzrost, brązowe oczy, rudawe włosy. Szczupły. Z okropnym zarostem. Tak, Leona mogła trafić jeszcze gorzej – nie dość, że na sadyste, to i na nieurodziwego. To byłoby już prawdziwym przekleństwem. Podsumowała swój wywód jednym zdaniem:
- Jak więc się domyślasz, jest do mnie zupełnie niepodobny. – Dodała z uśmiechem, mimowolnie kierując rękę w stronę pucharu i ze zdziwieniem zauważając, że jest pusty. Niedobrze. Jakim cudem wypiła to wszystko w tak krótkim czasie? I czemu pragnęła napić się jeszcze więcej? Naprawdę, nie chciała odpowiadać sobie samej na to pytanie. Powinna kończyć tą rozmowę, zanim powie coś, czego będzie potem żałowała.
Zaczęła się powoli podnosić, jednocześnie mówiąc:
- Ta rozmowa trochę się przeciągnęła, ale mam nadzieje, że nie uważasz jej za stracony czas. Mam nadzieję, że dowiedziałaś się tego, czego chciałaś – Dodała nieco smutnym tonem, kulturalnie się żegnając, czekając na jej odpowiedź i chwilę, w której będzie mogła odpocząć od tego… od tego wszystkiego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Czw Maj 09, 2013 8:52 pm

Po wcześniejszych przemyśleniach i usłyszanych słowach Leonie ciężko było się skupić na wyobrażaniu sobie wyglądu Red'a, właściwie nie można było sobie tego dokładnie wyobrazić. Poznała ogólny opis, nie usłyszała kolejnych fatalnych wad. Przynajmniej to było pocieszające. Leona po wypiciu kielicha wina a może dwóch czy trzech , (nie liczyła ich rozmawiając z Kyrą)poczuła się rozluźniona i może nieco hmm upojona, jednakże nieznacznie.
Roześmiała się nawet gdy Kyra wątpiła w podobieństwo swego brata do siebie. Ach są w ogóle niepodobni zatem albo to potwornie źle albo niebiańsko dobrze.Skoro rozmowa dobiegła najwyraźniej końca Leona wstała ze swoim kielichem i postanowiła przemieścić się w inne rejony sali uprzednio dziękując za rozmowę.-Dziękuję najserdeczniej za to wszystko co pani mi powiedziała.Dużo mi to dało, i na pewno jeszcze dużo da w przyszłości.Dziękuję jeszcze raz, nie będę przeszkadzać mam ochotę, trochę się przewietrzyć. Tymi oto słowami Leona pożegnała Kyrę Bolton i tak jak zapowiedziała udała się na wędrówkę po sali. Kyra wywarła na niej dziwne wrażenie, nie do końca była pewna jak je nazwać. tak czy inaczej zaprzątnęła razem z bratem myśli Leony. W końcu Leona postanowiła udać się na zewnątrz ale niestety nie dotarła do celu bo gdzieś po drodze w jakiejś części sali spowodowała mały wypadek.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Nie Maj 12, 2013 7:22 pm

Leona po raz kolejny musiała naruszyć etykietę i to "co przystoi damie"ale nie bardzo zważała na to wszystko. Liczyła ,że w takim popłochu nikt nie zwróci uwagi właśnie na nią.Puściła rękę swego towarzysza i wdrapała się na stół. Nie sądziła ,że dziś ktoś jeszcze będzie miał ochotę coś jeść, a ona jako niska osoba miała ze stołu widok na całą salę.Gdzieś w oddali zauważyła przez krótki czas Kheelana ,który właśnie opuszczał balkon i wchodził do wnętrza sali.Zeskoczyła ze stołu chociaż będąc w balowej sukni wyglądało to bardziej na zgramolenie się. Sunęła dalej wzdłuż stołów chcąc przejść w inny rejon i zbliżając się do jego końca zauważyła leżącą na podłodze kobietę tak bardzo podobną do Bethany. Zaczęła biec tak ,że omal się nie przewróciła.Utrzymała się na nogach ale nie na długo, prawie upadła pod koniec drogi wprost na ciało kobiety i niestety ku swojemu przestrachowi stwierdziła ,że to Bethany. Nie chciało być inaczej, błagała w myślach żeby to nie była ona lecz to ta sama twarz i suknia i fryzura i była zupełnie niezmieniona oprócz tego ,że nie żyła.W jej piersi tkwił sztylet ,wokół krew tworzyła kałużę na posadzce. Jej miły towarzysz dotarł do niej lecz Leona tkwiła nad ciałem plamiąc i swoja suknię w krwi siostry.Wzięła ją w ramiona i zaczęła płakać, potem ten płacz przerodził się w krzyk jak gdyby dopiero do niej dotarła prawda. Przycisnęła siostrę do siebie, jej łzy spływały w jasne włosy Beth. Zaczęła znowu krzyczeć chaotycznie o tym ,że to niemożliwe i żeby dziadek zabrał je do domu. Zdobyła pewność ,że to najgorszy dzień jej życia. nie mogła nawet sobie wyobrazić jeszcze gorszych i tego jak musiałyby wyglądać gdyby miały zaistnieć.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Nie Maj 12, 2013 8:09 pm

Ani się obejrzał, zajęty chwilowo rozmyślaniem na temat tego, co może wyrabiać akurat stary Frey, a jego blond drobinka już śmignęła na stół. Matko kochana, westchnął w myślach, spojrzeniem śledząc jak dziewczyna bez większego skrępowania drepcze w swoich paradnych butkach pomiędzy na wpół opróżnionymi kuflami trunków. Przecież brat dostanie wścieklizny, jak im w Dreadfort tak zacznie hasać ta mała, rzeczna kózka... Co w sumie byłoby nawet dość zabawne. Nikt na niego nie patrzył, więc Red mógł pozwolić sobie na krótki uśmieszek.
Kolejny skok i Frey'ówna zniknęła mu z oczu, przemykając się przez kłębiące się tłumy gości. Przez moment był pewien, że gdzieś ją zapodział, ale zanim zdążył zacząć poważnie martwić się o powodzenie własnego planu, gdy zguba sama się znalazła. Żeby było ciekawiej, dziewczę siedziało na podłodze, ściskając uparcie drugie, tylko odrobinę podobne, za to poważnie pobladłe, nieprzytomne i zalegające w kałuży krwi. Czyli jednak nie tylko król miał przyjemność z nożami tego całego zamachowca...
Spojrzeniem odszukał pierwszego z brzegu człowieka, który wydał się mu odpowiednim do zdziałania czegokolwiek i na tyle młodym, by posłuchał go bez większych namysłów. Złapał za kołnierz jednego ze służących i zatrzymał nie siląc się na jakąkolwiek delikatność.
- Przestańże się kręcić, na Innych! - warknął na niego - Przydaj się na coś i sprowadź mi tu Frey'a. Któregokolwiek, byle był w stanie stać o własnych siłach. - to rzekłszy puścił go, a gdy tylko odwrócił się z powrotem w kierunku zapłakanej jasnowłosej, na jego obliczu nie było już widać nawet śladu gniewu.
Klęknął obok niej na jedno kolano i objął dłońmi jej drobne, drżące ramiona.
- To nie jest odpowiednie miejsce do opłakiwania zmarłych, pani. - odezwał się łagodnie, ponad jej ramieniem przyglądając się twarzy martwej kobiety. Wyglądała zupełnie jakby spała... Śmierć potrafiła być szokująco piękna.
- Posłałem już po jednego z twoich braci. Znajdą się niebawem, a później zabiorą ją stąd... Musisz być silna, moja pani. Dla niej i dla swojego rodu. - wyjaśniał cierpliwie, żywiąc szczerą nadzieję, że to pozwoli jej przynajmniej przestać krzyczeć, a może nawet pozwoli podnieść się z klęczek. Byłoby miło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 13, 2013 12:45 pm

Pomiędzy swoim szlochaniem, a namiętnym lamentowaniem usłyszała słowa:"sprowadź mi tu Frey'a."I kiedy rudowłosy mężczyzna znalazł się blisko niej ponownie zaczęły powracać jej zmysły. Jej łzy nadal spływały licznie po policzkach ale przestała krzyczeć i włączyła swoje od jakiegoś czasu zapomniane myślenie.Najczęściej bywało tak ,że najpierw mówiła dużo, a dopiero potem myślała.To niestety było widać. Wpatrywała się w niego badawczo, przyciskając zwłoki Bethany do siebie jeszcze mocniej jakby nie chcąc aby ktokolwiek skrzywdził kochaną siostrę, a przecież nic gorszego już raczej nie mogło jej spotkać.-Skąd pan wie kim jestem?-zapytała przyswajając powoli kim on może być.No nie, cholera jasna to chyba nie on lecz wszystko na to wskazywało i zapytała siebie w myślach jak mogła być tak głupiutka po raz kolejny i nie dostrzec tego co wydawało się oczywiste.Być może mężczyzna był jakimś krewnym Red'a Boltona bowiem mało prawdopodobne wydawało się to ,że spośród tylu Lordów na balu wpadła akurat na Red'a aczkolwiek nie było to niemożliwe.Boltonowie jakimś dziwnym trafem lgnęli do niej tego dnia i pojawiali się fizycznie w jej życiu podczas gdy inni z niego odchodzili.Nie dałaby rady zliczyć wszystkich gaf, które pewnie popełniła od spotkania Red'a ale też ją to nie interesowało, nawet gdyby miała popełniać kolejne w jego obecności co można było brać za pewnik. -Nie musisz mi mówić panie o sile.Ona uczyła mnie tego samego ,a teraz poddała mnie próbie w praktyce, podła ździra.Leona skierowała swój wzrok na Bethany uśmiechając się przez łzy i patrząc na nią z uczuciem jakby słowo"ździra" było pochlebstwem.-Nie chciała tu przyjechać ,ja to wiem ,tak czułam i musiała odejść tutaj wśród tych wszystkich kłamców, obrzydliwych robaków. Ten kto ugodził w nią ugodził we mnie nawet jeśli to było przeznaczone dla króla....nienawidzę ich za to, a któż da nam teraz sprawiedliwość? Złość Leony wezbrała i najchętniej nawet w chwili żałoby która powinna być cicha i dostojna,Leona miałaby ochotę patrzeć jak zabójca kona powolną śmiercią ,a sam król do końca życia przeprasza Waldera Frey'a ,że sztylet nie trafił w jego królewską mość bowiem teraz nawet król był dla Leony nikim wobec najbliższej rodziny.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 13, 2013 5:19 pm

Nic gorszego nie mogło już Beth spotkać? W sumie teraz już faktycznie nie, ale Rodrick mógł zaświadczyć dziewczynie, że zdarzały się rzeczy dużo gorsze niż śmierć od niecelnie rzuconego noża. Z całą pewnością tak, chociaż w tej chwili akurat nie było czasu na rozmyślanie nad owymi.
Uśmiechnął się do niej lekko, gdy zapytała skąd wie. Ot tak, żeby dodać małej nieco otuchy w tym radośnie koszmarnym dniu, w który udało się jej wplątać.
- Niewiele znam osób, które zamiast pana ojca szukałyby dziadka, gdyby postawić je w podobnej sytuacji, pani, więc pozwoliłem sobie zaryzykować stwierdzenie, iż chodzi o ród Frey'ów. - odparł spokojnie. Oczywiście liczył się z pomyłką, ale najwyraźniej tym razem trafił w dziesiątkę.
Co za kochane stworzenie - nazywać martwą siostrę zdzirą. Mężczyzna opuścił na moment głowę, odwracając spojrzenie od zapłakanych oczu Frey'ówny i... parsknął śmiechem. Cicho, krótko, co większość stojących wokoło ludzi wzięła pewnie za westchnienie żalu czy coś podobnego w tym guście. Coś, na co Red Bolton w życiu by się nie zdobył.
Tak słodko mówiła o "sprawiedliwości", która w rzeczywistości była niczym innym jak tylko krwawą, niemającą nic ze sprawiedliwością wspólnego zemstą na tych, którym nieszczęśliwym trafem nie udało się dziś zabić króla... Aż się człowiekowi błogo w duszy robiło, naprawdę.
Kiedy podniósł głowę, znów był już całkowicie poważny.
- Niewielkie możliwości działania mam tutaj, w King's Landing, pani, lecz mimo to dołożę wszelkich starań, by odnaleziono tego człowieka i ukarano go, jak na to zasłużył. - rzekł, a jego oczy błysnęły niepokojąco - W Dreadfort każdy, kto okazałby się na tyle głupim, by choć spróbować cię skrzywdzić, do rana wisiałby już na murach twierdzy w towarzystwie kruków.
Brzmiało mało pogodnie, ale nikt nie mówił przecież, że Rodrick jest człowiekiem pogodnym, prawda? Co najwyżej tyle, że pogodnie podchodzi do śmierci innych ludzi.
- Wstań, pani. - trudno powiedzieć, czy bardziej była to prośba czy polecenie. Grunt, że on sam zaczął podnosić się już z klęczek. Koniec froterowania podłóg.
Rozejrzał się wokoło. Gdzie ten nieużytek społeczny się podział? Pojechał po tych Frey'ów do Bliźniaków, czy jak?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 13, 2013 7:08 pm

-Dziękuję panie za twoją pomoc.Leonie zrobiło się nieswojo.To co wcześniej usłyszała od Kyry Bolton i wspomnienie przez młodego Boltona trupów na murach Deadfort, nie specjalnie ją pocieszało chociaż czuła ,że takie widoki mogłyby przywrócić jej spokój ducha.Defilada obdartych trupów w podzięce za tą spokojną i wciąż piękną Bethany ,która nikomu nie zdążyła uczynić krzywdy. Najgorsze było to ,że zamach nie był przypuszczony na pannę Frey ,ale jak można było nie czuć żalu i chęci zemsty, a Korona i jej wynagrodzenie..phi..nie ma takiej rzeczy która wynagrodzi śmierć.Wzywano wszystkich na środek sali i napływało do niej coraz więcej straży. Ona nie chciała nigdzie iść chciała zostać z Bethany ,przez chwilę wydawało jej się jakby ta nadal żyła. Była jeszcze taka ciepła, to było to ciepło ,które Leona czuła zawsze.I pamiętała ,że miały się nie rozstawać, nigdy! Znaleźli się przy nich strażnicy chcący zabrać ciało Bethany - Nie zabierajcie jej ,ja muszę iść z nią.Wołała rozpaczliwie ale na niewiele to się zdało. Wyrwali ją z jej ramion, chciała ich odsunąć, kogoś podrapać,ale tak drobna kobieta nie mogła uczynić wiele wobec uzbrojonych, silnych rycerzy.Kazali jej pozostać na sali ,a ona poczuła wszechogarniającą bezsilność i olbrzymi zawód. Stała odprowadzając strażników wzrokiem, z przeświadczeniem ,że prędzej niż przypuszczała pozostawiono ją na łaskę bądź niełaskę Red'a(domyślając sie ,że to on). Stała do niego plecami ,wycierając dłonią mokre policzki.-Kiedy się dorasta i odchodzi w świat dzieją się różne nieprzewidywalne rzeczy. Przekonałam się dzisiaj ,że świat nienawidzi wszystkich swoich dzieci i tak wiele jest kwestią przypadku, tego gdzie trafimy. Mówią ,że czeka mnie coś wiele gorszego a już dziś jestem ogromnie cierpiącą Leoną z rodu Frey. Zatem, czego mogę się spodziewać od dziedzica Dreadfort panie Bolton?
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 13, 2013 8:05 pm

Trupy to dobra ozdoba, a Boltonowie zawsze mieli do nich pewien sentyment i Rodrick nie różnił się pod tym względem zbytnio od reszty swojej wyjątkowo uroczej rodzinki. Za zniewagę od wieków płaciło się w Dreadfort skórami - taki zwyczaj, nic nie poradzisz. Własnymi, oczywiście.
Leona była kobietą, w dodatku bardzo jeszcze młodą, nic więc dziwnego, że czuła się nieswojo z myślami o podobnych sprawach, Red był jednak zdania, że z czasem do nich przywyknie. Kto wie, może nawet polubi..?
Na wszelki wypadek przytrzymał dziewczynę, coby nie rzuciła się na nieszczęsnych strażników z pazurami. Zresztą wolał zrobić to osobiście, niż pozwolić by plebs kładł na niej swoje brudne łapy, skoro wszystkich Frey'ów gdzieś wywiało i nie przydawali się na nic przy uspokajaniu rzucającej się małolaty. Że musi iść z siostrą? Nie, otóż wcale nie musi. Nie powinna wręcz, bo tam dokąd poszła panna Beth nie było dla Leony miejsca. Jeszcze przez długi czas nie, jeśli bogowie pozwolą.
- Świat nie jest po to, by kochać ludzi, lecz żeby ulegać woli tych, którzy potrafią go do owej nagiąć. - odparł spokojnie, po czym obszedł ją i delikatnie ująwszy jej podbródek, uniósł go tak, by móc przyjrzeć się małej dokładniej. Na całe szczęście nawet zapłakana nie wyglądała aż tak koszmarnie jak by mogła. Doskonale.
- A czego spodziewać się można po człowieku, którego ludzie własnej narzeczonej przedstawiają w pierwszej kolejności jako okrutnego? - spytał, choć w zasadzie było to bardziej pytanie retoryczne, bo odpowiedzi raczej nie planował usłyszeć. Prawie czułym (jak na swoje możliwości) gestem przesunął opuszką kciuka po jej wilgotnym od łez policzku i dopiero wtedy puścił.
- Na dobry początek proponowałbym odprowadzenie w odpowiednią część sali. - dodał, teraz już odnosząc się do słów drącego się wniebogłosy herolda, każącego gościom tego cholernego balu grupować się jak bydłu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Maj 13, 2013 8:34 pm


Tak naprawdę nie miała ochoty nigdzie iść z Red'em.Wydawał się rzeczywiście nie różnić od tego jak go opisywano. Te drobne gesty na które się zdobył to była zapewne tylko kultura osobista w miejscach publicznych i szczypta aktorstwa. Kolejny zawód w życiu Leony miał stać się rzeczywistością. Na prawdę już nie miała siły myśleć o tym co Red ma w swoim repertuarze i co jeszcze może mieć wobec niej.Nie przestraszyła się jego dotyku, stała dalej w miejscu i patrzyła na niego mając cień nadziei ,że nie będzie to ostatni raz kiedy patrzy na niego bez uczucia nienawiści.Wobec wydarzenia które zaszło przed chwilą ( i miało w niej pozostać na zawsze ),czuła ,że żaden ból zadany przez Boltona nie mógł jej wyrządzić krzywdy.Nie odzywając się już więcej pokiwała głową na znak aprobaty jego propozycji i udała się z nim na środek sali.

z/t
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 9:06 am

/Dziedziniec

Mały Walden kochał historie o rycerzach i bohaterach. Jako że jego rodzice prowadzili niewielki zajazd, w którym można było znaleźć ciepłą pościel i zimne piwo, chłopiec zawsze miał pod dostatkiem opowieści, które snuli przyjezdni. Najbardziej lubił te, które przerażały inne dzieci w jego wieku. O zimie, o złych bestiach, o przelewie krwi i brutalnych potyczkach. Nic też dziwnego, że kiedy brat krzyknął „Jadą ludzie z Doliny”, ruszył w te pędy, przeciskając się wąskimi uliczkami i potrącając przechodniów. Nie zwracał uwagi na goniące go przekleństwa. Zręcznie uchylał się przed ciosami rozgniewanych sklepikarzy, którym niechcący rozrzucił towar (głównie zapiekane szczury, które z powodu coraz powszechniejszego głodu stały się mimowolnym przysmakiem mieszkańców Królewskiej Przystani). Walden musiał ich zobaczyć! O wojnie w Dolinie aż huczało, a ludzie prześcigali się w sprzecznych wieściach. Mówiono o straszliwej rzezi, jaka spotkała Pstrągi z Dorzecza. Ponoć jeszcze przed bitwą, dziedzic Namiestnika Wschodu, Reinmar z rodu Arryn schwytał dowódcę rodu Tully i zrzucił z wierzchołka góry. Jeśli wierzyć plotkom, Tully znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, gdyż do obrony Doliny stanęła starożytna magia. Duchy lasów, rzek i gór nękały potężną armię Dorzecza dzień i noc. Ach, a jaka to była armia! Z Dorzecza na Orle Gniazdo ruszyły zastępy jakich jeszcze świat nie widział. Wojsko było tak liczne, że jego kolumny ciągnęły się przez dziesiątki mil. Wszyscy uzbrojeni po zęby i gotowi do zdobycia górskiej twierdzy Arrynów. A jednak… polegli. Jeśli wierzyć wieściom, rzeź była tak okrutna, a krwi tak wiele, że jeszcze przez długie dni nie chciała wsiąknąć w ziemię, tworząc rdzawe potoki. Mały Walden uwielbiał słuchać o Obronie Doliny. O złotych zastępach dumnych Baratheonów, którzy przybyli z odsieczą Orlemu Gniazdu. O ich młodym dowódcy, który prowadził atak kawalerii. O nieustraszonych żołnierzach Doliny pod sztandarami Sokoła. Oraz o głównym dowódcy Doliny, okrutnym Reinmarze i jego czarnej klindze. Ach, mały Walden kochał te opowieści! A teraz… teraz przecisnął się między otyłym piekarzem i jego wychudzoną żoną i potomstwem, by ujrzeć osławionych bohaterów na własne oczy… Pyszne sztandary Baratheonów i Arrynów łopotały na wietrze ponad kolumną kilkudziecięciu zbrojnych o surowych, utrudzonych podróżą twarzach. Ach, cóż to był za widok! Mały Walden wyobrażał sobie, że każdy z tychdumnych wojowników musiał przelać krew w bitwie, uśmiercając wroga meiczem bądź włócznią. Najbardziej jednak wzrok przykuwała dwójka jeźdźców na czele kolumny. Ach, to młody Aylward Baratheon, wesół, pogryzający trzymaną w ręku brzoskwinię. Jedyny, który odpowiedział na wezwanie Reinmara… A oto i on. Z podgoloną czaszką, włosami związanymi w ciasny warkocz, niechlujną brodą i ponurym spojrzeniem. Dosiadał wierzchowca, jakiego Walden jeszcze nie widział. Kary ogier był olbrzymi. Pod jego kopytami musiały pękać czaszki… Mówiono, że Czarny Jeździec sam położył kilka tuzinów żołnierzy pod sztandarem Pstrąga. Ach, gdy mały Walden dorośnie, będzie tacy jak oni!

*****

Reinmar zeskoczył z wierzchowca. Miał na sobie lekką, czarną zbroję, czarne rękawice i takież buty. Gdyby patrzeć jeno po odzienku, on i Aylward mogliby być wzięci za braci. Arryn rozejrzał się. Nie pierwszy raz był w stolicy, która była tak odmienna od znanej mu Doliny. Nawet zamożne Gulltown nie dorównywało rozmiarom Królewskiej Przystani, która przypominała jeden wielki kocioł, w którym mieszali się ludzi z całego Westeros.
Spojrzał z góry na herolda.
- Prowadź – powiedział. Jego głos jak zwykle był niski i nieprzyjemny. - Powiadomcie me rodzeństwo o moim przyjeździe.
Ruszyli.
- Obawiam się, przyjacielu, że tutaj to je będę tym, który będzie musiał zważać na słowa – rzucił jeszcze do Aylwarda.

Grupka nowoprzybyłych weszła do komnaty. Nikt nie odłożył broni. Nie przywykli do tego, by poruszać się bez niej. A w tych niespokojnych czasach, pełnych zamieszek i wojen domowych, nierozsądnym byłoby pozbywanie się miecza.
Stoły były już suto zastawione. Smażona ryba, kaczka w jabłkach, faszerowana dziczyzna, świeże pieczywo, ostre sery oraz sterty owoców. Wszystko to napełniało salę silnym aromatem. Aż trudno było uwierzyć, że Koronę dotyka głód…
Reinmar sięgnął po puchar z winem. Upił łyk i zagryzł serem.
- Ciekawym kiedy nasz jaśnie miłościwy Smok zechce ruszyć rzyć, by nas zobaczyć i zakończyć wreszcie tą farsę ze ślubem - powiedział cicho.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 11:31 am

/Trakt -> dziedziniec /

Reinmar miał rację, im dalej na południe tym temperatura rosła i stawała się coraz bardziej nieznośna, a zwłaszcza dla Very! Jak można było funkcjonować, w takich warunkach! Dzika miała dość, a to dopiero początek. Wyschnięte na wiór trakty i pola, słońce lejące się z nieba niemiłosiernie gorącymi strumieniami... no koszmar. Musiała pozbyć się swoich skór i wdziać na siebie lekkie, przewiewne koszule i spodnie, a na nogi, wiązane sandały. Jednemu żołnierzowi, który zaproponował by ubrał suknię, wybiła dwa zęby i nikt nie odważył się już rzucać głupimi pomysłami. Nie była jakąś lalą z południa, by nosić kiecki. Odpowiadał jej zdecydowanie bardziej lekki męski ubiór.

Gdy dojechali do Stolicy... cóż, japa jej opadła i długo nie mogła jej pozbierać. Na ostatnie uprzedzenie Reinmara przytaknęła tylko głową mówiąc "Tak, tak, pamiętam, ani słowa, Ty mówisz". Całą drogę kładł jej do łba, że ma siedzieć cicho, zwłaszcza nie pytana, a w Stolicy podglądać jak zachowują się oni i starać się ich naśladować. Zanosiło się zabawnie, zobaczymy jak będzie. Tymczasem, nim zaprowadzono ich do Twierdzy, mało oczu nie zgubiła, chłonąc te wszystkie widoki . Jak można tak budować!? Tyle kamienia, tak wysoko... jak ona lata temu mogła zachwycać się kawałkiem postawionego muru, albo wiatrowym młynem!? Z drugiej strony... czemu to ją tak dziwiło, skoro widział mur, który przeto większy był od każdej innej zbudowanej przez człeka budowli.

W sali zasiadła razem z dowódcami, obok Reinmara. Nie czuła się pewnie w tym gorącym, obcym miejscu, pełnym dziwnych, wystrojonych ludzi mówiących z dziwnym akcentem i w dziwny sposób dobierających słowa. Wielkolud dodawał jej pewności, więc to jego się trzymała. -A miałeś uważać na jęzor. - rzuciła z lekkim uśmieszkiem, po czym dopiła do końca zawartość swojego naczynia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 3:51 pm

Bertram prosto z dziedzińca ruszył w kierunku Czerwonej Twierdzy. Szczerze mówiąc, to jeszcze nigdy tutaj nie był i właśnie dlatego tak ciężko było mu się odnaleźć. Przybył do Królewskiej Przystani, bowiem słyszał różne plotki. Miał jednak nadzieję, że większość z nich się nie potwierdzi. Może i lubił walki, ale nie widział w nich nic, co mogłoby pomóc Dolinie, czy Westeros. W każdym razie miał małe problemy z dostaniem się do swojej komnaty. Dopiero jakaś służka mu w tym pomogła. Może i to godne pożałowania, ale Grafton nie miał zbyt dobrego zmysłu orientacji w nowych miejscach. Gdyby nie ta kobieta, to z pewnością błąkałby się po Czerwonej Twierdzy przez długi, a nawet bardzo długi czas. W końcu jednak przekroczył próg komnaty i zamknął za sobą drzwi. Całkiem przestronny pokój, który odpowiadał potrzebom gości. Dziedzic rodu zaczął zdejmować z siebie tę ciężką zbroję i dwuręczny młot. Cały ekwipunek wyglądał raczej tak, jakby był stworzony dla nadczłowieka, a nie zwyczajnego Bertrama. Brodacz nie mógł się jednak rozstać z jednoręcznym toporem bojowym i dwoma nożami, które zawsze mu towarzyszyły. Od ojca słyszał, że Królewska Przystań może i jest piękna, ale to również wylęgarnia żmij czekających tylko na to, aby owinąć się wokół szyi jakiegoś Lorda i zwyczajnie go unicestwić. Nie można jednak brać tego tak bardzo dla siebie, prawda? Właśnie dlatego Bertram zrezygnował z jakiejś lżejszej zbroi, a wybrał zwyczajny strój w barwach rodu. Bogato zdobiony, odświętny i podkreślający sylwetkę wielkoluda.

Po długich minutach kręcenia się po zamku, znalazł wreszcie odpowiednie drzwi. Wszedł do środka królewskiej sali balowej, uważnie rozglądając się po stołach. Jego uwadze nie umknęła znajoma twarz, której winien był okazanie szacunku. Ponad dwumetrowy olbrzym zmierzał teraz pewnie w kierunku Reinmara, być może zwracając na siebie zbyt dużo uwagi. Na to jednak nic nie poradzi, bo przecież nagle nie odejmie sobie kilku stóp wzrostu.
- Mój Panie. - rzucił krótkie zdanie, klękając na jedno kolano zaraz obok swojego suzerena. Nie omieszkał również przenieść wzroku na niecodzienną kobietę siedzącą obok Arynna. - Pani. - dodał poważnym tonem i lekko skinął głową. Musiał przywitać swojego zwierzchnika z należytą czcią. Osobiście nigdy nie lubił przesadnych uprzejmości, jednak tutaj reprezentuje dobre imię całego rodu Grafton. Od tego zależy jak będą postrzegani w całym Westeros.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 7:45 pm

/ Dziedziniec

Tylko w letnią noc można ujrzeć tyle gwiazd. Tylko ciepłą nocą wybijają się tak wyraźnie, jakby srebrne kryształki na czarnym aksamicie. Ileż ich patrzy na człowieka z zimnej, czarnej otchłani! Jeśli spojrzymy na Gwiazdozbiór Lutni, to tuż koło jasnej gwiazdy, tej przy załamaniu, można dostrzec jedną gwiazdkę zupełnie malutką. Być może wcale nie jest malutka, lecz po prostu bardzo oddalona. Być może jest to wielkie świecidło otoczone dziesiątkami innych gwiazdek. A może to cały gwiazdozbiór, z miliardami światełek...
Ludzie nie są wyjątkowi w swojej niepowtarzalności, to oczywiste. Na jakiej podstawie mieliby uważać, że stanowią wyjątek? Nie są wyjątkiem. Są tacy sami, jak wszyscy inni ludzie. Mogą się różnić co najwyżej kształtem i kolorem oczu, podobnie jak gwiazdy na niebie jasnością. Mieszkańcy Ziemi Burz mają oczy błękitne, jak woda, ktoś inny ma oczy zielone, z odcieniem szmaragdu. Ale na tym, najwyraźniej, kończą się wszelkie różnice. Pod każdym względem ludzie są jednakowi - co jeden to zwierzę. Naturalnie, bywają różne zwierzęta: myślące, cywilizowane i bezmyślne. Jedne różnią się od drugich tym, że starają się zamaskować swoją zwierzęcą naturę. Dopóki mężczyzna ma dość żywności, ciepła i samic, dopóty stać go na dobroć i współczucie. Ale gdy tylko natura i los stawiają sprawę na ostrzu noża - jeden ma przeżyć, drugi zdechnąć - bez wahania samiec wpija się pożółkłymi kłami w gardło sąsiada, brata, matki. Każdy z ludzi jest bestią. Aylward - z pewnością, i nie stara się tego ukryć. To bestia, jakich mało. O, siedzi sobie przy stole, ze srebrnym talerzem przed nosem, widelcem pieczoną gęś rozdrabnia. Wysoki, zadbany, przystojna młoda twarz, z lekka wyniosła. Szeroki, ujmujący uśmiech, ale kąciki ust zawsze trochę opuszczone: oznaka opanowania i determinacji. Druzgocące, przenikliwe spojrzenie sprawia, że rozmówca zaczyna mrugać, spuszczać wzrok. Pokryte zgrubieniami od trzymanego miecza, silne dłonie. W takiej milczącej aranżacji bardzo mu do twarzy. Ludzie pokroju Baratheona miewają czasem dziwaczne skłonności. Niektórzy zbierają ponoć zardzewiałe groty strzał. Ciekawe, jaką pasję ma nasz Jeleń? Dla przyjaciół, dla rodzeństwa, dla wszystkich jest prawdziwą zagadką. Wiadomo o nim bardzo mało; on zaś wie o każdym innym prawie wszystko. To zwierzę. Niepozorne, krwiożercze, śmiertelnie niebezpieczne. Wie, czego chce, i zmierza prosto do celu. Jedynie jedna osoba w świecie zna jego gwiazdę przewodnią, której na imię SPRAWIEDLIWOŚĆ.
Siedzi teraz przy stole i czerwone odblaski ognia w kominku miotają się po jego twarzy. Prosty regularny profil. Czerwone cienie. Nic więcej. Żadnych przejść. Żadnych kompromisów. Po prostu Baratheon. Uśmiecha się lekko na słowa Reinmara i tylko cudem powstrzymuje przed rzuceniem kąśliwej uwagi na temat rzyci króla. Woli zachować pewne uwagi dla siebie, przynajmniej do czasu, kiedy nie będzie pewien, że nikt niepowołany nie wsłuchuje się w jego słowa. Co się dzieje z Jeleniem, skąd to zaklęte milczenie? Powód jest prosty: im dłużej bezczynnie siedzi na miejscu, co gorsza - w Czerwonej Twierdzy, tym większa ogarnia go złość, wściekła złość zranionego jelenia. Dopiero teraz, powolutku zaczyna zrozumieć przyczynę tej wściekłości: zraniony jeleń domaga się miłości. Nie potrzebuje namiastki uczuć. Chce mieć Ravath całą i na zawsze.
Problem tkwił w tym, że Ravath nie przyszła. Król mógł zignorować ich obecność, to w jego stylu. Ale królowa? Co sprawiło, że ona się nie zjawiła, mając Baratheona na wyciągnięcie ręki, na jedno skinienie głową...?
Aylward nawet nie zauważył, kiedy zacisnął dłoń na sztućcu i zupełnym przypadkiem, wręcz nieświadomie... wygiął go w kuriozalnie popierdolony kształt. Widelec stał się tak zaawansowany pod względem kunsztowności wykonania, że przestał służyć do czegokolwiek. A zwłaszcza do jedzenia. Ayl z nieodgadnionym wyrazem twarzy wsunął go pomiędzy półmisek z przepiórkami a paterę z owocami i zajął się tym, co potrafił najlepiej - udawał, że to wcale nie jest wina Baratheona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 8:23 pm

/początek

Niebo spowijało tysiące gwiazd, które zdawały się mrugać do przechodniów. Księżyc obijał jaśniejące, srebrne światło, które zachwycało wieczornych spacerowiczów. Noc była wyjątkowo spokojna, jedynie co przerywało ciszę, to szepty mieszkańców Królewskiej Przystani. Nie po raz pierwszy znalazła się w tym ciepłym, przepełniony wszechobecnym bogactwem miejscu. Jednak nie bywała tu na tyle często, by zapamiętać każdą część Czerwonej Twierdzy. Jako najmłodsza córka lorda Baratheon'a otrzymała zaproszenie do królewskiej sali balowej na posiłek. To był powód jej nagłego przybycie do stolicy Westros. Nie zależnie od swojej woli, na ogół przebywała w swoim rodowitym domu, spędzając dnie wczytując się w list od potencjalnych narzeczonych. Życie damy pozornie oplecione było wstążkami. W rzeczywistości wyglądało to jak zbiór zasad i obowiązków, które musi koniecznie przestrzegać. Ograniczeń było sporo, a jedynym luksusem w ich życiu, była zawartość ich ekwipunku. Drogie suknie, najlepsze kosmetyki i inne akcesoria, którymi mogła pocieszyć swoje zmęczone oczy. Oczywiście nie można spoglądać na to tak pesymistycznie. Posiadała dom, kochającą rodzinę, czego brakuje połowie ludzkości pełzającej po tym świecie. Każdy posiada swoją prawdę, lecz życie wśród luksusów jest odwiecznym marzeniem przeplatającym się przez żywot ludzki. Służba, drogie bale... choć częściej napotka się na sztuczny uśmiech i tak można doskonale wykorzystać swoją sytuację. Władza i bogactwo.
Z zadumy wyprowadziła ją służka, która delikatnie położy dłoń na jej ramieniu. Był to odpowiedni czas by udać się na wieczerzę. Cieszyła się, że otrzyma możliwość ujrzenia brata, z którym tak długo nie miała styczności. Na jej ciele opinała się skąpa, choć elegancka sukienka. Idealnie podkreślała jej delikatne krągłości, a kolor srebra, doskonale dopasowywał się do jej bladszej niż zawsze cery. Długie, czekoladowe włosy delikatnie opadały jej na ramiona. Szła majestatycznym krokiem, prowadzona przez starszą, osiwiałą kobietę. Miała brudną, zmarszczoną cerę z licznymi słonecznymi przebarwieniami. Choć ubrana była w przyzwoite stroje, nie dało się ukryć piętna osób pracujących. Oddychała głośno, nieco zestresowana całą sytuacją. Właśnie po raz pierwszy miała ukazać się szerszemu gronu arystokratów jako młoda dama, poszukująca narzeczonego. Był to gorący tematu szczególnie w Końcu Burz. Odczuwała coraz mocniejszy nacisk ojca na szybkie za mąż pójście. Miała już dziewiętnaście lat, najwyższy wiek by znaleźć dobrego kandydata dla Arianne. W całym pałacu unosił się zapach rześkiego powietrza spowinowaconego zapachem najlepszych dań. Była coraz bliżej sali balowej.
Czy już do niej dotarła, straż otwarła jej wielkie, mosiężne drzwi. Ujrzała wielką salę, wypełnioną najdroższymi ozdobami. Jej oczy nasiąkły widokiem złota i najdroższego srebra. Nadal podążała za służącą, kierując się w stronę stołu. Oddawanie szacunku osobą wyżej podstawowym, był tak niezbędne w wyższych strefach, jak tlen do życia. Każdy nie omieszkał zaznaczać pozycji wyżej podstawionej osoby. Zatrzymała się i usiadła tuż obok swojego brata Aylward'a.
- Witaj bracie. - Rzuciła, a jej twarz oświetlił szczery, młodzieńczy uśmiech. Zapomniała już jak wygląda jego młoda, choć strapiona twarz. Zapatrywała się w niego tak, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jego twarzy.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Pon Sie 05, 2013 11:37 pm

/ogrody

Nie, wcale nie biegła przez całą drogę z ogrodów aż do ten sali. Nie. Musiała grzecznie iść przez pewien odcinek, kiedy gromiące spojrzenie niani którejś z przebywających w zamku panienek, wręcz przeżerało ją aż do kości. Gdy tylko zniknęła za rogiem, gdzie wydobyła się z pola widzenia dystyngowanej damy, była zdolna kontynuować swój bieg.
Gdyby przezd wyjściem z komnaty spędzała długie godziny na tworzeniu misternej fryzury, teraz po tak szaleńczej gonitwie, włosy miałaby w nieładzie. I po co je splatać? Całe szczęście miała puszczone je luźno. Może i wołała o pomstę do nieba, pokazując się tak w Czerwonej Twierdzy, gdzie prym wiodły wszelakie wymyślne upiecia, ale tak jej było najwygodniej. Nie musiała się martwić w sytuacji takiej jak ta.
Jako, że założyła zwiewną suknię, nie krępowała ona jej ruchów i mogła biec i to tak prawdziwie. Jak łania poprzez knieje, jak konie przez prerie, jak obłok po niebie gdy dmie silny wiatr. Och, biegła po prostu jak Anna Arryn. Dobiegając do drzwi, wymineła strażników, którzy ani trochę nie próbowali jej zatrzymać. Ach, tylko by spróbowali, kiedy ona biegła zobaczyć, czy braciszek Reinmar wrócił cały i zdrowy! On jeden mógł coś jeszcze poradzic na ten szalony pomysł nie mniej szalonego króla. Taka cena pokoju? Pff!
Energicznie, jak na młodą damę, którą starała się być, pchneła drzwi. Otworzyły się szeroko wydając z siebie przy okazji straszliwy dźwięk. Król powinien komuś zlecić naoliwienie ich, bo inaczej zwariować będzie można przy otwieraniu ich. Oj, Anna by już zadbała, żeby król poczuł sie niekomfortowo. Napchałaby uszy watą i nieustannie skrzypiała wrotami. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Jak ślub, to w zamian obłęd. Ale wracając do Reinmara...
- Braciszku! -krzyknęła radośnie otwierając właśnie te wspomniane wcześniej drzwi. Tak, liczyła, że on tam będzie sam. Nie, nie pomyślała, że przygotowania do ślubu mogą być już tak zaawansowane. Nie, nie przeszło jej przez myśl też to, że aż tyle osób będzie w tym samym pomieszczeniu.
Gdy zobaczyła, że Reinmar siedzi w towarzystwie lorda Graftona i jakiejś nieznanej jej kobiety, jeszcze była skłonna nie zmieniać swego zachowania. Dopiero gdy ujrzała Jelonki, coś się w niej zmieniło. Zastygła stojąc w drzwiach. Uśmiech, który wcześniej miała na ustach, zmienił się w dosyć niepewną minę. Co robić, jak się zachować?
Normalnie, przy samym Bertramie, nie krępowałaby się i pognałaby czym prędzej do brata. Tak, uwiesiłaby się mu na szyi i zasypywała pytaniami o bitwy, które stoczył. Cieszyłaby się jak małe dziecko. No ale... nie przy gościach.
- Ekhem... -odchrząknęła nadal nie ruszając się z miejsca.- Dasz sobie radę, będzie dobrze -szepnęła, aby dodać sobie animuszu. Odetchnęła głęboko i w końcu zrobiła krok naprzód. Zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę brata. Nie było to aż takie proste i przyjemne. Po drodze musiała witać resztę, a więc i dygnąć Aylwardowi, który starał się ukryć winę Baratheona, chociaż każdy o niej wiedział. Uśmiechnęła się do lady Baratheon. Nie znała jej, ale przecież nie mogła jej nie przywitać. Miała tylko nadzieję, że za chwilę odejdzie w niepamięć jej ... energiczne wejście. Wejście smoka. Niby Arryn, a Targaryen byłby z niej dobry.
Skinęłą Verze do której też się nie odezwała, w końcu jej nie znała.
- Lordzie Bertramie, cieszę się, że widzę cie w zdrowiu -uśmiechnęła się do chorążego witając go. Istotnie cieszyła się jego stanem zdrowia, bo oznaczał on zdolność do towarzyszenia Reinmarowi w różnych wyprawach. Dzięki temu martwiła się o niego odrobinę mniej. W końcu dotarła do brata swego, Reinmara. Nie wytrzymała. Rzuciła się, aby go uściskać.
- Reinmar! Nareszcie! -może i nie uwiesiła się na nim, jak desperat na powrozie, ale przytuliła się tak, jak tylko ona potrafiła.- Wyglądasz nie najgorzej. Wróciłeś całkiem zdrowy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
177
Join date :
13/06/2013

PisanieTemat: Re: Stoły   Wto Sie 06, 2013 1:59 am

Damon od razu, gdy dowiedział się o tym, że jego brat pojawił się w Czerwonej Twierdzy to nie wahał się ani chwili, aby ruszyć do Sali Balowej, tam gdzie Reinmar przebywał.
Wiedział, że wojna się już skończyła. Wiedział, że Reinmar nie doznał jakiegoś trwałego uszczerbku na zdrowiu, jednak chciał go zobaczyć. Odrobina tęsknoty to nawet w męskich relacjach mogła być. Oczywiście nie zamierzał się rzucić na brata, tak jak Anna, bo to zdecydowanie nie było w jego stylu i mogło wyglądać komicznie. Jak dwóch całkiem sporych facetów zaczyna się misiować. Nie, to nie to. Generalnie byli góralami i jakieś specjalnie wylewności nie były wskazane. Zwykły uścisk ręki zdecydowanie wystarczy, ewentualnie złapanie się za łokieć jak przy zawieraniu przysięg, inną opcją jest jeszcze poklepanie po plecach.
Mężczyzna wkroczył do pomieszczenia i od razu zauważył wesołą, albo i nie zgraję ludzi, których przecież bardzo dobrze kojarzył. No był jego brat, Reinmar, jego siostra Anna, dwójka Baratheonów i ich szanowny chorąży Bernard Grafton, nawiasem mówiąc całkiem w porządku gość. Była tylko jedna osoba, której kompletnie nie kojarzył, a mianowicie pewna blondwłosa niewiasta. Ubrana zupełnie inaczej niż damy dworu. Chyba nie była jakąś szlachcianką. Właściwie to na pewno nie była. No, ale mniejsza o to.
Wkroczył do sali, dosyć cicho. Paradoksalnie nie chciał, aby zwrócili na niego uwagę od progu. Nie miał ochoty wysłuchiwania gratulacji, bądź kpin z powodu tego, że miał się żenić. Teraz zdecydowanie bardziej miał ochotę zapytać o zupełnie inną sprawę, chociaż odrobinę ta sprawa łączyła się z nią.
Damon doszedł powoli do miejsca, gdzie się zgromadzili.
- Witajcie przyjaciele! - Powiedział do wszystkich, nie chcąc nikogo urazić z osobna. Szczerze mówiac dość miał tych wszystkich obyczajów dworskich. Pokłaniania się wszystkim, dlatego postanowił powitać ich w taki sposób. - Lady Baratheon, Aylwardzie, tajemnicza osobo, której nie znam, a mam nadzieję, że poznam, Lordzie Grafton. - Spojrzał po kolei na Arianne, Aylwarda, Verę i Bertrama. - I wreszcie moje rodzeństwo, Anna i Reinmar. - Damon poklepał brata po ramieniu, gdy już Anna pozwoliła mu oddychać. - Widze, że chciałeś zrobić nam niespodziankę. Ciekawie ci to wyszło bracie. Pewnie jesteś zmęczony po podróży, ale niestety nie pozwolę ci odetchnąć. Mów jak tam wojna i czy masz jakieś wieści z Dorzecza. - Owszem dostał od brata wiadomość o wojnie, że jest wygrana, ale chciał szczegóły. W końcu był Arrynem, walkę miał we krwi, a że akurat nie udało mu się przybyć na wojnę i sam załatwiał sprawę dosyć bezkrwawo wraz z Artemis Tully. To chciał chociaż, aby troszeczkę przybliżono go do zgiełku wojny. Wiadomo, to trzeba poczuć na własnej skórze, ale, że nie mógł tam być to zwyczajnie był ciekawy.
Teraz miał trochę czasu, aby przyjrzeć się wszystkim, a szczególnie tajemniczej osóbce, która zajmowała miejsce przy Reinmarze. Dziwiła go jej obecność, ale kompletnie nie miał przeciw niej żadnych obiekcji. Może Reinmar wreszcie się ustatkował? A może w tajemnicy znalazł żonkę? Kto wie, ale ta myśl rozbawiała go trochę, że mógł zapomnieć o swoim ślubie. Chociaż z jednej strony to po tak spektakularnym zwycięstwe nad Tullymi to Reinmar mógłby sobie pozwolić na jakiś bardzo wystawny ślub i wesele. W końcu trochę rzeczy zagrabili nawet przez tą jedną bitwę pod Orlim Gniazdem.
Generalnie teraz Arrynowie byli w komplecie, brakowało tylko Vilihama, ale przecież on sam zdecydował, że ciągła ucieczka jest dla niego lepszym życiem aniżeli bycie synem Lorda Arryna lub bycie bratem w Nocnej Straży. Cóż, był dorosłym mężczyzną i to była jego decyzja. Damon zastanawiał się tylko czy powie Reinmarowi, że spotkał jakiś czas temu brata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stoły   

Powrót do góry Go down
 

Stoły

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Stołówka
» Mały salon
» Stołówka
» Sala Rzeźbionego Stołu
» Stołówka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-