a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Sala turniejowa



 

 Sala turniejowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Sala turniejowa   Sro Maj 01, 2013 8:22 pm


Sala Turniejowa



To jedna z bardziej reprezentacyjnych sal na całym Południu - są nazwę wywodzi od olbrzymiej ilości wszelkiego rodzaju broni, wiszących na ścianach zarówno jako ozdoby, jak i ewentualna broń w razie ataku. Sala zdobiona jest również freskami z polowań oraz trofeami z wypraw łowieckich - i tak oto goście rodu mogą podziwiać imponujące jelenie rogi, łby olbrzymich dzików, niedźwiedzie skóry a także wypchane sokoły, które kiedyś wiernie towarzyszyły Baratheonom podczas polowań.







Ostatnio zmieniony przez Aylward Baratheon dnia Sob Paź 31, 2015 12:27 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sro Sty 22, 2014 11:12 am

/ Dziedziniec

Aby zasłużyć na miano arcywroga, nie wystarczy jedynie z godnym podziwu uporem oraz ślepą wręcz ufnością zachodzić Allyi za skórę. Droga do zostania jej życiowym przeciwnikiem jest o wiele bardziej skomplikowana, wiele ścieżek wciąż nie zostało odkrytych, zaś za każdym zakrętem czyhają niebezpieczeństwa, przy których snarki i grumkiny to wyłącznie opowieści starych nianiek (bowiem nikt chyba nie wątpi, że rzeczywiście istnieją?). Kiedy jednak komuś, po wielu próbach oraz trudach, nareszcie uda się osiągnąć cel i przyjąć tytuł arcywroga Allyi Baratheon - cóż, ujrzenie jej nieuczesanej o bladym świcie to zaledwie antrakt przed właściwą częścią zemsty. I jedynie bogowie wiedzą, czy już wkrótce ktoś się o tym boleśnie nie przekona…
Nie mogła zatem nazywać Tranta arcywrogiem, gdyż pomimo wielu prób, mniej lub bardziej udanych, nadal nie zasługiwał na ten tytuł (podobnie jak na tytuł rycerski, lecz to przemyślenie zwykła zachowywać dla siebie). Winienie go za całe zło na świecie, owszem, było wygodne, ale nijak miało się do prawdy. Odczuwanie ciągłej irytacji jego obecnością, jak najbardziej uzasadnione, nie miało jednak przełożenia na osoby trzecie. I w końcu najważniejsze - Vaalo choć w jednym miał rację. Żaden strażnik o zdrowych zmysłach nie wytrzymałby przy Baratheonównie dłużej niż dwa księżyce… dlatego Allya nieraz dziękowała bogom, że Trant jest niezrównoważony.
- O jednym mogę Cię zapewnić, ser. - jej usta wygięły się w delikatnym grymasie, gdy spojrzała na niego tak, jakby miała zamiar wyrwać mu serce i nakarmić nim kruki. Co w sumie nie mijało się z prawdą. - Nawet za czterdzieści dni imienia, gdy uroda już przeminie, ja nadal będę darzyć Cię równie mocną nienawiścią. Podejrzewam, że to jedyne uczucie, które będzie trzymał zasuszoną Allyę przy życiu. - uśmiech na jej ustach wnet potwierdził prawdziwość tych słów, jakby Baratheonówna mówiła: „a Ty, szlachetny rycerzu, przez cały ten czas wciąż będziesz trwał na straży!”. Wizja spędzenia kolejnych czterdziestu lat z Trantem u boku była przygnębiająca… do momentu, w którym Allya nie uświadomiła sobie, że zniweczy mu tym życie. A czyż mogłaby się zdobyć na drugi, równie okrutny w swej prostocie plan? Plan, który Vaalo mógłby zniweczyć decyzją ożenku… jednak póki co na horyzoncie nie pojawiła się żadna kandydatka. I nic nie zapowiadało, by miało to ulec rychłej zmianie.
- „Bardziej zbliżony do człowieka, niż do wybryku natury”? Pochlebiasz sobie, ser. Zupełnie jak dziewka przed lustrem. - odparła, splatając ręce na piersi. Trant naprawdę sądził, że zaryzykowałaby i pozwoliła w jakikolwiek sposób uszkodzić bukłak z winem? Najpewniej sama rzuciłaby się na jego ratunek, za nic mają otarcia i siniaki, zaś po wszystkim zbluzgałaby Vaalo za brak uwagi oraz wystawianie na niebezpieczeństwo rodowego mienia… mając oczywiście na myśli trunek. Do tego jednak nie doszło, zaś sama Allya popełniła błąd feralny, okazując przy Trancie słabość… czy też raczej: całą siłą woli nie mogąc pokonać zmiany, jaka zaszła na jej twarzy. Defekt, jak sama określała rumieńce, był chwilowy, jednak dostarczył strażnikowi pożywki na najbliższą dekadę. I za to Baratheonówna przeklęła się w myślach, dumnie unosząc podbródek.
- Nie jestem dzieckiem. - z pozoru spokojny ton głosu jedynie maskował szczerą chęć uderzenia Vaalo w uśmiechnięte usta. Racja, nie była dzieckiem. Była kobietą. Zaś wypominanie jej płci rumieńca… Baratheonówna pokręciła lekko głową, odganiając natrętne myśli. Na dobrą sprawę już teraz z chęcią pozbyłaby się zarówno Tranta, jak i jego bukłaka bez dna, jednak jak jej strażnik nie dawał za wygraną. Gdy ruszyła w stronę zamku, wyrzucił z siebie kilka kolejnych uwag godnych zgryźliwego starca, po czym, jakżeby inaczej - podążył w jej ślady. Biedny, naiwny Vaalo nie przewidział jednak, że od momentu opuszczenia dziedzińca aż do dotarcia w progi sali turniejowej minęło kilkanaście uderzeń serca… czyli wystarczająco wiele czasu, by humor kobiety uległ zmianie niczym kierunek wiatru nad Końcem Burzy.
Gdy Allya zasiadła za stołem, do tej pory rozbawiony, zagniewany bądź poirytowany wyraz twarzy zniknął bezpowrotnie - wraz z wkroczeniem w mury zamku swych przodków, natychmiast zrozumiała, że zmęczenie podróżą w żadnym stopniu jej nie usprawiedliwia. Powinna spędzić tą noc, a także następne, wyczekując na jakiekolwiek informacje od swych braci. Jednak zarówno Orys, jak i Aylward milczeli uparcie, zupełnie jak…
Martwi.
- Przynieście wina. - rzuciła pod nosem, nawet nie spoglądając w stronę służki, dzielnie wyczekującej na rozkaz Allyi. Wzrok Baratheonówny spoczął na Trancie, jakby oczekiwała, że ten odpowie na niewypowiedziane przez nią pytanie. Dopiero po dłuższej chwili podobnego milczenia, sięgnęła po puchar napełniony już trunkiem i przysunęła go do siebie.
- Jak sądzisz, wrócą? - zagadnęła nagle, uciekając wzrokiem na najbliższą ścianę. Nawet ona bała się przeczącej odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
20
Join date :
22/12/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Sty 26, 2014 4:52 am

Nie mogła nazwać go arcywrogiem? Ale... Jak to? To na co on się starał przez te lata? Czemu doświadczał tyle wyrzeczeń i poświęceń? Wystarczy jeszcze napisać, że Allya Baratheon tak naprawdę darzyła go mniejszą, lub większą sympatią, a cały światopogląd Tranta zapewne legnie w zgliszczach. Za to można być pewnym, że Vaalo nie lubi sobie robić wrogów. Tak... I nawet taką najgorszą, najpodlejszą i najzimniejszą kobietę w całym Westeros nawet lubi. Może nie nazwałbym tego uwielbieniem, ale z pewnością znajduje się to pomiędzy kategorią osób, którym mówi się dzień dobry, a osobami, którym odpowiada się cześć. Czyli nic więcej jak zwyczajny człowiek, którego mija się na ulicy, a widziało się go zaledwie kilka razy. Co prawda Baratheonównę widział codziennie, ale nie sądził (bądź też nie chciał się przyznać), żeby obdarzył ją jakoś większą sympatią. Była to po prostu jego praca, którą wykonywał nader sumiennie, zupełnie tak, jakby robił to na przekór "swojej" ukochanej lady,
- Wybacz mi Pani, ale suszone łanie nie są najwybitniejszym daniem. Znacznie lepiej brzmi Lwica, czy też Wilczyca. - odpowiedział, zwyczajnie porównując ją do Lannisterów i Starków. Te dwa rody miały w sobie coś, co czasem intrygowało Tranta. A Allya? Nie komentujmy! - Jednak miło mi wiedzieć, że Twoja nienawiść nie jest tak wielka, żeby o mnie zapomnieć. W końcu człowiek ginie z momentem, w którym zapominają o nim inni. - może i kolejne zdania były trochę zbyt poważne, ale Vaalo akurat naszło na taką filozoficzną dysputę. Szybko jednak od niej odstąpił uważając, że w tej kwestii lady akurat zbyt dużo do powiedzenia z pewnością mieć nie będzie. Trzeba było wrócić do sprawdzonej taktyki. - I właśnie z tego powodu, gdy już zostanę zwolniony ze służby, będę pił na umór, moja Pani! Alkohol świetnie wymazuje wspomnienia przy odpowiedniej jego dawce. - dodał z niezwykle szczerym, szerokim i wrednym uśmieszkiem, który był dla niego dość charakterystyczny. Niczym błazen wprawiający się w rolę kata i zakładający pętlę na szyję biednego skazańca. A jeśli zaś chodzi o jego ożenek, to niestety niczego nie można być pewnym. Prawdą było, że jemu samemu nie spieszyło się do takowego, ale ojciec może miał inne plany. W końcu raz już do ożenku by doszło, prawda? Uratowała go służba u Baratheonów, o czym Allya może nie wiedzieć. Teraz jednak sam rycerz zastanawia się czy aby na pewno dobrze wybrał. Ochrona Baratheonówny to podobny związek. Z tą różnicą, że musi za nią łazić i nie może jej zamknąć w komnacie na całe tygodnie. A to akurat jest bardzo przydatne prawo!
- Retoryka była jedną z nauk, którą musiałem sobie przyswoić. Jak widać całkiem nieźle idzie mi udawanie. - oczywiście, że tak sądził. Ta kobieta była nieobliczalna. Nawet kiedy podawała Ci wino nie było pewności, że nie ma w nim jadu jakiegoś przeklętego węza. Właśnie dlatego Vaalo z pewnym dystansem spoglądał na kobiety. Były one dalece bardziej niebezpieczne niż mężczyźni. Może nie tak samo silne, może i bez pojęcia o boju oraz taktyce, ale za to uparte i zawistne. Zrań taką, a może się okazać, że nigdy Ci tego nie zapomni i będzie knuła w cieniu. Mąż za to weźmie miecz i co najwyżej idzie się pochlastać. Jeśli zaś chodzi o okazywanie słabości, to Baratheonównie powinno zdarzać się to znacznie częściej. Vaalo przynajmniej mógłby zapełnić swoje zwoje kolejnymi, drażliwymi dla tej damy, punktami. Im więcej asów w rękawie, tym dłużej można grać w pokera. Z tą różnicą, że w owych czasach niestety takowego nie było.
- Pewnie, że nie. To tylko nagły napływ krwi do policzków. Typowa, niewieścia przypadłość. - uciął temat, nie zamierzając się już nad nią znęcać. Przynajmniej na pewno nie będzie tego robił świadomie i nie w tym momencie. Tak zdobytymi informacjami trzeba się delektować i chować na przyszłe czasy, żeby wyciągnąć je ponownie w odpowiedniej chwili. Wtedy cały fakt będzie podwójnie zawstydzający dla samej dziewicy! Czyż nie? Na zmiany humoru był jednak zawsze gotowy. Nie jest w stanie policzyć ile to razy był już proszony o zostawienie jej, żeby później musieć robić przed nią jeszcze jakieś uniki. Niestety, ale kobiety z Ziem Burzy były lekko żywiołowe.
Sam Trant natomiast nie zamierzał siadać przy stole. Zamiast tego krążył sobie spokojnie po całej sali, kolejny raz oglądając każdy jej zakamarek i podziwiając dbałość o szczegóły z jaką została ona zbudowana. Czego, jak czego, ale kunsztu budowlanego z pewnością Końcu Burzy odmówić nie można. Vaalo nie zwracał za to uwagi na Allyę, która nawet kazała sobie przynieść wina. Dopiero jej pytanie sprawiło, że przeniósł swoje oczy na sylwetkę lady. Z początku zamrugał kilka razy, aby zaraz uśmiechnąć się pod nosem. Mogło to zostać odebrane jako wykpienie kobiety, ale nic z tych rzeczy. Trant po prostu cieszył się wiedząc, że ta zimna niewiasta jednak o kogoś dba.
- To jest wojna. Mogą wrócić na koniu, lub niesieni przez żołnierzy. - powiedział poważnym głosem, teraz stawiając kolejne kroki w stronę Baratheonówny. - Trucizny, strzały, miecze, topory. Gdyby była to bitwa rycerska, wtedy wszystko zależałoby od umiejętności każdego z osobna. Jednak... Tu jest inaczej. Motłoch, gawiedź, plebs. Wszystko to rzuca się na najbogatszych i najbarwniejszych wojów, żeby dobrać się do ich ekwipunku i pieniędzy. Tutaj nie ma miejsca na honor. Jest jedynie rzeźnia. No i nawet najlepszego rycerza zabiją dwa tuziny wideł, czy zbłąkana strzałą. - kontynuował, ale przestał, kiedy znalazł się już obok Baratheonówny. Wtedy też oparł się rękoma o stół i delikatnie nachylił w jej stronę. - Wierzysz w swoich braci? W ich umiejętności? - dwa, proste i z pozoru związane ze sobą pytania. Trant spodziewał się odpowiedzi. Każdy w takiej sytuacji odpowiedziałby, że tak. Najważniejsza była jednak mimika twarzy. To ona wszystko zdradzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Pon Sty 27, 2014 8:42 pm

Allya nigdy nie rozdawała tytułów zbyt chętnie, zwłaszcza tych szczególnie uprzywilejowanych, jak miano „arcywroga” choćby - ten fakt Trant, pomimo swego ptasiego móżdżka, najpewniej już niejednokrotnie zdołał zauważyć i zakodować w swej bezdennej studni gromadzonych teorii na temat Baratheonówny. Gdyby ta jednak wiedziała, że wystarczyłoby jedno, co prawda plugawe, lecz zaskakujące w swej prostocie zdanie, by zniszczyć cały światopogląd Vaalo…! Bogowie tylko wiedzą, jak wiele rozkoszy przysporzyłaby jej owa myśl, jak długo rozkoszowałaby się smakiem słów w ustach, niczym najwyborniejszym winem, jak bardzo pragnęłaby zachować je dla siebie, walcząc jednocześnie z ochotą wykrzyczenia mu prawdy w twarz! Czy jednak, już na samym końcu tej batalii, rzeczywiście zdecydowałaby się na podobny krok? Zniszczenie Tranta oznaczałoby koniec rozrywki, zamknięcie ulicznego teatrzyku, powrót do monotonni życia latorośli potężnego rodu. Vaalo straciłby wiarę w siebie, opadł z sił, być może zrezygnował z ciągłego dogryzania Baratheonównie, skoro ta i tak nie obdarzyła go mianem swego największego wroga… Allya nie mogłaby tego uczynić. Nie sobie. Pal licho Tranta, gdyby zechciał powiesić się na końskiej uprzęży w stajni, ruszyłaby mu z pomocą i zabrała stołek spod nóg! Jednak jak zwykle chodziło o nią. O jej poczucie zadowolenia. O jej wygodę. I jej rozrywkę. Była potworem? Skąd. Potwory w końcu zabijają swe ofiary, skracając ich męki. Allya zaś nie miała zamiaru ułatwiać niczego Trantowi. Rzecz można, iż przyjęła wręcz odwrotną taktykę…
- Już wkrótce będziesz mógł zakosztować i w jednej, i w drugiej. Kto wie, może któraś się zmiłuje i weźmie Cię na służbę? - odparła spokojnie, wpatrując się spod przymrużonych powiek w Vaalo. Baratheonówna mówiła oczywiście o dwóch damach, które zostały przyrzeczone jej starszym braciom. Lady Lannister oraz Lady Stark… Wilczyca i Lwica. W kącikach jej ust zaigrał uśmiech, kiedy odrzuciła ciemne włosy na dumnie wyprostowane plecy.  
W tych małżeństwach ani po Aylwardzie, ani po Orysie nie będzie czego zbierać.
Czy była krytycznie nastawiona do planów ożenku swych braci? Ku własnemu zaskoczeniu… wręcz przeciwnie. Mogliby z kagankiem szukać dwóch równie odpowiednich partii, a choć Allya nie znała Maureen i Aryany… potrafiła słuchać. Zaś na temat obu dam, zwłaszcza w stolicy, co wyżej urodzeni mieli sporo do powiedzenia. Przyjaźń pomiędzy tymi kobietami pomimo komplikacji losu, jakie napotkały, wprawiała Baratheonównę w swego rodzaju zakłopotanie, czego nie chciała przyznać nawet przed sobą. Jeśli odwiedzą Koniec Burzy, ba! Wprowadzą się do niego, to Allya wnet poczuje się niczym gość we własnym domu. Nie potrafiła zaprzyjaźniać się z kobietami. Nie umiała. Wrodzona nieufność nakazywała jej trzymać się z daleka od przedstawicielek płci pięknej, których nie znała od dzieciństwa. Sybille była tu wyjątkiem, stały się dla siebie niczym siostry… i być może zostaną zmuszone do zachowania siostrzanej solidarności, gdy dla świętego spokoju Baratheonówna osiądzie w Evenfall Hall.
- Alkohol poza wspomnieniami, wymazuje najwyraźniej również zdrowe zmysły. Choć akurat to już Ci nie grozi. - odrzekła, odwzajemniając niezwykle szczery, szeroki i wredny uśmiech Vaalo. Od małpiego grymasu prawie natychmiast zaczęły boleć ją policzki, przez chwilę obawiała się nawet, że już na wieki tak jej zostanie i będzie wyglądać gorzej niż Trant… co, powiedzmy wprost, jest nie lada osiągnięciem. Gdyby tylko Allya wiedziała, że nieświadomie przyczyniła się do uratowania swego strażnika przed mariażem, najpewniej do końca życia przeklinałaby w duchu zarówno siebie, jak i ojca. Małżeństwo zawsze oznaczało dla niej mękę większą nawet od skazania na towarzystwo Tranta… co plasowało zaaranżowany ślub na samym szczycie nieszczęść, jakie mogą spotkać kobietę.
- Obyś udawał wyłącznie za dnia, ser. Twej przyszłej małżonce retoryka w alkowie mogłaby nie przypaść do gustu. - niebieskie oczy zabłyszczały złośliwie niczym u chochlika z opowiadań starych nianiek. Kobiety stanowiły siłę, której większość mężczyzn nie chciała bądź też wolała nie doceniać. Tymczasem to właśnie one mogłyby rządzić całymi potęgami… mogły też całe potęgi niszczyć. Ich prawdziwą bronią zaś nie były łzy, lecz to, co miały pomiędzy nogami. O tym jednak mężowie muszą przekonać się sami.  
Być może dlatego Allya nigdy nie zwykła okazywać słabości - nigdy nie uciekała się do półśrodków, by osiągnąć swój cel. Przez lata dbała o własną gruboskórność i niedostępność, rzadko też kiedy dopuszczała do siebie myśl, by przez zwykłą nieuwagę zaprzepaścić zajętą pozycję. Bywały jednak dni, gdy nawet ona musiała spuścić z tonu, ugiąć się pod ciężarem, jaki na jej barki złożyła wojna. Nigdy jednak nie szukała oparcia u osoby trzeciej, nie posunęłaby się do tak miernych czynów. To ona miała być opoką. Dla rodzeństwa, rodziców, przyjaciół. I nic, nawet chwile zwątpienia, nie mogły tego zmienić. Dlatego też, gdy tylko Trant zabrał głos, spojrzała na niego znad pucharu wina, starając się zachować kamienną twarz. Nie musiał tłumaczyć jej, czym była wojna. Większość dzieciństwa wolała spędzać z braćmi na naukach strategii niż dzierganiu chustek. I choć nigdy nie słyszała zgiełku bitwy, nie widziała krwi wroga wsiąkającej w ziemię… potrafiła słuchać. Głosu Aylwarda, który załamywał się, gdy ten opowiadał o śmierci kolejnych kompanów. Suchego spokoju Orysa, mówiącego o morzu zabierającym najlepszych żeglarzy. Retoryka przemijania nie była jej obca, nie obawiała się też odejścia z tego padołu… o wiele większym przerażeniem napawała ją myśl, co później.
- Wierzę w swych braci bardziej niż w siebie. Wierzę w nich mocniej niż w bogów. - jej głos, spokojny, tak odmienny od reakcji, jaką chwilę wcześniej starała się zamaskować kielichem wina, mógł być najlepszym świadectwem przekonań Baratheonówny. Jednak… - Jednak wiem też, że ich największym wrogiem są oni sami. Nie mogą się bronić przed uderzeniem. Nie wiedzą, kiedy nastąpi. A gdy cios w końcu zostanie zadany… - szczupłe ramiona powędrowały delikatnie do góry, gdy bezradnie nimi wzdrygnęła, zupełnie jak dziecko. Dziecko zaciskające kurczowo kielich z winem w dłoni. - … gdy cios zostanie zadany, zostaną jedynie marnym wrakiem dawnego siebie, cieniem świetności. Wojna zmienia ludzi. I nigdy nie robi tego na lepsze. - usta Allyi powędrowały do brzegu pucharu, już po chwili stykając się z rubinową taflą wina. Dopiero po chwili ciemne brwi zmarszczyły się lekko, jak gdyby Baratheonówna dopiero co zauważyła Tranta, który nie wiedzieć kiedy zniwelował odległość. Upiła łyk trunku, z trudem go przełykając. Nawet i na to odeszła jej chęć.
- Masz wolne przez resztę wieczoru. Odwiedź dom uciech, zjedz kolejny udziec dzika albo pograj w karty. Potrafię trafić do własnej komnaty. - rzuciła oschle, odrywając wzrok od Vaalo i wbijając jasne spojrzenie w wiszący na przeciwległej ścianie arras. Trant powinien szybko się decydować, nim Allya zmieni zdanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
20
Join date :
22/12/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lut 02, 2014 2:55 am

W takim razie nadawałaby się idealnie na króla! On chyba też był do takich zabaw niezbyt chętny. Jednak czy powinniśmy się mu dziwić? W końcu nie może sobie wybrać zaufanych ludzi spośród tylu zdradzieckich twarzy w królestwie. Podobieństwa tutaj się już kończą. Aerys ma bowiem pewnie cieplejsze serce i bardziej przyjazne usposobienie, niż nasza dama. Jeśli o nią chodzi, to widać tutaj pewną niespójność w myśleniu. Czy jeśli sam Trant by zginął, to nie osiągnęłaby podobnego efektu jak w przypadku złamania go? Nie miałby jej kto dogryzać, nie miałaby się z kim przekomarzać, ani kogo podziwiać . Trant widział jak Allya patrzy na niego maślanymi oczyma. Może to przez ukryte uczucia, a może po prostu miała alergię, ale doskonale pamięta ten moment. W takim razie powinna się rzucić mu na ratunek, zdjąć uprząż z szyi i w razie czego wykonać jeszcze resuscytacje krążeniowo-oddechową. Oczywiście jeśli tylko wcześniej zdążałaby wypłukać ze swoich ust ten cały jad, który ścieka na ziemię tak, jak ślina grubego lorda na widok porządnie podpasionego zwierza.
- Myślisz, że byłyby takie dobroduszne i zabrałaby mnie od tej harpii, której teraz pilnuję? Gdyby jeszcze była urodziwa, to bym może jakoś to zniósł, a tak muszę wystawiać każdego dnia moje rycerskie cnoty na szwank. - odpowiedział, wzruszając delikatnie ramionami. Niech sobie nie myśli, że Vaalo by się nawet przez moment zawahał. Gdyby tylko miał okazję, to spakowałby wszystko co posiada i wyjechał do innej damy. A do cholery z pakunkami! Pojechałby tam nawet tak, jak teraz stoi. Rzeczy po prostu by mu dostarczono. A jakie by miał tam wystawne życie! Z pewnością nie słuchałby już tego paskudnego głosu, który brzmiał tak, jakby ktoś jeździł paznokciami po najgłośniejszym materiale, jaki istnieje na świecie. Równie obrzydliwe słowa wydobywały się za to z filigranowych, delikatnych ust zupełnie tak, jakby z ciała wylatywał fetor śmierci. Taki kontrast był naprawdę rzadko spotykany i z tego powodu Allya może czuć się wyróżniona. Po raz kolejny muszę jednak złożyć wyrazy współczucia temu, który planuje być jej mężem, o ile taki wariat w ogóle istnieje. Jestem pewien, że w dzień przed zaślubinami Trant przyszedłby do niego ze sznurem i dał mu wybór. Albo zakończy swój żywot teraz, w spokoju, albo będzie użerał się ze smoczycą w jeleniej skórze do końca życia.
- Czyli mam rozumieć, że "w trosce o Twoje bezpieczeństwo i zdrowie" od tej pory mam konfiskować wszelaki alkohol, który wpadnie w Twoje ręce? Wiesz, że mogę do tego przekonać Lorda Baratheona. - zagadnął cytując poniekąd swoje obowiązki. Zawsze mógł pójść do pana zamku i zwyczajnie wyjaśnić zaistniałe fakty, trochę je podkoloryzować, powiedzieć iż obawia się o zdrowie jego córki, przewiduje możliwość systematycznego podtruwania wina w małych dawkach, aby śmierć odkładała się powoli w ciele Allyi i voila! Wszystko byłoby gotowe. I szkoda, że Trant nie wiedział o liście lady, bo z pewnością spraszałby tutaj wszystkich kawalerów z Siedmiu Królestw. Któregoś lord Baratheon by wybrał, a wtedy adios Allya, witaj wolności!
- Oh, jakaś Ty domyślna Pani. Nie tak dawno rumieniłaś się niczym najrozkoszniejsza dziewczynka, a teraz twierdzisz, że wiesz co się robi w alkowie? Widziałaś to chociaż? - zapytał z szelmowskim uśmieszkiem, spodziewając się zapewne odniesienia do jego osoby. Jeśli Allya będzie chciała coś powiedzieć o jego podbojach, to zwyczajnie przegra. Przewidywalność jest pierwszym krokiem do windy, która zwie się porażką. No i jedzie tylko w dół, bo inaczej logika Tranta nie miałaby najmniejszego sensu!
Dobrze, ze zdawała sobie sprawę z tego, czym dla mężczyzn była wojna. Mogą tylko wyglądać tak, jakby się w nie lubowali, jakby czekali na nią z utęsknieniem i chcieli za każdym razem wykazać się swoim męstwem, oraz honorem. Prawda była jednak inna. Każda bitwa zostawiała piętno na ich psychice, oraz sercu. Nie zapominali żadnej twarzy, którą stracili, bądź też zabili. Szczególne jest pierwsze zabójstwo drugiego człowieka. Trant do tej pory pamięta minę tamtego mężczyzny, jego oczy, z których powoli ulatywało życie, rozchylone usta z krwią gromadzącą się w ich wnętrzu i ciężar ciała, które najpierw uderzyło o jego bark, żeby następnie z hukiem porównywalnym do upuszczenia zbroi upaść na ziemię. Pod tym względem kobiety miały o wiele lepsze życie.
- Z całym szacunkiem dla Twych braci... Bogowie są jednak silniejsi. - zaczął, uważnie obserwując jej reakcje. Nie wiedział do końca, czy to wzdrygnięcie ramionami było jedynie elementem teatrzyku, czy też prawdziwymi uczuciami Baratheonówny i nie zamierzał tego dociekać. Przez tę dekadę spędzoną przy jej boku znał ją na tyle, żeby bez problemu stwierdzić, że nawet gdyby był to okaz bezradności, to ona i tak się do tego nie przyzna. Mógłby ją podręczyć, bo przecież teraz miał ewidentną ochotę, ale niestety nie był aż tak wredny. Może i ona dałaby radę, ale on zwyczajnie nie umiał. Nie używając takiego tematu.
- Rany na ciele to jedno, racja. Jednak z uciętą ręką też za dużo nie zdziałają. - dodał mimowolnie i złapał za krzesło stojące obok. Nie będzie przecież stał przez resztę wieczoru po prostu wgapiając się w Allyę. I właśnie miał też posadzić swoje szanowne litery na siedzisku, kiedy Baratheonówna zarządziła dla niego fajrant. Poważnie? Myślał, że przynajmniej będzie się starała maskować targające nią uczucia, ale najwyraźniej nie była w stanie się do tego przymusić. Trant, jak gdyby nie słysząc jej wcale, rozsiadł się wygodnie i wyprostował nogi rozkładając je pod stołem. Osunął się delikatnie na krześle i podstawił rękę pod głowę.
- Nie ma mowy. Wolę Cię jeszcze trochę podobijać moim towarzystwem. Zresztą mogę być potrzebny. Mogą Ci się skończyć przecież chusteczki do ocierania łez. - zarzucił, siląc się na złośliwości, co niestety słabo mu wyszło. Jakoś nie umiał się zebrać w sobie, żeby teraz zostawić tę kobietę, ale przecież sam się do tego też nie przyzna. Przecież... Żyje z nią dziesięć lat! To niemożliwe, żeby ją od tak zostawił, kiedy ta się podłamuje. Dręczenie takiej Allyi nie będzie przynosiło mu żadnej satysfakcji. Zostanie, upewni się, że ta pozbierała się do kupy, wyprze się faktu iż chciał jej pomóc, a później znowu będą żyli tak, ja dawniej. Idealnie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lut 02, 2014 7:56 pm

Nie od dziś wiadomo, że kobiety sprawują władzę o wiele lepiej… a nade wszystko - skuteczniej od mężczyzn. I choć w Allyi czasami było więcej męża niż w samym Trancie, nigdy nie wątpiła w siłę, jaką gwarantowała jej płeć. Kobiet nikt nie traktował jak wrogów (poza samymi kobietami, rzecz jasna), co znacznie ułatwiało im życie wśród wiecznego zagrożenia na królewskim dworze. Co jednak najważniejsze, paradoksalnie niecne plany oraz przerażające intryg wychodziły właśnie od szlachetnych dam, zupełnie jakby dolewaniem trucizny do napojów umilały sobie czas pomiędzy spacerowaniem po ogrodach a wyszywaniem jedwabnych chustek. Przykład? Nie ma konieczności, by szukać go w odległej historii - wystarczy spojrzeć na to, co zaszło w Dorne… i co stało się przyczyną tej bezmyślnej, krwawej wojny.
Niespójność w myśleniu? Jest kobietą, na litość bogów! Nawet najbardziej nieprawdopodobne i pokręcone scenariusze są dla niej jak najbardziej logiczne, prawdopodobne oraz osadzone na mocnym gruncie racjonalizmu. Po cóż jednak strzępić sobie język i wykładać Trantowi meandry kobiecej psychiki, gdy on sam twierdzi, że pozjadał wszystkie rozumy? Jeśli sądzi, iż jest wszechwiedzący, niechże dalej trwa w tym zakłamanym przekonaniu, niech sądzi, że spojrzenia, jakie rzuca mu Allya to zaloty, a nie zwykłe oznaki odrazy, śmiało! Wyprowadzanie go z błędu byłoby nie tylko wielce niestosowne, bowiem Baratheonówna musiałaby przyjąć do świadomości, że ktokolwiek mógł pomyśleć, iż darzy swego strażnika nieszczęśliwym uczuciem, ale także nad wyraz męczące… bowiem Vaalo i tak nie przyjąłby faktów do świadomości. Znacznie łatwiej było mu trwać w mydlanej bańce własnych urojeń, niż przyznać się do smutnej, szarej rzeczywistości i w końcu pojąć, że Allya szczerze go nie znosi. Bezwarunkowo i na wieki wieków.
- Ta harpia której służysz, wciąż nie wydrapała Ci oczu, choć to byłby najpiękniejszy prezent na jaki mogłaby sobie pozwolić. Zamiast więc mamrotać o Twych… wątpliwych, rycerskich cnotach, podziękuj jej za mimowolną dobroduszność i módl, aby następnym razem nie zmieniła zdania. - odmruknęła spokojnie, najwyraźniej wciąż żywiąc nadzieję, że pewnego pięknego dnia Trant rzeczywiście spakuje mierny dobytek i odjedzie w stronę zachodzącego słońca na niedożywionej chabecie, żeby dręczyć swymi wątpliwymi wdziękami inną, nieszczęsną damę. Bogowie okazaliby się dla Allyi niezwykle litościwi… zaś dla jej następczyni nad wyraz okrutni. Która bowiem bezinteresownie przyjęłaby lekko… dobrze, nie oszukujmy się - dość mocno zaniedbanego tucznika, jakim był Trant? Pas i rycerskie ostrogi nie czyniły z niego wojownika, a mowa rozwiewała wszelkie wątpliwości - choć z początku można by mieć nadzieję, że rozum rekompensuje braki w prezencji, dość szybko i te złudzenia zostają rozwiane przez wiecznie zapijaczony, zionący przetrawionym wińskiem bełkot Vaalo.
- W trosce o moje bezpieczeństwo i zdrowie lepiej, byś tego nie robił. Wszak i ja mogę szepnąć panu ojcu kilka słów… przez co wnet jego wdzięczność za Twe usługi może drastycznie zmaleć. - odparła z uroczym uśmiechem, odgarniając za ucho niesforny kosmyk włosów, który wymknął się z warkocza. Naturalnie, nigdy nie posunęłaby się do tak prostego chwytu i pobiegła na skargę do swego ojca, jednak delikatnie zawoalowana groźba… cóż, nigdy nie mogła zaszkodzić. Lord Baratheon najpewniej chętnie wysłuchałby obu wersji wydarzeń, po czym delikatnie zasugerował, aby wiecznie skłócona dwójka wybrała szczególnie twarde, drewniane miecze i rozwiązała spór na dziedzińcu, zupełnie jak dzieci wkraczające na wojenną ścieżkę. Udowodniłby tym samym, że ich zachowanie nie jest adekwatne ani do wieku, ani do pochodzenia… a przy okazji pośmiałby się z dwójki dorosłych ludzi chcących pozabijać się kawałkami skleconych desek.
- Nie wiem, kogo Ty obserwowałeś w alkowie, aby zdobyć jakiekolwiek doświadczenie i świecić przede mną wszechwiedzą, lecz ja nie muszę uciekać się do podobnych… procederów. - ucięła krótko, wymownie odwracając się plecami do Tranta. Jeśli pragnął chwalić się swymi łóżkowymi zdobyczami, powinien uciąć sobie krótką pogawędkę z Aylwardem. Dzięki temu Vaalo na pewno przez długi czas nie przebąknąłby ani słowem o tym, kiedy, gdzie i komu rozdawał choroby weneryczne.
Stosunek mężczyzn do wojny nie był tajemnicą, której nie mogłaby poznać kobieta za pomocą tylko samej obserwacji. Każdy mąż lubi płeć piękną (a kto nie lubi?) i nie czyni z tego tajemnicy. Każdy też lubi władzę - po cóż miałby się kryć ze swoją namiętnością? Jej bracia nie byli w tym przypadku wyjątkami. Lubi ją bardzo. Każdą władzę. Gdy byli młodzi, do krwi walczyli ze sobą na dziedzińcu, potrafiąc nawet z niepozornej skrzyni po owocach uczynić groźną broń. Gdy toczysz walkę ze swoim towarzyszem, wiesz z góry, że cię nie zabije. On też wie, że go nie zabijesz. Jednak zarówno Orys, jak i Aylward robili wszystko, by stworzyć choć namiastkę prawdziwego zagrożenia. Wybite mleczne zęby, złamany nos, rozcięta brew - gdy tylko bracia Baratheon ruszali w wyimaginowany bój, maester miał pełne ręce roboty. Jak jednak zachowywali się, gdy zamordowali pierwszego człowieka? Gdy na ich oczach z ciała zaczęło uciekać życie, w oczach gasł blask…? Na pewno nie śmiali się z własnego zwycięstwa…. wręcz przeciwnie - z każdym zabitym człowiekiem śmiali się coraz rzadziej.
- Bogowie… - powtórzyła spokojnie, uśmiechając się delikatnie, jakby myśl o obcej, wszechmocnej sile szczególnie ją bawiła. - Powiedz mi, cny rycerzu… gdzie byli bogowie, gdy otruto Księcia Dorne? Gdzie byli bogowie, gdy Martellowie wyruszyli na wojnę, niosąc ze sobą jedynie obietnicę śmierci? Gdzie byli bogowie, kiedy doszczętnie wybito armię Tullych pod Krwawą Bramą? Gdzie byli bogowie, gdy zapłonęło Summerhall, pozbawiając życia Duncana Wysokiego i Aegona Piątego? - Allya wbiła spojrzenie w Tranta, mrużąc delikatnie oczy. Uśmiech zniknął z jej ust bezpowrotnie, ustępując grymasowi niezadowolenia. - Mają ulubieńców. Niektórzy zasługują na ich łaskę, inni nie. Nie więc o boską siłę, ale brak sprawiedliwości chodzi. - dodała po chwili milczenia, wychylając do dna puchar z winem. Bluźniła? Być może. Jednak dla Baratheonówny równie wielkim bluźnierstwem byłoby zwątpienie w siły własnych braci. Przysunęła bliżej siebie dzban z trunkiem, czujnie obserwując Vaalo, zupełnie jakby ten lada moment miał zabrać jej alkohol.
- Niewiele… lecz na pewno więcej od Ciebie. - odparła kwaśno, z niezadowoleniem reflektując, że Trant złapał za krzesło i rozsiadł się wygodnie obok, budząc w niej mimowolną irytację. O wiele lepiej znosiłaby jego towarzystwo, gdyby nadal był czepliwym, wrednym rycerzem, nie zaś kimś, kto z nieznanych przyczyn nagle stracił swój jedyny atut i nieudolnie zdobywał się na złośliwości. Bardzo nieudolnie. Allya westchnęła cicho, uznając, że odpowiedzialność za podobny obrót spraw nosi wino… a raczej jego niedobór.
- Prędzej dornijski piach pokryje oblodzony Mur, niż Ty ujrzysz moje łzy. - mruknęła z irracjonalną wściekłością, jedynie resztką dobrej woli powstrzymując się, by nie wylać trunku na łeb Tranta. Najpewniej szkoda było jej wina, które w ramach bezpieczeństwa wolała wlać we własne gardło. Nagły poryw opiekuńczości Vaalo nie był jej na rękę, miała szczerą ochotę pozmagać się z demonami własnego umysłu w samotności… jednak pewien inny demon, jak najbardziej cielesny, skutecznie jej w tym przeszkadzał. Baratheonówna już otwierała usta, by wygłosić kolejną szyderczą uwagę, gdy głośny huk otwieranych drzwi ściągnął całą jej uwagę na stojącego w wejściu rycerza… a raczej kogoś, kto mógłby mianować się rycerzem, gdyby nie powyginana, zakurzona zbroja i brudny opatrunek na skołtunionych włosach. Allya przez pół uderzenia serca miała wrażenie, że pomknie na spotkanie z zimną posadzką wraz z ciężkim, drewnianym krzesłem, jednak ostatkiem zdrowego rozsądku, blada niczym mgła nad mokradłami, poderwała się z miejsca i obijając boleśnie udem o brzeg stołu, ruszyła wprost w stronę mówiącego coś mężczyzny. Do jej uszu docierały zaledwie strzępy słów, dobiegające jakby zza grubego, tłumiącego dźwięk muru.
„Zwycięstwo”. „Ranny”. „Trucizna”. „Umiera”. „Martell”. „Lochy”.
Umiera…
Są chwile, gdy w życiu kobiety czas spowalnia, zatrzymuje się, gaśnie. Powietrze gęstnieje jak rozlana żywica, rozpycha płuca, przy każdym oddechu eksploduje w piersi niczym rozbite naczynie. W głowie rodzi się nagle nieznośny ucisk, jakby dziecko olbrzyma zapragnęło zgnieść ją w palcach niby orzech…
Gdy siostra dowiaduje się o ciężkim stanie brata, nie ważne jak bardzo by go kochała bądź nienawidziła, nie może walczyć z bólem. Gdy tą siostrą jest Allya, a bratem Aylward… cierpienie jest po stokroć gorsze. Wnika w ciało kobiety, wlewa się, spływa niczym potworny piorun, budząc w sercu nieprzytomny, niemożliwy do zniesienia ból. Allyi przez zatrważającą chwilę, w której zdołała na oślep dotrzeć do wyjścia i odepchnąć ze wściekłością rękę próbującego ją zatrzymać rycerza, wydawało się, że za moment rozpacz ją rozerwie, podrze na strzępy i rozszarpie, a ognista kula, tak brutalnie wepchnięta pod żebra, eksploduje z furią. Zapomniała o Trancie, o nękających ją problemach, o winie, śnie, zmęczeniu. Baratheonówna nie sądziła, że będzie w stanie sformułować w myślach jakiekolwiek słowo, jednak gdy przedzierała się przez nagle zatłoczone korytarze Końca Burzy, powtarzała jak mantrę z dziką determinacją: nie umrzesz. Nie umrzesz. Nie. Umrzesz!

/ zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lip 19, 2014 9:44 pm

MG



Na przestrzeni dziesiątek lat sala turniejowa nie zmieniała się prawie wcale - nie istniał zresztą żaden konkretny powód, dla którego miałaby ulec nagłej renowacji. Wielka, okrągła przestrzeń, wysoko sklepiony sufit, ozdobiony stanowczymi rzeźbieniami wykonanymi wprawnymi ruchami dłuta, do tego okna ze spektakularnym widokiem na dziedziniec, znaczną część zewnętrznych, potężnych murów Końca Burzy i majaczące w dali zarysy błękitnego nieba - wszystko to było wystarczająco reprezentatywne oraz godne podziwu… jednak mieszkańcy twierdzy Baratheonów bez problemu dostrzegli różnicę w uposażeniu sali turniejowej - dziś komnata była po części zapełniona piętrzącymi się, starannie poukładanymi stosami pergaminów, woluminów i papierów. Ze ścian, tam gdzie pozostało wolne miejsce między trofeami z polowań, spoglądały ciemne arrasy, między innymi ten przedstawiający obecnego Lorda Końca Burzy jako młodego człowieka, który sprawiał wrażenie mądrego, silnego… i surowego. Całe pokolenia Baratheonów spozierały ponuro na panujący rozgardiasz, który wyglądał jakby przeniesiono zasoby zamkowej biblioteki do sali turniejowej i pozostawiono je bez cienia dalszego zainteresowania.
Co wszak było rozumowaniem logicznym… ale nader błędnym.
Środek komnaty zajmował ciężki, prostokątny stół, na którego powierzchni rozłożono mapę Westeros w najdrobniejszych szczegółach. Lord Harbert Baratheon siedział przy tym stole na zabytkowym krześle o wysokim oparciu, pogrążony w rozmowie z drugim mężczyzną: chudym, łysiejącym osobnikiem o kwaśnej minie, ubranym w ciemne szaty. Władca Końca Burzy rozpromienił się nagle, dostrzegając drepczącą w jego stronę starą kobiecinę, natomiast twarz drugiego jegomościa nawet nie drgnęła. Powietrze natychmiast wypełniła woń unosząca się z parującej miseczki z owsianką, którą starka postawiła na stole, tuż przed Lordem Baratheonem, nic nie robiąc sobie ani z mapy rozłożonej przed mężczyznami, ani z wszechobecnych w sali turniejowej woluminów.
- Hurra! - zakrzyknął pod nosem Lord Harbert. Senior rodu widział przeszło pięćdziesiąt sześć dni imienia, zaś w ostatnich latach jęły nękać go rozmaite, typowo starcze choroby, unieruchamiające mężczyznę na całe tygodnie w łożu - jednak  każda przeciwność losu przyjmowana była przez niego z niesamowitą mieszanką wytrwałości oraz swobody. O trudach w zdrowiu świadczyć mogła jedynie prezencja - niegdyś ciemne niczym nocne niebo włosy posiwiały znacznie, nie tracąc jednak na swej gęstości, zaś skóra pokryła się siatką zmarszczek, przywodzących na myśl pęknięcia w mocno uszkodzonej zbroi. - Znowu owsianka! - usta Lorda Baratheona wygięły się w lekkim uśmiechu, gdy spojrzał na swego nieruchomego towarzysza. - Miód i owsianka lepsze niż branka, gdy owsiankę zjesz z miodem, uporasz się z głodem. - senior rodu pokręcił głową, wpatrując się w miskę, w której tkwiła pod dziwnym kątem drewniana łyżka, nawet nie dotykająca brzegu naczynia. - To rymowanka dla dzieci. Moja matka ją śpiewała… nigdy jednak nie zdołała mnie zmusić do zjedzenia tego świństwa. Ale teraz… - Lord Harbert wsunął łyżkę w gęstą maź. - … wciąż mi za mało.
Siedzący obok mężczyzna patrzył na niego nieruchomym wzrokiem.
- Zdrowa. - oznajmił senior rodu Baratheon, wpychając sobie w usta sporą porcję słodkiego musu i nabierając kolejną. - Smakowita. - dodał, przełykając z wysiłkiem jeszcze trochę. - A co najważniejsze… - zakrztusił się nieznacznie przy następnej porcji - … nie wymaga przeżuwania. - Lord Harbert odsunął niemal pełną miskę i rzucił w ślad za nią łyżkę, marszcząc gniewnie ciemne brwi, pośród których odnaleźć można było coraz częściej przebijający się przebłysk siwizny. Niegdyś przystojna i pomimo upływu lat nadal intrygująco szczera twarz Lorda Baratheon zwróciła się ku oknom, wystawiając się na ciepło promieni słonecznych. - Dobry posiłek to zapowiedź dobrego dnia, nie uważasz? - zagadnął spokojnie, choć słowa zapewne nie były skierowane do jedynego obecnego w sali mężczyzny… bowiem Lord najpewniej pytał o zdanie swego najstarszego syna. Robił to coraz częściej - nie dlatego, że postradał zmysły, bynajmniej.
Po prostu tęsknił za swymi dziećmi. Tak bardzo tęsknił, że…
… czasami słyszał, jak odpowiadają.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lip 20, 2014 2:28 pm

MG


Fiołkowe spojrzenie od dobrego kwadransa obrzucało krytycznym spojrzeniem odbicie w lustrze, zupełnie jakby spodziewało się dojrzeć coś, co cudem zdołało umknąć czujnej uwadze Lady Baratheon. Lawendowy wzrok dokładnie badał każdą zmarszczkę w nieskazitelnie bladej, czystej cerze, poddawał obserwacji prostą linię nosa oraz kąciki ust, nieznacznie opadające w dół. Prowadzone z precyzją godną Wielkiego Maestra oględziny dobiegły końca w chwili, w której Lady Rhaelle odwróciła się od lustra i wybitnie pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę drzwi, szeleszcząc cicho błękitną suknią.
Zaskakujący dobór barw, nawet jak na nią… zwłaszcza w połączeniu z rozpuszczonymi, srebrnymi jak światło księżyca włosami, zwykle upiętymi w ciasny kok.
Droga do sali turniejowej zajęła małżonce Lorda więcej czasu, niż przed dziesięcioma, pięcioma latami… bądź rokiem. Nikt nie mógłby odmówić Lady Baratheon gracji i urody, która wbrew wszelkim zasadom starzenia się z każdym kolejnym dniem imienia rozkwitała, jednak nawet pani Końca Burzy musiała poddać się upływowi czasu oraz mnożącym się zmartwieniom. Prosta, niemal chłodnie doniosła sylwetka nadal emanowała autorytetem, ale dłuższe wędrówki, zwłaszcza podczas deszczowych dni, sprawiały Lady Rhaelle trudności. Lordowska małżonka niechętnie przyznawała przed samą sobą, iż ból w plecach nie jest dolegliwością przejściową, a delikatna siateczka zmarszczek nie zacznie cudownym sposobem nagle się wygładzać… czy to miało jednak jakieś znaczenie? Jakiekolwiek? W obliczu tragedii, która o mały włos nie spotkała jej syna…
… jej małego, niewinnego synka…
Teraz, na domiar złego, musiała zaciskać usta i patrzeć, jak niedoszły morderca Aylwarda mieszka pod jej dachem. Spożywa posiłki przyrządzane w jej kuchni. Oddycha jej powietrzem. Śpi w jej komnatach. A przecież… nie prosiła o wiele. Pragnęła jedynie sprawiedliwości. Pragnęła jedynie, by ktoś… ktoś… może ona sama, dlaczego by nie… by ktoś wywołał u Martella cierpienie współmierne do tego, które odczuwało jej dziecko.
Długie, blade palce zacisnęły się w pięści, co nie umknęło uwadze podążającego za Lady strażnika. Rosły, mierzący ponad sześć stóp mężczyzna, który zapewne bez problemu mógłby złamać Rhaelle Baratheon jak trzcinkę, wzdrygnął się mimowolnie, gdy włoski na karku stanęły mu dęba… co wszak nie było wynikiem zimnego podmuchu wywołanego prędkimi krokami…
- Drzwi. - brzmiący jak uderzenie bicza ton lordowskiej małżonki wyrwał rycerza z nieprzyjemnego osłupienia wywołanego nagłym, choć stłumionym atakiem wściekłości Lady Rhaelle. Strażnik bez słowa otworzył wąskie, dębowe skrzydło będące bocznym wejściem do sali rycerskiej i z niejaką ulgą zauważył, iż jego pani łapie za klamkę z drugiej strony, gotowa zamknąć wejście za sobą… i pozostawić rycerza na korytarzu.  Lady Baratheon obróciła się ku drzwiom i zaczęła je zamykać z najwyższą ostrożnością. Do uszu kobiety docierał głos jej małżonka, siedzącego nie dalej jak kilka jardów na prawo, choć z tego miejsca Rhaelle dostrzec mogła jedynie wysokie oparcia krzeseł. Dopiero gdy drzwi się zatrzasnęły, Lady Baratheon puściła ostrożnie mosiężną klamkę, by zamek zaskoczył cicho. Harbert wygłaszał właśnie jedną ze swych licznych mądrości, jak zwykle podszytych wspomnieniami z lat dzieciństwa bądź wczesnej młodości. Słowa Lorda coraz częściej miały w sobie coś z bajdurzenia wiekowego staruszka zasiadającego w zacienionej karczmie, co nie było jednak niczym niezwykłym - mężczyźni, zwłaszcza z rodu Jelenia, po prostu uwielbiali snuć opowieści, zupełnie jakby u zarania dziejów założyli się, kto za życia opowie więcej historii… Lady Rhaelle drgnęła na niespodziewane pytanie zadane przez Harberta, obracając się gwałtownie w stronę głównych drzwi, zupełnie jakby spodziewała się dostrzec tam Orysa - plecy przeszyło jej nagłe ostrze cierpienia, lecz zmysły były zbyt mocno skupione na wnętrzu komnaty, by mogły odebrać bolesny  bodziec. Fiołkowe spojrzenie, przez pół uderzenia serca podszyte nieposkromioną nadzieją, nagle przygasło, gdy nie dostrzegło znajomej sylwetki pierworodnego, zaś z lekko rozchylonych ust wydobyło się jedynie przytłumione westchnięcie.
- Nie zadręczaj Duncana. - głos Lady Baratheon odbił się zwielokrotnionym echem, gdy Rhaelle ruszyła w stronę podwyższenia, na którym zasiadał jej małżonek oraz, jak bezbłędnie się domyśliła, kasztelan Końca Burzy. - Od rana wysłuchuje Twoich historii i zapewne marzy wyłącznie o ucieczce na Mur… - fiołkowe spojrzenie lordowskiej żony przesunęło się obojętnie po twarzy kasztelana i zatrzymało się dopiero na pogardliwie odsuniętej misce z posiłkiem męża. - … tam przynajmniej nikt nie gardzi owsianką. - zakończyła cicho Lady Baratheon, choć w jej głosie nawet postronny słuchacz bez problemu mógłby uchwycić niebezpieczną nutę. Kobieta skinęła lekko głową, pozwalając oddalić się ser Duncanowi Fell, młodszemu bratu Lorda Fellwood… oraz człowiekowi piastującemu stanowisko kasztelana Końca Burzy. Mężczyzna ukłonił się z szacunkiem lordowskiej parze i ruszył w stronę bocznego wyjścia, już po chwili znikając za zamkniętymi drzwiami… co stanowiło zaskakujący sygnał dla Lady Baratheon. Rhaelle położyła drobną dłoń na ramieniu męża i pochyliła się spokojnie, składając na zmarszczonym czole Harberta pocałunek. Lord Baratheon, najwyraźniej dogłębnie oburzony odesłaniem ser Duncana, musiał odłożyć wybuch gniewu w czasie - choćby dlatego, że jego żona ponowiła pieszczotę, tym razem muskając ustami pokryty siwym zarostem policzek.
- Jeśli nie zjesz owsianki… nie dostaniesz deseru. - zauważyła Lady Rhaelle, starając się ukryć figlarny błysk w lawendowych oczach. Nim małżonek zdołał odpowiedzieć, już siedziała na krześle zajmowanym dotychczas przez kasztelana i całą uwagę poświęcała drobnemu pierścieniowi na wskazującym palcu. Szafirowe oczko błyszczało przy każdym ruchu dłonią, zaskakująco dobrze komponując się z kolorem sukni Lady Baratheon, która od czasu do czasu rzucała Harbertowi przelotne spojrzenia, zupełnie jak młoda panna nieśmiało obserwująca kawalera.
- Mam nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać… - wtrąciła spokojnie Rhaelle, unosząc jasne brwi w pytającym geście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lip 20, 2014 11:13 pm

Nie, nie musieli długo czekać. Derek, gdy tylko powrócił wraz z lady Rhaellą do Końca Burzy, zajmował się od początku swoimi sprawami. Miał nadzieję zapoznać się także bliżej ze Starkami, którzy przybyli do jego rodzinnej siedziby. Na dobrą sprawę, to właśnie z nimi powinien teraz prowadzić rozmowę i zabawiać ich w czasie nieobecności Allyi, Orysa i Aylwarda. Szczególnie ten ostatni szykował się do rychłego wyjazdu poza granice Westeros, by tam odpocząć i odzyskać stracone po wojnie siły. Orys wciąż przebywał w Reach lub był już w drodze do innych część Siedmiu Królestw. Zastanawiało go to, jakim cudem jego najstarszy kuzyn ma siły na to, by wędrować z kąta w kąt. Orlaith gdzieś mu ostatnio zniknęła, a i z nią chętnie przeprowadziłby jakąś rozmowę. W końcu widzieli się tylko na posiłkach, a młoda Baratheonówna szukała chyba towarzystwa. Z Ottonem też miał szansę zamienić jedynie kilka słów, choć ten był jego rodzonym bratem... Co to się porobiło. Derek odczuwał po tym całym zamieszaniu z weselem jedynie dojmujące zmęczenie i niemoc. Trystane Martell włóczył się po twierdzy niczym koszmarna zjawa, szukająca sobie miejsca gdziekolwiek. Długo jeszcze miał pozostać "gościem" w ich domu, trzeba było więc zaakceptować jego obecność i przejść z tym do porządku dziennego. To nie należało do prostych czynności, szczególnie dla lady Rhaelle. Choć jego ciotka powstrzymywała się jak mogła, za każdym razem przy posiłku widział gniew i coś w rodzaju chęci mordu w jej oczach. Zdawało się, że Martell był winny wszystkim klęskom tego domu od początku jego istnienia, tak przynajmniej mógł się czuć. Cóż, takie rzeczy są niezwykle trudne do wytłumaczenia i pojęcia, najgorzej być po tej drugiej stronie.
Nie było dnia, w którym Derek nie myślałby o Sybille. Widział ją także przy każdym posiłku i wciąż zbierał się na odwagę, by porozmawiać z nią nieco dłużej. Najczęściej pojawiały się iście niesprzyjające warunki - nie pamiętał chwili, w której mógłby pobyć z Tarthówną sam na sam. Chciał się dopytać o zdrowie jej brata, wszak dobro Selwyna leżało bardzo wysoko w jego hierarchii. Jeszcze wyżej leżało dobro właśnie tej anielskiej dziewczyny. Co mu po takich pięknościach jak Ivory Martell, Aryana Stark czy jego własna kuzynka, Allya - żadna z nich nie sięgała do pięt niezwykle delikatnej Sybille. Derek wciąż oczekiwał na dzień, w którym będzie mógł porozmawiać ze swoim wujostwem w sprawie zaręczyn. Dziś nadszedł właśnie taki dzień.
Ubrał się elegancko, zakładając czarny wams obszyty złotą nicią z herbem Baratheonów na piersi. Dobrze wyczyszczone, skórzane buty, czarne, szerokie spodnie wpuszczone do cholew... Dziś musiał pokazać, że jest tym, za kogo go uważają - prawdziwym synem Baratheona, nawet, jeśli nie wygląda kropka w kropkę jak jego kuzynostwo i rodzeństwo. Powoli i spokojnie wszedł na salę turniejową, gdzie już na niego czekano. Lady Rhaelle i lord Harbert. Tak, w tej kolejności. Miał wrażenie, że to właśnie jego ciotka może mieć największe obiekcje przy okazji rozmowy o zaręczynach i możliwościach, do których prowadziły. Odetchnął głęboko. Tego starcia bał się bardziej niż walki na polu bitwy. Tam miał wsparcie kamratów, tutaj był sam. Sam naprzeciw nieprzewidywalnej matki jego kuzynostwa.
- Lady, lordzie, mam nadzieję, że nie musieliście czekać - Nim to powiedział, skłonił się obojgu po czym wyprostował się, rzucając im ciepłe spojrzenia. Będzie musiał dać z siebie wszystko. - Słyszałem, że mnie wzywacie, zjawiłem się więc tak szybko, jak mogłem.
Dobrze, najpierw musiał się uspokoić, ale szybko dodał po swoich słowach, mając nadzieję, że zdążył je wypowiedzieć, nim lordostwo mu przerwie dokumentnie.
- Także chciałem z wami poruszyć pewien delikatny temat, sądzę jednak, że możemy zostawić go na nieco później - obdarzył tych dwoje szczerym uśmiechem. Panika uleciała. Teraz zostało mu tylko załatwić najważniejsze sprawy. W końcu jest mężczyzną, musi sobie jakoś poradzić. Ciekaw też był, o czym mieli rozmawiać tylko we troje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Wto Lip 22, 2014 4:51 pm

MG


Bywały dni, gdy Lord Baratheon nie cenił szarej rzeczywistości tak, jak cenić winna głowa rodu. Bywały dni, gdy sprawiał wrażenie skupionego, niemal pilnego słuchacza, ale myślami wędrował daleko poza mury Końca Burzy. W miejsce, do którego często zaglądał w ciągu ostatnich kilku miesięcy… wędrował tam, gdzie ukrywał swe wspomnienia. Nie przyznawał tego głośno, lecz dobro bratanków oraz bratanicy ciążyły mu na sercu równie mocno, co szczęście własnych dzieci. Młodszy brat Lorda Baratheona, ojciec Dereka oraz Ottona, zawsze powtarzał, że najpodlejszym czynem, jakiego może się dopuścić mężczyzna, jest zabicie kobiety. Szacunek dla kobiet i dzieci, trzymanie się dawnych zwyczajów i dotrzymywanie słowa, oto, co różni ludzi od zwierząt oraz wojowników od zabójców... Harbert nie chciał tego zrobić, ale kiedy się wymachuje ostrzem w tłumie, nie można unikać odpowiedzialności za skutki…. Dobry człowiek, którym zamierzał się stać i za którego uchodził, powinien teraz z rozpaczy gryźć paznokcie do krwi. Jednakże, gdy Lord Baratheon myślał o własnym mieczu, ponad trzy dekady temu wyrąbującym krwawą dziurę w żebrach kobiety, o głuchym dźwięku, który temu towarzyszył, i o jej spojrzeniu, gdy ześlizgiwała się po ścianie jednego z pochyłych budynków w Zapchlonym Tyłku, czuł jedynie ulgę… że mu się upiekło.
Dlaczego przypadkowe zabicie kobiety podczas zamieszek w stolicy to morderstwo, i to najgorsze z możliwych, ale rozmyślne zabicie mężczyzny podczas bitwy to szlachetny czyn? Powód do dumy i śpiewania pieśni. Kiedyś, gdy Lord Harbert przesiadywał wokół ognisk na zimnej Północy, te sprawy wydawały mu się proste i oczywiste… ale dzisiaj nie dostrzegał wyraźnej różnicy. I wcale nie chodziło o to, że się zagubił. Wprost przeciwnie, nagle przejrzał na oczy.
Kto raz zacznie zabijać ludzi, temu trudno jest przestać.
Wiedział o tym doskonale, ucząc swych synów władania mieczem. Wiedział doskonale, patrząc, jak Orys podczas treningów z poważnym wyrazem twarzy odpiera kolejne ataki zbrojmistrza i w końcu oddaje cios… który w bitwie byłby śmiertelny. Wiedział doskonale, z uśmiechem obserwując, jak Aylward powala kopią przeciwnika, a później, niemal w pędzie zeskakuje z konia, by przytknąć ostrze do gardła pokonanego… wiedział doskonale pozwalając, by Allya sięgnęła po jednoręczny, leciutki miecz, wyglądający przy prawdziwym orężu niemal jak zabawka… wiedział doskonale, patrząc jak Derek z furią oddaje kolejne ciosy tych, którzy za plecami nazywali go bękartem… Lord Harbert wiedział o tym wszystkim doskonale i nie zrobił nic, by zapobiec błędom, które czekały jego dzieci, jego bratanków i bratanicę. Wszystko to zaś dlatego, że… właśnie taki był świat. Nie mógłby pozostawić młodego pokolenia bezbronnego, trwożnie ukrywającego się za murami potężnej twierdzy.
Baratheonowie zawsze krwawili za królestwo. Sęk w tym, że nigdy nie robili tego na darmo.
- Zawsze byłem swoim najgorszym wrogiem. - zauważył spokojnie Lord Harbert, odchylając nieznacznie głowę do tyłu i obserwując, jak niemal bezszelestnie zbliża się jego małżonka.
Lady Rhaelle Baratheon.
Na bogów… jak wiele lat minęło, odkąd spotkali się po raz pierwszy, nieświadomi tego, że wkrótce staną na ślubnym kobiercu? Trzydzieści? Tak, nieco ponad trzydzieści… Harbert był wtedy mężczyzną w sile wieku, o ciemnej, zmierzwionej grzywie włosów oraz błękitnym spojrzeniu ciosającym piorunami w każdego, kto tylko spojrzał nań krzywo. Nie było nikogo, kto zdołałby ujarzmić dziedzica Końca Burzy, nieposkromionego, nieco zbyt porywczego, ale nade wszystko dumnego mężczyzny… który miał straszliwą słabość do ładnych kobiet. Kto by pomyślał? Problem tkwił w tym, że Rhaelle Targaryen nie była ładna. Nie była nawet piękna.
Tak się bowiem składa, iż… Rhaelle Targaryen była najbardziej olśniewającą, pełną gracji oraz niepowtarzalnej boskości kobietą, jaką Harbert Baratheon kiedykolwiek spotkał. W całym swym życiu, aż po dziś dzień.
Była niesamowita, niepowtarzalna, niemal nieuchwytna - i uparta jak osioł. Właśnie tej cechy obawiał się najbardziej, gdy oświadczono, iż połączy ich związek małżeński. Rhaelle była uosobieniem upartości, jednak tkwiło w niej również głęboko zakorzenione poczucie obowiązku - była wszak córką króla! Kiedy więc spotkali się przy ślubnym ołtarzu, nieruchoma niczym marmurowy posąg twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Była jak wyłuskana z uczuć skorupa, wypełniająca dokładnie to, czego się od niej oczekuje… aż do chwili, gdy na świat nie przyszło ich pierwsze dziecko. Tak, Lord Harbert był tego pewny - kiedy tylko Rhaelle przytuliła do piersi malutką córeczkę, w jej sercu zakiełkowała miłość. I rosła każdego dnia, każdego tygodnia, każdego roku… była wzmacniana, gdy na świat przyszedł Orys i przetrwała próbę losu, kiedy Lady Baratheon dwukrotnie straciła dziecko… co bogowie wynagrodzili jej bliźniętami. Miłość, która miała przyjść z czasem, spadła na nich jak grom z jasnego nieba, lecz… żadne z małżonków nie narzekało na podobny obrót spraw.
- Moja pani… - Lord Harbert uśmiechnął się mimowolnie, gdy miękkie usta żony musnęły jego czoło, później zaś szorstki policzek. - … jeśli tylko zapragnę deseru, sam po niego sięgnę. - senior rodu musnął palcami wciąż niemoralnie zachwycające kolano swej małżonki, ukryte pod błękitnym materiałem sukni i uśmiechnął się tak, jak uśmiechać może się jedynie Baratheon w obecności kobiety, którą miłuje. Para lordowska kłóciła się rzadko… ale kiedy już rozpoczynała konflikt, trwał on tygodniami i nie obywał się bez uszczerbku na zdrowiu służby oraz całości zastawy stołowej. Lord Harbert nie miał zatem zamiaru zadzierać ze swą małżonką… zwłaszcza w chwili, gdy drzwi sali otworzyły się z cichym skrzypnięciem, zaś do środka wszedł najstarszy z synów lordowskiego brata.
- Ach, Derek! - senior rodu oderwał niechętnie dłoń od ciepłego ciała swej małżonki i wyprostował się spokojnie, rzucając bratankowi przepełnione spokojem ducha spojrzenie. Faktem było, iż od Lorda Baratheona w podobnych chwilach biła straszliwa siła, która wzbudzała zaufanie u każdego, kto tylko nań zerknął. - Zapewniam Cię, że takim staruszkom jak my brakuje wszystkiego… poza wolnym czasem. Po pięćdziesiątym dniu imienia człowiek ma go aż w nadmiarze. - Lord Harbert potarł ostrożnie dłonią policzek, rzucając ukradkowe spojrzenie Rhaelle. Lady Baratheon siedziała nieruchomo, jak zwykle pełna dumny… oraz spokoju, co w ostatnich tygodniach nie było zbyt częstym widokiem. Wszystko wskazywało na to, iż nie ma zamiaru zabierać głosu, kładąc na barkach swego małżonka przekazanie wieści.
- Wiedz, że miłuję Cię jak syna, jesteś wszak krwią z mojej krwi… - podjął w końcu Lord Harbert, poważniejąc nagle. W jego głosie zabrakło szczerej radości, jaką przejawiał dotychczas, zaś oczy stały się ostrożne, niemal czujne. - Długo rozmawiałem z mym bratem a Twoim ojcem, nim zdecydowaliśmy się na podjęcie odpowiednich kroków, które przybliżyły by Cię do… cóż, do małżeństwa. - Lord Baratheon uniósł lekko dłoń, zupełnie jakby spodziewał się głośnych słów oporu. - Czas biegnie, a wraz z nim opada pobitewny kurz. Obecnym zagrożeniem dla królestwa nie jest jednak Dorne, z którym to udało się zawrzeć pokój… lecz Dorzecze. Po klęsce pod Krwawą Bramą, gdzie, jak sam doskonale wiesz, odegraliśmy dość sporą rolę… ród Tully znacznie stracił na poważaniu. Nie sugeruję, iż istnieje realne niebezpieczeństwo dla Riverrun, jednak w obliczu strat, jakie poniósł przed blisko rokiem w Dorzeczu zaistniał poważny… oraz stanowiący zagrożenie dla pokoju kryzys. - Lord Harbert przerwał na moment, opierając się ostrożnie łokciami o blat stołu. - My zaś przed obliczem króla poprzysięgliśmy robić wszystko, by zapobiec eskalacji wojny. Dlatego też, w porozumieniu z Lordem Tully… obecnym Lordem Tully, przypomnę… postanowiliśmy wesprzeć Riverrun i polepszyć panujące między naszymi rodami stosunki. Co zaś trwalej łączy rodziny, jeśli nie ożenek? - Baratheon odkaszlnął cicho, splatając ze sobą palce dłoni i uważnie wpatrując się w stojącego przed nim młodzieńca. - Mój chłopcze… poślubisz Lady Ophelię Tully, najstarszą córkę obecnego Lorda Tully, pannę o wielu przymiotach i, jeśli kruki z Riverrun nie kłamią, także nietuzinkowej urodzie. Rozumiem, że ta informacja budzi w Tobie coś na wzór… furii? - kąciki ust Lorda Harberta uniosły się nieznacznie, kiedy ujął dłoń Lady Rhaelle. - Ale sam stanowię najlepszy przykład na to, iż aranżowane małżeństwa to nie koniec świata… gdy już przetrawisz te wieści, chętnie wysłucham tematu, który pragnąłeś poruszyć. - Lord Baratheon z trudem przełknął ślinę, uświadamiając sobie, jak bardzo zaschło mu w ustach. Nie sądził, by rozmowa przebiegła bezproblemowo… ale w obecnej chwili mógł czekać jedynie na reakcję Dereka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sro Lip 23, 2014 7:07 pm

Ze spokojem słuchał słów lorda Harberta. Początkowo. Pochlebiało mu to, że został nazwany krwią z jego krwi, jego synem. Rzadko zdarzało się, żeby tak otwarcie zaznaczano, że jest częścią tej rodziny - o ile wśród Baratheonów było to jeszcze możliwe, o tyle ktokolwiek z zewnątrz dawał mu jasno do zrozumienia, że jakoś nie bardzo mu na członka owej rodziny pasuje. On, z porywczością swoich kuzynów i ich kolorem oczu oraz naturalnym urokiem, mimo wszystko nie przystawał w stu procentach do rodu Jeleni. Stojąc tu, przed lordostwem, nie miał poczucia braku przynależności do tej rodziny. Nigdy nie patrzyli na niego w ten sposób. Czuł się tu doceniany, przynajmniej w momencie, w którym do głosu nie dochodzili goście lub służba. To dlatego, między innymi, wysłano go na Tarth. Tam, gdzie czuł się najlepiej i tam, gdzie mógł obserwować pokątnie kogoś, za kim teraz szalał, jeśli można to tak ująć. Myślał, że wybrał dobrze, że jego umysł, jego emocje wskazały mu kogoś idealnego. Przecież taki musiał być ich zamysł - wyślą go na Szafirową Wyspę, by mógł lepiej dogadywać się ze swoją przyszłą rodziną, z najwierniejszymi chorążymi Burzy. Derek czuł, że tak właśnie miało być, więc ze spokojem oczekiwał słów swojego stryja.
Jak się miało okazać, ten spokój miał zostać doszczętnie zburzony.
Miał poślubić... Ophelię Tully.
Spośród wszystkich kobiet na świecie miał poślubić Ophelię Tully.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie będzie mógł powiedzieć tego, co chciał. Los z niego okrutnie zakpił po raz kolejny.
Nigdy nie będziesz miał tego, czego pragniesz.
Otrzymał karę za pewność siebie i brak pokory. Za to, co wyobrażał sobie w Królewskiej Przystani. Wtedy był pewien dalszej drogi przez życie u boku kobiety, którą kocha. Los miał go jednak złączyć z kimś, z kim zamienił jedynie parę zdań, a u kogo od razu wzbudził niechęć (nic zresztą dziwnego). Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale widać było po jego twarzy, że jest w wielkim szoku. Nic. Żadna głoska nie mogła wybić się ze ściśniętego gardła. Patrzył tylko to na lorda, to na lady, mając nadzieję, że ta druga jakoś wybawi go z tej sytuacji, powie, że to tylko żart. Stanęła mu jednak przed oczami pewna rozmowa, którą przeprowadził jakiś czas temu z lordostwem. Powiedział wtedy, że dla rodziny zrobi wszystko. Teraz okazało się, że rzeczywiście musiał się na to "wszystko" zdobyć. Na chwilę opuścił głowę, wbijając wzrok we własne stopy. Odetchnął ciężko, zastanawiając się, czy mówić im jeszcze o tym, czy już nie... Postanowił, że zdecyduje się, gdy zobaczy, co na ten temat ma do powiedzenia lady Rhaelle. Z nadzieją uniósł wzrok, by utkwić go w ciotce. O tak, jej słowa były jego ostatnią nadzieją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lip 26, 2014 7:24 pm

MG


Kiedy Lady Rhaelle po raz pierwszy ujrzała Harberta Baratheona, doszła do dość prostego wniosku.
„Musi się potwornie pocić w tej zbroi.”
Bez cienia zainteresowania przyglądała się najstarszemu synowi ówczesnego Lorda Końca Burzy i modliła w duchu, by ten zakurzony, zapocony, cuchnący koniem mężczyzna nie zechciał pocałować jej w rękę - zwłaszcza w dniu, gdy założyła nową suknię z myrijskich koronek. Zrodzona w sercu szczera obawa (podszyta rzecz jasna najzwyklejszą odrazą żywioną do wszelkiej maści jeźdźców) dość szybko ustąpiła szczerej złości, gdy dziedzic Burzy…
… w ogóle jej nie zauważył. Przeparadował obok jakby nigdy nic, kłaniając się w pas ojcu oraz  matce Rhaelle, co było wszak naturalne, biorąc pod uwagę, iż stanowili parę królewską… po czym pocałował w dłoń młodszą siostrę swej przyszłej małżonki, zbyt zaaferowany zakończonymi w stolicy zamieszkami, aby spojrzeć jeszcze dalej i ujrzeć szesnastoletnią wtedy księżniczkę. Chcąc nie chcąc, młodziutka Targaryenówna zapałała do dziedzica Końca Burzy szczerą nienawiścią oraz uznała, iż podobna zniewaga wymaga krwawej zemsty. A zemsta… wymaga przygotowania oraz czasu. Jak się okazało zaledwie kilka miesięcy później, plan odegrania się na Harbercie Baratheonie spalił na panewce, gdy tylko zaręczono go z Rhaelle… która po raz pierwszy i ostatni raz w życiu odroczyła wydany wyrok, niechętnie przyznając przed sobą, że dziedzic Burzy nie jest aż tak okrutnie gburowaty oraz niewychowany… jeśli tylko weźmie kąpiel po konnej podróży, rzecz jasna. Być może Lady kierowała się zachowaniem Harberta podczas ich drugiego spotkania - obecny Lord Końca Burzy zachowywał się wtedy tak, jakby naprawdę ujrzał Rhaelle po raz pierwszy… i jakby pokochał ją od pierwszego spojrzenia, co dla samej Lady po dziś dzień jest nawiną mrzonką. W świecie wysoko urodzonych, w świecie wielkiej polityki, w świecie, gdzie dobro materialne oraz prestiż odgrywają rolę nadrzędną po prostu nie było miejsca na miłość i Rhaelle Baratheon robiła wszystko, by jej dzieci o tym wiedziały… by nigdy, przenigdy nie pozwoliły sobie na naiwność w sferze uczuć. O ile w przypadku Orysa oraz Allyi zabieg ten powiódł się w stu procentach, o tyle wobec Aylwarda oraz Orlaith Lady nie była pewna sukcesu… i właśnie to budziło w niej niejasne obawy. Miłość, zwłaszcza ta źle ulokowana, mogła zniszczyć im życie - i Rhaelle Baratheon mówiła o tym otwarcie, bez zbędnej przesady w słowach. Nie do jej obowiązków należało wychowywanie bratanków swego męża, jednak żywiła szczerą nadzieję, iż ci również doskonale wiedzą, iż polityka wymaga poświęceń… i o ile Otton w sferze uczuć miał sporo szczęścia, o tyle Derek…
- Mężczyźni mają żelazne serca, natomiast serca kobiet zrobione są z wody. - Lady Baratheon wyprostowała się dumnie na swym miejscu, zaciskając palce na dłoni Harberta. - Dlatego wasze serca łatwo złamać, natomiast nasze poddają się kolejnym ciosom miękko, wyczekując na odpowiednią chwilę do kontrataku… - Rhaelle zmrużyła delikatnie lawendowe oczy, wpatrując się czujnie w Dereka. Jakaś jej część, cichutka i niezwykle nieśmiała, naprawdę miłowała tego chłopaka, jednak w tej chwili…
- Nie masz powodów, by być nam wdzięcznym za tą decyzję. Nie masz powodów, aby się cieszyć… ale nie masz również powodów, żeby nas nienawidzić, gniewać się i boczyć niczym urażone dziecko. - Lady westchnęła cicho, podnosząc się nagle z miejsca i spokojnie opuściła podwyższenie, kierując się w stronę Dereka. Już po chwili blada dłoń kobiety spoczęła na szerokim ramieniu bratanka, gładząc delikatnie kciukiem ciemny wams.
- Wszyscy musimy wypełniać swe obowiązki… wobec króla, królestwa, rodu, ojca, matki, rodzeństwa… wobec ukochanej. Płynięcie pod prąd nie zawsze przynosi oczekiwane efekty… zwłaszcza, jeśli nie chcesz zranić drugiej osoby. - kąciki ust Lady Rhaelle uniosły się w smutnym uśmiechu, kiedy oderwała dłoń od ramienia Dereka i pieszczotliwie pogładziła policzek młodego mężczyzny.- Potrzebujesz czasu, aby… rozważyć to wszystko, w ciszy. W spokoju. - Lady Baratheon zerknęła przez ramię na swego męża i gdy tylko dostrzegła przyzwalające skinięcie, ponownie zwróciła wzrok ku młodzieńcowi. - Panna Ophelia Tully… traktuj ją z szacunkiem, tak, jak powinieneś traktować panią żonę. Możesz odejść, pobić na dziedzińcu kilku giermków, dać upust swej frustracji… albo po prostu przemyśleć tą sprawę. -  Lady Rhaelle westchnęła cicho i spokojnie odwróciła się od Dereka, by powrócić na poprzednie miejsce. Będąc nie dalej niż kilka kroków od krzesła, odwróciła się nagle i spojrzała na młodzieńca.
- Odwagi, chłopcze. Odwaga będzie od dziś niezbędna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lip 27, 2014 3:39 pm

Uważnie słuchając słów lady Rhaelle, Derek, prawdę mówiąc, spodziewał się tego, co miało zaraz nastąpić - nieodwołalnej decyzji o jego ożenku. Tak miał się potoczyć jego los - u boku panny, która nie darzy go wielką sympatią. Serca kobiet są jak woda? Ciekaw był tego stwierdzenia, jednak czuł, że chyba nie na tym winien skupić w tym momencie całą swoją uwagę. Powinien zdać sobie sprawę z tego, co się tu właściwie stało. Miał służyć jako narzędzie do poprawy stosunków z Dorzeczem. Być może w innej sytuacji niezwykle by mu to schlebiło, jednak teraz... teraz nie miało to najmniejszego sensu. Teraz, gdy wybrał już kogoś, z kim chciał spędzić życie, nagle okazało się, że los postanowił zagrać mu na nosie w okrutny sposób.
Lady Rhaelle była jego ostatnią nadzieją. Ostatnia nadzieja padła jednak w momencie, w którym ciotka Dereka wypowiedziała pierwsze zdanie. Lorda Harberta mogła do czegokolwiek przekonać chyba jedynie jego małżonka, stąd wiadomym było, że los jego bratanka został przypieczętowany. Pomyśleć, że zapytano go jeszcze o to, co sam chciał powiedzieć. Jak miał to zrobić? Przez pewien czas można było zauważyć w jego oczach żal - ogromny żal do tych dwojga, którzy właśnie skazali go być może na lata udręki. Na lata życia z kimś, kogo się nie kocha i nigdy nie pokocha tak, jak jasnowłosego anioła z Tarthu.
Wszyscy musimy spełniać swoje obowiązki.
Obowiązki wobec rodziny. Odnosił wrażenie, że całe jego życie było jednym wielkim obowiązkiem. Od początku do końca będzie żył w obowiązku. Walka będzie obowiązkiem, szacunek będzie obowiązkiem, uśmiech będzie obowiązkiem... miłość też będzie obowiązkiem. Jak to się stało, że sprawy przybrały taki obrót?
Przez chwilę patrzył w oczy lady Rhaelle. W końcu żal ustąpił rezygnacji. Obowiązek. Musiał spełnić swój pieprzony obowiązek i oddalić się stąd, nie czyniąc po sobie spustoszenia, które pewnie miałoby miejsce w innej sytuacji. Gdyby dowiedział się o tym od Orysa albo Aylwarda na pewno zareagowałby inaczej. Wtedy pokazałby furię Baratheonów w najbardziej powszechnym tego słowa znaczeniu. Teraz mogła ukazać się jedynie w oczach, gdy tuż po wyjściu z sali zapłonie w błękitnych tęczówkach. To będzie moment, w którym Derek zda sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Ale ten moment jeszcze nie nastąpił. Teraz jedyne, co mógł zrobić, to spuścić wzrok, wyślizgując się spod dłoni lady Rhaelle, oddalić się o kilka kroków i wreszcie przemówić do lorda Baratheona.
- Moja sprawa nie musi zostać poruszona koniecznie w tej chwili. Sądzę, że muszę ją głęboko... przemyśleć - odparł, patrząc przez krótką chwilę na stryja. Podszedł do ciotki, ujął jej dłoń, składając nań pocałunek, a potem ukłonił się seniorowi rodu. Tak. Teraz musiał się oddalić.
- Pozwólcie, że się oddalę, zasięgając twojej rady, lady - powiedział jeszcze, nim odwrócił się, opuszczając salę turniejową.
Ten dzień mógł oficjalnie uznać za ten, który złamał w nim całego ducha. Czuł, że potrzebuje teraz długiej wizyty w sepcie. Czuł, że potrzebuje jeszcze raz zobaczyć szafirowe oczy i delikatny uśmiech damy z Tarthu. Potrzebował odpłynąć stąd jak najdalej, na wyspę, która przez długi czas była jego domem. Czuł, że musi napisać list do Selwyna.

//zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Pon Lis 03, 2014 4:46 pm

Otton usiadł przy stole i zawołał po jakieś jedzenia. Baratheon czekał tutaj na swoją żonę- Ariane Baratheon, z którą mieli wspólnie zjeść posiłek, jednakże ona jak to kobieta musiała się przygotować do wyjścia z komnaty. Mężczyzna czekając na żonę rozglądał się po sali turniejowej, która była pusta. Tęsknił za czasami młodości, kiedy to cała gromadka Baratheonów biegała po zamku ku zirytowaniu służby, za beztroską, jaką oznaczało dzieciństwo i za tym, że w zamku nigdy nie było nudno, lecz teraz prawie wszyscy się porozjeżdżali. Teraz każdy pojechał w swoją stronę i rzadko Baratheoni przebywali w tym samym czasie w Końcu Burzy. Tylko Otton i Orlaith spędzali większość czasu w zamku zamiast jeździć po Westeros. Może nadszedł czas by to zmienić? Orys i Allyia przebywają najpewniej w Wysogrodzie, a Derek i Aylward zapewne pojadą na turniej do Harrenhal. Turnieje zawsze były wielkim wydarzeniem gdzie rycerze mogli zdobyć sławę i trochę złotych smoków, ale Otton nie był rycerzem.
Młody Baratheon chciał jednak wyjechać w jakąś podróż poza Ziemie Burzy. Pierwsze na myśl przyszło mu Ashford, by odwiedzić rodzinę jego żony, lecz tam Otton miał okazję bywać już nie raz, więc nie byłaby to zbyt ambitna wyprawa. Miał do wyboru właściwie jeszcze całe Westeros, wiec nie powinno sprawić mu problemu wybranie dogodnego celu. Nie chciał jechać nigdzie sam. Pragnął zabrać ze sobą Arianę, z którą musiałby przedyskutować cała sprawę. W tym momencie drzwi do sali otworzyły się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Pon Lis 03, 2014 7:28 pm

Ariana już od jakiegoś czasu przygotowywała się do opuszczenia swojej komnaty. Jednak zanim to uczyniła, musiała przejść pewien kobiecy rytuał, który zaczynał się od kąpieli, a kończył na użyciu zapachowych olejków. Mieszkanie na zamku oraz dostęp do wszelkich "luksusów", było czymś, o czym marzyło wielu. Ciemnowłosa miała niemal wszystko, czego potrzebowała i w przeciwieństwie do innych, zawsze to doceniała. Przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na częstą kąpiel lub lepszej jakości odzienie. Jeśli już mówimy o odzieniu, kobieta zawsze dbała o to, aby prezentować się dobrze. Dzisiaj również o to zadbała. Ubrała jedną ze swoich ulubionych sukni (klik ) w kolorze złoto-czarnym, a do tego założyła niewielką ilość biżuterii. Nigdy nie lubiła przesadzać z ozdobami. Pod tym względem stawiała na skromność, z wyjątkiem jakiś specjalnych okazji.
Będąc już w pełni gotową, zjawiła się w sali turniejowej, gdzie zamierzała zjeść posiłek ze swoim mężem. Kiedy tylko służba zamknęła za nią drzwi, ruszyła w kierunku małżonka. Stojąc tuż za nim, położyła rękę na jego ramieniu, a następnie pochyliła się, aby złożyć krótki pocałunek na jego policzku.
- Witaj mój miły. - przywitała się, po czym zajęła miejsce na wygodnym krześle naprzeciwko Ottona. - Mam nadzieję, że dzień mija Ci dobrze. - dodała.
Przy mężu była sobą, a przynajmniej w momentach, w których mieli zapewnioną prywatność. Na chwilę obecną, nie licząc służby, byli tutaj sami, a więc Ariana nie musiała się krępować.
Nie było potrzeby czekania na jadło. Wszystko znajdowało się już na stole, natomiast, gdy tylko zdążyła usiąść, służący wypełnił jej kielich winem.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Czw Lis 06, 2014 12:27 am

Ostatnio w Końcu Burzy miała wrażenie, że nic się nie działo, a jak coś się działo to zdecydowanie z dala od niej. Już dawno nie słyszała żadnego skandalu, czy choćby mniejszej plotki od służących. Jej jedyną największą atrakcją dnia było czytanie ksiąg oraz posiłki. Irytujące, Arabelle roznosiła energia, a te dwie czynności z pewnością nie zaliczały się do czynności pochłaniających ich nadmiar.
Właśnie pochłaniała istotnie najnudniejszą księgę jaka mogła trafić w jej ręce. Cisnęła ją na kredens i rozpaczliwe westchnęła. Jak zaraz się coś nie wydarzy to sama coś sobie zrobi. Przynajmniej wreszcie coś się będzie działo. Pełna irytacji wyszła ze swoich komnat. Błędem było nie ubłaganie Dereka by zabrał ją ze sobą na turniej rycerski. Jak miłe byłoby oglądanie zmagań rycerzy. Wszystko lepsze od powiewających nudą murów zamku! W sumie możliwe, chociaż mało prawdopodobne, ale mogłaby spotkać jednego rycerza, którego już dawno nie widziała. Sama chcąc nie chcąc pogrążyła się w smutnych przemyśleniach. W pewnym momencie nie wiadomo czy pchnięta impulsem czy rozmyślaniem o rycerzach i turniejach, zawędrowała do sali turniejowej. Napotykając spojrzeniem dwie znane jej postacie odrobinę się rozweseliła. Ruszyła w stronę swojego młodszego brata i bratowej mając nadzieje, że nie obrażą się jak im poprzeszkadza przy posiłku.
-Ariane, Otton.- przywitała się uśmiechając się do młodej pary. -Smacznego. Nie będzie Wam przeszkadzać jak dołączę, prawda? - miała nadzieje, że braciszek i jego żona nie mieli zamiaru spędzić razem jakiegoś romantycznego posiłku, a nawet jak chcieli to jako ta starsza siostra wszystko im popsuła, bo i tak nie miała zamiaru dać się wyrzucić od towarzystwa. -Wam też się tak nudzi? - spytała rozsiadając się wygodnie koło brata i zabierając kielich wina, którym delikatnie zaczęła się bawić w dłoniach.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lis 09, 2014 1:00 pm

W drzwiach ukazała się piękność, którą Otton mógł zwać żoną. Słodki pocałunek Arianny oderwał go od myśli o wyjeździe.
- Witaj, ukochana.- Skoro Ariana już przyszła to mogli razem zacząć jeść. - Jak na razie nic specjalnego, ale mam nadzieję, że poprzez spędzenie z tobą wolnego czasu zmienię moją opinię.- Otton uśmiechnął się mówiąc to. Nie miał wątpliwości, że jego słowa się spełnią. Zaczął jeść jajko na twardo, gdy wtem do sali weszła następna osoba.
-Nie pamiętam, kiedy ostatnio jedliśmy razem Arabelle.- Otton ucieszył się z widoku starszej siostry. Pomimo iż przebywała ona w zamku nie miał nigdy okazji porozmawiać z nią dłuższą chwilę.-  Możliwość zjedzenia posiłku wraz z dwiema najpiękniejszymi damami w Westeros jest przecudowna.- Mężczyzna cieszył się z towarzystwa. Z żoną widział się codziennie, ale Arabelle była jego ukochaną siostrą, która w dzieciństwie zawsze pomagała rodzeństwu. Po głowie Baratheona znów przemknęły wspomnienia z dzieciństwa.
- Nuda. Tak. Mam wrażenie, że to uczucie towarzyszy Końcu Burzy od jakiegoś czasu.- Otton wrócił do swoich rozmyśleń nad miejscem wartym wyjazdu.- Właściwie to myślałem czy nie wyruszyć gdzieś na jakąś wycieczkę dla jakiegoś urozmaicenia życia. Co wy na to?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Nie Lis 09, 2014 11:20 pm

Niestety, nie tylko Arabelle odczuwała nudę. Owe odczucie towarzyszyło również Arianie. Na szczęście, Ariana miała chociaż męża, który od czasu do czasu dostarczał jej rozrywki. Mówię "od czasu do czasu", bo niemożliwe było, aby zabawiał ją przez całą dobę, gdyż jako mężczyzna, miał wiele innych obowiązków. Jestem pewna, że dziecko wniosłoby coś nowego do jej życia, aczkolwiek, na razie nie było widać po niej żadnego śladu ciąży i szczerze mówiąc, to ją trochę martwiło. Czasami obawiała się, iż w ogóle nie zajdzie w ciążę, ale starała się nie poruszać tego tematu, nawet z najbliższymi.
- Ja także mam taką nadzieję. - powiedziawszy, odwzajemniła uśmiech małżonka.
Idąc w ślady Ottona, sięgnęła po jedzenie, jednak nie było to jajko, a kawałek pieczonej kury, który położyła na swoim talerzu. Do tego wzięła cząstkę dobrze wypieczonego chleba. Zanim zdążyła cokolwiek ugryźć, rozległ się dźwięk otwierających drzwi. Ujrzała w nich Anabelle Baratheon, swoją szwagierkę.
- Witaj Arabelle. - powitała kobietę ciepłym tonem. - Dziękuję. - odpowiedziała po chwili. Momentami miała ochotę zwracać się do niej "Bell", ale nigdy nie zapytała, czy ta miałaby coś przeciwko. Może kiedyś to zrobi.  
Skłamałabym, jeśli powiedziałabym, że Arabelle im w czymś przeszkodziła. Przecież nie leżeli na tym stole nadzy lub pół nadzy. Oni tylko jedli posiłek, a podobno posiłki najlepiej spożywać w gronie rodzinnym. Poza tym, jeśli mieliby ochotę na romantyczny obiad, czy też kolację, to zapewne wybraliby mniej dostępne miejsce.
- Nie śmiem zaprzeczyć. - odrzekła swojej szwagierce, a potem przeniosła wzrok na męża, który zamierzał coś powiedzieć. W tym samym momencie włożyła do ust niewielki kawałek kurczaka.
- Mężu, gdziekolwiek postanowisz wyruszyć, wiedz, że jestem gotowa wyruszyć razem z tobą. - oznajmiła. Nie ruszała się z tego zamku już od bardzo dawna, więc pomysł Ottona nawet jej się podobał. Chętnie udałaby się gdzieś, gdzie jeszcze nie była.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lis 15, 2014 1:49 am

Od razu się ucieszyła ze spotkania jej młodszego brata z jego żoną. Uważała, że samemu się nudzić to istna katorga, jednak jak już się znajdzie towarzystwo, to zawsze jest raźniej. Oczywiście spytała się z uprzejmości czy może spędzić z nimi czas. To było wręcz przesądzone, że jak tylko kogoś spotka to uczepi się towarzystwa byle z powrotem nie zostać samemu ze swoimi księgami. O, nie już naczytała się na najbliższe pięć lat. Upiła spory łyk wina z kielicha po czym przyjrzała się jedzeniu zastanawiając się czy jest w ogóle głodna.
-Hmm to było tak dawno temu, że też nie pamiętam kiedy to ostatnio było.- odpowiedziała Ottonowi. Zdecydowanie powinni nadrobić ten czas, w końcu są rodzeństwem. W dzieciństwie zawsze trzymali się razem, chętnie pomagając młodszemu Ottonowi. No i oczywiście nieraz namawiała go do rozrabiania. Cudowne czasy. Uśmiechnęła się słysząc z ust komplement brata.
-Czyli najwidoczniej nuda zaraziła już cały zamek.- stwierdziła rzeczowo słysząc, że jej towarzysze też już mają dość murów Końca Burzy. Swoją drogą Arabelle z pewnością nie miałaby nic przeciwko jakby jej bratowa miała nazywać ją Belle. Panna Baratheon była dość przyjacielską osobą i z pewnością uznałaby to za sympatyczny gest ze strony Ariany.
Propozycja jej brata była wręcz jak nadejście upragnionej wody na pustyni. Arabelle od razu się ożywiła.
-To jest wręcz fenomenalny pomysł. Myślę, że może moglibyśmy wyruszyć w odwiedziny do Królewskiej Przystani? - zaproponowała. W końcu tam się zawsze coś dzieje i zawsze można znaleźć powód by odwiedzić stolicę. -Słyszałam, że żona Namiestnika jest na rozwiązaniu ciąży. Czy to nie byłoby urocze złożyć z tej okazji wizytę rodzinie królewskiej? - w plotkach ostatnio była na bieżąco, a może to zawdzięczać tej kochanej nudzie.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Pon Lis 17, 2014 1:45 am

- Cieszę się, że to słyszę.- Arianna i Otton zawsze rozumieli siebie nawzajem i zazwyczaj popierali swoje pomysły. Nie zdziwił się, że tym razem było tak samo. Zawsze starali się być razem. Nie chciał zostawiać żony samej i wyjeżdżać, bo w końcu oboje chcieli po kilku latach małżeństwa doczekać się potomka, lecz do tego potrzebne było jeszcze trochę starań.
Otton ucieszył się z entuzjazmy swojej siostry. Pomysł o wyjechaniu do Królewskiej Przystani nie był zły, szczególnie, że leżała ona dosyć niedaleko Końca Burzy. Podróż nie zajęłaby, więc zbyt wiele czasu. Wrócił myślami do czasu, kiedy w zamku Baratheonów przebywała Ivory Targaryen (wtedy jeszcze Martell). Jego kontakt z księżniczką ograniczał się do dworskich uprzejmości. Mężczyzna nadal czuł złość na Dornijczyków za atak na ród Baratheonów, ale teraz był już pokój. Skoro mieli jechać do stolicy i to jeszcze na narodziny dziecka namiestnika to nie mogli raczej przyjechać z pustymi rękoma.
- A, więc świetnie. Jednakże, jako goście powinniśmy przyjechać z jakimś podarunkiem. Proponuję żebyśmy poszukali czegoś odpowiedniego dla księżniczki Ivory, ale najpierw napisze list do Korony, że zamierzmy odwiedzić Królewską Przystań.- Otton miał cichą nadzieję, że nie będzie musiał iść wybierać owego podarunku, ale wiedział także, że jego żona tak jak on nie przepada za przechadzaniem się w celu zakupu jakiegoś przedmiotu. Na dodatek musiał napisać list, a tej czynności mężczyzna nie lubił robić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Pon Lis 17, 2014 3:27 am

Pani jedynie posłała mężowi ciepły uśmiech. Miała ochotę musnąć palcami jego dłoń, ale niestety, siedziała zbyt daleko, aby to uczynić. Gdyby przebywali tutaj sami, to najprawdopodobniej by się przesiadła, aczkolwiek nie wypadało jej tego robić przy Arabelle. Jak już wspomniałam wcześniej, przy mężu była sobą i nie musiała stosować się do tych wszystkich zasad i manier, lecz przy wszystkich innych wolała zachowywać się powściągliwie.
Śmiem się zgodzić z tym, że Otton i Ariana byli ze sobą bardzo blisko. Może, to dlatego, że ich małżeństwo nie zostało w pełni zaaranżowane lub wymuszone. Ta dwójka zakochała się w sobie na długo przed ślubem, a ich uczucie nadal się paliło. Do pełnego szczęścia brakowało im jedynie potomka, którego, jeżeli bogowie pozwolą, miała nadzieję Ottonowi urodzić.
Gdy szwagierka zaproponowała wyprawę do Królewskiej Przystani, to ciemnowłosa zaczęła się zastanawiać, kiedy ostatnio odwiedziła stolicę. Zdawać się mogło, iż było to wieki temu! Tak czy inaczej, pomysł jej się bardzo spodobał.
- Mnie również doszły takie słuchy. Uważam, że to dobra okazja, aby zagościć w stoicy. - skromnie wyraziła swoje zdanie. O ile Ariana nie wierzyła w większość plotek, to ta wydawała się bardzo wiarygodna. Sama nie była typem damy lubiącej plotkować czy słuchać plotek, ale chcąc, czy nie chcąc, pewnych pogłosek nie dało się nie usłyszeć.
Nie tylko Otton miał cichą nadzieję, że nie będzie musiał wybierać podarunku dla Targaryenów, jego żona również miała taką nadzieję. Poza tym, nigdy nie spotkała księżniczki Ivory osobiście, więc nie miała pojęcia, jaka jest i co lubi, za to Arabelle mogła ją znać, dlatego postanowiła się do niej zwrócić.
- Arabelle... - zaczęła, przenosząc spojrzenie na siostrę męża. - Czy wiesz jaki podarek mógłby zadowolić małżonkę Namiestnika? - zapytała.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Czw Lis 20, 2014 6:54 pm

Przyglądała się swojemu Ottonowi i Arianie z lekkim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Widać było na pierwszy rzut oka, że byli ze sobą szczęśliwi. Cieszyła się, że jej młodszy brat znalazł miłość swojego życia, ale też w pewnym sensie mu tego zazdrościła. Sama chciałby mieć takie szczęście jak on.
Jeszcze bardziej się ucieszyła kiedy jej pomysł wycieczki do Królewskiej Przystani wszystkim się spodobał. Może tego aż tak po niej nie było widać, ale miała ochotę skakać ze szczęścia, wreszcie się stąd wyrwie. Żegnaj rutyno i nudo! A przy okazji będzie miała okazję spędzić czas z bratem i bratową. Nic tylko od razu wyjeżdżać w tej chwili. Najchętniej już spakowałaby swój kufer i wyfrunęła do miasta w którym przynajmniej się dzieje coś ciekawego.
-Hmm ...- zastanowiła się głośno jaki prezent byłby odpowiedni z takiej okazji. Ona mogłaby chodzić godzinami i kupować czy to tkaniny na suknie czy też inne przedmioty. Dlatego w żadnym stopniu nie przeszkadzałoby jej gdyby kupno prezentu spadło na jej barki. -Myślę, że bardziej odpowiednie będzie kupić prezent dziecku. A samym zakupem mogłabym się zająć już w stolicy. - zaproponowała spoglądając na swoich towarzyszy. Zresztą nie dość, że wygodniej taką rzecz byłoby załatwić w Królewskiej Przystanii, to oszczędziliby czas jaki potrzebowali do wyruszenia w podróż.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lis 22, 2014 12:26 am

Co jakiś czas Otton zerkał na siostrę i choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że podróż jest jej dosyć obojętna to wiedział, że w głębi jest ona podekscytowana i szczęśliwa owa sytuacją.
- Widzę siostro, że już niecierpliwisz się na nasz wyjazd do Królewskiej Przystani. - Otton także pragnął się już wynieść z ponurego Końca Burzy, ale do wyprawy musiał jeszcze przygotować kilka spraw.- Raczej nie powitają nas od razu. Na pewno mają wiele rzeczy na głowie nawet bez ciąży księżniczki, więc możesz kupić coś tam. Jednakże uważam, że powinniśmy przyjechać, chociaż z niewielkim podarunkiem na początek.- W sumie w Końcu Burzy powinni jeszcze pobyć jakiś czas. Koronę trzeba było powiadomić o ich przybyciu, a pisanie listów nigdy nie należało do ulubionych zajęć Baratheona. - Muszę jeszcze powiadomić stryja, że chcemy wyjechać i załatwić kilka spraw żeby móc na spokojnie wyruszyć.- Rzeczywiście tak było, ale Otton chciał przed wyjazdem jeszcze spędzić trochę czasu w miejscu, w którym wychowywał się całe życie. Co prawda ich plan przewidywał wyjazd do Królewskiej Przystani i z powrotem, lecz każdy plan może się zmienić. Chciał także w końcu spłodzić dziecko z Arianną, ponieważ dotąd się to nie udało.
-Na pewno dasz sobie radę z tym zadaniem. W końcu z naszej trójki masz najlepszy zmysł do wybierania wszelkiego rodzaju prezentów.- Miał nadzieje, że Arabelle nie obrazi się za pozostawienie jej samej z wyborem drobiazgu dla rodziny królewskiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lis 22, 2014 1:06 am

Nie tylko Arabelle cieszyła się z planowanej podróży, Arianę również rozpierało poczucie szczęścia, aczkolwiek niezwykła ukazywać swoich wewnętrznych emocji, nawet w gronie rodzinnym. Nie tyczyło się to jej męża, przy którym nie czuła nawet odrobiny skrępowania. W końcu znali się już od dawna i spędzili ze sobą masę czasu. Pomiędzy nimi nie było miejsca na powściągliwość. A jeśli już siedzimy w temacie mężów i żon, to czasami zastanawiała się, kiedy Arabelle w końcu wyjdzie za mąż. Szczerze mówiąc, nie mogła doczekać się ceremonii jej ślubnej, ale nie chciała o nic pytać, ponieważ takie pytania mogły sprawić jej przykrość. W końcu Arabelle była od niej dużo starsza i niezamężna. Ariana czuła, że nie powinna pytać o takie rzeczy. Jedynie po chichu liczyła, iż w końcu znajdzie się jakiś odpowiedni kawaler dla szwagierki.
Zajęta spożywaniem posiłku, słuchała towarzyszącej jej dwójki. Pomimo, iż była kobietą, to nie przepadała za szukaniem prezentów. Ba, ona nawet nie przepadała za zakupami. Szczęściarz z tego Ottona, no nie? A tak na poważnie, to wydawała spore sumy na swoje stroje, ale robiła to z umiarem i nie za często. Poza tym, w wyborze strojów oraz dodatków, pomagały jej służki.
- W razie potrzeby, zawsze mogę coś doradzić. - dopowiedziała, bo czuła, że biedna Arabelle zostanie z tym zupełnie sama. Nie to, żeby chciała latać po bazarach lub targować się z przyjezdnymi kupcami. Miała tutaj na myśli to, że gdyby kobieta nie mogła się na coś zdecydować, to jest gotowa pomóc jej w wyborze.
Patrząc na przemian, to na męża, a to na jego siostrę, uniosła kielich z winem, aby za chwilę się z niego napić. Skończyła swój posiłek, więc teraz zostało jej już tylko wino.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   Sob Lis 29, 2014 1:30 pm

Cała rozmowa wywołała u trójki Baratheonów niezwykłe podekscytowanie. Z początku miał to być tylko zwyczajny posiłek, lecz teraz nikt już chyba nie myślał o jedzeniu. Arabelle wyglądała na zdecydowaną podjąć się zadania, więc uznał to za potwierdzenie. Poza tym jego siostra była w końcu Baratheonem i nawet gdyby nie lubiła wszelkiego rodzaj zakupów to na pewno dałaby sobie radę.
- Tak, więc postanowione. Arabelle kupi prezent dla królewskiej rodziny, a ja napiszę do nich list.- Ottonowi pasowało takie rozwiązanie. Dodatkowo Ariana pomimo swej niechęci do kupowania zaproponowała swoją pomoc, co było miłe z jej strony. On jednak nie chciał uczynić podobnego gestu ze względu na masę pracy, która na niego czekała oraz częściowo niechęci do zakupów.
- A, więc myślę, że nie ma, co dłużej tutaj siedzieć. Od razu weźmy się do przygotowywań.- Otton wstał od stołu podziękował obu damom za posiłek i udał się do własnej komnaty. Miał jeszcze obowiązki do wykonania, a czas gonił, bo wszyscy chcieli jak najszybciej wydostać się z ponurych murów Końca Burzy.

/zt Otto, Ariana i Arabelle
(przepraszam że post taki krótki, ale pisany na szybko)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sala turniejowa   

Powrót do góry Go down
 

Sala turniejowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Sala turniejowa
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-