a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wielki Sept Baelora - Page 4



 

 Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 9:17 pm

First topic message reminder :



Wielki Sept jest jednym z najbardziej charakterystycznych i pięknych budynków Królewskiej Przystani. Jest to centrum Wiary w Siedmiu oraz siedziba Wielkiego Spetona. Wielki Sept to największy budynek w mieście, pomijając oczywiście kompleks znany jako Czerwoną Twierdze. To w tym miejscu odbywają się wszelkie najważniejsze ceremonie, takie jak śluby władców Siedmiu Królestw. Świątynia nazywała jest również Septem Baelora, nazwa ta pochodzi od wyjątkowo pobożnego władcy z rodu Targaryenów. To właśnie jego pomnik znajduje się przed budynkiem. W środku znajdują się zarówno malunki, jak i rzeźby Siedmiu. Przed każdym z niewielkich ołtarzy palą się świeczki wierzących. W głównej sali może się pomieścić nawet siedemset osób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 9:01 pm

Dosyć – syknął Edric Martell, Lord Słonecznej Włóczni.
Jednak starszy mężczyzna wiedział lepiej.
Na szlachetnym czole Księcia Dorne perliły się krople potu zimnego jak śmierć. Źrenice nieskazitelnie ciemnych oczu rozszerzały ból i cierpienie.
I ekstaza.
Na wpół obnażone ciało spoczywało na splątanej pościeli wąskiej koi, a zakrzywione, zimne nożyce rozcinały kolejne szwy scalające zasklepioną ranę.  Urządzenie wprawiał w ruch bezimienny Dornijczyk, człek z natury ponury i milczący. Jego toporne oblicze ginęło w głębokim cieniu okrętowej kabiny, lecz z rzadka wystawało w chybotliwym świetle dnia wpadającym przez wąskie okienko galery.
Ostatni obrót, delikatny jak muśnięcie skrzydeł ćmy, i Książę z cichym westchnieniem zatopił zęby w kawałku chlebowca – chwilę wcześniej coś niepokojąco zatrzeszczało – stary Dornijczyk nie wiedział do końca, czy to skórzane powrozy przytrzymujące nogę Martella nieruchomo, czy też nadmiernie napięte stawy Lorda Słonecznej Włóczni. Może jedno i drugie?
Delikatnie spryskał chłodną wodą pobladłą twarz Edrica – Książę wypluł z odrazą mocno nadwyrężony kawałek drewna i uśmiechnął się. Przed dziesięciu laty byłby to uśmiech drapieżny, teraz tylko smutny.
- Rozwiąż.
Oswobodzony, leżał jeszcze przez jakiś czas, ostrożnie muskając palcami owiniętą opatrunkiem, postrzępioną ranę na udzie. Zbyt długo zwlekał z właściwym leczeniem – po powrocie z Yronwood maester Słonecznej Włóczni wychodził ze skóry, by powstrzymać zakażenie i spuścić ropę. Później zszył Martella z precyzją, co okazało się trudem godnym docenienia, choć daremnym – w trzy tygodnie rana zajątrzyła się na nowo, szwy należało zdjąć, a Siedmiu Bogów i Pana Światła dokarmić gorliwymi modlitwami o uzdrowienie.
Któregoś dnia... – Książę przerwał, wyczuwając pod palcami guzowatą nierówność blizny – Któregoś dnia nie przywiążesz mnie za mocno, a wówczas…
Martell pogroził Dornijczykowi palcem urodzonego harfiarza, lecz nawet ta czynność okazała się bolesna, zatem natychmiast jej zaprzestał.
Tymczasem starszy mężczyzna, pozostając w zgodzie z własna naturą, milczał. Książę bardzo sobie cenił jego powściągliwość. Gadanie po próżnicy nie było rzemiosłem niedoszłego maestra, który miłował swą pracę u Martella i za nic w świecie nie chciałby jej stracić. Stał wiec nieruchomo tuż obok koi Lorda Słonecznej Włóczni, wpatrując się w skrwawione kawałki ledwie co wyjętych szwów. Milczący, nieforemny i zimny jak głaz – dopiero po chwili zdecydował się na odłożenie nożyc i głęboki pokłon złożony Księciu.
Sam musisz przyznać, że nic tak dobrze nie wpływa na krążenie krwi jak solidna dawka bólu. Szczególnie, jeśli jest to krew błękitna, więc chłodna z natury.  
Wreszcie Martell stanął na niepewnych nogach. Upadłby, gdyby nie pomocna dłoń starszego Dornijczyka wyrosła nagle z ciemności. Książę Dorne zebrał się w sobie i stanął o własnych siłach.
Wilgotno tu – dłonią otarł chłodne krople potu, które z czoła powoli prześlizgiwały się na skroń, po czym wędrowały ku ciemnej szczecinie porastającej policzki i brodę.
Kat błyskawicznie podał Lordowi Słonecznej Włóczni płaszcz w kolorze krwi.
To praktyczna barwa.

***

Edric Martell patrzył spod półprzymkniętych powiek na ogromnego różowego człowieka, on zaś odpowiadał mu nieugiętym spojrzeniem. Trwało to już od dobrej chwili, może nie przez cały czas, ale bardzo często. Uporczywy wzrok. Byli paskudni, ci biali ludzie o miękkich ciałach, ale ten wydawał się szczególny.
Odrażający.
Od momentu przybicia do portu w Królewskiej Przystani minęły niecałe dwa dni – był to czas intensywnych spotkań, które dla Księcia Dorne skupiały się wokół murów Czerwonej Twierdzy, nie zaś  w jej przepastnym, wygłodniałym wnętrzu. Był to czas wyczekiwania – na ceremonię ślubną, na zakończenie pompatycznej fety oraz, czy też - przede wszystkim, na Jeyne Yronwood, która do stolicy Siedmiu Królestw miała przybyć drogą lądową.
Wyczekiwanie dobiegło końca jeszcze poprzedniego wieczoru – w Królewskiej Przystani zjawił się wypatrywany orszak, do królewskich zaślubin pozostała niecała doba, a Edric Martell po raz kolejny przekonał się, jak mocno nienawidzi tego miasta.
Wiedział, że jest poznaczony bliznami, ogorzały od słońca i wiatru, zniszczony przez lata spędzone na pustynnych szlakach, ale blada skóra na twarzy Królewskiego Gwardzisty, który od kilku chwil zastawiał Księciu Dorne drogę, wyglądała jak tarcza, której dane było przetrwać niejedną bitwę - porąbana, wyżłobiona, pocięta, powgniatana. Było zdumiewające, że oczy w tak pokiereszowanym obliczu wciąż jeszcze żyły, ale spoglądały, i to na Martella.
- Miłościwy Książę, nie możesz wejść do Septu z bronią.
Ani jam miłościwy, ani tyś mój ojciec, by wydawać mi zakazy.
- Mam zostawić miecz na środku dziedzińca przed świątynią?
Biały Płaszcz zakołysał się niecierpliwie, z lewa na prawo, z prawa na lewo.
- Nie, to byłoby wielce ryzykowne. Niech któryś z twych ludzi…
- … moi ludzie to żołnierze, nie tragarze.
Królewski Gwardzista wypuścił z cichym sykiem powietrze przez nos, posyłając zniecierpliwione spojrzenie milczącej Jeyne Yronwood. Sprzeczka, rozgrywająca się ledwie pół jarda na prawo od wejścia do Septu, najwyraźniej ją bawiła. Bądź żenowała.
Możliwe, że obie te rzeczy jednocześnie.
- Proszę. Nie chciałbym używać siły.
- Proszę. Nie chciałbym rozlewu krwi na schodach świątyni.
Edric Martell nie ustępował, choć już dawno doszedł do wniosku, że Biały Płaszcz niebezpieczny.
Nie tyle wielki, ile silny. Brutalnie silny. Być może cięższy od niego, o grubym karku, który tworzyły wyłącznie węzły mięśni. Wielkość i siła sprawiają jednak czasem, że człowiek jest powolny.
Powolność i niebezpieczeństwo nie idą w parze.
Blizny też nie robiły na Księciu wrażenia. Oznaczały jedynie, że Gwardzista brał często udział w walkach, nie dowodziły natomiast, że wygrywał. To były dwie różne sprawy. Grube żyły na jego dłoniach, ale długie i zwinne palce, smugi brudu pod paznokciami. Brak jednego palca. Biały kikut. Nie podobało jej się to wszystko. Pachniało niebezpieczeństwem.
Nie chciałbym z nim walczyć nieuzbrojony.
Musiał ogłosić swą małą kapitulację – dłuższa dysputa przed drzwiami Septu tylko wznieciłaby zamieszanie, być może odebrałaby władcy należną uwagę. Niewiele brakowało, by Martell zaatakował z gadzią zajadłością, ale w ostatniej chwili się rozmyślił.
Spojrzał na Jeyne – i to był błąd.
Miała w oczach coś, co przypomniało mu o Collenie Sandzie, nim ludzie Aylwarda Baratheona nadziali jego głowę na włócznię. Coś smutnego i spokojnego, jakby  go rozumiała. Jakby Martell był istotą ludzką, a nie przedmiotem. W ostatniej chwili, wbrew sobie, oddał miecz. Pozwolił wprowadzić się do świątyni bez broni.
Głupi.
Wybranie odpowiedniego miejsca nie zajęło zbyt wiele czasu – jeszcze mniej upłynęło go od chwili, w której Martell usiadł, do momentu, gdy w świątyni zjawił się Aerys Targaryen.
Nie pałali do siebie miłością, jednak potrafili docenić przeciwnika – potrafili go również ocenić. Władcę Siedmiu Królestw zdradzał sposób, w jaki się poruszał. Swobodny, ale nie odprężony. Gotowy. Cierpliwy. Ruch jego oczu - ukradkowy i uważny. Książę Dorne dopiero po chwili zrozumiał ich wędrówkę – w chwili, w której do septu wkroczyła Rhaenys Targaryen, wzrok Aerysa patrzył to na nią, to na otoczenie, i znów na nią. Edric Martell skierował spojrzenie na smoczą księżniczkę, nawet nie próbując ocenić wartości sukni, którą miała na sobie.
Przez całą drogę do ołtarza śledziły ją setki par oczu – wśród nich były również te ciemne, czujne i zamyślone.
Oczy, które ją oceniały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 9:28 pm

Przybywając do Królewskiej Przystani, obserwowała smutno linię horyzontu, między turkusowym dzisiaj morzem, a pięknym, słonecznym niebem. Smutek ten brał się rzecz jasna z prostego powodu - kobieta nienawidziła tego miejsca i wszystko by oddała za to, aby znowu znaleźć się w ciepłym, pachnącym różami Wysogrodzie.
Dzień nie zapowiadał się ciekawie. Odkąd tylko wkroczyła w bramy miasta, poczuła mocny, przytłaczający ją smród, porównywalny z zapachem tanich burdeli znajdujących się często na poboczach szlaków. Zapach, który dusił ją i wywoływał złe demony przeszłości. Nie sądziła, że kiedyś tu wróci. Na królewskiej ceremonii jednak  być wypadało, chociażby po to, aby utrzymać dobre relacje. Uważała, że ominięcie takiego dnia nie jest warte swojej ceny. Od bramy miasta postanowiła już iść, zamiast jechać. . Zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa przejścia przez to miasto, postanowiła jednak zaryzykować po to, aby obejrzeć, ile się zmieniło. Założyła ku temu kaptur, aby nie przyciągać zbędnych spojrzeń. Do Septu kawałek był, co znaczyło, że i sporo dziś zobaczy. Czasu też było jeszcze co nie miara.
Morze z roku na rok wydawało się mieć bardziej intensywny kolor. Czy było to przez to, jak padało na nie światło, czy może przez to, że samo miasto robiło się kontrastująco szare?
Szła powoli, uważnie oglądając każdy budynek. Po dwudziestu minutach zaczęła szczerze żałować tej decyzji, co róg widząc dziwki, wymiociny i żebraków. Nie, nie było to miejsce dla niej. Dlaczego przez tyle czasu nikt nie zrobił porządku z tym miastem?
Budynki traciły w kurzu piaskowy kolor, który niegdyś posiadały i który lata temu nadawał piękna temu miastu. Co róg stali tu też handlarze, i im głębiej wchodziło się w Królewską Przystań, tym mogłoby się wydawać dziwniejsze rzeczy mieli w asortymencie. Zatrzymała się kilka razy, widząc kwiaty, tylko po to, aby przypomnieć sobie zapach Wysogrodu, za którym już tęskniła. Westchnęła i przyspieszyła po tym kroku. Słynęła z punktualności, i tym razem więc nie wypadało Jej być spóźnionej.
Była ciekawa, kto jeszcze pojawi się na ślubie. Jeszcze  bardziej ciekawa była nowej królowej, o której wszyscy tak głośno dziś mówili, której imię wykrzykiwali w radości i o której urodzie śpiewano dziś pieśni.
Stanęła w końcu przed Septem. Zdjęła kaptur z głowy i weszła do środka, rzucając ciepły uśmiech straży stojącej przy wejściu.
Wielkość budynku wywarła na Niej ogromne wrażenie. Było to pierwsze, pozytywne uczucie, jakie spotkało Ją dzisiaj w Królewskiej Przystani. Po otrzymaniu malutkiego podarunku, weszła do środka, odmawiając w myślach krótką modlitwę. Otworzyła pudełko.
Prezent był bardzo dobrze zaplanowanym, symbolicznym gestem. Prosty, ale z pomysłem, wymuszający wręcz uśmiech na twarzy i uczucie ciepła. Każdy gość mógł dzisiaj poczuć się na swój sposób wyjątkowy i doceniony.
Nie potrafiła w tym tłumie odnaleźć samej siebie. Szybko więc poszła do ławki, siadając i poprawiając swoją suknię. Zieloną, z wyszytymi przez Nią złotymi różami. Rubiny na bransoletce wręcz zabrzęczały, gdy ta próbowała dyskretnie ugłaskać rąbek, który pojawił się na materiale. Musiała przecież wyglądać nieskazitelnie, jak na damę przystało. Zaczęła szukać nerwowo oczami jakiejś znajomej twarzy, modląc się w duszy, aby nie była to twarz Martellów. Nie opuściła Dorne w ciekawych z nimi relacjach, oj nie. Nie zamierzała więc tego rozgrzebywać, a szczególnie dzisiaj i przy takiej okazji. Byli jednak niczym zaraza, pojawiająca się za nią gdziekolwiek gdzie nie poszła.
Smocza księżniczka wyglądała dziś niesamowicie, na twarzy Ismeyny powjawił się aż lekki uśmiech. Uroda faktycznie była warta pieśni, a w swojej ślubnej sukni wyglądała olśniewająco. Tak. Przyjechanie tutaj było stanowczo warte widoku królewskiej pary.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
17
Join date :
01/05/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 10:04 pm

-Pani, wszakże to nie wypada... Panienkom z dobrego rodu nie wolno...
-...dobrze się bawić?- Upewniła się Rilla beznamiętnym, odrobinę jedynie zaciekawionym tonem, przekrzywiając lekko głowę. Kilkakrotnie przeczesane palcami włosy opadły jej na ramię; niektórzy mówili, że jej ciemne, mocne włosy, były jedyną ozdobą, jaką posiadała. Nigdy też nie myślała inaczej, o czym po raz kolejny upewniało ją widziane w zwierciadle odbicie. Nie była piękna. Nie była zjawiskowa. We własnej, surowej i pozbawionej jakiegokolwiek patosu opinii nie była nawet ładna; ot, jasna twarz, nadmiernie ostry podbródek, pełne usta, zwykle skrzywione lekko w wyrazie zastanowienia, miodowe oczy, schodzące się skośnie jak u leśnego zwierzęcia. Czuła, że nie jest piękna, podskórnie wierzyła w to równie żarliwie, jak we własny ród. Jednak była pewna siebie, pewna tego, co potrafiła. I to stanowiło jej możliwie najlepszą broń, dużo skuteczniejszą od zalotnych uśmiechów pąsowych ust czy trzepotu filigranowych dłoni wszystkich tych pięknych dam, pięknych lalek, które żyły w swoich pięknych zamczyskach i zdobywały serca pięknych mężczyzn.
Ona nie potrzebowała niczyjego serca.
-Ależ, panienko...- jęknęła niska, przysadzista kobieta, ocierając zaczerwienione czoło z gęstych kropli potu.- Przecież suknia...
Rilla uśmiechnęła się jedynie niespiesznie, bezmyślnie jakby, po raz ostatni spoglądając na swoje odbicie w zwierciadle. Spodnie do jazdy konnej ciasno przylegały do długich nóg, cholewki skórzanych butów miękko otulały kostki, ściśnięty kaftanik skrzypiał cicho, kiedy pragnęła wykonać gwałtowniejsze ruchy lub bardziej zamaszyste gesty. Wyprawiona skóra pachniała jeszcze nieco dymem z ognisk i świeżym igliwiem; ostry, przenikliwy zapach, który przypominał jej o nadchodzącej zimie znacznie dobitniej od samych Starków.
Tak czuła się bezpieczna. Niewidzialna. Mimetyzm i mimikra, opanowane do perfekcji umiejętności wtapiania się w środowisko, znikania w nim i leniwego wyglądania spoza jego krawędzi, jak drapieżnik, który jedynie poruszając łapą liście wywołuje drżenie całego lasu. W towarzystwie stroju do jazdy po lesie wydawała się sobie bardziej właściwa. Dostojniejsza. Bardziej dumna. W myślach bawiła ją wizja zszokowanych min nastroszonych jak pawie w okresie godowym lordów i ich pięknych, delikatnych i urzekających niemalże w swojej głupocie perliczek, którzy ujrzeliby ją w takim stroju w Wielkim Sepcie Baelora. Jaką zresztą miałoby to stanowić dla niej różnicę? Jakkolwiek szeroko się nie uśmiechała, jakkolwiek zamaszyście nie zarzucała połami swojej sukni, w ich oczach i tak widziała zaledwie odrobinę zazdrości okraszoną całymi pokładami parszywego pobłażania.
Bowiem jak kobieta, która żyła bez pana męża, mogła być szczęśliwa? Jak dojrzała panna, której spódnicy nie trzymały się pulchne i roześmiane dzieci, mogła nie czuć się przegraną? Tego nie mogły przecież zmienić żadne jej stroje ani żadne misternie upinane fryzury.
Rilla westchnęła cicho, odwracając wzrok od zwierciadła i krótkim, ostrym ruchem głowy nakazując usunąć je z komnaty.
-Pospieszcie się, proszę.- Rzuciła tylko zdecydowanym, suchym głosem, w myślach przywołując widok twarzy lady Rhaelle, pięknej, łagodnej lady Rhaelle. Nie mogła sprawić jej zawodu. Należało przecież jedynie grać; grać, przywdziewać na twarz maskę, w odpowiednim momencie wybuchnąć perlistym śmiechem lub dygnąć krótko, aby zadowolić ich wszystkich i utrzymać ich na dystans.
W ostateczności... w ostateczności to musiało wystarczyć.

***

Ulice Królewskiej Przystani były równie gwarne i brudne, jak je zapamiętała. Ukradkiem spoglądała na innych lordów i lady, którzy, krzywiąc się z prawdziwą zgrozą, omijali zalegające na ziemi tuż przed nimi plamy końskiego łajna lub nadgniłe już rybie truchła. W istocie zaś jedynie przemilczali to, co w głębi duszy musieli wiedzieć; miasto było takie, jakim tworzyli go jego mieszkańcy. Jego brud i nieład stanowił więc świadectwo samo w sobie.
Jej suknia, długa i okazała, miękko ocierała się jej o kostki, kiedy Rilla posłusznie podążała w stronę Wielkiego Septu. Ciemnozielone jedwabne spódnice harmonizowały z również zielonym gorsecikiem wyszywanym obficie złotą nicią, która, misternie przeplatana, tworzyła ornamenty kwiatów i roślin. Ciasno opinała jej talię i łódkowatym dekoltem podkreślała łabędzią szyję, ozdobioną skromnym złotym wisiorem; podobnie złota ozdoba lśniła lekko, spozierając spomiędzy splecionym misternie gęstych loków.
-To najpiękniejsza suknia, jaką w życiu uszyłam!- Zachwycała się całą drogę jedna z jej służących, jednak Rilla była w stanie zaszczycić ją jedynie przelotnym wygięciem warg w uprzejmy uśmiech. Owszem, suknia była piękna. Była olśniewająca. Wspaniała.
I była też ucieleśnieniem tego, czego Rilla nigdy nie pragnęła na siebie założyć.
Drgnęła lekko, kiedy coś przeturlało się tuż przed jej nogami. Usłyszała cichy okrzyk przestrachu i zirytowane sapnięcie kogoś, kto znajdował się po jej lewej stronie. Zmarszczyła lekko brwi i opuściła wzrok, szukając na ziemi sprawcy zamieszania.
-Na Siedmiu, dokąd zmierza ten świat, skoro jedno nadgniłe jabłko jest w stanie wywołać tak silną ekscytację?- Rzuciła ostrym tonem, wodząc wzrokiem wśród towarzyszących jej ludzi, którzy zamilkli posłusznie.
Odszukała wzrokiem sprawcę zdarzenia; to był chłopiec. Zwykły chłopiec. Na dodatek niezwykle przerażony, co najdobitniej świadczyło o przypadkowości jego czynu. Nie posłała mu uśmiechu, nie posłała mu jednakże również gniewnego spojrzenia, zamiast tego unosząc nieco fałdy sukni wokół kostek i delikatnym ruchem kopiąc jabłko, które potoczyło się w tym samym kierunku, z którego przyszło.
Kolejne westchnienia oburzenia i zdziwienia sprawiły, że powietrze wokół niej zafalowało. Zacięła jedynie wargi, nie uważając za konieczne próby usprawiedliwienia się, cierpliwie czekając, aż uradowany chłopiec odbiegnie wraz ze swoim jabłkiem. Opuściła podtrzymywany materiał sukni, zasłaniając pantofelki. Na jednym z nich wyraźnie odcinała się plama pozostawiona przez nadgniłe jabłko.
-Pani...- jęknęła jedynie służąca, posyłając jej błagalne spojrzenie, jednak Rilla ruszyła już przed siebie.
-... wszakże to nie wypada- dokończyła pod nosem, wzdychając cicho w duchu i przekraczając progi septu.
W nozdrza uderzyła ją woń dziesiątek, ba!, setek osób, zebranych tu jedynie w nadziei na ujrzenie pasjonującego widowiska. Setki ludzi, zjednoczonych w oczekiwaniu na nieszczęście- na łzy oblubienicy? Na rozlew krwi? Na wybuch gniewu nadobnego oblubieńca? Nie była tego pewna. Nie była też pewna tego, czego sama oczekiwała. Oprócz, oczywiście, jak najszybszego końca ceremonii, po którym mogłaby znieść jakoś tańce i wesele, najlepiej okraszając je dużą ilością wybornego wina.
Zajmując miejsce w sepcie, nie rozglądała się na boki, skupiając się całkowicie na dumnym kroczeniu przed siebie. Na tym polegała finezja tej gry; aby tańczyć, nie spoglądając jednocześnie na własne stopy. Żywić całkowite przekonanie o swoim powodzeniu, o tym, że nie popełni się błędu. Tylko to pozwalało jej nie uciekać z krzykiem na sam widok setek stłoczonych wokół siebie ludzi o spojrzeniach pełnych żądzy wiedzy na temat tego, co ją tu sprowadzało i co zamierzała zrobić, do kogo podejść, z kim zagaić uprzejmą, bezcelową pogawędkę. Postanowiła wyjść z tejże sytuacji z klasą, nie zagajając do nikogo, zamiast tego skupiając się na obserwowaniu przyszłej królowej Westeros.
Była piękna, to prawda, a jej wygląd zapierał dech w piersiach. Podobnie jednak dech w piersiach zapierał widok obecnego króla.
Starcie bieli i czerni. Starcie piękna i okrucieństwa.
Ostateczne starcie, które zadecydować mogło o przyszłych losach całego Westeros.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 11:40 pm

Czasem Derek Baratheon zastanawiał się, co by było, gdyby nie odwiózł księżniczki Martell do Królewskiej Przystani, by tam mogła przed bogami zawrzeć związek małżeński z innym Targaryenem niż tym, który to dziś zamierzał stać się mężem po raz drugi. Czy gdyby nie spotkał Ophelii Tully gorzka pigułka do przełknięcia, jaką były zaręczyny z nią, stałaby się w jakiś sposób słodsza? Może wtedy zamiast znanego "złego" byłoby po prostu nieznane? Potem odganiał od siebie te myśli, zdając sobie sprawę, że uderzenie tępym narzędziem, jakim z pewnością była informacja o "obiecaniu go" komuś innemu, oddaliła go już na zawsze od Sybille Tarth. Czekał na niego jednak kolejny ślub i podziwianie młodej pary (niekoniecznie szczęśliwej), w miejscu, w którym chciałby stać kiedyś i on. Z jasnowłosym aniołem z Szafirowej Wyspy.
Towarzystwo lady Rhaelle zawsze napawało go jakąś dozą uciechy. Ta piękna dama zawsze sprawiała wrażenie, jakby świat wokół nieszczególnie ją obchodził. Tak, tak można było myśleć do momentu, gdy nie posyłała w twoim kierunku ostrego spojrzenia świadczącego o doskonałej percepcji i zainteresowaniu, jakim darzyła otoczenie. Sądził, że wiele dam (aczkolwiek, niekoniecznie Allya i Adrilla) stawiało sobie ją za wzór. Baratheońskie dziewczęta miały na ten temat nieco inne zdanie. I choć obie z biegiem czasu zaczęły w gestach i chodzie przejawiać nawyki lady Rhaelle, to w ich głowach wciąż brzmiały słowa sprzeciwu. Dereka niezwykle bawiły przekomarzanki Adrilli ze służbą i Allyi z zamkowymi strażnikami. Obie miały niesamowicie cięty język, że gdyby przy drzewach genealogicznych miano zapisywać konkretne cechy baratheońskich kobiet, ta z pewnością stałaby na pierwszym miejscu zapisana złotymi zgłoskami, żeby nikt jej nie przeoczył. Wszelkie konwenanse nie stały się dla nich życiową rutyną, a jedynie pułapką, z której miały nadzieję kiedyś się wydostać. Dzikie łanie. O ile w rodowym motcie "furia" odnosiła się raczej do walczących i brawurowych mężczyzn, o tyle u kobiet objawiała się wymienionymi wcześniej cechami. I być może wybuchami w momentach mniej lub bardziej pożądanych.
Droga z Ziem Burzy do Królewskiej Przystani zajęła im kilka dni (zatrzymali się nawet Pod Kłem Dzika, by spróbować znakomitych pasztetów, o których wspominał lord Harbert), nie była jednak w żaden sposób uciążliwa. Dotarli do Królewskiej Przystani bez żadnych przeszkód. Cóż, dla Dereka jedyną przeszkodą była w pewnym sensie obecność Sybille Tarth. Plotki wspominały coś o jej rychłym wyjeździe na Północ, co tym bardziej doprowadziło młodziana do konsternacji. Jak w ogóle powinien zareagować? Kiedy wieści od Tullych przestały przychodzić, na moment w jego sercu zapałała nadzieja, podobnie jak wtedy, gdy ponownie zobaczył Szafirową Damę na Ziemiach Burzy, jednak niepewność zżerała go od środka jak robak. Szczególnie przy lady Rhaelle nie mógł dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Widział spiętą twarz swojej ciotki, nie chciał dokładać jej ewentualnych zmartwień, choć... czy ona w ogóle się tym przejmowała? Podróż minęła mu raczej w ciszy. Ogorzała po długich podróżach twarz wyglądała nieco doroślej niż przed wypłynięciem do Braavos. Nieco zmieniło się też w środku. Choć Derek wciąż mógł uznać się za niepoprawnego romantyka, to w pewnej części pogodził się z nadchodzącym dlań losem. Nie chciał sprawiać siostrze jego najlepszego przyjaciela problemów, tym bardziej, że zawsze była dla niego niezwykle ciepłą osobą (już zdążył zapomnieć o tym, co działo się przed turniejem w Harrenhall - zresztą sam turniej wiele mu wynagrodził). Może jednak nieco wydoroślał? Była na to jakaś szansa.
Woń Królewskiej Przystani gwałtownie uderzyła w jego nozdrza. Nie mógł powiedzieć, że nie cierpiał tego miejsca - miał do niego zgoła neutralny stosunek, bacząc na to, że zdarzyła się tu jedynie jedna niemiła mu rzecz. Reszta może nie należała do najwspanialszych, jednak z pewnością zaliczyłby je na karb mało go obchodzących. Może oprócz Wielkiego Septu Baelora, który zawsze sprawiał na nim niesamowite wrażenie. Kiedy opowiadał Adrilli i Ottonowi o ślubie namiestnika i księżniczki, śmiał się, że gdyby tylko Baratheonowie mieszkali w Królewskiej Przystani, matka szwagierka lorda Harbertka zamieszkałaby w świątyni i nie nigdy by stamtąd nie wychodziła. Remus i Felix koordynowali resztą ludzi z Końca Burzy i dzięki temu sprawa stajni oraz bagaży stała się dla Dereka jedną sprawą mniej do załatwienia. Uwielbiał tych chłopaków - ich przygody w Braavos dodatkowo wzmocniły i tak silną już więź.
Kiedy wkroczyli do septu, Derek zaczął przypominać sobie wydarzenia, których był świadkiem jakiś czas temu. Teraz świątynia wydawała mu się wyglądać kompletnie inaczej, jakby obco. Wszechobecna czerwień sprawiała, że blondyn czuł się nieswojo. Podarowane szkatułki przyjął z pewną dozą zaskoczenia, aczkolwiek rozumiał, że królewski ślub musiał przebić we wszystkim ślub namiestnika, który wielu wciąż miało w pamięci. Krocząc po miękkim dywanie, Derek przypatrywał się zebranym. Niewielu było ich, gdy tu wchodzili i zasiadali w trzeciej ławie (w końcu lady Rhaelle pochodziła z rodu Targaryen, nie pozwoliłaby sobie na zajęcie dalszego miejsca), jednak z czasem pojawiało się coraz więcej znajomych twarzy, a przede wszystkim przyjezdna z Wysogrodu Allya.
Wkrótce w sepcie zjawił się król. Atmosfera zdecydowanie się zmieniła, choć Derekowi trudno było określić, co dokładnie się stało. Pojawiały się szpety i pomruki, ale znaczna część ucichła. A kompletna cisza zapadła w momencie, w którym po dywanie zaczęła kroczyć Rhaenys Targaryen. Młody Jeleń wstrzymał oddech, gdy przechodziła obok ich ławy. Zerknął również w stronę lady Rhaelle, której oczy wskazywały, że chyba czuła się kontent, widząc... no właśnie, suknię czy przyszłą królową? A zresztą, kto by w ogóle mógł odgadnąć jej myśli. Co jakiś czas Derek zerkał również na swoją siostrę oraz Sybille, potem jednak karcił się w myślach, że powinien całą uwagę skupić na ceremonii. Na zajmowanie się damami przyjdzie czas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 12:36 am

Kiedy opuszczał ziemie Dorzecza akurat przestało padać. Po zapadnięciu zmroku światła ostatniej, mijanej wioski rozmazywały się na mokrym bruku złotymi plamami, zupełnie jakby w kałużach zaklęto światło. Przez kolejne dni podróży pogoda polepszyła się nieznacznie – zamiast nieustannie lać, nieustannie mżyło. Maleńkie, lodowate kropelki osiadały na skórze, kąsały zimnem. Ramiona i rękawy płaszcza otaczała perłowa mgiełka wilgoci. Zlodowaciałe ręce z trudem utrzymywały powróz, jednak Frey niestrudzenie parł w stronę Królewskiej Przystani, raz za razem kaszląc w podniesiony kołnierz.
Co za ziąb, myślał niemal nieustannie – myślał tak aż do momentu, w którym pozostały nie więcej niż dwa dni drogi do celu. To właśnie wtedy pogoda – przez cały czas trwania podróży lekko zimowa – co najmniej oszalała, witając gości słonecznym ciepłem oraz niebiańskim błękitem. Niewiele brakowało, by Frey w głos zaczął śmiać się z tej jawnej, rażącej niesprawiedliwości losu, który nie przepuścił nawet tak prozaicznej okazji jak wyprawa do stolicy, by nakopać mu w to nieszczęsne, dorzeczańskie dupsko. Jego świat był w istocie wieloaspektowy, pluralistyczny, wymykający się prostym analogiom, nie do objęcia jedną definicją, ale jednak… sensowny. Ułożony, określony, krążący wokół tych samych, utartych schematów.
Dlatego anomalie pogodowe były dla Freya zupełnie niepojęte – w takim samym (bądź jeszcze większym stopniu) co kobiety i ich humory.
Odkąd tylko przybył do Królewskiej Przystani, co miejsce miało przed dwoma dniami (miał nawet wrażenie, że gdzieś za murami Czerwonej Twierdzy natknął się na samego Księcia Dorne – i choć było to spotkanie pobieżne, przelotne, pozbawione słów, Frey nie mógł wymazać z pamięci posępnego, paciorkowatego spojrzenia czarnych jak węgliki oczu), starał się poświęcać zajęciu, w którym niewielu mogło go pokonać.
Prościej mówiąc, Devon Frey pił.
Co prawda niemal zasyczał ze wściekłości, gdy dotarło do niego, że nie zaopatrzył się w alkohol wątpliwego pochodzenia, grożący na domiar złego (choć tak naprawdę nigdy się to nie zdarzyło – no, może raz, w Reach, ale tam wszędzie dolewają trucizny) zatruciem. Raczenie się trunkami w karczmach nie wchodziło w grę - pomijając niechęć dziedzica Bliźniaków do rodzaju ludzkiego, olbrzymią rolę w tym aspekcie odgrywały zdolności Freya do przepuszczania przez gardło rozmaitych cieczy - tak się nieszczęśliwie złożyło, że Devon pił trunki jak herbatę. Rażąca niezgodność w rytmie z ogółem pijących skazywała go na samotne spożywanie alkoholu… jednak sam zainteresowany wyrok losu przyjmował z pokorą i zrozumieniem.
Oczywiście nadszedł dzień ceremonii ślubnej, który jednocześnie oznaczał dzień całkowitej abstynencji – przynajmniej do momentu uczty weselnej, gdzie to dziedzic Bliźniaków zamierzał skosztować wszystkiego, co mu podadzą i wypić wszystko, co naleją. Wyznawał w końcu niezwykle prostą zasadę, która głosiła, że natura źle znosi pustkę – i właśnie dlatego kielich nigdy nie powinien stać nienapełniony. Wkraczając do Septu Baelora Błogosławionego (pamiętał, że próbował policzyć ilość schodów wiodących do drzwi, zgubił się jednak przy czternastym i chyba rzucił na głos ja pierdolę, budząc tym samym szczere oburzenie Lady Rykker) myślał wyłącznie o jednym.
Skoncentruj się.
Devon powtarzał te słowa od trzydziestu siedmiu (ośmiu, dziewięciu…) oddechów, starając się opanować drżenie lewej dłoni. Pod powiekami miał wypalony obraz starcia stoczonego zeszłej nocy w jednej z uliczek Zapchlonego Tyłka. Każdy ruch, każdą zastawę i cięcie. Każde spojrzenie. Trafiał go szlag na myśl o tym, że zrobił coś, czego nie powinien.
Pozwolił, by ktoś – po wyzwaniu go na pojedynek – skroił mu sakiewkę.
Jego. Sakiewkę.
Nieważne, że trzaśnięcie potencjalnego złodziejaszka w mordę było sztuką dla sztuki. Nie liczy się cel, tylko gra. A tej o mało Frey nie przegrał, kiedy – po wygranym pojedynku i przynajmniej kilkudziesięciu krokach zwycięstwa – zauważył, że nie ma przy boku mieszka.
Właśnie dlatego nie cierpiał Królewskiej Przystani.
Skoncentruj się, do cholery!
Kiedy zatem już udało wkroczyć mu się do Wielkiego Septu, nie potykając się przy tym o wielce wystawny dywan, wart najpewniej pół dorzeczańskiej wioski, kiedy zasiadł w jednej z tylnych ław, kiedy – z niejakim rozbawieniem – zauważył, że wśród przybywających gości znajduje się nie kto inny jak Derek Baratheon, mógł w końcu poświęcić uwagę własnym uczuciom.
Te zaś wyrażały nie strach, nie obawę - na razie przeklęte słowo: „niepokój” najlepiej oddawało postać rzeczy. Na domiar złego nasiliło się w nim przeczucie istnienia kogoś obdarzonego pokrewną mu duszą. To dziwne wrażenie towarzyszyło Freyowi od dawna, jednak nigdy nie odczuwał go tak silnie jak teraz. Dziedzic Bliźniaków, nie po raz pierwszy w życiu, zaczął poważnie się obawiać o zdrowie własnych zmysłów.
I dlatego miał wszelkie podstawy ku temu, by być wściekłym – to uczucie zapłonęło jedynie mocniej, gdy do Wielkiego Septu Baelora wkroczył sam Aerys Targaryen, Drugi Tego Imienia, Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi.
Krócej mówiąc – morderca Waldera Freya.
Gdyby tylko Devon był bardziej szalony niż wskazywały na to fakty, gdyby tylko opętała go żądza zemsty, najpewniej w świątyni – i to na oczach całego królestwa – doszłoby do zamachu (który, zważywszy na obecność Gwardzistów, byłby zamachem samobójczym). Dziedzic Bliźniaków popisał się jednak zaskakującą syntezą zdrowego rozsądku oraz zimnej krwi – nie do końca znał przyczynę owego racjonalizmu, choć wiele wskazywało na to, że nie ruszył się z miejsca głównie dzięki Rhaenys Targaryen.
Jej pojawienie się w Sepcie Baelora Błogosławionego było najpewniej pierwszą przysługą wyświadczoną przyszłemu małżonkowi – i być może tym samym najlepszym ślubnym prezentem.
Czy jest bowiem coś bardziej wartościowego od życia?
Devon Frey uważał, że owszem – była to zemsta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
54
Join date :
02/12/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 12:56 am

Przybycie do stolicy nie było takie ciężkie dla rodu Reyne. A szczególnie dla panienki Marianne - podróż na swojej klaczy była jednak strzałem w dziesiątkę. Poza tym, nie widziała powodu przebywania w karocy wraz z matką i ojcem, którzy pewnie by jej ciągle przypominali, aby się zachowywała kulturalnie, a najlepiej nic nie mówiła, bo będą szukali jej kandydata na ślubie. Tak, mało im, że jadą na Królewską Ceremonię, to jeszcze będą szukać swojej najstarszej córce jakiegoś "miłego" Pana. Nie, oczywiście nie uważała, że każdy jest niegrzeczny, po prostu takie ma założenie, z którego nie lubi wychodzić. Tak jest najwygodniej.
Znalezienie się pomiędzy alejkami w Królewskiej Przystani robiło na niej duże wrażenie. Prawdę mówiąc nigdy tutaj nie była i jedynie znała to miasto z opowiadań ojca, ewentualnie starszego brata, a one i tak nie oddały prawdy o tym miejscu. Naturalnie, na sam początek wspominali o wszechobecnym syfie wiszącym w powietrzu, które można było wyczuć bez jakiegokolwiek problemu, ale pomimo wszystko, a szczególnie tego co zostało przed chwilą wspomniane, jest tutaj na prawdę ładnie. Można dojrzeć pewne aspekty upiększające cały ten widok, chociaż nie ma co się też nad tym tak rozczulać i zachwycać. Miasto jak miasto. Jedyną atrakcją chyba jest na razie ślub Króla. W sumie nic innego ją nie obchodziło.
Przemierzała drogę do Septu nadal konno. Pomimo iż chciała dać klaczy trochę odpoczynku po wędrówce do stolicy, wolała pozostać na siodle. Może i nie za bardzo przykuwała uwagę na to, czy się przybrudzi delikatnie podczas drogi pieszej, to bądź co bądź wolała oszczędzić tak piękną suknię, jaką jej uszyli na tą właśnie okazję. Pomimo wszystko trzeba się jakoś prezentować. Szczególnie, że nikt jej nie zna. No właśnie - nikt a nikt nie będzie miał bladego pojęcia kim jest Marianne. Prawdę mówiąc całe życie spędzała na dworze, w zamku lub w pobliżu, gdyż nie widziała potrzeby podróżowania gdziekolwiek. Zawsze robił to ojciec albo brat. Nikt inny. I tak nie miała o czym rozmawiać, jeśli idzie o polityczną strefę życia. Na dodatek, wręcz nie było wskazane, by opuszczała rodzinną posiadłość. To, że trafiła z bratem do zamku Casterly Rock i poznała Lamira Lannistera było równoważne z cudem. Nie, nie przesadzam, to są fakty.
Dotarcie do miejsca wydarzenia nie sprawiało większych kłopotów, a jedynie się przeciągało gdy chciała coś obejrzeć po drodze. Co dziwne, co chwile coś przykuwało jej uwagę, choć nie miało prawa się to stać. Zwykła ciekawość zaślepiła Mari, która z tego wszystkiego dopiero teraz zrozumiała jak bardzo może być już spóźniona na uroczystość.
O dziwo - trafiła jeszcze wcześniej niż jej rodzice, którzy na pewno nie robili jakichkolwiek przerw na oglądanie czegokolwiek. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż pragnęli stawić się na miejscu jak najszybciej, by tylko móc oglądać potencjalnych kandydatów, a i również samego Króla i przyszłą Królową. Marianne na samą myśl o parze młodej zaczęła się zastanawiać czy rodzina Reyne chociaż raz miała okazję poznać jegomościa oraz jego przyszłą żonę. Nigdy nie dowiadywała się, nigdy nie była aż tak bardzo tym wszystkim zainteresowana, gdyż i tak i tak z niczym takim nie było związane jej życie. Jej żywot opierał się na tym, wnioskując ze swoich obserwacji, że ma urodzić dziecko, a najlepiej jak najwięcej synów, wychować ich, czasem dogodzić swojemu mężowi i pogonić służbę jak nie wypełnia swoich obowiązków. Może to i trochę niecodziennie wygląda, jednakże jej matka własnie tak postępuje i nikt się nie skarżył jeszcze. Co z tego, że Marianne nie widzi w tym jakiejkolwiek frajdy? Ani nawet tego, że się niby tak szczerze kochają, co za każdym razem podkreślają? Doskonale wiedziała, iż ich małżeństwo było umową, niżeli związkiem z miłości. To takie przykre, że ciemnowłosą napotka taki sam los, co jej matkę. Która, nawiasem mówiąc, bardziej się o to stara niż ojciec.
Zsiadła ze swojej klaczy, przekazując ją w, prawdopodobnie, zaufane ręce, dając ukochanej zwierzynie jakiś smakołyk. Sama, prawdę mówiąc, nie zwracała uwagi na to, co bierze - to stworzenie i tak wszystko zje, co się jej da. Gdy tylko podarowała jej przysmak i pogłaskała po pysku, odeszła dalej i przyglądała się budynkowi z zewnętrznej strony. Fiu fiu, nieźle się zapowiada to wszystko. Rozglądając się w dość dyskretny sposób nadal była w przekonaniu, iż rodzice musieli się chyba zgubić, ponieważ nie ma śladu za ich karocą, toteż szybciutko trafiła do środka.
Oho, trafiła w idealny moment - jeszcze żadnej z dwójki najważniejszych gości nie było. Postanowiła więc zając jedno z wolnych miejsc ulokowanych z tyłu Septu, nie chcąc wpadać w jakiekolwiek oczyska, nieważne czy przyjazne, czy też nie. Choć, o to było ciężko. Co było tego winą? Otóż jej oszałamiająca suknia, która pokazywała więcej tego, co zawsze chowa głęboko pod materiałem. Poza tym, ten kolor. Czerwień. Czyżby i ona również miała w planach przyciągnięcie wzroku niejednego mężczyzny? Oczywiście, że tak nie jest, nie miała nic takiego w swoich zamiarach. Barwa sukni najzwyczajniej w świecie miała przypominać tą, która znajduje się na lwie w herbie rodu. Nie oczekiwała adoratorów, wręcz pewnie będzie ich odpychać od siebie jak tylko najdalej będzie można, by tylko uniknąć jakichś kłopotów. Nigdy nie wiadomo co może się przydarzyć podczas ucztowania.
Zanim jeszcze Król pojawił się w Septu, rodzice Mari trafili również, w dosłownie ostatniej sekundzie, znaleźli swoje miejsca, niesamowicie daleko od swojej córki, która z tego powodu się cieszyła. Nie chciała wysłuchiwać nieznośnych uwag na temat innych rodów czy tez plotek, jakie  matka miała zamiar znów rozpowiadać innym. Chciała ekscytować się chwilą ciszy i spokoju, a zarazem kontemplacji o owym wydarzeniu. Ślub Króla to najważniejsza rzecz w dziejach historii. Pod tym względem była zadowolona ze swojego udziału w tym wszystkim, ale z drugiej strony nie czuła obowiązku przesiadywania i słuchania ględzenia pierdół. I tak w to wszystko nie wierzyła. Nie było w co wierzyć. Przybycie Mari było znakiem szacunku do głównych gości tego wieczoru, a także i do samych rodziców, aby potem nie suszyli jej głowy, iż nie raczyła nawet kiwnąć palcem w kierunku przybycia i zobaczenia tego na własne oczy. Po części pewnie by tego żałowała, ale to już mniejsza o takie aspekty.
Wcześniej wspomniani przekroczyli próg budynku, gdzie Król znalazł się jako ten pierwszy przy ołtarzu Matki i Ojca, natomiast Rhaenys, bo przecież tak ją zwano, jako druga. Obydwoje pięknie ubrani, oboje atrakcyjni, oboje wiedzący czego oczekują od życia. To będzie na prawdę ciekawy związek, musiała to otwarcie przyznać. Mari z praktycznie samego końca obserwowała to wszystko z dużym spokojem, słysząc co chwile szepty komentujące przepiękną suknię Panny Młodej. Aż poczuła się szpetnie z tą swoją ukazującą tak bezwstydnie swoje walory. Pomimo to, czuła się w niej niesamowicie wygodnie oraz nie czuła dyskomfortu z racji ekspozycji swojego biustu - wręcz była dumna z tego, że zdecydowała się na własnie tą suknię. Inna nie miała prawa znajdować się na jej ciele w dniu dzisiejszym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark, High Tide
Liczba postów :
173
Join date :
28/07/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 1:47 am

Wyjdziesz za mąż. Wydasz na świat dziecko. Przedłużysz linię rodu.
Te słowa bez końca pobrzmiewały w uszach młodej dziewczyny.
Została postawiona przed faktem. Nie pytaniem, nie prośbą, a faktem - nie miała prawa ani możliwości, aby sprzeciwić się decyzji Lorda Pływów. I nie miała zamiaru.
Cóż mogła zrobić? Sama wiedziała, że prędzej czy później zostanie wepchnięta do małżeństwa, które bądź co bądź było koniecznością! Nie spodziewała się jednak, że po tak krótkiej wizycie swojego niemalże zapomnianego kuzyna, Daenora, jego pan ojciec zaufa mu na tyle, by wydać swą bratanicę za mąż.
Czy chciał go sprawdzić? Przekonać się na własnej skórze, czy właśnie odzyskał cenną talię w swych kartach?
Być może. Pod maską ładnej twarzy i przyjemnego dla oka uśmiechu, w głowie Daenerys walało się wiele myśli.
Idea podróży do Królewskiej Przystani po raz pierwszy, jak i obejrzenie na własne oczy ślubu króla Andalów była ekscytująca, choć wtedy rozmyślania na temat swego własnego małżeństwa mimowolnie odwracały uwagę szlachcianki od ważniejszych spraw.
Jaką suknię wybrać? Jak zrobić dobre pierwsze wrażenie? Co zrobić, aby przedstawić swój ród najlepiej jak się potrafi?
Do wyruszenia z Driftmarku pozostało mało czasu, a młodej dziewczynie serce stawało w gardle. Miała być to jej pierwsza prawdziwa uczta - doprawdy, ślub był idealną okazją do zaprezentowania się dwornej śmietance.
Miała miesiąc do oswojenia się z faktem małżeństwa. Zawsze mogło być gorzej. Nie miała związać się z zupełnie obcym mężczyzną, lecz swoim kuzynem - człowiekiem, którego w pewien sposób znała, pomimo jego ucieczki w tak młodym wieku. Czuła jego bliskość, ale wiedziała, że poza rodzinnymi węzłami nie złączy ich emocjonalnie nic więcej - bezwzględnie na to, czy wkrótce wyda na świat jego dziecko, czy też nie.
Dobili do portu. Królewska Przystań definitywnie różniła się od tego, jak młoda przedstawicielka Velaryonów ją sobie wyobrażała. Wiele osób nienawidziło tego miejsca, jak i wiele najchętniej chciałoby wrócić do swych domów. Trudno jednak w takiej sytuacji wybierać; większość westerowskich rodów oddałoby wiele za choć ułamek atencji ze strony Targaryenów. Czy znajdzie się do tego lepsza okazja, niż zaślubiny? Zapewne nieprędko!
Od razu po opuszczeniu statku dziewczyna poczuła przytłaczający, wręcz duszący zapach ryb jak i pokrzyki jakichś wieśniaków. Cóż. Nie miała nigdy wglądu do typowego, miejskiego życia, tak więc mogła to potraktować jako kolejną lekcję.
Podczas podróży Daenerys trzymała się z dala od swojego narzeczonego. Miała przeczucie, że ani ona ani on nie są zadowoleni z pomysłu ożenku. Dzięki niedawnej, krótkiej rozmowie na balkonie w High Tide, srebrzystowłosa mogła stwierdzić, że Daenor różni się od większości szlachciców.
Nie był posłuszny ojcu. Uciekł. Musiała przyznać, że czuła do kuzyna niemały podziw. W końcu kto inny zaliczyłby rodzinę jako przeszłość i spróbował szukać szczęścia gdzie indziej?
Owszem, był ambitny. I mogła to stwierdzić nawet po znikomej wymianie zdań. Rozumiała również, że chciałby pojąć za żonę jedną z ważniejszych rodzin, niźli kontynuować starą, valyriańską tradycję.
Niewiele minęło, gdy drobna postać o jasnych włosach znalazła się między ulicami stolicy. Większość również nie wyglądała jakoś specjalnie. Z krokiem na krok natomiast uciążliwy zaczął stawać się zapach - odór zgniłych warzyw, owoców, czy też sam zapach lejącego się litrami potu, spływającego po czole ciężko pracujących, silnych mężczyzn.
Tak! To miasto definitywnie nie wyglądało na takie, jakie wyobraziła sobie młódka. Sama właściwie nie wiedziała, czego oczekiwała. Miała jedynie nadzieję, że w Czerwonej Twierdzy nieprzyjemny zapach zniknie - przecież jest to siedlisko smoków, które raczej cenią sobie najwyższe standardy wygody.
Przed wejściem do septu zrobiło jej się trochę duszno, jednakże zignorowała to nieciekawe uczucie i wstąpiła do środka świątyni, od razu zerkając ukradkiem na lewo i prawo, lustrując swymi fioletowymi oczami zebranych gości, których było wiele. Choć to chyba za mało powiedziane.
Odetchnęła z ulgą, gdy zorientowała się, że ceremonia jeszcze się nie rozpoczęła. Dobrze. Wypatrzyła wzrokiem Aenora, co nie było tak trudne dzięki nietuzinkowemu wyglądowi. Usiadła niedaleko niego, oglądając ciekawskim wzrokiem sept, jednak na tyle skrycie, aby nikt tego nie zauważył. Po drodze wymieniła kilka uśmiechów z zebranymi, szczególnie szczery posyłając dla panny - jak sądziła po barwach, w jakich była strój - Reyne.
Była odziana w jasnoniebieską suknię szytą na wzór mody z Volantis; srebrne obszycia i detale dopełniały całą kreację. Jej srebrzystozłociste, ułożone długie włosy opadały bezwładnie na plecy dziewczyny. Ramiona przyozdabiał długi, ciepły płaszcz w kolorach podobnych, co ubiór. Na palec serdeczny u lewej dłoni wsunęła pierścień, który delikatnie błyskał w blasku świec.
Na szczęście Daenerys przybyła w samą porę - krótko po przybyciu do septu rozpoczął się pochód, na którego czele oczywiście stał król Aerys II. Pasował do opisu z wielu historii, jakie słyszała. Dumny, tajemniczy, mocno stąpający po ziemi. Wywołał jednak u dziewczyny pewien niepokój.
Nie potrafiła jednak stwierdzić dlaczego tak się poczuła.
Wkrótce setki oczu zaczęły spoglądać na smoczą księżniczkę - zachwycającą wyglądem, stąpającą miękko i wolno po dywanie prowadzącym do ołtarza, przy którym wkrótce miała złożyć przysięgę małżeńską. Dziewczyna poczęła podziwiać przyszłą królową za odwagę, którą było widać z daleka. Wydawała się być taka niewzruszona tym, co stanie się za niedługo...


Ostatnio zmieniony przez Daenerys Velaryon dnia Sob Lut 13, 2016 1:15 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Ostatnie Domostwo
Liczba postów :
133
Join date :
14/01/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 9:45 am

Czuł się jak głupiec, któremu nakazano odgrywać błazna.
Na pamięć zmarłych, cała Północ wiedziała, że z dziedzica Ostatniego Domostwa żaden dyplomata. Był zbyt wielki, zbyt głośny i zbyt przerażający dla południowców, by ci przeszli z jego obecnością do porządku dziennego.
Do tego miał wrażenie, że śmierdzi gorzej, niż ulice Królewskiej Przystani.
Trwająca ponad trzy tygodnie podróż była przeprawą, która przeniosła Umbera do innego, karykaturalnego świata – świata, gdzie na łąkach nie leżał choćby jeden płatek śniegu, świata, gdzie słońce grzało niemiłosiernie, świata, gdzie wciąż panowała wczesna jesień, a przyroda nie zamarła pod marznącą skorupą lodu.
Tak. Czuł się jak skończony głupiec, która dźwiga na ramionach brzemię kłopotów ciężkie jak podwójna kolczuga. Beren przysłonił oczy ramieniem i spojrzał ku północy, tam, skąd przybył dwa dni wcześniej. Nierówne, postrzępione dachy domostw skutecznie przesłaniały widnokrąg, przytłaczając Umbera, odbierając mu poczucie przestronności, które na Północy było czymś naturalnym – czerwone dachówki wyznaczały linię horyzontu, za którym krył się dom. Jego wspomnienie przyprawiło olbrzyma o bolesny skurcz.
- Czy to prawda? - spytał Dorven, zaokrąglonymi z podziwu oczami wpatrując się w paraliżująco olbrzymią, górującą ponad miastem budowlę.
- Co? – głos Berena, zadziwiająco burkliwy i niechętny, z najwyższym trudem przedarł się przez panującą na zatłoczonych ulicach wrzawę. Dziedzic Ostatniego Domostwa po raz pierwszy odwiedzał Królewską Przystań i nie podobało mu się to, co zobaczył.
Wielka, stłoczona, ludzka masa – tak liczna, że całej Północy nie zamieszkiwało tyle żywych istnień. Olbrzymie, rzucające cień budynki – tak wysokie, że nawet olbrzym pokroju Umbera czuł się przy nich mały i nic niewarty. Ciekawskie, natarczywe spojrzenia – tak obce, że Beren pragnął nie opuszczać wynajętego w karczmie pokoju.  
- Czy to prawda? – Dorven skinął głową w stronę Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego, który wznosił się dumnie na swoim wzgórzu. Zbliżało się południe, więc świątynia rzucała krótki cień. - Czy tam leży pochowany Baelor Umiłowany?
- Wątpię – odparł Umber, marszcząc krzaczaste brwi. - Niby dlaczego miałby tam leżeć?
- Czy nie dlatego nazywają budowlę Septem Baelora Błogosławionego?
- A jak mają nazywać? Fiutem Baelora Błogosławionego?
Brack uniósł gęste brwi, w końcu odrywając spojrzenia od wszechobecnych na ulicach dziwek.
- Skoro już o tym mowa, to rzeczywiście trochę przypomina...
Dorven mu przerwał.
- Ciekawi mnie, skąd taka nazwa, skoro on nie jest tam pochowany?
Beren popatrzył na niego, jakby był największym idiotą na Północy. Niewykluczone, że miał rację.
- Niedaleko Ostatniego Domostwa płynie strumyk, który nazywają Potokiem Brandona Starka. – Umber westchnął ciężko, ocierając pot z czoła – odkąd tylko minęli Przesmyk żałował, że zabrał ze sobą wyłącznie gruby, zimowy przyodziewek. W Królewskiej Przystani futra były skrajnie niepraktyczne, do tego przyciągały spojrzenia wszystkich napotykanych ludzi. - Na Północy jest pewnie z pięćdziesiąt innych strumieni noszących tę nazwę. Prawdopodobnie legenda głosi, że Brandon Łamacz zaspokoił pragnienie ich czystą wodą przed jakąś opiewaną w pieśniach przemową, szarżą bądź obroną. Podejrzewam, że najwyżej do nich naszczał, jeśli w ogóle zbłądził w tamte okolice. Tak to jest być bohaterem. Każdy chce dostać kawałek ciebie. – dziedzic Ostatniego Domostwa podrapał z westchnieniem gęstą brodę, zatrzymując się u szczytu marmurowych schodów, które prowadziły do wyniosłej (jak wszystko w stolicy) świątyni.
Był przekonany, że za pięćdziesiąt lat pojawi się tuzin Potoków Aerysa Targaryena w pobliżu gospodarstw, których nigdy nie odwiedził, a ludziska będą je sobie pokazywać z maślanymi oczami i pytać: „Czy to prawda, że Aerys Drugi leży pochowany pod tym strumieniem?”
- Zresztą, kogo obchodzi, kto leży tu pogrzebany? - mruknął Umber, myśląc o wszystkich ludziach, których przy nim zakopywano, palono, puszczano z nurtem rzeki. - Kiedy człowiek trafi do ziemi, zostaje po nim błoto. Błoto i opowieści, które często nie mają wiele wspólnego z jego życiem.
Ciężki, równy chód wyznaczał melodię, w takt której dziedzic Ostatniego Domostwa pokonywał ostatnie schody prowadzące go ku Septowi.
Występował dziś w imieniu Północy, choć sam do końca nie wiedział, cóż to do licha znaczy – w imieniu Północy oznacza w imieniu czego? Wzgórz, lasów i rzek? Rodów? Mieszkańców?
Jeśli tak, to wybrali bardzo niewłaściwego przedstawiciela.
Beren Umber nie znał obrządku Siedmiu. Nie potrafił wymienić wszystkich nowych Bogów. Nie wiedział, kiedy ma stać, kiedy klęczeć, kiedy wznosić modły i jakich słów używać w ich trakcie – był wyłącznie okrytym niedźwiedzim futrem, ogromnym przybyszem z zapomnianej części królestwa, tak ogromnym, że wkraczając do Septu zdawał się zakłócać proporcje wielkiej sali. Ławy, ołtarze, nawet strażnicy odziani w biel - wszystko zaczęło nagle przypominać swą pomniejszoną wersję, przeznaczoną jakby dla dzieci. Poznaczona bliznami twarz jak surowa forteca, na której można stępić ostrze topora, oczy jak gwoździe pod brwiami niczym kowadło, długie, czyste i wyczesane, lecz nadal nieokiełznane włosy i nieskazitelnie czarna broda – dziedzic Ostatniego Domostwa nie mógłby różnić się bardziej od zebranych w świątyni gości.
Był jak plama na nieskazitelnej bieli sukni – plama o tyle niespotykana, że… zawstydzona.
Umber z przejawem najwyższej ostrożności przyjął prezent tuż przed wejściem do Septu – przez całą drogę, podczas której szukał właściwego miejsca, trzymał niewielkie pudełeczko w palcach, zdartych i opuchniętych po całym życiu wypełnionym czarną robotą. Nawet ktoś tak wysoki jak on czuł się przytłoczony wnętrzem olbrzymiej świątyni, przyozdobionej tak bogato, że Beren mógł przypuszczać, iż bez problemu starczyłaby na wykupienie Ostatniego Domostwa.
I to czterokrotnie.
Beren powoli rozejrzał się po Sepcie, zatrzymując spojrzenie jasnych oczu na kolejnych gościach, w końcu zaś – na władcy.
Nie widział nigdy żadnego Targaryena, choć nawet na dalekiej Północy sławiono ich niespotykaną urodę – i choć w wypadku Aerysa Targaryena nie mogło być mowy o pięknie, w jego ruchach, w jego krokach, w sposobie, w jaki patrzył na poddanych kryło się coś, czego nie można było podrobić.
On – król. Oni – jedynie kurz na drodze.
Był niski (choć z perspektywy Umbera wszyscy byli niscy), nie oznaczało to jednak, że takim się czuł – Beren podejrzewał, że królowie po prostu rodzą się z tym pierwiastkiem wyniosłości, którego nie ukryje nawet najlepsze przebranie. Kiedy dziedzic Ostatniego Domostwa uznał, iż widok Aerysa był jedynym obrazem, którego nie zapomni do końca swych dni, w świątyni znalazła się Rhaenys Targaryen.
I dopiero wtedy Beren Umber zrozumiał, czym jest prawdziwe piękno.
Poczuł, jak zaczynają palić go policzki - nie wiedział, czy tak bezpośrednie wpatrywanie się w kobietę równie oszałamiającą jest akceptowalne w stolicy... na dobrą sprawę nie chciał wiedzieć  - i tak nie zdołałby oderwać wzroku od ucieleśnienia tego, co ludzie zwali valyriańskim pięknem. Żaden z niego poeta - nie potrafił odnaleźć właściwych słów, nawet nie wyobrażał sobie, że w przeciągu całego życia będzie mu dane ujrzeć kogoś równie pięknego, kogoś, kto samym spojrzeniem lawendowych oczu potrafił otumanić człowieka.
Dziedzic Ostatniego Domostwa jeszcze nigdy nie czuł się tak bezradnie jak wtedy, w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego, setki mil na południe od domu i ledwie kilka jardów od pary, która rządzić miała Siedmioma Królestwami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 3:23 pm

Ślub Aerysa II Targaryena z jego kuzynką był z pewnością wydarzeniem na skalę całego królestwa - wydarzeniem, które w większości mieszkańców budziło ogromną radość i podniecenie. Estelle była chyba jedną z nielicznych osób, których królewskie zaślubiny nie ekscytowały aż tak mocno. Albo wcale. Niemniej nie zmieniało to faktu, że w drodze do Królewskiej Przystani kobiecie towarzyszyła najzwyklejsza ciekawość. Nigdy nie widziała Rhaenys Targaryen na własne oczy, ale o jej niezwykłej urodzie słyszała wiele. Tak wiele, że aż trudno było uwierzyć, że jakaś dama może być aż tak olśniewająco piękna. Czy zaspokojenie tej ciekawości było warte przebywania szesnastodniowej, męczącej podróży? Według ciemnowłosej nie, aczkolwiek jej zdanie, jako bratanicy Lorda Randylla, rzadko było brane pod uwagę. Jeśli zaś chodzi o samo uczestniczenie w ceremonii ślubnej królewskiej pary, było to jej obowiązkiem narzuconym przez wuja oraz Pana Ojca. Młoda Tyrellówna zaczęła nawet doszukiwać się w tym wszystkim drugiego dna. Bowiem nie od dziś wiadomo, że wielkie, dworskie uroczystości zawsze stwarzały okazję do zaciśnięcia relacji pomiędzy rodami, a co za tym idzie do znalezienia córce, bądź bratanicy, odpowiedniego kandydata na męża. Wizja zamążpójścia była dla Estelle co najmniej przerażająca. Prawie współczuła tym kobietom, które są poniewierane przez swoich mężów, które muszą zaspokajać ich mniejsze i większe potrzeby, rodzić im dzieci... Co dostają w zamian? Parę kiecek, jakiś ładny naszyjnik oraz... nowinkę o przyjściu na świat kolejnego bękarta swojego "poczciwego" małżonka. Tak czy owak panienka miała pełną świadomość, że wyjście za mąż i wydanie na świat potomka jest jednym z obowiązków każdej wysoko urodzonej kobiety. Nie mogła tak po prostu się od tego wymigać. Mogła jedynie spróbować to wszystko opóźnić lub przynajmniej mieć nadzieję, że zostanie wydana za mężczyznę, który nie zalicza się do tych wyżej wspomnianych. A to poniekąd graniczyło z cudem.

Pannie Tyrell udało się dotrzeć do Królewskiej Przystani dokładnie jeden dzień przed ceremonią, dzięki czemu starczyło jej czasu na odświeżenie się, odpoczęcie po długiej podróży i późniejsze przygotowanie do wzięcia udziału w wielkim wydarzeniu.
- Dziękuję ci za twą pomoc, Ahryso - powiedziała do swojej osobistej służki zanim opuściła komnatę. Ahrysa była istną skarbnicą wiedzy. Była bardzo zaradna, wręcz wyjątkowa. Estelle nie wyobrażała sobie, by ktoś inny miał ją zastąpić.

Ulice stolicy były wypełnione po brzegi ludźmi różnego sortu, dlatego do Wielkiego Septu Baelora Panna Tyrell została odprowadzona przez niewielką grupę strażników, którzy nie pozwalali nikomu się do niej zbliżyć. Niemniej co jakiś czas zatrzymywała się w celu rzucenia tym biedniejszym wieśniakom paru monet.
Stanąwszy w końcu przed drzwiami wielkiej, zachwycającej swą majestatycznością, świątyni, kobieta powoli i ostrożnie ściągnęła z głowy kaptur, który był częścią jej peleryny. Nie chciała bowiem popsuć swojej skromnej, wykonanej przez Ahrysę, fryzury. Spod kremowej narzuty wystawał kawałek materiału, idealnie pasującej kolorem do obecnej pory roku, sukni. Do środka została wpuszczona niemal od razu. Dodatkowo wręczono jej niewielkie pudełeczko, którego wieko postanowiła delikatnie uchylić i rzucić okiem na jego zawartość. Ciekawe - pomyślała. Nic jednak z tego pudełeczka nie wyjęła. Ostatecznie zamknęła je, po czym najpierw owiała bogate wnętrze septu wzrokiem, a potem zaczęła szukać znajomych twarzy. Gdzieś w oddali dostrzegła swojego kuzyna, a po chwili również i starszą siostrę. Uśmiechnęła się pod nosem i, wyminąwszy kilkanaście innych osób, stanęła obok tej drugiej.
- Ismeyno - przywitała się z siostrą, starając się okazać jej należyty szacunek. Co jak co, ale w takich sytuacjach umiała się zachować. Rodzina nie musiała się za nią wstydzić.
Jeśli Ismeyna nie miała nic przeciwko, to Estelle zajęła miejsce w tej samej ławce i zaczęła uważnie obserwować to, co działo się wokół - gości, ich zachowanie, a później samego króla, który jako pierwszy ukazał się oczom zebranym. Choć w przeciwieństwie do większości Targaryenów nie powalał swą urodą na kolana, tak teraz prezentował się co najmniej bardzo dobrze. Co innego można było powiedzieć o przyszłej królowej, której oblicze panna Tyrell oglądała po raz pierwszy w swoim niedługim życiu. Pojawienie się jasnowłosej piękności, ubranej w szaty godne smoczej damy, zwróciło chyba uwagę wszystkich przebywających w budynku ludzi. Panienka z Wysogrodu szybko przekonała się, że pogłoski na temat niezwykłej urody Rhaenys były prawdziwe. Choć pewnie znaleźliby się i tacy, którzy wyszeptaliby, że jej uroda to kwestia sporna...
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 4:52 pm

Dzisiejszego ranka obudziła się z krzykiem, który zamarł, gdy tylko zdała sobie sprawę, że już nie śpi. Zaczerpnęła głęboko powietrza, przez chwilę próbując odnaleźć się w otoczeniu – dopiero po dłuższym momencie dotarło do niej, że znajduje się w karczemnej komnacie. W całej tawernie o tak wczesnej porze dzwoniła cisza, wysokim, drażniącym wibrowaniem. Wydawała się przerażająca. Sybille z wysiłkiem usiadła na brzegu łóżka - oddychała z trudem, szeroko otwarte oczy wlepiła w ciemność . Ogarniało ją coraz większe, irracjonalne przerażenie, jakby cień przeczucia usiadł gęstą siecią na jej umyśle i oplatał z każdą chwilą coraz ciaśniej.
Żeby chociaż Selwyn tu był!
Tak bardzo pragnęła usłyszeć, jak spokojny głos brata tłumaczy, że sen, który przed chwilą śniła, wynika z jej lęków i niewiary i jest niepotrzebnym trwonieniem energii.
- Nic złego się nie stało – powtórzyła na głos szeptem. - To tylko moja skłonność do zamartwiania się. Upiory wyobraźni, nic więcej.
Ale w głębi duszy, tam gdzie pulsowało źródło mdłego przerażenia, wiedziała doskonale, że śniła obraz rzeczywistych wydarzeń. Czasami żadna z rzeczy wokoło nie była w połowie tak realna jak jej sny. Panna Tartg zacisnęła powieki z mocą, zakryła dłońmi twarz. Szept popłynął przez ciemność, łamiąc kryształową strukturę ciszy, niby litania potępionego na krawędzi otchłani.
- Dobra Matko, siło kobiet, pomóż córkom przetrwać trwogę…

***

Nie była dobrym towarzyszem podróży – na dobrą sprawę odpowiadała jedynie na pytania Lady Rhaelle, której spojrzenie – jak zwykle czujne i przenikliwe – niemal natychmiast wychwyciło u córki Lorda Tarth ledwie zauważalny, choć niepokojący cień powściągliwości. Sybille rzadko bywała ponura, jeśli zaś podobny stan rzeczy już zachodził, musiała mieć ku temu konkretne powody. Oczywiście na pytania spod znaku dobrze się czujesz? czy wszystko w porządku?, odpowiadała  z właściwą sobie uprzejmością, skrywając własne troski pod łagodną maską uśmiechu – mimo wszystko Sybille była pewna, że nie wytrzyma tak zbyt długo i jeszcze dzisiaj ogłosi kapitulację, pragnąc czym prędzej opuścić królewskie weselisko.
Nie musiała towarzyszyć ruszającym z Końca Burzy suzerenom – na dobrą sprawę miała ochotę zaszyć się w potężnym zamczysku wraz z Orysem i tam spędzić kilka najbliższych tygodni, w oczekiwaniu na wieści z Wysogrodu oraz… oraz co?
Czego tak właściwie oczekiwała?
Być może deklaracji ze strony Pana Ojca – deklaracji, że przez najbliższe miesiące nie będzie raz za razem wspominał o zaślubinach, o mężu, dzieciach, spełnianiu obowiązku, o czerpaniu przykładu z księżniczki Rhaenys Targaryen, która z godnością wyczekiwała na zamążpójście. Być może pragnęła słów pocieszenia – tym z kolei najskuteczniej obdarzał ją Orys Baratheon, z natury spokojny, przenikliwy, pełen zrozumienia, zupełnie jakby Bogowie stworzyli go, aby niósł bliźnim ukojenie. Być może Sybille pragnęła ucieczki przed rzeczywistością – przed tą mroczną, ciężką peleryną codzienności, z którą musiała zetknąć się w chwili opuszczenia bezpiecznych murów Końca Burzy.
Być może chciała uciec przed Derekiem Baratheonem, zupełnie jakby jego obecność przysparzała jej niezrozumiałych, nieumyślnych przecież katuszy.
Być może we wszystkim tkwiło ziarno prawdy – prawdy, której Sybille Tarth nie potrafiła stawić czoła i przed którą ukrywała się tchórzliwie w obawie o własną nietykalność, o ten pozornie bezpieczny azyl, jaki przyszło budować jej od chwili narodzin.
Mogła istnieć jeszcze jedna przyczyna, coś, co nie dotyczyło rzeczy materialnych, coś, co nie wynikało z obecności ludzi, na których jej zależy. Panna Tarth nabrała tej pewności dzisiejszego ranka, kiedy zlana potem obudziła się pośród ścian karczemnego pokoju.
Doskonale to wyczuwała – coś nieuchronnie zbliżało się ku niej, coś zimnego i całkiem wypranego z emocji. Jakaś oślizgła, straszna rzecz, przed którą musi bezwzględnie się uchronić, choć doskonale wie, że znikąd nie może oczekiwać ratunku. Nagle w przebłysku olśnienia zrozumiała.
To nadchodziła przyszłość. Nadchodził ten czas do przeżycia, który trzeba zabić, stępić, oszukać.
Rozszerzonymi źrenicami wpatrywała się w swoją przyszłość, gdy za nią jak brudny, bury cień czaiła się przeszłość.  Życie u boku Dereka Baratheona, życie bez Dereka Baratheona, życie z innym mężczyzną i bez żadnego mężczyzny… czuła, jak nogi odmawiają posłuszeństwa, stają się coraz bardziej ciężkie, w końcu zaś niezgrabnie ruszają z miejsca i kierują Sybille Tarth w głąb Septu Baelora Błogosławionego. Wykonywała niemal machinalne ruchy, które stanowiły jedynie ponurą karykaturę lekkości i swobody, jaką charakteryzowały się zebrane w świątyni damy. Najstarsza córka Lorda Evenfall Hall wydawała się sobie niezgrabna, ociężała, pozbawiona jakiegokolwiek smaku, po prostu ohydna w ten nieszczęsnej sukni, która na tle innych, wyciętych, półprzeźroczystych, bogato wyszywanych przywodziła na myśl ociosany siekierą kloc niebiesko-złotego drewna.
Zapragnęła wrócić na Szafirową Wyspę i już nigdy jej nie opuszczać.
Wiedziała jednak, że nie mogła tego uczynić i właśnie ta rozbieżność pomiędzy chęcią a niemocą niemal doprowadziła ją do płaczu. Ze spuszczonym wzrokiem zasiadła ledwie dwie ławy od miejsca, które zajęli członkowie rodu Baratheon z Lady Rhaelle na czele.  Dopiero teraz do Sybille dotarło, jak bardzo zmęczona była podróżą i niemal nieprzespaną nocą, jak mocno pragnęła opuścić to imponujące, rozświetlone blaskiem tysięcy świec miejsce, jak rozpaczliwie chciała nie wpatrywać się w plecy Dereka Baratheona nawet wtedy, gdy do septu wkroczył Aerys Targaryen – zresztą obecność władcy wywarła na pannie Tarth paraliżujące wrażenie. Nagle, zamiast rozpaczy, jęła odczuwać wyłącznie męczący, kąsający niczym na wpół oszalały zemstą demon. Z tego irracjonalnego, z najwyższym trudem ukrywanego przerażenia jęły pocić się jej ręce i sztywnieć palce – Sybille z mozołem splotła ze sobą dłonie, niepewnie spoglądając na majaczącą przy wejściu sylwetkę księżniczki Rhaenys Targaryen. Nigdy nie śmiała wątpić w urodę valyriańskich kobiet, jako ideał stawiając sobie Lady Rhaelle Baratheon – jednak mimo wszystko musiała przyznać, że przyszła władczyni Siedmiu Królestw przewyższała urodą nawet panią Końca Burzy, która jako młoda kobieta przynajmniej trzykrotnie mianowana była na turniejach Królową Miłości i Piękna.
Dziś ten tytuł należał się wyłącznie Rhaenys Targaryen, zaś Sybille Tarth mogła jedynie podziwiać piękno, które dla żadnej z zebranych w Sepcie dam nigdy nie będzie osiągalne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
14
Join date :
11/01/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 4:58 pm

Królewska Przystań poprzednim razem nie zdołała mu zaimponować. Spotkał się z brutalną rzeczywistością, w pewnym stopniu zobaczył miasto takie, jakim jest. Ulice miasta okupowali ludzie biedni, pokrzywdzeni przez los oraz własne decyzje. Żebracy, złodzieje, szabrownicy. Ludzie trudzący się zajęciami powszechnie tępionymi. Wszystko tylko, aby przeżyć. Za ceglanymi murami Czerwonej Twierdzy toczyła się zaś polityczna rozgrywka, równie brudna co niektóre ulice miasta. Przystrojona w bogate szaty, skryta za wystawnymi ucztami, gdzie niesmak jadowitych słów zapijano winem. Subtelność, tajemniczość, elegancja. Cała ta mgła pozorów, aby ukryć prawdziwe oblicze świata wyższych sfer: intrygi i spiski. Ich istnienie zdawało się być oczywiste, a mimo to tak trudno było je przewidzieć. Leyton przez długi czas odcinał się od tego wszystkiego, a nikt nie wywierał na nim presji. Nie mógł jednak uciekać przez wieczność. Należał do jednego z największych rodów w całym Westeros. Byli bogaci, byli wpływowi, byli ważni i poważani. Czas beztroski musiał pewnego dnia przeminąć. Mężczyzna nie myślał o tym dużo, lecz w głębi duszy czaiła się ta świadomość. Kiedyś trzeba będzie dorosnąć. Dlatego tym bardziej należało korzystać ze wszystkich okazji, jakie się natrafiały. Korzystać ze swobody, jaką niosła młodość.
Na ten jeden dzień, może tydzień, Królewska Przystań zmieniła swe oblicze. Wszystkie problemy świata odeszły na bok, liczyło się tylko jedno wydarzenie. Ślub królewskiej pary. Zjawić się na nim wypadało każdemu, zwłaszcza przedstawicielom najważniejszych rodów. Najmłodszy syn lorda również skorzystał z tej okazji. Sam nie był w stanie stwierdzić, dlaczego. Same zaślubiny nie budziły w nim takiego entuzjazmu, jaki widoczny był u wielu napotkanych na ulicach ludzi. Atmosfera radości oraz podniecenia wręcz biła od stolicy, wrzawa nie cichła nawet na moment, jakby chcąc poinformować każdego przybyłego o trwających przygotowaniach. Lecz czy tak naprawdę coś się zmieniło? Brud i ubóstwo pozostały, skryte gdzieś za masą ludzi kierujących się w stronę Wielkiego Septu. Nie ważne, jak bardzo chciało się wierzyć w tą grę pozorów, prawdziwy obraz miasta tkwił w głowie Leytona. Nie potrafił, a może również nie chciał, go wyprzeć. Po stolicy oczekiwało się czegoś więcej. Stanowiła w końcu siedzibę króla, a czyż jego rolą nie było dbanie o losy swych mieszkańców? Stanowiło to tylko jedno z pytań, których nie wypadało Baratheonowi zadać głośno. Pozwolił mu zatem zawisnąć w niemej przestrzeni jego własnej świadomości.
Najmłodszy syn lorda został dokładnie dopilnowany. Nie było to do końca konieczne, ale znany był jego lekceważący stosunek to pewnych kwestii związanych z higieną oraz ubiorem. Jego twarz została gładko ogolona, nie pozostawiając po sobie nawet śladu zarostu. Odbył długą kąpiel, która dokładnie oczyściła jego ciało z potu, kurzu dróg oraz brudu nabytego w trakcie podróży. Pomimo bezproblemowego jej przebiegu, pewnych nieprzyjemności nie dało się uniknąć. Stare ubrania wylądowały na powrót w skrzyni, ich miejsce zastąpił ubiór zdecydowanie bardziej do sytuacji pasujący. Pragnął mieć powód do narzekań, na cokolwiek co nie przypadło jego upodobaniom, nie znalazł jednak żadnego wiarygodnego powodu. Strój dopasowany był idealnie, przylegając do jego odświeżonej i pozbawionej nieprzyjemnych woni skóry. Nie pozostało nic więcej, aniżeli dołączyć do reszty swej rodziny oraz przemierzyć ulice Królewskiej Przystani w kierunku Wielkiego Septu.
Pewne kwestie nie zdołały się zmienić. Szare ulice nie zdołały zmienić się nawet na okres królewskiego ślubu. Młody mężczyzna co chwilę musiał żwawo przeskakiwać nad jakimś bliżej nieokreślonym obiektem zalegającym na ziemi. Przerażenie, jakie cały brud budził u przechodzących szlachetnych pań oraz niektórych panów, którzy za wszelką cenę walczyli o utrzymanie swego stroju w czystości – rozbawiło to trochę Leytona, wywołując niewielki uśmiech na jego twarzy. Przedzieranie się przez tłum samo w sobie nie było zadaniem najłatwiejszym. Potknięcie jednej osoby mogło wywołać efekt domina, a to zapewne wywołałoby niemałą kłótnię. W końcu jednak i on zdołał dotrzeć do swego celu. Przed jego oczami zamajaczyła majestatyczna świątynia. Budynek z pewnością wart zapamiętania, piękny, charakterystyczny. Przekraczając jej próg w jego ręce trafiła niewielka szkatułka. Uśmiechnął się lekko i machinalnie kiwnął głową, dziękując za upominek, którego z pewnością się nie spodziewał.
Wnętrze urządzone było wspaniale. Bogactwo wystroju imponowało, zaś u młodego Baratheona wywołało nawet lekkie uniesienie brwi. Podobnego rozmachu należało się spodziewać, w końcu była to uroczystość dwóch najważniejszych postaci całego Westeros. Nie sposób było się jednak nie zreflektować, ile podobna uroczystość musiała kosztować. Kolejne z pytań, które młodzieniec pozostawił dla siebie. Mimo wszystko, kontrast pomiędzy zapierającą dech w piersiach uroczystością a obrazem najuboższych mieszkańców stolicy był smutny, wręcz przerażający. Zupełnie, jakby przenikały się ze sobą dwa oddzielne światy, które nigdy tak naprawdę nie powinny się spotkać. Syn lorda Burzy westchnął bezgłośnie. To nie był ani czas, ani miejsce na tego typu refleksje. Szybko pojął, że nie dotarł do Septu wystarczająco szybko, zwalniając nieświadomie kroku na ulicach. Większość najlepszych miejsc okazała się zajęta, pozostało mu zatem wybrać jedno z pozostałych, umieszczone gdzieś w dalszych ławach.
Obserwował wejście pary z uwagą, jego twarz nie zdradzała jednak większych emocji. Nie zazdrościł im. Na ich barkach spoczywał cały ciężar królestwa, wszystkie jego problemy oraz problemy jego mieszkańców. Znajdowali się na ustach każdego obywatela Siedmiu Królestw, ich poczynania obserwowało całe Westeros. Wiadomym było, kto po cichu będzie obwiniany za wszelkie porażki. Przyjęli na siebie odpowiedzialność, której Leyton zawsze się bał oraz której unikał. Kobieta dumna, pewna siebie oraz przede wszystkim piękna. Już samym sposobem bycia, bez wypowiedzenia nawet słowa, budziła respekt. Nie musiała wypowiadać nawet słowa. Być może właśnie taka powinna być królowa. Widok samego króla z pewnością również budził ekscytację. Trudny do przeczytania, skryty za lekkim uśmiechem. Baratheon sam nie był pewien, jakie dokładnie emocje budzi w nim ten starszy mężczyzna. Respekt? Strach? Niemożliwe do zdefiniowania. Bez wątpienia jednak królewska para stanowiła atrakcję, odciągała uwagę od wszelakich zdobień, ołtarza, wszystkich innych gości. To właśnie na nich spoczął wzrok wszystkich zebranych, którzy oceniali i wysnuwali wnioski.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Yronwood
Liczba postów :
166
Join date :
28/02/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 7:34 pm

Czy ktokolwiek wyobrażał sobie lepszą sposobność ku temu, by zgromadzić w stolicy podobną ilość błękitnej krwi? Jeśli nie z ciekawości, przybywali tu tłumnie z obowiązku. Jeśli nie z obowiązku, to… Nie. to niemożliwe.
Jeyne czuła, iż zmęczenie podróżą odrysowuje się wyraźnie na jej ledwie muśniętej słońcem twarzy. Jak zwykle zastygłej w zbyt poważnym wyrazie, jak zwykle wyciosanej w marmurze ręką kogoś, kto w życiu nie został obdarzony ani jednym uśmiechem.
Było jej zimno; niebo miało odcień wyłowionego z wody topielca, chmury płynęły po nim szybko, zupełnie, jak gdyby były świadkiem czegoś strasznego i pragnęły się czym prędzej oddalić. Być może sunęły od strony Czerwonej Twierdzy?
Było jej naprawdę zimno. Nie pomagał nawet ciężki, bezkształtny płaszcz z kapturem, który skrywał niemal całą jej postać. Czuła, że drży. Że drżą jej dłonie, klekoczą uderzające o siebie wbrew jej woli zęby.
I choć nie była to jej pierwsza wizyta w Królewskiej Przystani, dostrzegłszy przed sobą zarys miasta, poczuła prawdziwy strach wymieszany z czymś, co - gdyby tak bardzo nie wstydziła się swych uczuć - mogłaby nazwać ekscytacją. Serce zapragnęło wyrwać się z piersi, zaś nagłej suchości w ustach nie była w stanie zaradzić nawet podana jej woda.
Skąpane w feerii barw miasto przypominało wypełnioną po brzegi klatkę. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszelkim prawom natury, rozwrzeszczane, wyjące zwierzęta nie pragnęły jednak się z niej wyswobodzić. Wdrapując się na siebie, przepychając i tłocząc, wydawały się ze swego losu... zadowolone i rozradowane.
Mieli stać się świadkami czegoś ważnego. Z jakiegoś powodu jednak, to nie losy Aerysa Targaryena i jego kuzynki, Rhaenys, zaprzątały większość chaotycznych rozmyślań złotowłosej Yronwoodówny.
Byli w końcu tylko egoistami. Wszyscy.
Bez wyjątku.
Ashraf Ghazali zrównał się z nią tylko po to, by wyciągnąć w jej kierunku bukłak z mocnym i słodkim, dornijskim winem. Zamrugała nieprzytomnie i ledwie dostrzegalnie kiwnęła głową.
Było jej zimno. Tak zimno.

***

Służąca Jeyne, Neylira, przestawała się jej w końcu obawiać. Uczyły się siebie powoli, ale skutecznie. W wzroku czarnowłosej dziewki malowała się z trudem skrywana, bezgraniczna admiracja, która była wzruszająca i zarazem straszna. Była zadowolona z tego, iż miała okazję opuścić Yronwood i odwiedzić stolicę Westeros.
Naiwna, przemknęło przez myśl Jeyne, gdy dostrzegła błyszczące spojrzenie i lekko rozchylone usta. Była ciekawa, czy Neylira będzie równie urzeczona Królewską Przystanią, gdy odwiedzą brudną Ulicę Sióstr.
Naiwna, powtarzała w myślach i do tychże myśli, ilekroć łapała się na tym, iż te wędrują zbyt frywolnie, krążąc wokół tematów, wokół których nie powinny były krążyć.
Zniknął gdzieś strach i ekscytacja. Ustąpiły miejsca stałemu i oswojonemu uczuciu ścisku w gardle i podbrzuszu. Jeyne Yronwood potrafiła żyć z dyskomfortem i niepokojem, oswajając je i oswajając się z nimi.
Co czuła Rhaenys Targaryen, gdy obudziła się dzisiejszego ranka? Czy w ogóle zaznała tej nocy snu? Czy bała się swego przyszłego, nieobliczalnego małżonka? Oczywiście, że się bała. Musiała. Inaczej nie mogłaby być człowiekiem. A przynajmniej nie prawdziwym człowiekiem. Przecież tylko w strachu człowiek był w stanie dowieść swej odwagi, czyż nie?
Znów poczuła suchość w gardle. Mocniejszy ucisk z boku.
Wczorajsze spotkanie z Księciem Słonecznej Włóczni było krótkie, mimo to, nawet samo jego wspomnie sprawiało, iż czuła się niezręcznie. Mogła przysiąc, że czarne, świdrujące spojrzenie wypalało na jej skórze czerwone plamy, zaś mimo, iż ślad po ostrzu zdążył już zniknąć z jej szyi, czuła wciąż jego obecność. Na tyle wyrazistą, by sprawić, iż od czasu do czasu machinalnie wodziła palcem po skórze w poszukiwaniu podejrzanej, chropowatej wypukłości. Przeklinała się w duchu. Siebie i słabość swego charakteru. Gorące wzburzenie nie było jednak w stanie ogrzać jej ciała. Znajdujące się w górach Yronwood przyzwyczaiło ją co prawda do odrobinę chłodniejszej pogody, jednak rześki przedsionek zimy był w Królewskiej Przystani o wiele bardziej uciążliwy.
W przeciwieństwie do młodej, bliźniaczo podobnej wręcz pary, Edric Martell stanowił niemal poetyckie przeciwieństwo towarzyszącej mu Jeyne Yronwood. Które z nich było świtem, które zaś zmierzchem, pozostawało jednak wciąż zagadką. Każda blizna zdobiąca ogorzałą w słońcu, ciemną skórę Martella zdawała się poświadczać o jego żywotności, podczas gdy gładka - zbyt jasna, by brać ją nieomylnie za dornijską - skóra dziedziczki Yronwood dopełniała jedynie wizerunku nieskazitelnego i nudnego w swej nieskazitelności posągu.
Chociaż prosta suknia piaskowej barwy otulała ją szczelnie, czuła, że trzęsą jej się kolana. Jasne, opierścienione dłonie wystawały z rozcięć rękawów. Splotła palce i ułożyła je na podbrzuszu, przyglądając się spokojnie wymianie zdań między Księciem, a Białym Płaszczem.
Gdyby nie obciążająca jej włosy sieć wykonana ze złota i rubinów tak dorodnych, jak przejrzałe maliny, gdyby nie złote bransolety oplatające szczupłe przeguby, gdyby nie pyszna, wyszywana misternie peleryna i roztaczana wokół siebie, przyjemna, wdzierająca się w nozdrza woń, uznać by można, iż narzeczona Księcia Martella obraża królewską parę skromnością swego ubioru.
Chłodne, zobojętniałe spojrzenie na wskroś przeszywało Królewskiego Gwardzistę.
Proszę. Nie chciałbym używać siły.
Westchnęła cicho. Niebieskie tęczówki zatrzymały się gdzieś ponad szerokim ramieniem Martella. Nie na tyle jednak wysoko, by móc przyjrzeć się jego twarzy, choć była to przecież idealna chwila, by przyglądać jej się bez najmniejszych konsekwencji. Przechyliła głowę w bok, sprawiając, iż złote łańcuszki poruszyły się i przytuliły do jej chłodnego policzka. Nie odzywała się i czekała, zaś gdy tylko oddał broń, znalazła się obok, ruszając wraz z nim w kierunku jednej z obitych czerwonym atłasem ław.
Zabawne, iż podobną sumiennością dbano o to, by we wnętrzu Wielkiego Septu nie znalazło się chociażby kilkanaście funtów dodatkowej stali, podczas gdy zupełnie nieświadomie - czyżby? - wpuszczano do środka rzeczy o wiele bardziej śmiercionośne, o wiele bardziej niebezpieczne, bo... niepozorne. Ot, choćby pierścień na palcu u dłoni zaciskającej się wokół ramienia Edrica Martella. Albo skryty za luźnymi, mnogimi warstwami szat, ciepły od gorąca bijącego z piersi wisior z puzderkiem.
Jeyne odsunęła się nieznacznie od Martella i czekała, zaś, gdy w Sepcie pojawił się w końcu władca, niebieskie, spokojne spojrzenie przemknęło po całej jego postaci. Tylko po to, by zaraz stracić nim zainteresowanie i podążyć za wzrokiem setek innych par oczu.
Smoczyca. Czy się bała? Musiała. Inaczej nie byłaby człowiekiem.
Choć jak człowiek z pewnością w tej chwili nie wyglądała...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
21
Join date :
25/01/2016

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 7:56 pm

Cholera! Lucerys dopiero zdał sobie sprawę z tego, że zmarnował ostatnie dwie godziny na bezcelowym spacerowaniu po swoich komnatach, kiedy zobaczył służącą, która przystrajała ścianę kolorami królewskiej rodziny. To dzisiaj! Jak to możliwe, że książę zapomniał o czymś tak ważnym, jak małżeństwo jego siostry i kuzyna- króla? Przecież, on żył dla przeróżnych przyjęć i uwielbiał przygotowywać się do nich! Czy on właściwie miał w co się ubrać? Szczerze mówiąc, Targaryen nie był pewien, co byłoby gorsze- jego nieobecność, czy przyjście w jakichś szmatach.
Dobra, musiał się uspokoić i ogarnąć… PREZENT! 18-latek nagle zdał sobie sprawę z tego, że cały czas odkładał jego zakup na jutro… tylko, że tym razem faktycznie miał to zrobić! Ale nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem, co się stało to się nie odstanie i inne nieprzydatne powiedzenia, które niczego nie wnoszą; Lucerys musiał zając się innymi sprawami. Dlatego też zaczął nagle biec przypadkowo potrącając służkę, która przypadkowo przypomniała mu o atrakcji dnia.
Kilkadziesiąt minut później, Targaryen znajdował się w swojej komnacie.
-Podpisano, Lucerys z rodu Targaryen.- Dokończył dyktować list i odprawił jednego z obecnych w stolicy pomniejszych Maesterów.
-Na litość bogów, przyłóż się do tego!-Wrzasnął na służącego, który zajmował się ubieraniem królewskiego kuzyna.-Daj mi to… poradzę sobie sam.- Skłamał młodzian.- No już, idź!- To nie może być takie trudne… przekonywał się. Jednak po blisko 30 minutach zakończonych spektakularnym fiaskiem starań zauważył, że postępy są ledwie widoczne, zawołał służącego. Oczywiście, był to kto inny, bo inaczej musiałby przyznać się do popełnionego błędu. A na to przyzwyczajony do obecności niewolników młodzian nie mógł pozwolić. Właściwie chyba nikogo nie zaskoczyłoby to, że pomoc służącego przyspieszyła cały misterny proces ubierania się o około godzinę… której Lucerys właściwie nie miał.
I tak, Lucerys wyruszył do Wielkiego Septu. Ubrany w długą, czarną tunikę ze zrobionymi z wszytych rubinów płomieniami i szkarłatną szarfę ze złotym smokiem wyszytym na całej długości materiału Do tego miał też ciemnoczerwoną pół-pelerynę, która łączyła się z resztą stroju imitującym naramiennik utwardzonym materiałem tego samego koloru. Do tego w ręce trzymał zapieczętowaną złotym woskiem i pieczęcią z trzygłowym smokiem list- prezent, dla królewskiej pary.
W czasie drogi do świątyni siedmiu bogów, z rozbawieniem zauważył niesamowitą ilość podobieństw pomiędzy oszalałą z powodu wesela Królewską Przystanią i Volantis w czasie wyborów nowych triarchów. Tylko, że te drugie odbywały się cyklicznie, a westeroscy mieszczanie właściwie nie wiedzieli, czy dożyją innej takiej okazji. W końcu dojechał do swojego celu i pierwszym, co zauważył to, że budowla jest przynajmniej 2 razy mniejsza od świątyni Czerwonego Boga w Pierwszej Córze Valyrii. Wywołało to niewątpliwie pewny rodzaj zawiedzenia, bo mimo tego, że te wspomnienia pochodziły z dalekiej przeszłości, Lucerys jeszcze w czasie pobytu w Hightide czasami przypływał do stolicy, gdzie odwiedzał Sept Baelora i jego młodsza wersja pamiętała to miejsce, jako o wiele bardziej majestatyczne niż to, co widział teraz.
Jednak wszystko zmieniło się, kiedy wszedł do środka. Wszak splendor, jakim świątynia przepływała zapewne i bez niezwykle bogatych ozdób był nieco przytłaczający, w czym nie pomagało 7 wielkich posągów bogów-aspektów. Pomimo tego, że wnętrze wywołało niezaprzeczalny zachwyt, Lucerys nie mógł przestać myśleć o tym, czy rozdanie tutejszego majątku nie zgadzałoby się bardziej z doktryną Wiary.
Nie zdążył jednak podjąć żadnej ostatecznej decyzji, bo usłyszał wiwat plebsu na cześć nadchodzącego króla i brat przyszłej królowej zajął należne mu miejsce w odpowiedniej ławie.
I dobrze, że zrobił to w tym momencie, bo nie zdążył nawet usiąść, kiedy drzwi rozwarły się, a do środka wszedł orszak białych płaszczy a pomiędzy nimi czarno-szkarłatna plama autorytetu i majestatu. Jednak nie miał za dużo czasu, by napawać się wspaniałością tego, jak bardzo król wyglądał, cóż, królewsko, bo chwilę później wyszła osoba, która okazała się być może nawet bardziej królewska.
Siostra 18-latka, Rhaenys. Na widok siostry, Lucerys ledwo, co utrzymał swoją szczękę w stanie zamknięcia. Bijąca od jego krewniaczki potęga i władczość była właściwie bardziej onieśmielająca od miejsca w jakim się znajdowali i króla… razem wziętych. Ale z drugiej strony, trudno powiedzieć, że Lucerys był obiektywny w swoim osądzie- w końcu, ta dziewczy—kobieta była jego starszą siostrą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 13, 2016 8:42 pm

Wielki Septon zatrzasnął grubą, opasłą księgę. Tłoczona we wzory, skórzana oprawa opadła ciężko.
Bezsenna noc już dawała mu się we znaki – bogato zdobiony kielich drżał, gdy przemawiający ustami Siedmiu świątobliwy mąż wlał we własne gardło kilka łyków mocnego wina sprowadzonego prosto z Myr. Gdyby ktoś miał okazję przyjrzeć mu się dokładniej, ujrzały w ciemnych oczach Septona obawę. Strach. Zwierzęce, pierwotne przerażenie.
Jednak nikt nie miał na to czasu.
W gabinecie, w prywatnych komnatach głowy Nowej Wiary panowała grobowa atmosfera. Septa Beyren płakała nieustannie, zaś rozpaczliwe chlipanie irytowało pozostałych. Wielki Septon podpierał brodę pięścią, a podległy mu bezpośrednio septon Irmen nerwowo krążył po pokoju.
Tak, zrobimy to – powiedział ochryple siedzący przy stole Wielki Septon – Przynajmniej nie dopuścimy do szalonej wojny domowej, która wyniszczy Siedem Królestw.
Septa Beyren jęknęła żałośnie.
– Nie wiem, czy naprawdę dobrze robimy. Powinniśmy… powinniśmy coś zdziałać, jeszcze jest czas.
Ciemne oczy Wielkiego Septona zalśniły niebezpiecznie.
Ani się waż – warknął – Przysięgałaś na Siedmiu Bogów, pamiętaj.
– Posłuchaj – powtórzył po raz setny septon Irmen – Tylko wola króla jest gwarantem naszych stanowisk. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, Aerys rzuci nas tłumowi na rozszarpanie, nasze życie Inni wezmą...
Żeby tylko Inni – mruknął pod nosem Wielki Septon.
– Wciąż mówicie o władzy! – chlipała septa Beyren – Nadziei już nie ma! Rozumiecie?! Poszła sobie! Zostawiła nas na pastwę losu. Na potępienie!
Septon Irmen okręcił się na pięcie.
– Natychmiast przestań – syknął – Póki siedzimy na stołkach i udajemy, że nic się nie zmieniło, plan ma szansę powodzenia. Nie rozpadnie się.
– Ale wy chcecie mordować niewinnych ludzi! – wrzasnęła septa Beyren.
Zgromadzeni popatrzyli po sobie. Istotnie, chcieli.
I nie mieli wyboru.

~*~

Wielki Septon posiadał dość banalny pogląd na życie i wszystkie jego aspekty. Według jego rozumowania, jeśli istnieje doskonałe dobro, musi istnieć również i zło doskonałe, bowiem natura wszechrzeczy opiera się na równowadze przeciwieństw – trudno byłoby doszukiwać się prostszej w swej konstrukcji filozofii. Była uniwersalna, była klarowna, miała swe ucieleśnienie, które zaklęto w królewskiej parze.
Aerys Targaryen, Drugi Tego Imienia, Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, Protektor Królestwa i król Westeros nie był dobrym człowiekiem – Wielki Septon wiedział o tym lepiej niż większość najbliższych władcy osób, być może lepiej niż którykolwiek członek Małej Rady. Już w samej jego obecności świątobliwy mąż odczuwał w piersi chłód, zły chłód. Wiedział, że powinien wzywać pomocy, zaalarmować Czerwoną Twierdzę, nie przyjmować ofiarowanych pieniędzy… ale jednocześnie pragnął się dowiedzieć, co stanie się dalej. Chciał poznać cele Aerysa Targaryena. Chciał na własnej skórze odczuć to, co może przyczynić się do zmiany biegu historii.
Tak, tak. Musiał się dowiedzieć.
Musiał również zgłębić tajemnicę Rhaenys Targaryen – kobiety, której jako przedstawiciel wiary nie mógł niczego zarzucić. Pojawiała się na nabożeństwach regularnie, prowadziła życie nie tyle pełne cnoty, co szlachetnie wyniosłe – choć na ustach smoczej księżniczki zwykle gościł uśmiech, oczy zawsze pozostawały czujne niczym u myśliwego, który pragnie schwytać ofiarę we wnyki.
Blada dłoń, blade palce, długie białe paznokcie – właśnie tak zapamiętał ostatnie spotkanie, ledwie przed dwoma dniami, gdy przyszła władczyni Siedmiu Królestw spowiadała się z grzechów.
Grzechy zaś zwykle były pilnie strzeżonymi tajemnicami.
Wielki Septon doskonale pamiętał dzień, gdy – jeszcze podczas trwania gorącego lata – prowadził ceremonię ślubną Namiestnika oraz dornijskiej księżniczki. W Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego panowała wtedy zgoła inna atmosfera, zupełnie jakby rozpalone, ciepłe powietrze narzucało zebranym gościom znacznie swobodniejszy sposób zachowania.
Dziś czuć było elektryzujące, przenikliwe napięcie – dokładnie taki, jak ten przed silną burzą, gdy natura cichnie w niecierpliwym oczekiwaniu na to, co nadejdzie.
Wielki Septon po raz kolejny wytarł spocone dłonie w bogatą, jasnokremową szatą, której rękawy oraz poły wyszyte zostały drobnymi diamentami – poza prezencją, przyodziewek ten oferował znaczną swobodę ruchów, dzięki czemu świątobliwy mąż bez obaw mógł wykonywać kolejne czynności związane ze ślubnym obrządkiem. Lejący się materiał miał jeszcze jedną zaletę – skutecznie ukrywał znaczny brzuch, który Septon wyhodował na bazie pieczonych przepiórek oraz smażonych na głębokim oleju dorszy.
Imponująca, kryształowa korona spoczywała na aksamitnej poduszce barwy szafirów – głowa Nowej Wiary westchnęła cicho, gdy przyszło do nasadzenia jej na łysiejącą już, choć wciąż daleką od siwizny głowę. O przybyciu do Wielkiego Septu Baelora Błogosłwionego pary królewskiej świadczyła cisza, która spłynęła na świątynię równie niespodziewanie, co letni deszcz na rozpalone ulice miasta – Septon poczuł mimowolny, chłodny dreszcz, gdy w końcu nasadził kryształową koronę, kierując się ku drzwiom prowadzącym do właściwej części świątyni.
Wszystko było perfekcyjnie dopracowane – z chwilą, w której Wielki Septon zjawił się na szczycie marmurowych, prowadzących ku ołtarzom Ojca oraz Matki schodach, ciszę gmachu wypełnił cichy, dziecięcy śpiew – czyste niczym źródlana woda głosy dobiegały znikąd i zewsząd jednocześnie, choć wprawne ucho mogło wychwycić, iż chór znajduje się na prawo od ołtarzy.
Wielki Septon przez chwilę stał nieruchomo na marmurowym podwyższeniu, z tego miejsca mając perfekcyjny pogląd na licznie zebranych w Sepcie Baelora Błogosławionego gości – ich twarze zdradzały napięcie, ciekawość, obawy, czasami wszystko jednocześnie. Wzrok świątobliwego męża dopiero po chwili prześlizgnął się na Aerysa Targaryena, natychmiast uciekając przed jego spojrzeniem ku księżniczce Rhaenys – Wielki Septon przez dłuższą chwilę nie zabierał głosu, wpatrując się w przyszłą królową tak, jakby chciał przeniknąć tajemnicę jej jestestwa. Dopiero, gdy przebrzmiał łagodny śpiew dziecięcego chóru, zaś drzwi świątyni zamknęły się z cichym, złowrogim hukiem – do czego przyczyniło się dwóch Królewskich Gwardzistów – świątobliwy mąż wyprostował swą potężną sylwetkę i rozpoczął ceremonię, dla której do Królewskiej Przystani zjechało się całe Westeros – i nie było w tych słowach choćby krzty przesady. Na jego ustach natychmiast zakwitł łagodny, idealnie wyćwiczony uśmiech, w którym próżno byłoby doszukiwać się choć krztyny sztuczności – zapraszającym gestem Wielki Septon skłonił młodą parę, by wspięli się po marmurowych stopniach i stanęli jeszcze bliżej Ołtarza Ojca oraz Matki – tak, by czuwający Bogowie mogli otoczyć ich swą obecnością. Duchowny odkaszlnął ledwie słyszalnie, po czym rozłożył ręce, jakby pragnął objąć swymi ramionami królewską parę, zebranych gości oraz całą świątynię.
- Możesz ubrać pannę młodą i wziąć ją pod swą opiekę! – ciemne tęczówki Wielkiego Septona spoczęły na władcy Siedmiu Królestw – tutaj, w obliczu Bogów, nieistotne były posiadane tytuły, prawo dziedziczenia i sprawowana władza. Formuła nakazywała bezpośredniość, nawet wobec króla, który wszak pojmował ten precedens i bez cienia niezadowolenia na twarzy czynił swą powinność. Istniał jednak pewien dodatkowy wyjątek, sprawiający, iż dzisiejsza ceremonia ślubna była inna, niż wszystkie – panna młoda do ołtarza zawsze kierowała się w płaszczu przedstawiającym jej barwy rodowe, by tam zastąpić go tym należącym do małżonka.
Rhaenys Targaryen nie musiała jednak zastępować panieńskiego przyodziewku – płaszcz małżonka był bowiem jednocześnie jej płaszczem.
Valyriańska tradycja kazirodczych związków szczególną uwagę przykładała do oszczędności w sferze drogocennego materiału.
Para młoda, zwrócona bokiem do zebranych w świątyni gości, stanowiła spektakl dwóch aktorów – wszyscy mogli obserwować, jak Aerys Targaryen sięga do złotej broszy spinającej długi, przyozdobiony rubinami płaszcz i jak spokojnym, pieczołowitym wręcz gestem zakłada go na ramiona Rhaenys – w czynności tej tkwiła zauważalna determinacja, zupełnie jakby władca w najwyższym, choć lekkim skupieniu brał smoczą księżniczkę pod swoją pieczę. Lata obeszły się z królem łaskawie, tyle przynajmniej było wiadomo. Cały w czarnym i doskonałym suknie, obszytym czerwonymi niczym krew kamieniami szlachetnymi prezentował się z pełną gracją właściwą piastowanemu stanowisku - i choć był zupełnie inaczej zbudowany od swego młodszego brata, mimo wszystko mógł uchodzić za silnego mężczyznę. Blada i dumna twarz wyglądała tak, jak powinni zapamiętać ją wszyscy goście - cienkie wargi wykrzywione w wiecznym, pogardliwym grymasie.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę.
W gęstej ciszy świątyni rozległ się donośny głos władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi – wbrew pozorom nie był zimny, pozbawiony jakichkolwiek emocjonalnych naleciałości; tkwiła w nim niewyjaśniona, wibrująca siła, która rozchodziła się po kościach szerokim echem. Ostatnie głoski królewskich słów przebrzmiały ledwie w olbrzymim Sepcie, a niemal natychmiast świątynię wypełnił inny głos, spokojny i pewny siebie, wystarczająco donośny, by dosłyszeli go wszyscy i nie na tyle głośny, aby uchodził za wulgarny – ton Rhaenys Targaryen był dokładnie taki, jakiego oczekiwali poddani.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę Cię sobie za pana i męża.
Słowa smoczej księżniczki wciąż unosiły się w powietrzu, gdy usta królewskiej pary – te wąskie, okrutnie niczym wojenne blizny, oraz te miękkie, pełne i różane – spotkały się ze sobą w pieczętującym przysięgę pocałunku.
- Na oczach Bogów i ludzi uroczyście ogłaszam, że Aerys z rodu Targaryen, Drugi Tego Imienia, Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, Protektor Królestwa i Król Westeros, oraz Rhaenys z rodu Targaryen, wnuczka Aegona Piątego Niespodziewanego i Jaehaerysa Drugiego są mężem i żoną,  jednym ciałem,  jednym sercem,  jedną duszą,  teraz i na wieki, i niech przeklęty będzie ten, kto stanie między nimi – Wielki Septon uniósł nieznacznie ręce i lekkim gestem zsunął z szyi wykonany z jedwabiu szal – materiał zaszeleścił cicho, gdy kapłan owinął go wokół złączonych dłoni królewskiej pary.
- W imię Siedmiu, biorę wasze dusze i wiążę je w jedną po wsze czasy – świątobliwy mąż zacieśnił prowizoryczną pętlę łączącą ręce Aerysa oraz Rhaenys, po czym uniósł na nich ciemne spojrzenie.
- Spójrzcie sobie w oczy i wypowiedzcie słowa przysięgi – słowom Wielkiego Septona towarzyszył krok w tył, który skierował go między strzeliste, żeliwne kandelabry ozdobione dwoma tuzinami płonących świec. Wyłącznie kapłan mógł to dostrzec, lecz przez delikatną mgłę kłębiącą się w oczach Rhaenys Targaryen przebiły się jasne iskry uniesienia.
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy – para królewska wypowiadała słowa przysięgi jednocześnie – ich głosy scaliły się w jedność, rozlegając donośnie pośród ścian Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego.
- Należę do niego, a on do mnie…
Niewielka różnica w sekwencji zdań nie wpłynęła na siłę recytowanych słów – ani Rhaenys, ani Aerys nawet na moment nie zostali wytrąceni z niespiesznego tempa, które gwarantowało pełne zrozumienie przysięgi.
- … należę do niej, a ona do mnie. Od dziś po wsze czasy…
Ostatnie sylaby wciąż odbijały się echem od ścian Septu Baeora Błogosławionego, gdy Wielki Septon odwrócił się nieznacznie w stronę ołtarza Matki, podnosząc coś z miękkiej, atłasowej poduszki barwy głębokiego burgundu. Gdy tylko ponownie odwrócił się w stronę pary młodej oraz zebranych w świątyni gości, wszyscy dostrzegli, iż w jego dłoniach zimno połyskuje złota korona, wysadzana rubinami o kolorze rozlanej krwi oraz onyksami tak ciemnymi, jakby pragnęły odebrać światu wszystkie promienie słoneczne.
- W oczach Siedmiu Bogów namaszczam Cię, Rhaenys Targaryen, na królową Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi. Bądź filarem dla swego męża, bądź ciepłem domowego ogniska dla poddanych, bądź matką dla dziedzictwa Starej Valyrii. Złóż swą przysięgę – zimny, szlachetnie złoty metal spoczął na srebrzystych włosach oblubienicy władcy, mieniąc się w świetle setek świec z zaciętością właściwą wyłącznie płonącemu ogniowi.
- Nyke Rhaenys hen Targārio Lentrot, hen Valyrio Uēpo ānogār iksan. Dāria Sikudo Dārȳti Vestero – w głębokiej ciszy, która wciąż zalegała w Sepcie Baelora Błogosławionego, rozległy się słowa wypowiedziane przez Rhaenys Targaryen – starovalyriański rozbrzmiał w świątyni po raz pierwszy od ceremonii koronacyjnej Aerysa Drugiego i choć wielu z zebranych mogło nie znać języka smoczych przodków, intencja zdawała się jasna.
Jestem Rhaenys z domu Targaryen, z krwi Starej Valyrii. Królowa Siedmiu Królestw Westeros.
Echo słów władczyni rozbrzmiewało w świątyni, gdy drzwi Septu nagle zostały otworzone – do środka wtargnął powiew świeżego powietrza, niosący ze sobą wrzawę rozemocjonowanego tłumu, dźwięk bijących w całej stolicy dzwonów… oraz woń dymu, świadczący o rozpalanych w Królewskiej Przystani ogniskach, które płonąć będą przez całą noc.
Oto dobiegła końca ceremonia ślubna Aerysa Drugiego Targaryena oraz Rhaenys Targaryen – gdy ruszyli do jaśniejącego w oddali wyjścia, Siedem Królestw drżało ze zniecierpliwienia, by powitać nową królową.

    Serdecznie dziękujemy za tak liczny udział oraz dostosowanie się do terminu rozgrywki! Nie musicie pisać już w Sepcie, wszystkich gości zapraszam do Królewskiej Sali Balowej, gdzie nadarzy się okazja wręczenia parze młodej prezentów (w temacie "Stół Pary Królewskiej", choć ta zasada dotyczy wyłącznie tych gości, którzy zechcą przekazać podarunki od razu). Stamtąd, po zakończeniu obdarowywania nowożeńców, możecie udać się do dowolnego stołu w Sali bądź jakiegokolwiek innego tematu.
    Ważne! Goście nie mogą wchodzić do Królewskich Ogrodów, drzwi doń prowadzące pozostają zamknięte.
    Po oficjalnym rozpoczęciu uczty oraz wzniesieniu toastów zapanuje pełna dowolność rozgrywki, którą urozmaicą Wam rozrywki gwarantowane przez Mistrza Gry w osobie Aylwarda. Miłej oraz spokojnej zabawy!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Lut 14, 2016 2:39 pm

Tajemnica ludzkiego bytu zamyka się w dość prostym równaniu: ceną życia zawsze jest życie. Mówi o tym nawet Siedmioramienna Gwiazda, której stronnice raz za razem przypominają, że wieczność musi wyrównywać się zagładą, i dlatego ludzie powinni dbać, by ten narzucony porządek został zachowany z radością (przynajmniej właśnie tak interpretował słowa księgi władca). Istota jestestwa była prosta: gdy ktoś zostanie przyjęty na łono Bogów, ktoś inny musi odejść w ciemność. Jak przez życie codziennie umieramy, tak przez śmierć będziemy żyć wiecznie. Niech ofiary wybiorą się same. Niech określą jakość swego życia przez jakość swej śmierci.
Takie są warunki życia. Takie są warunki wiary, dla której i przez którą Sept Baelora Błogosławionego wypełniony był po brzegi.
Czy jednak na pewno? Może to tylko metafora, która ma być interpretowana symbolicznie? Zamiast prawdziwej śmierci, śmierć połowiczna, zgon emocjonalny, odejście wyłącznie w sferze metafizycznej. Czy może być tak? Aerys Targaryen wierzy, że chodzi o śmierć dosłownie. Oczywiście, on zawsze traktuje ten cały mistycyzm bardzo dosłownie; bierze irracjonalne składniki życia jak najbardziej poważnie, a o racjonalne zdaje się prawie wcale nie troszczyć. I choć wątpliwym jest, by władca Siedmiu Królestw rzeczywiście wierzył w Siedmioramienną Gwiazdę, bez zachwiania stoi na stanowisku, że jeżeli cokolwiek w niej jest prawdą, to życie musi być interpretowane jak konieczność śmierci.
A co o tym wszystkim myśli Rhaenys Targaryen?
Ona zdawała się nie wiedzieć, co myśleć. Wierzyła w Siedmiu Bogów oraz treść Siedmioramiennej Gwiazdy, w to nikt nie wątpił – lecz wierzyła tak po prostu, bez namysłu, więc, jak sądzi Aerys, akceptuje też jego dosłowną interpretację kwestii śmierci. Jednakże w królowej tkwiło coś, czego brakowało zmarłej Ravath: Rhaenys przybyła do Septu Baelora Błogosławionego po to, aby żyć, a nie po to, by umrzeć.  Tkwiła w niej wewnętrzna siła, która przejawiała się w każdym, pozornie niewymagającym żadnego wysiłku kroku, smocza księżniczka sprawiała wrażenie magiczne ożywionego posągu własnej urody – idealne oblicze, wyciosane jakby z marmuru, nie przejawiało żadnych uczuć.
Żadnych wątpliwości. Żadnego pierwiastka strachu. Żadnej obawy.
Wyłącznie świadomość swego zwycięstwa – zwycięstwa, które przecież podarował jej Aerys w akcie dobrej woli podszytej oczywistymi celami. Podał jej na srebrnej tacy koronę, ona zaś, jakby martwa od środka, uśmiechała się delikatnie, uśmiechała się samymi ustami, nie pozwalając, by radość dotarła do szklistych, fiołkowych oczu, by objęła ciepłymi ramionami smukłą sylwetkę, by przejawiała się w dokładnie wystudiowanych gestach.
Nikt nie miał wątpliwości, że to małżeństwo było konieczne – podobnie, jak konieczna była śmierć, która być może – lecz tylko być może – okaże się kontrowersyjna, być może wzbudzi oburzenie, odrazę, jeszcze głębszy, atawistyczny strach.
Tymczasem Aerys odnosił wrażenie, jakby nikt nie pojmował jego racji, jakby ludzie nie rozumieli, co od wieków napędza władzę, zwłaszcza, jeśli ta bezpośrednio dotyczyła Żelaznego Tronu. Patrzą na Targaryena stereotypowo: groźny, nieprzewidywalny, pozbawiony skrupułów.
A przecież schemat jego zachowania był oczywisty.
Tak funkcjonowała natura - wąska grupa gotowych na wszystko drapieżników terroryzowała milionowe stada trawożernych głupców. Zawsze małe, zwarte, dobrze zorganizowane gromady lwów szły za bezkresnymi stadami parzystokopytnych i zawsze garstka lwów wygrywała z tysiącami bezbronnych owiec – te mogły tylko patrzeć swoimi wielkimi, szklistymi oczyma, jak lwy zjadają ze smakiem kolejne sztuki z ich stada.
Aerys Targaryen nie chciał nikogo zabijać. Nie chciał, żeby ktokolwiek umarł. On pragnął jedynie żyć jak najdłużej, tak długo, jak tylko się da. Lecz jeśli to są warunki? Jeśli ceną życia jest życie?
Materiał odpinanego płaszcza przyjemnie drażnił napięte zmysły władcy, gdy ten otulał ramiona Rhaenys, biorąc ją pod swą opiekę – Aerysa nieodmiennie bawiły uwznioślone formuły wiary, które nawet najbardziej prozaiczne czynności nazywały wielkimi słowami. Król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi utkwił w Smoczycy spojrzenie swych chłodnych, lawendowych oczu, osadzonych w gładkiej, kanciastej twarzy okolonej pieczołowicie przystrzyżonymi i starannie, ułożonymi  włosami barwy księżyca. Nie zamierzał tracić na tego oślizgłego oszusta zwanego Wielkim Septonem ani chwili dłużej, niż to było absolutnie konieczne – dlatego bez cienia zwłoki spojrzał wprost na Rhaenys, podnosząc głos jedynie nieznacznie, doskonale znając akustyczne możliwości świątyni.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę – po ustach przemknął cień uśmiechu, który zauważyć mogła jedynie panna młoda – Aerys już dawno przestał wierzyć w cuda, choć miał przed sobą jeden z nich. Jest też zbyt  trzeźwy, żeby wierzyć w Bogów – choć to w ich obliczu składał przysięgę. Władca wierzy tylko w siebie. Zbyt wiele razy upadał i zbyt wiele razy się podnosił, żeby nie zauważyć, że w człowieku jest tylko jedna siła - on sam. I władca Siedmiu Królestw ma tę siłę, choć nie zawsze w życiu z niej korzysta - ma ją również Rhaenys Targaryen.
A przynajmniej tak pragnie myśleć Aerys.
Gdy ich usta zbliżyły się do pocałunku, król odniósł wrażenie, jak gdyby fale miękkiego aksamitu oblały jego ciało – poczuł promieniujące od Rhaenys ciepło, które wydawało się tak nierzeczywiste wśród chłodu świątyni. Moment scalenia warg w niezachwianą jedność był krótki – na tyle krótki, że już po chwili w Sepcie rozbrzmiały słowa kapłana, który obwiązywał wokół złączonych dłoni miękką, jedwabną szarfę. Aerys Targaryen w milczeniu obserwował bogato haftowany szal, który owijał jego rękę niby jadowity wąż – w tym zetknięciu palców, Rhaenys nieświadomie raz jeszcze zaofiarowała władcy swe ciało, który spojrzał jej prosto w oczy – patrzył tak długo, aż coś w nim zakłuło z tęsknoty.
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy. Należę do niej, a ona do mnie. Od dziś po wsze czasy – w jego głosie słychać było zarówno zjadliwość, jak i zadowolenie z siebie, choć sam Aerys w niemej zadumie obserwował, jak twarz jego małżonki stała się tak łagodna,  jak bywała w czasach, kiedy byli wyłącznie koegzystującymi obok siebie istotami, a nie złączoną na wieki parą. Władca nie mógłby być bardziej zadowolony jak w chwili, w której w oczach Siedmiu Bogów oraz całego królestwa zyskał żonę – po raz kolejny.
Nie mógłby być również bardziej dumny jak w momencie, gdy na dumnie uniesionej głosie Rhaenys Targaryen spoczęła złota korona – symbol władzy, którą Smoczyca zyskała z chwilą zaślubin. Insygnium błyszczało pośród płomieni świec z przekorą, zupełnie jakby podczas wypowiadanych przez królową słów pragnęło całym sobą przypomnieć, że jego istnienie nie jest sennym mirażem. Ciepły, choć pewny siebie głos władczyni nie zdołał przebrzmieć na dobre, gdy drzwi Wielkiego Septu zostały po raz kolejny otwarte, wpuszczając do wnętrza świątyni wrzawę tłumu oraz chłodny, wczesnozimowy podmuch. Aerys ujął dłoń Rhaenys, ostrożnie sprowadzając ją po zimnych, marmurowych schodach – do Septu przybyli osobno, opuszczali go jednak wspólnie, ramię w ramię, ręka w rękę, wszystko po to, by wspólnie i jako jedna całość stanąć przed zebranymi przed gmachem poddanymi.
Ich poddanymi.
Miękki dywan barwy rubinów tłumił równy chód pary królewskiej – zdawałoby się, że tej syntezy nie jest w stanie przerwać nic, że sam król otwarcie syci się spojrzeniami zebranych w świątyni Baratheonów, Tyrellów, bliskich krwią Velaryonów, obecnych chorążych Wielkich Rodów, że odczuwa rozbawienie na widok nienawistnych ogników w spojrzeniu Maegora – nic nie było w stanie powstrzymać chodu Aerysa, nikt nie mógł stanąć mu na drodze…
… a mimo to zatrzymał się.
Nie zrobił tego gwałtownie – jego krok zwalniał coraz bardziej i bardziej, aż sama Rhaenys posłała mu krótkie, wciąż dumne, choć przejawiające pierwsze oznaki niepokoju spojrzenie. Tymczasem król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi – wciąż z uśmiechem triumfu na ustach – stał nie więcej niż jard od Księcia Dorne.
I wpatrywał się w niego milcząc.
Trwało to na tyle długo, by wszystkie spojrzenia zebranych – bez choćby najmniejszego wyjątku – spoczęły na władcy oraz przybyłym z samego południa Martellu, któremu towarzyszyła bladolica córa Yornwoodów.
Aerys Targaryen uniósł nieznacznie podbródek, spokojnym, na wpół leniwym gestem obracając na palcu złoty pierścień z pokaźnym oczkiem rubinu. Cała sytuacja przywodziła na myśl starcie, w którym udział brało wyłącznie dwoje mężczyzn – mężczyzn, którzy różnili się niby dzień i noc, ogień i woda, ziemia i powietrze. Ambiwalencja ograniczała się jednak wyłącznie do cech powierzchownych, do tego, co zauważalne było okiem – to z kolei wychwyciło nieznaczny ruch u króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi – ruch, na wskutek którego władca ujął dłoń Rhaenys i uniósł ją na wysokość ust Lorda Słonecznej Włóczni.
Blada, nieskazitelna skóra królowej oraz ciemna, szorstka cera Księcia Dorne.
Tym prostym, wymownym gestem Aerys Targaryen żądał wyłącznie jednego – żądał, by Edric Martell na oczach Siedmiu Królestw uznał Rhaenys Targaryen za królową.
Żądał, by tym samym wyparł się marzeń o koronowaniu swej młodszej siostry.
- Książę, przybądź po toaście do Sali Tronowej – głos władcy rozległ się głębokim echem w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego, przerywając tym samym gęstą niczym miód ciszę.
Jeden pocałunek – dokładnie tyle wystarczyło, by dokonał się pokaz siły. W chwili, w której usta Księcia Dorne ledwie musnęły złoty pierścień na palcach królowej Siedmiu Królestw, Aerys Targaryen podjął dalszą wędrówkę ku wyjściu ze świątyni, by wraz z Rhaenys powitać wiwatujących poddanych.
Jedynie za plecami pozostawił martwą ciszę i świadomość drobnego zwycięstwa.
Lecz czy to nie z nich składa się pełnia triumfu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Nie Lut 14, 2016 5:46 pm

To było niezwykle łatwe: zawiesić na nim spojrzenie, nie spuszczać  go z oczu nawet na pół uderzenia trzepoczącego się w piersi serca, nie odwracać wzroku, gdy z każdym krokiem plama bladej twarzy władcy była coraz wyraźniejsza, aż w końcu nabrała charakterystycznych rys, które świadczyły o przynależności do króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi.
Tęczówki Rhaenys Targaryen nawet nie drgnęły, utkwione w Aerysie z wyjątkowo przejmującym, zimnym wyrazem swojego fioletu. Sama obecność władcy – tak paraliżująco bliska – budziła w niej ciche poczucie obawy. Patrzenie na niego, słuchanie go, oddychanie z nim jednym powietrzem – wszystko to było nie tyle męką, co zaskakującą trudnością. Sprawiało psychiczny ból bliżej nieokreślonego pochodzenia. Otaczającą ją rzeczywistość pojmowała przez napięte do granic możliwości zmysły – brutalne realia oblepiły ciało pajęczyną setek spojrzeń, spośród których najbardziej palące było to, które należało do Aerysa Targaryena – chłód zaklęty w dziwnie znajomych tęczówkach zaklinał obserwatora, przyciągał go do siebie, budził silne poczucie wewnętrznego obrastania czymś lepkim i krępującym; jakby pnącza dzikiej rośliny splatały się w gęsty wzór kaftana bezpieczeństwa dla duszy.
Rhaenys doskonale rozumiała, na czym polegała tajemnica odbierania bodźców – oprócz sposobu, w jaki porządkujemy wrażenia zmysłowe -  liczyła się również ich interpretacja. Z tą umiejętnością się rodzimy, ona w dużej części jest nam dana w genach, w strukturze umysłu. Gdy jednak mamy władzę zmiany tej struktury…
Zatrzymała spojrzenie na lśniącym, nieodgadnionym wzroku Aerysa – przez krótką, zatrważającą chwilę odczuła wahanie, które dotarło do niej jakby przez grubą warstwę materiału, przytłumione i na wpół realne. Jej odbicie w oczach Targaryena, nawet pomimo chybotliwego blasku świec i mdłego światła dnia, było wyraźnie widoczne – zbyt jasne na tle wnętrza septu, bolało. Musiała odwrócić się w stronę Wielkiego Septona, by uciec przed czającej się w jego tęczówkach obietnicy – Rhaenys nie była pewna, czego dokładnie.
Bólu? Cierpienia?
Ognia i krwi?
Wysoki, o bladej skórze, sinych żyłach wytłaczających skórę, wiecznie uwikłany w snute po cichu spiski – Aerys Targaryen jeszcze nigdy nie był bardziej realny jak teraz, gdy otulał jej ramiona (nagle pragnące skurczyć się i uciec przed dotykiem ciepłego materiału) płaszczem w rodowych barwach – niemal natychmiast przekonała się, jak bardzo ciąży jej dodatkowa warstwa przyodziewku, uniosła jednak podbródek bez najlżejszego przejawu wahania.
Nie zastanawiała się, co skrywa spojrzenie władcy – było to rozbawienie? Tkwiło w nich coś jasnego, żywego, prześlizgującego się pod samą powierzchnią tęczówek, coś, co przywodziło na myśl jadowitego węża, który szuka odpowiedniego miejsca, by zadać śmiertelne ukąszenie. Doskonale wiedziała, że podobne wrażenie wzbudzają w niej tłumione emocje, jednak równie obrazowa myśl wydała się jej tak odpychającą, że natychmiast skierowała umysł w inną stronę.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek w swym życiu pragnęła być nikim, rozpłynąć się w nicości - bo to właśnie w nicości tkwiła oczywista, jak najbardziej znośna lekkość bytu, ta delikatna obietnica lepszego jutra.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę Cię sobie za pana i męża.
Ból kłamie, trzeba więc każdego dnia badać swoje rany – nawet, jeśli te są wyłącznie czysto metaforyczne. Właśnie teraz spadło na nią pierwsze uderzenie, to ukryte pod krótkim, zaskakująco delikatnym pocałunkiem, który przeminął jeszcze prędzej, niż został rozpoczęty. Rhaenys nie zauważyła, kiedy wstrzymała powietrze – teraz, zbyt długo tkwiące w płucach, piekło nieznośnie, nie mogła jednak wypuścić go z upragnioną ulgą. Nie, kiedy każdy jej gest obserwowało kilkaset par czujnych oczu.
Zamknięte w uścisku złotego gorsetu piersi opadały przy wydechu spokojnie, bez przejawu rozpaczliwego pośpiechu – oczy w tym czasie spoglądały w tęczówki władcy, niemal natychmiast odnajdując w nich własne odbicie. Rhaenys przesuwa koniuszkiem języka po jasnych wargach. Aerys unosi nieznacznie głowę, gdy ich dłonie splatała jedwabna szarfa, nadal jednak patrzy na Smoczycę. A ona patrzy na niego, patrzącego. Odbicia odbić odbić - piękno przychodzi zawsze z zewnątrz, nie istnieje poza światem fizycznym: mimo wszystko wyobrażenie piękna nie jest pięknem, tak samo jak wyobrażenie strachu nie jest strachem, a wyobrażenie zła nie jest złem.
Jak więc odróżnić prawdę od fałszu?
To oczywiste - poprzez poznanie.
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy – usta bez wahania formułują kolejne słowa, choć umysł powoli pozwala wrastać kiełkującemu już ziarnu strachu. - Należę do niego, a on do mnie… od dziś po wsze czasy.
Głód doświadczeń, pielgrzymka do wiedzy, nieprzezwyciężona chęć, by zobaczyć, co kryje się za następnym wzgórzem – to ciekawość sprowadziła Rhaenys Targaryen przed ołtarz Ojca i Matki, i to wyłącznie ciekawość mogła ją stąd zabrać. Gdyby nie była zbyt przekorna, gdyby nie była zbyt dumna, gdyby nie była zbyt uparta, gdyby nie była zbyt we wszystkim, mogłaby zasiadać tam, gdzie reszta członków królewskiego rodu.
Z dala od miejsca, w którym stała teraz, bo całe życie była zbyt sobą, okłamując tym samym własny umysł.
Teraz jednak było za późno na wyrzuty sumienia – teraz istniała jedynie ponura rzeczywistość, zaklęta w gęstniejącym czasie pośród murów Septu Baelora Błogosławionego.
Istniał jedynie cichy wdech, błysk oczu Aerysa i ciężar złotej korony, która spoczęła na głowie Rhaenys Targaryen.
Sądziła, że w tym momencie poczuje się wzniośle. Sądziła, że zajdzie w niej jakaś niewyjaśniona, szlachetna zmiana, dzięki której przepoczwarzy się w godną królową, w kobietę, na której od dziś spoczywać będzie wzrok wszystkich poddanych. Sądziła, że usłyszy głoś Matki mówiącej jej, jak kierować swym życiem, że odczuje niewysłowioną ulgę i wielkoduszne szczęście.
Zamiast tego było jedynie wyczerpanie, duszności ii mdłości — dywidendy choroby, jaką była władza.
- Nyke Rhaenys hen Targārio Lentrot, hen Valyrio Uēpo ānogār iksan – wydech, cichy, stonowany, wyuczony – zupełnie jak całe jej życie. - Dāria Sikudo Dārȳti Vestero.
Język Starej Valyrii wciąż rozbrzmiewał w jej uszach, pobudzając krew do żwawszej wędrówki po ciele – to, co jeszcze rok temu wydawało się nieprawdopodobne, nagle okazało się prawdą.
Jest królową Siedmiu Królestw Westeros.
Jest obecna w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego.
Jest gotowa na przejęcie wszystkich obowiązków, które niosło ze sobą brzemię korony.
Rhaenys Targaryen poczuła dłoń swego małżonka dokładnie w chwili, gdy ten ruszył w dół marmurowych schodów – bezwiednie poszła w jego ślady, nie pochylając się nawet na moment, w uzasadnionej obawie, że złota korona zsunie się z jej włosów i pomknie na spotkanie z zimną posadzką.
Dopiero teraz była w stanie zauważać twarze zebranych w świątyni gości – wcześniej były to wyłącznie rozmazane plamy, pozbawione wyrazu i nazwisk, teraz jednak każdy z obecnych wydawał się jej bliższy niż kiedykolwiek.
Ród Targaryen – zimne spojrzenie Maegora, przysłonięte łzami spojrzenie jej matki, dumny wzrok ojca… i ta młoda twarz – twarz niewidzianego od lat brata. Dalej, kto jest dalej? Lady Rhaelle Baratheon, siostra pani matki w otoczeniu burzowych spojrzeń. Ród Velaryon na czele z Aenorem. Ród Tyrell z Wysogrodu, liczny niczym pąki na krzakach róży. Ród Reyne z Zachodu, czerwień krwi i błysk złota. Ród Tarth, barwa szafirowej wody obmywająca wyspę. Ród Frey, zacięte wyrazy twarzy pamiętające śmierć Nestora. Ród Umber, daleka Północ zaklęta w olbrzymich posturach. Ród Yronwood, tak niepodobna do Dorne bladość skóry. I…
Zwolnił – pomyślała z zaskoczeniem, posyłając Aerysowi spokojne, pytające spojrzenie. Dlaczego zwolnił?
Jej dłoń, która nagle zawisła w powietrzu, była właściwą odpowiedzią – król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi zwolnił, by zmierzyć się z Księciem Dorne. Zwolnił, by unieść rękę własnej żony i zmusić Edrica Martella do osobistego hołdu.
Zwolnił, by coś udowodnić – zarówno zebranym w Sepcie gościom… jak i sobie.
Zwolnił, bo taki miał kaprys – a Rhaenys nie mogła nic z tym zrobić.
Przywołała na usta delikatny uśmiech, gdy Książę Dorne musnął ustami złoty pierścień na serdecznym palcu jej dłoni – łagodne, pozbawione szalejącego wewnątrz umysłu niepokoju spojrzenie pragnęło za wszelką cenę załagodzić gorzki posmak, który Aerys siłą wepchnął do gardeł setek gości.
Chciała stąd jak najszybciej wyjść – wyjść i nie oglądać się za siebie, wyjść z uśmiechem na ustach, z pogodnym błyskiem w oczach, ze spokojem w sercu – władca wysłuchał tej niemej prośby i podjął dalszą wędrówkę ku drzwiom, wszystko zaś po to, by mogli stanąć w bladym świetle słońca i unieść dłonie w geście pozdrowienia.
Dla jednych to błogosławieństwo – dla innych przekleństwo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   

Powrót do góry Go down
 

Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Sept Baelora
» Pokój Snów
» Wielki Turniej Magiczny
» Wielki Turniej w Harrenhal

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-