a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wielki Sept Baelora - Page 2



 

 Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 9:17 pm

First topic message reminder :



Wielki Sept jest jednym z najbardziej charakterystycznych i pięknych budynków Królewskiej Przystani. Jest to centrum Wiary w Siedmiu oraz siedziba Wielkiego Spetona. Wielki Sept to największy budynek w mieście, pomijając oczywiście kompleks znany jako Czerwoną Twierdze. To w tym miejscu odbywają się wszelkie najważniejsze ceremonie, takie jak śluby władców Siedmiu Królestw. Świątynia nazywała jest również Septem Baelora, nazwa ta pochodzi od wyjątkowo pobożnego władcy z rodu Targaryenów. To właśnie jego pomnik znajduje się przed budynkiem. W środku znajdują się zarówno malunki, jak i rzeźby Siedmiu. Przed każdym z niewielkich ołtarzy palą się świeczki wierzących. W głównej sali może się pomieścić nawet siedemset osób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 12:14 pm

Bogowie, co za piekielny dźwięk!
Głuche uderzenia dzwonów raz za razem wyrywały Królewską Przystań z szarej codzienności, zmuszając mieszkańców do przerywania codziennych zajęć i wsłuchiwania się w martwy odgłos niosący się nad miastem.
Dzień pogrzebu królowej zupełnie odmienił oblicze stolicy Siedmiu Królestw. Zamiast krzyków obdartych dzieci, w imię króla okładających się patykami bądź odgrywających rolę Smoczego Rycerza, słychać było wyłącznie szepty, zgrzyty, szloch i tłumione przekleństwa. Wszystko to brzmiało jak rój, który usiłuje uwić sobie gniazdo w głowie dziedzica Harrenhal. Od samego świtu Whentowi wydawało się, że zamiast mózgu ma papierowy lampion skręcony przez osy. Wszystko jedno, czy chodził od ściany do ściany, kilka kroków w prawo, a potem kilka w lewo, czy siedział na brzegu łoża, za które w tawernie z okazji ceremonii pogrzebowej zapłacić musiał dwukrotność zwyczajowej ceny - dźwięk nie cichnął nigdy. Czasami przygasał, aż stawał się niemal niesłyszalny, ale mimo wszystko nadal unosił się w gęstym, letnim powietrzu. Dzisiejszego dnia słońce przesuwało się mozolnie po niebie. Jego blask wpadał przez okna, lśniącą polewą pokrywał fragmenty podłogi, łóżka, ścian. Precyzyjnie wycinał z cienia nieruchomy profil kobiecej twarzy, niby sylwetkę z czarnego pergaminu. Czasem cień poruszał się, wydłużał, powiększał, aż w końcu przy akompaniamencie słodkiego stukotu monet opuścił pokój, pozostawiając Whenta samemu sobie. Moment ceremonii zbliżał się nieubłaganie, zatem i samotność Rossela nie trwała długo - zaledwie w godzinę później pokonywał prowadzące na dolne piętro tawerny schody, odziany w czarne spodnie, tego samego koloru płaszcz oraz równie ciemny wams, na którym złotą nicią wyszyto dziewięć niewielkich nietoperzy. Po opuszczeniu karczmy okazało się, iż słońce powoli jęło opuszczać zenit, rozchlapując na Królewską Przystań złote promienie. Jednak z pozoru zapierająca dech w piersiach gra świateł dopiero w Wielkim Sepcie Baelora miała przybrać formę, która najpewniej na długie lata zapadnie zebranym w pamięć i, kto wie, być może stanie się inspiracją dla niewydarzonego barda, który zechce wyśpiewać smętną balladę o martwej Smoczycy. Co swoją drogą nie wróży zbyt przebojowej kariery na królewskim dworze.
Przekraczając próg świątyni, Whent miał świadomość, iż mimowolnie wystawia się na spojrzenia zebranych już w sepcie szlachetnych panów, ich nie mniej szlachetnych małżonek… oraz, jakżeby inaczej, samego króla. Jego pojawienie się w Królewskiej Przystani do ostatniej chwili traktowane było w kategoriach mało istotnego wydarzenia, przez co Rossel unikał Czerwonej Twierdzy jak dzikiego ognia i pozwalał sobie na zwilżanie gardła arborskim w nieco mniej doborowym towarzystwie. Światło, przecedzone przez kolorowe szybki septu  kładło się na twarzy i ubraniu dziedzica Harrenhal barwnymi cekinami, gdy kroczył przez świątynię, aby zająć miejsce pośrodku naw. Wzrok Whenta jedynie pobieżnie przesunął się po postaci króla, unikając bezpośredniej konfrontacji z człowiekiem, który zdawał się obecnie żyć w zupełnie innej rzeczywistości. I dopiero, gdy Rossel zasiadł na ławie, udało mu się dostrzec pośród zebranych dziedzica Skały. Do rozpoczęcia ceremonii nadal pozostawało kilka chwil, zatem sam Sept z każdym mijającym momentem zapełniał się uczestnikami, zarówno tymi mniej… jak i bardziej spodziewanymi. Whent zaczął obserwować eteryczne smugi dymu, unoszące się ze świec ustawionych w pobliżu kryształowego ołtarzyka. Dzięki grze świateł, na powierzchni przeźroczystej konstrukcji igrały fantazyjne formy, a popielate smużki zdawały się pełznąć. Przypominały dżdżownice. Wiosną, w deszczowe dni, całe mrowie tych stworzeń pojawiało się na traktach i w ogrodach. Kiedyś, jako dziecko, Whent widział, jak zagłębiona w ziemi łopata rozcięła dżdżownicę na pół. Jedna jej część, zwijając się w spazmatycznych skurczach, zagrzebała się z powrotem, ale druga pozostała nieruchoma i martwa. Coś się uwalnia, coś umiera. Tym razem
nie było inaczej. Aerys Targaryen wciąż panował, co prawda obolały, lecz bez specjalnych okaleczeń, a królowa… jej przydzielona została rola ogona dżdżownicy. Nieodwołalnie martwego i na domiar złego - strawionego w gorących trzewiach ognia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 1:24 pm

Dni, które zmuszona była spędzać w Czerwonej Twierdzy, dłużyły się Nihil niemiłosiernie. Z początkowych kilku dni, które musiał poświęcić Reinmar na obowiązki, wyrosły tygodnie, zaś tygodnie zmieniły się w miesiące. Ciągle pojawiły się kolejne kwestie, które wymagały uwagi Starszego Nad Prawem co też frustrowało Arryna nieprzywykłego spędzać większość czasu w jednym i tym samym miejscu. W Nihil zaczynał kiełkować niepokój. Nie chciała, aby jej pierworodne dziecko przyszło na świat w tak toksycznym miejscu w Siedmiu Królestwach. To, że na każdym kroku pilnowała się oraz zachowywała przesadną ostrożność, pozwoliło też zachować jej błogosławiony stan w tajemnicy przed dworem. Bo na stopniowo poluzowane wiązaniami suknie nikt nie zwracałby właściwie żadnej uwagi. Pozwalała również szlachetnym damom zapraszać się na wspólne podwieczorki bądź gry towarzyskie, świadoma, że uniknie życia towarzyskiego jak ognia wzbudzi nieproszone zainteresowanie. Konieczność przerwania tej stagnacji przyniosły kruki z Orlego Gniazda. Stan Lorda Arryna zmuszał do natychmiastowego powrotu do Doliny. I zapewne byliby już w drodze, gdyby nie pogrzeb królowej, który był ostatnią formalnością przed opuszczeniem Królewskiej Przystani na dłużej. Winna dziękować za tym wszystkim bogom, jednakże nie śmiała. Nie kosztem Pana Ojca swojego małżonka.
Nihil i Reinmar Arryn spowici w czerń pojawili się na placu przed Wielkim Septem w towarzystwie gwardzistów z Orlego Gniazda, którzy mieli zapewnić mimo wszystko spokojną podróż z twierdzy do miejsca ceremoniału. Dalej już jednak szli samotnie. Reinmar niespokojnie milczący, zaś Nihil pełna obaw. Kiedy weszli do środka, ich świeca dołączyła już do tysiąca obecnych przy podwyższeniu. Zajęli swe miejsca, blisko dziedzica Lwów, który był chyba jedną z nielicznych, przyjaznych im dusz w tym miejscu. Spojrzenie Nihil tylko raz zatrzymało się na osobie króla, jakby nie wypadało uczynić tego na dłużej. Czuła się co najmniej nieswojo. Ona, przyszła matka, która pod sercem nosiła dziedzica Orlego Gniazda. I królowa, która również miała dać Siedmiu Królestwom potomka. Tyle że ze Smoczycy pozostały jedynie prochy. Drobne dłonie Nihil zacisnęły się na dwóch srebrnych zawieszkach, które nosiła na szyi. Paszcza wilkora oraz wzbijający się do lotu orzeł. Musi by silna. Musi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 2:47 pm

Noc przed pogrzebem była długa i nieprzyjemna. Baratheona męczyły paskudne, zupełnie irracjonalne sny. Łóżko w przesadnie umeblowanej komnacie, wypchanej zbędnymi arrasami na ścianach, komodami i puszystymi dywanami było nienaturalnie miękkie, przez co odnosiło się wrażenie, iż zaraz pochłonie śpiącego wraz z pościelą. Jedyny dźwięk, jaki Orys potrafił uchwycić leżąc nieruchomo pośród milczącej nocy, sprowadzał się do poszumu oraz pojedynczych pisków dobiegających z ulicy. Królewska Przystań była miastem, które nigdy nie zasypiało i jednocześnie nie pozwalało zasnąć przybyłym, pojawiającym się tu zbyt rzadko, aby mogli przywyknąć do głośnego trybu życia. Rozświetlone nawet po mroku niebo wysysało ze zmęczonych podróżnych życie, niby wielkie pająki ukryte pod prześcieradłami. Sen z powiek Baratheona spędzały dodatkowo uporczywo powracające myśli dotyczące Aylwarda. Orys myślał o bracie na tyle często, iż nawet po zaśnięciu Młody Jeleń powracał w snach, zasiewając w sercu dziedzica Końca Burzy jeszcze więcej wątpliwości. W koszmarach jego ciało zawsze wyglądało na bardzo chore. Mizerna twarz o zapadniętych policzkach, sterczące obojczyki, chude ręce poznaczone sinymi śladami i chciwe ostrze ociekające ciemną mazią wbijające się prosto w blade ciało. Orys niemal o tym zapomniał, ale tak właśnie wyglądała rzeczywistość.
Nie powinni pozwolić, aby wypłynął.
Powtarzał raz za razem Baratheon, nękany dodatkowo wspomnieniem Allyi, która przecież od dziecka nienawidziła wody. Żegluga przez całe królestwo musiała być dla jego siostry udręką. Dokładnie taką, jaka przez kilka najbliższych miesięcy będzie jedną z głównych linii ataku Łani, gdy tylko zechce zagrać na uczuciach braci. Przez pół nocy poprzedzającej ceremonię pogrzebową Ravath Targaryen, Orys walczył z nieprzytomną chęcią opróżnienia piwnic karczmarza z ale i wzbogacenia mężczyzny o sakwę pełną złotych smoków. Po kilku głębokich kuflach ciemnego piwa, Baratheonowi mogłaby się nawet spodobać owa samotność pod gwiazdami. Przy odrobinie szczęścia towarzyszący mu strażnicy nie odnaleźliby go zbyt prędko i nad ranem powróciłby do tawerny zakosami od rynsztoka do rynsztoka, jak za starych czasów. W podobnym stanie własne myśli zawsze wydawały mu się słuszne i głębokie, a oscylowały zwykle między rozczarowaniem, stagnacją życia, przekonaniem o tandetnym blichtrze cywilizacji, pragnieniem prawdziwej miłości i „kurwa, pieprzę ten cały interes", co oznaczało mniej więcej tyle, że upijał się na smutno. Podczas jednej z podobnych wypraw po okolicznych wioskach Końca Burzy, nie więcej jak pięć lat temu, usłyszał cieniutki, żałosny głosik. Nie spodziewał się, że jakiekolwiek stworzenie może dawać wyraz takiej rezygnacji i smutku. W obecnym nastroju nie potrafił przejść obojętnie wobec cierpień tego czegoś, cokolwiek to było. Za załomem muru Orys znalazł wtedy malutkiego, burego kotka, który płakał na parapecie zamkniętego piwnicznego okna. Wydłubał go z kąta, gdzie próbował się schować. Nawet się nie bronił, tylko sflaczał w ostatniej rozpaczy. Baratheon od tamtej nocy nie widział czegoś równie nędznego. Był lepki od brudu i sparszywiały, chudy jak patyk, miał kaprawe, zaropiałe oczka, a poza tym wciąż się trząsł. Mieścił się cały na jednej dłoni. W porywie dobroci Orys doszedł do wniosku, że nie może go tam zostawić. Wpakował zwierzaka pod poły płaszcza i zaniósł do samego Końca Burzy. Rankiem po tamtej nocy Allya, kiedy zobaczyła zwierzę, zapytała tylko czy następnym razem, kiedy Orysa weźmie litość, przyprowadzi z ulicy dziwkę, bo taka biedna i ma rzeżączkę.
Nim zdołał zauważyć, na zwykłym wspominaniu dawnych lat minęła reszta nocy - wraz ze wschodem słońca nadszedł również dzień pogrzebu, który był jedną z przyczyn zjawienia się Baratheona w Królewskiej Przystani. Po sutym śniadaniu połączonym z nerwowym wyczekiwaniem na południe, Orys wziął prędką kąpiel i jedynie cudem nie pozostawił na policzku krwawiącego zacięcia, gdy drżącą dłonią pozbywał się zarostu. Podobnie jak większość żałobników przywdział czarne szaty, w których jedynym kolorowym akcentem była złota brosza spinająca poły ciężkiego płaszcza. Ponure milczenie w wykonaniu Baratheona nie było niczym nadzwyczajnym, zwłaszcza podczas ostatnich tygodni. Na jego piersi, ukryty pod materiałem, spoczywał list Ivory Martell. Pergamin ciążył mu na sercu bardziej niźli myśl, że Dornijka pozostawiona została wyłącznie na łaskę jego pani matki oraz kuzynostwa, którzy nie mieli żadnych powodów, by darzyć dziewczynę miłością…
Zmierzając do Wielkiego Septu, Baratheon zdecydował się na podróż konną. Królewska Przystań była miastem wielkim i nie mniej zatłoczonym, dlatego dotarcie do świątyni zajęło dziedzicowi Burzy znacznie więcej czasu, niźli pierwotnie zakładał. Pośród nienaturalnej ciszy panującej tuż przed septem, wraz z przybyciem Orysa dały się słyszeć stłumione odgłosy i parsknięcia. W chwilę potem spomiędzy tłumu zgromadzonych przed septem wychynął kształtny łeb. Za nim ukazała się szyja zdobna w długą grzywę, aż wreszcie cały koń ostrożnie wkroczył na odgrodzony, pusty plac przed świątynią. Był siwej maści, jego sierść lśniła jak mleko i każdy, kto choć raz miał okazję ujrzeć Aylwarda Baratheona ze swym rumakiem, nie mógł mieć najmniejszej wątpliwości, iż zwierzę, które wkroczyło na plac, należało do Młodego Jelenia… tyle, że jeźdźcem był jego starszy brat. Siwek uniósł głowę, drżącymi chrapami wąchając powietrze, gdy Orys zeskoczył z niego ostrożnie, jakby obawiając się, iż nawet najmniejsze uderzenie może uszkodzić konia, który zawiózł jego brata ku zwycięskim bitwom. Wypukłe ciemne oko rzucało nieufne spojrzenia na strażników odgradzających Sept od gawiedzi ludzi, przestępując z nogi na nogę.
Tęskni za nim.
Pomyślał irracjonalnie Baratheon, podając lejce jednemu ze swych ludzi. Orys potarł z roztargnieniem podbródek, ruszając w stronę septu i po chwili znikając w czeluściach świątyni. Jej wnętrze, wbrew oczekiwaniom, nie było pogrążone w mroku - niezliczone świece odganiały cienie, a wpadające przez witraże promienie słońca rzucały na twarze zebranych kolorowe blaski. Po plecach Baratheona przemknął niemiły dreszcz, gdy ruszył wzdłuż naw, aby dołączyć płomień swej świeczki do setek innych. Zamiast jednak uciec trwożnie do ławy i zająć jedno spośród wolnych miejsc, zamarł przed szklanym ołtarzykiem na kilka uderzeń serca. Ravath, jakkolwiek nie spoglądać na królową, była jego kuzynką i choć nigdy nie dzielili wspólnych zabaw… zasługiwała na więcej niż obojętne przekazanie świecy. Orys powtórzył w myślach słowa modlitwy, nie do końca będąc pewnym, komu ma powierzyć swe słowa, w końcu jednak… postanowił zawiesić je w próżni. Siedmiu, jeśli septoni nie łgali, i tak byli aspektami jednego boga. Ktoś na pewno usłyszy prośbę o łaskę oraz pośmiertne szczęście dla królowej. Dopiero wtedy Baratheon, lżejszy choć o jeden obowiązek, zajął miejsce pośród lordów, kątem oka dostrzegając dziedzica Doliny wraz z małżonką oraz Aarta Lannistera, dziedzica Skały… czy też raczej - swego przyszłego szwagra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 8:40 pm

Pośpiech w żadnym wypadku nie był wskazany… a jednak to właśnie on charakteryzował Maegora, kiedy spieszył do Wielkiego Septu Baelora, by stawić się na pogrzebie swej - bogowie - siostry. Tylko głupiec mógłby posądzić Maegora o posiadanie jakichkolwiek sentymentów do swej rodziny… i jednocześnie tylko ten sam głupiec mógłby założyć, że sam Książę Smoczej Skały pozostawał wobec Ravath obojętny.
Rywalizował z Aerysem na każdym polu. Zawsze musiał być lepszy - w rachunkach, w strategii, w walce na miecze, podczas gry w cyvasse, w przeklinaniu, jeździe konnej, rozpoznawaniu ziół, historii Westeros… we wszystkim. Tylko pod jednym, zupełnie niepozornym względem Maegor nie mógł stawać w szranki ze swym starszym bratem - i ów wzgląd nosił imię Ravath. Naturalną koleją rzeczy było, aby dziedzic korony, przyszły władca siedmiu Królestw, krótko mówiąc: najstarszy syn panującego króla z rodu Targaryenów, wziął za małżonkę swą siostrę. Gdy dość prędko okazało się, iż wbrew oczekiwaniom dworu przyszłą królową oraz żoną Aerysa nie zostanie Naerys… oczy wszystkich zwróciły się ku młodszej z sióstr. I jednocześnie tej najpiękniejszej. Przez pewien okres swego życia Maegor żył w przeświadczeniu, iż to jemu w udziale przypadnie poślubienie Ravath, co więcej, zdołał nawet pogodzić się z tą myślą, nie mając nic przeciwko cichej, spokojnej Smoczycy. Przyglądając się swej siostrze po raz pierwszy odkrył, że naprawdę istnieją ludzie, którzy nie potrzebują wiele, by być szczęśliwymi. Owszem, znał wielu wyrzekających się dóbr doczesnych dla takich czy innych celów, lecz nigdy nie sądził, że podobną osobę spotka w swej rodzinie. Ravath jednak nie potrzebowała żadnych nagród. To, co miała, wystarczało jej w zupełności. I właśnie wtedy Aerys po raz kolejny postanowił rzucić kłodę pod nogi swemu młodszemu bratu... po czym w każdym, nawet najmniejszym calu zadbał o to, by Książę Smoczej Skały zapomniał o poślubieniu siostry. Tego zaś Maegor nie mógł zapomnieć…
Królewska Przystań wyglądała nieco inaczej niż ostatnim razem, kiedy patrzył na nią z placu przed Wielkim Septem Baelora, chociaż jego umysł był zaprzątnięty czymś innym. Stolica, wyciszona, pogrążona nimbem żałoby, sprawiała wrażenie uśpionego potwora, który jednak w każdej chwili mógł zostać wybudzony i wprawiony w szał. Strażnicy miejscy odgradzali plac przed gawiedzią, a wysoko urodzeni czym prędzej pędzili do świątyni, by zdążyć przed zamknięciem skrzydeł drzwi i wziąć udział w ceremonii pogrzebowej. Gdy Maegor przekroczył próg septu, nie spodziewał się… podobnej oprawy, jaką zastał w środku. Płomienie świec strzelające w powietrze i drące przy każdym podmuchu, przynosiły z pamięci jej obraz, obraz Ravath, dziecka ze snu, dziewczyny ze snu, kobiety ze snu. Ravath powtarzającej się zjawy, wyimaginowanej towarzyszki obserwującej pojedynki na placach ćwiczebnych, na której istnienie liczył cały czas, przez lata - wzywała Maegora, albo on ją, do królestwa histerycznych wizji, gdzieś nad morzem, Ravath, jego droga ułuda, królowa mgły...
To wszystko. Kim więcej mogłaby być - tajemniczym złudzeniem, towarzyszką ze snów, przyjaciółką, a może nawet...?
Ravath. Nierealna. Oczywiście. Nie różniła się niczym od mgły. Albo tylko tak mu się zdawało. Aż do chwili, gdy nie postanowiła ostatecznie zakończyć swej Królewska Przystań, pogrążona w żałobie. Zmierzając piechotą do septu, Maegor pomagał sobie w ten sposób strawić dwa puchary wina wypite na pusty żołądek. Wiatr przywiał nieco mgły znad morza poprzez wydłużające się cienie. Letnia wilgoć doskonale pasowała do bezmiaru wód. Pył skrzył się na drodze. Stado ptaków przeleciało w stronę zatoki, przekrzykując się ochryple. Zaś Targaryen, odziany w czerń, pozbawioną jakichkolwiek, choćby najmniejszych ozdób - wyłączając naturalnie złotą broszę Namiestnika - myślał wyłącznie o tym, by ceremonia czym szybciej dobiegła końca. Był czas na rozpacz i na żałobę. Na chwilę zadumy oraz namysłu… lecz Królewska Przystań, jako jedno z niewielu miast, wymuszało na człowieku mimowolne działanie. Bowiem bezczynność była śmiertelna. Świeca Księcia Smoczej Skały dołączyła do kilku setek innych tlących się przy kryształowym ołtarzyku, zaś sam Maegor zasiadł zaledwie dwa miejsca od Aerysa, spod lekko przymrużonych powiek zauważając obecność nie tylko Sovirii, ale i dziedziców Doliny, Skały oraz Burzy… a nawet, o czym nie wiedzieli najpewniej nawet bogowie, przyszłej głowy Harrenhal. Ród Stark z Północy reprezentowała małżonka Reinmara Arryna i wszystko wskazywało na to, iż pogrzeb stanie się punktem wyjściowym dla rozmów o charakterze politycznym.
Jak zwykle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Mar 22, 2014 9:55 pm

Królewska Przystań w niczym nie przypominała miasta, w którym odbyła się koronacja. Nigdzie nie widać ludzi pogrążonych w rauszu tak daleko posuniętym, żeby mieli problemy z oddychaniem, brakowało uśmiechu i jakiegokolwiek przejawu beztroskiej radości. To wszystko wprawiało Mallistera w pewien rodzaj melancholijnej zadumy. Nie rozumiał co wprawiało ludzi w tak chyba szczerą rozpacz. Przecież ciężko było oszukiwać się, że królowa była dla mieszkańców zjawiskiem równie odległym jak gwiazdy na niebie i równie nieosiągalnym. Rozsądnym było założyć, że przynajmniej część ponurej atmosfery była zasługą brzęczącej monety, ale jednak pogrzeb przyciągnął do Królewskiej Przystani mieszkańców całego królestwa w tym seagardczyka, który Ravath Targaryen widział raz w życiu i to kątem oka.
Trevet z lekkim zaskoczeniem zauważył, że idąc ulicami stolicy grobowy nastrój zaczął się mu udzielać. Królowa taka piękna, taka młoda, taka pełna życia, a teraz leży zimna w jakimś wielkim budynku i oglądają ją wszyscy, którym nagle przyszła taka ochota lub uznali to za obowiązkowe. Kiedy człowiek tak myśli to nie może się dziwić, że wszystko co brudne i zniszczone zaczyna coraz bardziej kłuć po oczach, a te kilka pięknych rzeczy, które można odnaleźć w Królewskiej Przystani traciły na uroku. A ciężko nie zauważyć, że w stolicy te pierwsze i tak były w przewadze. Nie powinno się zatem rozglądać na około tylko szybkim krokiem kierować się tam gdzie dzwony dostojnym spiżowym dźwiękiem ogłaszały kolejny dzień żałoby po zmarłej.
W samym wielkim sepcie Baelora Błogosławionego nie dało się uniknąć drobnych niespodzianek, ale na samo czoło wysuwał się brak katafalku z ciałem. Trevet oczywiście nie zdołał zapanować nad wyrazem zaskoczenia na twarzy, pociechy w tym miał tyle, że zapewne mało kto zwracał uwagę na młodego rycerza z odległych stron. Jednak nie tak powinien wyglądać pogrzeb, Mallisterów oddawano morzu lub w kilku szczególnych przypadkach chowano w kryptach pod Wieżą, tutaj jednak najwyraźniej postanowiono, że wygodniej wyprawić na tamten świat niewielką urnę z prochami. Dziwne, ale Targaryanowie od dawna mieli mało szacunku dla form i zwyczajów, które ukształtowały się na długo przed ich przybyciem do Westeros.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
23
Join date :
03/11/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Mar 23, 2014 11:55 am

Ile to czasu minęło od śmierci królowej? Trzy tygodnie, a może więcej? Od tamtego czasu Królewska Przystań nie była już taka sama, chyba. Na pewno rodzina królewska nie była. Każdy radzi sobie ze śmiercią tak jak potrafi. Jedni zapijają robaka w obskurnych tawernach, inni organizują egzekucję zdrajców, nie zapominając o kastracji delikwentów, a jeszcze inni, na przykład taka Smocza Księżniczka, oddaje się smutkowi i wiecznej modlitwie. Nikogo więc nie dziwiło, że Naerys zniknęła na pewien czas z dworu królewskiego. Wszyscy dobrze wiedzieli, co się z nią dzieję, a w szczególności plebs. Plotki rozsiewały się szybciej, niż choroba weneryczna wśród dziwek. Podani uwielbiali wszelkie niuanse związane ze swoimi władcami. Jest to dla nich swoistym urozmaiceniem, rozrywką zabarwiającą zwykłe, szare dni, których pełno. Co lepiej się sprzedaje niż śmierć, katastrofa oraz wszystko inne związane z tym? Nikogo nie dziwiło, iż Biała Smoczyca spędza czas na modlitwie do Siedmiu. Każdy znał ją z jej ogromnej wiary i oddaniu Bogom. Była niczym legendarny król, Baelor I Błogosławiony. Kilka tygodni gorliwej modlitwy, wyśpiewywania pieśni ku chale Bogów, ścisłego postu i codziennych pielgrzymek do Wielkiego Septony Baelora. Podobno nic innego nie robiła, poza modlitwą i rozmową z Wielkim Septonem, podobno...
Gdy nadszedł czas pogrzebu, miasto, które słynie z wszechogarniającego chaosu, nagle zamilkło. Wszystkim udzieliła się ta dziwna i jakże obca aura. Nawet bezpańskie psy nie ośmieliły się szczekać, jakby wiedziały, że tak nie wypada. Nie dziś. Przez miasto przedzierali się liczni szlachcice, którzy przyjechali specjalnie na tę okazję. Jedni preferowali powozy, inni po prostu przyjść o własnych siłach lub wspomagać się dzielnym wierzchowcem, a jeszcze inni... no cóż. Ogromna platforma zaprzężona w sześć śnieżnobiałych koni robi wrażenie. Na niej znajdowała się przynajmniej setka białych róż, a po środku ona, ulubienica ludu, Smocza Dziewica z Królewskiej Przystani. Przyodziana była w najczystszą biel, na jej stroju nie można było dostrzec nawet pojedynczej, czarnej niteczki. Do sukni przyszyte były niewielkie, wręcz niezauważalne, bezbarwne kryształy, dopiero gdy słońce nań padało dawały o sobie znak, rozświetlając całą postać Księżniczki, wręcz przyprawiając o bóle głowy i oczu. Czuła się idealnie w tym stroju, niczym rycerz w zbroi. Specyficzny pojazd bez dachu powoli poruszał się do przodu, ku najwspanialszej z świątyni. Królewska córka wyśpiewywała pięknym i czystym głosem modlitwy do wszystkich Siedmiu Bogów. Prosiła w nich o łaskę oraz opiekę dla jej tragiczniej zmarłej siostry, Królowej. Całe... przedstawienie zrobiło ogromne wrażenie na zgromadzonym i posępnym tłumie. Gra się rozpoczęła.
Szlachetnym lordom i damom ukazała się tak, jak wiernym poddanym. W świetlistej otoczce spowijającą ją dookoła. W zamkniętym pomieszczeniu robiło to jeszcze lepsze wrażenie. Wydawać by się mogło, że ów światło wydobywało się z jej nienagannie czystego ciała. Powolnym krokiem, niczym statek po gładkich falach, sunęła do przodu. Robiła to z wielką gracją, jak gdyby te kilogramy materiału tak naprawdę ważyły tyle co piórko. Nie widać było po niej zmęczenia, w ogóle nie było nic po niej widać. W rękach trzymała świecę, która po chwili dołączyła do swych braci i sióstr, przyniesionych tu przez szlachetnie urodzonych. Zatrzymała się na dłuższą chwilę przy ołtarzu, gdzie spoczywały prochy jej siostry. Och, jakby dużo dała, by to wszystko było zwykłym pożegnaniem zmarłej osoby, ale nie... Naerys wiedziała o wiele za dużo, wiedziała czego dopuściła się jej ukochana, młodsza siostrzyczka oraz starszy braciszek. Dobrze znała grzechy królewskiej pary, dobrze wiedziała czym urazili Bogów. Wiedza, jej odwieczne przekleństwo. Dla innych ludzi wyglądało to tak, jak zwykłe pożegnanie, chwila zadumy nad ciałem, że tak to ujmę, zmarłej. Dla niej była to kluczowa chwila, moment, w którym postanowiła, co zrobi... z całą tą wiedzą.
Ze swym kamiennym obliczem zasiadła przy królu, w porównaniu do brata nie miała powodu by zachowywać dystans, przynajmniej jawnych.
- Niech Siedmiu jej wybaczy... - wyszeptała tak cicho, że tylko król miał szansę to usłyszeć, nikłą, ale jednak.
Albowiem, ja nie mogę. - to już dodała w myślach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Mar 23, 2014 12:45 pm

Mijały chwile, życie płynęło swoim rytmem. Aerys także robił swoje. Wielu złośliwych mogłoby uznać, iż najzwyczajniej się obijał, lecz on sam wolał inne określenie: doskonalił swój kunszt obserwacji. Z pozoru nieobecne, lawendowe spojrzenie, wbite w kryształowy ołtarzyk oraz ukrytą w nim kunsztownie zdobioną urnę w rzeczywistości lustrowało każdego przybyłego gościa. Król jeszcze za czasów swej młodości posiadł tą nader przydatną umiejętność, jaką była synteza z pozoru kompletnego braku zainteresowania oraz zmysłu obserwacyjnego. Choć jego spojrzenie wydawało się nieobecne, zaś myśli oddalone o setki mil - umysł władcy dokładnie zapisywał każdy, nawet najmniej istotny wedle mniemania innych szczegół. Materiał, z jakiego wykonano żałobne szaty Lady Rollingford dobitnie świadczyły, iż jej domniemane problemy finansowe najwyraźniej nie uderzyły w nadwornego krawca, który wykonał suknię z myrijskiego materiału. Migoczący pod płaszczem, jasny wams Lorda Chelsteda był wyrazem tego, iż szlachcic nie zdołał przebrać się po swej nocnej eskapadzie po pobliskich domach uciech. Aerys od lat przyglądał się rzemieślnikom z podzamcza: złotnikom, kowalom i snycerzom, którzy w pocie czoła zarabiali na chleb pod osłoną murów. Przysłuchiwał się mowie volentańskich kupców, podglądał dziewczyny plotkujące przy zamkowej studni. Lustrował spojrzeniem Wielkich Septonów, zmieniających się raz za razem, oraz ponurych, rozmodlonych mnichów, a także zakryte kapturami Milczące Siostry. Opowiadali o dawnych bogach, których dziwaczne imiona pamiętali już tylko oni sami i może wędrowni pieśniarze. Słudzy Wielkiego Septu sprawiali wrażenie nieszkodliwych dziwaków, ale było w nich coś, co kazało mieć się na baczności. I gdy wzbogacał się o pozornie nieprzydatną wiedzę, wracał do swych obowiązków w cieniu kamiennych murów Czerwonej Twierdzy, do słuchania próśb, obietnic i błagań swych poddanych. Choć na jawie Aerys był prawie szalony, w chwilach namysłu, zadumy oraz we śnie jego rysy rozpogadzały się. Trwając nieruchomo przed szklanym ołtarzem, zauważał przybycie Starszej Nad Monetą, dziedzica Casterly Rock, Harrenhal, Segardu, Burzy, Starszego Nad Prawem oraz jego małżonki, a także - Namiestnika Królestwa pod postacią Maegora. Ów ponury smutek, tak właściwy dla tego miejsca oraz okoliczności, dopiero po długich chwilach przerwało pojawienie się Naerys Targaryen. Starsza Nad Szeptaczami, niech bogowie mają ją w swej opiece, zjawiła się w Wielkim Sepcie przyodziana w białe, tak właściwie dla siebie szaty, dodatkowo przyozdobione lśniącymi przy każdym ruchu kryształami. Oczy Aerysa zwęziły się nieznacznie, gdy przez nie więcej jak pół uderzenia serca obserwował swą siostrę, by później ponownie wbić obojętne spojrzenie w ołtarzyk. Wielu mogłoby nazwać Naerys odważną, lecz drugie tyle głosów dodałoby, iż pomiędzy odwagą a szaleństwem jest cieniutka, biała linia…
- … niech wybaczą nam wszystkim. - wymamrotał cicho Targaryen, nie do końca wiadomo, czy do siebie, czy zgromadzonego najbliżej rodzeństwa. Jakiekolwiek jednak nie były jego zamiary - słowa te bez wątpienia dotarły zarówno do Naerys, jak i Maegora. Przez cały czas obserwacji urny swej małżonki, Aerys wyglądał jak człowiek pogrążony w modlitwie, ktoś, kto doświadcza i czuje. Wielu całymi tygodniami zastanawiało się, o czym król myśli po śmierci małżonki. Kobiety wierzyły, że o upadłej, straconej Ravath. Mężczyźni spluwali i klęli wiarołomną sukę. I jedynie sam Targaryen wiedział, że jego myśli, sny wypełniają tylko jedne stworzenia…
Nasi królowie pomarli lub ich zabito
U przeprawy, przez zdradę starą jak świat.

Pomyślał spokojnie, podnosząc wzrok, gdy Wielki Sept Baelora wypełnił nagle cichy śpiew. Niski, drżący głos mężczyzny odbił się od strzelistych kopuł świątyni, powędrował do smukłych ścian i w końcu rozniósł się echem aż do wyjścia. Monotonny dźwięk dopiero po chwili zagłuszył ponury trzask zamykanych skrzydeł drzwi. Dwóch Gwardzistów króla zatrzasnęło zasuwę i nieruchomo zamarło przed chwilowo zabarykadowanym wyjściem.
Nasi bardowie zginęli, przepędzeni z zamków
Szlachetnych panów cierniem i jeżyną.

Aerys jako pierwszy powoli opadł na kolana w tym samym momencie, gdy na tle głównych drzwi pojawił się Wielki Septon. Świątobliwy mąż szedł powoli, wspierając się na lasce z czardrewna, zakończonej kulą wykonaną z kryształu. Na jego głowie lśniła strzelista korona, błyszcząca przy każdym ruchu szyją. Septonowi towarzyszyło siedmiu spośród Najpobożniejszych, odzianych w szaty ze srebrnogłowia.
Byliśmy ludem wychowanym na legendach,
Ogrzewającym swe ręce w czerwonej przeszłości.

Święty orszak wkroczył do głównej części Wielkiego Septu i ruszył naprzód jednym z siedmiu szerokich przejść spotykających się pod największą kopułą. Siedmiu septonów w srebrnych szatach stanęło tuż za przeźroczystym ołtarzykiem, w którym spoczywała urna z prochami królowej, błagając Ojca Na Górze, by sprawiedliwie osądzili zmarłą władczynię. Aerys w milczeniu, z zamkniętymi oczami i wyrazem twarzy całkowicie wyprawnym z uczuć, przysłuchiwał się słowom modlitwy, odbijających się echem od ścian świątyni. Dopiero po chwili jego usta dołączyły do bezgłośnego wtórowania śpiewowi Wielkiego Septona oraz siedmiu Najpobożniejszych.
- Zaklinam się na Ojca i Krew, co w żyłach dudni,
Na Światło, które błyszczy na dnie najgłębszej studni...
Odnajdę tego, który poległ, zapłaczę nad nim słono,
Rycerza, co wtem zginął i ból, co nie utonął...

Głos mężczyzn zamierał powoli, ustępując z kolei narastającemu śpiewowi kobiet - przed ołtarzem Matki, przy akompaniamencie cichych szelestów sukni, zgromadziło się siedemdziesiąt siedem odzianych w białe szaty Sept. Oddane służbie bogom, stonowanymi, czystymi głosami błagały ją o łaskę dla zmarłej Ravath Targaryen. Aerys przysłuchiwał się tym słowom, nawet nie odczuwając dyskomfortu płynącego z nieruchomego klęczenia na zimnej, nieprzyjaznej posadzce przez tak długi czas. Król, zrezygnowawszy z klęcznika, skazał się na obolałe kolana, których rozprostowanie nie zajęło mu jednak szczególnie wiele czasu. Gdy septy zakończyły swe modły, władca podniósł się ostrożnie, przez kilka chwil górując nad pochylonymi głowami lordów oraz szlachetnych dam, wciąż trwających przed ołtarzem na klęczkach. Kolorowe rozbłyski odbijały się od kryształowego ołtarzyka, kamieni na sukni Naerys, witrażów w oknach, kopułach świątyni… Aerys przesunął powoli wzrokiem po zebranych, zupełnie jakby w myślach ostrożnie ważył swe kolejne decyzje. Sprzed Wielkiego Septu wciąż dobiegał śpiew zebranych, jednak ceremonia we wnętrzu świątyni dobiegła już końca.
- Niech bogowie dbają o umarłych. - wyrzekł głośno, przysłuchując się swemu głosowi, spotęgowanemu przez niosące się po Wielkim Sepcie echo. - Ja muszę troszczyć się o żywych. - fiołkowe spojrzenie króla zamarło na kryształowym ołtarzyku, na kilka uderzeń serca jakby ponownie tracąc ostrość wejrzenia. Dopiero po chwili, jakby tknięty niechcianą myślą, oderwał wzrok od prochów swej zmarłej żony i powoli ruszył ku Komnacie Lamp, gdzie oczekiwało nań trzech rycerzy Gwardii Królewskiej. Zgodnie z tradycją to właśnie w tamtym miejscu zwykło składać się kondolencje członkom rodziny zmarłego… bądź zmarłej. Jego krokom przez chwilę towarzyszył szczęk otwieranych drzwi Wielkiego Septu, lecz nie pozostawało najmniejszej wątpliwości, iż każdy, kto oddali się bez choćby kilku słów kondolencji na pewno nie pozostanie niezauważonym...

Kolejność pisania postów jest dowolna, lecz proszę wszystkich o uwzględnienie obecności Naerys oraz Maegora u boku króla podczas składania kondolencji, nawet jeśli ci nie dodadzą postów jako pierwsi. Po ceremonii pogrzebowej zainteresowani winni skierować się do królewskiej sali balowej w Czerwonej Twierdzy, gdzie wydana zostanie uczta pożegnalna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Mar 28, 2014 9:38 pm

„Wszystko będzie dobrze. Obiecuję”.
Spośród każdego kłamstwa, jakie zdarzyło wypowiedzieć się Orysowi w swoim życiu, to było najtrudniejsze. Po części dlatego (może nawet głównie dlatego), że okłamywanie osoby, którą się kocha i to z wzajemnością, było zbrodnią okrutną i nieuczciwą, a po części dlatego, że przecież sam także musiał w nie uwierzyć… a to już nie było takie proste. Przekonanie własnej pani matki, że jego pobyt w Królewskiej Przystani  – w t e j Królewskiej Przystani – był tylko jednorazowym incydentem, pierwszym i ostatnim od czasu tych koszmarnych kilku miesięcy, podczas których za czasów młodości stolica była jego drugim domem, przyszło mu w gruncie rzeczy łatwiej, niż się tego początkowo spodziewał; czuł się potwornie z powodu tak niewybaczalnego wykorzystania zaufania matki, ale sytuacja tego wymagała, więc jakoś to przełknął. Pierwszy punkt mógł zatem już odhaczyć. Z drugim pójdzie dużo trudniej. Jeśli w ogóle pójdzie.
Zimne, przenikające do szpiku kości, nieprzyjemne uczucie towarzyszyło Baratheonowi przez cały czas trwania ceremonii. Klęczał zaledwie dwa rzędy za rodziną królewską, spod półprzymkniętych powiek obserwując, jak grono Targaryenów zasila kolejno Maegor oraz Naerys. Cała trójka smoczego rodzeństwa była podobna niczym krople wody… a przynajmniej pod kątem wyglądu - lecz każdy ich nawet najmniejszy gest różnił się od siebie na tyle  mocno, iż wydawali się zupełnie obcymi ludźmi. Sam Aerys - to on zdawał się rządzić tu niepodzielnie, narzucać innym swą nieprzejednaną wolę. W tym dziwnym miejscu, pod ciemno-pomarańczowym, niby rozżarzonym sklepieniem świątyni, pod którym mknęły delikatne smużki dymu unoszącego się ze świec – był centrum uwagi, punktem odniesienia do zachowania oraz czynów; tutaj jego spokojna wola mogła przerodzić się z delikatnego, nic nie znaczącego powiewu w szalejący huragan i nikt nie ośmieliłby się mu w tym przeszkodzić.
Bo to było jego królestwo.
Cała ceremonia pogrzebowa wzbudzała w nim paniczny, prawie zwierzęcy lęk, którego nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić czy zidentyfikować. Czuł się tak, jakby każdy kawałek jego osoby, czy to tej fizycznej, czy psychicznej, instynktownie bronił się przed myślą, iż jego młodziutka kuzynka zginęła w podobnie tragiczny sposób. Starał się odepchnąć od siebie możliwie daleko natarczywe wizje, poza zasięg możliwości jakiegokolwiek kontaktu. Zupełnie, jakby martwa Ravath stanowiła niewyobrażalne zagrożenie.  Po długiej chwili trwania w bezruchu na klęczkach, Orys poczuł, jak po górnej wardze spływa mu coś ciepłego i wilgotnego. Starł ciesz szybko wierzchem dłoni, zanim dostało się do ust i spojrzał na rękę. Na skórze błyszczało kilka drobnych kropel krwi. Pospiesznie wytarł skórę o nogawkę spodni i uniósł wzrok w momencie, gdy Aerys zabrał głos po zakończonej już ceremonii.
„Muszę troszczyć się o żywych”.
Baratheon zmełł w ustach przekleństwo, podnosząc się z klęczków, gdy król ruszył ku Komnacie Lamp.
Tak, jak zatroszczyłeś się o mojego brata? Zapragnął ryknąć wprost za Aerysem, jedynie ostatkiem sił powstrzymując się przed rzuceniem na głos obelgą. Obecność królewskich ludzi chwilowo napawała Orysa obrzydzeniem i nie miał ochoty przebywać w ich otoczeniu dłużej, niż było to konieczne, jednak rozsądek wziął górę nad irracjonalną wściekłością - jako jeden z pierwszych ruszył za władcą oraz jego rodzeństwem, pragnąc czym prędzej opuścić Sept. Baratheon powoli kroczył po wyłożonych lśniącą posadzką schodach, czując jak każdy krok zwiększa napierający mu na klatkę piersiową ciężar. W miarę zmniejszania się odległości dzielącej go od Aerysa, dźwięki z głównej części świątyni cichły i oddalały się od niego, wypierane stopniowo przez coś innego, bardziej nieuchwytnego… coś, co pulsowało równym, niezdrowym rytmem, zaledwie kilka metrów przed nim. Obecność,  którą ostatni raz czuł tak dawno temu, że niemal – NIEMAL – zdołał o niej zapomnieć, w niepojęty sposób zdołała go odnaleźć przez czas i przestrzeń. Orys czuł trawiący go gniew, furię rozsadzającą powłokę, coraz silniej przenikającą jego ciało na wskroś jak rozżarzone ostrze. Nie potrafił powiedzieć, jak długo zwlekał starcie z królem, zanim panująca w sepcie cisza w końcu zdołała go uspokoić. Przez cały ten czas starał się odsunąć od siebie wszystkie nękające go myśli, pozbyć się targających nim emocji; zgodnie z tym, co lubili powtarzać maestrzy, ludzki umysł ma zadziwiającą zdolność do całkowitego wyciszania się, jeśli pozostawić go samemu sobie, zaś błądzenie w szaleństwie po omacku i chwytanie się niepewnych punktów oparcia zazwyczaj prowadziło tylko do katastrofy.
- Miłościwie panujący królu… - zaczął spokojnie, zatrzymując się nie więcej niż trzy kroki od Aerysa oraz jego rodzeństwa. - Księżniczko Naerys oraz Książę Smoczej Skały… - dodał po chwili, czując się tak, jakby nagle przybyło mu dwukrotnie więcej lat, a każda kość w jego ciele łupała tępym bólem. Orys skłonił się lekko, zawieszając wzrok na złotej broszy Namiestnika, lśniącej na piersi Maegora.
- Przyjmijcie szczere kondolencje rodu Baratheon z Końca Burzy. Śmierć Ravath Targaryen jest dla nas czymś więcej, niźli jedynie przykrym dla całego królestwa wydarzeniem… -  zawiesił na moment głos, dokładnie ważąc kolejne słowa, które miały paść z jego ust. - … wszak łączyły nas więzy krwi. Wiadomość o tragedii szczególnie mocno wstrząsnęła moją panią matką, która niestety nie mogła stawić się osobiście na ceremonii pogrzebowej. - dokończył spokojnie Orys, unosząc lekko podbródek. Nie miał siły dłużej zmagać się ze swymi demonami; senność opadła na niego jak ciężka zasłona i teraz pragnął jedynie jak najszybciej wślizgnąć się do łóżka, wiedział jednak jednocześnie, iż była to zaledwie pobożna mrzonka…
- Nic nie będzie w stanie zrekompensować Ci straty, Miłościwy Królu. Żadne słowa, deklaracje i górnolotne poematy. Podobne wydarzenia tworzą w życiu pustkę, której nikt nie jest w stanie zapełnić. - w półmroku, rozświetlonym co kawałek migotliwym światłem zwieszających się ze sklepienia lamp, ich sylwetki przywodziły na myśl zjawy. - Ale należy się starać. Podjąć próby powrócenia na dawny szlak, nawet jeśli początkowo wydaje się to niemożliwe. Nie mam zamiaru zajmować więcej czasu niźli jest to konieczne, jeśli jednak zajdzie potrzeba rychłej rozmowy, będę przebywał z Lordem Tarth w Czerwonej Twierdzy. - Orys skłonił się lekko, powoli wycofując z klaustrofobicznej wręcz atmosfery.
Niech Siedmiu ma na nas wzgląd...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Mar 31, 2014 4:48 pm

Nigdy nie spodziewał się, że gdziekolwiek będzie się czuł równie okropnie. Wielki Sept wzmagał w nim uczucie niepewności i braku bezpieczeństwa. Nie wiedział dlaczego, ale myśli o szaleństwie króla, tylko pogarszały sytuację. Co jeśli ten białowłosy łajdak zaraz zrobi jakiś tajny gest i wszyscy zebrani możnowładcy padną trupem? Wszystko jest możliwe, nawet w czasie żałoby. Nie wiadomo co siedzi w głowie Aerysa, jakie to niezwykle słuszne pomysły czekają na ujrzenie światła dziennego.
Oczekując rozpoczęcia ostatniego pożegnania Revath Targaryen, Aart spoglądał kątem oka na przybywających gości. Nie znał wszystkich, nie śmiał nawet starać się dowiadywać kim są. Nie obchodziło go to dopóki nie musiał rozmawiać z nimi i wymieniać się grzecznościami. Na razie w jego głowie znajdowało się miejsce tylko dla widoku urny z prochami królowej żono-siostry Smoczego Przywódcy i dla rozmyślań o informacjach, jakie udało mu się pozyskać w bibliotece. Wspomnienie o tym drugim powodowało dreszcz na jego ciele i uśmiech na twarzy. W obecnej sytuacji i miejscu raczej nie było to pożądanym odruchem. Widok Arrynów nie był zaskoczeniem, Orys Baratheon, jako najstarszy syn lorda też nie był niespodziewanym gościem. Trevet Mallister był jednak takową miłą niespodzianką, w końcu udało mu się gdzieś dotrzeć, Dziedzic Skały będzie go mógł wreszcie poznać.
Ceremonia rozpoczęła się od zamknięcia drzwi i ogłupiającego śpiewu septonów. Młody Lew lubił sztukę, jednak to zawodzenie nie było przyjemnym doświadczeniem. Jego ciało przeszły dreszcze, które utwierdziły go w przekonaniu, że chce jak najszybciej opuścić stolicę plugastwa i zakłamania. Nie żeby Lannister nie lubił grać w gry, nienawidził intryg i knucia. Wolał to jednak robić na swoim podwórku, mając przewagę.
Było to widowisko na skalę krajową, tak dobrze wyreżyserowanego spektaklu nie widział dawno, może nawet śmie stwierdzić, że nigdy. Król postarał się i pokazał, że rozmach jest jego atutem, czy to podczas sądu Edmunda Blackwooda, czy to teraz potwierdzając ową tezę. Klęcząc rozmyślał nad głupotą osoby, która wymyśliła ten sposób oddawania czci bogom. Nie lubił ceremonii, które ciągnęły się aż w nieskończoność, więc zaskoczeniem było, jak szybko zleciał dla niego pogrzeb. Jak jedno pstryknięcie palcem, jednak w owym czasie przepełniony mnóstwem myśli.
Spojrzał na króla, który wraz z rodzeństwem zajął miejsce w Komnacie Lamp i Orysa, który ruszył w ich stronę, aby złożyć kondolencje. Nie był tam długo, złotowłosy postanowił pójść w jego ślady i mieć to jak najszybciej za sobą. Dumnym krokiem podszedł do żałobników. Spojrzał każdemu z nich prosto w oczy, starając się ukazać w swoich rozpacz i smutek. Był dobrym aktorem, na pewno mu się to udało.
- Drogi nasz królu, Księżniczko Naerys, Książę Smoczej Skały. Raczcie przyjąć najszczersze kondolencje od rodu Lannisteów i wszystkich ludów nam podległych. Śmierć naszej Królowej była ogromnym zaskoczeniem i zlała się w jedność podczas opłakiwania mojej własnej straty. - rozpoczął cicho, jakby nie miał siły mówić tego głośniej. Gra pozorów była teraz najważniejsza, od niej zależało samopoczucie króla. Powinien wiedzieć, że ma oparcie u swoich poddanych.
- Niestety zostało nam teraz jedynie obcowanie ze sobą, bez towarzystwa naszych wybranek. Smutna to nowina. Będziemy musieli to przetrwać i kroczyć w przyszłość z podniesioną jeszcze wyżej głową.- dodał kłaniając się lekko i wycofując.
- Niechaj bogowie mają was w swojej opiece. Jeśli zechcecie rozmowy, pozostanę tu jeszcze przez kilka dni…- dokończył. Teraz chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Nie chciał przebywać tu ani chwili dłużej. Toksyczność i zepsucie unosiło się w powietrzu. Nie chciał zapaść na jakąś zarazę…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pon Mar 31, 2014 5:18 pm

Im dłużej pozostajesz w bezruchu, tym dotkliwiej odczuwasz duszącą woń septu. Powietrze zastygło w plątaninie świec, posągów i ludzkich głów, ustąpiło miejsca ciszy zdawałoby się wiecznej, a jednak gdzieś z daleka, spoza niewidocznej ściany przytłumiającej dźwięki, narasta głuchy pomruk. Brudnym, pełnym mglistych nacieków płyną czarne cienie Wielkiego Septona oraz towarzyszących mu kapłanów. Ociężałe, niosące w trzewiach brzemię śmierci, prą w sam środek septu. Nadlatują falami — jedna, druga… Wysiewają w przestrzeń słowa pieśni, które dla Maegora brzmią zupełnie jak bezmyślny brzęk szukającej żeru szarańczy, przenoszą się wysoko niewidzialnym rojem i milkną wreszcie, dając Targaryenowi choć chwilę na odetchnięcie z ulgą. Jednak przytłaczający charakter ceremonii zostaje. Trwa ciszą pełną szmerów, szelestów i cieni przemykających po ścianach septu. Ciężkie powietrze ściele nad klęczącymi postaciami duszący, gęsty opar przesycony wonią dymu, kadzidła i bladych kwiatów, odorem wosku i cierpkim zapachem potu. A kryształowy ołtarzyk, w którym spoczywa Ravath - pozostaje niemy na modły, zawodzenia, sztuczne łzy i szczere prośby. Cokolwiek jątrzy zmarłą smoczą królową, jeśli jakiekolwiek słowa ceremonii doń docierają - nic nie zakłóca jej spokoju. Zdawałoby się, że także klęczący tuż obok Maegora Aerys nie zna już dawno nawet stanu oczekiwania, po prostu - istnieje. Cierpliwość jest przywilejem starców, których nie wzrusza upływ tysiąca lat podobnych do siebie jak dwie krople deszczu. Jego życie toczy się w odwiecznym rytmie nieustannego powtarzania cyklu biologicznych przemian, wyznaczonego śniadaniami, obiadami, podwieczorkami, a nawet kołowaniem księżyca. W rytmie uzależnionym od oślepiających kurczy słońca i niepojętych wpływów gwiezdnych mgławic. I nieistotne, co dzieje się wokół niego w chwili obecnej - król myślami był całe mile stąd, nie zwracając uwagi na otaczających go ludzi. Być może odkrył, że wraz z Ravath stracił mrzonkę o swej młodości, bowiem podobnie jak jego żona… była - i minęła. Od niedawna władca mógł czuć się jak ktoś niepotrzebny oraz na swój sposób oszukany. On - Aerys Drugi Targaryen, wdowiec po królowej, której nie potrafił nawet posiąść. Samemu Maegorowi z dnia na dzień coraz bardziej zaczęła udzielać się trująca atmosfera Czerwonej Twierdzy. Czy Księciu Smoczej Skały było łatwo przedzierzgnąć się w skórę starego człowieka, zupełnie tak, jak jego starszemu bratu? I pomyśleć, że dawniej było zupełnie inaczej. Świat przepływał cuchnącym nurtem codzienności obok Aerysa, a on przeżywał swoje dni powoli i nie uświadamiał sobie, że pod jego stopami rozwiera się przepaść. Pogłębia się rozsadzana stopniowo seriami drobnych potknięć, trawiona uśmiechem Maegora, jego dwuznacznymi uwagami i chłodnym, ironicznym spojrzeniem. Ostatnie było najbardziej dotkliwe. Targaryenowie nigdy nie roztrząsali łączących ich stosunków, a przecież niejednokrotnie mieli sposobność, by to robić. Może gdyby wiele zostało wyjaśnione już wtedy, przed latami, dziś nikt nie zgromadziłby się w Wielkim Sepcie, żeby pożegnać Ravath? Jednak godziny, dni i miesiące dwustronnego milczenia były znacznie łatwiejsze. Prostsze. Przez cały ten czas konflikt nawarstwił się tysiącem niedomówień, wymownych przemilczeń, i to głównie ze strony Maegora. Czy podnosząc się z klęczek i ruszając wraz z rodzeństwem do Komnaty Lamp, aby w milczeniu przyjąć kondolencje, czuł wyrzuty sumienia? Skądże. „Książę Smoczej Skały” oraz „skrucha” brzmiało jak żywcem wyjęte z apokaliptycznej makabreski. Jeśli ktokolwiek miał być pozbawiony skrupułów w tej rozgrywce… to owa niewdzięczna rola przypadła właśnie Namiestnikowi. Targaryen szarpnął kołnierz koszuli zaciśnięty ciemną obręczą wokół szyi i westchnął głęboko. Powietrze w mniejszym pomieszczeniu septu także nie przyniosło ulgi. Było nagrzane, tamujące oddech duszną zawiesiną przemieszanych woni. Przez ceremonię pogrzebową własnej siostry czuł się na swój sposób… niepotrzebny. O czym myślał, gdzie dążył, czego oczekiwał przez całe swoje życie? Nie wiedział. Po prostu istniał problem, który należało rozwiązać. Za jaką cenę? Na to nie zwracał uwagi. Widział przed sobą skrzyżowania dróg, z których prawie każda prowadziła w labirynt ślepych zaułków. Więc zmuszał ciało i myśli do wytężenia wszystkich sił, aby w gąszczu formuł, w chaosie procesów odnaleźć ten jeden, dający w perspektywie chociażby nadzieję rozwiązania. Wciąż poszukiwał, a przecież powinien był wiedzieć, że nadejdzie chwila, w której czas stanie. Zatrzyma się, ale tytko dla niego. Bo świat pójdzie dalej. Drogami marzeń ludzi oddanych utopijnym ideałom, cierpień ludzi przegranych i nieustannej walki tych najbardziej szalonych, będzie zmierzał w stronę innych dni, takich, jakimi zechcą je widzieć oni wszyscy. On zostanie poza nawiasem tych dążeń, porzucony na skraju drogi, którą jakże opacznie próbował torować.
Świat musi pozostać obojętny na los tego, który nigdy nie czuł odpowiedzialności za losy ludzkości.
Przemknęło mu przez głowę, gdy jako jeden z pierwszych na horyzoncie pojawił się Orys Baratheon, dziedzic Burzy, najstarszy syn Lorda Harberta i Rhaelle z domu Targaryen… osamotniony w swej misji wkroczenia do smoczej jaskini. Maegor skinął delikatnie głową, zawieszając wzrok na wysokim, ciemnowłosym mężczyźnie, którego spojrzenie nie wyrażało nic więcej poza zmęczenie.
I tylko bogowie wiedzą, że w chwili obecnej był to największy atut Orysa.
Książę Dragonstone wysłuchał słów Baratheona, walcząc z nieprzemożoną ochotą ruszenia za dziedzicem Burzy, gdy ten tylko zakończył swe kondolencje i niepostrzeżenie wycofał się z Komnaty Lamp. Na dobrą sprawę jedynym czynnikiem, który nakazał pozostać Targaryenowi nieruchomo, był zbliżający się Aart Lannister. Gdy zaś dziedzic Skały ledwie wyrzekł „niestety zostało nam teraz jedynie obcowanie ze sobą, bez towarzystwa naszych wybranek”, Maegor wykrzywił wargi w nie pozbawionym goryczy uśmiechu.
Niestety? Ależ ser, obcowanie z mym bratem nie może być aż tak okrutne. W ostateczności można wyskoczyć z balkonu… pomyślał Targaryen spokojnie, nawet nie karcąc się za swe słowa. Nie przypuszczał, że stać go będzie na podobne myśli. I to zaledwie w kilka minut po oficjalnej części pogrzebu Ravath. A jednak - chwila ta nadeszła… bo nadejść musiała. Książę Dragonstone odkaszlnął cicho, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że każda chwila zwłoki oddala go od rozmowy z Baratheonem. Rozmowy, która nie może czekać. Maegor poruszył się nerwowo, zerkając w stronę wyjścia z Komnaty i w końcu pochylił się w stronę Aerysa, wypowiadając cicho kilka słów. Zanim król zdołał w jakikolwiek sposób zaoponować, młodszy Targaryen już ruszał w stronę wyjścia, wymijając żałobników krzywym slalomem.

/ Orys, Maegor - zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Kwi 04, 2014 2:55 pm

Choć Nihil otaczali zewsząd szlachetne, kluczowe figury wszystkich Siedmiu Królestw, starała się niepotrzebnie nie rozpraszać swej uwagi. Dolina była chyba nielicznymi gośćmi obecnymi w stolicy w związku z tragicznymi wydarzeniami po to, aby po raz ostatni oddać należyte honory królowej miast pod pozorem wiernego sługi tak naprawdę tkać swoje wielkie, ambitne plany bądź spełniać się politycznie. Wsłuchiwała się w pieśni, aby następnie włączyć się w modlitwę. Nihil, choć wychowana w wierze oraz tradycjach starych bogów, szanowała również nowych, stąd też bez uprzedzenia zaniosła do nich prośby związane ze zmarła smoczycą.
Najgorsze w tym wszystkim było wytrwanie na klęczkach przez tak długi odcinek czasu. Musiała zagryźć wargi, ale na szczęście niewielu zwracało uwagę akurat na nią, aby mogli nabrać jakiegokolwiek podejrzenia. Nihil po zakończeniu ceregieli podniosła się nieśpiesznie. Do rodziny królewskiej ustawiły się już wianuszki, wraz z Reinmare postanowili więc zaczekać, aż Ci wszyscy zniecierpliwieni wyrażą swoje mniej bądź bardziej szczere żale. Przez dłuższą chwilę obserwowała jeszcze grę świateł w centralnym miejscu septa.
Nihil w towarzystwie Reinmara zbliży się wolno do króla oraz jego rodzeństwa. Po krótkim ukłonie, pierwsza odezwała się Nihil.
- Mój królu, Miłościwi Książęta...
Podniosła spokojnie, ciemne oczęta na ich twarze, nie chcąc uciekać spojrzeniem, gdyż w jej słowach nie było żadnej obłudy.
- W imieniu rodu Starków oraz Lordów Północy, ale przede wszystkim swoim, chciałabym wyrazić słowa współczucia i zdziwienia. Niestety, mój Pan Ojciec nie mógł być obecny, nie mniej swoim zwyczajem, w obliczu Starych Bogów, pożegnał Jej Wysokość.
Mogła swoje słowa ubrać w górnolotne i piękne wyrażenia, nie mniej Nihil chciała zachować naturalność. Także oszczędny w słowach Reinmar przekazał swoje kondolencje w krótkich, ale tak samo szczerych słowach.
- Miała piękne pożegnanie. Naprawdę... Naprawdę mi przykro, Wasza Wysokość.
Nie planowała dodawać cokolwiek, były to słowa, które padły spontanicznie. Być może niezrozumiałe dla Smoków, ale Nihil w duchu liczyła, że Aerys zrozumiał co chciała przekazać. Bo jeśli wierzyć niektórym słowom oraz podaniom, wiedział on wszystko. Reinmar podał jej ramię i oboje opuścili sept. W drodze do wyjścia starała się za wszelką cenę nie oceniać tego pod kątem wielkiego przedstawienia i zaplanowanych sekwencji. Naprawdę chciała zapamiętać pogrzeb jako zwykłe pożegnanie zmarłej.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
23
Join date :
03/11/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Kwi 20, 2014 11:29 pm

Naerys dość szybo uklękła, niemal równo z królem, jakby to były jakieś zawody. Nie musiała poświęcać swego czasu na przyglądanie się Wielkiemu Septonowi czy Najpobożniejszym. Znała ich bardzo dobrze, każdego z osobna. Nie skupiała swej uwagi na bogatych strojach kapłanów, przepięknej koronie z kryształu, czy niezwykłej lasce z czardrewna. Ulubienica Siedmiu oddała się modlitwie w całości, nie zaprzątała sobie głowy podziwianiem tego jakże pięknego przedstawienia. Uważała to za zbędne, Bogowie nie zwracają uwagi na splendor, bogactwa tego świata. Gdyby tak nie było, czy bogaci nie wiedliby dużo lepszego życia? Nie ważne, czy bogata, biedna, każda kobieta może umrzeć, podczas porodu. Nie ważne, czy bogaty, biedny, każdy mężczyzna może umrzeć od zabłąkanej strzały, podczas bitwy. Nie ważne jaki, każdy może umrzeć z powodu choroby. Na szczęście świat jest na tyle sprawiedliwy, by Bogów nie można było kupić ludzkimi pieniędzmi. Żadną monetą, czy to złotą, srebrną, z Siedmiu Królestw, Wolnych Miast, Wysp Letnich. Tylko naprawdę wierzący oraz oddani mogli liczyć na przychylność Bogów, chociaż i ci rzadko jej doświadczali. Lecz Naerys była inna. To ją Siedmiu namaściło i wyleczyło jej ciało, to jej dusza została uratowana, to ona została wybrana.
Przez całą ceremonię Smoczyca była jakby nieobecna. Jej ciało znajdowało się w Wielkim Sepcie Baelora, usta śpiewały pieśni ku chwale Bogów, ale umysł przebywał gdzieś daleko. Dusza była rozdarta, dobrze wiedziała, co musi uczynić, lecz niewielka część nie chciała tego. Gdy król ruszył do Komnaty Lamp, Naerys wciąż pozostawał na klęczkach. Nie czuła dyskomfortu z tego powodu, była do tego przyzwyczajona. Przez dłuższą chwilę pozostała tak. Dla ludzi wyglądało to zapewne, jak modlitwa. Po chwili Ulubienica Siedmiu podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę króla, wystarczająco długo kazała mu czekać.
Wysłuchiwała wszystkich kondolencji z nietypowym dla siebie kamiennym wyrazem twarzy. Każdemu odpowiadała uśmiechem, skinieniem, nie odezwała się ni razu. Nie zdziwiło jej bezczelne zachowanie młodszego brata, który postanowił opuścić Sept bez słowa wyjaśnienia. Szczerze powiedziawszy miała to gdzieś, tak czy inaczej dowie się o tym od jednego ze swoich ptaszków. Teraz jej myśli zaprzątały ważniejsze sprawy. Kiedy niekończący korowód żałobników wreszcie się skończył, Naerys pożegnała króla, po czym opuściła świątynię. Udała się, tym razem w lektyce, do Czerwonej Twierdzy. Znała już odpowiedź.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Kwi 24, 2014 10:10 am

Tylu ludzi, myśli Aerys Targaryen, spoglądając na przewijające się przez Komnatę Lamp korowody żałobników. Tyle wspomnień. Trudno uwierzyć, że wszyscy ci szlachetni, grubi, zapatrzeni w swoje majątki starcy żyją w najlepsze, podczas gdy Ravath...
Przestań, mówi sobie. Gorycz w niczym nie pomoże. Przeciwnie.
Król patrzy w szklane oczy przewijających się przez salę ludzi, widzi czerwone usta wygięte w sztuczne podkówki smutku, widzi wyszyte grubą nicią kłamstwa na twarzach, błyski w oczach zwiastujące niegodne zamiary, obserwuje wargi swej siostry Naerys, która w końcu zechciała dołączyć do swych braci w Komnacie Lamp i wnet myśli:
Krew. Jakby zabarwiała je krew.
Wielu sądzi, że epoka Aerysa Targaryena odchodzi. Inni myślą, że już odeszła. A on, siedemnasty władca smoczego rodu, powinien… nie - musi zniknąć razem z nią. Tak będzie prawidłowo, właściwie. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć o rezygnacji „dobry uczynek”. Na to Aerys ma zbyt niewiele odwagi i mimo wszystko za mało hipokryzji. Prędzej pomyślałby: „przezorność” lub „obywatelska powinność”. Albo „usankcjonowana okolicznościami egzekucja”, choć to określenie nie przypada mu do gustu. Jest za brutalne, kojarzy się z krwią i przemocą.
A przecież nie obejdzie się bez krwi. Z pewnością nie bez krwi.
Aerys obserwuje przybyszy z Doliny, Zachodu, Burzy, Dorzecza. Kiwa głową ze zrozumieniem, myślami błądząc już gdzieś indziej. Być może wielu, składając wyrazy mniej lub bardziej szczerych kondolencji myślało: tak, tak, on na pewno jest obłąkany, chociaż nie tak znów bardzo. Bo w złym zawsze kryje się myśl praktyczna: złodziej czy kłamca, czy nawet morderca ma swe prawidła mocniej zaszczepione, niż kiedykolwiek ma je cnota; czemuż więc obłęd nie miałby mieć ich również? Z hermetycznego świata wyrywa władcę głos jego brata - Maegor nachyla się nad nim ostrożnie i szepcze do ucha kilka słów, które budzą na twarzy króla dziwny grymas. Na pewno nie wściekłości… lecz także nie należący do tych, które można określić uśmiechem. Nim Aerys jest w stanie zaoponować, Namiestnik Królestwa już przebija się przez tłum żałobników, zmierzając ku wyjściu. Maegor - osobista klątwa swego starszego brata. Władca nie ma wątpliwości. To klątwa, klątwa, która ani na chwilę go nie opuściła, która po prostu zatoczyła krąg i znów przemieniła się w kolejne nieszczęście. Król patrzy za młodszym Targaryenem z tak złowrogo spokojną nienawiścią, iż dla wielu obecnych emocja ta jest niezrozumiała, co więcej - mylnie brana za pełen napięcia, lecz na pewno nie wściekły wzrok. Zniknięcie tego człowieka, tego wcielenia klęski, tego przekleństwa nie mogło pozostać bez reakcji - władca kiwa lekko głową w stronę jednego ze swych Gwardzistów. Biały Płaszcz bez wahania rusza ku bocznej nawie, lecz nie opuszcza Wielkiego Septu Baelora - zatrzymuje się przy pogrążonym w mroku ołtarzu Nieznajomego, wypowiadając kilka szybkich słów. Gdyby ktoś obserwował zajście, trwające nie dłużej niż kondolencje składane przez kolejnego żałobnika, mógłby ujrzeć cień szczupłego człowieka odrywający się od ściany i kierujący swe kroki w ślad za Maegorem Targaryenem. Dopiero przy wyjściu pod wpływem promieni słonecznych ulotna sylwetka przybiera kształt mężczyzny, którego twarz - tak pospolitą, iż nie sposób jej zapamiętać - wykrzywia lekki uśmiech. Zaledwie chwilę później Sept opuszcza także Naerys, co dla samego władcy jest wyraźnym znakiem, iż…
- Dziękuję wszystkim za przybycie na tą jakże... smutną uroczystość . - przemawia nagle Aerys, tocząc wzrokiem po zaledwie kilku żałobnikach, którzy nie zdążyli złożyć wyrazów smutku. Ton głosu jest całkowicie pozbawiony emocji, dźwięczny i wyraźny. Jak zdawkowe, lecz uprzejme zaproszenie kogoś, kto wychował się wśród ludzi niepozbawionych dobrych manier.
- Umarli mają dobrą pamięć. - dodaje ciszej, kiwając spokojnie głową i w asyście trzech Gwardzistów rusza ku wyjściu. - Bardzo dobrą pamięć…

/ zt dla wszystkich, którzy brali udział w ceremonii, lecz nie napisali do tej pory posta
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 9:57 am

Wielki Sept Baelora na dzień ceremonii ślubnej zmienił się nie do poznania - wielu Lordów oraz dam przybywających na uroczystość jak żywo miało w pamięci pogrzeb miłościwie panującej królowej Ravath. Wtedy świątynię wypełniał przytłaczający zapach kadzideł oraz chybotliwy blask świec, drgających przy każdym, nawet najmniejszym zawirowaniu powietrza. Czarne stroje, blade twarze oraz wzrok niepewnie przesuwający się po członkach królewskiej rodziny - trudno uwierzyć, że ponad dwa miesiące temu właśnie tak prezentowali się żałobnicy, w wielu przypadkach będący dzisiaj gośćmi weselnymi.  Od tamtego momentu minęło jednak wiele czasu i stolica Siedmiu Królestw zdołała wyrwać się z marazmu, jaki pochłonął ją wraz ze śmiercią królowej. Dzisiejszy dzień miał okazać się chwilą najistotniejszą w procesie powracania królewskiego dworu do dawnego życia - Czerwoną Twierdzę od samego świtu wypełniał gwar rozmów, wciąż przybywający goście witani byli przez oddelegowanych do tego heroldów, kuchnie wypełniał zapach przygotowywanych potraw, a muzyka rozbrzmiewała w każdej karczmie, w każdym szynku, w każdym, nawet najbardziej zapomnianym przez bogów burdelu Królewskiej Przystani. Sam Wielki Sept Baelora Błogosławionego nie ostał się przed gorączkowymi przygotowaniami do zaślubin. Stojące wewnątrz ławy, przygotowane na przybycie szlachetnych gości, już od świtu owijane były kaszmirowym materiałem, układanym przez wprawne ręce szwaczek tak, by przywodził na myśl miękkie fale wzbierające na tafli jeziora. Brzegi samych siedzisk po żmudnym procesie układania płótna przyozdobione zostały czerwonymi liliami, których barwa przywodziła na myśl wzbierającą w żyłach krew. Sam ołtarz małżeński, stojący pomiędzy ramionami świątyni przeznaczonymi Matce oraz Ojcu, obłożony został rubinowymi kwiatami, wypełniającymi powietrze słodkim zapachem. Prowadził doń długi, ciągnący się od samego wejścia do septu biały dywan, na którego brzegach złotą nicią wyszyto niewielkie smoki, zwrócone pyskami ku wnętrzu świątyni.  Świece, które rozbłysną godzinę przed rozpoczęciem ceremonii, wznosiły się dumnie przed posągami sześciu bogów - wszystkich, poza Nieznajomym. Ich blask będzie ofiarą dla bóstw i stanie się światłem prowadzącym parę młodą przez życie.
Schody przed Wielkim Septem oddzielone zostały od szerokiego placu sznurem Złotych Płaszczy. Wstęp do świątyni mieć będą jedynie wysoko urodzeni goście, jednak wokół posągu Baelora Błogosławionego oraz na dziedzińcu będą mogli gromadzić się mieszkańcy Królewskiej Przystani, którzy zechcą powitać małżonkę Namiestnika w stolicy.



    Wszystkich biorących udział w wydarzeniu gorąco zapraszam do rozpoczęcia uczestnictwa w obrządkach - nim rozpocznie się ceremonia, każdy z zaproszonych gości powinien dodać post o swej obecności w Sepcie, bowiem wraz z chwilą pojawienia się posta od Mistrza Gry prowadzącego Wielkiego Septona, nie będzie możliwości dołączenia do wątku (nastąpi to najpóźniej 30.05. w piątek o godzinie 15).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 2:54 pm

Wielki Sept Baelora... więc tak wyglądał od wewnątrz! Z racji tego, że Derek po raz pierwszy odwiedzał Królewską Przystań, jeszcze nigdy nie mógł podziwiać tej wspaniałej świątyni. Jego matka wpoiła mu wiarę w Siedmiu na tyle mocno, że gdyby pewnie znalazł się tu wcześniej, pierwszym miejscem, które by odwiedził, byłaby właśnie ta świątynia. Nie było w tym nic niepokojącego czy niemęskiego - po prostu aby spędzić bezpiecznie czas w stolicy, należało pomodlić się do Matki i Staruchy.
Młody Baratheon znalazł się tu wcześniej, niż powinien. Wciąż trwały ostatnie przygotowania, jego oczy nie mogły też uchwycić nikogo z herbem na piersi. To była doskonała okazja, by jeszcze popodziwiać sept. Przejść się i pomodlić do wszystkich bogów. Ślub, tak jak nakazywał obyczaj, miał odbyć się pomiędzy ołtarzami Matki i Ojca, tam więc nie było większego wstępu, ale za to z pozostałymi fragmentami nie było tego problemu. Derek najpierw udał się, by oddać pokłon Starej. Nie zapalał już kadzideł, by nie burzyć równowagi zapachowej i wyglądowej, tak teraz pilnowanej przez krzątających się septonów, septy i służbę z Czerwonej Twierdzy. Derek stanął przed figurą Staruchy, rozpoczynając modły:
Proszę cię o mądrość dla mnie podczas tych uroczystości oraz o spokój dla innych.
Tak w skrócie mogła brzmieć nie aż tak długa modlitwa młodziana. Zerknął kątem oka na przystrajane figury Matki i Ojca.
Matko, Ojcze, pomóżcie tej dziewczynie. Dajcie jej choć namiastkę bezpieczeństwa. Wiem, że właściwie była moim wrogiem, ale może nie zasłużyła na zły los. Matko, proszę cię też o opiekę nad naszą rodziną. Pobłogosław ich wszystkich.
Po tym zawahał się. Do kogo powinien teraz podejść? Nie chciał kusić losu i wybierać Nieznajomego czy Wojownika. Nie chciał brać teraz udziału w żadnej krwawej jatce ani umierać. Od razu skreślił więc te dwie opcje. Pozostali tylko Kowal oraz Dziewica... Ostatnimi czasy z Kowalem też nie miał za wiele wspólnego. Pozostała jedynie Dziewica. Dość nieśmiało podszedł do jej figury, spoglądając na nią spod półprzymkniętych powiek. Można ją było uznać za prawdziwy cud artystyczny. Delikatne rysy dziewczęcia, widoczny zarys kobiecych kształtów, prześliczna twarz - ktokolwiek tworzył to dzieło, zasługiwał na szacunek. Prawa ręka Dziewicy wyciągnięta była w kierunku osoby modlącej się, jakby mówiła "Chodź, dam ci to, czego potrzebujesz", lewa zaś wtapiała się delikatnie w kamienną suknię posągu. Uśmiechnięte lico ślicznej dziewczyny, jej długie włosy, spływające kaskadami na ramiona, wieniec z polnych kwiatów na głowie, to wszystko sprawiało, że wyczuwało się ufność do tej postaci, miało się wrażenie, że można powiedzieć jej wszystko.
Dziewico, daj mi możliwość spotkania się jeszcze raz z Sybille. To ktoś, na kim mi zależy i już to wiem. Chciałbym, by to właśnie ta kobieta została moją żoną. Proszę cię, daj mi taką możliwość...
Jego modlitwę przerwał odgłos kroków zbliżających się do tego miejsca. Derek odwrócił głowę, by zobaczyć, z kim będzie miał zaraz przyjemność rozmawiać. Gdy tylko ujrzał lady Rhaelle idącą w jego kierunku, momentalnie upadł na jedno kolano, oddając tym samym pewien hołd swojej ciotce.
- Wstań, Dereku - usłyszał, po czym wykonał polecenie.
- Witaj, lady. Cieszę się, że już przybyłaś z Końca Burzy - odparł, unosząc głowę, ale nie wzrok. Ten wbijał chwilowo w splecione dłonie pani Baratheon.
- Także się cieszę. Dawno już nie widziałam dzieci mego nieżyjącego już brata. Czas najwyższy - Jej głos był surowy, ale piękny. - Zasiądź ze mną w drugiej ławie, mój drogi. Goście już się zbierają.
Bratanek lorda uczynił tak, jak mu przykazano. Podał swoje ramię lady, by ta mogła się o nie oprzeć, a następnie zaprowadził oboje do drugiej ławy od prawej strony. Najpierw pomógł lady Rhaelle usiąść, po czym sam zajął miejsce. Rzeczywiście, goście już się zbierali. Czy naprawdę jego modlitwa trwała tak długo?
- Widziałam pannę młodą jedynie przez okno. Jest rzeczywiście tak piękna, jak mówią? - Głos lasy stał się teraz oschły, a ona sama spoglądała na posąg Matki, zamiast na swego rozmówcę.
- Jest prawdziwie piękna. Sądzę, że przygotowania do ślubu pozwolą jej to wyeksponować i wszyscy będziemy mogli być świadkami jej urody - odparł spokojnie Derek.
- Ach tak... - odrzekła lady, przerzucając spojrzenie na wchodzących gości. - Mam nadzieję, że nie wydarzyło się nic niespodziewanego w trakcie podróży.
Ton wypowiedzi nagle przestał być oziębły. Bratanek lorda wyczuł, że chyba chodzi o zmianę tematu z Martellówny. Wiedział, że jego ciotka przez ostatnie wydarzenia wyjątkowo za nimi nie przepadała.
- Nic, lady. Dotarliśmy bezpiecznie, twój syn zaś ruszył w swoją stronę.
Rhaelle przytaknęła w geście zrozumienia.
- O reszcie porozmawiamy na weselu, jeśli starczy czasu. Dawno nie opuszczałam Końca Burzy...
Derek wiedział, że na te słowa ciotki nie potrzeba już odpowiadać, więc po prostu wyprostował się i czekał na rozpoczęcie uroczystości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 4:53 pm

/pierwszy post w KL, po podróży z innych rejonów


Masz szczęście - taka myśl pojawiła się w jej głowie, gdy weszła z pierwszą grupką Dornijczyków do septu.
- Mam szczęście - potwierdziła szeptem, rzucając pierwsze spojrzenia bogatemu wnętrzu świątyni.
Oriane Sand przybyła do stolicy w chwili, gdy powoli zjeżdżali się weselnicy. Nie wiedziała o ślubie siostry, bo niby skąd? Szum i plotki szybko dotarły do jej uszu, a znalazłszy kąt do spania, zostało jej wytrwać w mieście, do przyjazdu delegacji z Dorne. Dopiero wtedy udało jej się zobaczyć z Ivory. Ale żeby to było takie proste. Wystarczy sobie wyobrazić taką scenę: przychodzi lekko rozczochrana, ładnie, acz niezbyt dostatnie ubrana kobieta i pyta o spotkanie z księżniczką. Nie spodziewała się cudów i cudów nie było. Odmówiono jej, mówiąc coś o łajzach. Gdyby Oriane przejmowała się takimi komentarzami, nie byłoby wesoło, ale ze stoickim spokojem, nie wytrącona z równowagi nie ustępowała. Jej wytrwałość została nagrodzona. Siostra usłyszała o problemach i zainterweniowała. Tak doszło do spotkania obu kobiet.
Za każdym razem, kiedy Sand spotykała rodzeństwo, przypominała sobie chwile, gdy jako dziecko przychodzące do matki, pracującej w kuchni, przypatrywała się ukradkiem latoroślom księcia Quentyna. Patrzyła na ich twarze, słuchała śmiechu i zastanawiała się, jakby to było, gdyby ona urodziła się w domu kogoś ważnego. Siadywała potem w kąciku kuchni i bawiła się drewnianym konikiem, marząc o wspaniałej, białej klaczy, takiej, jakimi opiekował się jej przybrany ojciec. Zazdrościła tym dzieciom. Nie musiały martwić się o brak środków do życia. Były piękne, zdrowe, miały tytuł i przepustkę na salony. A ona była nikim. Córką służącej i stajennego.
Kiedy dowiedziała się, że owe dzieci są jej przybranym rodzeństwem, poczuła się oszukana i zagubiona. Wolała być nikim, nawet jeśli miała w sobie część szlachectwa i książęcej krwi.
Opisując relacje rodzinne, trzeba wspomnieć, że było to połączenie dystansu i ostrożności. Dornijka obawiała się bliskich relacji, ale nie uciekła przed swoją krwią. Z czasem było lepiej. Po jej powrocie z Braavos, zbliżyła się do rodziny, a w szczególności do sióstr. Nieprzywykła do towarzystwa kobiet. Jej towarzyszami zawsze byli mężczyźni, którzy uczyli ją trzeźwego i pozbawionego uroków bajkowego świata, patrzenia na rzeczywistość.
Mimo podróży, zawsze spędzała wiele czasu w Sunspear. Nie uciekała od pałacu, nazwisko Sand także jej nie przeszkadzało. Dorne nie uważało ich za gorszych. Lordowie przyznawali się do dzieci, kobiety nie były skazane na samotność, przebywając w zamkach i przyjaźniąc się z bogatymi.
W chwili przybycia do King's Landing, nie wstydziła się pochodzenia. Z pewnością siebie domagała się swojego prawa widzenia i spełniło się.
Widok siostry uradował jej serce. Minęło wiele czasu, a i miejsce było inne. Jedno się tylko nie zmieniło: szczerość tego spotkania. Zaczęło się od serdecznego uścisku, a skończyło na długiej rozmowie. Oriane została włączona w poczet dornijskich gości, a księżniczka Ivory zadbała, by wyglądała tak, jak na pannę z najlepszego domu przystało.
Wchodząc do septu, oczom tych, którzy przybyli już na miejsce, ukazała się elegancka, młoda dama.
Nie przypominała samotniczki, przemierzającej Westeros w lekkiej, kobiecej zbroi i znoszonym, starym ubraniu. Włosy nie były splątane, lecz starannie wyczesane. Przód delikatnie podpięto, zaś reszta ciemnych kosmyków spływała na odsłonięte plecy. Oczy podkreślono czernią, co niesamowicie kontrastowało z jasnoniebieskimi tęczówkami, które odziedziczyła po swojej matce.
Jej szczupła sylwetka odziana była w delikatny, jasny materiał. Obszerny dół okalał pasek, wiązany na biodrach. Górną część stanowiły warstwy tego samego materiału, co spódnica, jednakże nie tworzyły całości. Zasłaniały piersi, zaś reszta była odsłonięta. Dornijskie kobiety nie wstydziły się pokazywać więcej ciała. Chociaż na rękach miała kilka blizn, te bardziej widoczne zasłaniała bransoleta, wijąca się wokół ramienia. Szramę na biodrze było widać tylko częściowo, spory kawałek ukryły paski materiału sukni. Tak prezentuje się prawdziwa Dornijka. A Oriane Sand jeszcze nigdy nie wyglądała tak dostojnie jak teraz. Nie, nie tak: Oriane Sand jeszcze nigdy nie miała okazji wyglądać tak dostojnie jak w tej chwili!
Sunąc z gracją po wspaniałym wnętrzu septu, przypatrywała się figurom. W Dorne czczono Siedmiu, ale Sand nie przywiązywała do tego wagi. Nie negowała obecności sił wyższych, ale nie modliła się do nikogo. W milczeniu przypatrywała się nielicznym, którzy skupiali się w modłach. Nie przeszkadzała im, mijając cicho. Zatrzymała się tam, gdzie było jej miejsce. Czekała, od czasu do czasu przyglądając się zbierającym się w środku gościom.



opisywana suknia
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 7:08 pm

Wczesnym świtem, gdy Królewska Przystań wciąż trwała pogrążona we śnie, słońce jeszcze nie wyjrzało zza horyzontu i jedynie piekarze niemrawo opuszczali domy, Maegor Targaryen siedział nieruchomo na brzegu swego łóżka, z głową smętnie opadającą na klatkę piersiową i jasnymi włosami uciekającymi we wszystkie strony świata. Plecy miał wygięte jak naprężony łuk, lewa noga drżała pod lepkim prześcieradłem, silne mięśnie ściskał supeł palącego skurczu. Namiestnik zagryzł wargi, by nie zakląć wściekle; oddychał chrapliwie przez nos, a twarz wykrzywiał mu straszliwy wysiłek, z jakim próbował zapanować nad bólem. W chwili, gdy wydawało się, że rozerwie mu nogę, ścięgna nagle się rozluźniły. Targaryen opadł na łóżko i położył się na wznak, dysząc ciężko.
Niech diabli te przeklęte sny.
Bolała go każda cząstka ciała, każda była słaba i drżała, mokra od zimnego potu. Zmarszczył w ciemności czoło. Pokój wypełniał dziwny dźwięk. Szeleszczący, syczący dźwięk. Powoli, ostrożnie, przekręcił się na bok, zsunął z łóżka, pokuśtykał do okna i wyjrzał na zewnątrz.
Miał wrażenie, że miasto w dole zniknęło. Opadła mleczna kurtyna, odgradzając go od świata.
Mgła.
Ciągnęła znad Czarnej Zatoki, niemrawo, jakby niechętnie - wciskała się do komnaty przez rozwarte na oścież okno, chłodząc przyjemnie lepką od potu skórę Maegora.
Mgła.
Zapomniał już, że coś podobnego istnieje. Na Smoczej Skale widok ten stanowił dla Targaryena codzienność, rzecz naturalną, nierozerwalnie związaną z Dragonstone. W Królewskiej Przystani przez ostatnie miesiące było zupełnie inaczej. Stolica podczas lata skutecznie tłumiła zarówno bryzę znad morza… jak i siwe smugi mgły, wznoszącej się nad wodą wczesnymi rankami. Namiestnik ujrzał w oddali przelotne światło, błysk morskiej latarni bądź statku, który oświetlał przed sobą toń, informując jednocześnie o swej obecności. Mury Czerwonej Twierdzy po jego lewej stronie majaczyły przez chwilę czernią w mroku, potem ciemność znów zamknęła wszystko w swoich ramionach. Maegor wysunął rękę za okno i poczuł na skórze ukłucia malutkich kropelek. Dziwne, choć doskonale znane wrażenie.
- Nadchodzi jesień.
Książę Skały drgnął niespokojnie, gdy zza pleców dobiegły doń słowa wypowiedziane doskonale znanym głosem. Silne palce zacisnęły się na mokrym parapecie, puszczając go dopiero w momencie, gdy Targaryen odwrócił się na pięcie ku drzwiom. W komnacie wciąż panowały piekielne ciemności, nie sposób było powiedzieć, skąd dobiegły słowa, choć logika kierowała wzrok na niemrawą smugę światła wpadającą przez uchylone skrzydło wejścia.
Wyobraźnia lubi płatać figle, zwłaszcza o tej godzinie. Zwłaszcza w taki dzień.
- Zachwycająca chwila. Świat zdaje się żyć na nowo. - Maegor poczuł, jak serce zamiera mu w piersi. Męski głos, głęboki, z intonacją człowieka, który widział wszystko. Nim Targaryen zdołał odpowiedzieć, wnętrze komnaty rozświetlił płomień zapalonej świecy.
Między mną a drzwiami. Nie sposób go ominąć, nawet gdybym potrafił latać.
Aerys trwał spokojnie na samym środku komnaty. Nieruchomy, z twarzą, na którą padał migotliwy płomień świecy, z oczami, w których ciężko było dostrzec jakiekolwiek emocje.
Nikt nie usłyszałby moich rozpaczliwych wołań o pomoc, nawet gdyby ktoś się nimi przejmował.
- Jak… - głos Maegora zamarł w gardle, odbijając się zachrypniętym echem od ścian. - Jak się tu dostałeś? - kolejna próba wyartykułowania pytania, tym razem zakończona powodzeniem, spotkała się jedynie z lekkim uśmiechem pobłażania na ustach króla.
- Mam swoje sposoby. - płomień świecy zadrgał nerwowo, gdy Aerys ruszył w stronę fotela i usiadł na nim ciężko. Kaganek spoczął na stoliku, rzucając blask na błyszczący, dębowy blat. Dłonie władcy spoczęły na oparciach siedziska, wystukując znany jedynie jemu, nierówny rytm.
- Mogłeś po prostu zapukać. - wystarczyło kilka kroków, by Maegor mógł pokonać odległość dzielącą go od łóżka i usiąść na nim, zwracając czujne spojrzenie w stronę brata.
- Pukanie nie oznacza, że się gdzieś wejdzie. - odparł spokojnie król, zamierając na moment w bezruchu. Młodszy Targaryen wysilał wzrok, by dostrzec cokolwiek w tej ciemności, ale widział jedynie niewyraźny szary zarys mebli i łukowate szare kształty pozostałych okien.. W chwili, gdy zaczął się zastanawiać, czy jego sen dobiegł końca, głos Aerysa znów przerwał ciszę.
- Bardzo się od siebie różnimy, my dwaj. Pod każdym względem. - brwi Maegora ściągnęły się nieznacznie, gdy uświadomił sobie, że siedzą bardzo blisko siebie i że brat delikatnie kładzie dłoń na jego ramieniu. Spoczywała tylko bez ruchu, ale Namiestnik doskonale wiedział, iż w wypadku króla bezczynność zwykle jest zapowiedzią kolejnego wybuchu. Aerys jednak wysunął jedynie w zamyśleniu wargi i podjął ponownie:
- Pokładasz więcej wiary w naszych wrogach niż we mnie, jak się wydaje. Nie dziwi mnie to. Sam cierpię na jej niedostatek. - dłoń władcy nie cofnęła się, wręcz przeciwnie, palce ścisnęły ramię jeszcze mocniej, tnąc ramię Maegora niczym imadło. Oczy króla się zwęziły, a w ich kącikach, na bladej i suchej jak pergamin skórze, pojawiły się zmarszczki furii.
Czyżbym go źle ocenił? Czy to możliwe, że byłby zdolny poderżnąć mi gardło?
Maegor niemal uśmiechnął się na tę myśl.
- Chcę jedynie udzielić Ci rady… bracie. Dzisiejszy dzień musi być odrobinę teatralny i odpowiednio dramatyczny. Trzeba mi to przyznać, potrafię zadbać o stronę wizualną. Nikt nie może wątpić w moje zaangażowanie, ani w szczerość Twych czynów. - usta Aerysa rozchyliły się w delikatnym, prawie dziecięcym uśmiechu. - A ślub… ślub to nie zabawa. Teraz musisz planować nie tylko swoje czyny, ale również czyny Dornijki, którą weźmiesz za żonę. - król poluźnił uścisk dłoni, zabierając ją po chwili z ramienia Maegora i podnosząc się powoli z siedziska. - „Tak oto kończy się pogoń, a lis tkwi w pułapce.” - Aerys ruszył w stronę drzwi dokładnie w chwili, w której po spokojnej tafli zatoki jęły pełznąć pierwsze promyki brzasku. Leciutka poświata pod podszewką strzelistych chmur i na krawędziach prastarych kamieni, mętny blask gdzieś nad wschodnim horyzontem, dziewicza szara promienność, wpadająca przez otwarte okno i zmuszająca Maegora do zgaszenia pozostawionej przez brata świecy.
Osiem godzin.

***

Zaledwie w dwie godziny później, gładko ogolony, ostrzyżony oraz, rzecz nader niespodziewana, ubrany w szaty jasno wskazujące na status oraz pochodzenie Maegor przekraczał próg sali jadalnej, w której męskim przedstawicielom rodów Targaryen oraz Martell zaserwowano śniadanie. Cicha muzyka i ciepłe światło wypełniało komnatę, gdy Namiestnik niechętnie wkraczał do jej wnętrza w towarzystwie dwóch Złotych Płaszczy.
- Na spokój umarłych... - mruknął Maegor, rozglądając się w koło z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Już zapomniał, jak dziwaczne musiały wydawać się przedślubne obrządki człowiekowi z zewnątrz, zwłaszcza nienawykłemu do przepychu, jednak nawet przyszły pan młody nie mógł ukryć zażenowania śniadaniem. Sala przypominała wielki hol z purpurowego sukna, wysoki na dziesięć kroków, obwieszony gobelinami i wyłożony myrijskimi dywanami. Meble pasowały bardziej do pałacu niźli bocznej komnaty jadalnej. Wypolerowane na wysoki połysk stoły uginały się pod ciężarem smakołyków, które piętrzyły się całymi stosami, a srebrna i złota zastawa migotała w blasku świec, nie pozwalając skupić uwagi na jakimkolwiek z zaserwowanych dań.
Książę Dorne siedział rozwalony na wielkim krześle z ciemnego drewna, wyściełanym czerwonym jedwabiem. W jednym ręku trzymał niedbale pusty kieliszek, podczas gdy druga postukiwała palcami w takt melodii granej przez kwartet doskonałych muzyków, którzy w odległym narożniku dmuchali w swe błyszczące instrumenty, trącali je i dotykali. Wokół Martella usadowiło się czterech przybocznych, nieskazitelnie ubranych i modnie znudzonych, zaś na drugim końcu stołu ekscesy Dornijczyka wytrwale znosił wuj Maegora, najmłodszy brat Jaehaerysa II.
- Należy ci się ogromne uznanie! - rzucił Namiestnik w stronę Edrica. - Dzielenie trudów życia obozowego z prostym żołnierzem to zawsze gwarancja zaskarbienia sobie jego szacunku... - nim Książę Dorne zdołał odeprzeć atak, przy Maegorze pojawił się wuj, klepiąc go w ramię i zachęcającym gestem wskazując stół z jadłem.
- Napij się. To jedyne rozsądna rzecz, jaką dzisiaj zrobisz. - Targaryen uśmiechnął się do swego bratanka, kiwając lekko głową. - Wszyscy się napijcie, to doskonały rocznik! Gdzie się podziała ta butelka, na Innych?! - wuj zniknął z oczu Maegora w momencie, w którym podjął trud poszukiwania wina za kotarą z niemałą pomocą służki. Namiestnik zbliżył się do stołu i nawet nie usiadł, nabijając na widelec jedynie wielki plaster wołowiny, który złożył starannie i wsunął do ust. Żołądek niechętnie przyjął porcję, gwałtownie oponując przed kolejną próbą skosztowania mięsa.
- Zostawcie miejsce na później. - fiołkowe spojrzenie Targaryena przesunęło się po siedzących za stołem gościach, nie odnajdując jednak Aerysa. Maegor zmarszczył lekko brwi i sięgnął po puchar z winem, przepłukując ciemnym, cierpkim trunkiem usta.
Cztery godziny.

***

- Być może narzeczona nie powinna widzieć jak wygląda mąż, zanim nie dojdzie do zaślubin. - rzucił obojętnie Książę Smoczej Skały, pozwalając, by jedna ze służek wygładziła czarny materiał szaty na jego karku. Ciemny jak nocne niebo wams był bez wątpienia jedną z najbardziej cennych szat, jaką Maegor kiedykolwiek postanowił założyć… i w normalnych warunkach owa oficjalność wprawiłaby go w szał, lecz dzisiejszej ceremonii nie sposób było określić mianem „normalnej”. - Albo wręcz przeciwnie. Ma pełne prawo do tego, by go poznać, posiąść tajemnicę, bardzo dobrą tajemnicę, która odpowiednio pielęgnowana może przynieść ukojenie w pożyciu. - Targaryen uniósł ręce, gdy krawcowa owinęła go w pasie rubinowym, szerokim pasem z miękkiego, lejącego materiału. Szukał usprawiedliwienia dla swego postępowania względem Dornijki, którą od momentu spotkania na dziedzińcu widział nie więcej niż trzy razy, przelotem, w pośpiechu i roztargnieniu.
Unikałem patrzenia na nią, jakbym się brzydził.
- Mężczyzna ma o tyle łatwiej, iż postrzega miłość jako umowę, traktat między dwoma królestwami, który można podpisać bądź odrzucić, wedle uznania. - z ust Maegora wyrwało się ciche stęknięcie, gdy ciemnoczerwony pas został mocniej zaciśnięty przez skupione służki, które po chwili przystąpiły do zawiązywania go z przodu. Długi materiał snuł się dwoma pasmami ponurą, rubinową plamą na tle czarnego wamsu, opadając aż do kolan.
"Tak oto kończy się pogoń, a lis tkwi w pułapce."
Dwie godziny.

***

Chłopak gada jak nakręcony, gestykuluje nerwowo, przytłoczony, zszokowany obecnością tylu gości, ich zapachem i ciężką, zimną, lepką mieszanką zmęczenia bijącą od ciała. Ma niezdrowy, zielonkawy kolor skóry, jakby zaraz zamierzał zwymiotować, a w oczach strach i niepewność, ale szczerzy zęby i mruga znacząco w głupiej, bezmyślnej próbie okazania dorosłości i odpowiedniej obojętności.
- Książę, lada moment będziemy mogli wejść, prawie wszyscy są obec…
- Dość już. - Targaryen spojrzał zimno na giermka, czując, jak promienie słońca przyjemnie ogrzewają jego skórę. - Dość planowania, skakania wokół mnie jak użądlony w zad źrebak i dbania, by wszystko się powiodło. - Maegor zbliżył się dumnym krokiem do wejścia Wielkiego Septu, roztaczając wokół siebie aurę skupienia i powagi.
Przetrwać, nic więcej.
Na stanowcze skinięcie głową, dwaj królewscy gwardziści otworzyli szerokie drzwi świątyni, wpuszczając do środka blady snop światła - a wraz z nim Maegora Targaryena, Księcia Smoczej Skały, Namiestnika Siedmiu Królestw… oraz pana młodego, przynajmniej w dniu dzisiejszym.
Drugi syn zmarłego Jaehaerysa II zacisnął usta w wąską kreskę, przekraczając próg Wielkiego Septu Baelora.
Nie ma odwrotu.
Śnieżnobiały dywan prowadził przez całą długość świątyni aż do ołtarza umiejscowionego między posągami Ojca oraz Matki - wyszyte na nim złote smoki rozmazywały się w oczach Maegora, gdy w końcu ruszył z miejsca, wkraczając w głąb skąpanego w świetle wpadającym przez szklaną kopułę septu. Fiołkowe spojrzenie, utkwione w celu wędrówki, nie przesuwało się po zebranych gościach, na dobrą sprawę z chłodną wyższością unikało jakiejkolwiek próby kontaktu z zebranymi - i o ile sam Namiestnik nie widział, kto przybył na ceremonię, o tyle jego obecność nie mogła pozostać niezauważona. Czarny płaszcz pana młodego spoczywał na szerokich ramionach, odznaczając się brutalnie od bieli dywanu, zaś trójgłowy smok widniejący na ciemnym materiale wyszyty został nicą o czerwonej barwie, przywodzącej na myśl nie tyle płomień, co krew. Identyczny kolor miała przetykana złotem, zawiązana z przodu i szeroka na łokieć tkanina, którą obwiązany w pasie został Maegor - dodatkową ozdobą okazał się umieszczony na niej, miedziany okrąg, w którym odciśnięto trójgłowego smoka, herb rodu Targaryen. Powierzchnia metalu lśniła ciepło, gdy Książę Dragonstone pokonywał kolejne jardy dzielące go od ołtarza. Ciemny jak nocne niebo wams oraz tego samego koloru spodnie ozdobione były na szwach złotą nicią, pozwalając, by szaty układały się na ciele Maegora z precyzyjnym dopasowaniem. Dokładnie przystrzyżone, jasne jak na Smoka przystało włosy odbijały promienie słońca, zaś bladych policzków wyjątkowo nie porastał zarost. Każdy, kto spojrzał na Namiestnika, nie mógł żadnych wątpliwości do to tego, iż jest potomkiem krwi Valryii - zimne, fiołkowe oczy lśniły własnym, na swój sposób niezdrowym blaskiem, gdy Targaryen ze zręcznością grzechotnika stawiał krok za krokiem, coraz bardziej zbliżając się do przyozdobionego czerwonymi kwiatami ołtarza. Na serdecznym palcu lewej Maegora zalśnił krwawo rubin, gdy Książę Smoczej Skały zatrzymał się przed trzema marmurowymi schodkami, prowadzącymi na podwyższenie. Wielki Septon już trwał na swej pozycji, przy każdym ruchu głową rzucając barwne refleksy na zebranych, wszystko to zaś przez strzelistą, kryształową koronę nasadzoną na czubek czerepu.
A zatem zaczynajmy, nim…
Targaryen nie był w stanie dokończyć tej niejasnej, dziwnie niepokojącej myśli. Jego wzrok zamarł na wejściu do septu, zaś oddech, przesycony głęboko wonią letniego południa i kwiatów zamarł w piersi, gdy tylko lekkie zamieszanie przy drzwiach skupiło spojrzenia wszystkich zebranych. Nikt nie miał wątpliwości co do tego, że w świątyni zjawiła się panna młoda.
Na całe szczęście.


Ostatnio zmieniony przez Maegor Targaryen dnia Czw Maj 29, 2014 8:03 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 7:17 pm

Otaczała ją ciemność. Nie miała w sobie jednak nic z chłodu. Nie, ta ciemność była łagodna i zapewniała spokój. Zapach lilii wodnych wdzierał się w nozdrza, a ona unosiła się nad ziemią. Tonęła w ciepłej otchłani sadzawek Wodnych Ogrodów, lecz nie brakowało jej powietrza. Słyszała matkę, która przemawiała do niej łagodnie. Z nicości wyłonił się księżyc, a wraz z nim gwiazdy. Pojawiało się ich coraz więcej i więcej, lśniąc nienaturalnym blaskiem. Jasna stała się noc i brakowało chmur.
Podążamy w stronę gwiazd, pamiętasz?
Przymrużyła oczy, oślepiona księżycową poświatą, a matka pociągnęła ją za rękę. Szły teraz chłodnym korytarzem. Promienie słońca wpadały przez wielkie okiennice, a drobinki kurzu lawirowały w ich blasku, widziała to wyraźnie. Skręciły nagle i weszły na wielki dziedziniec. W cieniach przytulonych do ścian, w które zanurzyły się niby w głębie wody, dotarły do głównych wrót pałacu i nagle znalazły się w komnatach najwyższej wieży. Nie przestawały iść, niemal sunąc nad posadzką, ledwie muskając ją bosymi stopami. Podążały niekończącym się labiryntem bogato urządzonych komnat, pełnych jedwabnych poduszek i myrijskich dywanów. W powietrzu unosiła mdła woń jaśminu, brutalnie wdzierając się w nozdrza. W Ivory uderzyła potężna fala znużenia. Nie chciała już iść, czuła się zmęczona, lecz matka uparcie ciągnęła ją za rękę, nucąc kołysankę. Minuty zmieniały się w godziny. Jak długo jeszcze?
Labirynt kończył się w pustej komnacie. Nie było tu okien, ani świec, lecz było jasno. Jasność była wręcz oślepiająca. Ivory zamrugała kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić doń oczy. Rozległ się śpiew. Cichy, zmęczony. Matka zniknęła, dostrzegła jedynie złotą klatkę stojącą na marmurowej kolumnie, a w niej drozda, którego podarował jej ojciec, spełniając jedną z zachcianek maleńkiej księżniczki. Co tu robisz, mój maleńki?, pomyślała Ivory, podchodząc do klatki, aby uchylić drzwiczki. Ptaszyna z trudem rozłożyła skrzydła, nie przestając śpiewać i maleńkimi nóżkami uczepiła się palca dziewczyny. Wypadły mu niemal wszystkie pióra, a ślepia pokrywała jakby mgła. Drozd umilkł nagle, tak jak przed laty, kurcząc się w sobie i opadając na dłonie księżniczki. Nie mógł żyć w niewoli, postąpiono wbrew naturze zamykając go w klatce i każąc mu śpiewać.
Na pustyni nie ma drozdów.
Jego ciało nagle rozpłynęło się, zatracając w nicości, a po kolejnym mrugnięciu oczyma, Ivory znalazła się na pustyni. Piach chrzęścił jej pod stopami. Był gorący, lecz nie sprawiał bólu bosym stopom. Nie dostrzegała Słonecznej Włóczni, ani nikogo innego. Stała tam sama wśród bezkresu pustyni, a niebo… Ciemniało z każdą chwilą, słońce zakrywały chmury tak ciężkie jak ołów. Wicher zawył triumfalnie, tak mocno, że cofnęła się o krok. Niebo roziskrzyło się tysiącem błyskawic, a ona wpatrywała się w nie nieulękła, choć światem wstrząsnął grzmot, jakby zesłany przez samych Bogów. Ivory znalazła się w samym oku burzy, samotna. W potwornym, przenikającym do głębi zimnie. Krople deszczu raniły skórę, wbijając się w nią niby maleńkie igły. Po każdej burzy wstaje Słońce, myślała, pełna niedowierzania. Burza minęło, lecz słońce już nie wstało. Krwawa łuna przeszyła niebo, a księżniczka sunęła pośród czerniejącego piachu. Mijała zwęglone szczątki bram i wspomnienia miast, jakby nagle znalazła się w krainie śmierci. Nad jej głową zaczął krążyć cień. Drapieżnie, szybko, budząc niepokój. Z początku niewyraźny, stopniowo przybierał coraz ostrzejsze kształty i większe rozmiary. Bestia o czarnych rozłożyła skrzydła, rycząc przeraźliwie i wzbijając się coraz wyżej, ku krwawemu niebu, aby już po chwili zanurkować gwałtownie, pędząc w jej stronę. Chciała uciekać. Szybko, jak najdalej, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Trwała więc w bezruchu, nie mogąc oderwać wzroku od fiołkowych ślepi, które rozbłysły gniewnie. Smok zaryczał ponownie, a z jego potężnego pyska wydobyły się płomienie, pędzące ku niej, już musnęły boleśnie jej skórę, gdy…
Są dwa rodzaje snów, Ivory. Te, które kończą się wraz z przebudzeniem, i te, które się wtedy zaczynają. Nieważne, czy zamkniesz oczy, czy je otworzysz. Twój sen będzie koszmarem. Brutalnym koszmarem, z którego nikt nie będzie w stanie Cię wybudzić.
Otworzyła oczy.
Przez okiennicę nieśmiało wpadało blade światło poranka. Słońce dopiero wschodziło, a gwiazdy nie zdążyły jeszcze zblednąć. Ivory leżała w miękkiej, ciepłej pościeli, a czoło zrosiły krople zimnego potu. Oddychała ciężko, głęboko. Niespokojnie. Nie było tam nikogo więcej, prócz niej samej i rozmazanych już obrazów z mar sennych, które męczyły księżniczkę przez ostatnie noce. Wciąż te same, cały czas w takiej sekwencji. Czuła się nimi zmęczona, nieopisanie wręcz wycieńczona. Odrzuciła więc pościel, nie mogąc, ani nie chcąc już zasnąć. Bose stopy dotknęły zimnej posadzki, po czym bezszelestnie stąpały w stronę balkonu, wychodzącego na Czarną Zatokę. Ivory otworzyła okiennicę, a w nozdrza brutalnie wdarła się morska bryza, skutecznie kradnąc jej z powiek resztki snu. Miasto było jeszcze pogrążone we śnie. Jedynym dźwiękiem dochodzącym uszu dornijskiej księżniczki był szum morskich fal, których białe grzbiety rozbijały się o skalisty brzeg. Martellówna wsparła łokcie o balustradę, a brodę oparła o dłonie, wpatrując się we wschodzące słońce i jaśniejące niebo.
Wstało. A może to jedynie złudzenie?
Nie wiedziała ile tam stała. Lekki wiatr podrywał nocną koszulę, odsłaniając tym samym jej łydki, lecz nie przejęła się tym zbytnio. Nikt nie mógł jej tu zobaczyć. Trwała w bezruchu i samotności, rozkoszując się otaczającą ją ciszą dopóki, dopóty nie zbudziło się miasto, upodobniając się do gniazda pszczół. Trwały gorączkowe przygotowania do hucznej ceremonii, która zacząć się miała już w samo południe, gromadząc wielu szlachetnych gości. Ich oczy miały się skupiać na niej. Pannie młodej. Głębokie westchnienie uniosło dziewczęcą pierś. Ileż razy wyobrażała sobie ten dzień? Z pewnością mniej niźli inne panny, lecz wielokrotnie. W żadnym z jej wyobrażeń nie miało miejsca to brudne miasto, które porównywano do piekła. Potrząsnęła głową, karcąc się w duchu – nie powinna tak myśleć.
Skrzypnięcie otwieranych drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Ivory odwróciła się na pięcie i ujrzała dwie służące niosące gorącą wodę na kąpiel.
-Księżniczko! – zaszczebiotała jedna z nich o wyjątkowo mdląco słodkim głosie. Przeszła do niewielkiej komnaty obok, która służyła za łaźnię. Razem ze swą towarzyszką zaczęły przygotowywać kąpiel, nieustannie coś między sobą szepcząc
Dornijka zamknęła okiennicę, nagle drżąc z zimna, choć temperatura na zewnątrz rosła bezustannie, po czym skierowała swe kroki do łaźni i – ku swemu wyjątkowemu niezadowoleniu – oddała się w ręce kobiet. Wolałaby mieć przy sobie Zarę oraz Amirę, które towarzyszyły jej już od kilku lat, przede wszystkim jednak w niewoli. Dornijki jednak pozostały w Końcu Burzy, gdzie obiecano jej, że zostaną odesłane do Słonecznej Włóczni. Czy tak się stało? Nie miała pojęcia. Pragnęła po nie posłać, lecz wciąż coś w Czerwonej Twierdzy stawało jej na przeszkodzie. Edric przysłał doń kilka inszych Dornijek,  jednakże często ją irytowały.
-To najpiękniejszy dzień Twego życia, pani, ja… - ciągnęła służąca, rozczesując gęste, lśniące pasma.
-Zamilcz wreszcie – rozkazała dziewczyna, tonem wyjątkowo znużonym, a jednocześnie nie znoszącym sprzeciwu. Do południa pozostało jeszcze kilka godzin, lecz już teraz miała ochotę skryć się w kącie tej łaźni i nikomu nie pokazywać na oczy. Nikt nigdy nie nazwał jej nieśmiałą, lecz miała wrażenie, że wszystko to… Zaczyna ją przytłaczać. Ostatnie dni mijały gdzieś obok niej. Przymiarki sukni, dobór biżuterii, ułożenia włosów… Wszystko pozbawione było znaczenia, lecz pomimo to uśmiechała się nieustannie, jakby faktycznie nadchodził najszczęśliwszy dzień w  jej życiu. Uzbroiła się w uśmiech, schroniła pod nim i odgrodziła od świata, choć w piersi tliła się irytacja zmieszana z gniewem. Na Edrica, Orysa Baratheona, Maegora Targaryena, Trystane, na tę jasnowłosą flądrę z Pogranicza i to brzydkie miasto… Na wszystkich i na każde z osobna. Do komnat weszły kolejne służące.
Znacznie mniej już irytujące.
Kręciły się wokół niej jak mrówki, mając nieustannie zajęte ręce. Jedna nacierała ciało Dornijki wonnymi olejkami, inna splatała kilkanaście czarnych kosmyków w ciasne warkoczyki, które potem upięła finezyjnie na czubku głowy, resztę włosów, sięgających niemal pasa, pozostawiła rozpuszczone, aby opadały swobodnie na plecy, tak jak czyniły to kobiety w Dorne. Ivory patrzyła jedynie w lustro, obserwując jak drobne dłonie kobiet ujmują drogą suknię z najdelikatniejszego myrijskiego jedwabiu i pomagają ubrać ją księżniczce. Wszystko to zajęło więcej czasu, niźli mogła się spodziewać. Południe było coraz bliżej, słońce zdawało się z niej kpić.
Do sypialni, która została przeznaczona Dornijce, wkroczyła inna, wywodząca się z jej rodu, lecz innej gałęzi. Ivory uściskała kuzynkę, nakazując służkom opuścić komnatę. Niewysłowioną ulgę sprawiła jej zwykła obecność krewniaczki, której usta wypowiadały kojące słowa, a dłonie mocowały książęcy diadem na finezyjnie upiętych włosach Ivory. Wspominały Wodne Ogrody i bezkres umiłowanych przez nie pustyń. Po raz pierwszy odkąd tutaj przybyła, a właściwie… odkąd opuściła Dorne, Ivory śmiała się radośnie z żartów kuzynki i czynionych przezeń aluzji. Spożyły razem śniadanie, tak jak nakazywała tradycja, a księżniczka myślała jedynie o swym najstarszym bracie, który najprawdopodobniej siedział u boku jej przyszłego męża. Zapiekła dłoń, którą uderzyła go w twarz tak mocno, ile tylko starczyło jej sił, lecz nie potrafiła opanować gniewu. Zarówno gniewu, jak i niewysłowionej ulgi, że go widzi.
Jak mogłeś pozwolić, aby tam został?
Nymeria nie lękała się mężczyzn, myślała wpatrując się we własne odbicie, nim wyszła naprzeciw przeznaczeniu. Nagle cały ten poranek ze swą nostalgią wydał się jej absurdalny, a na usta Ivory przywołała uśmiech, sięgający samych oczu. Jesteś Dornijką. Niezachwianą, nieugiętą i niezłomną. Żaden Targaryen tego nie zmieni. Na wątłe ramię wsunęła złotą bransoletę, która imitowała oplatającego rękę węża o szmaragdach zamiast oczu.
Słońce zawisło już prawie w najwyższym punkcie nad horyzontem, przepełniając Ivory poczuciem nieodwracalności i nieuchronności. Wraz z jednym z Białych Płaszczy, swą kuzynką oraz kilkoma inszymi gwardzistami przemierzyła korytarze Czerwonej Twierdzy, aby zejść po schodach i trafić na dziedziniec. Mogłaby przysiąc, że słyszała śpiew drozda. Rozejrzała się niespokojnie, lecz nie dostrzegła ptaszyny, a jedynie krzątających się wokół niej ludzi, na podobieństwo mrówek . Ktoś ujął jej dłoń i pomógł wsiąść do lektyki, którą miała przybyć do wrót Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego.
Podróż trwała krótko. Mniej niż mrugnięcie okiem, Ivory nie była nawet w stanie sobie przypomnieć jak ta podróż przebiegała. Wokół niej huczało miasto podniecone nadchodzącymi atrakcjami, które niebawem miały się rozpocząć. Turnieje, występy komediantów, uczta na łąkach ścielących Wzgórze Rhaenys, tak wielu minstreli przybyło do miasta, upatrując okazji do zarobku i już słyszała ich pieśni, lecz nie rozumiała słów. Krew szumiała jej w uszach, krążyła w żyłach coraz szybciej i szybciej, a Ivory oddychała ledwie i z trudem. Kością w gardle stawało powietrze.
Lektyka zatrzymała się w miejscu, a Dornijka zapragnęła, aby to samo uczynił czas. Pod septem zgromadziły się tłumy mieszkańców Królewskiej Przystani, a wszystkie pary oczu były skupione na niej, gdy królewski gwardzista pomógł jej wydostać się z lektyki i stopy w skórzanych sandałach, przyozdobionych klejnotem, dotknęły ziemi. Nie trwonili już czasu. Ivory kroczyła dumnie po schodach, a strażnicy otworzyli przed nią wrota.
Mdła woń uderzyła w jej nozdrza, sprawiając, że lekko zakręciło się jej w głowie, lecz nie mogła sobie teraz pozwolić na chwilę słabości. Już nigdy nie miała tego uczynić, oto bowiem przekroczyła próg Wielkiego Septu i nie było odwrotu. Spojrzenia wszystkich zwróciły się na nią. Niewysoką Dornijkę o śniadej skórze oraz sylwetce smukłej, lecz kobieco zaokrąglonej, którą teraz podkreślała biała suknia z jedwabiu z głębokim dość dekoltem. Jej górę przyozdabiały złote łańcuszki, splatające się w finezyjne ornamenty; na piersi tworzyły słońce, po czym biegły ku ramionom, gdzie kończył się materiał i półkolami opadały na nagie plecy. Teraz jednak osłaniał je rodowy płaszcz panny, który miała na sobie Myriah Martell podczas swych zaślubin z Daeronem II. Był wykonany z aksamitu, barwy dojrzewających pomarańczy, a obszyto go czerwoną lamówką; na plecach wyhaftowano żółte słońce przebite włócznią, a wokół wyszyto złotymi nićmi finezyjne ornamenty. Blasku pannie młodej dodawała rodowa biżuteria: kolia imitująca promienie słońca z cytrynów i rubinów; oraz liczne złote bransolety na nadgarstkach. Najjaśniejszy jednak blask bił z czarnych oczu, których kształt migdałów podkreślono węgielkiem.
Księżniczka nieśpiesznym krokiem podeszła do czekającego nań Edrica Martella, swego najstarszego brata, który miał ją poprowadzić ku ślubnemu kobiercowi pomiędzy ołtarzami Matki i Ojca. Przystanęła obok i podała mu drobną dłoń, przez jedynie ułamek sekundy spoglądając prosto w jego oczy, po czym przeniosła spojrzenie na czekającego… narzeczonego, a za kilka już chwil męża. Jak dziwnie to brzmiało, nawet w jej własnej głowie! Dziwnie, a zarazem niepokojąco, że oto, niemal dobrowolnie, oddaje się w niewolę, jaśniejąc uśmiechem i radością, obcemu mężczyźnie, który nawet powierzchownie zdawał się być kompletnym jej przeciwieństwem.
-Bracie... – szepnęła cicho, ściskając swą dłonią lekko jego.
Małżeństwo jest instytucją, a nie spełnieniem marzeń, wiesz to doskonale. Zawsze o tym wiedziałaś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 9:00 pm

Świt nastaje różowy, w euforii śpiewających ptaków, wciąż jeszcze świeży w tej krótkiej chwili bladego poranka, podobny beztroskiej młodej dziewczynie strojącej się w tandetne przecież koronki i kokardki chmurek i brzasków, przez ten moment jeszcze pełnej naturalnego wdzięku, który zaraz zgasi skwar, tak jak w zwykłym życiu kobiety gasi ciężka praca i macierzyństwo. To już, już, myśli Martell, wygładzając dłońmi zwiewne szaty barwy pomarańczy, złożone z luźnej, dornijskiej koszuli oraz narzuconego nań wamsu, wykrojonego z przodu aż do klatki piersiowej. Za chwilę ten niepokojący demon, ten bandyta o stalowym sercu, tak nieporuszony, kamienny potwór, odejdzie z mojego życia na zawsze, przenosząc się bezpowrotnie w sferę wspomnień, prochu, pyłu i zapomnienia. Oddałem własną siostrę. Oddałem mu własną siostrę.
Trudno w to uwierzyć. Trudno pojąć, że niedługo, dziś jeszcze, dawna Ivory umrze, pozostawiając swemu najstarszemu bratu jedynie wspomnienia spotkań i rozmów. Od teraz jej życie przesiąknięte będzie dziwaczną, niezrozumiałą obecnością Maegora, jego jakże stonowanym szaleństwem.
Jak żyję nie spotkałem takiego człowieka. Jak długo żyję.
Poranek wdziera się do komnaty Księcia Dorne wąskim różowawym strumieniem światła. Edric siedzi jak zwykle na krześle, tylko tym razem głowę ma nisko pochyloną, ręce splecione na karku. To jedyny wyraz emocji, na który sobie pozwala. Na odgłos kroków służby unosi twarz, chłodną, kamienną, kryjącą najszczerszą rozpacz. Oczy ma za to rozszerzone, pociemniałe nieco, przejrzyste, jakby strumień dotarł wreszcie do głębokiego górskiego jeziora. Zeszłego wieczoru zastanawiał się nad tym. Pijąc samotnie w komnacie, upijając się coraz ciężej, z coraz większą goryczą, naprawdę przez chwilę sądził, że może jeszcze odwołać to wszystko, uratować Ivory, nie pozwolić, by do końca życia go nienawidziła. Chęć walki mieszała się jednak z rozpaczą - rozpaczą nad siostrą, którą musiał pogrzebać w swym życiu, w pijackim zadufaniu mając jeszcze nadzieję na wskrzeszenie jej miłości, na przekazanie księżniczki komuś innemu, choćby rodowitemu Dornijczykowi, zadbanie o przedłużenie więzów krwi, czystej, niezmąconej domieszkami krwi Smoka. Całą noc walczył z nieznośną determinacją, rosnącą niczym guz lub narośl, z całą pewnością zaś jak coś chorobliwego, zatruwającego umysł, mącącego jednak prawidłowy ogląd rzeczy. Coś, co przecież znikło, wypaliło się w świetle dnia, owego poranka, gdy podpisał treść pokoju i oddał rękę Ivory Maegorowi…
Zmierzając jednak do Wielkiego Septu Baelora, zapomniał o nocnym kryzysie, zbyt zajęty ciężarem obowiązków, które wziął na swe barki. Uczta na Wzgórzu Rhaenys, przygotowania do wesela, turnieje i festyny - Królewska Przystań wyglądała jak w dniu świątecznym. Mieszkańcy miasta oraz wieśniacy, wystrojeni jak na najprzedniejsze uroczystości, w proste, tanie, na pierwszy rzut oka znamionujące prowincjuszy, lecz w ich mniemaniu jakże szykowne odzienie, zbierali się wokół świątyni, jakby to był kram wędrownego golibrody. Ich ogorzałe, tchnące zwykle spokojną apatią twarze są teraz pełne dumy. Kurtyzany, zaciekawione i podniecone, gromadzą się na uboczu, lecz także ciekawie wyciągają szyje w oczekiwaniu na widowisko. Bo to widowisko właśnie, ten ślub, uczta, wesele wreszcie, wydarzenie, w którym uczestniczą ważne i niebagatelne postaci, jak sam król Aerys Targaryen, lordowie oraz damy z każdej części królestwa i rycerze, ale również członkowie Gwardii Królewskiej oraz Złotych Płaszczy, przechadzających się wokół z minami wyrażającymi surową godność urzędu, a nawet mieszkańcy z Wysp Letnich, o skórze ciemnej niczym heban, odzieniach kolorowych i krzykliwych, przyozdabianych piórami oraz cennymi kruszcami, przybyli z daleka, żeby na własne oczy ujrzeć triumf i chwałę swej kuzynki z Dorne. Szykował się spektakl pełen napięcia i grozy, a miasto, Królewska Przystań, wyraźnie okazało się godne, aby tu go odprawiać.
Przyjdą wszyscy. Oczywiście, że przyjdą. Muszą się przekonać, zobaczyć na własne oczy, myśli spokojnie Martell, jeszcze zanim rozpoznaje w tłumie małżonkę Lorda Baratheona i jednego z jego bratanków. Książę Dorne przymyka oczy i odruchowo rozluźnia kołnierzyk luźnej, jasnej koszuli, na którym wyszyto złotą nicią dwa słońca przebite włócznią.
Dlaczego jeszcze jej nie ma?
Zdenerwowany obraca na palcu pierścień, wpatrując się we wzbierający przed Wielkim Septem tłum.
Czemu to tak długo trwa, na Innych?
Nie musi się martwić o dobre miejsce w samej świątyni, pierwszy rząd przeznaczony został dla rodziny pary młodej. Mieszkańcy i przyjezdni rozstępują się przed nim z szacunkiem, kłaniają, uśmiechają.
Oto jaka ze mnie świetna persona, myśli z cieniem goryczy. Bogowie, czemu to tak długo trwa?
Wstępując na schody Septu, usłyszał zduszony okrzyk „Książę!” i odwrócił głowę w momencie, gdy przed świątynią zatrzymała się jasna lektyka, z której po chwili Biały Płaszcz pomógł wysiąść Ivory. Policzek, w który cios wymierzyła Dornijka, zapiekł Martella nieprzyjemnie, boleśnie przypominając o sprzeczce, którą odbyli nie dalej jak przed tygodniem. Edric mógłby wciąż się na nią gniewać, mógłby obdarowywać nienawistnym spojrzeniem i jedynie z łaski odprowadzić przed ołtarz - nie potrafił jednak tego uczynić. Nie potrafił zwłaszcza w chwili, gdy ujrzał swą siostrę, piękną, wyniosłą, dumną i jaśniejącą tak, jak na Słońce Dorne przystało. Towarzyszący mu od ostatniego spotkania cień wściekłości i żalu, ćmiący niczym zepsuty ząb, minął bezpowrotnie. Widok Ivory wspinającej się ku niemu po schodach Wielkiego Septu ukoił jakąkolwiek potrzebę dalszej wojny między rodzeństwem. Nawet teraz jakaś szalona cząstka jego umysłu dopuszczała jednak, kusiła myślą, że przecież nie jest jeszcze zupełnie za późno, że być może w jakichś dalszych okolicznościach, nie teraz, nie zaraz po weselu, ale później, gdy euforia ceremonii już się złuszczy niczym strup na ranie, on, Edric Martell, mógłby przecież zabrać swą siostrę do Słonecznej Włóczni, by godnie pożegnała swych poddanych, by mogła odpocząć po wszystkim co przeszła w domu.
Ale nie czas myśleć o przyszłości. Teraz trzeba zamknąć, na zawsze zatrzasnąć przeszłość, jak trumnę lub sarkofag. Książę Dorne ujął dłoń swej siostry, odwzajemniając spojrzenie ciemnych oczu Ivory.
Pewnego dnia mi wybaczysz.
Martell przekroczył próg septu, nawet nie odczuwając woni kwiatów unoszącej się w powietrzu. Dotąd skutecznie tłumione emocje w końcu doszły do głosu, w jednej chwili uderzając w Edrica echem tysięcznych owadów lata, jakby wszystkie, porzuciwszy wprzód omdlałe, krwawiące słodyczą wistarie i gardenie, wniknęły w niego i teraz szukały wyjścia, obijając się bezmyślnie pod czaszką. Każdy kolejny krok nieuchronnie przybliżał Ivory do Maegora, coraz bardziej i bardziej, teraz nie mogło być mowy o zmianie planów, o ucieczce, o odwołaniu ceremonii…
Czas, myśli nagle Martell, zaciskając palce na dłoni siostry. Tego mi teraz potrzeba. To jedyny lek, jedyna szansa na ukojenie.
Nigdy nie będzie mu jednak dane dowiedzieć się, jak wyglądałoby życie Ivory u boku innego mężczyzny - nigdy nie dowie się prawdy. Bo przecież gdyby Edric wbrew rozumowi, wbrew prawom boskim, przeciw naturze, jakąś mocą diabelską czy niebiańską, wszystko jedno, gdyby miał jakąkolwiek alternatywę, nie wahałby się ani chwili. Alternatywy jednak został pozbawiony już dawno temu, zaś teraz pozostawiała jedynie nadzieja na cud, na interwencję nadprzyrodzoną, na istnienie bodajże zaświatów, miejsca, gdzie zbierają się dusze zmarłych oczekujących na swych krewnych i przyjaciół, miejsca pełnego spokoju i miłości, zamiast nicości, przerażającej, czarnej nicości, w którą Martell oddaje swą siostrę.
- Matka… - podjął cicho Edric w chwili, gdy zatrzymali się przed ołtarzem, zaś sam Książę Dorne pochylił się w stronę Ivory, by ostrożnie odpiąć klamrę spinającą panieński płaszcz. Ciemne włosy Dornijczyka musnęły policzek siostry, gdy lekkim ruchem ściągał z jej ramion materiał. - Matka byłaby z Ciebie dumna, nieważne, jak wiele łez musiałaby uronić. - szepnął, zaciskając w palcach płaszcz z wyszytym nań słońcem przebitym włócznią. Krótka chwila wahania pomiędzy przekazaniem Maegorowi dłoni Ivory a odejściem od ołtarza dobiegła końca w chwili, gdy Martell wypuścił cicho powietrze z płuc i włożył drobne palce swej siostry w silny uścisk Targaryena.
Stało się.
Przemknęło mu przez głowę, gdy ruszył w stronę pierwszego rzędu ław, zasiadając po lewej stronie naw, w towarzystwie swego kuzynostwa.
Od dziś aż do śmierci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 9:24 pm

/dziedziniec + komnaty (teoretycznie)

Przygotowania zawsze praktycznych Starków nie trwały długo, sama Nadira szybko była gotowa. Najpierw błyskawiczna kąpiel, potem przywdzianie kreacji w barwach rodu, a na końcu fryzura. Włosy zostawiła rozpuszczone, ale wpięto w nie szpilki przyozdobione białymi kryształkami, które błyszczały w świetle słonecznym. Obyło się bez przepychu. Wygrała skromność i wygoda, chociaż nie można było odmówić jej elegancji.
Kiedy wszyscy byli gotowi, cała delegacja udała się do Wielkiego Septu Baelora.
Jak czcicielka Starych Bogów, nie czuła w tym miejscu podniosłej atmosfery. Według niej wiara nie potrzebowała budowli, ale co kraj, to obyczaj. Nie przeszkadzało jej, tak dla jasności, bo szanowała przekonania innych tak, jak oni szanowali jej religię.
Uwagę Wilczycy przykuwał barwny orszak składający się z gości panny młodej. Dornijczyków już widziała, ale egzotyczni krewni jej matki byli dziewczynie zupełnie nieznani.
Po niedługim oczekiwaniu jej oczom ukazał się najpierw Maegor Targaryen, a potem Ivory Martell. Była piękniejsza, niż mówiono, a wspaniała suknia i klejnoty tylko podkreślały jej niezwykłą urodę.
Jej brat, książę Edric poprowadził ją ku narzeczonemu. Wydawało się, że wszyscy wstrzymali oddech. Zrobiło się cicho i każdy bez wyjątku skupiony był teraz na uroczystości zaślubin. Nadira zastanawiała się, co czuje księżniczka i czy pokrywało się to chociaż trochę z tym, co sama czuła na swoim weselu. Pewnie nigdy się tego nie dowie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 9:43 pm

- Znowu tutaj - wymruczał cicho Mallister przekraczając próg Wielkiego Septu Baelora. Pierwszy raz przyszedł z ciekawości, niewiele przed koronacją Aerysa II. Wtedy sept zrobił na nim porażające wrażenie praktycznie każdą kolumną, detalem na zdobieniach, czy witrażami. Wstyd o tym mówić, ale w Seagardzie nikt nigdy takich cudów nie widział i nie zapowiadało się, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić. Mallister krążył po tym monumentalnym budynku przez ładnych parę godzin zaglądając w każdy kąt i rozwijając w sobie olbrzymi kompleks niższości. Drugi raz z okazji pogrzebu Ravath Targaryen. Wtedy nie miał głowy, żeby oglądać sept. Było mu żal pięknej królowej i główkował nad tym co mogło ją popchnąć do tak nierozważnego czynu. To przecież nie jest tak, że ktokolwiek mógł ją skrzywdzić. A przecież miała wszystko. Potomkini największego rodu Siedmiu Królestw, królowa tychże, urodzona w największym mieście i najważniejszym zamku. Jeśli  najważniejsze to dobrze dobrać sobie rodziców to dokonała wyboru prawdziwie mistrzowskiego. A mimo to targnęła się na swoje życie. Ci prawdziwie potężni nie potrafią chyba docenić tego co mają. Teraz nadeszła pora na kolejną wizytę. Targaryanowie naprawdę lubili spraszać połowę Siedmiu Królestw na swoje uroczystości rodzinne. Czy to pogrzeb, czy ślub ważne, żeby hordy poddanych galopowały z Dorne i Północy cieszyć się naszym szczęściem. I bez względu na to, że akurat nie masz ochoty, bo znalazłeś sobie kochankę z plebsu, musisz siodłać konie i ruszać w drogę.
Mallister zostawił swój nieliczny orszak w gospodzie "Pod Filarami" i ruszył w stronę septu z młodym lordem Graveshamem, który był wasalem jego ojca i zbliżał się do czternastego dnia imienia. Kubuś. Jak łatwo się domyślić nie było to wymarzone towarzystwo i Trevet mocno wyciągał nogi, żeby jak najkrócej cieszyć się towarzystwem młodzieńca. Puchatek Kubuś. Im bliżej septu tym ciężej było iść. Zbity tłum zwykłych mieszkańców, okolicznych chłopów, zbrojnych strzegących reprezentantów rodów, dziwek i kieszonkowców na łowach blokował drogę i zmuszał do uwagi. Wszyscy tu byli podekscytowani, spoceni i radośni, a przez to niezbyt ostrożni. Mallister z pewnością nie wyglądałby dumnie gdyby po drodze został oblany piwem przez jakiegoś nieostrożnego wesołka. Przedarcie się do otoczonej kordonem złotych płaszczy części placu zajęło im więc trochę czasu i niewiele brakowało by się spóźnili. Na placu musieli się rozejść. Gravesham ruszył w stronę tylnich ławek, a Mallister zajął miejsce w połowie sali jako przedstawiciel pomniejszego, ale mającego o sobie bardzo wysokie mniemanie rodu. Świątynia była wypełniona już w dużej części, a seagardczyk był przekonany, że jeszcze nie wszyscy dotarli. Kolejna doskonała okazja, żeby pokazać się na dworze, zaimponować suknią czy figurą. Mało kto darowałby sobie taką okazję. Kolejni spóźnieni wślizgnęli się na swoje miejsca, ale nikt nie zwracał już na nich uwagi. Wszyscy koncentrowali się na królach dzisiejszego wieczoru, na księciu Smoczej Skały i księżniczce dalekiej Słonecznej Włóczni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
40
Join date :
17/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 10:02 pm

Dyskretnie przyglądała się Dornijczykom, z którymi rodzina królewska spożywała i wieczerze, i śniadanie w myśl tradycji, wyraźnie zaintrygowana tym egzotycznym powiewem, który przywieźli wraz ze sobą. Należało jednakże wybaczyć młodej księżniczce jej ciekawość wszystkim, co było inne oraz dobrze jej znane, gdyż ta była poniekąd odzwierciedleniem tęsknoty za swobodą, której brakuje żyjąc na dworze. Dlatego też z przyjemnością słuchała opowieści o Słonecznej Włóczni oraz wodnych ogrodach, starając sobie ich obraz stworzyć w myślach i wydawałoby się, iż Daella była przy tym stole jedyną personą, która zupełnie ignorowała wszechobecne napięcie. W pewnym sensie wciąż była dzieckiem, w którym wciąż tlił jeszcze niezdeptany płomyk nadziei.

Czytała o wielu królewskich i książęcych weselach. Przez kilkadziesiąt stronic w obszernych tomiskach ciągnął się opis szczegółowy i ceremonii, i późniejszych uczt. Kiedy powóz przeciskał się przez wyjątkowo zatłoczone ulice, Daella w zamyśleniu obserwowała to,  co działo się na zewnątrz w zaułkach stolicy. Miasto szykowało się do świętowania, najwyraźniej zamierzało rozliczyć Maegora ze składanych mu obietnic. Kiedy w końcu zajechali pod Wieli Sept Baelora, wtopili się w tłum szlachetnych dam oraz dzielnych lordów. Wydawało się księżniczce, iż dostrzegła gdzieś w tłumie herb Starków. Oni musieli wiedzieć mur na własne oczy. Jeden z gwardzistów pomógł smoczycy wyjść, kierując jej kroki bezpośrednio do środka budowli. I choć przygotowania wciąż trwały, leniwie zbliżając się do końca, w sepcie, przy otłarzu, zastała już sporą liczbę zaproszonych gości.

Młoda smoczyca nie mogła nie odziać się w czerwień, choć jej odcień był o wiele bledszy niż barwa krwi bądź ognia. Prosty krój sukni, pozbawionej ramiączek oraz odsłaniającej plecy, dopasywany był do smukłej, rozkwitającej Daelli. U dołu materiał rozcinał się, odsłaniając drugą, pastelową warstwę, której wstawki widoczne były także w wieńczeniach u góry. Suknie skromnie zdobiły dwa pasy wyszywane złotą nicią oraz jeden, grubszy, wykuty z prawdziwego złota, znajdujący się na wysokości bioder, przedstawiający wygrawerowane smoki, co tylko podkreślało wciąż jeszcze delikatne, ale obiecujące, kobiecie wdzięki. Śliwkowy szal, dopięty do sukni, przysłaniał ramiona księżniczki a także spływał w dół, chroniąc ją przed ewentualnym chłodem. Zrezygnowała z biżuterii, nie licząc rodowego pierścienia, który zawsze znajdował się na jej serdecznym palcu. Jasne pukle zaczesano do tyłu u góry zebrano w warkocz, z kolei u dołu swobodnie rozpuszczono, przez co fale zakręciły się w jeszcze mocniejsze loki. Odsłoniły tym samym łabędzią szyje, a także fiołkowe, ciepłe oczy Daelli. Czuła na sobie spojrzenia, lustrujące zerknięcia czy tylko przelotną ciekawość, kiedy pokonywała odległość dzielącą ją od ław. Najmłodsza z dzieci Targaryenów. Najbardziej chorowita i krucha. Od niedawna na dworze. Nie wyglądała jednak na kogoś, kto byłby obłożnie chory, choć może brakowało jej kolorów czy zdrowych rumieńców. Nie pozwalała maestrowi wmawiać sobie kolejnej choroby, jak to miał w zwyczaju czynić przez pierwsze dziesięć lat jej życia.

Daella dołączyła do swoich sióstr, kuzynostwa i wujostwa. Czas oczekiwania na państwa młodych poświęciła studiowaniu wystroju septu, od czasu do czasu podnosząc spojrzenie na przechodzących nieopodal kolejnych lordów. Aż trudno uwierzyć, że w tak ciepło ubranych murach można było jeszcze nie tak dawno żegnać Ravath. Zmusiła się od razu, aby zdusić w sobie myśli, które przypominały o bądź co bądź bolesnych wydarzeniach ostatnich czasów. Dziś był dzień radości, wyjątkowy dla jej starszego brata i zamierzała wraz z nim świętować. Skoro o wilku, a właściwie smoku mowa... Widok Maegora mógł zapierać dech w piersiach. Kąciki ust księżniczki drgnęły, kiedy ich oczy na chwilę się spotkały. Po chwili cierpliwości, w drzwiach pojawiła się również dornijska księżniczka, prowadzona przez księcia Martella. Zjawiskowa i egzotyczna. Przyglądała się jak ta zbliża się do już czekającego Namiestnika, jak biały materiał sunie po posadce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
93
Join date :
18/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 10:08 pm

Powietrze unoszące się w Sepcie ciężko opadało w płucach zebranych, nosząc ze sobą gęstniejącą atmosferę oczekiwania i zniecierpliwienia. Szept rodził szept, damy nachylały się do uszu swych lubych, spojrzenia obcych spotykały się ze sobą. Poprzez tłum znajdujący się w świątyni przemieszczał się cichy szmer, spowodowany jednym, z założenia prostym wydarzeniem - zaślubinami Maegora Targaryena oraz Ivory Martell. Prawdopodobnie zainteresowanie wysoko urodzonych ludzi nie kończyło się tylko na fakcie, że Namiestnik Królestwa żenił się. Ich ciekawość sięgała o wiele dalej, aż do urody księżniczki Dorne. Nikt tego nie przyznawał, a praktycznie każdy uczestnik ceremonii pragnął zobaczyć pannę Martell na własne oczy, potwierdzić plotki własnym zmysłem wzroku. Wśród tego tłumu, spełniająca wszystkie te opisy, znajdowała się sama Ophelia Tully, pustym wzrokiem wpatrująca się w posąg matki. Nie czuła się tu dobrze, szczególnie, gdy za jej plecami córki lordów plotkowały i gdybały na temat sukni panny młodej. Nie czuła się dobrze w starannie upiętych włosach, zwijających się w ozdobiony kwiatami kok na karku. Nie czuła się dobrze w srebrnych bransoletach oplatających jej nadgarstki, ani w plisowanej, zwiewnej i granatowej (oczywiście wybranej przez jej matkę) sukni sięgającej ziemi z wszytymi prostopadle do podłoża srebrnymi nićmi oraz zdecydowanie za głębokim - jak na brunetkę - dekoltem. I choć teraz rodowy medalion zgrabnie znajdował swe miejsce wśród nagich obojczyków panny Tully, ta miała wrażenie, że znajdowanie się w tak niestosownym stroju w Sepcie jest jedną z najgorszych obraz dla Siedmiu. Całe szczęście, że na jej życzenie zezwolono doszyć pod spód dolnej części odzienia płócienny materiał, który zakrywał nogi - czego z pewnością nie zrobiłby samodzielnie półprzeźroczysta tkanina.
Brunetka na przemian splatała i rozplatała palce. Chciała mieć to wszystko za sobą, wrócić do Riverrun. Królewska Przystań ani trochę nie przypadła jej do gustu, nagromadzona aż po brzegi wszystkim tym, czego Ophelia nie znosiła i od czego stroniła. Przymknęła oczy. Niech to już się zacznie... Bo im szybciej zacznie, tym szybciej skończy. I na jak jej nieme, wypowiedziane tylko w myślach życzenie, wrota świątyni otwarły się, ukazując odzianego w czarne szaty pana młodego. Śledziła spojrzeniem błękitnych tęczówek tor jego pełnego dumy chodu, odprowadzając aż przed posągi. Nie zastanawiała się, co Smok mógł czuć, nie obchodziły jej jego przeżycia. Chwile potem jej wzrok zawisł bezpowrotnie na księżniczce Dorne, która wraz z kimś o podobnych jej rysach - zapewne Edric'iem Martell'em - sunęła dostojnie po białym dywanie. Tak. Niebieskooka musiała przyznać, że jej uroda była zniewalająca, skupiała uwagę i za żadne skarby Westeros nie chciała jej puścić. Południowe rysy dwojga sprawiały, że wszyscy w koło wydawali się szarzy, a bijący od panny młodej blask tylko utwierdzał Ophelię w jej zwyczajności. Śniada skóra, choć była inna, sprowadzała blade lica zebranych dam do poziomu pospólstwa. A najbardziej hipnotyzujące były oczy księżniczki, czarne niczym węgle, wpatrujące się w przestrzeń przed sobą. Brunetka zdołała się ocknąć z letargu, kiedy Ivory już znajdowała się do niej tyłem, ukazując płaszcz z herbem Martell'ów. A kiedy i on znikł, gdy jej brat ściągnął go z jej ramion i oddał narzeczonych sobie, oczom Ophelii ukazała się suknia dornijczyki. Wystawna, piorunująca, prawdopodobnie droższa, niż cokolwiek, co Tully posiadała. Nawet nie chciała myśleć, ile smoków wart jest odzienie panny młodej. Wiedziała natomiast, że ona nigdy nie będzie miała okazji takiej przyodziać. Obce ukłucie zazdrości przeszyło krtań niebieskookiej, aby po chwili zniknąć pod wpływem myśli, że nie do takich rzeczy się urodziła. Skarciła się w duchu za te myśli. Przecież nigdy nie pragnęła takiego życia, nie pragnęła zamążpójścia ani wystawnych sukien. A mimo wszystko, teraz w Sepcie, choć na moment chciała poczuć się jak Ivory Martell, skupiając na sobie uwagę całego, zebranego tłumu swoim niezaprzeczalnym pięknem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 10:12 pm

Służące umyły ją. Służące sprawiły, że jej zwykle pozostające w nieładzie i poplątaniu włosy zaczęły wyglądać jak włosy, a nie jak zmierzwione futro jakiegoś leśnego zwierza. W końcu służące ubrały ją w specjalnie na tę okazję uszytą suknię. Przez cały ten czas czuła się jak stara laleczka, którą znaleziono po latach zapomnienia i starano się przywrócić do dawnej świetności. Gdy zobaczyła się w lustrze, nie mogła się nadziwić, jak wiele mogą zdziałać te względnie proste zabiegi, jakim została poddana. Nie była tylko pewna, czy woli siebie taką - z przystrzyżonymi i ładnie ułożonymi włosami, które kaskadami opadały na ramiona, zadbaną, w pięknym stroju, czy siebie na codzień - zdawać by się mogło że zaniedbaną, dodatkowo chodzącą w ubraniach, które nie są uważane za typowo kobiece. Skrzywiła się nieco i czar prysł. Nie. Tylko ten i jeszcze pewnie kilka razy. Nigdy, jeśli tylko nie będzie to konieczne.

***
Teraz, siedząc z posępną miną na swoim miejscu, podziwiała w milczeniu przyszykowane do zaślubin wnętrze Wielkiego Septu. Dostrzegała ogromny kontrast między wspaniałą świątynią, a pełnymi zepsucia dzielnicami stolicy Westeros, przez które miała nieprzyjemność przejeżdżać. Znów czuła się jak kukiełka, która wbrew swej woli musiała robić to, co od niej oczekiwano i w taki sposób, by wszystkim się to podobało. W jej głowie toczyła się bitwa, choć próżno byłoby szukać jej śladów na twarzy młodej Cleganówny. Dziewczyna wbiła spojrzenie w kunsztownie wykonaną figurę Staruchy. Jeśli słyszysz moje myśli, najpewniej kręcisz głową z dezaprobatą. Wiec jednak, że... Nagle przerwał jej dźwięk otwieranych wrót. Do septu dumnie, w pełnej swej krasie wszedł Maegor Targrayen. Lydia odkleiła spojrzenie od rzeźby i uważnie poczęła obserwować rozgrywające się wydarzenia. Wkrótce po Namiestniku zjawiła się również panna młoda. Dziewczynie przyszło do głowy, że jeśli sama byłaby tak piękna jak Ivory Martell, pewnie z przyjemnością by swoje wdzięki prezentowała. Uważała się jednak za osobę o mniej przyjemnej aparycji i czuła się niewygodnie wśród nieskazitelnych dam i lordów otaczających ją niemal z każdej strony.
Powrót do góry Go down

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 10:18 pm

/przybyły z Północy

Kevan nie wiedział na co się pisze, wyruszając z Winterfell ku Królewskiej Przystani. Droga była długa i męcząca; zarówno dla ludzi, jak i dla wierzchowców, których to dosiadali. Co jednak najbardziej dokuczało Mormontowi, to temperatura rosnąca wraz z oddalaniem się od Północy. Pewnie można było do tego przywyknąć, tak jak i ludzie przybywający w jego rodzinne strony, muszą przywyknąć do mrozu. Jednak zawsze jest to dla takiej osoby irytujące.
Tak, czy inaczej, wyboru nie miał. A już na pewno nie w momencie, gdy orszak wjechał do Królewskiej Przystani. I dopiero wtedy pojął, że - o dziwo - droga wcale mu się nie dłużyła aż tak bardzo. Mimo, że nigdy nie przyszło mu podróżować tak daleko. Obecność w stolicy przysparzała go o zaciekawienie, może nawet odrobinę dumy, ale także o obrzydzeniem i smutkiem. Wiele z gorszych części miasta, po których po przybyciu do stolicy Kevan przejechał, obrazowała ludzką podłość, brak jakiejkolwiek dumy, czy też honoru. Ludzie walczący jak świnie o ochłapy, aby tylko nie zginąć. Był to dla mężczyzny wstrząsający widok.
Gdy wreszcie dotarł na dziedziniec, jeden z oddelegowanych heroldów przywitał go i krótko poinstruował "co i jak". Trzymając się tychże instrukcji, Mormont odnalazł komnatę, która na jakiś czas stanie się jego "domem". Otrzymawszy także informację, że nie pozostało mu wiele czasu, czym prędzej przebrał się w bardziej wyjściowy strój i ruszył w drogę do septu.
Gdy już się znalazł przy drzwiach do niego, nie zwlekając, czym prędzej przekroczył próg. Tunika w rodowych kolorach była głównym elementem jego ubioru, którego dopełniały jedynie skórzane spodnie i najzwyczajniejsze w świecie buty. Lekko mrużąc oczy rozejrzał się po wnętrzu budynku, wreszcie jednak odnajdując wzrokiem ludzi z Północy - a w tym i Nadirę. Ruszył w jej kierunku, po drodze kilkukrotnie skinąwszy głową do innych zebranych tu osób. Gdy znalazł się już przy wspomnianej kobiecie, ukłonił się jej i powiedział śmiało:
-Witaj! Wyglądasz nieziemsko.- Uśmiechnął się do niej ciepło, nie mogąc od niej oderwać wzroku, po czym wskazał na siedzisko obok, jakby pytając w ten sposób, czy jest ono wolne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   

Powrót do góry Go down
 

Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Turniej Magiczny
» Wielki Piach
» Wielki Kanion

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-