a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Główna Sala



 

 Główna Sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Główna Sala   Wto Kwi 30, 2013 8:31 pm


Główna Sala




Miejsce, w którym interesantów przyjmuje Lord Baratheon. Główna Sala znajduje się w wieży górującej nad resztą grodu, a przez jej okna można oglądać przepiękną, morską panoramę.
W przestronnym pomieszczeniu znajduje się sporych rozmiarów tron oraz kilka pomniejszych krzeseł dla najwyższych dostojników i członków rodu. Ściany zdobią gobeliny i freski pamiętające czasy Królów Burzy - to tutaj też odbywają się narady wojenne chorążych z seniorem, w razie potrzeby również nadania ziemskie, pasowania na rycerzy i wszelkie sprawy związane z terenami podległymi rodowi Baratheon.




Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Główna Sala   Pią Wrz 06, 2013 9:40 am

/ port

Każda tajna operacja ma swój kryptonim. Na przykład... „Burza”. Od kilku godzin rycerze krążą po Głównej Sali, dyskutują zaciekle, popijają postawione na długim stole wino, gdy zaś są głodni - wbijają zęby w ociekające miodem mięsiwa. Jedynie Aylward nie je. Siedzi na szerokim tronie dawnych Królów Burzy, głowa zwieszona w dół, dłonie spoczywające na oparciach mebla, nawet najmniejszym ruchem się nie zdradzi, że jeszcze dycha. O tym, że nie wyzionął ducha świadczą jedynie słowa, które czasem z siebie wyrzuca, gdy unosi pochmurne oblicze i obdarza spojrzeniem salę.
- W związku z „Burzą”... w przygotowaniach do „Burzy”... na drugim etapie „Burzy” trzeba będzie... - spróbujcie odgadnąć, w czym rzecz. Dobrze, że przynajmniej rozmach przyszłej operacji jest wystarczająco wymowny... - W ramach „Burzy” na tamte tereny trzeba przerzucić o tysiąc ludzi więcej niż sądziłem... kolejne dwa mają czekać we wskazanym miejscu... Alaric wyruszył? Świetnie. Niech dołączy do niego jeszcze pięciuset z Bronzegate... ach, i przyślijcie mi tu dwunastu najlepszych, młodych rycerzy jakich Koniec Burzy wychował pod moją nieobecność. - słysząc o takiej skali planowanych działań wielu spraw można się domyśleć. Bo przecież obraz całości składamy z małych, fragmentarycznych informacji. Tak już jest w każdej ściśle tajnej sprawie: w fazie pomysłu nadaje się jej sekwencję kilku liter, które odtąd wszystko tłumaczą. Które strzegą tajemnicy. Narada, jak to wszystkie narady świata, wlekła się godzinami, z każdą kolejną chwilą sprawiając, że zarówno biorący w niej udział dowódcy, jak i sam Aylward mieli ochotę machnąć ręką, wypić wino i iść na dziwki. Ale poczucie obowiązku przewyższyło zniecierpliwienie. Zniecierpliwienie, które przerodziło się w ciekawość, gdy do Głównej Sali zgodnie z rozkazem Baratheona przyprowadzono tuzin młodych rycerzy. Gołowąsów, najstarszy z nich nie ukończył nawet dwudziestu dni imienia. I dobrze, o takich Jeleniowi chodziło (spokojnie, nie w celu uprawiania grzesznej miłości!).
- Czołem, panowie! - zakrzyknął z lekkim rozbawieniem, widząc okrągłe z emocji oczy młodzieniaszków. Sam był od nich niewiele starszy, jednak... swoje w życiu przeszedł i trzeba czegoś więcej niż wezwania na tajną naradę, by zadziwić Aylwarda.
- Czołem, ser! - odkrzyknęli zgodnym chórem młodzi rycerze. Baratheon uśmiechnął się mimowolnie, kiwając lekko głową.
- Który z was potrafi tańczyć? - zagadnął swobodnie, spoglądając na nieprzeniknione twarze towarzyszy, którzy brali udział w naradzie i zupełnym przypadkiem stali się świadkami... zapewne najdziwniejszej audycji w ich życiu. Cóż, młody Jeleń słynie z ekstrawagancji!
Odpowiedziało mu kilka niepewnych śmiechów. Pewnie. Jasne. Jakże to nie umieć tańczyć, skoro panny takie gładkie?
- Dobra - powiada Aylward, spoglądając po twarzach młodzieniaszków. - Który umie tańczyć, trzy kroki do przodu. Raz, dwa, trzy!
Szereg drgnął i postąpił trzy kroki naprzód. Tylko jeden, niski rycerz został na miejscu. Baratheon zmierzył wzrokiem wyprężony szereg.
- Nie potrzebuję tylu. Potrzebny mi jeden. No więc, który potrafi dobrze tańczyć... - powtórzył Aylward, akcentując słowo "dobrze". - Trzy kroki wystąp... Raz, dwa, trzy! - szereg odbił następne trzy kroki. Niski rycerzyk nadal stał nieporuszony. - Szlachetni panowie, miejcie litość. Potrzebny mi jeden. Ten, która tańczy doskonale... z szeregu, wystąp! - znów trzy defiladowe kroki. I znowu niski rycerzyk ani drgnie. Baratheon spogląda na niego, unosząc lekko brwi.
- Ser, co z tobą? Nie umiesz tańczyć? - przebijająca się w głosie Aylwarda ciekawość dobitnie świadczy, że ani trochę nie jest rozjuszony uporem reszty grupy.
- Nie. - odpowiada po chwili słabym głosem młodzieniec, nawet nie znajdując śmiałości, by spojrzeń na Jelenia.
- Kłamiesz. - pada po chwili milczenia stwierdzenie ze strony Baratheona, który powoli podniósł się ze starego tronu i kilkoma sprężystymi krokami opuścił podwyższenie.
- Kłamię.
- Czemu?
- Bo nie chcę tańczyć.
- Nikt tego nie wymaga. - uśmiech na ustach Aylwarda dobitnie świadczył, że ten dokonał wyboru. Baratheon obszedł rycerza wkoło, omiótł wzrokiem. - Nie mówiłem, że trzeba tańczyć. Tancerek i tancerzy mam całe królestwo. Potrzebny mi ktoś gibki i zwinny, żwawy, sprężysty i precyzyjny w ruchach... staw się po zmierzchu przy bramie, jedziesz ze mną na wojnę.
I tyle, wszystko. Kilka słów, podziękowania, uściśnięcia dłoni, życzenie powodzenia. Rycerze i uczestnicy narady zaczęli opuszczać Główną Salę, w której po chwili został jedynie Aylward, otoczony przez ciszę i walające się po stole resztki jedzenia. Gdzieś daleko, wydaje się, że dziesiątki mil stąd powietrze przeszył stłumiony dźwięk grzmotu.
Nadchodzi Burza.

/dziedziniec
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Główna Sala   Pią Lip 04, 2014 7:11 pm

/ plaża

- W życiu przychodzi nieoczekiwanie taki moment, kiedy czuje się potrzebę podsumowania. - stwierdził spokojnie Aylward, wspinając się po ciemnych, wyślizganych schodach prowadzących ku potężnej wieży Końca Burzy. - Niekoniecznie musi się to przydarzyć na starość. - Baratheon zatrzymał się, odwrócił ku Sybille, po czym nerwowym ruchem odgarnął z jasnego policzka panny Tarth złote pasmo włosów, kiwając lekko głową. - I nie musi następować z żadnego specjalnego powodu.
Szafirowa Dama z każdym krokiem, odbijającym się cichym echem od ponurych korytarzy, coraz trwalej zapisywała słowa przyjaciela w myślach. Aylward po kolacji zniknął za drzwiami swej komnaty, pozostawiając Sybille na pastwę wciąż atakujących wspomnień. Czy to właśnie pragnął uczynić Baratheon, odcinając się od zewnętrznego świata? Chciał… podsumować własne czyny, dokonać rachunku sumienia? Wszystko wskazywało na to, iż taki już po prostu był - zajęty swoimi sprawami, pochłonięty przygotowaniami do zamorskiej wyprawy, nagle odrywa się od obowiązków i z uśmiechem na ustach mówi: "No cóż, moi drodzy, wygląda na to, że już najwyższy czas na podsumowanie...". Panna Tarth pragnęła odwzajemnić beztroski uśmiech mężczyzny i poprosić, by zaczął zapisywać swe słowa - czego oczywiście by nie uczynił, zbyt zajęty wsłuchiwaniem się w swoje wnętrze, powoli zaczynający rozumieć, że klamka zapadła, że od decyzji o podróży do Essos nie ma już odwołania. Sybille wypuściła cicho powietrze z płuc, kierując swe kroki ku Głównej Sali. Odczucie niepokoju, które towarzyszyło jej odkąd Aylward wyznał, iż za cztery dni pragnie wyruszyć do Lys, stopniowo zanikało, traciło ostrość… być może w jej duszy zachodziło dookreślenie celów Baratheona, a jego słowa w odczuciu kobiety powoli traciły swoją początkową bezwzględną doniosłość oraz jasną niewzruszoność pewnego swych czynów dowódcy - być może. Tarthówna nie zrozumiała jednak, co też tak nagle Aylward powinien podsumować - nie zrozumiała tego ani w momencie, gdy uparła się, by podążyć z nim do wieży, ani też kilka chwil wcześniej, kiedy zasiedli wspólnie do spóźnionej kolacji. Na stole już czekało grzane wino, po którego powierzchni leniwie krążyły kwiaty goździków, zaś z pokaźnej wazy unosił się zapach leśnej zupy. Sybille pamiętała zaskakująco podobne chwile spędzane w Końcu Burzy, zaledwie przed kilkoma latami - wtedy jednak przy stole siedziało liczne rodzeństwo Baratheon oraz jej bracia, którzy za pozwoleniem ojca przybyli z Tarthu. Allya w milczeniu wpatrywała się w swój talerz, podczas gdy Aylward z ożywieniem opowiadał jej o ostatnim pojedynku. Najmłodsza spośród obecnego rodzeństwa Orlaith ziewała ukradkiem ze zmęczenia, zaś Orys, lekko uśmiechnięty, dzierżył w dłoni lirę.
Kurczowo wciąż ster trzyma ręka,
Choć mgła spowija maszt i fok.
Strach żeglarza serce nęka,
Gdy przed nim tylko wiatr i mrok.

Sybille lubiła, gdy dziedzic Końca Burzy śpiewał po kolacji - odkąd tylko przybyła do siedziby rodu Baratheonów, robił to nieustannie, z zaskakującą determinacją i nieodmiennym wręcz nawykiem. Nikt nie musiał milknąć ani odrywać się od swych zajęć, by doskonale słyszeć głos Orysa - jego słowa płynęły przez salę spokojnie, odcierając do uszu każdego z zebranych. Tarthówna zdołała zapamiętać nieliczne spośród wielu znanych przez najstarszego Baratheona ballad, jednak i te z biegiem czasu jęły zacierać się w myślach. Być może ustępowały pilniejszym wspomnieniom… lub wręcz przeciwnie - zniknęły wraz z dniami, w których Orys siadał przy wspólnym stole z lirą w dłoni. Z początku proces ten nie był zauważalny - ot, raz czy dwa dziedzic Burzy nie zjawił się na kolacji, jednak z każdym kolejnym rokiem, gdy obowiązki coraz bardziej ciążyły na jego barkach - sporadycznie przypadki stały się codziennością. Służba nakrywała do stołu nieodmienną liczbę talerzy… i być może właśnie widok pustej zastawy, tuż przy Lordzie Końca Burzy, był najbardziej dotkliwym dla panny Tarth doznaniem, uwierającym w sercu jak wbity weń kolec. I zalewie kilka lat później widok pustej dla Sybille stał się czymś codziennym - niedługo po Orysie zniknął Aylward, wiecznie pochłonięty podróżami, Allya coraz częściej opuszczała posiłki, Lord Baratheon podupadł na zdrowiu i spożywał wieczerzę wraz z małżonką w prywatnych komnatach… kiedyś przyjemna tradycja stała się przykrym obowiązkiem, zaś przesycona rozmowami komnata - pustym pomieszczeniem, w którym każdy krok odbijał się zwielokrotnionym echem… zupełnie jak teraz. Sybille wkroczyła do Wielkiej Sali najciszej jak potrafiła, jednak nawet mimo swych starań nie potrafiła uniknąć mimowolnego hałasu. Usiadła na swym miejscu, które opuściła zaledwie przed kilkunastoma minutami - przez ten czas służba zdołała jednak uprzątnąć brudną zastawę, pozostawiając na stole dzban z winem oraz…
… jeden talerz z kompletem sztućców spoczywających po jego obu stronach. Jasne brwi zmarszczyły się nieznacznie, gdy Tarthówna sięgnęła po kielich, który napełniła jasnym winem. Dziwna obawa przez pół uderzenia serca gnieździła się w jej piersi tylko po to, by nagle przybrać na sile w momencie, w którym martwą ciszę przerwał dźwięk kroków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Główna Sala   Nie Lip 20, 2014 10:06 pm

Nad wodami Zatoki Rozbitków, przypominającej kształtem olbrzymią szmaragdową gruszkę, kłębiły się ciemne chmury. Ich sine zwały wytaczały się zza utopionego w morzu horyzontu, a pędząc ku brzegowi odbijały się w niebieskozielonej wodzie i smagane porywistym wiatrem znikały z pola widzenia, umykając w stronę stałego lądu. Nad falami prawdopodobnie kiwał się w namyśle sztorm, zaś nad lądem słońce wciąż walczyło z mazami obłoków - mimo tej na poły sztormowej pogody bałwany na zatoce nie były zbyt duże i przywodziły na myśl unoszący się na wodzie, falujący jedwab. Trystane mógł jedynie domyślać się, iż wieża Końca Burzy sterczała na tle nieba niczym szponiaste palce zniekształconej dłoni, zaś zachodzące słońce oblewało ją krwią rubinowych promieni.  Od samego rana Martellowi towarzyszyło znajome pulsowanie w głowie, zgodne z rytmem jego wysilonego oddechu, zlewające się z płomieniem, jakim paliła go rana w dłoni. Zimno, samotność i zmęczenie sprawiały już dostatecznie wielką mękę… ale gorsze było przemożne poczucie wstydu, winy i przegranej, które przygniatały go z każdym kolejnym krokiem.
Wysłano mnie, bym zapobiegł klęsce i pomścił rodziców… rezultatem zaś były klęski o skali prawie niepojętej.
Armia zmasakrowana. Ile dzieci straciło ojców? Ile żon straciło mężów? Ilu rodziców straciło synów? Gdybym tylko zdołał zrobić coś więcej, powtarzał sobie po raz tysięczny, zaciskając bezkrwiste dłonie w pięści. Gdybym tylko zdołał przekonać Edrica, by pozostać w Dorne, wszyscy ci ludzie żyliby nadal. Tak wielu martwych... nie wiedział, czy ich żałować… czy im zazdrościć.
- Jeden krok naraz. - mruknął do siebie, brnąc w stronę sali, gdzie zwykł spożywać posiłki odkąd… odkąd zmienił status z jeńca na gościa, czy raczej: honorowego zakładnika.
Jeden krok naraz.
To był jedyny sposób. Jeśli człowiek dostatecznie mocno zacisnął zęby i zrobił dostatecznie dużo kroków, mógł dotrzeć wszędzie. Jeden bolesny, wymęczony, przepojony winą krok naraz. Co innego mógł zrobić? Nadal był więźniem, strażnicy podążali za nim jak nieme cienie, zawsze w odległości kilku jardów, zawsze milczący, zawsze uzbrojeni. Pierwsze dni stanowiły dla Trystana udrękę, ale z czasem przyzwyczaił się, na swój sposób nawet zaakceptował zaistniałą sytuację i…  doszedł do dość prostego wniosku - stosunki między ludźmi okazywały się nieskończenie fascynujące, niezależnie od okoliczności, w jakich występowały. Istniało tak wiele możliwości, by je zerwać, przekształcić, manipulować nimi… Martellowi sposób, w jaki traktowali go pojedynczy mieszkańcy Końca Burzy, przypominał przygotowanie  podniebienia na rozkosze głównego dania… albo grę wstępną wytrawnej kochanki, która odwleka w czasie akt miłosny. Trystane nigdy nie wiedział, co czeka go za zakrętem - i być może dlatego nie wykluczał przebiegu wydarzeń, w których ktoś wbija mu nóż do dziczyzny w serce, pragnąc zemsty absolutnej. Wszystko wskazywało na to, iż książę przygotował się na każdą ewentualność, zapewne niejednokrotnie przemyślaną w cichej komnacie gościnnej - towarzyszyło mu jednak niejasne przekonanie, że z czasem gniew wrogich mu osób zniknie, tak, jak z czasem schodzą szwy, znika opuchlizna, sińce bledną, rany się goją a strupy odpadają. Naturalna kolej rzeczy… a przynajmniej taką miał nadzieję.
Pogrążony w rozmyślaniach, balansując niebezpiecznie na granicy świadomości, nie zauważył obecnej w głównej sali kobiety - ze wzrokiem utkwionym w lśniącej, ciemnej posadzce, z podbródkiem niemal opadającym na klatkę piersiową bez problemu odnalazł drogę do jedynego nakrytego do kolacji miejsca. Krzesło zaburczało ponuro, gdy Martell ujął je za oparcie i odsunął lekko, zasiadając po chwili przy stole. Dopiero wtedy - wyrwany z ponurego namysłu najpewniej ruchem bądź niejasną świadomością, iż ktoś się w niego wpatruje - poderwał czujny wzrok.
Był zaskoczony… ale nie dał po sobie tego poznać. Szare oczy Dornijczyka na krótki moment starły się z szafirowym spojrzeniem drobnej blondynki, siedzącej zaledwie kilka miejsc dalej. Kąciku ust Martella drgnęły lekko, zupełnie jakby pragnęły wyszeptać bliżej nieokreśloną formułkę, lecz w ostatniej chwili zmieniły zamiar i zamarły nieruchomo, nadając jego twarzy niepokojąco obojętny, niemal apatyczny wyraz. Bodźcem, który wyrwał Trystana z nieruchomej pozycji, okazała się woń zupy dobiegająca z wazy - wzrok Martella ostrożnie podążył na naczynie, zupełnie jakby książę spodziewał się dojrzeć głowę własnego brata sterczącą z misy. Obecność złotowłosej panny, którą widział w zamku zaledwie kilka razy i to głównie przelotem, zakłóciła naturalny przebieg posiłków, gdy to nikt nie towarzyszył Dornijczykowi. Nawet strażnicy znikali gdzieś za drzwiami, pozostawiając Trystana w całkowitej ciszy.
I tylko Pan Światła wie, ile razy Martell pragnął wsunąć na wpół tępy nóż w rękaw i użyć go w komnacie… na samym sobie.
Pomimo dokuczającego głodu, książę siedział na krześle nieruchomo, z dłońmi złożonymi na kolanach, i robił co w jego mocy, by zachować godność w nieoczekiwanej sytuacji. Wzrok ponownie powędrował ku szlachetnie urodzonej pannie - co do tego Trystane nie miał żadnych wątpliwości. Dornijczyk, kierowany niejasnym przeczuciem, postanowił… po prostu zaryzykować.
- Piętno płomienia świecy, która się niemal wypaliła. - rzucił spokojnie, na swój sposób zdumiony tonem własnego głosu, brzmiącego w uszach niemal obco. Martell obojętnie wzruszył ramionami, dostrzegając zaskoczone spojrzenie dziewczyny.
Nie zrozumiała, naturalnie.
- Ciąży na mnie, odkąd przekroczyłem bramę tego zamku. Jestem jak dogasająca świeca… i może dlatego nikt nie ma ochoty na rozmowę. Zamiast definitywnie zgasnąć, wciąż uparcie płonę. - kąciki ust Dornijczyka wygięły się w lekkim, niemrawym uśmiechu. Niezbyt udany żart na rozpoczęcie konwersacji dopiero po przebrzmieniu zabrzmiał jak wyświechtany monolog upadłego septona. Martell westchnął cicho i, nie robiąc sobie zbyt wielkich nadziei na pozytywny rozwój sytuacji, oderwał kawałek chleba, wsuwając go do wyschniętych ust. Gdyby nie wrodzony upór, najpewniej opuściłby salę… ale nie miał najmniejszego zamiaru czmychać bez kolacji przed niewielką dziewuszką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Główna Sala   Sro Lip 23, 2014 9:23 pm

Nadchodząca noc, z chwili na chwilę coraz śmielej zapadająca nad Końcem Burzy, była nieprzyjemnie… lepka. Łagodny wietrzyk wpadał przez jedyne otwarte okno, wprawiając w ruch liczne sztandary ozdabiające zimne ściany sali, zaś cień wieczoru kładł się na podłodze ponuro, zupełnie jakby stanowił zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Zabobonne myśli, godne prostej dziewki, nie zaś szlachetnie urodzonej panny natychmiast wypełniły głowę Sybille, gdy na sztywnej, niemal boleśnie napiętej szyi obróciła głowę w stronę źródła kroków, czując niewysłowioną zgrozę wzbierającą w żołądku i podchodzącą do gardła.
Trystane Martell.
Naiwnie traktowała go jak nieszkodliwą zjawę, przemykającą cicho korytarzami i opuszczającą komnatę wyłącznie wtedy, gdy Lady Rhaelle znikała za drzwiami swych pokoi… ale przecież przez cały ten czas był mordercą. Trucicielem. Dornijską żmiją. I na domiar złego siedział nie dalej niż kilka stóp od panny Tarth, wpatrując się w nią bez cienia jakichkolwiek uczuć, jak najbardziej obecny…. Sybille potarła ostrożnie dłonią nadgarstek, zupełnie jakby pragnęła uszczypnąć się i przekonać, że to wyłącznie ponury sen, koszmar, jeden spośród licznych w ostatnich tygodniach… ale zamiast tego wypuściła ostrożnie powietrze z płuc, zaciskając palce na pokrytym gęsią skórką przedramieniu. Dziwne i bolesne wydarzenia podążały śladem Martella jak bezdomne psy obszczekujące wóz rzeźnika, nawet teraz, gdy był niemal nieszkodliwy… czaiło się w nim coś niepokojącego. Być może Sybille stanowiła podrzędny przykład przeczulenia bądź okazała się po prostu uprzedzona do Dornijczyka, jednak oczy więźnia nie mogły kłamać… oczy nigdy nie kłamały. Trystane Martell podczas tygodni spędzonych w Końcu Burzy musiał odpierać kolejne nieprzyjazne spojrzenia, nienawistny wzrok wbity w niego ponad stołami. Tu brwi zmarszczone w cieniu, tam zawzięta twarz w blasku ognia; ludzie, których nie znał, zdjęci zgrozą do szpiku kości albo hołubiący jakieś pretensje. Dużo było tego strachu i tych pretensji. Bardzo dużo. Na palcach jednej ręki Sybille mogłaby policzyć takich, którzy po prostu ignorowali jego obecność.
I pomimo usilnych starań nie mogła zaliczać się do tej grupy.
- Zrozumiałam Twe słowa, panie. - odparła Tarthówna tak nagle, że niemal sama wzdrygnęła się pod wpływem własnego głosu. Do tej pory nieprzyjemnie napięta sylwetka, prosta niczym kolumna, zachwiała się delikatnie, zaś dumnie wyprostowane ramiona Sybille przygarbiły się nieznacznie, zupełnie jakby panna Tarth pragnęła cofnąć wypowiedziane słowa… choć nie trwało to długo, zapewne zaś nie dłużej niż kilka uderzeń serca. Szafirowe spojrzenie odparło szary, nienaturalnie wyblakły wzrok Martella i dopiero po chwili wahania przesunęło się z jego oczu na twarz. Wyglądającą znacznie lepiej, niż przed kilkoma tygodniami, pokrytą równo przyciętym, ciemnym zarostem, pod którym zniknęły niegdyś zapadnięte policzki…
- A przynajmniej takie odnosiłam wrażenie, póki nie pospieszyłeś z wyjaśnieniami. - Sybille poluźniła uścisk palców, dotychczas zaciskanych kurczowo na przedramieniu i przeniosła je na nóżkę kielicha, o którym zapomniała pod wpływem… chwilowego przypływu emocji. - Myślę, że to stanowi poniekąd przyczynę… nikłej sympatii, jaką okazują Ci mieszkańcy zamku. Nie lubią, kiedy ktoś płynie pod prąd, ponieważ sami robią to od urodzenia. - kąciki ust Tarthówny uniosły się w lekkim uśmiechu, który natychmiast przygasł, gdy tylko Martell poruszył się lekko, choć jego celem okazał się kawałek chleba…
… tym razem.
- Wielu zarzuca Ci brak sumienia. - oraz honoru, dodała w myślach Sybille, obracając ostrożnie kielich w palcach. Sama nie do końca potrafiła określić swego stosunku do Trystana Martella… poza naturalnym strachem, który wzbudził w niej z chwilą zjawienia się w Głównej Sali. Na pewno nie żywiła do Dornijczyka nienawiści, jaką dostrzec można było w oczach Lady Rhaelle bądź Allyi... i to nie dlatego, że nie miłowała zranionego przez księcia Aylwarda - wręcz przeciwnie. Właśnie z miłości do Baratheona postanowiła spojrzeć na Martella w inny, bardziej… ludzki sposób. Niejasno wyczuwała, iż Ayl wybaczył swemu przeciwnikowi, a przynajmniej - rozumiał jego postępowanie… i Sybille poczuwała się do tego samego. Choć mógł istniej również inny, bardziej błahy powód: panna Tarth po prostu nie potrafiła nienawidzić. Na pewno zaś nie człowieka, który uwięziony został w twierdzy dawnego wroga i niemal pozbawiony życia… po czym sprzedany przez własną rodzinę.
Nie potrafiła odnaleźć innego określenia: sprzedali Trystana Martella za cenę pokoju na Południu, który i tak wymagał stanowczo zbyt wiele cierpienia oraz przelanej krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Główna Sala   Pią Sie 08, 2014 2:42 pm

Nawet nie miał zamiaru się łudzić - w jego życiu nieprędko będzie dobrze. Mógł jedynie czekać na dzień, który jeszcze nie nadszedł… i nie nadejdzie prędko. Życie w Końcu Burzy miało w sobie coś z jałowej egzystencji, niemej wegetacji pozbawionej czucia oraz smaku. Trystane tkwił tam jak uschnięte drzewo na środku pustyni, poza tygodniem, poza miesiącem i rokiem. Musiał czekać - sam nie wiedział na co... na pomoc? Ratunek? Zbawienie? Litościwą śmierć? Musiał czekać, pogrążony w zupełnej ciszy, pozbawiony choćby najmniejszej szansy na poprawę swojej sytuacji. A najważniejsze: musiał czekać ze świadomością, że powinien  żyć mądrze. O wiele mądrzej niż  żył dotychczas. Nie dać się oszukać, walczyć, bronić się przed świństwem, stawić czoła każdemu, kto tylko pragnąłby targnąć się na jego zdrowie - a takich było wielu… Sytuacja, w której się znalazł jednocześnie mierziła… i bawiła Martella. Kamienna wieża, w której wyznaczono mu komnatę, wznosiła sie samotnie nad Końcem Burzy, strasząc swą wielkością już z odległości wielu mil. Według kiepskich legend w takich właśnie wieżach więziono krnąbrne i piękne księżniczki, ratowane z opresji przez ambitnych parweniuszy - i o ile Ivory bez wątpienia dostąpiła tego zaszczytu… o tyle Trystane nie miał nadziei na podobny ukłon losu. Może dlatego, że był księciem i w całym królestwie znalazłby niewielu amatorów gotowych ratować jego życie, zwłaszcza w zamian za rękę - co stanowiło element komiczny całej tej…
… niewoli.
Mijały tygodnie, a on wciąż nie zaznał wolności. W komnacie na szczycie wieży niepodzielnie panował chłód -  być może dla mieszkańców Ziem Burzy byłaby to idealna temperatura, jednak Dornijczyk marznął przy każdym oddechu, ukrywając się najczęściej pod trzema warstwami miękkich koców - jednej z niewielu rzeczy, których nie poskąpił mu ród Baratheon.
Mimo to stawy raz za razem wykręcał mu ból, duszę zaś – samotność. Jedyne okno, niewielkie jak luka strzelnicza, wychodziło wprost na wrzosowiska. Trystane każdego dnia patrzył na ten
pozorny bezkres i… cierpiał, tęskniąc za ciepłymi, niemal nieśmiałymi podmuchami wiatru na pustyni. Po jakimś czasie Martell zauważył, że przestał cokolwiek odczuwać - wydawało mu sie, że jego duch opuścił ciało i zawisł nad cielesną powłoką, jakby w zadumie pełnej łagodnej ironii.
Bo czymże jest ciało?
Każdego ranka, jeszcze przed nastaniem świtu, miał wrażenie, że jego dusza umyka bez trudu przez grube mury Końca Burzy i szybuje ku pustyni Dorne, na wolność.
A zatem umarłem, myślał wtedy z dziwną obojętnością w obliczu faktu tak ostatecznego.
Ale nie. Nie umarł. Jeszcze.
Obecność jasnowłosej panny w żadnym stopniu nie przeszkadzała mu podczas pogrążania się we własnych myślach - właściwie… w dziwny sposób ukajała rozbiegane, wciąż wytężone i gotowe na atak zmysły. Po raz pierwszy od wielu tygodni Trystane poczuł, że nie musi obawiać się sztyletu wbitego pod żebra, trucizny dolanej do wina, miecza przebijającego serce - w końcu nikt nie zdobyłby się na morderstwo w obecności tej…
… jak ona właściwie miała na imię?
- Nie pozostaje mi zatem nic innego… jak pogratulować spostrzegawczości, pani. - w szarych oczach błysnęły dziwne iskierki przewrotności, gdy Martell sięgnął po kielich napełniony winem. Trunek zakołysał się w naczyniu kusząco, nim Trystane zwilżył nim usta - cierpi smak alkoholu nie umywał się do dornijskiego aromatu, stanowił jednak jeden z nielicznych punktów dnia, które książę na swój sposób… lubił. Słysząc kolejne słowa jasnowłosej Martell mimowolnie uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, kiwając głową w geście pełnego zrozumienia.
- Nikła sympatia? - brwi księcia podjechały do góry, gdy powtórzył słowa kobiety, wygodniej rozpierając się na drewnianym krześle. - Jesteś niezwykle uprzejma, pani… ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Ci wszyscy ludzie nienawidzą mnie bardziej od własnych teściowych. A to już coś znaczy. - Trystane uniósł kielich w ironicznym geście toastu, po czym upił z pucharu łyk cierpkiego wina, wzdrygając się przy tym nieznacznie. Kolacja już dawno odeszła na dalszy plan - teraz Martell wydawał się zbyt zaintrygowany młodą panną, aby myśleć o posiłku. Coś w jej słowach nie dawało mu spokoju, pozostawiło dziwny posmak, niemal równie intensywny, co ledwie wypity trunek. Książę zmarszczył brwi, przyglądając się czujnie jasnowłosej - dla większości mężczyzn była zapewne atrakcyjna, zwłaszcza z powodu oczu… jednak biodra, zbyt wąskie jak na standardy Trystana, zwiastowały kłopoty podczas połogu - to jednak nie będzie problemem Martella.
- Brak sumienia…? - oczy Dornijczyka zwęziły się nieznacznie, gdy dostrzegł zawahanie dziewczyny - zawahanie na tyle czytelne, by pomogło przejąć mu inicjatywę. Trystane poderwał się z miejsca i w kilku zwinnych, niemal niepokojących w swej zręczności ruchach znalazł się przy jasnowłosej, zajmując krzesło tuż przy jej lewym boku - całe zajście trwało nie więcej niż trzy uderzenia serca i nawet kryjący się za drzwiami strażnicy mieli ograniczony czas reakcji… co zadziałało wyłącznie na korzyść Martella.
- Mam sumienie, złociutka. - książę rozchylił usta w lekkim uśmiechu, ujmując bladą dłoń dziewczyny zaciśniętą kurczowo na nóżce kielicha. Wbrew wcześniejszym podejrzeniom Dornijczyka, jej skóra była… ciepła. Nie tak, jak nagrzane słońcem piaski Dorne, ale…
- Moje sumienie to słaba, zwiędła rzecz. Nie mogłaby ocalić ani Ciebie, ani kogokolwiek innego, nawet od podmuchu nieco silniejszego wiatru. - Trystane westchnął, głęboko i przeciągle - jego kciuk ostrożnie przesunął się po drobnych knykciach kobiety, wędrując spokojnie coraz niżej, aż ku zgrabnemu nadgarstkowi. - Nie domyślasz się nawet tego, co robiłem, pani. Rzeczy okropne, złe, odrażające. Gdybym o nich opowiedział, dostałabyś zapewne torsji… - Martell wzruszył ramionami, zataczając delikatne okręgi na drobnym nadgarstku jasnowłosej. Wystarczył mu sam dotyk, bliska obecność drugiego człowieka, najmniejsza oznaka… wsparcia, nawet jeśli miałaby być wymuszona i podszyta strachem. - Dręczą mnie od czasu do czasu, ale mówię sobie, że miałem powody... - Trystane zamilkł, unosząc wzrok na łagodną twarz jasnowłosej - po raz kolejny okazało się, że miał rację.
Oczy były tym, co posiadała najpiękniejsze.  
- Dzień za dniem przemija, niewyobrażalne staje się codzienne, odrażające staje się nudne, nieznośne staje się rutyną. Spycham to wszystko w mroczne zakątki swego umysłu. Niewiarygodne, co się tam mieści. - Martell pokręcił lekko głową, mrużąc oczy, zupełnie jakby oślepiało go słońce - uścisk jego palców na nadgarstku nasilił się nieznacznie, gdy książę uniósł dłoń jasnowłosej do ust. Nim złożył na ciepłej, gładkiej skórze pocałunek, zahaczył czubkiem nosa o delikatne palce, nasycając nozdrza zdumiewającą wonią kwiatów, wina, chyba wosku… - To zdumiewające, z czym można żyć. - mruknął tak cicho, że panna najpewniej go nie dosłyszała - a jeśli nawet udało jej się zrozumieć słowa, Trystane zupełnie się tym nie przejmował. Jego wargi musnęły gładką skórę dłoni, składając na niej lekki pocałunek, podszyty błąkającym się na ustach uśmiechem. Martell dopiero po dłuższej chwili wypuścił nadgarstek jasnowłosej z uścisku, zupełnie jakby pragnął odłożyć ten moment w czasie. Kiedy tylko Trystane zaczynał wzbudzać odrobinę sympatii, z jego ust padały słowa, które  sprawiały, że niechęć do niego powracała niczym fala - dlatego teraz wyjątkowo postanowił… milczeć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Główna Sala   

Powrót do góry Go down
 

Główna Sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-