a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wielki Sept Baelora



 

 Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 9:17 pm



Wielki Sept jest jednym z najbardziej charakterystycznych i pięknych budynków Królewskiej Przystani. Jest to centrum Wiary w Siedmiu oraz siedziba Wielkiego Spetona. Wielki Sept to największy budynek w mieście, pomijając oczywiście kompleks znany jako Czerwoną Twierdze. To w tym miejscu odbywają się wszelkie najważniejsze ceremonie, takie jak śluby władców Siedmiu Królestw. Świątynia nazywała jest również Septem Baelora, nazwa ta pochodzi od wyjątkowo pobożnego władcy z rodu Targaryenów. To właśnie jego pomnik znajduje się przed budynkiem. W środku znajdują się zarówno malunki, jak i rzeźby Siedmiu. Przed każdym z niewielkich ołtarzy palą się świeczki wierzących. W głównej sali może się pomieścić nawet siedemset osób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 9:26 pm

Nareszcie dotarli do Królewskiej Przystani. Alysanne miała już szczerze dość jazdy, chciała w końcu się przespacerować, poznać nowych ludzi. Niestety, tak jak słyszała już dawno od znajomych, miasto nie pachniało najpiękniej. Natłok ludzi na niewielkiej powierzchni niestety nie pozwalał na utrzymanie wysokiego poziomu higieny. Była tutaj zaledwie kilka razy i nie pamiętała dokładnie rozkładu miasta, nie przeszkadzało jej to jednak powziąć decyzję, o przespacerowaniu się ulicami stolicy. Ubrana była w zwiewną, jasnoniebieską suknie, która odsłaniała górną część jej ramion oraz piersi, a także idealnie podkreślała jej kobiecą figurę. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że nie ma już do czynienia z dzieckiem. Z uśmiechem na ustach ruszyła ku miejscu, które bardzo zapadło jej w pamięć - Wielkiemu Septowi. Wierzyła w Siedmiu, a więc nic dziwnego, że zakochała się w tym miejscu. Uwielbiała spędzać czas na modlitwach, pośród ciszy wypełniającej majestatyczny budynek. Może była dość dziwna, ale zawsze zapalała świeczki przed wszystkimi posągami, nawet przed Nieznajomym. Darzyła go szacunkiem i uważała, że postąpiłaby niegrzecznie nie modląc się również do niego. Pogoda była tutaj nieco chłodniejsza, niż w Wysogrodzie, ale nie przeszkadzało jej to szczególnie. Przyjaznym uśmiechem obdarowywała każdą napotkaną osobę, aż w końcu stanęła przed majestatyczną budowlą. Pomimo upływu lat Sept trwał nieprzerwanie taki sam, zawsze czekający na wiernych. To dobrze, że przynajmniej to jedno miejsce nigdy się nie zmieniało i witało każdego z otwartymi ramionami. Alysanne nie mogła się napatrzeć na jasne ściany budowli, przepięknie lśniące w słońcu. Ponadto jej wzrok przykuła ciemna figura posągu pobożnego władcy. Baelor Targaryen, tak? Ciekawe, jaki był za życia, czy naprawdę była tak idealny? Dziewczyna na chwilę zapomniała o wszystkim wokół, skupiając się na tym jednym posągu. Ostatnio miała tendencję do zapominania o całym świecie, gdy coś przykuło jej uwagę. Może po prostu zbyt wiele spraw ją martwiło i chciała choć na chwilę o nich zapomnieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 11:14 pm

Podróż z Winterfell do Królewskiej Przystani była pierwszą, jaką Shay odbyła w całym swoim życiu. Co prawda kilka razy przemierzała drogę pomiędzy Niedźwiedzą Wyspą a siedzibą Starków, jednak nie mogło się to nawet w drobnym stopniu równać z przemierzeniem niemal całego kraju, od Północy aż do samej stolicy. Oczywiście Mormontówna w ogóle nie zachowywała się jak dama i całą drogę spędziła na grzbiecie swojej klaczy, Tancerki. Nie pomagały rozkazy matki, błagania ojca i fukania septy - Shaynah była nieugięta, oglądanie mijanych miast i wiosek z okien powozu w ogóle nie mogło równać się z podziwianiem ich na żywo.
W końcu jednak dotarli do Królewskiej Przystani. Szczerze mówiąc, Mormontówna spodziewała się czegoś zgoła odmiennego, co nie zmieniło faktu, że widok tak wielkiego miasta, z tyloma budynkami, uliczkami i - przede wszystkim - ludźmi, zarówno ją zachwycił, jak i przeraził. Była przyzwyczajona do samotności, ciszy. To miejsce - przytłaczało ją. Uciekała, cały czas uciekała, szukała chociaż chwili spokoju, tęskniła za Północą, za swoim domem, również za Winterfell.
Wielki Sept był jednym z niewielu miejsc, w których mogła pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, na odpoczynek od zgiełku i tłoku, jakie panowały na ulicach Królewskiej Przystani. Mimo iż nie wyznawała wiary w Siedmiu, a od najmłodszych lat była wierna Starym Bogom, miejsce to onieśmielało ją. Możliwe, że to wina przestrzeni, ale kto wie, może to potęga bogów, tak na nią wpływała?
Ubrana jedynie w prostą, skromną sukienkę w barwach rodu podkreślającą jej urodę (niestety, wręcz siłą została zmuszona, by odłożyć spodnie i koszulę do szafy, a założyć coś, co zdecydowanie bardziej pasuje pannie z rodu Mormontów), wędrowała pomiędzy rzędami ławek, podziwiała posągi i grobowce, do każdego z nich przypisując fragment historii, której tak sumiennie się uczyła z nadzieją, że przyda jej się to w przyszłości.
- Baelor Targaryen, Błogosławiony i Umiłowany. Podobno odmówił skonsumowania małżeństwa ze swoją siostrą, Daeną, bo zawsze chciał zostać septonem - zagadnęła cicho, podchodząc do dziewczyny podziwiającej posąg dziewiątego z Targaryenów władcy na Żelaznym Tronie.


Ostatnio zmieniony przez Shaynah Mormont dnia Sro Maj 01, 2013 7:59 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
84
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 11:51 am

Powinna się cieszyć, że jej podróż nie trwała aż tak długo. Razem z Mellarie, z którą miała reprezentować ród Martellów, przypłynęły do Królewskiej Przystani statkiem. Podczas wyprawy wykazywała niektóre objawy choroby morskiej dlatego też spory czas spędziła w swojej kajucie. Właśnie z tego powodu, teraz po wyjściu na stały ląd, powinna się czuć o niebo lepiej. Tak jednak nie było. W stolicy królestwa było zbyt tłoczno i w przeciwieństwie do niej Słoneczna Włócznia mogła wydawać się nawiedzonym zamczyskiem. To znaczy w jej domu trudno było pozostań samotnym, zawsze można było znaleźć kogoś do towarzystwa, ale w przeciwieństwa do miejsca, w którym się aktualnie znajdowała nie było czuć takiego ścisku.
Właśnie dlatego prawie od razu udała się do Wielkiego Septu. Chciała aby na dodatek ominęły ją te wszystkie uprzejmości wymieniane między rodami tylko aby nie znaleźć pretekstu do wojny lub żeby w przyszłości sprzedać córkę wyżej położonemu w hierarchii kandydatowi. Nie chciała oglądać tych wszystkich fałszywych uśmiechów i nieszczerych uwag. Po co to wszystko? Po co ludzie zakładają maski aby ukryć swoje prawdziwe oblicze? Nie mówiła, że i ona tak nie robi. Ale jeśli wszyscy wokół kłamią, to dlaczego ona miałaby tego nie robić.
Jednak tu, ku jej zdziwieniu również była sama. W Głównej Sali, oprócz niej były jeszcze dwie osoby. Z tej odległości potrafiła tylko powiedzieć, że są to kobiety. Jedna ubrana w zwiewną niebieską suknie, druga skromną zieloną, a obie wydawały się tak różne od siebie jak dzień i noc, północ i południe. Sama Lyn założyła jedwabną bordową suknię, tak charakterystyczna dla Dorne, że sporo ludzi odwracało się za nią kiedy szła tutaj. Dopiero kiedy od towarzyszek dzieliło ją tylko kilka kroków, w jednej z dziewczyn rozpoznała Alysanne, towarzyszkę jej zabaw kiedy ta zawitała do jej domu. Drugiej na pewno nie znała, ale na pierwszy rzut oka widać było, że pochodzi z wyższych sfer. Może uczono ją o niej, ale ona nie miała zielonego pojęcia z kim na przyjemność. Nie przeszkodziło jej to jednak w wejściu tamtej w słowo.
- Owszem, a następnie wskoczył w dół z wężami aby uratować Smoczego Rycerza i został ukąszony przez węże tylko jakiś pół setki razy. Ach i jeszcze zamknął swoje trzy siostry w Krypcie Dziewic aby go nie kusiły, a następnie zagłodził się na śmierć. – odpowiedziała takim tonem jakby opowiadała jakąś historię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 5:09 pm

Aż dziwne, że całkiem długo udało jej się wpatrywać w spokoju w rzeźbę Baelora. Ludzie co prawda zatrzymywali się czasem, aby wymienić parę zdań i pogadać o dziwnej nieznajomej gapiącej się na figurę, ale nikt nie miał odwagi jej zaczepić. Każdy z pewnością mógł zorientować się, że Alysanne pochodzi z wyższych sfer, a zadawanie się z takimi osobami często przynosiło tylko kłopoty. Nawet żebracy, którzy próbowali wydusić z przechodzących wiernych chociaż jedną monetę nie śmieli zakłócić skupienia brunetki. Kątem oka dziewczyna zauważyła jakiś ruch, a chwile potem do jej uszu dotarł czyjś głos. Z pewnością należał do nieznanej jej kobiety, tyle mogła powiedzieć, nie odwracając głowy. Kiedy w końcu skierowała swój wzrok na rozmówczynię, dodała w myślach, że do wyjątkowo urodziwej kobiety. Już miała odpowiedzieć, kiedy kolejna osoba postanowiła do nich zagadać. Tym razem ze stuprocentową pewnością stwierdziła, że zna ten głos. Co prawda nie słyszała go już od bardzo, bardzo dawna, ale nie potrafiłaby go nigdy zapomnieć, nawet gdyby chciała. Odwróciła się bokiem do posągu, a zwiewna suknia lekko zawirowała wokół jej nóg. Teraz widziała obie dziewczyny i, tak jak myślała, jej wzrok padł na Lynette. Jej usta niemal od razu przyozdobił szeroki, przyjacielski uśmiech. Miała teraz pewność, że konwersacja będzie bardzo ciekawa i przyjemna. Na pewno sprawi jej większą frajdę niż bezsensowne gapienie się w posąg.
- To prawda. - przytaknęła słowom obu dziewcząt. - A także zlecił wybudowanie tej wspaniałej budowli, ku czci Siedmiu.
W jej głosie słychać było pewność siebie, a także radość. Przez pewien czas interesowała się religią, a więc znała doskonale historię tegoż pobożnego władcy. Musiała jednak przyznać, że gdy czytała księgi naukowe na temat Wiary w Siedmiu, wyznanie to stawało się dla niej raczej przedmiotem badań, niż ważną częścią życia. To dlatego niezbyt długo zajmowała się akurat tym zagadnieniem, wolała skupić się na religiach innych nacji. Wiara w R'hllora czy Utopionego Boga była o wiele częstszym tematem jej książek. Powstrzymała się od jakichkolwiek uniesień w związku ze spotkaniem dawnej znajomej, jeszcze będzie na to czas. Jej uwaga skupiła się w większym stopniu na nieznajomej. Z pewnością była wysoko urodzona. Alysanne nie była pewna, czy powinna wnioskować coś na podstawie koloru jej suknie, gdyż sama ubrała strój w barwie niezwiązanej z własnym rodem. Jeśli jednak zieleń nie była u tamtej przypadkowa, to ilość rodów do wyboru była dość ograniczona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 7:33 pm

Shay nie rozumiała ludzi, którzy narzekali, że historia jest nudna i nie ma żadnego sensu z nauce jej. Ona uważała inaczej - chwilami mogła zgodzić się, że niektóre fragmenty z przeszłości danego rodu czy rejonu Westeros powiewały nudą, jednak wszystko to było kluczem do poznania, kluczem do zdobycia wiedzy, która w przyszłości może zaważyć na losach rodu. Dlatego sumiennie przykładała się do tej części wykładów septy czy maestera. Co również nie zmieniało faktu, że Shaynah była bardzo zainteresowana przeszłością Siedmiu Królestw, rodu panującego, a także hierarchią społeczeństwa, wszystkimi niesnaskami między poszczególnymi domami, również religiami. Wiele wiedziała na temat Siedmiu, jeszcze więcej na temat Starych Bogów, w których wierzyła i do których się modliła, sporo przeczytała również na temat Matki Rzeki, Pana Światła czy Utopionego Boga. Wiele razy zastanawiała się, czemu powierza swoje życie bogom najstarszej religii Westeros. O słuszności jej wyboru (a także jej rodziny) utwierdzała ją niemal każda lektura na ten temat, a także legendy o Pierwszych Ludziach i Dzieciach Lasu, o tym, że wszyscy ludzie Północy pochodzą właśnie od nich.
Kaem oka zauważała, że w trakcie mówienia dołączyła do nich jeszcze jedna dziewczyna. Zdawać by się mogło, że cała trójka wygląda teraz dosyć zjawiskowo, zważając na ich postawę i ubrania, w jakie były odziane. Co prawda szmaragdowa sukienka Shaynah nieco wyróżniała się spomiędzy przepięknej bordowej sukienki nowo przybyłej kobiety oraz tej jasnoniebieskiej, nie zmieniało to jednak faktu, że dla zwykłego mieszkańca Królewskiej Przystani był to raczej niecodzienny widok.
- Nie przedstawiłam się... - powiedziała niespodziewanie, po dłuższej chwili milczenia, jakie zapadło po słowach młodszej z dziewcząt. - Shaynah, z rodu Mormont, z Niedźwiedziej Wyspy - dodała od razu, z lekka dygając i wyginając wargi w uśmiechu.
Nie miała powodów, by ukrywać swoje personalia, zwłaszcza gdy jej rozmówczynie wyglądały znacznie dostojniej niż ona, co niewątpliwie oznaczało, że są równie wysoko urodzonymi damami. Zdawać by się mogło, że domyślała się, z kim może mieć do czynienia po jej lekko przygryzionej wardze i nieznacznie zmarszczonym nosku, nie wypowiedziała jednak nawet słowa, by nie palnąć żadnej gafy. Może i nie uważała nigdy na zajęciach z septą, a tak w ogóle to bywała na nich z rzadka, wiedziała jednak, jak powinna zachować się prawdziwa dama. Wystarczyło jej czternaście lat obserwowania matki, a potem kolejne dwa w towarzystwie lady Stark i jej córek.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
84
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 8:35 pm

Historia nigdy nie była dla Lynette nudna. Można by nawet powiedzieć, że dziewczyna, tak samo jak Shaynah, była nią zauroczona. Tyle że ją, bardziej od tych wszystkich dat, interesowało to o czym maestrzy i septy nie zwykli nauczać. To co zazwyczaj było przemilczane lub nawet ukryte. Dlatego właśnie długie godziny spędzała w bibliotece wertując książki i próbując odnaleźć to co zostało ukryte pomiędzy wierszami. Ponadto próbowała namówić ojca, aby ją również wysłał do Cytadelii kiedy tylko usłyszała, że taki los spotkał Alysanne. On jednak pozostawał nieugięty na błagania córki zaciekle uważając, że kobiecie nie przystoi znać nic ponadto co jest nauczane przez maestrów w zamkach. Poza tym Cytadela stała w Reach, więc jakby na to nie patrzeć wrogim terenie w stosunku do Dorne. Mimo iż nie zostało to wypowiedziane na głos Lyn wiedziała, że oba te rody za sobą nie przepadają, a to że nie ma pomiędzy nimi wojny niewiele zmienia.
- Księżniczka Lynette Martell z Dorne, ze Słonecznej Włóczni. – również się przedstawiła nadal uśmiechając się do Alys.
Dawno się z nią nie widziała, a była ona jedną z niewielu osób, które brunetka poznała w czasie swojego dzieciństwa. Było to spowodowane tym, że Lyn rzadko kiedy mogła opuścić pałac. Na dodatek dolaniem oliwy do ognia było to, że jej bracia podróżowali kiedy chcieli i nawet teraz jeden z nich był poza granicami kraju. Co do Tyrellówny to dziewczyny nazwały się przyjaciółkami. Nie było to jednak najtrafniejsze z możliwych nazwanie ich relacji. Przynajmniej z początku Lynette nawiązała tylko kontakt z Alys, ponieważ w jej mniemaniu mogła później z tego czerpać korzyści. W końcu córka lorda Tyrella to niebyle kto, a w przyszłości taka sojuszniczka może się okazać skarbem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 8:52 pm

Mogło się wydawać to już niemal niemożliwe, ale po raz kolejny jej uśmiech poszerzył się. Najwyraźniej Siedmiu wciąż jej sprzyjało i w ten oto sposób spotkała tutaj narzeczoną swego brata. Przed wyjazdem, tak jak planowała, poszperała o niej trochę. Z tego co słyszała w dzieciństwie charakteryzowała się dość ciętym językiem i nie należała do najposłuszniejszych pociech. Została wysłana do Winterfall i spędziła tam ostatnie dwa lata. Nareszcie będzie mogła zweryfikować wszystko, co usłyszała zarówno od swych służek, jak i napotkanych w mieście ludzi. Tak jak myślała, plotki nawet na temat tak odległych miejsc jak zimna Północ docierały we wszystkie krańce Westeros. Jakby dla podkreślenia swej radości z tego spotkania dziewczyna klasnęła w dłonie.
- Cóż za wspaniałe zrządzenie losu! Jestem Alysanne Tyrell, młodsza siostra twego narzeczonego, Lorenta!
W jej twarzy nic widocznego się nie zmieniło, ale w tym momencie Alysanne przestała traktować tę rozmowę jedynie jako ciekawą rozrywkę. Musiała się dowiedzieć jak najwięcej na temat tej dziewczyny, nie tylko dla Lorenta, ale również dla siebie. Jeśli ta dziewczyna okaże się jakąś tępą idiotką, to Alysanne chyba się załamie. Jej brat zasługiwał, w jej mniemaniu, tylko na to, co najlepsze i nie mógł się ożenić z nikim, kto nie spełniał jej wymagań. Na pewno, gdy tylko zakończą rozmowę porozmawia z bratem i podzieli się z nim swoją opinią, na temat jego przyszłej żony. Warto było wiedzieć, że choć brunetka czasem sprawiała wrażenie nieco dziecinnej, to w głębi duszy była dojrzałą, inteligentną, młodą kobietą, która potrafiła doskonale rozszyfrowywać i oceniać innych. Niemal nigdy się nie myliła, jej sądy na temat napotkanych osób często się sprawdzały. Jedni mówili, że oto Siedmiu obdarza ją wizjami na temat ledwo co poznanych znajomych. Ci inteligentniejsi twierdzili, że Alysanne po prostu potrafi patrzeć głębiej. Nie było nawet sensu grać przed nią kogoś, kim się nie było.
Musiała pamiętać, aby później umówić się jakoś z Lynette na prywatne spotkanie, najlepiej gdzieś, gdzie nikt nie będzie ich szpiegował. Jakże bardzo ona tęskniła za szczerymi rozmowami z tą dziewczyną! Koniecznie muszą porozmawiać w cztery oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 10:20 pm

Księżniczka Dorne. Shay wiedziała, że dziewczę z rodu Martell'ów jest od niej o rok starsze. Doszły ją nawet pogłoski, że Lynette jest bardziej niespokojna od rozjuszonego czerwoną płachtą byka, a niektórzy na Niedźwiedziej Wyspie dodawali nawet, że swą krnąbrnością dorównuje Mormontównie. Podobno zmieniła ją dopiero niespodziewana śmierć septy, a po Westeros krążyły spekulacje, czy aby księżniczka nie przyłożyła do tego ręki.
Mimo tych pogłosek Shaynah kiwnęła lekko głową dziewczynie, jednocześnie uśmiechając się delikatnie, jak przystało na damę. Pozory, pozory, proszę was! Ale ta młoda kobieta była niemalże doskonała w wywieraniu pierwszego dobrego wrażenia.
Oblicze Shay znów się rozpogodziło, gdy usłyszała, że druga z dziewcząt jest córką lorda Tyrella i jednocześnie siostrą jej narzeczonego. Może zdoła dowiedzieć się czegokolwiek na jego temat, nim zostaną sobie przedstawieni?
- Jestem zaszczycona, księżniczko - powiedziała, zwracając się ku Lynette, by po chwili przenieść przenikliwe spojrzenie czekoladowych oczu na Tyrell'ównę. - Ach, więc tak wygląda siostra mego narzeczonego... - zawiesiła na chwilę głos, przyglądając się dziewczynie oceniającym spojrzeniem. Niedługo trzeba było czekać, by jej oblicze znów się rozpogodziło. - Masz rację, to dziwny zbieg okoliczności. Jakby Starzy Bogowie i Siódemka specjalnie nas tu przyprowadzili, byśmy się poznały - dodała jeszcze, wzruszając ramionami, a z jej ust wyrwało się ciche parsknięcie śmiechem.
Była w nader doskonałym humorze. Zdawała sobie sprawę z tego, że teraz Tyrellówna będzie chciała jak najwięcej wynieść z tego spotkania, by później donieść o niej swojemu bratu, wszystkie uwagi na temat jej zachowania, potwierdzenia, czy rzeczywiście jest taką buntowniczką, jak wieść gminna niesie. Bawiło ją to. I miała to w głębokim poważaniu, tak jak całą tę ideę zamążpójścia. Ojciec zażyczył sobie, by została małżonką Lorenta? Proszę bardzo, spełni jego wolę. Ale niech nie myśli, że będzie idealną panią na zamku, grzeczniutką, cichutką niczym mysz w sepcie, miała dopiero szesnaście lat, całe życie przed nią, nie pozwoli jakiemuś mężczyźnie (kimkolwiek by on nie był!) na odbieranie jej marzeń.

//Przepraszam, że nie za długo, ale chyba musimy powoli kończyć, bo niektórzy zbierają się już na dziedzińcu. (:
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dorne
Liczba postów :
84
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Kwi 30, 2013 10:48 pm

Lorent wychodzi ponownie za mąż. Mimo że Lyn nigdy nie nie widziała go na oczy, czuła się jakby znali się od lat. W końcu Alys nie szczędziła jej uwag o swoim starzym bracie. Do tego losy dziedzica Wysogrodu nie były chyba nikomu obce. Przecież w niektórych miejscach nadal mówiło się o nim i jego żonie, która nie dość że umarła młodo to jeszcze nie dała mu żadnego potomka, a przynajmniej żywego. Dla rodu Tyrellów była to nie lada tragedia, a dla Tullych jeszcze większa. Jak oni mieli wydać inne córki skoro najstarsza dała taki ładny przykład. Z tego jednak co słyszała jakoś im ta sztuka poszła. A teraz jeszcze przed nią stała nowa kandydatka na miejsce lady Wysogrodu. Shayah nie wyglądała jednak na dziewczynę, która z tego powodu skakała ze szczęścia. A zdaniem Lynette powinna. W końcu dla niej to był nie lada awans.
Kiedy dziewczyna z Północy odpowiedziała, panna Martell nie miała pojęcia czy ona mówi na poważnie czy tylko się z niej nabija. Nie żeby miała w tym drugim jakiś interes, ale Lyn nie wiedziała co jej po głowie może chodzić. W końcu Wyspa Niedźwiedzia leży tak daleko na północy, że jej mieszkańcy najpewniej przyjaźnią się z Dzikimi zza Muru i nie wiadomo czego się od nich nauczyli.
- Myślę, że powinnyśmy udać się już na zamek. To znaczy jeśli chcecie, zostańcie i oddajcie należytą cześć Bogom. Ja już pójdę. – jak powiedziała tak zrobiła. Odchodząc podeszła tylko do Alysanne i szepnęła jej do ucha: Spotkamy się później. Po czym na dobre wyszła z Wielkiego Septu Baelora.

// Dziedziniec
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sro Maj 01, 2013 10:58 am

Wyglądało na to, że faktycznie Siedmiu jej sprzyjało. Z tego co dziewczę zaobserwowało wynikało, iż plotki na jej temat pozostawały prawdziwe. Spojrzała na sept. Czy to dlatego, że najpierw udała się tutaj, spotkała narzeczoną brata? Powinna się pomodlić, ale nie teraz, nie miała na to czasu. Pokiwała głową na słowa Shay.
Z chęcią zamieniłaby jeszcze parę słów z Shaynah, ale jej spojrzenie na moment zostało skierwowane ku niebu. Słońce stało już wysoko, a ona przecież już dawno oddaliła się od reszty Tyrellów. Lorent może się zacząć martwić o nią, a co gorsza, inni lordowie mogą zauważyć jej nieobecność. Powinna jak najszybciej udać się w kierunku dziedzińca, gdzie pewnie zgromadziła się już dość duża liczba osób z wyższych sfer. Najwyraźniej Lyn czytała jej w myślach, bo właśnie zaczęła się z nimi żegnać. Alysanne uznała, że pomodli się innego dnia, dzisiaj nie mogła już dłużej zwlekać z udaniem się na dziedziniec. Na jej twarzy nie zagościła żadna reakcja na propozycję spotkania się później. W głębi duszy się cieszyła, ale nie było sensu tego okazywać.
- To prawda, powinnyśmy się już zbierać.
Jej uśmiech zmniejszył się do zwykłego, lekkiego wygięcia kącików ust ku górze. Jeśli dziewczyna zechce pójść razem z nią, to Alysanne spędzi ten spacer na rozmowie z nią i lepszym poznaniu się. Zaczekała chwilę na reakcję Shay, po czym odeszła powoli w kierunku dziedzińca. Nie martwiła się nawet za bardzo, że jej suknie ani trochę nie odzwierciedla barw jej rodu. Wyglądała w niej ładnie i dorośle, najwyżej zarzuci na ramiona płaszcz z naszytą różą, jeśli zajdzie taka potrzeba.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sro Maj 01, 2013 1:03 pm

Plotki były tylko plotkami, mogły być prawdziwe, ale również to Shay mogła udawać, by lady Tyrell uwierzyła w ich prawdziwość. Z kimś takim, jak młoda Mormontówna nic nigdy nie było pewnym, do niej zawsze trzeba było podchodzić z pewną dozą nieufności, bo nie wiadomo, kiedy obudzi się w niej prawdziwy diabeł.
Również z przykrością stwierdziła, że czas na nią, niedługo lord i lady Mormontowie zaczną się niepokoić nagłym zniknięciem córki i jeszcze gotowi byli wysłać na jej poszukiwanie dowódcę straży przybocznej nestora rodu. Na tę myśl Shay tylko wywróciła oczami, co mogło wyglądać nieco dziwnie, zważywszy na to, że Alysanne nie miała zielonego pojęcia, jakie myśli krążą pod tą szopą jasnych loków. Nawet trochę nie zmartwiła się jednak faktem, że jej sukienka niezbyt nadawała się na tego typu uroczystości. W duchu podziękowała Starym Bogom, że w pobliżu nie było nigdzie jej matki, która kazałaby jej przebierać się w coś bardziej odpowiedniego, elegantszego. Czuła się dobrze, wyglądała również całkiem ładnie, a że skromnie... Cóż, przynajmniej nie przyćmi panien z innych rodów swoją urodą! (Ach, ta skromność...)
- Masz rację, czas na nas. Miałabyś coś przeciwko, gdybym dotrzymała ci towarzystwa? - zaproponowała jeszcze, by zaraz zrównać krok z panną Tyrell.
Miała nadzieje na lepsze poznanie siostry jej narzeczonego, a także na dowiedzenie się czegoś o nim. O rodzie wiedziała wiele, tak samo jak o Wysogrodzie, które zamieszkiwali, odkąd Aegon zdobywca przekazał miasto, a także całe Reach w ich posiadanie. Liczyła, że Aly rozwieje wszelkie jej wątpliwości dotyczące Lorenta, a także sprawi, że różnica dziesięciu lat nie będzie aż tak przerażająca.
Razem przemierzały ulice Królewskiej Przystani, by wreszcie dołączyć do swoich rodzin na dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

zt.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sro Cze 19, 2013 12:18 pm

kruczarnia

Allya przeżyła zbyt wiele dni imienia, żeby wierzyć w cud. Jest też zbyt trzeźwa, żeby wierzyć w bogów, mało istotne, czy starych, czy nowych. Wierzy tylko w siebie. Za wiele razy upadała i za wiele razy się podnosiła, żeby nie zauważyć, że w człowieku jest tylko jedna siła - on sam. I młoda Baratheonówna ma tę siłę, choć nie zawsze w życiu z niej korzysta. Ma ją również jej brat. A przynajmniej taką Allya ma nadzieję.
Jednak pomimo swej siły i zarzeczeń… przekracza próg Wielkiego Septu Baleora. Młodej kobiecie zaczyna płonąć grunt pod  nogami, skoro posunęła się do tego, by stanąć przed ołtarzem Matki. Los lubi płatać figle, wśród zwolenników rodu Tullych trwa gorączka szukania szalup na tonącym okręcie… a tych jest bardzo mało i na pewno nie dla wszystkich starczy. Co będzie jednak, jeśli to kiedyś ona postawiona zostanie w podobnej sytuacji? Skazana na potępienie, osaczona przez prawie całe królestwo, wszystko zaś z powodu błędu jednego członka rodziny? Oczywiście, Allya swoją szalupę ma już od dawna. Nie martwi się. Nigdy się niczym nie martwi. W czasie wojny bowiem nie liczą się prywatne animozje.
Znaczenie mają tylko szalupy ratunkowe.
Pogrążony w półmroku Sept, zbudowany z siedmiu bogato zdobionych ścian, był jednym z niewielu miejsc w Królewskiej Przystani, gdzie Allya w ciszy mogła opracować kolejne kroki, zupełnie jakby kreowała nowy taniec, który wkrótce podbije wszystkie dwory w Westeros. Naturalnie nie o podbój jej chodziło. Jedynie o bezpieczeństwo. Przesunęła spokojnym, niebieskim spojrzeniem po posągu Ojca i Dziewicy. Wszystko wchodzi w nas przez zmysły. Oprócz sposobu, w jaki porządkujemy te wrażenia zmysłowe, są one nam przyrodzone. Gdy jednak mamy władzę zmiany tej wrodzonej struktury... Dopiero widok Nieznajomego sprawił, że jej serce zamarło na chwilę w wyrazie irracjonalnego niepokoju. Ołtarz, zbudowany z błyszczących odłamków ciemnych szkiełek, odbijał sylwetkę Allyi nawet pomimo panującego w Sepcie zmroku. Była zbyt jasna na tle dziwnie pustej świątyni. Kobieta zmarszczyła delikatnie brwi i spojrzała sobie głęboko w oczy - a właściwie to w oko, lewe. Niebieskie, nie bardziej niż zwykle. Takie, jak u Aylwarda… odwróciła się szybko, zanim zdążyła pochwycić całe odbicie. Nieznajomy nie był ni mężczyzną, ni kobietą. Łączył w sobie jedno i drugie, stał się wiecznym wygnańcem, czymś mniej i bardziej ludzkim, czymś nieznanym i niepoznawalny. Allya doskonale wiedziała, że nie znajdzie u niego pocieszenia - a mimo to po raz ostatni zerknęła w stronę ołtarza, nim odwróci się i odejdzie do pomnika Matki. Jak na złość - teraz spogląda na własne odbicie, dziwnie zniekształcone, przez co z trudem odnajduje wzrokiem oczy. Niebieskie jak dwie tafle jeziora. Oczy… które należą do jej brata. Allya poczuła, jak na karku zjeżyły się jej włoski z przerażenia, a całe ciało otuliło przejmujące zimno, jednak nie potrafiła oderwać wzroku od niewyraźnego obrazu, od nierównych, czarnych szkiełek z których spozierał na nią bystry wzrok Aylwarda. Baratheonówna z trudem przechyliła lekko głowę, nadal patrząc na oddalonego o setki mil brata. A ten patrzył na nią, patrzącą. Jego twarz, jego oczy, jego uśmiech, blask uśmiechu w spojrzeniu. Wszystko było jak najbardziej na miejscu.  Odbicia odbić odbić - piękno przychodzi zawsze z zewnątrz, nie istnieje poza światem fizycznym: mimo wszystko wyobrażenie piękna nie jest pięknem, tak samo jak wyobrażenie strachu nie jest strachem, a wyobrażenie zła nie jest złem. Jak więc odróżnić prawdę od fałszu…?
Nie wiedziała, kiedy odwróciła się plecami do ołtarza i z cichym szelestem przesuwanej po posadzce sukni ruszyła do ołtarza Matki. Padła na kolana tak szybko, że promienisty ból rozpełzł się leniwie po jej kościach, nie przeszkadzając jednak w pędzie spanikowanych myśli.
- Tryb życia, jaki sobie obieramy, narzuca nam typ ludzi, z jakimi się stykamy. - szepnęła cicho, zapalając ostrożnie wąską świecę od płomienia. Zarzynająca ją powoli od środka przewlekła śmierć, agonia spowodowana zabobonem i zbyt wybujałą wyobraźnią? Nie, Allya nie mogła na to pozwolić. Była zbyt przekorna, zbyt dumna i zbyt uparta. ZBYT we wszystkim. Była zbyt sobą. - Pani, zechciej spojrzeć na toczącą się w Dolinie bitwę matczynym wzrokiem… każdy, kto bierze w niej udział, ma lub miał matkę. Ty zaś jesteś Matką ich wszystkich, oni są Twymi synami. Oszczędź ich życia. - na ścianie zatańczył migotliwy blask świecy, sprawiając, że cień pomnika bogini poruszył się na ścianie. Allya przyłożyła dłoń do lewej piersi. - Sprawuj pieczę nad Aylwardem... niech wróci cały i zdrowy. Prowadź i mnie, bym miała siłę stawić czoła obowiązkom dobrej córki... - zacisnęła lekko palce na materiale sukni, podnosząc wzrok na twarz Matki. Kiedyś, kiedy ona i jej rodzeństwo byli ledwie wyrostkami, uwielbiali biegać po Końcu Burzy i pozwalać, by echo ich głosów roznosiło się po potężnej twierdzy. Wtedy wszystko było tak łatwe…
Było nas pięcioro. Piątka rodzeństwa. Mieliśmy przed sobą cały świat. Na wyciągniecie ręki.
Zaledwie rok temu...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://www.czart.aaf.pl
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
58
Join date :
29/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Cze 21, 2013 3:44 pm

sala obrad

Myśli kłębiły się w jej głowie, boleśnie napierając na każdy kąt jej świadomości, zajmując każdą sekundę, opanowując doszczętnie wszystkie funkcje życiowe młodej królowej. Jak echem odbijały się słowa, tak bolesne, tak depresyjnie oddziałujące na jej stan psychiczny. A jednak, nie była tak silna jak zawsze myślała, miała swoje słabości, tak banalne, tak oklepane, wciąż jednak będące słabościami. Od najmłodszych lat wystawiona była na przeciwności losu, nigdy nie miała ostatecznego zdania, pozbawiona decyzyjności już w zarodku, musiała się przygotować na to, że będzie wystawiona na ciężkie próby, a jej życie nigdy nie będzie takie o jakim by marzyła.Wtedy pojawił się on, zniszczył wszystko, a jednak przez przypadek zdołał coś naprawić. Naprawił ją. Posłuszna, przykładna panna z królewskiego rodu, potrafiąca zachować się adekwatnie do sytuacji, doskonale zdająca sobie sprawę z tego czego się od niej wymaga i potrafiąca dostosować się do owych wymagań. W mgnieniu oka, pod wpływem jego spojrzenia, ukradkowych uśmiechów, obecności i brzmienia głosu, zmieniła się, a może raczej pozwoliła ujrzeć światło dzienne swojej prawdziwej ja. I to było w nim cudowne. Bez wysiłku potrafił wyciągnąć z człowieka jego prawdziwe oblicze, kompletnie omamić, jednak pozostawiając coś w zamian. Wypełniając rozpaczliwą pustkę. Nie zauważyła w tym niczego złego, ba! Z każdym dniem pragnęła więcej i więcej, chociaż raz nie bacząc na konsekwencje, sprzeciwiając się sztucznym maskom, udowadniając samej sobie, że nie jest tylko marionetką, a jej życie wciąż jest w jej rękach. A kiedy wydawało jej się, że nic nie zepsuje aury zakochańczej ułudy ponownie została pozbawiona decyzyjności, w jeszcze bardziej drastyczny sposób. Odebrał jej wszystko. Nie pozostawił nawet cienia nadziei na poprawienie sytuacji. A ona? Idiotka. Mogła zrobić wtedy wszystko. Stać ją było tylko na jedno. Tchórzliwe, najgorsze z zachowań. Pozornie pozbawione emocji. Spojrzenie. Krótkie, puste, rozpaczliwie szukające pocieszenia. Ale w czyich ramionach? W jego? Żałosne. Był wtedy ostatnią osobą z którą chciałaby przebywać. Muśnięcie palcami jego chłodnej dłoni. Zakończ to, będzie bolało mniej. Idiotyczna myśl, której niestety zaufała. Spuściła wzrok i odeszła. Nie mówiąc nic, nie korzystając z ostatnich chwil. Tchórzliwie pragnąc oszczędzić sobie bólu, niespodziewanie zadając go jeszcze więcej. Nic więc dziwnego, że teraz była kim była. Wrakiem. Psychicznie wykończonym wrakiem żałosnej dziewczynki. A przecież kiedyś miało być dobrze...
Jak powinna się zachować? Przecież oficjalnie nie wie o niczym, a nawet jeśli by wiedziała nie miałaby najmniejszego powodu ku temu by się przejmować. W końcu nikt nie mógł się dowiedzieć, nie mogła wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń, ani ludzi na dworze ani samego Aerysa... w końcu ludzie już zaczęli gadać. Rano jednak nie było lepiej, czas nie działał korzystnie, a wręcz przeciwnie, uświadamiał jej, że cały świat może runąć w ułamku sekundy. Nie padła na łóżko, nie zaczęła płakać, pragnęła udowodnić samej sobie, że nie warto tracić nadziei, a może, że potrafi być silna bez niego? W końcu dawała sobie radę do tej pory, widziała go tylko sporadycznie. A jednak wtedy nie miała świadomości jak bardzo narażone na zagrożenie jest jego życie. Teraz doskonale o tym wiedziała, dlatego nie potrafiła panować nad tym co robi. Jej dłonie trzęsły się niemiłosiernie kiedy ściągała z głowy zdobny diadem, palce były zbyt sztywne by za pierwszym razem zapiąć zatrzask zwiewnej rubinowej sukienki z czarnymi wstawkami. W pierwszym momencie pomyślała także o pelerynie z kapturem by uniknąć niechcianych spojrzeń, nie była jednak tak naiwna, wiedziała, że nawet wtedy nie ma przed nimi ucieczki, a zamaskowana z pewnością bardziej zwróciłaby na siebie uwagę. Stawiała kroki w kierunku Septu zupełnie nie wiedząc czemu. Przestała się modlić kiedy na dobre zdała sobie sprawę z tego, że nikt nie słucha jej próśb. 
Aura świątyni zadziałała na nią dziwnie kojąco, jak nigdy. Może tego było jej potrzeba? Chłodu kamiennych ścian, tajemniczych cieni rzucanych na posągi dzięki światłu świec? Jak mała dziewczynka, łaknącym spojrzeniem obserwowała każdy zakątek Septu, tak czarownego i magicznego w jej przeświadczeniu. Kłamstwo. Nie ważne jak magiczne było to miejsce, nie miało wpływu na wydarzenia. Jedynie usypiało czujność. Ravath wciąż słyszała bicie swojego serca, przyspieszony oddech odbijający się echem od kamiennych ścian budynku, nie miała pewności czy taka reakcja organizmu spowodowana jest informacją czy może raczej zmianą otoczenia. Do je uszu dobiegał kolejny dźwięk, nie należał do niej z pewnością, dlatego też przybrała maskę obojętności, by nie pokazywać zbędnych emocji, po czym ruszyła przed siebie, podążając w kierunku drugiego oddechu. Cień długowłosej kobiecej sylwetki zamajaczył na jednej ze ścian, a zaraz później uwagę przykuła klęcząca młoda dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Lawendowe spojrzenie Targaryenówny przeniosło się na posąg Matki. Wtedy dziewczyna zaczęła mówić. Początkowo Ravath zdawało się, że zorientowała się o jej obecności, ta jednak kontynuowała swoją modlitwę, a ona niczym zawodowy szpieg wciąż sterczała w ukryciu, bezczelnie odbierając dziewczęciu chwilę intymności. 
Na dźwięk imienia serce Rav zabiło mocniej, oczy nieomal napełniły się łzami, ostatkiem sił, zdrowym rozsądkiem udało jej się zatrzymać niefortunny wylew emocji. Nie tutaj, nie teraz. Ale ... czy ona wiedziała? Aylward na pewno nie obnosił się z uczuciem na prawo i lewo. Z resztą, czy górnolotne obietnice można nazwać uczuciem? Przyklęknęła przy dziewczynie, odpalając drugą świecę. Na chwilę spuszczając wzrok i wypowiadając w myślach identyczną prośbę, by miała w swej pieczy Aylwarda Baratheona. Spojrzała na dziewczynę, znała ją, z widzenia, Allya była od niej starsza, jednak nie na tyle by dzieliła je ogromna różnica poglądów. 
- Główne zmartwienie... - zaczęła banalnie - ...jak żyć by rodzina była z ciebie dumna. Co zrobić by nie sprawić im zawodu. Jak sprostać oczekiwaniom i wypełnić obowiązki córki należycie. Wierz mi lub nie, Lady Baratheon, ale nie wyobrażasz sobie jak bliskie dziś są nasze dusze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Cze 25, 2013 10:34 pm

Gdy klęczała przed ołtarzem, jej wzrok zatrzymał się przesz dłuższą chwilę na jednej, niewielkiej rysie przecinającej figurę Matki u nasady opływającej sukni posągu. Allya zawahała się - skąd to pęknięcie, w Wielkim Sepcie? Dlaczego nikt do tej pory go nie zauważył? Zdawała sobie oczywiście sprawę z tego, że wahanie to jest zupełnie pozorne. Rysa mogła pojawić się niedawno i nikt nie zwrócił na to uwagi, Allya zatem musi po prostu zaakceptować obecny stan rzeczy, tak, jak fakt, że jej egoistyczny brat postanowił zaryzykować własne życie.
Bo tak.
Było jej gorąco. Naprawdę gorąco. Klęcząc, oddychała spokojnie i głęboko. Zareagowała dopiero wtedy, kiedy coś, co uznała za przeciąg, zabrało głos i uklęknęło obok. Nie coś.
Ktoś.
W jej piersi pojawiło się lekkie drżenie, coś jak trema, jak drobne przejęcie, które już dawno temu nauczyła się opanowywać. Mimo wszystko drżenie nie mijało a Allya zmuszona była otworzyć zamknięte oczy. Powiększone, wilgotne źrenice morskiej barwy wbiła prosto w twarz kobiety. Znowu pomyłka.
Nie, nie zwykłej kobiety - królowej.
Było za późno na wstawanie, więc Baratheonówna pokornie skłoniła głowę, oddając tym samym hołd Ravath Targaryen, żony szlachetnie panującego Aerysa II Targaryena. Mogłaby spodziewać się w Sepcie dosłownie każdego - zapewne nawet widok latającego pod sufitem skrzydlatego jelenia nie zdziwiłby jej tak, jak obecność królowej. Choć, z drugiej strony… wszak ona też była kobietą. Z całą gamą problemów i zamartwień. Kobietą, na której barkach spoczywał ciężar nie dobra rodu, ale całego królestwa. Allya zatem milczała, dając czas Ravath Targaryen na modlitwę. Milczała także choćby dlatego, że milczenie wydawało jej się najbardziej odpowiednią reakcją na otoczenie. Milczała, bo nie wiedziała, jak podsumować to, czego uczestnikiem jest teraz. Milczała, bo nie chciała przerywać kojącej ciszy. Znała uczucie, którego doznaje człowiek, kiedy ktoś przerywa jego jedyny kwadrans samotności w całym dniu odgrywania spektaklu. Uczucie spotęgowane przez szczególny rodzaj złości. Złości, która nie może znaleźć ujścia, bo sam zezłoszczony tego nie chce. To chyba nosi nazwę masochizmu. 
- Wasza Królewska Mość, dawno temu, kiedy sądziłam, że mogę być traktowana na równi z braćmi, że będzie mi dane jeździć konno i strzelać z łuku do wrogów, że sama wybiorę małżonka… że nie będę nic musiała… - urwała na moment, przenosząc wzrok z pięknej twarzy królowej na posąg Matki. - Przez tamte chwile, w których wmówiłam sobie, że tak właściwie to wcale nie muszę, czułam jakąś dziwną władzę. - na ustach Allyi wykwitł blady uśmiech. Władza… któż lepiej od Ravath Targaryen wie, czym ona jest? I z czym się wiąże? - Władzę nad sobą. A może nad swoim losem. I, przysięgam, byłam szczęśliwa. - Baratheonówna urwała, na sam koniec zniżając głos do szeptu. Może się łudzić, ile zechce, lecz doskonale rozumie, że to nie koniec. De facto to dopiero początek, a nawet początek początku najtrudniejszej drogi jaką przyjdzie jej kiedykolwiek w życiu przejść. Najtrudniejszej…
- Mogłabym być najbardziej wyrodną córką świata, mogłabym porzucić rodzinę, zostać wygnana… mogłabym nawet zginąć. Byleby tylko Ona wysłuchała mojej modlitwy. - wzrok Allyi zalśnił niebezpiecznie, gdy z trudem oderwała spojrzenie od posągu Matki. Ravath Targaryen była królową Westeros… to jednak nie oznaczało, że przestała być kobietą. I Baratheonówna jest prawie pewna, że niespodziewana towarzyszka w modlitwie doskonale ją zrozumie - jak kobieta kobietę. Nie jak królowa poddaną.
- Wiara, jak strach czy miłość, jest siłą, którą powinniśmy rozumieć tak, jak rozumiemy przebieg pór roku…  jak zjawiska, które wpływają na przebieg naszego życia. - zaczęła cicho, podskórnie wyczuwając, że w ostatnim zdaniu klęczącej obok władczyni zawarta jest prawda, choć rozumiana przez Allyę nieco inaczej, niż mogłaby się spodziewać. Ravath Targaryen miała braci… a wśród nich męża. I choć znajdowali się daleko od Doliny Arrynów, groziło im takie same niebezpieczeństwo, jak Aylwardowi. Śmierć nie zadaje pytań, po prostu zbiera żniwo. Kto więc ma próbować ją powstrzymać, jeśli nie kochająca kobieta?
- Wczoraj moje życie podążało w jednym kierunku… dzisiaj obrało odmienny kurs. Wczoraj nie byłabym zdolna do tego, co zrobiłam dzisiaj. Siły te, które często zmieniają czas i przestrzeń... które zmieniają nasze postrzeganie samych siebie, zaczynają się przed naszym narodzeniem i trwają na długo po śmierci. - światła świec zamigotały delikatnie, rzucając na twarze kobiet klęczących przed ołtarzem Matki niepokojące, ruchome cienie. - Nasze wybory, jak nurty rzek czasem się przecinają. Każdy punkt przecięcia, każde spotkanie przynosi nowe możliwości. Nam, kobietom, przeznaczone jest, by nikt nie wybudował tamy na rzece bliskiej naszemu sercu osoby. W przeciwnym razie jej nurt wyschnie, a my… razem z nim…  - Allya urwała nagle, mrugając gorączkowo, by tylko pozbyć się sprzed oczu niepokojącej mgły, która zasłoniła jej otaczający świat. Mężczyźni mawiają, że łzy i trucizna to broń kobiet… ale gdyby zapytać je same, bez wahania odparłyby, że najsilniejszą bronią jest uczucie.
- Wasza  Miłość… mój brat przed wyjazdem do Doliny wypowiedział mądre słowa, o które bym go nawet nie podejrzewała… - uśmiechnęła się delikatnie. Aylward, jeśli chciał, potrafił być filozofem. Ale głównie skupiał się na byciu wariatem. - Słabi to sadło silnym na jadło. Nie mogę się z nim nie zgodzić... choć wcale mnie nie uspokoił. Wystarczy jedna rozmowa z Aylem, a pojawia się całe stado podejrzeń. Worek domysłów. Stadnina bezsensownych wniosków. Czasem bywa kompletnie niesprawiedliwy wobec uczuć innych. Kompletnie nieuczciwy. Kompletnie egoistyczny. Kompletnie bez dania racji i możliwości wysłuchania. Ale jeśli składa obietnicę, to jej dotrzymuje. Być może Ona… - Allya spojrzała ponownie na posąg Matki, zupełnie jakby szukała w marmurowym licu odpowiedzi. - … wysłucha naszych modłów. Być może. Do tej pory jednak musimy być silne, by nie stać się pożywką własnych wątpliwości i obaw. Ja wierzę w powrót brata. Ty, Wasza Miłość, winnaś uwierzyć w powodzenie swojej intencji. Bo nie ma rzeczy niemożliwych. - na ustach Baratheonówny pojawił się roztargniony uśmiech. Dlaczego w ogóle poruszyła temat Aylwarda przy królowej? Cóż ją obchodzi jakiś lord, który za nic mając błagania siostry ruszył na wojnę? Pokręciła lekko głową, zaskoczona swoją wylewnością. Być może ich dusze były bliskie, ale pragnienia? Pragnienia zapewne dalece od siebie odbiegały...
- Wybacz, Wasza Wysokość. Zwykle mniej mówię, a więcej słucham... w obecnych czasach ciężko o dobrego rozmówcę. A jeszcze ciężej o dobrego słuchacza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://www.czart.aaf.pl
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
58
Join date :
29/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Cze 30, 2013 12:41 pm

- Wydaje mi się, że wiem doskonale co masz na myśli, kiedyś byłam tak samo naiwna myśląc, że moje życie choć w niewielkim stopniu będzie zależało tylko ode mnie, z biegiem czasu wyszło na jaw, że wolność i samodzielność w podejmowaniu różnorakich decyzji związanych z własną przyszłością to jedynie domena mężczyzn. Czy się z tym pogodziłam? - na twarzy jasnowłosej młodej kobiety zawitał zaczepny uśmiech, a czujne spojrzenie dokładnie badało rysy twarzy młodej Baratheonówny, jej reakcję, emocje i uczucia - Wydaje mi się, że tylko ludzie słabi mogliby kompletnie zrezygnować ze swojej niezależności. - dodała po chwili milczenia głosem pewnym i w pewnym sensie nie znoszącym sprzeciwu. Zdaniem Ravath każdy, kto potrafił wydobyć z siebie choć odrobinę był w stanie w większym czy mniejszym stopniu odpowiadać za swoje czyny, za swoje życie i jego bieg. Kim więc były młoda królowa, której życie waliło się z dnia na dzień i młoda lady, której życie mogło zawalić się już niebawem? Z pewnością nie należały do osób słabych, uparcie wierzyły w rację swojej modlitwy i moc jej działania.
- Ty nie jesteś słaba Lady Baratheon, zdecydowanie nie. Kiedy mówisz o swoich intencjach rozgrzewa cię wewnętrzny płomień, a to z pewnością nie jest oznaka słabości. Jesteś Baratheonem, nie śmiem w to wątpić. A Ona... - tu spojrzała na kamienną lecz łagodną, twarz Matki -... Ona była tak samo silną kobietą. Napędza ją miłość i ciebie także. Jestem pewna, że twoja modlitwa zostanie wysłuchana, a twoje koszta nie będą aż tak ogromne jak myślisz. Mam też cichą nadzieję, że i mnie wysłucha... - zawiesiła głos w powietrzu by pogrążyć się w ponownej "medytacji", wpatrując ufne lawendowe spojrzenie w nieruchomy posąg. Sama nie wiedziała czy ma prawo prosić ją o cokolwiek, w końcu uczucie które nią kierowało nie było uczuciem czystym i "legalnym", cała sprawa ciągnęła za sobą kłamstwa, zdradę, konsekwencje, które w niejednym przypadku będą tragiczne. Młoda królowa miała jednak na tyle czelności by po raz drugi dzisiejszego dnia przekazać prośbę w stronę Matki. Z rozmyślań, fantazyjnych rozważań, wyrwało ją wspomnienie o Aylwardzie. Swoje spojrzenie momentalnie przeniosła na twarz młodej lady, która jednym słowem skupiła na sobie całą jej uwagę. W tym właśnie momencie Ravath dostrzegła niezwykłe podobieństwo między tęczówkami ukochanego i burzliwym spojrzeniem jego siostry. Jego oczy, pełne łobuzerskich iskier i tajemniczych blasków magicznym sposobem zawitały na twarzy Allyi. W jej głowie nie zawitała jednak żadna myśl, głowa królowej w jednym momencie stała się całkowicie pusta, jakby cały świat przestał się liczyć. Wszystkie wcześniejsze uczucia zastąpiło jedno - chorobliwa tęsknota, którą spotęgowała jej rozmówczyni.
- Nie masz mnie za co przepraszać, Lady, jeśli ktoś mówi mądrze słuchanie staje się czystą przyjemnością, a ta rozmowa z pewnością rozwiała wiele naszych wątpliwości... - odwróciła wzrok by po chwili wstać. Jedną dłonią, mechanicznie, wygładziła materiał sukni, postawiła kilka kroków przed siebie, w stronę przeciwną do posągu, i stanęła odwracając głowę w kierunku Baratheonówny.
- Twoja wiara jest na tyle silna by ufać w powodzenie tej wojny i jednoczesne spełnienie naszych modłów? - Ravath w tym momencie obawiała się wielu rzeczy, ale kolejna z myśli zaczęła mącić jej w głowie. A co jeśli wojna się nie powiedzie? Konsekwencje będą znacznie większe niż mogli przypuszczać, co jeśli będzie trwała dłużej niż kiedykolwiek mogła pomyśleć? A co jeśli wojna powiedzie się, ale kosztem zbyt wielu dusz... zbyt wielu o jedną, szczególną?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Lip 07, 2013 11:01 am

Ta… niespodziewana rozmowa nasunęła Allyi pewną myśl. Nie, nie myśl. Cały szereg przemyśleń.  Otóż wielkie i małe rody przez setki lat wspinają się z mozołem w górę. Aż wreszcie mają dość. Są zmęczone. Zatrzymują się w drodze. A wiadomo, że chcąc utrzymać się na szczycie, trzeba się wspinać bez przerwy. Tymczasem ród Tullych stanął w miejscu. Stracił równowagę i runął w dół. Dobrze jest tak spadać, bez żadnego wysiłku, napięcia. Nic, tylko spadanie i pęd powietrza. Nie trzeba o niczym myśleć, o nic się troszczyć, l wszyscy widzą, że ród nie stoi w miejscu. Że jest w ruchu. Nabiera przyspieszenia. Aż w uszach gwiżdże.
A potem następuje upadek.
Dla niektórych rodów śmiertelny.
Dlatego rody giną. Te jednak, które utrzymują się przy życiu, czują straszliwy ból, ból gorszy od śmierci, przepełniający ich duszę i ciało. Ból połamanych rąk i nóg, kręgosłupa i karku. Ból i nic, tylko ból. I krew. Rozlegają się głosy: jak dobrze było padać! A przecież każdy upadek można przedłużać w nieskończoność...
Czy bała się, że tak zakończy się historia jej rodu? Naturalnie. Każdy by się bał. Ale dzięki temu strachowi posiadała przewagę , była gotowa na to, że ród Baratheon może runąć w dół… lub że ktoś zechce go zepchnąć. Klęczała pokornie przed posągiem Matki - nie po to, by jedynie modlić się o pomoc, lecz by w spokoju móc myśleć i opracowywać plan działania. Sekwencję kroków pod olbrzymią górę, na którą będą się wspinać, wspinać, wspinać… a im wyżej zajdą, tym boleśniejszy będzie upadek - sztuka jednak polega na tym, by nie upaść.
- O wiele łatwiej jest pokornie zwiesić głowę i przyjąć ciosy losu, niż nadstawić drugi policzek. - odparła cicho Allya, ze swego rodzaju zauroczeniem wsłuchując się w słowa królowej. Ma rację. Tylko słabi rezygnują z marzeń. Tylko tchórze boją się realizować swe pragnienia. Dlaczego więc Baratheonówna się wahała? Co sprawiało, że silna, niezależna kobieta, z sercem gorejącym własnym, niepohamowanym ogniem wolała wykonywać polecenia brata? Allya mogła utrzymywać, że to szacunek do Aylwarda usidlił ją w miejscu. Ale nie chodziło o to - jakaś część jej, bliżej niesprecyzowane przeczucie nakazywało wykonywać polecenia Ayla. Bo akurat ten Jeleń urodził się z zaskakującą umiejętnością wzbudzania zaufania, poczucia bezpieczeństwa i ukrywanej głęboko odwagi. Odwagi, by porzucić swoje pierwotne plany i znaleźć inny, lepszy cel… odwagi, by zrobić coś, czego się pragnie, ale nie „byle jak”, beztrosko. Nie. Aylward Baratheon niczego nie robił „byle jak”…
Z rozmyślań wyrwało Baratheonównę lekkie poruszenie na lewo. Ravath Targaryen z właściwą sobie gracją podnosiła się z klęczek, wygładzając drobną dłonią materiał sukienki. Allya także podniosła się z miejsca, głownie po to, by okazać królowej szacunek… i by wyjść. W tym miejscu już nic nie wskóra.
- Powodzenie w tej wojnie… - powtórzyła cicho szatynka, uśmiechając się w końcu delikatnie. - Wasza Wysokość, wszystko zależy od tego, którą ze stron chcesz widzieć jako zwycięską. - Allya podskórnie znała odpowiedź. Wypowiedzenie wojny Arrynom było jawnym splunięciem w twarz królowi przez Tullych. Nikt o zdrowych zmysłach nie modliłby się za zwycięstwo wojsk Dorzecza.
- Moja wiara jest na tyle silna, by do samego końca utrzymywać mnie w przekonaniu, że wojna dobiegnie końca bez wielkich strat dla królestwa… oraz że nasze modlitwy będą spełnione. Choć… - Baratheonówna urwała na moment, wyraźnie wahając się przed wypowiedzeniem kolejnych słów. Czy może zaufać królowej na tyle, by głośno wypowiedzieć swoje obawy? Czy… wypada je wypowiadać? Wszak jeśli zostaną wyartykułowane, ich spełnione modlitwy w jednej chwili z błogosławieństwa mogą obrócić się w przekleństwo… i chyba ta myśl przeważyła - należy być przygotowanym na tragedię.  
- Wojna plugawi. - szepnęła cicho, jednak jej głos rozpełzł się leniwym echem po sepcie. - Każdy przelew krwi pociąga za sobą nieczystość i zbrukanie. Każdy, kto bierze udział w wojnie, zostaje wojną skażony i wykoślawiony. Wojna wyzwala w nim najgorsze instynkty. Zdziczenie i zezwierzęcenie stają się czymś nie tylko zwykłym i powszednim, ale wręcz banalnym. Łudzi się próżno jednak ten, kto wierzy, że aby ocalić swe człowieczeństwo, wystarczy nie zdziczeć, nie zwyrodnieć i nie być bydlęciem. - z trudem powstrzymała palce przed zaciśnięciem się w pięści. Nie śmierć Aylwarda przerażała ją najbardziej, lecz myśl, że… wróci inny. Że wróci jako ktoś, kto w niczym nie będzie przypominał jej ukochanego brata. - Człowieczeństwo na wojnie to ułuda, to majak, to mrzonka. Nie można pozostać człowiekiem na wojnie, nie da się, biorąc udział w wojnie, zachować i ocalić swego człowieczeństwa. Bo wojna i człowieczeństwo to pojęcia wzajem się wykluczające. I chyba za to powinnyśmy się pomodlić, Wasza Miłość. Żeby ta wojna nie zmieniła ludzi w bestie. - Allya z wyraźnym roztargnieniem odrzuciła na plecy niesforne pasmo włosów i dygając lekko, wyminęła królową, kierując swe kroki do wyjścia. Zapewne najbliższe dni spędzi w okolicach kruczarni, niecierpliwie wyczekując jakiejkolwiek informacji z Końca Burzy lub Doliny.
O życiu albo śmierci.

zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Sie 26, 2013 4:25 pm

MG

Po rozmowie z Damonem Arrynem, Aerys podjął działania mające na celu przygotowanie ceremonii. Z doświadczenia wiedział, że jeśli sam czegoś nie załatwi, to nic nie zostanie wykonane tak, jak on by sobie tego życzył. Nie widział też sensu w zostawianiu przygotowań Arrynowi. Ślub odbyć się miał w Królewskiej Przystani, więc nie mógł być przygotowany byle jak. Aerys nie mógł sobie pozwolić na coś takiego. Posłał więc sługę do Septu i przekazał wszelkie wytyczne.
Zaczęło się wielkie przygotowanie. No, może nie takie wielkie, skoro Wielki Sept zawsze był piękny i zadbany. Oczekiwano po prostu na króla, Arrynów i Tullych. Bo z pierwotnego założenia wynikało, że ślub nie będzie zbyt dużą atrakcją dla lordów. W końcu nie był ani z miłości, ani ze zbrzuchacenia lady Tully. Ach ta polityka...
Lud jednak dowiedział się jakoś o ślubie. Ludzie zawsze dowiadują się takich rzeczy. Nawet jeśli chciałoby się utrzymać coś w tajemnicy, można być pewnym, że lud będzie wiedział. Bo pogłoski lubią chodzić. Tak jak słuchy. Dlatego pod Septem zromadził się niemały tłumek gapiów. Ślub nie był wydarzeniem tak radosnym i ciekawym jak publiczna egzekucja, ale też miał swoich zwolenników. Zresztą, czy to ważne czy ślub czy śmierć? I jednym i drugim można na chwilę oszukać żołądek i zapomnieć o głodzie!

Tak, jak Aerys zapowiedział, tak uczynił. Razem z siostrami Baratheon kroczył dumnie przez Królewską Przystań. W otoczeniu straży oczywiście. Całkiem zadowolony z życia złapał Allyę pod jedną rękę, a Arianne pod drugą. Oj, był bardzo zadowolony. Jak kot, który dorwał się do śmietanki. Za nimi szli Arrynowie, a za nimi lord Grafton i Vera Wilcza Skóra. Aylward Baratheon i Anna Arryn chyba coś przeczuwali, bo zdołali umknąć i uniknęli uczestnictwa w takim paradnym przemarszu. A szkoda, pewnie bardzo im się to podobało. Ha ha, nie.
Aerys narzucił bardzo wolne tempo. Rozglądał się przy tym na boki, obserwował poddanych. Zerkał też na panienki Baratheon, w końcu miał teraz okazję żeby z tak bliska popatrzeć na dwie młode Sarenki. Taką przyjemność mu tym ślubem zrobili.
W końcu dotarli do Septu.

/ Generalnie jest tak: Wewnątrz jest król, Reinmar Arryn, Damon Arryn, Allya Baratheon, Arianne Baratheon, Bertram Grafton i Vera Wilcza Skóra. Możecie sobie tam coś napisać.

A teraz informacja do Tullych: Czekam na Was do jutra do południa. Po tym czasie zabiorę się za kolejnego posta, jeśli ktoś z obecnych wewnątrz napisze, lub za edycję obecnego. Nie pojawicie się, to będziecie moimi marionetkami, hue hue hue. Czekam do jutra do południa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
150
Join date :
27/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Sie 26, 2013 11:06 pm

Co jest gorsze. Dowiedzieć się o śmierci rodziny? Czy dowiedzieć się o śmierci rodziny od Quentyla Tully? Zdecydowanie opcja druga. Jakie to urocze, zapewne nikt nie byłby łaskawy ją o tym poinformować gdyby nie fakt, że został postawiony przed faktem dokonanym jej kochany braciszek. Gdy tylko panienka Tully dowiedziała się o tym pomyślała, że cały świat założył się, że zrobi jej na złość. Co jak co kochała swojego ojca, matkę i Rodericka. Poczuła ogromną pustkę i nie była w stanie tak od razu się pozbierać po takim ciosie. Gdy tylko Quentyl oddalił się w mniej znanym jej kierunku by dręczyć tych biednych gwardzistów czy co tam robi w czasie wolnym Quentyl, uciekła z tarasu i schowała się w komnacie jej i Ariel. Powoli docierało do niej w pełni to, że właśnie została sama z Quentylem i Ariel, bo nie wiadomo nic o Edanie. Czyli teoretycznie od teraz musi dbać sama o siebie, bo na tamtą reszte nie ma co liczyć. Nie wiedziała do końca ile czasu minęło odkąd tak bezczynnie siedziała w swojej komnacie szlochając, krzycząc, kopiąc różne przedmioty. Ciekawe czy król kazałby zapłacić za coś co właśnie stłukła? Jakoś w tym momencie ją to nie obchodziło. Wiedziała jedno, nie może się nad sobą użalać wieczność, jeszcze komuś zachcicałoby się jej szukać i znalazłby ją w takim stanie, a tego nawet najgorszemu wrogowi nie życzę. Nie chciała nawet wzywać do siebie służki by pomogła jej jakoś ogarnąć ten bałagan jakim teraz była. Gdy tylko była gotowa i w miare znośnie wyglądała wyszła z komnaty gdzie prawie zdeżyła się ze strażą, która grzecznie obwieściła Art, iż pora by Tully wreszcie zebrało się na ślub. Z jednej strony kusiło ją by wreszcie uciec z tej Królewskiej Przystani, niech się reszta jej rodzeństwa zajmie się tym całym bałaganem, który się tutaj odgrywa. Z drugiej strony w tym momencie miała ochotę, och wielką ochotę wyżyć się na jakichś niewinnych osóbkach. Trafiło się biednym strażnikom, którzy akurat mieli zaprowadzić ją do Septu. Biedaczyska. Kroczyła dumnie z uniesionym nosem. Po jej minie nie można było wyczytać żadnych uczuć. Z grupki znajomych jej twarzy rozpoznała jedynie Damona i Króla. A gdzie jej spóźnialskie rodzeństwo?
-Wasza Wyskokość.- skłoniła się przed Aerysem obdarzając go olśniewającym uśmiechem widząc dwie kobiety u jego boku. -Witam wszystkich, słyszałam, że ostatnio modnie się spóźniać, ale gdzie to moje kochane rodzeństwo?- spytała rozglądając się. Jakby to ona też się nie spóźniła. Szkoda, a tak bardzo chciała kiedyś przyjść jako ostatnia! Byle szybko się pojawili, bo nie widzi jej się kwitnąć tu samotnie w towarzystwie ludzi, których nie znała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Sie 27, 2013 9:48 am

Arryn lubił wiele rzeczy. Dobre piwo, gładkie dziewki i ostre miecze. Niestety, nie lubił jeszcze więcej. Ciepłego piwa, wielkich dam opowiadających o Turniejach i piszczących na widok rycerzy oraz kiepskiej broni. Ach, no i oczywiście chodzenia w towarzystwie króla po ulicach stolicy, wypełnionych gapiami. No ale czego nie robi się dla polityki. Uzbroił się w cierpliwość, ubierając się w czerń i przywdziewając najbardziej ponurą ze swych min, po czym ruszył wśród tłumów, zmierzając do Septu. Słysząc wszędzie ochy i achy, a także ciche szepty dotyczące niedawnych wydarzeń z Doliny, zacisnął zęby i wbił wzrok w ziemię. Cholerne szopki.
Odetchnął z ulgą, gdy dotarli do Septu. Tutaj, dzięki bogom!, towarzystwo było mniej liczne. Za to, po raz pierwszy miał przyjemność ujrzeć Artemis Tully, pannę, której sprawił niewątpliwą przysługą, w bardziej lub mniej bezpośredni sposób przyczyniając się do śmierci części jej rodziny. Cóż... Zdarza się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Sie 27, 2013 11:01 pm

MG

Król przyszedł do Septu i spodziewał się, że wszystko będzie już na niego czekało. Tymczasem nie można było zaczynać ceremonii z jednego, dośc błahego powodu: nie było panienki Tully, która miała za Arryna wyjść. To rzeczywiście mogło przeszkodzic w spokojnym przebiegu zaślubin. Ale to nic. Aerys postanowił być łaskawy i cierpliwy. Usiadł więc, co było znakiem dla reszty, że też mogą coś ze sobą zrobić. Był bardzo cierpliwy, bo tak sobie to zaplanował. Tylko coraz głośniej tupał stopą. Nie rozmawiał z nikim tylko tupał. Gdyby nie to, że był królem, zapewne ktoś wydarłby się na niego lub w inny sposób dał mu do zrozumienia jak takie tupanie roznosi się po sali.
Tup, tup, tup, tup.
Tak bardzo cierpliwy Aerys.
Tup, tup, tup, tup.
Nogę miał coraz cięższą, więc tupał coraz głośniej. Od czasu do czasu też odchrząknął.  Gdzie do stu piorunów są Tully?
Wtedy przyszła Artemis. Chwała Siedmiu... ale czy na pewno?
- Modnie się spóźniać... -Aerys aż powtórzył słowa Artemis. Nie mógł uwierzyć w bezczelność tej dziewki.- Tully są tak głupi, tak nielojalni królowi, czy mają swoje  życia głęboko w kozich rzyciach, że mają czelność ignorować moje słowa?
Aerys nie miał zamiaru głaskać Artemis po główce i gratulować jej pomysłu na zrobienie sobie wielkiego wejścia. Jak widać nie był aż tak cierpliwy jak sobie założył.
- Piękna z ciebie dziewka, ale gdy zaczynasz mówić, tracisz na wartości. -ciekawe, czy bez języka Artemis też byłaby tak bezczelna. Aerysowi przeszło przez myśl, żeby to sprawdzić.

Jako, że królowi nikt nie powiedział o zmianach, nie miał pojęcia, że to nie Artemis ma zostać wydana Arrynom. Ale czy miałoby to dla niego jakiekolwiek znaczenie skoto tyle czekał aż któekolwiek z rodzeństwa stawi się w Sepcie? Teraz byłby w stanie postawić na ślubnym kobiercu nawet i Quentyla, gdyby też pojawił się tutaj jako jedyny. Ale nie, przyszła Artemis na dodatek bezczelnie akcentując swoje spóźnienie jak i przypominając królowi, że reszta Tullych  miała w rzyci jego rozporządzenia.
- Nie będziemy czekać na nikogo więcej. Septonie, możemy zaczynać.
Czy ktoś ośmieliłby się sprzeciwić królowi w chwili, kiedy był zmęczony czekaniem, głodny po przechadzce i zdenerwowany zachowaniem Artemis? Raczej nie.
Zgromadzeni w Sepcie lordowie i damy zajęli swoje miejsca. Po cichu, bez szemrania. Wszyscy wiedzieli, gdzie powinni stanąć. No, może najwięcej problemów miała Vera, nienawykła do takich ceremonii, ale jako zdolna bestia po prostu znalazła miejsce gdzieś w pobliżu Reinmara.
Damon stał już przy septonie. Nie działo się tak, jak sobie zaplanował. Artemis miała być zaledwie świadkiem ślubu, miała podziwiać młodszą siostrzyczkę idącą wraz z królem w stronę Damona. Ale zaraz... w końcu ona też nie wiedziała o tej zmianie planów. Nikt nie wiedział oprócz dwójki gołąbeczków, Anny i Reinmara. Anny nie było, a Reinmar nadal dochodził do siebie po przymusowym paradnym przejściu przez miasto. Oj, jak on do siebie dochodził. I na dodatek przywdział czerń. To nie był jego kolor. Teraz Rein wyglądał jak bida z nędzą. Nie to co podczas walki. No cóż, każdemu słuzy coś innego, co poradzić, że on dobrze wygląda skąpany w krwi wrogów, albo przynajmniej Tullych?
Oczy wszystkich skierowane były teraz na Artemis i króla. Aerys wstał i podał jej ramię. Kto miał ją odprowadzić, jak nie on? Przynajmniej miał pewność, że wszystko będzie wykonane jak należy i w końcu będzie mógł ruszyć na ucztę. Tak, myślał już o tym, czym napcha żołądek. A i od razu zaschło mu w gardle. Odchrząknął.
Stuk, stuk, stuk, stuk.
Już nie było słychać gniewnego tupania nóżką, teraz jedynymi dźwiękami rozbrzmiewającymi w sali był odgłos kroków zbliżającej się do ołtarza dwójki, ciche skwierczenie płomyków świec i brzęczenie jednej bardzo tłustej muchy, która kręciła się zebranym nad głowami.
Artemis, chcąc nie chcąc, musiała ująć ramię króla i dać się poprowadzić w stronę swojego nowego życia. Słodko, prawda?
Nikt nie zaprotestował, nikt nie zemdlał, nikt nie wybiegł ulegając wielkiemu wzruszeniu. Ślub toczył się całkowicie gładko.
Gdy Artemis już doszła... na swoje miejsce, Aerys przekazał ja Damonowi (bardzo wzruszający moment), młody Arryn okrył ją płaszczem (aż się łezka w oku kręci, tak malowniczo wziął ją... pod swoją opiekę).
Resztą zajął się septon. Po powitaniu króla i wszystkich obecnych zaczął opowiadac głodne kawałki o zjednoczeniu dwóch dusz, o tym jak dwoje ludzi staje się jednym tworem (co musi potwornie wyglądać). Mówił o dwóch duszach w jednym ciele, albo o jednej duszy w dwóch ciałach. Nieważne jednak co mówił, ponieważ wszyscy wiedzieli, że ślub nie jest podyktowany miłością, chęcią jednoczenia swojego jestestwa z druga osobą, czy czegokolwiek innego. Czysta polityka i widzimisię króla. Może dlatego nikt nie słuchał septona? Albo gapili się na suknię Artemis, albo dawali się hipnotyzować tej tłustej, latającej cholerze, która swoim brzęczeniem, nie, raczej wręcz dudnieniem, obdzierała zaślubiny z resztek ślubnej atmosfery. Ach, co to był za ślub!

Tak, tak. Nie minęło wiele czasu (Aerys wzrokiem pospieszał septona), kiedy stało się jasne, że Artemis i Damon stali się małżeństwem. Brawa dla nowożeńców! A teraz idziemy na jednego.... a teraz idziemy wino pić!
Dopełniwszy ceremonii, król wyszedł w otoczeniu swoich straży. Jakże on zgłodniał!

/Chcecie tu jeszcze pisać, to piszcie. Możecie wrócić do sali balowej (nie ma to jak kręcenie się po tematach). Nie chcecie tam iść to nie musicie, ale... darmowa wyżerka czeka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Sie 27, 2013 11:30 pm

Decyzja Aerysa była niespodziewana. Reinmar spojrzał uważnie na króla, potem zaś na brata, na końcu na Artemis Tully. Cóż, tej ostatniej nie można było odmówić urody i gładkiego lica. Damon nie miał na co narzekać. Nikt mu przecież nie kazał być przykładnym mężem. Wystarczy, że zbrzuchaci pannę (a to sama przyjemność), a dalej niech robi co mu się żywnie podoba. Wszyscy obecni w sepcie doskonale zdawali sobie sprawę, że małżeństwo pomiędzy zwaśnionymi rodami jest kierowane tylko i wyłącznie czysto politycznymi pobudkami. Nikt nie oczekiwał miłości.
Niech czort porwie naszego miłościwego w rzyć chędożonego króla - pomyślał jedynie Reinmar.

Uroczystość przeciągała się w nieskończoność. Arryn ustawił się na odpowiednim miejscu, pilnując jednocześnie, by Vera nie zrobiła jakiegoś nietaktu, który przerwałby ceremonię. Obserwował jak król odprowadza Artemis, która następnie zajmuje miejsce obok Damona Arryna. Ach, rodzina się powiększa, niech to Inni porwą.
Septon zaczął mówić.
Reinmar powstrzymał się od znudzonego westchnienia, przyglądając się królewskiej straży. Mawiano, że niegdyś składała się z najlepszych mieczy w całym Westeros. Przyglądając się wojownikom, miał poważne wątpliwości czy jest to ciągle aktualne stwierdzenie. Poszedłby o zakład, że mając u boku swego brata, Royce'a i Graftona przeszedłby po nich niczym po piechocie Tullych w Dolinie.
Ach, nareszcie koniec!
Małżeństwo zostało zawarte. A co ważniejsze, warunki pokoju oficjalnie przypieczętowane. Czas uaktualnić granice na mapach i zająć się polityką. I wreszcie wrócić do Doliny. Swoją drogą... gdzie, do ciężkiej cholery, była Anna?

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Mar 21, 2014 4:09 pm

Nadszedł długo wyczekiwany dzień pogrzebu miłościwie, choć krótko panującej królowej Ravath Targaryen. Z tej okazji Wielki Sept Baelora, nazwany tak na cześć Baelora Pobożnego, dziewiątego władcy ze Smoczego rodu zasiadającego na Żelaznym Tronie, stał się miejscem najistotniejszym w całej Królewskiej Przystani. Plac przed septem został otoczony przez członków straży miejskiej tak, aby gawiedź nie zbliżyła się zbyt blisko do miejsca kultu podczas odprawiania ceremonii pogrzebowej. Dzisiejszy dzień był dniem, w którym królową żegnać mieli Lordowie Westeros, zadbano zatem, aby szlachetni panowie biorący udział w uroczystości nie musieli przepychać się pomiędzy tłumem, aby dotrzeć do szerokich skrzydeł drzwi. Od samego rana nad Królewską Przystanią niosły się żałobne dźwięki dzwonów, co godzinę wprawianych w ruch na kilkanaście donośnych uderzeń i zwiastujących ostateczne pożegnanie smoczej królowej. Sam Aerys nie szczędził najpewniej ani środków, ani sił, by w każdej, nawet najbardziej zapchlonej karczmie w stolicy nie zapomniano wznieść cichego toastu za zmarłą Ravath, królewscy ludzie z kolei, poza dbaniem o podobny przebieg uroczystości, skupiali się głównie na wyszukiwaniu jednostek, które mogłyby w jakikolwiek sposób zakłócić żałobę w Królewskiej Przystani. Choć wieczorem najpewniej w tawernach ponownie zagrają bardowie, a po zmierzchu na ulice wylegną prostytutki - do samego południa stolica Siedmiu Królestw była miastem nienaturalnie cichym i uporządkowanym. Wielki Sept Baelora wypełniał dym kadzideł oraz setek świec, oświetlających wnętrze świątyni, płaczki na ulicach zawodziły w niebogłosy, a odziane w biel dziewice wypełniały plac przed septem cichym śpiewem. Nikt nie do końca mógł być pewien tego, co ujrzy po przekroczeniu progów miejsca kultu - w tym wypadku jednak, niepewność mieszała się wręcz z niezdrową ciekawością. Wielu raz po raz zadawało sobie pytanie, które dla mieszkańców Królewskiej Przystani było przedmiotem długich dysput, niejednokrotnie podlewanych ciemnym ale - jak wyglądać będzie królowa? Każdy, kto choć raz ujrzał mury Czerwonej Twierdzy, nawet z daleka, wiedział, iż upadek z nich nie był rzeczą mogącą dodać uroku. Z kolei ci, którzy potrafili ulokować pośród niezliczonych balkonów taras, z którego skoczyła Ravath Targaryen... doskonale wiedzieli, iż z władczyni mogło nie zostać nic - komnaty wychodziły wprost na klify Czarnej Zatoki. Jeśli udało się odnaleźć ciało, pewnikiem było ono strzaskane niczym wyrzucony przez Księżycowe Drzwi więzień. Oczekiwania ludności dość szybko mogły jednak napotkać mur smutnej rzeczywistości - jakkolwiek bowiem wyglądała królowa po upadku, podczas pogrzebu...
... była zaledwie garścią popiołu. Aerys zadbał o to, by starej tradycji Targaryenów stało się zadość i podczas gdy stolica huczała od wieści dotyczących sądu nad Edmundem Blackwoodem, król zadbał o to, by ogień strawił ciało jego żony. Była Smokiem. Zaś żaden smok nie może gnić, pożerany przez cmentarne insekty. W Wielkim Sepcie Baelora nie było ciała, lecz nie oznaczało to, iż pogrzeb miał być jedynie pustą, symboliczną ceremonią. Centralne miejsce świątyni skąpanej w blasku świec zajęte zostało przez okrągłe, kryształowe wzniesienie. Cięta powierzchnia przeźroczystego ołtarzyka odbijała krwawe płomienie, sprawiając wrażenie, jakoby misterna konstrukcja płonęła żywym ogniem. Okalały ją dwa tuziny bukietów o płatach kwiatów białych niczym śnieg. Ogień i niewinność, tak pragnął przedstawić swą zmarłą małżonkę Aerys, zaś kilkadziesiąt osób dbało, by jego życzenie zostało zrealizowane. Dopiero po skupieniu uwagi na ołtarzyku, biorący udział w ceremonii pogrzebowej szlachetnie urodzeni mogli dostrzec, iż czerwono-czarna urna, tak odznaczająca się przecież od jasnej aranżacji, umieszczona została wewnątrz kryształowej konstrukcji. Dzięki grze światła ona także zdawała się być muskana płomieniami ognia, oddającymi duszę królowej Siedmiu Bogom.
Tymczasem zaś do samego Septu zmierzał Aerys II Targaryen, obecny władca Siedmiu Królestw, król Rhoynarów, Andalów i Pierwszych ludzi, którego tytułu w obliczu podobnej ceremonii zdawały się jedynie pustymi frazesami, w żaden sposób nie mogącymi przywrócić życia zmarłej królowej. Czy Smok poczuwał się do współwiny za śmierć swej żony?
Nie bądźmy naiwni...
Na jego duszy jednak ciążyło piętno, którego nie mógł wyzbyć się za żadną cenę. Zdarzały się chwile, gdy król mówił sam do siebie i nic sobie przy tym nie robił z obecności swych Gwardzistów. Tuż przed opuszczeniem murów Czerwonej Twierdzy rozumiał jedynie, iż musi zjawić się w sepcie, by raz na zawsze zamknąć bolesny rozdział swego życia, pozwolić zasklepić się rozjątrzonej ranie... w kącie jego komnaty stało kute zwierciadło z brązu. Aerys starł grubą warstwę kurzu i przyjrzał się sobie krytycznie. Był żylasty, niezdrowo blady, niczym zjawa trawiona chorobą. Wysoki, ale nie dość rozrośnięty, by wyglądać groźnie. Jasne włosy oraz broda, dokładnie przystrzyżone przez balwierza, zdawały się idealnie komponować z twarzą, która jednak nie mogła uchodzić za przystojną. Lawendowe oczy zapadły się nieznacznie, nadając królowi jeszcze bardziej ponury wyraz, tworząc z niego niebezpiecznego upiora, w którego myślach czają się demony. Poruszał się powoli i często robił wrażenie kogoś, komu właśnie przerwano drzemkę, zaś w źrenicach czaiły się iskry niebezpieczeństwa. Aerys wiedział swoje. W Czerwonej Twierdzy niełatwo być wesołym. Ani niełatwo czuć się bezpiecznie...
- Miłościwy królu, pora ruszać. - głos jednego z Gwardzistów oderwał Targaryena od rozmyślań i zmuszając go do oderwania wzroku od lustra. Władca zamrugał. Oczy miał wyblakłe, jakby długo wpatrywał się w słońce.
- Tak. Tak... - wymamrotał. - Sprowadź Myrddina, niech przyniesie płaszcz oraz świecę. Ruszajmy... tak... - czerń, którą przywdział Aerys, jedynie podkreślała bladość jego lica. Czerwona nić odznaczała się jedynie nieznacznie na rękawach oraz dolnej części płaszcza, pozbawiając widza wrażenia, jakoby władca postanowił zasilić szeregi Nocnej Straży. Złota korona na jego srebrnych włosach, wykuta na kształt pięciu smoków z rozłożonymi do lotu skrzydłami lśniła przy każdym ruchu. Oczy bestii wykonane zostały z rubinów, przywodzących na myśl krople krwi i jedynie zdrowy rozsądek podpowiadał, iż są to kamienie szlachetne, nie zaś jucha wrogów... całą drogę do Wielkiego Septu Baelora Aerys pokonał w powozie, unikając spotkań z gawiedzią, która wyrażała swą żałość szczególnie głośno w chwilach, gdy na horyzoncie zjawiali się gwardziści oraz strażnicy królewscy. Dopiero przed świątynią Targaryen postanowił opuścić bezpieczny azyl, ruszając powoli przez obszerny plac i pozwalając, aby do samego septu odprowadzał go śpiew młodych kapłanek.
Zbyt długo gniłem w tym chlewie. To wszystko przez nią.
Pomyślał z dziwną determinacją, przekraczając próg świątyni. Król naumyślnie przybył wcześniej, aby móc nie tylko w milczeniu przygotować się do ceremonii, lecz także... mieć możliwość ujrzenia każdego, nawet najmniej znaczącego lorda, który zjawi się na pogrzebie. Wszak będzie musiał ich napoić i nakarmić, zapewnić im łoże oraz smaczny sen.
Ladacznica, bezpłodna sucz. Traktowałem ją jak dziecko, choć była egoistyczną, wyrachowaną dziewką. Ravath, królowa morderczyń dzieci. Wciągnęła mnie w swoje bagno...
Aerys zajął swe miejsce, nie odznaczające się niczym nadzwyczajnym spośród innych siedzisk. Sept był jednym z niewielu miejsc, gdzie trudno było wtargać tron lub chociaż coś, co odznaczałoby króla od reszty zebranych. Targaryen nie miał jednak nic przeciwko. W pierwszym rzędzie, naprzeciwko kryształowego ołtarzyka... był wyłącznie mężem żegnającym zmarłą żonę.


Wszystkich biorących udział w pogrzebie proszę o posty do 22 marca, do godziny 20. Później bowiem rozpocznie się ceremonia i nikt nie będzie mógł dołączyć w jej trakcie do rozgrywki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Volantis
Liczba postów :
12
Join date :
30/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Mar 21, 2014 8:22 pm

Nie chciała dotrzeć do septu na ostatnią chwilę. Spodziewała się, że tak właśnie uczynią lordowie, którym nie w smak była podróż przez królestwa i woleliby jak ognia unikać konfrontacji z królem. A jej nie w smak byłoby znoszenie ich ciekawskich spojrzeń. Odległość, która dzieliła Czerwoną Twierdzę od septu pokonała w powodzie. Wlókł się on niemiłosiernie, lecz Soviria nie miała w zwyczaju narzekać. Wydawała się być zapatrzona w niepokojąco oraz nienaturalnie cichą stolicę. Jakby spodziewała się, że coś się zaraz wydarzy i przerwie tę całą maskaradę. Bo przecież to całe pospólstwo miało w poważaniu kto zasiada na tronie, byleby jak najmniej obciążał ich dziurawą kieszeń. Przyjęła pomocą dłoń gwardzisty, kiedy wychodziła na plac. Czarna suknia, którą Soviria miała na sobie, w porównaniu z co niektórymi damami prezentowała się zwyczajnie skromnie. Wysoko upięte włosy zdobiła szpila, zaś w ręku niosła świece starym zwyczajem. Wolnym krokiem przeszła przez plac, a następnie przez drzwi, aby znaleźć się w środku milczącego septu. Już w progu uderzyły w jej oczy światła, które tworzyły tak żywe złudzenie ognia. Ze smoczej królowej pozostał wyłącznie popiół... Z cichym westchnięciem w duchu Soviria zajęła miejsce w bliskiej, ale nie do przesady odległości od monarchy. Jej oczy nie mogły się oderwać od podwyższenia, od płonącego ogniem kryształu. Budziło to refleksje, które nie powinny teraz mieć miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 10:42 am

W końcu wydarzyło się to, po co wszyscy przyjechali do Królewskiej Przystani. Ostatnia droga królowej Revath dobiegała ku końcowi, niedługo świat zapomni o smutku, który przepełniał ich serca, wróci dzień powszedni. Zmartwienia i troska wezmą górę nad żalem, a łzy zamienią się w pot od ciężkiej pracy.
Przed wyruszeniem w drogę do światyni Aart prędko pomaszerował z biblioteki do swojej komnaty, aby się przebrać i odłożyć księgi, które otrzymał od bibliotekarza. Dziedzić Casterly Rock prędko przebrał się w swój czarny skórzany zestaw pogrzebowy, ułożył rozczochrane włosy, aby wyglądały chociaż trochę usystematyzowanie, po czym ze świecą w ręku ruszył do septu. Droga była niezwykła. Jeszcze nigdy nie widział Królewskiej Przystani spowitej w takiej ciszy. Tak stać się mogło jedynie z największego smutku. Mieszkańcy oddawali w ten sposób szacunek swojej królowej. Gwardziści króla prowadzili go aż do wrót miejsca kultu, po tym musiał już sam znaleźć sobie miejsce. Aerys siedział ze smutkiem spoglądając na urnę z prochami Revath. To jednak nie znaczyło, ze czujnie nie spoglądał na nowo przybyłych. Powitał Lannistera pustym spojrzeniem. Złotowłosy zasiadł na swoim miejscu, jego oczy zatopiły się w krysztale. Czekał na rozpoczęcie ostatniego ważnego powodu, dla którego opuścił Casterly Rock. Już po tym wydarzeniu będzie mógł w końcu ruszyć do swojego domu i skupić się na sprawach równie ważnych, jak podróżowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   

Powrót do góry Go down
 

Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Turniej Magiczny
» Wielki Piach
» Wielki Kanion

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-