a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wielki Sept Baelora - Page 3



 

 Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Wielki Sept Baelora   Pon Kwi 29, 2013 9:17 pm

First topic message reminder :



Wielki Sept jest jednym z najbardziej charakterystycznych i pięknych budynków Królewskiej Przystani. Jest to centrum Wiary w Siedmiu oraz siedziba Wielkiego Spetona. Wielki Sept to największy budynek w mieście, pomijając oczywiście kompleks znany jako Czerwoną Twierdze. To w tym miejscu odbywają się wszelkie najważniejsze ceremonie, takie jak śluby władców Siedmiu Królestw. Świątynia nazywała jest również Septem Baelora, nazwa ta pochodzi od wyjątkowo pobożnego władcy z rodu Targaryenów. To właśnie jego pomnik znajduje się przed budynkiem. W środku znajdują się zarówno malunki, jak i rzeźby Siedmiu. Przed każdym z niewielkich ołtarzy palą się świeczki wierzących. W głównej sali może się pomieścić nawet siedemset osób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Maj 29, 2014 10:44 pm

Daemon wszedł do Wielkiego Septu ubrany w ładny czarno-czerwony wams z wychawtowanymi smokami na plecach. Jego przydługie włosy były zaczesane w tyle, a przy pasie wisiał ozdobny miecz. Na ramieniu zaś siedział Aerys - biały kruk. Książę zajął swoje miejsce niemalże w ostatniej chwili. Zazwyczaj rzadko przybywał na czas, ale na ślub Maegora nie odważyłby się spóźnić. Na szczęście nie musiał szykować się na gniew brata. Sądząc po zebranych jeszcze minuta zwłoki i musiałby czekać na koniec ślubu pod drzwiami, ale tym razem się udało. Gdy znalazł się na miejscu uśmiechnął się do Daelli

Wszyscy, czego należało się spodziewać, wyglądali niezwykle szykownie. Cała gama sukienek, szat, strojów, biżuterii, istna rewia mody z całego Westeros, od samiuteńkiej północy, aż po upalne Dorne. Właśnie, Dorne. Daemon ledwie zdążył przyjrzeć się zgromadzonym gościom, a do sali wkroczyła księżniczka Ivory prowadzona przez swego brata. Dzisiejszego dnia zdecydowanie przyćmiewała swą urodą wszystkie zgromadzone w pomieszczeniu kobiety. I słusznie, w dniu ślubu panna młoda powinna błyszczeć. Z resztą Maegor nie odstawał od swojej przyszłej żony. Oboje wyglądali co najmniej godnie. Skupiali na sobie całą uwagę, nie wyglądali jednak, by w jakiś sposób ich to peszyło, przynajmniej Daemon nic nie zauważył. Zaczął się zastanawiać czy, jeśli kiedykolwiek weźmie ślub, będzie wyglądał choć w połowie tak dostojnie i szybko doszedł do wniosku, że w przeciwieństwie do starszego brata nie ma odpowiedniej postury, więc zgromadzeni, o ile jacyś się pojawią, poczują się zawiedzeni. Zwłaszcza, że młodszemu księciu nie przypadnie już raczej tak ładna żona. Chociaż zawsze można mieć nadzieję, najlepiej w to, że nigdy nie będzie miał ślubu.
Powrót do góry Go down

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 9:41 am

Targaryen powolnym krokiem przemierzał swoją sypialnię. Wszystko w niej było nadmiernie zdobione, upstrzone złotymi i srebrnymi nićmi. Gigantyczne łóżko z baldachimem dusiło się pod girlandami karmazynowego jedwabiu. Opasły stolik pękał w szwach od butelek z kolorowymi trunkami. Sufit pokrywały ciemne rzeźbione wzory, a potężny pobrzękujący żyrandol zwieszał się zbyt nisko. Kominek z zielonego marmuru miał kształt dwóch smoków zwróconych do siebie pyskami. Na jednej ścianie wisiało płótno w lśniących ramach, na którym kobieta o nieprawdopodobnym biuście kąpała się w strumieniu, czerpiąc z tego nadspodziewanie dużo przyjemności. Aerys nigdy nie rozumiał, dlaczego pokazanie cycka albo dwóch zwiększa jakość obrazu, ale malarze najwyraźniej tak uważali, więc cycków i tym razem nie zabrakło.
- Od tej przeklętej muzyki roboli mnie głowa. - wymamrotał król, unosząc lewą brew. Natychmiast w komnacie rozległy się czyjeś pospieszne kroki i już po chwili kielich wina zagościł w ozdobionej złotym pierścieniem dłoni króla. Władca uniósł puchar do ust i siorbiąc z cicha, skinął ręką w stronę swego doradcy.
- Wasza Królewska Mość życzy sobie jeszcze czegoś?
Jasne brwi zmarszczyły się lekko, nadając twarzy niezadowolony wyraz.
- Nie. Możesz odejść.
Kiedy sługa, kłaniając się nisko, zamknął za sobą drzwi, Aerys II Targaryen opadł ciężko na fotel przed wielkim, dębowym biurkiem. Wsparł brodę na dłoniach, łokcie zaś na intarsjowanym kością słoniową blacie, gapiąc się na wiszący nad drzwiami swój nowy nabytek – prawdziwy, piekielnie cenny arras przedstawiający Aegona Trzeciego. Smutne oczy przodka patrzyły na króla, który westchnął jedynie pod nosem, odstawiając kielich. Chwila pozornego spokoju nie trwała długo - drzwi komnaty otwarły się z hukiem. Ciągnąc za sobą jakąś dziewuchę, do pokoju wpadła tyłem rozszczebiotana krawcowa. Przez chwilę nie rozumiała powodu zakłopotania, widocznego na twarzy swej towarzyszki, która spuściła wzrok pod pełnym nienawiści spojrzeniem króla.
- Wasza Królewska Mość miał być już przygotowany do przymiarki, nieprawdaż?
A niechże ci cycki odpadną, zdziro jedna, pomyślał Aerys, przyglądając się w milczeniu młodej dziewczynie, która próbowała dyskretnie się wycofać.
- Tak. Tak… miejmy to za sobą.

~~~

Kiedy władca staje przed dwiema mrocznymi drogami, zawsze powinien wybrać tę
jaśniejszą,
wspomniał król słowa swego ojca, poprawiając złotą koronę na głowie. Trzy smoki, na których wzór została ukształtowana, dziś wyjątkowo posępnie spozierały na świat oczami wykonanymi z rubinów. Aerys wątpił, by Jaehaerys miał na myśli właśnie takie okoliczności, lecz to niczego nie zmieniało.
Kiedy władca staje przed dwiema mrocznymi drogami, zawsze powinien znaleźć trzecią.
Tak, to znacznie bardziej przypadło do gustu Targaryenowi, który ze szczytu schodów przed Wielkim Septem Baelora przypatrywał się wiwatującemu tłumowi. Czas dłużył się niemiłosiernie przy wtórze niewyraźnego akompaniamentu nieudolnych muzyków na dziedzińcu, krzyków zebranych przed świątynią poddanych i cichego szeptu królewskiego gwardzisty zapraszającego do wnętrza septu. Aerys pokręcił głową lekko, łudząc się, że każdy moment wkroczenia w strzeliste mury będzie równie dobry, choć naturalnie wyglądało to zupełnie inaczej - teraz, gdy znajdujący się w środku lordowie oraz damy usłyszeli narastający przed drzwiami entuzjazm, zjawienie się w świątyni króla było wręcz wymagane. Z chwilą, w której Aerys wziął głęboki wdech i przekroczył próg septu, wydawało się, że płomienie świec nieprzyjemnie rozbłysły. Było zbyt jasno, żeby liczyć zebranych gości, zresztą sam władca nie miał ku temu głowy - wyprostowany, opanowany, zdawać by się mogło: dumnie górujący nad eskortującymi go Gwardzistami, podążał długimi, równymi krokami ku pierwszemu rzędowi ław przed ołtarzem nowożeńców, nie jakby wlókł się na powolną agonię lecz raczej maszerował do ataku. Wpadające przez szklaną kopułę septu słońce rozświetlało jego jasne włosy złudną aureolą, zaś twarz - skupiona i poważna - jedynie od czasu do czasu zwracała się ku zebranym gościom, by obdarzyć ich spojrzeniem nie tyle nieprzychylnym, co obojętnym. Król odziany został na czarno, lecz jeszcze mroczniejsze było jego zasępione oblicze - jedynymi kolorowymi dodatkami w ubiorze okazały się szkarłatne obszywki na długim, sięgającym aż do ziemi płaszczu. Ręce Aerys trzymał swobodnie, jakby splótł je po prostu w chwili zamyślenia, pogrążony w ważkich rozważaniach, niby orator na chwilę przed wstąpieniem na mównicę, nim obrzuci tłum władczym wzrokiem i porwie potokiem błyskotliwej, natchnionej, nabrzmiałej treścią wymowy. Niczym generał, który tuż przed decydującą bitwą zamierza przemówić do swoich żołnierzy, wyzbyty lęku, groźny i przepełniony chwałą bliskiego zwycięstwa… lub po prostu jak Aerys Targaryen, zdeterminowany w ruchach i przygotowany na każdą ewentualność. Dopiero, gdy zasiadł na swym miejscu, obitym nie białym, lecz szkarłatnym materiałem, miał okazję, by po raz pierwszy ujrzeć ślubny wystrój świątyni - sept dzisiejszego dnia imponował ogromem i bogactwem. Biały dywan ciągnął się po posadzce zdobionej mozaiką, a na jego końcu widniał ołtarz, przed którym wznosił się wysoki podest usłany kwiatami. Nie minęło wiele czasu, nim w drzwiach pojawił się kolejny Smok - dnia dzisiejszego wyjątkowo najważniejszy. Słysząc miarowy, stłumiony odgłos kroków brata, Aerys nawet nie oderwał wzroku od ołtarza - lawendowe spojrzenie dokładnie badało każde misterne wyżłobienie, każdy, nawet najmniejszy detal w białym marmurze. I dopiero, gdy Maegor zbliżył się do podestu, bez zbędnego pośpiechu, nie rozglądając się na boki, król ostrożnie przesunął wzrokiem po jego osobie.
Pożar.
Pomyślał spokojnie władca, obserwując trójgłowego smoka na czarnym płaszczu Namiestnika.
Jest jak pogrążone w ogniu i cieniach miasto, zmieniające się w bezkresny labirynt porozbijanych murów, zapadniętych dachów i sterczących krokwi.
Na usta Aerysa wpłynął lekki uśmiech, zauważony najpewniej jedynie przez siedzącego najbliżej Daemona oraz trwającą nieco dalej Daellę. Maegor w oczach swego brata w rzeczy samej przywodził na myśl koszmar pełen bezcielesnych krzyków i upiornych kształtów przemykających w ciemności. Koszmar wypełniony ślepymi oknami, rozwierającymi się z wrzaskiem, bryzgającymi jęzorami ognia, które łaskoczą mrok.
Chaos?
Chaos - tym razem wywołany pojawieniem się najistotniejszej części ceremonii - a zatem panny młodej we własnej osobie. Tym razem król zerknął przez ramię, na zmierzającą ku ołtarzowi Ivory Martell, kroczącą dumnie w towarzystwie swego najstarszego brata, Księcia Dorne… i od dzisiaj jednego z potężniejszych ludzi w Siedmiu Królestwach. Lawendowy wzrok władcy śledził każdy ruch Dornijki, aż do momentu, w którym z jej ramion nie został zdjęty panieński płaszcz, a drobna, smagła dłoń nie spoczęła w uścisku palców Maegora.
Kiedy życie jest celą, nie ma nic bardziej wyzwalającego niż niewola, pomyślał z dziwnym rozbawieniem Aerys, unosząc nieznacznie podbródek do góry. To będzie długi dzień…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 12:13 pm

    Początek


Każdy kolejny krok sprawiał jej radość, o tyle dziwniejszą, iż pomieszaną ze swego rodzaju strachem i podekscytowaniem, bez których nie potrafi się obyć żaden gracz. Jeśli wszystko sprzysięgło się przeciwko tobie, musisz zaryzykować, zaś Rhaenys zawsze miała talent do wybierania właściwych rozwiązań. Przygotowania do zaślubin kuzyna podjęła już wczesnym rankiem - Czerwona Twierdza wciąż trwała pogrążona we śnie, gdy Smoczyca, zanurzona po piersi w gorącej, parującej obficie wodzie, nacierała skórę różanym olejkiem, z lubością sycąc nozdrza jego subtelnym zapachem. Włosy, przywodzące na myśl zimne, srebrne światło księżyca, przezornie zaplątane w warkocz unikały kontaktu z wodą, gotowe na rozczesanie przez służki. Żmudne przygotowania miały jednak przynieść efekt, który - jeśli nie zadowoliłby Rhaenys w stu procentach - i tak miał sporą szansę na uznanie w oczach innych.
Jednakże pierwszą rzeczą, na którą Targaryenówna zwrócił uwagę, gdy opuściła Czerwoną Twierdzę, by udać się do Wielkiego Septu, był fakt, że wcale nie jest tak ciepło, jak się spodziewała. Królewska Przystań podczas lata nie cierpiała na niedobór słońca i można było się kąpać w jego promieniach przez całe tygodnie, lecz dzisiaj od morza wiała leciutka bryza, znacznie przypominając jej o Smoczej Skale. I choć nie były to przyjemne wspomnienia, z uwagi na święto Maegora miała zamiar patrzeć wyłącznie na słoneczną stronę życia. Wraz ze swą najbliższą świtą Rhaenys przez stolicę Siedmiu Królestw przedzierała się na grzbiecie siwej klaczy - podróż w lektyce, choć w pełni przysługiwała damie o jej statusie, wiązała się również z nużącą wędrówką przez tłum, ciągłym przystawaniem oraz nieznośną duchotą panującą w ciasnej klatce. Jazda konna oferowała z kolei pełną gamę możliwości - w tym także sposobność do pokazania się mieszkańcom Królewskiej Przystani, co samej Rhaenys sprawiało szczególnie wielką przyjemność. Jadąc stępa, wyprostowana w siodle, tak elegancka i dumna, iż nikt nie mógł mieć wątpliwości co do wagi dzisiejszego święta, Targaryenówna nadawała słowu dostojność zupełnie nowe znaczenie. Choć damskie siodło znacznie utrudniało swobodę ruchów, już przed Wielkim Septem Baelora Smoczyca ze sporą dozą ostrożności zgrabnie zeskoczyła z końskiego grzbietu i zsunęła z ramion długi, sięgający aż do ziemi płaszcz, który podczas podróży bronił odzienie przed zabrudzeniem. Dopiero po oddaniu go strażnikowi, Rhaenys, kołysząc lekko biodrami, jęła wspinać się po marmurowych schodach. Na ich szczycie na moment zatrzymała się, wysuwając do przodu lewą nogę, zaś prawą rękę opierając na biodrze. Owa poza robiła tym lepsze wrażenie, że suknia Rhaenys - w kolorze intensywnej czerwieni, na plecach wyszywana czarnymi perełkami - opinała jej ciało ciasno jak druga skóra. Byli tacy, którzy mogli twierdzili, że pośladki Smoczycy nie wyglądałyby lepiej nawet nago… ale oni akurat niewiele wiedzieli. Srebrne włosy, związane w długi, gruby warkocz, przeplatany złotymi tasiemkami, Targaryenówna zarzuciła na prawe ramię i dopiero wtedy podjęła dalszą wędrówkę, wkraczając do Wielkiego Septu. W świetle płonących w świątyni świec, delikatnie zarysowane kości policzkowe Rhaenys wyglądały jak pokryte lekkim rumieńcem, zaś pełne usta, rozchylone w lekkim uśmiechu, barwą komponowały się z kolorem sukni. By dotrzeć do pierwszego rzędu ław, gdzie zasiadał smoczy ród, musiała pokonać prawie całą drogę do ołtarza, co jednocześnie pozwalało obserwację zebranych tłumnie gości. Rody z prawie każdego zakątka królestwa przybyły do Królewskiej Przystani, by wziąć udział w książęcych zaślubinach. Złaknione rozrywki lub wręcz przeciwnie - znużone podróżą spojrzenia obserwowały każdą kolejną osobę zjawiającą się w sepcie, czekając naturalnie na dwie najistotniejsze dzisiejszego dnia persony. Rhaenys, nie chcąc przerywać milczenia spowijającego świątynię, dołączyła do członków swego rodu bez zbędnych słów powitania - jedynie lekki uśmiech na jej ustach świadczył o tym, iż w pełni rozkoszuje się wizją nadchodzącej ceremonii. Wszak nie było nic przyjemniejszego od hucznej zabawy.
Zwłaszcza w towarzystwie całego królestwa.
Para młoda nie kazała na siebie długo czekać - pojawienie się w Wielkim Sepcie Maegora nastąpiło tak niespodziewanie, bez zbędnych zapowiedzi oraz górnolotnych okrzyków herolda, iż Rhaenys zauważyła go dopiero, gdy jedna ze zgromadzonych dam westchnęła cicho. Namiestnik reprezentował się tak, jak winien, zwłaszcza zaś z uwagi na swe pochodzenie - szeroka pierś, igrające pod szatami mięśnie oraz mocno zarysowana szczęka, dziś pozbawiona charakterystycznego zarostu, w zestawieniu z rodowymi barwami wywołały pozytywne zdumienie nawet u Smoczycy… co nie zdarzało się zbyt często. Sam pan młody musiał jednak w pełni ustąpić pola samej Dornijce, którą lada chwila przyjdzie mu poślubić - gdy do świątyni wkroczyła Ivory Martell, stało się jasne, iż Dorne traci najjaśniejszą spośród swych potomkiń. Księżniczka, odziana w idealnie skrojoną suknię, z biżuterią, dzięki której można by wykarmić całą wioskę… i to zapewne przez cały rok, prezentowała sobą egzotyczną sztukę, niepowtarzalny artyzm, którego nie był w stanie pojąć żaden ze zgromadzonych gości. Jej wygląd, tak odbiegający od wizerunku typowego dla mieszkańców Czerwonej Twierdzy, od tygodni musiał budził w królewskim rodzie ciekawość oraz kontrowersje. Ale dziś - dziś właśnie wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Jeśli mądrość Dornijki dorównuje urodzie, a ta z kolei dobroci… to Maegor Targaryen miał olbrzymie, niepowtarzalne szczęście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 12:41 pm

/ z Północy?

W Królewskiej Przystani nie ma miejsca na błędy i potknięcia.
Błękitne oczy spokojnie obserwowały falujący przed Wielkim Septem Baelora tłum. Kurz, śpiew, krzyki, smród niemytych ciał. Stolica Siedmiu Królestw nawet w dzień zaślubin Namiestnika nie potrafiła wyzbyć się natury rozpasanej nierządnicy. Allya przesunęła smukłymi palcami po nagiej szyi, natrafiając opuszkami na złoty naszyjnik w kształcie jelenich rogów, przyjemnie chłodzący jasną skórę. Nie lubiła ciasnoty. Nie lubiła nienaturalnej euforii wypełniającej szczelnie i tak ciężkie powietrze. Nie lubiła Królewskiej Przystani, miasta bez odrobiny przestrzeni, spiętrzonych kanionów kamienic, gdzie skwerek maleńki jak chustka do nosa to już ogromny plac. Miasta zabudowanego po wręby tradycją, ciasnego jak horyzonty chłopa rolnego.
Nawet śmiać jej się nie chciało. Nawet drwić.
A mimo to różane usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, gdy pół tuzina odzianych w czarno-złote płaszcze strażników przeprowadzało ją przez stłoczonych i zbitych w nieskładną masę mieszkańców Królewskiej Przystani. Zaróżowione ze szczęścia policzki, błyszczące, niebieskie oczy. Ożywione gesty, uśmiechy, radość. Stolica wymagała od każdego rozgrywki na najwyższym poziomie, górnolotniej gry aktorskiej, pachnących kłamstw i słodkich zdrad. Musisz jednocześnie promienieć szczęściem i nosić w sercu żałobę - zupełnie jak Allya. Feeria otaczających ją kolorów, jaskrawych, czasami aż do bólu intensywnych tonów pochłaniana była przez suknię panny Baratheon. Adekwatną dla rodowych barw. I nader wymowną dla samej pary młodej.
Czerń.
Czerń nad nią i wokół niej. Unosiła się, bez sennych pragnień, nieskończona jak same gwiazdy wijące się w marzeniach. Czerń spowijała Allyę, dzieliła się swym nieskończonym bytem, stonowaną wyniosłością, elementem tworzącym ze szczupłą, wiotką talią skomponowaną całość. Czerń była wszystkim, lecz niekoniecznie wszystko było czernią - o czym przekonał się każdy, kto przekroczył próg Wielkiego Septu Baelora. Damy dłońmi złotymi od pierścieni i bransolet ścierają z czółek pot misternie haftowanymi chustami a ich mężowie, uginający się pod ciężarem ozdobnych łańcuchów, brosz oraz bogato wyszywanych wamsów, raz za razem kręcą nosem. A to za duszno, a to kwiaty nie pasują do białego jak mleko dywanu, a to Lord dwa rzędy dalej spożywał potrawkę z fasoli na śniadanie.  Jedyna zasada, która zdaje się mieć tu zastosowanie, brzmi nie inaczej jak: wszystko, co masz, lepiej cały czas noś przy sobie. Dla splendoru, ale i na wszelki wypadek.
Allya doskonale wiedziała, iż jej pojawienie się może w najlepszym wypadku zostać odebrane jako zły znak. Lub, idąc o krok dalej, jako przekleństwo… jako omen świadczący o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Zwiastun burzy. Głęboko, głęboko w jej wnętrzu wciąż żarzył się węgielek wściekłości na cały ród Martell. Kiedyś, nie dalej jak miesiąc temu, ryczał ogniem niczym kowalski piec, teraz jednak powoli zasypiał, zmierzając do zupełnego zaniku. Maleńki fragment jej istnienia sennie obserwował, jak ów rozżarzony do białości węgielek stygnie do migoczącej, bladej czerwieni, i zastanawiał się pod grubymi, miękkimi kocami czerni, czy zostanie jeszcze kiedyś wezwany.
Co by wolała?, zapytał sam siebie jej senny umysł. Powstać ze zdwojoną furią raz jeszcze - może ostatni - czy spać, śnić, aż nie będzie już żadnych snów, ech ani zwierciadeł wojny na Południu?
Allya nie umiała odpowiedzieć, dlatego zagrzebała się głębiej pod miękki całun nieistnienia, po prostu czekając na to wszystko, co może się wydarzyć.
Albo nie wydarzyć.
Czerń trenu sukni oraz biel dywanu kontrastowały ze sobą i, wbrew początkowemu wrażeniu, potrafiły odnaleźć wspólny motyw, coś, co zatarło różnicę między mrokiem a jasnością - złoty ślad nici na obu materiałach. Klucz do syntezy. Smocze pyszczki zwrócone ku ołtarzowi przeciwko haftom, pnącym się ku piersiom panny Baratheon coraz gęściej. Usta Allyi ponownie poddały się lekkiemu uśmiechowi, gdy dostrzegła w przednich ławach swą matkę oraz kuzyna.
Baratheonowie. Z włosami koloru złota i srebra. Ten świat widział już wszystko.
Uderzająco piękna twarz Lady Rhaelle obróciła się nieznacznie w bok, napotykając spojrzenie Łani. Lawendowe oczy spoglądają prosto w niebieskie tęczówki, dziś ciemniejsze i głębsze niż morska toń.
Pani matko.
Moje dziecko…
Słowa są zbędne, nie wniosą w ich relację nic nowego, zaskakującego, przełomowego.  Cudownie długa szyja Lady Baratheon, okręconą sznurem pereł, powraca do poprzedniej, dumnie wyprostowanej pozycji. Piersi Allyi falują delikatnie przy każdym wdechu i wydechu, gdy w milczeniu pokonuje ostatnie jardy dzielące ją od rodziny, skupiony wyraz twarzy jest jedynie przedsmakiem myśli przewijających się przez głowę. Ktoś podaje jej dłoń, męską, silną, najpewniej nawykłą do walki mieczem, i proponuje pomoc w dotarciu na wyznaczone miejsce - Allya cofa się mimowolnie o krok, jakby proponowali, by potrzymała przez chwilę rozdeptaną ropuchę.
- Dziękuję, ser. - odzywa się melodyjnym głosem szemrzącej wody i potrząsa głową, podejmując dalszą wędrówkę. Usta o wykroju godnym flakonu pachnideł z Wolnych Miast poddają się roztargnionemu uśmiechowi, gdy Baratheonówna w końcu zasiada między swą matką a Derekiem, witając kuzyna lekkim uściskiem dłoni na silnym ramieniu. Nie minęło wiele czasu, gdy do septu wkroczył Maegor Targaryen. Silny, niepohamowany jak skalna lawina, z typowym dla siebie wzrokiem nieustannego tryumfatora zatrzymał się przy ołtarzu, wbijając spojrzenie w drzwi świątyni, skąd lada moment miała nadejść panna młoda.
Radujcie się, zło zostało pokonane.
Przemknęło jej przez głowę w chwili, gdy Sept spowiła cisza wywołana, rzecz naturalna, zjawieniem się olśniewającej dziś dornijskiej księżniczki… oraz jej brata.
Baratheonówna nawet nie zauważyła, gdy kurczowo zacisnęła palce na brzegu ławy. Blade palce wbijały się w materiał spowijający drewno z każdą chwilą coraz mocniej, coraz bardziej rozpaczliwie. Patrzyła na smagłą twarz Księcia Dorne, wciąż nie bardzo mogąc uwierzyć, że naprawdę jest tutaj. Edric Martell jest tutaj. Dokładnie taki sam jak zawsze. Niezmienny niczym kontynenty, konstelacje i furia Burzy. Choć jego obecność była rzeczą oczywistą, Allya z trudem zdała sobie sprawę z tego, iż dogasający w niej węgielek gniewu rozgorzał na nowo.
Bardzo, bardzo jasno.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 12:57 pm

/dziedziniec/

Wkroczyła do sali wolnym, delikatnym krokiem, starając się wymijać większe tłumy, idąc raczej z boku, by nie trafić niepotrzebnie między ten ścisk. Cóż, po prawdzie szła tak ostrożnie bo suknia, w którą jej niemal wcisnęli siłą na ciało (bynajmniej nie chodziło o jej figurę! Ciało miała bez zarzutu), była na tyle długa, że dziewczyna cały czas miała wrażenie, że zaraz ktoś nadepnie na materiał i dzięki temu Starkówna pięknie padnie na samym środku sali ceremonialnej. Tak się jednak nie stało. Kreacja w barwach srebra i kryształków, niczym lodem obsypana, prezentowała się na niej wspaniale, podkreślała jej kształty i rozświetlała porcelanową cerę. Włosy miała luźno upięte na bok, a pukle opadały na jej ramię i pierś naturalnymi falami. Ale dosyć już o ubiorze.
Trzymając koniec sukni, by unieść ją na tyle żeby spokojnie mogła iść, brnęła do przodu między ludźmi, obserwując wszystkich i wypatrując kogoś z rodziny. W końcu dostrzegła Nadirę - wyglądała przepięknie, zjawiskowo. Barwy rodu zdecydowanie bardziej pasowały Nad, niż jej...ale swoją prezencją jakoś szczególnie się nie przejmowała, za to cieszył ją widok kuzynki w tak cudownej odsłonie. Podążyła w jej kierunku zatrzymując się nieopodal z boku, nieco ukrywając się za jednym z filarów. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, Nad mogła wyraźne dostrzec zbolałą ekspresję Emery, wszak najchętniej zrzuciłaby z siebie tą suknię, wskoczyła znów w swoje skórzane, wygodne spodnie i popędziła w miasto, odkrywać jego zakątki, albo wspięłaby się wysoko na mury i obserwowała krajobraz przystani....albo chociaż potrenowała strzelanie z łuku...zamiast stać na sztywnym balu.

Jej uwagę po chwili przykuła panna młoda, czyli główna bohaterka ostatnich dni. Prowadził ją młody Książę Dorn, jej brat, z tego co zapamiętała. Sama dziewczyna miała dość nieodgadnioną twarz...czy cieszyła się ze ślubu? Może przeciwnie, cierpiała w sercu niezmiernie, ale postanowiła pogodzić się z losem księżniczki na wydaniu i jakoś przez to wszystko przejść...zbierając siły na resztę życia w małżeństwie z Targaryańskim księciem.
Wykrzywiła nieznacznie usta, choć na jej twarzy nie pojawił się ani jeden cień jakiegoś szczególnego zniesmaczenia lub pokrewnych uczuć. Widziała jak każdy z osoba przeszywa wzrokiem młodą ksieżniczkę, cóż włącznie z samą Emery. To było niekomfortowe już gdy ciemnowłosa Starkówna widziała tę sytuację, a co dopiero stać się obiektem uwagi wszystkich zebranych na ogromnej sali. Od takich insynuacji po plecach przebiegł jej nieprzyjemny dreszcz. Brr.
Współczuła Ivory bycia w tak mieszanym, jeśli chodzi o emocje, centrum uwagi. Nie znała jej, i pewnie nigdy nie pozna, ale widok tak ślicznej istoty będącej pod taką presją, w nieustannym osaczeniu...męczące i smutne. Polityczne małżeństwa, połączenia rodów, transakcje, w których kartą przetargową jest kobieta. Czy ją także czekało coś takiego? Związek oparty jedynie na formalnej umowie? Hmm, na tą chwilę wolała odepchnąć od siebie te myśli...zresztą póki co, wątpiła by Starkowie planowali wydac ją za kogokolwiek. Nie była najlepszą partią, zwłaszcza jeśli chodzi o jej dziwactwa, nieokiełznanie i milczenie...jednak skreślić milczenie, to pewnie uszczęśliwiłoby narzeczonego - brak problemu z wysłuchiwaniem gadaniny żony, jak mogła przypuszczać, myślałby każdy mężczyzna.
Zaraz do sali wkroczył również król...na jego widok można było się mocno wzdrygnąć z niekomfortowych dreszczy. Choć Em, była zaintrygowana jego postacią. Mieszanka mroku, siły, pewności siebie i czegoś...specyficznego, może władczej energii? Może jakiejś cienistej tajemnicy? Mogła jedynie obserwować i snuć hipotezy.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 5:15 pm


MG

Wielki Septon westchnął ciężko, podchodząc do południowego okna swego pokoju w wieży septu i wypluł na zewnątrz strugę białego płynu.
Kozie mleko... fuj! Dobre może na sery, ale nie do picia.
Patrzył, jak płyn zmienia się w białą chmurę kropelek i opada na kamienie, kilkanaście metrów niżej. Marzył o spienionym kuflu dobrego, ciemnego piwa… i tylko jednej rzeczy pragnął teraz bardziej niż ale: wynieść się z tego przedsionka piekła. Lecz tego nie mógł zrobić. Jeszcze nie. Typowo żołnierskim gestem wyprostował ramiona. Był więcej niż średniego wzrostu, jednak twarde niegdyś mięśnie wiotczały coraz bardziej. Kasztanowe, krótko przycięte włosy i piwne oczy nadawały mu pospolity, prawie chłopski wygląd, zaś lekko skrzywiony, złamany w młodości nos oraz usta zdolne do wesołego szczerzenia zębów, świadczyły o co najwyżej mieszczańskim pochodzeniu. Rozpięta do pasa szara koszula odsłaniała okazałą otyłość, którą Wielki Septon poklepał zamaszyście, wzdychając ciężko.
Za dużo kiełbasy, pomyślał ruszając ospale w stronę wysokiego krzesła, przez które przewieszona była długa, kremowa szata. Jeszcze pół roku temu nosił znacznie mniejszy rozmiar, zaś dziś - każde z kolejnych odzień przywodziło na myśl dornijskie namioty rozstawione z okazji ceremonii ślubnych na Wzgórzu Rhaenys.  Zaniepokojony lub rozczarowany, Wielki Septon Alston miał zwyczaj przegryzania między posiłkami, najczęściej kawałkiem wędzonej w Dorzeczu kiełbasy. Im bardziej był niespokojny albo rozczarowany, tym więcej jadł. Tycie było naturalnym skutkiem ubocznym, który na domiar złego coraz mocniej dawało mu się we znaki. Z trudem naciągnął przepastną szatę, bogato zdobioną złotymi i czerwonymi wstawkami na falujące przy każdym ruchu ciało i, znacznie zasapany, usiadł ciężko na krześle, by naciągnąć na bose stopy miękkie ciżemki, skryte pod fałdami długiej sukmany. Piwne spojrzenie przesunęło się spokojnie po wnętrzu komnaty, kierując w końcu na okno, za którym rozpościerał się widok na Królewską Przystań, skąpaną w blasku słońca, spokojną, jakby z innego świata. W powietrzu stolicy Siedmiu Królestw od rana rozbrzmiewały dźwięki instrumentów, śpiew portowych kurtyzan i już (bądź wciąż) pijanych najemników. Mieszkańcy byli gotowi, by uczcić książęcy ślub na długo przed jego rozpoczęciem. Alston odwrócił się i przeszedł przez zamieszkiwaną przez siebie komnatę. Jej ściany zbudowano z kamiennych bloków, z których część ozdobiono niezwykłymi, mosiężnymi podobiznami Siedmiu. Czterdzieści dziewięć figurek, dokładnie. W ciągu ostatnich ośmiu lat sprawowania funkcji Wielkiego Septona przeliczył je wielokrotnie.  Mężczyzna ominął zabałaganione woluminami, zbite z desek biurko i zatrzymał się dopiero przy przeciwległym oknie, wychodzącym na dziedziniec przed świątynią.
Złote Płaszcze oddzielały schody prowadzące do septu nieustępliwym kordonem - wszystko to zaś przez wzbierającą, ludzką falę, która zebrała się na placu, by móc choć przez chwilę ujrzeć egzotyczną Dornijkę, którą poślubi Namiestnik i młodszy brat miłościwie panującego. Wzrok Alstona zamarł na niewielkiej, kruchej postaci, która miała na tyle rozsądku, by wspiąć się na olbrzymi posąg Baelora Błogosławionego zdobiący plac przed Wielkim Septem.  Chłopiec, nie mający więcej niż osiem dni imienia, strugał coś pospiesznie, nie zwracając uwagi na wiwatujący tłum, którego euforia raz za razem podsycana była wciąż docierającymi do świątyni, szlachetnymi gości. Wielki Septon spojrzał uważnie. Kawałek drewna w rękach podlotka nabierał kształtu figurki. Jak gdyby nie dość było figur dookoła.
Ludzie byli jednak szczęśliwi. On też. Całkowita zmiana nastrojów w okresie mniej niż tygodnia, wszystko to zaś przez królewską rodzinę oraz Dornijczyków, podsycających w stolicy poczucie euforii. Dzisiejszego dnia Westeros skurczyło się do Królewskiej Przystani, zarówno dla septona, jak i zebranych gości nie istniało nic prócz tego miasta, prócz świątyni, prócz Czerwonej Twierdzy, w której odbędzie się uczta weselna.
Wielki Septon odwrócił wzrok od okna, kierując go na strzelistą, kryształową koronę spoczywającą na kaszmirowej poduszce. Jeszcze miesiąc temu śmiałby się na samą myśl, że Maegor Targaryen stanie na ślubnym kobiercu, lecz dziś… dziś uśmiech zamierał na ustach, oto bowiem za nie więcej niż godzinę Namiestnik Siedmiu Królestw będzie mógł mianować się „mężem”. Mężem tego słodkiego, dornijskiego kwiatu, widzianego przez Septona zaledwie raz, gdy odwiedził Czerwoną Twierdzę, oferując młodej księżniczce Martell spowiedź.
Czas biegnie tak prędko.
Pomyślał niejasno, ujmując ostrożnie kryształową koronę w dłonie i nakładając ją na kasztanowe, krótko przycięte włosy. Wybrał pomieszczenia na drugim piętrze wieży — były powyżej poziomu murów, a nie wymagały zbyt ciężkiej wspinaczki. Pierwszy pokój miał służyć jako biuro, drugi, mniejszy, z tyłu — jako sypialnia. Dwa okna frontowe, obramowane drewnianymi okiennicami, zapewniały widok na całą Królewską Przystań, a tylne pozwalały mieć oko na dziedziniec. Dzięki podobnemu położeniu, Wielki Septon doskonale wiedział, co czekać go będzie, gdy tylko zejdzie na niższe kondygnacje i w bocznym pomieszczeniu napotka swych braci oraz siostry - ceremonia będzie gotowa do rozpoczęcia. Mężczyzna westchnął ponownie i opuścił swą komnatę, kierując się schodami w dół - drogę oświetlały mu pochodnie, rzucające na otyłą postać ruchome plamy światła. Wielki Septon potarł dłonią gładko wygolony, różowy policzek.  Wszystko go bolało. Był wykończony nocnym czuwaniem. chciał tylko wśliznąć się do swego łoża i na parę godzin zapaść w zapomnienie. Szczerze mówiąc, gdyby tylko w korytarzach było odrobinę cieplej, zdrzemnąłby się tutaj… a przynajmniej przez chwilę sądził, że mógłby to zrobić - poczucie obowiązku okazało się jednak znacznie silniejsze. Gdy Wielki Septon pchnął niewielkie drzwi, prowadzące do bocznego pomieszczenia, umieszczonego za ołtarzami Matki oraz Ojca, zastał tam już gotowy orszak sept, które miały rozpocząć ceremonię ślubną. Alston przywołał na usta lekki uśmiech i pozwolił, by młodszy z braci zarzucił na jego ramiona ciężki, obszywany u dołu diamentami płaszcz, który zakładany był wyłącznie z okazji podniosłych okoliczności - a taką bez wątpienia był ślub Namiestnika.
- Zatem… - Wielki Septon ustawił się za rzędem siedmiu, odzianych w nieskalaną biel sept. Bardzo gładkich sept, przywodzących na myśl uosobienie samej Dziewcy. Co jedna, to bardziej powabna. - … zaczynajmy. - rzucił cicho, gwałtownie wciągając opasły brzuch i dumnie wypinając pierś. Drzwi otworzyły się płynnie, gdy pierwsza z dziewcząt w orszaku pchnęła je lekko, wkraczając w światło wpadające przez oszkloną kopułę Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego. Wraz z chwilą, w której jej drobna, bosa stópka dotknęła zimnej podłogi świątyni, powietrze wypełnił słodki, czysty śpiew.
- Pójdź miły, spowij zawojem me skronie!  Turban z twej ręki - bardzo piękny zgoła. I nawet Matka na niebiosach tronie, nie mogła subtelniej spowić swego czoła…. - siedem odzianych w białe szaty sept ominęła płynnie ołtarz, przy którym para narzeczonych złączona zostanie węzłem małżeńskim, po czym ruszyła w głąb świątyni, stąpając lekko po pięknym dywanie. - Czystym, srebrzystym muślinem, kochany, czoło mi spowij dobrym, czułym gestem!  Czymże Dziewicy wysokość tak znana? Spójrz tylko - zaraz jak ona wielka jestem. - podróż smukłych sept oraz ich śpiew dobiegły końca już przy drzwiach świątyni - dwie spośród dziewcząt ujęły mosiężne klamki wrót i zamknęły je z cichym szczękiem. Wtedy też Wielki Septon wspiął się na podwyższenie ślubnego ołtarza, z lekkim uśmiechem nakazując to samo Maegorowi Targaryenowi oraz Ivory Martell. Panna młoda, pozbawiona przez swego brata panieńskiego płaszcza, wraz z Namiestnikiem, który trzymał jej dłoń w uścisku, wstąpiła na marmurowe stopnie, ciągnąc za sobą nieskazitelnie biały tren sukni. Septon odkaszlnął cicho, gdy narzeczeni zatrzymali się na podwyższeniu, z czystą determinacją wyrysowaną na pozornie nieprzeniknionych twarzach. Kapłan rozłożył ręce, po czym donośnym głosem przemówił zarówno w stronę stojącej przed nim pary, jak i zebranych w sepcie gości.
- Możesz ubrać pannę młodą i wziąć ją pod swą opiekę. - wzrok Wielkiego Septona zamarł na Targayenie, który najwyraźniej tylko czekał na te słowa - silne palce ujęły sprzączkę czarnego płaszcza i odpięły ją spokojnie, wprawnym ruchem ściągając z silnych ramion nakrycie. Ciemny materiał zafurkotał cicho, zaś wyszyty na nim trójgłowy smok przez pół uderzenia serca zdawał się aż nazbyt realistyczny, gdy Maegor okrył dumnie wyprostowane plecy Ivory  swym płaszczem, nieco zbyt długim dla Dornijki, lecz otulającym ją bezpiecznie. Zaraz też z ich ust padły odpowiednie słowa, mające być jedną z istotniejszych pieczęci łączących małżeństwo w nierozerwalną jedność.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę.
Głos Maegora Targaryena, donośny, głęboki i bez wątpienia należący do mężczyzny przywykłego wydawać rozkazy poniósł się echem po Wielkim Sepcie Baelora, dopiero po chwili ustępując drugiemu tonowi, znacznie łagodniejszemu i ciepłemu niczym pustynny podmuch wiatru.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę Cię sobie za pana i męża.
Słowa Ivory Martell, przesycone charakterystycznym, dornijskim akcentem jeszcze nie przebrzmiały, gdy usta pary młodej po raz pierwszy spotkały się ze sobą. Wielki Septon skinął lekko głową i podjął dalsze słowa ceremonii, unosząc w górę cięty kryształ, który rzucił na małżonków lśniące, tęczowe światło.
- Na oczach bogów i ludzi uroczyście ogłaszam, że Maegor z rodu Targaryenów i Ivory z rodu Martell są mężem i żoną,  jednym ciałem,  jednym sercem,  jedną duszą,  teraz i na wieki, i niech przeklęty będzie ten, kto stanie między nimi. - kapłan zsunął ostrożnie ze swej szyi jedwabny szal, po czym owinął go ostrożnie wokół złączonych dłoni pary młodej. Materiał ślizgał się delikatnie po szorstkiej, nawykłej do trzymania oręża dłoni Maegora oraz drobnej, smukłej rączce Ivory. - W imię Siedmiu, biorę wasze dusze i wiążę je w jedną po wsze czasy. - wyrzekł spokojnie Wielki Septon, przez chwilę sycąc się swym głosem, rozbrzmiewającym w ciszy, jaka zapanowała w świątyni.
- Spójrzcie sobie w oczy i wypowiedzcie słowa przysięgi. - dodał, odstępując na krok od młodej pary. Ten moment był bez wątpienia chwilą na tyle doniosłą, iż każdy z zebranych, nawet sam Wielki Septon, wstrzymali na moment oddechy, by żadna wypowiedziana sekwencja nie została zakłócona. Kapłan jako jedyny widział gest Maegora, który zacisnął mocniej palce na dłoni Ivory, dając tym samym niemy znak do wypowiedzenia słów.
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy. Należę do niego, a on do mnie. - głos Dornijki spokojnie wzbijał się ponad niskim tonem swego męża, którego słowa, wypowiadane w tym samym momencie, różniły się jedynie niewielkimi sekwencjami.
- … należę do niej, a ona do mnie. Od dziś po wsze czasy…
Gdy tylko przebrzmiały ostatnie sylaby, napięcie panujące w Wielkim Sepcie uległo gwałtownemu rozładowaniu - drzwi świątyni zostały otworzone, wpuszczając do środka świeże powietrze oraz odgłos wiwatującego tłumu, przez który przebijał się dźwięk dzwonów, niosących całej Królewskiej Przystani wieść o zaślubinach Namiestnika. Choć oczy wszystkich w sepcie wciąż zwrócone były na młodą parę, zstępującą już z podwyższenia, myśli kierowały się ku weselnej uczcie, która zaserwowana zostanie w Czerwonej Twierdzy, pośród pięknego dnia lata 262 roku po lądowaniu Aegona Zdobywcy. I choć Maegora oraz Ivory czekały jeszcze życzenia od przedstawicieli mieszczaństwa, każdy ze szlachetnie urodzonych mógł udać się ku bocznemu wyjściu, gdzie czekały przystrojone kwiatami powozy, gotowe zawieść gości aż na dziedziniec siedziby Targaryenów.
Ucztę czas zacząć!

(Pomyślał z radością Wielki Septon, mając cichą nadzieję, że zaserwują wędzoną kiełbasę.)


    Dziękujemy wszystkim za dostosowanie się do tempa rozgrywki. Nie musicie pisać już postów w Sepcie, wszystkich gości zapraszamy do Królewskiej Sali Balowej, gdzie nadarzy się okazja wręczenia parze młodej prezentów (w temacie "Środek Sali", choć ta zasada dotyczy wyłącznie tych gości, którzy zechcą przekazać podarunki od razu; nim para młoda dotrze do Czerwonej Twierdzy, a stanie się to w miarę szybko, możecie pisać w każdym innym, dowolnym temacie Sali Balowej). Stamtąd, po zakończeniu obdarowywania nowożeńców, udajcie się do Królewskich Ogrodów i zasiądźcie przy wybranych przez siebie stołach (poza rodziną królewską oraz książęcą, których miejsce znajduje się przy stole reprezentacyjnym). Po oficjalnym rozpoczęciu uczty oraz wzniesieniu toastów zapanuje pełna dowolność rozgrywki, którą urozmaicą Wam rozrywki gwarantowane przez Mistrza Gry w mojej osobie. Miłej oraz spokojnej zabawy!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Maj 30, 2014 11:16 pm

Obowiązek. To jedno słowo tłumaczy wszystko. Rodzimy się związani zobowiązaniami wobec bogów, rodziny, bliźnich, świata. To szczytne, ważne, potrzebne, choć czasami bardzo ciężkie brzemię.
Targaryen w bogów nie wierzył wcale. Rodzinie nie ufał. Bliźnich nie miłował. Zaś świat - świat pragnął mieć na wyłączność. Od urodzenia, z każdym oddechem sycił się tą myślą i choć początkowo wymagała ona poświęceń, ale również strachu, prowadzącego z kolei do zdziwienia -  w końcu się rozsmakował w swej pewności siebie i odnalazł w niej ukojenie. Maegor zmusił się do półuśmiechu, trwając nieruchomo przy ołtarzu nowożeńców. Czas, gęsty jak melasa, płynął coraz wolniej, pozwalając na dokładną obserwację tego, co zachodziło przy wejściu do Wielkiego Septu Baelora.
A zachodziło wiele.
Kiedy tak nagle wpada się w mój świat, można doznać zawrotów głowy, prawda? Ja mam podobne wrażenie każdego ranka, kiedy otwieram oczy i przekonuję się, że wciąż żyję.
Fiołkowe spojrzenie Namiestnika zamarło na smukłej sylwetce, majaczącej niewyraźnie na tle wpadającego do świątyni światła. Biała suknia, podkreślająca wcięcie w talii i eksponująca to, co w kobiecie najistotniejsze, kontrastowała łagodnie ze śniadością gładkiej skóry. Ivory Martell zmierzała ku swojemu przeznaczeniu bez cienia wahania, ostrożnie stawiając na mlecznobiałym dywanie drobne stopy, obute w wysadzane kamieniami szlachetnymi sandały.  
Jaka była w oczach innych? Egzotyczna, piękna, jedyna w swoim rodzaju, tak różna od otaczających ją ludzi i jednocześnie zachwycająca w swej odmienności? Targaryen uśmiechnął się lekko. Owszem, wyglądała nieziemsko pięknie. Owszem, miała oczy tak ciemne, że, gdy tylko zbliżyła się wystarczająco blisko, dostrzegł w nich odbijające się maleńkie płomienie świec. Owszem, budziła zachwyt, zarówno kreacją, jak i każdym, nawet najmniejszym detalem biżuterii. Gdy zaś wyciągnęła dłoń, którą Maegor zamknął w uścisku, Targaryen mógł na własnej skórze przekonać się, iż bił od niej letni żar, bliższy raczej upałowi pustyni, niż gorącemu ogniowi. Tym razem lawendowe spojrzenie bez jakiejkolwiek próby krygowania, przesunęło się powoli po pięknych biodrach oraz strzelistych piersiach, zarysowanych obiecująco pod materiałem sukni. Gdy Edric Martell zdjął z ramion swej siostry panieński płaszcz, zaś Wielki Septon gestem zachęcił do wspięcia się na podwyższenie, Maegor bez najmniejszego cienia oporu wykonał polecenie kapłana - i choć z głębi duszy, z całej szalejącej tam, wzburzonej, kipiącej wdzięczności za przebiegającą bez problemów ceremonię, ze szczęścia, które nie może się pomieścić w szerokiej piersi i w końcu z głębokiego, czystego szacunku do obcej mu kobiety, która dzielnie trwała przy jego boku, wciąż rodziły się pytania, Targaryen musiał poczekać z nimi na porę znacznie… odpowiedniejszą? Rozsądek podpowiadał, że taka okazja nigdy nie nastąpi, lecz trwająca chwila nie pozwalała na podobne rozważania. Jego palce powędrowały do broszy spinającej płaszcz i gdy przez krótki, lecz nader zatrważający moment obawiał się, że nie odepnie stawiającej opór sprzączki - ta z cichym kliknięciem zwolniła zapięcie, pozwalając Targaryenowi okryć Ivory czarnym niczym nocne niebo materiałem. Ciemna tkanina otuliła szczupłe ramiona, opadając aż do ziemi i skrywając przed zebranymi w Wielkim Sepcie gośćmi idealną linię pleców Dornijki.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę.
Maegor miał niejasne wrażenie, że jego głos, wyjątkowo niski i natarczywy, osacza sept ze wszystkich stron, odbijając się ponuro od strzelistych sklepień. Dopiero gdy wypowiedziane przezeń słowa zastąpione zostały podobnymi, tym razem padającymi z ust księżniczki, nieprzyjemna impresja ustąpiła znacznie łagodniejszemu odczuciu - zapewne wywołanemu pocałunkiem, który spadł na miękkie wargi Ivory. By dopełnić słów przysięgi, Maegor musiał pochylić się nad Dornijką - przez krótką chwilę była tak blisko, że czuł ciepło jej ciała bijące spod materiału sukni. Wiedział, że pod nią kryje się napięta, gładka i opalona skóra - skóra, którą jeszcze dzisiejszej nocy będzie bezkarnie dotykać.
- … w imię Siedmiu, biorę wasze dusze i wiążę je w jedną po wsze czasy. - głos Wielkiego Septona odbijał się zwielokrotnionym echem od ścian świątyni, docierając do Targaryena jak przez gruby mur. Światło słoneczne, rozrzedzone i szare jak woda po sztormie, wpadało przez oszkloną kopułę, oświetlając ołtarze Matki oraz Ojca oraz jedwabną szarfę, którą przewiązane zostały dłonie nowożeńców. - … spójrzcie sobie w oczy i wypowiedzcie słowa przysięgi.
Maegor nie chciał zatruć swego nowego życia, zanim na dobre się rozpoczęło. Ceremonia musiała przebiec bez zarzutu, bez najmniejszej choćby pomyłki - nawet nie zauważył, gdy delikatnie zacisnął palce na dłoni Ivory, nabierając cicho powietrza do płuc. Patrzył na nich skupiony tłum, rzeka obcych twarzy. Ludzie wszelkich rodzajów i kolorów. Tak wielu, że górując nad nimi Targaryen czuł się niemal wykluczony.
- Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy. - czytelne znaki ostrzegawcze głębokiej niechęci… wydawało mu się, że przez chwilę dostrzega je w ciemnych tęczówkach Dornijki i choć Maegor był pewny, że stojąca przed nim kobieta potrafi być znacznie bardziej dosadna w okazywaniu uczuć, po prostu nie chciała, by ją zrozumiał. Chociaż on i tak wiedział, o co chodzi. Wystarczył mu wyraz twarzy. - … należę do niej, a ona do mnie. Od dziś po wsze czasy.
Ostatnie słowa, wypowiedziane zgodnym chórem dwóch głosów nie zdołały jeszcze przebrzmieć, gdy szczęk otwieranych drzwi, wiwat trwającego przed Wielkim Septem tłumu oraz wibrujący dźwięk dzwonów zakłóciły dotychczasowy spokój ceremonii. Teraz Maegor mógł uśmiechnąć się bezkarnie, pogrążony w błękicie swoich ogromnych planów, które przeświecały przez tęczówki poważnych, pełnych dziwnej ekscytacji oczu. Wpadające przez otwarte wrota, jasne światło wabiło nowożeńców, zachęcając do powitania mieszkańców Królewskiej Przystani, tłumnie zgromadzonych na placu przed Wielkim Septem. Targaryen wykonał pierwszy krok w stronę marmurowych schodów prowadzących z podwyższenia na długi dywan i, wciąż złączony ze swą małżonką jedwabną wstęgą oplatającą dłonie, poprowadził ją ku wyjściu na dziedziniec. Z każdym kolejnym krokiem stawianym pomiędzy zebranymi gośćmi, Maegor coraz lepiej zrozumiał, że zawarł z Ivory  krwawe przymierze…
Zachowuj mnie i bądź mi posłuszną - mówił pierwszy punkt paktu - gdyż jestem Twoim mężem i mogę Cię zniszczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Maj 31, 2014 6:04 am

Mogłabym się z tego wycofać, jeśli tylko bym chciała.
Jeśli zechcę, mogę uciec.
Jeśli tylko zechcę.

Księżniczka Dorne kroczyła dumnie białym dywanem, a dłoń jej zamknięta była w dłoni Edrica, prowadzącego ją ku czekającemu narzeczonemu. Dumna, wyniosła i tak pewna siebie, jakby świat leżał u jej stóp. A spojrzenie oczu tak czarnych, że gdy zapadał zmierzch, z trudnością można odróżnić było tęczówkę od źrenicy, skupiało się na jednej tylko osobie spośród wszystkich obecnych w sepcie. Na Maegorze Targaryen, Księciu Smoczej Skały, Namiestniku Siedmiu Królestw, stojącym niczym posąg przy małżeńskim ołtarzu. Niemal emanujący potęgą i niezaprzeczalną siłą.
Kroczyła całą wieczność, ostrożnie stawiając kroki, ale w pewnych momentach wszystko traciła z oczu, jak gdyby ciemność wzrok jej wyżerała. Pomimo wszelkich usiłowań obrony zapadała coraz głębiej w jakąś nieprzeniknioną ciemnicę, na dnie której leżały pogrzebane pragnienia. Nikt jednak tego nie dostrzegł, nie mógł tego ujrzeć pod zbroją radości. Wszystko to ukryła za grubym murem, odgradzającym jej prawdziwe istnienie od świata, nie pozwalając, aby zginęło za kilka minut, gdy wypowie słowa małżeńskiej przysięgi.
Nie można urwać pieśni w połowie. Pozostawiając opowieść niedopowiedzianą, nieskończoną. To grzech.
Zatrzymała się przy ołtarzu, a Edric sięgnął dłońmi do sprzączki ciężkiego płaszcza panny, aby już po chwili zdjąć go z wątłych ramion Dornijki. Przymrużyła oczy, na jeden krótki moment, mniej niźli mrugnięcie oka, gdy włosy brata dotknęły jej policzka. Kąciki ust uniosły się nieznacznie, gdy nim odszedł, uchwyciła jego spojrzenie. Nie miała do niego żalu. Już, bądź jeszcze nie.
Jeśli tylko zechcę.
Wmawiała sobie, że jeśli tylko by pragnęła, gdyby zapłonął w niej płomień buntu, mogłaby odwrócić się i opuścić ten cholerny sept. Rozpętać piekło, poruszyć niebo i ziemię, aby dopiąć swego. Mogłaby złamać podpisane traktaty i pakty, niwecząc plany brata. Uciec stąd i jeszcze dalej, choćby i na koniec świata, aby skryć się pod oskarżającymi spojrzeniami oraz konsekwencjami, które bezsprzecznie dosięgłyby Lorda Słonecznej Włóczni.
Jeśli tylko zechcę.
Nic takiego jednak nie miało miejsca. Ivory Martell zwróciła się ku mężczyźnie, któremu została przyrzeczona i naszła ją myśl, że już nie ma odwrotu. On nie puści jej dłoni, uścisk był zbyt silny. Już nie ucieknę, myślała wspinając się po schodach prowadzących do ołtarza. Zatrzymała się przed Wielkim Septonem i oparła pokusie, aby obejrzeć się przez ramię, jakby miała tam dostrzec utracone już życie. Chciała myśleć, że straciła je właśnie teraz, gdy silna dłoń Maegora zamknęła w sobie jej rękę, jednakże nie mogła i nie chciała tak siebie oszukiwać. Straciłaś to już dawno, myślała z goryczą, gdy Książę Smoczej Skały zarzucił na jej ramiona ciemny płaszcz, tym samym biorąc ją pod swą opiekę. Musnął tym samym nagą skórę Dornijki. Czemu ma tak gorące dłonie? Płaszcz niemal natychmiast zaczął ciążyć Ivory, niczym grzechy na sumieniu. Westchnęła lekko, czując, że brakuje jej powietrza. Mdła woń kwiatów była przytłaczająca.
Obróciła się w jego stronę i uśmiechnęła się. Miękko, ale nie kocio. Kobieco, ale nie zalotnie. Choć może zalotnie, ale jakoś nieprzewrotnie. I bardzo delikatnie.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę sobie Ciebie za panią i żonę.
Ach, miłość! Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. To wszystko jest kłamstwem. Jedynie przedstawieniem. Oszustem, iluzją, złudzeniem. Wiesz czym jest miłość, Maegorze? Kłamiesz, ale tu wszyscy kłamią. Bez wyjątku.
- Tym pocałunkiem ślubuję Ci miłość i biorę Cię sobie za pana i męża. – powiedziała spokojnie, a głos miała dziewczęcy, choć dość niski. Nie piskliwy i nie mdląco słodki. Przesycony za to miękkim dornijskim akcentem, który pozostałością był po wpływach Rhoynarów.
Uniosła lekko brodę, gdy Książę Smoczej Skały nachylił się, aby złożyć na jej karminowych wargach pocałunek. Zadrżała mimowolnie, delikatnie, lecz tak, że jedynie stojący blisko mężczyzna mógł to wyczuć. Za blisko. Jesteś za blisko. Niebezpiecznie wręcz blisko.
- Na oczach bogów i ludzi uroczyście ogłaszam, że Maegor z rodu Targaryenów i Ivory z rodu Martell są mężem i żoną, jednym ciałem, jednym sercem, jedną duszą, teraz i na wieki, i niech przeklęty będzie ten, kto stanie między nimi.
Wszystko to kłamstwa. Bezwstydnie kłamiemy przed Bogami, to grzech. Każdy to wie, lecz nikt nie wypowie ani słowa. Nigdy nie będziemy jednością, myślała Ivory prostując się dumnie i ponownie podając dłoń Maegorowi. Nie odrywała wzroku od jedwabnego szala, który splatał ich ręce, symbolicznie wiążąc ich ze sobą na zawsze. Zawsze. Jakże okropnie to brzmiało! Nie było już odwrotu, nie było też innego wyjścia. Nie było już nic oprócz wspólnej ścieżki z Maegorem Targaryenem, obcym jej mężczyzną, który zyskał w tej chwili prawo do uczynienia z nią wszystkiego, jeśli taka była jego wola.
Jeśli tylko…
-Spójrzcie sobie w oczy i wypowiedzcie słowa przysięgi – wyrzekł Septon, a Ivory już po raz wtóry zwróciła się ku Smokowi.
Uczyniła to, co nakazał septon, a w fiołkowych oczach Maegora dostrzegła… płomienie. A może jedynie jej się zdawało, że w jego tęczówkach płoną ognie samego dna piekieł? Wyszarpano Cię stamtąd, Maegorze? Z samej otchłani siedmiu piekieł? Niczym bestię, upajającą się spijaniem z innych słodyczy cierpienia? Powiadają, że nawet najgorsza bestia ma w sobie nieco litości. Lecz może… nie jesteś bestią i jej nie znasz?
-Ojcze, Kowalu, Wojowniku, Matko, Dziewico, Starucho i Nieznajomy – zaczęła Dornijka, czując mocniejszy uścisk Maegora. Nie przestała jednak spoglądać na jego twarz, dostrzegając teraz drobne zmarszczki wokół oczu, dodające jedynie jakiejś… powagi? Wzrok dziewczyny przesuwał się po silnie zarysowanej szczęce oraz rysach twarzy mężczyzny, niezaprzeczalnie przystojnych i mogących zawrócić w głowie niejednej damie. Gdyby nie te oczy… Lubiła czuć gorąc na swej skórze. Uwielbiała, gdy promienie słońca muskały ją i kradły oddech z piersi, lecz nie tyczyło się to ognia. Ogień parzył. Boleśnie. A jedynie ogień dostrzegała w jego oczach. – Należę do niego, a on do mnie. Od dziś po wsze czasy.
Ledwie wypowiedziała te słowa, a rozwarły się wrota Wielkiego Septu, wpuszczając do środka słoneczny blask.
Słońce wschodzi każdego poranka, a płomienie gasną. Słońce jest wieczne.
Tłum wiwatował, wzywając ich, aby wyszli na zewnątrz, ukazali się światu już jako małżeństwo. Jedno ciało, jedno serce i jedna dusza. Maegor poprowadził ją ku niemu, a Ivory idąc tym białym dywanem, była już kimś zupełnie innym. Nie tyczyło się to jedynie zmiany nazwiska, bądź przysługującego jej nowego tytułu, nie. Kroczyła ku wrotom świątyni z jakimś nowym błyskiem w oku, kolejną tajemnicą w uśmiechu. Spoglądała ukradkiem na swego męża, nie mogąc przyzwyczaić się do myśli, że należy do tego mężczyzny. Nie, to nie mogła być prawda. Nie zamierzała się z tym godzić. Gorycz przepełniała jej duszę i dziwna złość przyspieszała krążenie w żyłach.
Nigdy nie będę należeć do Ciebie.
Nim przekroczyli próg Wielkiego Septu uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, mając wrażenie, że mięśnie twarzy zaraz zastygną, a jej twarz pozostanie tak promienna już na zawsze.
Po wsze czasy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Maj 31, 2014 5:10 pm


MG

Ryk tłumu w uszach. To była pierwsza rzecz, która zapadała w pamięć. Ryk tłumu, dźwięk instrumentów, śmiechy, szczebiot, pisk. Wzbierająca, kolorowa fala przez Wielkim Septem Baelora Błogosławionego stała się mrowiskiem, w które ktoś brutalnie wetknął kij - górował ścisk, chaos i nieodparte pragnienie dostania się ku przodowi, skąd widok był najlepszy. Do tego dochodziło światło. Oślepiające, prażące światło lejące się z nieba, pozbawionego choćby najmniejszego obłoku. Nieznośny, oślepiający blask połączony z salwami oklasków, brzmiących trochę jak głuche uderzenia bębnów. I choć w samej świątyni panowała cisza, należało jedynie przekroczyć jej próg, by znaleźć się w samym sercu ulu. Źródłem dźwięku był naturalnie zalany słońcem plac, z którego otwierał się widok na stolicę Siedmiu Królestw, na Czerwoną Twierdzę, na jej mury obronne, na, co najważniejsze, nie dającą się opisać bryłę marmuru Wielkiego Septu, zwieńczonego zamiast dachu kryształową kopułą, jednym słowem: na wszystko, co świadczyło o potędze Targaryenów. Wypełniony odświętnie odzianymi mieszkańcami Królewskiej Przystani dziedziniec był miejscem dla publiki, która mogła obserwować dwóch aktorów właśnie wkraczających na scenę - dotychczas głośne wiwaty nabrały na sile jeszcze bardziej, gdy Namiestnik Siedmiu Królestw wraz ze swą młodą, piękną małżonką zatrzymał się na samym szczycie marmurowych schodów świątyni. Szeroki kordon Złotych Płaszczy z trudem powstrzymywał mieszkańców stolicy przed przełamaniem szyku i wtargnięciem na stopnie Wielkiego Septu. Wibrujący dźwięk dzwonów niósł się po całym mieście, docierając aż do Czarnej Zatoki i ulatując ku wzgórzu Rhaenys - wszystko to zaś na cześć Maegora Targaryena, stojącego nieruchomo na szczycie marmurowych schodów niczym posąg potęgi swego rodu. Dłonie nowożeńców, złączone jedwabną wstęgą uniosły się nieznacznie do góry w geście pozdrowienia, co stanowiło wyraźny znaki dla siedmiu młodych sept zgromadzonych w szpalerze po obu stronach nowożeńców - blade, wypielęgnowane palce kobiet oddanych na służbę Siedmiu Bogom powędrowały do niewielkich, wiklinowych koszyków. Zaledwie chwilę później powietrze wokół pary młodej wypełniło się wirującymi, kolorowymi płatkami kwiatów, osiadającymi na zbrojach strażników, głowach najbliżej zgromadzonych mieszkańców stolicy a także ciemnych włosach Ivory. Lawendowe spojrzenie Maegora przez moment śledziło lot jednego z płatków, który spoczął na ramieniu Dornijki, znacząc czerń płaszcza rubinową plamką. Jasne brwi pana młodego zmarszczyły się nieznacznie, gdy Targaryen sięgnął po czerwony talarek, mnąc go między palcami.
Róża.
Nim Namiestnik zdołał wypowiedzieć to słowo na głos, tuż przed nowożeńcami pojawiła się trójosobowa delegacja reprezentująca mieszkańców Królewskiej Przystani. Mężczyźni stojący dwa stopnie niżej od pary młodej, odziani w szaty, na które przeciętny obywatel stolicy musiałby pracować całe swe życie, wbijali pozornie radosne spojrzenia w Maegora oraz Ivory. Jeden z nich dzierżył w ręce skryty pod materiałem podarunek, drugi zaś, najwyższy spośród całej trójki, natychmiast przystąpił do przemawiania.
- Miłościwy Książę oraz szlachetna Księżno. - słowa z trudem przebiły się przez wiwaty dobiegające z tłumu, to jednak nie zraziło mówcy. - W imieniu mieszkańców Królewskiej Przystani pragniemy przekazać najszczersze życzenia zdrowia, spełnienia i pokoju na nowej, światłej drodze życia. Niech Matka czuwa nad waszymi potomkami, Ojciec doda siły a Starucha prowadzi przez trudy codzienności. Zechciejcie przyjąć od obywateli stolicy, w szczególności zaś kupieckich gildii, ten drobny podarunek… - mężczyzna odkaszlnął cicho, skinięciem głowy dając znak swemu towarzyszowi, który trzymał podarek. Jasny materiał spowijający prezent pod wpływem szarpnięcia poderwał się nieznacznie w górę, odsłaniając skrywany skarb. Oczom pary młodej ukazał się kuferek, którego uniesione wieko pozwalało dojrzeć spoczywające na jedwabnej poduszce dwie identyczne brosze - złoty kruszec, z jakiego zostały wykonane, lśnił w promieniach słońca, zaś jedna z trzech głów smoka, na kształt którego wykonane zostały obie ozdoby, trzymała w rozwartej paszczy misternie oszlifowany, niewielki diament. Dziwić mogły jedynie skrzydła potwora, sprawiające wrażenie jakby pokrywały je pióra, lecz po chwili i ta tajemnica została wyjaśniona.
- To biżuteria wywodząca się z Meeren. - wyrzekł najwyższy spośród delegatów, gnąc się w ukłonie. - Tamtejsi artyści, tak mocno przywiązani do harpii, również w smokach chcieli dostrzec symbol swego miasta. - gdy tylko mężczyzna wyrzekł ostatnie słowo, Maegor lekkim skinięciem głowy podziękował mu za podarek, zaś uśmiech, który posłała delegacji Ivory wystarczał za wszystkie słowa uznania. Dwa Białe Płaszcze, stojące dotychczas za plecami pary młodej, nie kazały tkwić nowożeńcom w słońcu skandalicznie długo - Gwardziści po odejściu mieszczan ruszyli w prawo, prowadząc małżonków ku białemu, przyozdobionemu kwiatami oraz soczyście zielonym bluszczem powozowi, który miał zawieść Namiestnika i jego żonę do Czerwonej Twierdzy - podobnie jak inne podobne mu pojazdy uczyniły to z gośćmi biorącymi udział w uroczystości ślubnej. Kolejny akt przedstawienia wkrótce miał się zacząć…


    Para młoda wraz z gośćmi może pisać w Królewskiej Sali Balowej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 19, 2015 10:52 pm

Carla Rykker nie mogą wytrzymać w swoim pokoju starała się jakoś zabić czas.
Było to dość trudne.
Jej przyjaciółka była na rozprawie sadowej. Martwiła się o nią. Była w zaawansowanej ciąży, a ich najwspanialszy władca ciągał ją po sądach. A jak urodzi tam na sali? A co jeśli źle się poczuję? Czy na pewno ktoś pomoże jej dojść do toalety kiedy zaistnieje taka potrzeba? Przecież z takim wielkim brzuchem ciężko jest nawet chodzić! Bogowie! Gdyby mogła tam być...
Ciąża jest jak choroba, tylko taka gorsza, bo troszczyć się trzeba o dwie osoby. Problem w tym, że jedna z nich znajdują się w drugiej i ciężko jest przetłumaczyć aby na przykład płód nie kopał matki w pęcherz, bo to wcale nie jest przyjemne. W pewnym sensie dziecko było jak pasożyt...
Nie mogła nic zrobić.
Zjadła więc kolejne ciastko.
Słodka masa masując od środka jej przełyk nieco uspokoiła dziewczynę. Nieco, bo myśli po chwili wróciły.
Prawie wychodziła dziurę w podłodze swojej komnaty,rano przed rozprawą. Potem poszła do stajni i tym razem jej klacz wydeptywała dziury na ujeżdżalni. Gdy już zajęła się koniem, spróbowała zakraść się do biblioteki meastera, ale i tym razem przez głupiego gwardzistę misja pożyczenia( dość nielegalnego) ksiąg skończyła się fiaskiem. Po co tylu zbrojnych na korytarzach? Że niby dla bezpieczeństwa? Akurat! Chodzą w kółko, brzęczą kolczugami i dostają za to całkiem niemałe pieniądze. Walczyć zapewne nie potrafią, a złodzieja z Zapchlonego Tyłka raczej nie dogonią w swoich strojach. Tylko przeszkadzają, plączą się pod nogami jak niechciane kocięta
Oburzona, zjadła ciastko.
W końcu udało jej się dojść tam gdzie chciała. Budynek był potężny wielu zachwycało się jego zmyślą konstrukcją. Przepięknymi kolumnami i jeszcze piękniejszymi wrotami. A pomnik dawnego władcy? Artyści za nim przepadali. Bleh. Nie Carla. Trzymając kurczowo swój szkicownik wyminęła kilku dyskutujących o czymś namiętnie kupców i usiadła na kamiennej ławce przed pomnikiem. Westchnęła i szybkimi nerwowymi ruchami otworzyła szkicownik. Potem węgle i rozejrzała się w około.
Bleh.
Plac, piękne widoki. Bleh. Tu chodzi o emocje! O coś więcej niż zimne mury!
Włożyła końcówkę węgla do ust zupełnie zapominając, że węgiel brudzi także twarz. I nagle go dostrzegła. Leżał wyciągnięty na ziemi w brudnych, ale niezbyt ubogich ubraniach. Tuż przy kamienicach nie przeszkadzając innym śpieszącym się do świątyni ludziom. Spał albo był martwy.Pod nim znajdowały się wymiociny prawdopodobnie jego. Jego uśmiechnięta twarz i czerwony nos, opowiadały Carli wzruszającą historię jego upadku.
Schlał się.
Jak nic. Wczoraj było głośno jako, że jest pełnia wszyscy bawili się nieco dłużej niż powinni. A ten tutaj widocznie nie potrafił bawić się bez trunku. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i zgarnęła wszystkie rzeczy w swe potężne ramiona. Przeniosła je na ławkę znajdując się bardzo blisko pijanego bądź martwego człowieka. Nie miała zbyt dużej ochoty przekonywać się czy jeszcze oddychał. Śmierdział strasznie. To, że siedziała tak blisko i tak uważała za wystarczające poświęcenie. Zmarszczyła nos i zaczęła niecierpliwymi ruchami szkicować pijaczynę. Modliła się do bogów aby tylko się nie poruszył... Byłaby to wielka szkoda. Biorąc pod uwagę ten fakt może faktycznie byłoby lepiej gdyby ten tu był trupem? Tylko muchy by jej od czasu do czasu przeszkadzały... Jestem bezduszna.
Upomniała sama siebie i wyciągnęła z torby kolejną babeczkę. Połknęła ją szybko i mieląc wszystko wróciła do rysowania. Kreska, kreska, kreska. Powoli na białym papierze wyłaniała się postać.
To miła odmiana od obsesyjnego szkicowania smoków albo koni. Taaa....
W pełni skupiona dziewczyna wpatrzona w pokonanego przez alkohol człowieka zapomniała o bożym świecie.

Powrót do góry Go down

avatar
Reach
Skąd :
Reach, Stare Miasto
Liczba postów :
73
Join date :
11/08/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 20, 2015 11:53 am

Jesienne słońce powoli przetaczało się przez błękitne niebo,  pozbawione choćby najmniejszej skazy w formie niepożądanej chmurki – choć pogoda przywodziła na myśl zwykły, letni dzień, dziedzic Starego Miasta odnosił niejasne wrażenie, że natura uraczyła mieszkańców Królewskiej Przystani zwykłą grą pozorów. Skąd podobne wątpliwości? Być może ich zaczątek leżał w promieniach słońca, które nie ogrzewały przyjemnie skóry, jak miały w zwyczaju robić to podczas lata – wisząca nad stolicą rozżarzona kula przywodziła na myśl obojętny, ironicznie chłodny twór stanowiący nie tyle nadzieję na lepsze jutro… co zapowiedź nieuchronnie zbliżającej się zimy. Rowan od momentu przybycia do Królewskiej Przystani odnosił wrażenie, iż pogoda stara się otumanić i najwyraźniej przytępić ostrożność mieszkańców stolicy, by pewnego poranka powitać ich grubą warstwą puchu zalegającą na ulicach – śnieg zaś, jak wiedzą wszyscy południowcy, nigdy nie jest oznaką sytych lat.
Przemierzając co lepsze (a zatem bogatsze) zakątki miasta, Hightower doszedł do dość prostej konkluzji, która niemal wywołała gromki wybuch śmiechu – otóż dziedzic Starego Miasta uznał, że rzeczywiście ma talent do komplikowania sobie życia! Oto wielki kupiec robi się maleńki na samą myśl o swoich teściach, dwojgu pasożytach, których z powodzeniem mógłby parę razy kupić za gotówkę. Jednocześnie ugania się po Siedmiu Królestwach, żeby w jakiś idiotyczny, zrozumiały tylko dla siebie sposób dogodzić tym cholerom. W takich momentach Rowanowi wydaje się, że lepiej potrafi urządzać świat niż swoje własne życie. Kilkugodzinna próba nabycia odpowiednio gustownego, kosztownego i jednocześnie wyrafinowanego upominku spełzła na niczym, wprawiając tym samym Hightowera w stan smutnej zadumy nad przemijaniem wielkości, co w efekcie zmieniło jego cel podróży z karczmy na Wielki Sept Baelora, górujący nad Królewską Przystanią niczym wielki monument własnej potęgi. Prawdę powiedziawszy, podobne doświadczenie rezygnacji może być pożyteczne dla ducha… a co za tym idzie – dla sposobu prowadzenia interesów, lecz w chwili obecnej Rowan daleki był od choćby najmniejszej refleksji nad procedurą poszukiwania upominków dla rodziców zmarłej małżonki.
Poniekąd uciążliwa obecność strażników znacznie straciła na swym czynniku irytogennym w momencie, w którym dziedzic Starego Miasta dotarł do Wielkiego Septu… czy też – placu przed nim, gdzie rządy od dziesiątek lat sprawował Baelor Błogosławiony, którego cień niemal sięgał drzwi świątyni. Rowan był na dobrej drodze ku wstąpieniu w błogi cień sakralnej budowli, lecz wtedy jego podstarzałe (i wciąż bystre!) spojrzenie wychwyciło dość… niecodzienne zjawisko. Konstelacja składała się z dwóch postaci, z czego jedna najwyraźniej wyzionęła ducha w religijnej ekstazie, a druga przejawiała turpistyczne upodobania, zajmując miejsce niebezpiecznie blisko ewidentnie nieruchomego jegomościa. Hightower zatrzymał się gwałtownie, nawet nie starając się rzucać ukradkowych spojrzeń – z właściwą sobie bezpośredniością kontemplował niecodzienną scenę, w której młoda dziewczyna (wyglądająca jakby połknęła dwie swoje koleżanki) z pasją trwała pochylona nad czymś, co z tej odległości Rowan mógł ocenić jako pergamin. Obiektem jej zainteresowania był – w najlepszym przypadku – nieprzytomny bądź śpiący mężczyzna, którego zadziwiający odór wraz z podmuchami wiatru docierał do dziedzica Starego Miasta.
Sam Hightower nie do końca wiedział co nim kierowało, gdy zdecydował się na zniwelowanie odległości między sobą a młodą dziewczyną, której – w miarę dobry ubiór – mógł wskazywać na szlacheckie pochodzenie. Być może była to kwestia zwykłej, niemal pierwotnej ciekawości, w zadziwiająco łatwy sposób odciągającej uwagę Rowana od modlitw w Sepcie bądź - co bardziej prawdopodobne - nieodpartej chęci ujrzenia, co właściwie czyni młódka, przebywając tak blisko… truposza?
- Pomnik Baelora Błogosławionego stwarza romantyczną atmosferę melancholii, nie uważasz, pani? – dziedzic Starego Miasta niemal zawisł nad pannicą, zatrzymując się zaledwie kilkanaście cali za jej plecami i niemal bezwstydnie starając się dojrzeć efekt pracy dziewczyny. – Masz przed sobą, pani, wspaniały okaz sztuki monumentalnej łączący w sobie wartość emocjonalną, historyczną i wewnętrzne piękno… a mimo to uwagę skupiasz na, jeśli zmysł powonienia mnie nie myli, niemal martwym pijaczynie? – niewiele brakowało, by pomimo usilnych starań na twarzy Rowana odbiło się rozbawienie w swej najczystszej postaci – Hightower musiał skorzystać z resztek silnej woli, by nie roześmiać się w głos, dobitnie ubawionym rozgrywającą się przed jego oczami sceną. Refleksja nadeszła dopiero po chwili zaciekłej walki ze zdradziecką wesołością, gdy to mężczyzna wyprostował się dumnie, z tej też pozycji przyglądając uważniej młodej dziewczynie.
Powinien się przedstawić? O, bez wątpienia… ale czy grzechem będzie choć przez chwilę pozostać anonimowym? Wszak sam Rowan również nie wiedział, z kim ma do czynienia i czy ta, którą tak ochoczo mianował „panią” rzeczywiście zasługuje na ów tytuł – choć to było kwestią niemal pewną, w końcu sam Hightower zawsze mógł polegać na swym instynkcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 20, 2015 7:33 pm

Carla skrzywiła się. Nos tego biedaka nie był aż tak długi i haczykowaty.
Rąbkiem sukienki roztarła niepotrzebną krezkę. Przekrzywiła głowę. Plama nie wyglądała aż tak źle. Można zacieniować tu i tu. O, proszę! Twarz prawie taka jak w rzeczywistości... Prawie... bo ten a ziemi nie miał podbitego oka.
Nie ważne.
Dodaje dramatyzmu. Upadek człowieka. To jest to. A może zamiast wymiocin, nada plamie nieco ciemniejszy kolor... wtedy leżałby w kałuży krwi. Zastanowi się nad tym. Ciekawa koncepcja. Ale teraz pora na szkic ściany za nim. Decyzję zostawiła sobie na potem.
Od ogółu do szczegółu.
Będąc w transie ludzie oddaleni od niej powyżej metra przestawiali istnieć, jednak dzieciństwo w towarzystwie dzieci z niezbyt bogatych rodzin nauczyło ją, że zawsze trzeba pilnować swojego jedzenia. Albo kosztowności. Najlepiej tych drugich nie wynosić z domu co też czyniła... Miała tylko monetę lub dwie dla żebraków.
A wyglądało na to, że jeden się zbliża. Czuła jego spojrzenie na swoich placach. Żebrak, albo... złodziej. Zmrużyła swoje zgniłozielone oczy. Jeden czy drugi jest na nich sposób. Włożyła lewą rękę do swojej torebki. Nie przerwała jednak rysowania. Teraz złodziej nie zabierze jej torebki, a żebraka zaraz pokona monetą. Musi się jednak okazać z którym z nich ma do czynienia. Jak zacznie gadać, żebrak.
"Pomnik Baelora Błogosławionego stwarza romantyczną atmosferę...."
Zawsze tak nagabują. A potem" Czy ma pani może miedzieczka albo dwa?" i wtedy bach! Moneta załatwia sprawę.
Nauczona doświadczeniem dziewczyna nie patrząc na rozmówcę wyciągnęła rękę z monetą. Wysunęła ją aby dać ją rozmówcy.
Zazwyczaj wyrywają jej monetę i uciekają. Ten jednak mówił dalej. Używał zbyt trudnych słów jak na prostaka. Przestała rysować, a po jej plecach przebiegł dreszcz. Świetnie. Wysoko urodzony jak nic.
Znowu wpadka. Kiedyś ktoś się ojcu poskarży, a wtedy wyślę ją na dziką Północ, a wilki albo dzicy brodaci ludzie rozszarpią ją na strzępy.
Szybko cofnęła rękę mając złudną nadzieję, że tamten niczego nie zauważył i nie uznał tego za obrazę. Miała ochotę wsadzić sobie ciastko w usta. To byłoby jednak jeszcze gorsze od tego co robiła przed chwilą.
Zachowuj się Carla- wydawało jej się, że słyszy głos ojca.- Zachowuj się dziewucho.
Jesteś damą. starała się wpić sobie kłamstwo. Żadna z niej dama. Może z urodzenia, ale i tak jej rodowód był lichy. Bardzo lichy.
Obróciła się więc delikatnie ku swojemu rozmówcy i wysłuchała uważnie jego słów. Uśmiechała się delikatnie i starała się wyglądać jak najłagodniej.
Bogowie.
Dlaczego?
Miły pan jegomość nie chce tego wiedzieć. O nie. Na pewno nie chce.
- To co widzisz panie, jest śladem dawnych najświetniejszych czasów. Budynek ten uwieczniany był wielokrotnie przez wspaniałych artystów. Ja z moimi małymi umiejętnościami, nie czuję się godna aby odwzorowywać na papierze tak wspaniałe dzieło ludzkiego geniuszu. Wolę skupić się na życiu prostych ludzi, którego żaden z wielkich nie utrwalał.- skończyła. Ech, nie do końca to prawda. To co mówiła. Uwieczniała kilkukrotnie budynek w swoim poprzednim szkicowniku. Po prostu nie porywał ją. Wielki kloc kamienia. Nic więcej. Z kapłanami. Ludźmi którzy nie wiedzą nic a wypowiadają się na wszystkie możliwe tematy. Bleh.
Siadła bokiem. W końcu mogła spojrzeć na swojego rozmówcę. Starała się nie wodzić po nim oczyma, bo to nie grzeczne. Kątem oka jednak szukała śladów, które mogłyby świadczyć o jego pochodzeniu i pozycji.
Zapewne właśnie obraziła jakiegoś lorda. Znając jej szczęście... a wolałaby porozmawiać z prostym człowiekiem. Przynajmniej nie są tak drażliwi. Przy wysoko urodzonych trzeba ważyć każde słowo.
Jej nie wychodziło to zbyt dobrze.
Z wiatrem do jej nosa dotarła kolejna fala smrodu.
- Sztuka wymaga poświęceń, panie- powiedziała wstrzymując wymioty. Nie zada pytania bo to też nie do końca grzeczne. Ludziom o władzy większej niż twoja nie wypytuje się nachalnie, chociaż strasznie miała na to ochotę. Niektórzy tego nie lubią.
A szkoda, bo miała przeropśnięty ośrodek mowy i lubiła mówić dużo i ze wszystkimi
Powrót do góry Go down

avatar
Reach
Skąd :
Reach, Stare Miasto
Liczba postów :
73
Join date :
11/08/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 21, 2015 12:09 pm

Powiadają, iż pierwsze wrażenie w dużej mierze rzutuje na sposób postrzegania drugiego człeka. Dając wiarę tym słowom, łatwo można paść ofiarą ułudności, która w Siedmiu Królestwach (a już szczególnie w Królewskiej Przystani) jest chlebem powszednim. Przebywający w stolicy wysoko urodzeni - bez względu na płeć - nieustannie noszą maski skrywające prawdziwe oblicza, myśli, zamiary oraz aspekt najistotniejszy – tajemnice. Nie starczyłoby życia, aby w tej części Westeros w pełni poznać bliźniego, wątpliwe zresztą, by ktokolwiek pozwolił sobie na równie olbrzymią lekkomyślność i odsłonił się przed drugim człowiekiem. Rowan popisałby się niesłychaną hipokryzją, gdyby zarzekał się, że nie ma nic wspólnego z podobnym procederem – wszak odkąd tylko osiągnął wiek młodzieńczy musiał zważać na każdym kroku na swoje myśli, słowa, gesty… a nawet mimikę twarzy. I jaki efekt udało mu się osiągnąć po tylu latach życia w nieustannym kłamstwie oraz usilnej kreacji własnego wizerunku?
Wszystko w nim było właśnie takie jak trzeba; dokonywał zakupów nieomylnie, utrzymując się na granicy pomiędzy dobrym smakiem a ostentacją, z wdziękiem właściwym tylko rodom Reach, i to jedynie tym, których pozycja podbudowana jest setkami tysięcy twardych złotych smoków. Wszystko wskazywało na to, że dziedzic Hightowerów w interesach i w życiu nigdy nie okaże się frajerem. Że dokładnie wie, czego chce, i że nikt nie jest w stanie sprowadzić go z raz obranej drogi. Typowy, szlachetnie urodzony kupiec dużego formatu, klasyczny okaz gatunku, który wyparł wpływy Wolnych Miast z centrum areny Siedmiu Królestw. Na całe szczęście to, co stanowiło sedno życia Rowana, było jednocześnie jego pasją – pasją równie wielką jak ta, którą reprezentowała sobą zaciekle szkicująca dziewczyna. Dziedzic Starego Miasta mógłby iść o zakład (a tych nigdy nie przegrywał), że szlachetna panienka spędziłaby tu dokładnie tyle czasu, ile potrzebowałaby na dokończenie swego dzieła – i mało istota byłaby cena, jaką przyszłoby jej ponieść. Bogowie wiedzą, jak długo sam Rowan przypatrywałby się działaniom nieznajomej, gdyby nie – jakby nie spojrzeć (i poczuć) – dojmujący odór nadlatujący ze strony obiektu zainteresowania… oraz dość nietypowa reakcja panienki na niespodziewane towarzystwo.
W pierwszy odruchu Hightower niemal wybuchnął śmiechem, dostrzegając na wyciągniętej dłoni miedziaka.
W drugim – niewiele brakowało, a grzecznie odebrałby monetę, powołując się na prostą zasadę, iż żaden pieniądz nie śmierdzi (w przeciwieństwie do leżącego bez tchu jegomościa).
Po chwili nadeszła jednak refleksja nad tym, jak nisko został wyceniony (i czy to oznacza, iż brzmi jak żebrak?)…
… aż w końcu doszedł do wniosku, że gdyby za każdy razem ofiarowano mu miedziaka za zagajenie rozmowy, byłby jeszcze bogatszy niż obecnie. Niezwykle kusząca wizja!
Z niejaką ulgą Rowan ujrzał uśmiech na pełnej niczym księżyc buzi towarzyszki, co poniekąd usprawiedliwiało grymas szczerego rozbawienia widniejący na jego twarzy; ubawienie, którego nie musiał ukrywać, sięgało również samych oczu, błyszczących w przejawie niemal młodzieńczej radości wywołanej równie pocieszną istotą.
- Wspaniali artyści, opłacani przez nie mniej wspaniałych władców, zwykle uderzali w swych dziełach w męczący patos. – Hightower uznał, iż zaproszenie będzie zbędne i swobodnie zajął miejsce obok panny, wpatrując się w urżniętego w trupa (prawdopodobnie dosłownie) jegomościa. – Myślę, że nawet z tego pijaczyny zrobiliby żołnierza, który poległ w słusznej sprawie pod ciosami bezwzględnych trunków. Jak mawia stare powiedzenie: alkohol to twój wróg! – … więc musisz lać go w gębę, dokończył w myślach Rowan, splatając ze sobą palce dłoni i spokojnie przypatrując się temu, co wyszło spod węgielka dziewczyny. Choć panna była najpewniej niewiele starsza od córki Hightowera, przejawiała owo pozytywnie zaskakujące zacięcie, wymagające – zgodnie z jej słowami - poświęceń. Szczęściem w nieszczęściu na dodatek było usposobienie dziedzica Starego Miasta należącego do wąskiego grona szlachetnie urodzonych mężów, których ciężko urazić było nierozważnym słowem – sam wszak jako dziecko popisywał się wręcz niewyobrażalnym brakiem taktu połączonym ze szczerością właściwą podlotkom.
- Nie sztuka wymaga poświęceń, lecz nasze życie. – kąciki ust dziedzica Starego Miasta opadły nieznacznie, jedynie uwydatniając zmarszczki widniejące na twarzy – zaduma uleciała jednak równie prędko, jak się pojawiła i z niemal aktorską precyzją zastąpiona została uprzejmym uśmiechem. – Ser Rowan Hightower, dziedzic tytułu Lorda Głosu Starego Miasta, Lorda Portu, Lorda Wysokiej Wieży oraz tytułu Obrońcy Cytadeli. – mężczyzna skłonił lekko głowę, mimowolnie marszcząc nos pod kolejnym atakiem zaduchu nadlatującego od strony pijaczyny, który – sądząc po cichym charkocie dobywającym się z gardła – jednak żył. – Choć ser Rowan w pełni wystarczy, pani. – dodał po chwili Hightower, doskonale zdając sobie sprawę, że tytuły wyglądały ładnie wyłącznie na papierze i… że ich zapamiętanie może zająć dobre dwa dni. Sam w końcu miał z tym nie lada problem... cóż, przynajmniej jako czteroletni podlotek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Sob Lut 21, 2015 10:54 pm

No właśnie, Carla była młodą osobą. Jako, że mieszka na PRAWDZIWYM dworze i ma styczność z PRAWDZIWYMI wielkimi szychami od niecałego roku dopiero uczy się swojego przyszłego "fachu". Knucia intryg, udawania, kłamstwa, pośrednictwa w małych i dużych umowach, wywierania wpływu i innych czynności w których lubują się lordowie, koronowane głowy czy inni uczestnicy tej szalonej gry. Carli przychodziło to dość trudno. W pierwszych miesiącu zanim poznała Ivory nie radziła sobie w ogóle, pomimo krótkiego przeszkolenia z zachowania przy stole w rodzinnych stronach. Jej te wszystkie... lordowskie czynności wydawały się być nie etyczne, co oczywiście według powszechnych standardów było błędnym postrzeganiem rzeczywistości. Może gdyby od początku poczuła do tego całego knucia smykałkę i miała talent, byłoby inaczej. Może gdyby potrafiła namówić sprzątaczkę na wyniesienie najnowszego wydania "Wielkiego Zielnika" z komnat maestra... ale nie szło jej to zupełnie. Raz przez właśnie taką próbę miała potem kłopoty, co nie znaczyło, że nie stara się naśladować starszych dam dworu... Bo starła się, ale cieszyć jej to za bardzo nie cieszyło.
Carla miała w sobie sporo dziecka, a właściwie jeszcze nim była. Nieco zbyt otwarta i ufna, ale spokojnie roczek czy dwa i się wyrobi. Będzie spokojną dumną kobietą.
Będzie, ale jeszcze nie jest.
Spojrzała nieznajomemu w oczy. Ta cała wesoła iskierka przypadła jej do gustu. Nie wyglądał dzięki temu na zbyt... groźnego. A co ważniejsze! Nie wydawał się być urażony. Wręcz przeciwnie, dziewczyna zauważyła rozbawianie na jego twarzy.Sukces. Miała refleks łucznika, na pewno nie zauważył tej monety. Uśmiechnęła się szerzej.
Gdy się przysiadł nie protestowała, wręcz przeciwnie z uwagi na swoje niezbyt przeciętne rozmiar6y zrobiła mu nieco miejsca. Zanim się odezwał w jej głowie tlił się czerwony płomyk świecy. Podstęp? Jakiś lord albo ktoś?
Czy na pewno może zachowywać się przy nim jak Carla? Czy może jak dama?
Ale gdy się odezwał. Nie no! Nieznajomy trafił w samo sedno! Kąciki ust drżały, a w gardle powoli rodził się śmiech.
-... więc musisz lać go w siebie- dokończyła za niego, w nieco ugrzecznionej formie powiedzonka. Zachichotała otwarcie trwało to chwilę, ale i tak zachrumkała jak świnka. Spojrzała rozbawiona na mężczyznę i wtedy czerwony płomyk w jej głowie został całkowicie zdmuchnięty.
- To nawet ciekawa koncepcja. Ja jednak zapakowałabym go w butelkę bo ten jegomość to został pożarty przez alkohol, a nie tylko pokonany. Niech pan na niego spojrzy. Wyglądałby dostojniej w tej butelce. -wypowiedziała te słowa tak szybko, że trudno było ją zrozumieć. Podczas mówienia obrysowała pijaczynę butelką, oczywiście na papierze. Wydawało się, że zaczłęa się rozkręcać.- Można by było też zrobić z tej butelki potwora, ale tu już byłaby lekka przesada. Chociaż alkohol jest poniekąd trucizną, co widać na załączonym przykładzie. Ba! Maester Ricard twierdzi, że wszystko w złych ilościach jest trucizną. Też tak uważam, to całkiem logiczne. Wszystko może nas zabić. Oczywiście oprócz ciastek. Te ,łakocie raczej nie mogą nikogo skrzywdzić, chyba, że mają jakiś dodatek. O mam tu nawet kilka. Poczęstuje się pan? Z ręką na sercu przysięgam, że te oto tutaj kąski żadnych niemiłych dodatków nie mają. - nadal nawijała jak najęta. Zanim zorientowała się, że zupełnie zobaczyła z tematu wyciągnęła już serwetkę i babeczki jagodowe, które ułożyła na nie. Nawet zgniecione nie były. Rozmówca przedstawił się i wtedy.
Śmierć.
Hańba.
Smutek.
Totalna kompromitacja.
Carla zamilkła całkowicie, głos jej odebrało. Pięknie. Wspaniale dziewczyno pochwaliła siebie w myślach.
Karmisz dziedzica miasta w którym miasta w którym mieści się CYTADELA, babeczkami.Gratulacje.
Trzeba wiedzieć, że Carla zafascynowana była od długiego już czasu medycyną, a raczej tym, co czasy doczesne mogły ofiarować za nią. Od kiedy nauczyła się czytać nie marzyła jak inne dziewczynki o zostaniu księżniczkami albo bogatymi lady, ani jak chłopcy o rycerstwie. Nie, ona marzyła o założeniu na swoją szyję łańcucha. Uczyła się pilnie i miała złudne nadzieję, żę uda jej się to zrobić, takie dziecięce marzenia.Na prawdę już trochę potrafi! Informację i księgi znaleźć trudno ale się da! A teraz właśnie pokazała się przyszłemu lordowi na oczy. Przez co nie będzie mogła już udawać mężczyzny ( co z jej budową i tak byłoby trudne) i zostać adeptem ośrodka. Super. No i jeszcze zrobiła z siebie idiotkę.
Zgarbiła się nieco i spochmurniała. Spojrzała na pijaczynę aby nie patrzeć na ser Rowana. Jej oczy nieco się zeszkliły.
- Miło mi pana poznać, ser. To dla mnie zaszczyt, Carla Rykker, córka lorda Duskendale- powiedziała już powoli bez takiego entuzjazmu jak nieco wcześniej. Skłoniła głowę niżej niż dziedzic przed chwilą.
Powrót do góry Go down

avatar
Reach
Skąd :
Reach, Stare Miasto
Liczba postów :
73
Join date :
11/08/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Mar 05, 2015 7:37 pm

Niektórzy mawiają, iż zakłamanie, snucie intryg, knowania i talent do łgarstwa wysysa się wraz z mlekiem matki – jeśli słowa te byłyby prawdą… to oznaczałoby, że w Siedmiu Królestwach nie ma ani jednej kobiety nieskalanej zepsuciem. Rowan z nabytego przez lata doświadczenia, opartego zarówno na własnych przeżyciach, jak i czujnej obserwacji otaczających go ludzi, już dawno doszedł do dość banalnego wniosku, iż zło nigdy nie pochodzi z wewnątrz. Wszystko, co tylko można rozumieć pod pojęciem „dworskiej gry” zostaje nabyte na drodze nieustannego cierpienia, którego człek zaczyna doznawać już od pierwszych lat swego życia. Kłamstwa, zdrady, trucicielstwo, chęć mordu, żądza władzy, całkowity brak honoru – niezliczone przywary są kwestią tylko i wyłącznie czynników zewnętrznych, w mniej bądź bardziej efektywny sposób oddziałujących na istotę ludzką. Jeśli ktoś potrafi zachować pierwotną czystość duszy (nawet w gnieździe żmij, jaką była Królewska Przystań) jeśli ma w sobie na tyle siły, by odeprzeć cuchnącą rzeczywistość, już do końca swych dni postrzegany będzie jako człowiek prawy oraz honorowy… prawdziwy problem polegał na tym, iż udział w grze jest znacznie łatwiejszy niż czcze uciekanie przed krwawą rozgrywką. Stare porzekadło mawia, że wkraczając między wrony, należy krakać jak one – w tych pozornie błahych słowach kryło się niemal druzgoczące prawidło, które nam wszystkim już od czasów dziecięcych sugerowało, że ujawnianie własnego zdania pośród postronnych jest niebezpiecznym i dość pochopnym krokiem…
… i gdyby sam Rowan mógł cofnąć czas, najpewniej nie potrafiłby uniknąć raz popełnionych błędów. Stanowisko, jakie przyszło mu zajmować, dość prędko obdarło Hightowera z niewinnej, niemal dziecięcej naiwności, którą dziedzic Starego Miasta dostrzegał w spojrzeniu dziewczyny – wątpliwe zresztą, by i ona była zdolna dłużej opierać się duszącej atmosferze Królewskiej Przystani. Jeśli tylko jej pan ojciec wybierze odpowiednio urodzonego kawalera, Carla Rykker wraz ze swym dziewictwem straci także to, co zdaje się cenić najmocniej – swobodę. O ile mąż okaże się łaskawy, być może pozwoli jej na kontynuowanie pasji… choć i takich jegomościów w Siedmiu Królestwach jest niczym kwiatów na Murze. Błędne koło zatrzaskuje się na naszych oczach, niesprawiedliwość pogania niesprawiedliwość i nawet Siedmiu przestało być instytucją, do której można zwracać się w potrzebie – wszak Bogowie już dawno przestali słuchać.
Jeśli zatem w Królewskiej Przystani tyle zła i zepsucia – to skąd w Rowanie Hightowerze ta swoboda rozmowy, ta niczym niezobowiązująca pogawędka okraszona poświęceniem, które było niezbędne podczas przesiadywania przy cuchnącym pijaczynie? Czyżby pomimo swych zapewnień posiadał ukryty cel? Zbereźne myśli związane z młodziutką dziewczyną, co niejednokrotnie zarzuca się mężom w jego wieku? A może w owym spotkaniu nie było nic przypadkowego, wszystko zostało dokładnie zaplanowane, rozrysowane i rozważane na milion sposobów tylko po to, by wyrwać z ust panny Rykker pikantne szczegóły z pożycia małżeńskiego jej najlepszej przyjaciółki a Księżnej Smoczej Skały?
Na Bogów (choć nie słuchacie), nic z tych rzeczy!
Tajemnica owego zainteresowania dziewczyną była znacznie mniej pikantna niż można przypuszczać - dziedzic Starego Miasta dostrzegał w niej zaskakującą iskrę, którą ongiś sam posiadał… i której brakowało jego córce. Jakaś ulotna cecha, coś wyczuwalnego wyłącznie zmysłami, być może błysk w spojrzeniu albo uśmiech rozkwitający na widok słodkości – coś w Carli Rykker sprawiało, iż Rowan porzucił swe dotychczasowe plany, całkowicie zapomniał o napiętym planie dnia… i właśnie spędzał popołudnie, podziwiając upokorzonego, spoczywającego na poziomie gruntu alkoholika.
- Słownictwo nieprzystojące damie. – pozornie sroga uwaga Rowana, godna mowy starej niańki, znacznie straciła na swej wadze, gdy mężczyzna zacmokał w miernej imitacji niezadowolenia – choć starał się, by wyraz jego twarzy zdradzał najwyższy stopień zawodu (jakże to tak, podobne słowa w ustach młodej panny?), oczy wciąż błyszczały rozbawionym blaskiem. Hightower z niejaką ulgą przyjął nawet nagły monolog dziewczyny, która jęła zasypywać go stekiem informacji – i choć Rowan mógłby przysiąc, że nie pojął z jej słowotoku choćby jednego słowa, już sam ton głosu dziewczęcia kazał mu przypuszczać, iż rzecz dotyczy jej szczerej pasji.
Tą zaś, o ile zmysł wzroku nie zawodził dziedzica Starego Miasta, było szkicowanie – namacalny dowód stanowiło rzecz jasna tworzone przez pannę Rykker studium, w którym wystarczyło kilka prędkich pociągnięć węgielkiem, by niemal całkowicie zmienić wymowę tworzonego dzieła. Rowan mimowolnie skinął głową, zupełnie jakby wysłuchiwał wykładu maestra Eldwina, który wbijał mu przed laty podstawy algebry – ulotny ruch był jednak odzwierciedleniem skupienia przejawianego przez Hightowera. Dziedzic Starego Miasta nie zauważył nawet oferowanego mu przez dziewczynę poczęstunku, bowiem wzrok wciąż pozostawał wbity w szkicownik, zupełnie jakby Rowan nie mógł nacieszyć wzroku tą nagłą przemianą zwykłego, cuchnącego wymiocinami i moczem pijaczyny w… cóż, w dzieło sztuki.
- Moja pani… - podjął w końcu Hightower, z trudem odrywając spojrzenie od szkicu i przenosząc je na oferowane łakocie – choć bez wątpienia wyglądały kusząco, Rowan już dawno miał za sobą czasy, gdy cukier był nieszkodliwy dla jego organizmu. Teraz nawet najmniejsze ilości słodkości niosły ze sobą nieprzespane noce, co jedynie potwierdzało pogląd panny Rykker, iż wszystko może być trucizną… czasem nawet w śladowych ilościach. - … rzadko kiedy mam do czynienia z podobnym talentem. Zwłaszcza u, wybacz mi te słowa, kobiety. – dziedzic Starego Miasta uśmiechnął się delikatnie, prostując energicznie (jak na swój wiek) i z tejże pozycji spoglądając na pijaczynę, który nieświadomie stał się częścią sztuki oraz obiektem zainteresowania dwóch szlachetnie urodzonych osób. Wątpliwe, by w innych okolicznościach poświęcana uwaga była mu na rękę, lecz póki pozostawał w stanie błogiego upojenia, musiał przyjąć zgotowany sobie los.
- Siedem Królestw jest niezwykle małe. – zauważył w końcu Hightower, uśmiechając się delikatnie do Carli, która niemal poszarzała w oczach. – Nie ukrywam, że dość dobrze znam Lorda Rykker a Twego ojca… - Rowan westchnął cicho, doskonale wiedząc, iż wcale nie polepsza sytuacji – od całkowitego osunięcia się dziewczyny w odmęty smutku ratunek mogło stanowić wyłącznie jedno: dziedzic Starego Miasta w końcu sięgnął po jagodową babeczkę, ostrożnie obracając ją w palcach. - … ale nie oznacza to, iż musi wiedzieć o naszym spotkaniu. Tak, jak maester Wieży nie powinien dowiedzieć się o mym drobnym ustępstwie od diety. – Hightower uniósł łakoć do ust i wgryzł się w słodkie, zaskakująco miękkie ciastko, które natychmiast wypełniło zmysł smaku łagodnym posmakiem jagód. Minęła dłuższa chwila, nim Rowan przełknął pierwszy gryz, przenosząc spojrzenie na pannę Rykker.
- Nie ukrywam również, iż byłbym zaszczycony, gdybyś pewnego dnia zechciała uwiecznić Wieżę Starego Miasta na jednym ze swych szkiców. – w kącikach ust mężczyzny zatańczył cień uśmiechu, który zdołał skryć dopiero za jagodową babeczką – o ile przeczucie nie myliło Hightowera, podobna propozycja winna podnieść pannę Rykker na duchu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Mar 05, 2015 9:21 pm

// chyba załamałam nieco czasoprzestrzeń, ale chciałam poreagować :D

Tak, małżeństwo było największym zmartwieniem i koszmarem Carli. I tak wiązało się z utratą wszelkiej wolności. Jak zapewne wspominano wcześniej. Każdy kilogram jest dodatkową tarczą w tej walce. Także jadła bez umiaru z jednej strony, był to artefakt po pewnym mrocznym wydarzeniu. Z drugiej zaś dodatkowy tłuszczyk był atutem, jak się okazało. Ale to kwestia czasu, dziewczyna podświadomie to wiedziała za niedługo wyjdzie za mąż. Chociaż nadal skutecznie ukrywa swoje comiesięczne krwawienia i udaje bezpłodną, chociaż pokojówka zaczyna się domyślać.... Kto zechce bezpłodną grubą żonę?
Nikt. i o to chodzi.
Mniejsza z tymi mało ważnymi aspektami jej życia. Carla oczywiście zaśmiała się tylko na dysaprobatę lorda. Widząc błysk w jego oczach, czuła ,że nie jest urażony jej zachowaniem. Świetnie. Spodziewała się czegoś innego. W końcu takie stare pierniki jak ser Rowan, zwykle są zgorzkniali i przypominają  raczej siedemdziesięciolatków niż swawolną młodzież. A ten tutaj patrzył się na jej dzieło...
Szczerze powiedziawszy miała ochotę zakryć szkicownik ręką. Nie lubiła gdy ktoś patrzył się na jej pracę. Trudno się dziwić. Słyszała tyle ciepłych słów "Narysowałabyś coś wesołego" " A to ze skrzydłami to co to?" "Dlaczego ten koń ma róg na czole? " " Narysowałabyś coś smutnego" " Czy ty rysujesz wieśniaków? Wstydź się" " Wzięłabyś się za portretowanie, na tym da się zarobić" itd itp. Całe życie. Szczególnie tata starał się ją zniechęcić. Szczególnie on... Ni zasłoniła jednak ręką swojego dzieła. Trochę się bała. Nie wolno prowokować wyżej urodzonych od siebie. Dłoń drżała... jeszcze chwilę a jednak nie posłuchałaby mądrej głowy i rzuciła szkicownikiem jak najdalej, najlepiej w błoto aby ser Rowan nie widział jej gryzmołów.
Jego słowa nieco zbiły ją z tropu i zaskoczyły. Że niby ładne? Na początku poczuła się miło połechtana. Oblała się rumieńcem i pokazała w zęby w uśmiechu nieco zmieszana. Ale... zaraz zaraz... chwilunie.... jak na kobietę? Jak na kobietę?! Feministyczny demon w środku Carli zawrzał z gniewu. Poczerwieniała na całej twarzy. A więc to tak?!
- Nie sądzę aby to czy jestem kobietą czy nie miało jakieś znaczenie. Poza tym maester Willeam, potwierdził w swoich badaniach, że pojemność czaszki kobiety jest większa niżeli mężczyzny. - powiedziała w przyplywie odwagi dumnie unosząc głowę. Wyglądała przy tym śmiesznie, a nie władczo. Tak czy siak zaraz potem pożałowała swojego zachowania.

Gdy wziął babeczkę nieco się rozchmurzyła. Nieco. Mówił o maestrze wieży. Jednym z największych uczonyc  tego świata. Zna jej ojca. Jeszcze lepiej. Podkabluje pewnie. Do jej oczu zaczęły napływać łzy. Zamrugała szybciej powstrzymując płacz. Dlaczego? Teraz ojciec sie jej pozbędzie. Do tej pory żył w obłudzie i pewnie do dziś dzień myśli, że Carla spisuje się świetnie jako dama... Do dziś dzień.
Bogowie! On ustalał mu dietę. Gdyby nie jej wcześniejsze karygodne zachowanie pewnie patrzyłaby od tej chwili na Hightowera jak na króla co najmniej. Wielki mistrz układa mu dietę. Bogowie... bogowie.... ona by chciała chociaż go zobaczyć...  a kilka minut temu zaprzepaściła tą szansę. Znowu zamrugała szybciej odganiająć wredne łzy.
A potem taka propozycja.
Na początku nie wierzyła. Gapiła się na niego z otwartymi ustami. Po chwili ręka powędrowała ku ciastkom i wypełniła jamę gębową dziewczyny babeczką. Przeżuła ją. żuła dłuższą chwilę. Wyglądało to tak jakby się zacięła. W końcu ten stan przeminął.
- Na... na .... na prawdę? powiedziała ze łzami w oczach tym razem nie ukrywanymi. Dlaczego, panie? Przecież... Ja chyba nie jestem godna... przepraszam - powiedziała pochłaniając kolejną babeczkę.
- To znaczy.... Czy mogłabym... Bogowie - zakończyła nie mogą się wysłowić.
Zawstydzona Carla nie wiedząc za bardzo jak się zachować, po dłuższym milczeniu Rowena, przeprosiła, jeszcze raz. Pożegnała się prędko i zwiała wtopiwszy się w tłum.

zt
Powrót do góry Go down

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Wto Lut 09, 2016 9:21 pm

Komnata Wielkiego Septona był wielkim i bogato urządzonym pomieszczeniem, na jednej z wyższych kondygnacji  Septu Baelor a- pokojem, gdzie wszystko wydawało się zbyt wielkie i zbyt wyszukane. Jedną z wykładanych drewnem ścian zajmowało niemal w całości ogromne, przemyślnie zdobione okno, wychodzące na wypielęgnowany ogród w dole. Równie wielkie i zdobione biurko stało pośrodku barwnego dywanu, pochodzącego z jakiegoś ciepłego i egzotycznego miejsca, a nad wspaniałym kamiennym kominkiem, gdzie płonął maleńki i bliski wygaśnięcia ogień, umieszczono głowę jakiegoś dzikiego zwierzęcia, które dla odmiany pochodziło z zimnego egzotycznego miejsca.
Sama postać Wielkiego Septona sprawiała, że jego azyl wydawał się niewielki i bezbarwny. Potężny, rumiany mężczyzna po pięćdziesiątce rekompensował sobie z naddatkiem brak włosów wspaniałymi białymi bokobrodami. Nawet Rada Kupców uważała go za niezwykłą onieśmielającą osobowość, ale Aerys się go nie bał, i obaj o tym wiedzieli.
Za biurkiem stało wielkie, wyszukane krzesło, ale Wielki Septon chodził tam i z powrotem, krzycząc i wymachując ramionami. Właca Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi usiadł na czymś, co chociaż wydawało się bez wątpienia bardzo kosztowne, zostało zaprojektowane w taki sposób, by usadowionemu na nim człowiekowi było tak niewygodnie, jak to tylko możliwe.
Nie przeszkadza mi to zbytnio. Nigdy nie jest mi wygodnie.
Bawił się myślą, że to głowa Septona wisi nad kominkiem zamiast zwierzęcego łba, podczas gdy duchowny pieklił się na czym świat stoi.
Jest taki sam jak jego kominek, wielki głupiec. Wygląda imponująco, ale pod tą powierzchnią niewiele się dzieje. Ciekawe, jak reagowałby na przesłuchanie? Zacząłbym od tych śmiesznych bokobrodów.
Pomimo takich refleksji, twarz króla była maską skupienia i cierpliwości.
- Mój Panie, tym razem to będzie przesada! Kiedy… kiedy Namiestnik się dowie, obedrze mnie ze skóry!  
Aerys przewrócił oczami, dokładnie kontemplując stan równo przyciętych paznokci.
- Próbowałem tego; podobno łaskocze.
Septon chodził tam i z powrotem coraz szybciej – nerwy nosiły go po całej komnacie, zupełnie jakby był ptakiem, który pragnie wyrwać się z klatki.
Zetrzesz sobie dywan. Naiwni wierni będą musieli kupić ci nowy.
- I co teraz? O Siedmiu, miejcie nade mną litość, wszak nie mogę, przykro mi, Miłościwy Królu, ale nie mogę pozwolić, byś…
Wielkie drzwi otworzyły się gwałtownie i do gabinetu wkroczył Toverard, trzymając drewniane pudełko.
Ani o sekundę za wcześnie.
Wielki Septon tylko patrzył bez słowa, otworzywszy usta z zaskoczenia, kiedy Toverard postawił puzderko na biurku z głośnym trzaskiem i brzękiem.
- Co to ma znaczyć...
Toverard zdjął wieko i Wielki Septon zobaczył pieniądze.
Wszystkie te cudowne pieniądze.
Urwał w połowie tyrady, usta znieruchomiały na słowie, które zamierzał wypowiedzieć. Sprawiał wrażenie najpierw zaskoczonego, potem zaintrygowanego, wreszcie ostrożnego. Zasznurował wargi i usiadł powoli za biurkiem.
- Dziękuję, Toverard - powiedział Aerys, podnosząc wzrok na świątobliwego męża. - Możesz odejść.
Wielki Septon gładził w zamyśleniu bokobrody, kiedy człowiek króla zmierzał do drzwi, a jego twarz z wolna odzyskiwała swą zwykłą różową barwę.
- Skonfiskowane na nielegalnym handlu. Teraz to oczywiście własność Korony. Pomyślałem sobie, że powinienem oddać je służbie Bogom, by podczas zbliżającej się ceremonii świątynia była godnie przyozdobiona.
Albo byś mógł kupić sobie większe biurko, pijawko.
Aerys wychylił się, opierając dłonie o kolana. Nieruchome, chłodne spojrzenie spoczęło na chytrej twarzy wielebnego.
- Mógłbyś powiedzieć na przykład, że moi ludzie posunęli się za daleko, że postawiono pewne pytania, że należało zrobić to dla dobra. Ostatecznie, nie możemy siedzieć bezczynnie… - król wyprostował się nieznacznie, unosząc kąciki ust w karykaturze uśmiechu. - Albo też możesz powiedzieć, że jestem szalonym tyranem i zrzucić całą winę na mnie.
Targaryen był pewien, że Wielkiemu Septonowi zaczyna się to podobać. Starał się tego nie okazywać, ale jego bokobrody dosłownie drżały, kiedy patrzył na te pieniądze.
- W porządku, Wasza Miłość. W porządku. Bardzo dobrze. - wyciągnął rękę i starannie przykrył pudełko wieczkiem. - Ale klnę się na Siedmiu… niech to nigdy więcej nie ma miejsca.
Aerys Targaryen podniósł się z miejsca i ruszył w stronę drzwi.
Przestał słuchać błagań już dawno temu.


Krypty oraz piwnice pod Wielkim Septem Baelora Błogosławionego były suche. Suche, ciemne i bardzo zwodnicze. Wspinali się na schody i schodzili w dół, mijali narożniki i liczne drzwi, skręcając od czasu do czasu w lewo albo w prawo. To miejsce przypominało istny labirynt. Aerys miał nadzieję, że nie straci z oczu migotliwego płomienia pochodni trzymanej przez przewodnika, bo w przeciwnym razie istniało spore prawdopodobieństwo, że utknie w tych podziemiach na wieczność.
- Sucho tu, przyjemnie i sucho - mówił do siebie stary, zasuszony mężczyzna, którego ogolona głowa lśniła w świetle pochodni - jego głos niósł się echem po korytarzu i mieszał z odgłosem ich kroków. - Nie ma nic gorszego dla książek niż wilgoć. - Przystanął gwałtownie przed jakimś drzwiami. - Albo dla zmarłych.
Pchnął lekko drzwi, które otworzyły się bezgłośnie.
- Spójrz tylko, mój panie! Nie były otwierane przez lata, ale zawiasy wciąż poruszają się gładko jak po maśle! To dopiero kunszt rzemieślniczy! Dlaczego nikomu już na nim nie zależy?
Stary duchowny przekroczył próg pomieszczenia, nie czekając na odpowiedź, więc władca pospieszył za nim. Pochodnia oświetliła długą, niską salę o ścianach wzniesionych z kamiennych bloków; jej przeciwległy koniec ginął w ciemności. Jedyną częścią wyposażenia była tu drewniana, niepozorna skrzynia – septon drżącą dłonią uniósł jej wieko, nie mając w sobie na tyle odwagi, by spojrzeć na twarz Aerysa, gdy wzrok władcy padł na zawartość kufra.
Pochodnia była jedynym źródłem światła, wystarczyło to jednak, aby oczom króla ukazały się dwa, bezcenne przedmioty, które jego pobożna siostra postanowiła ukryć w umiłowanym przez siebie miejscu.
I tu tkwił błąd Naerys – Wielki Sept był bowiem pierwszą lokacją, do której ruszył Targaryen. Pierwszą… i ostatnią, bowiem władca odnalazł to, czego szukał.
Nie sądził, by kiedykolwiek doznał uczucia uwznioślenia, jednak w chwili, w której ujrzał dwa smocze jaja... była to jedyna właściwa reakcja.
Banalna, ale jak najbardziej na miejscu, choć nie mogła się równać z inną, znacznie silniejszą emocją - tą, która zrodziła się w piersi Aerysa, gdy pomyślał o nadchodzącej ceremonii... oraz jej możliwych efektach.
Żywe, płonące podniecenie.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 11, 2016 2:01 pm

Jeśli kto wyczekiwał hucznych obchodów Królewskiej Ceremonii Ślubnej – nie mógł czuć się zawiedziony.
Wszystkie bramy Królewskiej Przystani stanowiły portal do zadziwiającego miasta w mieście, świata, w którym górowała wrzawa, euforia i tętniące życiem żyły stolicy, pompowane od blisko tygodnia trunkami z każdej części Siedmiu Królestw. Zdawać by się mogło, że stołeczne miasto Westeros jeszcze nigdy nie było tak oblegane – z każdej strony nadciągali goście, złotowłosi mieszkańcy Zachodu mieszali się na ulicach z ogorzałymi od słońca Dornijczykami, czarni niczym heban Letniacy mijali bladych mieszkańców Północy, zaś rycerze z Reach wznosili toasty wespół z Żelaznymi Ludźmi z Wysp – w Królewskiej Przystani dwudziestego ósmego dnia pierwszego księżyca 264 roku po Lądowaniu Aegona Zdobywcy zatarły się wszelkie granice. Wszyscy tu sprawiali wrażenie, jakby nie było dla nich nic ważniejszego na świecie niż przebywanie we wspólnocie - nieważne, czy to wąski przedpokój, pole czy stodoła. W każdej karczmie gości witał gwar wielu głosów, pijackie śpiewy i hałaśliwa muzyka. Nawet Czerwona Twierdza – choć pogrążona w gorączkowych przygotowaniach do uczy weselnej – poddała się entuzjazmowi; służki nuciły pod nosami, koniuszy uwijali się raźniej niż zwykle, a woń wybornych potraw wypełniała niemal wszystkie korytarze potężnego zamku. Zdawać by się mogło, że jedyne Wielki Sept Baelora Błogosławionego zdołał oprzeć się panującej w stolicy gorączce, choć i to nie do końca było prawdą.
Jeszcze o świcie rozwijano tu długi dywan barwą przywodzący na myśl krew, którą ród Targaryen posiada w swym motcie – równie intensywny kolor miały amarylisy, zdobiące całą, olbrzymią połać świątyni. Ich zapach mieszał się z wonią zapalonych kadzideł oraz setek, jeśli nie tysięcy płonących we wnętrzu septu świec. Wszystko mieniło się w drgających płomieniach i błyszczało niczym czyste dusze zaklęte w kryształach przez samych Bogów – choć do świątyni wstęp mieli jedynie wysoko urodzeni goście, o co dbał zgromadzony przed septem kordon Złotych Płaszczy, myślami we wnętrzu gmachu byli niemal wszyscy królestwa. Każdy pragnął choć przez chwilę być świadkiem wydarzenia, które zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii Siedmiu Królestw – wszak branie udziału w zaślubinach panującego króla było przywilejem, który miał miejsce jedynie kilka razy w dziejach Westeros.
Szlachetnie urodzeni goście zaskakiwani byli na każdym kroku – tuż przed wejściem do Septu Baelora Błogosławionego każdy z nich otrzymywał niewielkie, misternie rzeźbione pudełeczko, po którego otwarciu oczom ukazywały się… drobne pamiątki, będące namacalnym świadectwem obecności w ceremonii królewskich zaślubin. W obijanym atłasem wnętrzu znaleźć można było złotą łuskę, uformowaną tak, by przywodziła na myśl jedną z tych, które ongiś pokrywały ciała smoków, czarną perłę o barwie tak intensywniej, jakby pochłaniała odbijane odeń światło, oraz wykonaną ze stopu srebra broszę o dwóch smoczych głowach. Goście zasiadać mogli na obitych czerwonym atłasem ławach w niemal każdym, dowolnym miejscu – jedynie dwie pierwsze ławy zaserwowano dla członków królewskiego rodu Targaryen.

    Post ten rozpoczyna Królewską Ceremonię Ślubną – wszystkich pragnących wziąć udział w wydarzeniu, gorąco zapraszam do rozpoczęcia przygody właśnie w tym temacie. By nieco was ośmielić, para młoda rozpocznie wątek – zaraz po nich pisać może każdy zaproszony gość! Posty w Sepcie dodać należy do 13.02. do godzin popołudniowych, będzie to tym samym ostatnia okazja, by dołączyć do wątku, bowiem z kolejnym postem Mistrza Gry drzwi świątyni zostaną zamknięte, zaś zaślubiny się rozpoczną.
    Miłej zabawy!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 11, 2016 2:25 pm

Oparł się o balustradę, spojrzał zmrużonymi oczami w blask słońca i zaczął chłonąć widok, który się przed nim roztaczał. Uczynił to samo, dawno temu, jak mu się teraz zdawało, z tarasu Sali Kamiennego Stołu. Trudno byłoby znaleźć dwa bardziej odmienne krajobrazy. Tu wschód słońca nad nierównym, postrzępionym kobiercem domów, gorącym i oślepiająco jasnym, pełnym dalekiego gwaru. Tam zimna i zamglona wyspa, miękka, pusta i nieruchoma niczym śmierć. Pamiętał tamten poranek i to, że poczuł się innym człowiekiem.
Z pewnością zaś czuł się nim teraz.
Ślubna ceremonia, prastary rytuał, śpiewy i uroczyste przejęcie władzy, i grzmiący dźwięk trąb, i formalny strój, i korona na głowie… przygotowania, krzątanina, szum i hałas, dzieło tysięcy zaproszonych na wieczorne przyjęcie oraz tysięcy służby, zawładnęły Królewską Przystanią, Czerwoną Twierdzą, Wielkim Septem Baelora Błogosławionego.
Nigdy nie było tu dostatecznie ciemno, nigdy dość spokojnie i cicho. Wrogowie budzą czasem grozę, ale można ich pokonać i położyć kres lękowi. Aerys potrafił pojąć nienawiść przeciwnika. Ale nie sposób było walczyć z pozbawionym oblicza, obojętnym, hałaśliwym miastem. Ono darzyło nienawiścią każdego.
Woda pieniła się i bulgotała, tryskając wąskim strumieniem z metalowej tuby w kształcie smoczego pyska, po czym rozpryskiwała się w szerokim kamiennym basenie. Fontanna, jak nazywają to dumny konstruktorzy sprowadzeni z Lys. Rury pod ziemią, powtarzają. Władca Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi wyobraził sobie podziemne strumienie, płynące tuż pod jego stopami i podmywające fundamenty tego miejsca. Ta myśl przyprawiała go o lekki zawrót głowy. Królewskie Ogrody okazały się dziś jednym ze spokojniejszych miejsc w Czerwonej Twierdzy – być może dlatego, że ich połać była na tyle rozległa, by bez problemu uniknąć towarzystwa drugiego człowieka. Mimo wszystko nawet tutaj dało się odczuć, iż tego dnia dzieje się coś nadzwyczajnego. Aerys wędrował po tym równym, wyraźnie zaznaczonym polu zieleni, chrzęszcząc butami na ścieżkach wysypanych maleńkimi szarymi kamyczkami. Niedaleko od wejścia do Sali Balowej uwijała się armia robotników; cięli i stukali, czasem obrzucali się nawzajem gniewnymi krzykami. Wszędzie piętrzyły się stosy desek i bali, beczki gwoździ, góry narzędzi - wystarczyłoby ich na wzniesienie zamku. Aerys stał z dłońmi na biodrach i wbijał wzrok w drewniany szkielet – najpewniej wyłącznie dla niego jego przeznaczenie nie było tajemnicą. Władca przez chwilę obserwował niskiego muskularnego mężczyznę w skórzanym fartuchu, piłującego wściekle deskę. Ostrze przebiło się przez drewno, odpiłowany kawałek spadł z łomotem na ziemię. Cieśla umieścił pozostałą część deski na stosie podobnych, wywołując na ustach Targaryena lekki uśmiech.


Wydaje mu się, że tylko jedno wie na pewno: prawda nie przynosi ulgi. Wprawdzie słyszał to i sam to mówił, lecz tylko wtedy, gdy miał w tym określony cel, interes, który przyświecał mu podczas kreowania kolejnych łgarstw. Ale nawet wtedy okłamywał, oszukiwał. Prawda nie uratuje ani nie pomoże się pozbierać. Nie pozwoli wznieść się ponad brzemię kłamstw, tajemnic i ran w sercu. Prawda - którą ludzie tak uporczywie pragną poznać – więzi ludzi jak kajdany w ciemnym pokoju, w podziemnym świecie duchów i ofiar, które wiją się wokół niczym węże. Tutaj, w Królewskiej Przystani, prawda nie nadaje się do oglądania, do podziwiania. Tutaj czai się zło, które wtłacza w usta i nos swój oddech, każdy oddech, aż w końcu nie można od niego uciec.
Tyle wiem. Tylko to jedno.
Krocząc powoli korytarzami Czerwonej Twierdzy, odprowadzany był wzrokiem przez swych przodków – ich podobizny zdobiły ściany, pomniki rzucały nierówne, postrzępione cienie na kamienne posadzki. Niektórzy trzymali miecze, inni zwoje albo smocze jaja. Jednemu towarzyszył pies u stóp, inny ściskał pod pachą odciętą głowę, ale poza tym trudno było ich odróżnić. Wszyscy mieli na głowach takie same wysokie korony, a na twarzach podobny wyraz surowego skupienia. Patrząc na nich, nikt by nie pomyślał, że wypowiedzieli kiedykolwiek głupie słowo albo zrobili coś niemądrego, albo że musieli srać przez całe życie.
Gdy władca rano obudził się z bolesną gwałtownością, zamrugał i rozejrzał się niespokojnie. Ciemno? Nie. Niezupełnie, wszechobecna poświata miasta rozpraszała mrok. Początkowo pomyślał, że coś słyszy, ale nic do niego nie docierało. Było gorąco. Gorąco, parno, duszno, nie pomagał nawet lepki przeciąg od otwartego okna. Jęknął, zsunął wilgotny koc aż do pasa, starł pot z piersi i osuszył dłoń o ścianę za głową. Światło drażniło mu powieki. Sądził, że o tej wspaniałej godzinie będzie się radować – jednak z każdym mijającym momentem, który nieuchronnie prowadził do ceremonii w Sepcie Baelora Błogosławionego, w jego duszy kiełkował i rozkwitał wielki niepokój. Poczucie ulgi i, tak, triumfu, na myśl o tym, że wreszcie rozpoczyna właściwe, ugruntowane rządy, stłumił niezwykły niepokój. Skąd się wziął? Co go niepokoiło? Dlaczego? Doczekał przecież chwili bezwzględnego zwycięstwa nad swym bratem, powinien się radować. A jednak…
Jeszcze przed południem słyszał wrzawę tłumu. Dziwny, odbijający się echem pomruk, jakby płynący z samych kamieni. Zebrana w Królewskiej Przystani rzesza gości miała być dowodem na to, że świat z radością wita u boku władcy nową królową…
… a jednak, ku niemal bolesnemu rozczarowaniu Aerys stwierdził, że nieprzebrane tłumy działają na niego wręcz odwrotnie. W tym nadmiarze bodźców było coś niepokojącego. Niezdrowego. Wypełniająca stolicę Siedmiu Królestw euforia przekraczała akceptowalne granice, zakłócała proporcje, zdawała się wskazywać, że świat opanowała gorączka dzikiej radości wyniesienia nowej królowej, gorączki nieproporcjonalnej do wagi wydarzenia.
Zdumiewała taka skala.
Skąd to szaleństwo? Skąd?
Na samą myśl o podróży do Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego krzywił się z odrazą. Targaryen nienawidził tego miejsca. Kamienie były tam zimne i martwe, powietrze nieruchome i też martwe, nawet dźwięki towarzyszące wędrówce przez gmach świątyni wydawały się stłumione i pozbawione życia. Bogowie, nawet jeśli tam mieszkali, zwykle pozostawali głusi na modlitwy wiernych, czyniąc ich w ten sposób niepojętymi głupcami. Jeśli jednak istniało na świecie coś, czego nie mógł zrobić władca Siedmiu Królestw, była to właśnie rezygnacja z hucznej ceremonii ślubnej – podległe mu krainy musiały poznać nową królową. Musiały na własnej skórze przekonać się, że…
Smoki nie wymarły.
Przywykł do bezustannego ruchu, do tego, że wyprzedza wszystkich o krok; nienawidził stać nieruchomo. Pozostań zbyt długo w jednym miejscu, a wrogowie cię złapią, powtarzał nie bez znużenia. Nawet dzisiaj.
Nieruchome spojrzenie wbite było w okna komnaty, gdy służba – z głowami pochylonymi tak nisko, iż czołem niemal stykała się z kolanami – pomagała władcy przywdziać szaty. Znużenie, choć pragnęło zdominować ciało, musiało ustąpić przed narastającym zniecierpliwieniem, które domagało się jak najszybszego zakończenia ceremonii, choć ta jeszcze się nie rozpoczęła. Wydawało się, że władca powinien być przerażony, on jednak doznawał uczucia ogromnej ulgi. Jego wszelkie troski wydawały się teraz drobiazgami bez znaczenia.
Przynajmniej wciąż cieszył się życiem.
Aerys Targaryen doskonale wiedział, iż zebrani w Sepcie goście – w przytłaczającej większości - będą się uśmiechać, schlebiać mu i okazywać posłuszeństwo w najdrobniejszym szczególe, aż do chwili, kiedy dojdą do wniosku, że przestało to być dla nich korzystne, a potem zwrócą się przeciwko koronie z jeszcze większą zajadłością.
Właśnie takie było prawo dziczy, w której przyszło im żyć – władca o tym wiedział. Władca to akceptował. Władca musiał się do tego stosować. I władca zawsze, ale to zawsze winien być o dwa kroki przed innymi.
Dlatego dziś był – nie krok, lecz cały dzień jazdy. Zadbał o najdrobniejszy szczegół, nie dopuścił, by cokolwiek wydostało się poza mury Czerwonej Twierdzy, z najwyższym wysiłkiem kreował jak najbardziej sprzyjające warunki, by bez obaw móc opuścić własne komnaty i udać się do Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego, gdzie czekać go będzie przypieczętowanie instytucji władcy.
Aerys wiedział jednak, że los bywa kapryśny, zaś życie nie zawsze toczy się zgodnie z planem, dlatego też musiał działać szybko – dokładnie odliczając kroki, kierował się na dziedziniec Czerwonej Twierdzy, by zaraz po tym w towarzystwie czterech Białych Płaszczy skierować się wprost do świątyni wzniesionej przez swego przodka. Jakkolwiek wahał się między nadzieją i niewiarą, był wszakże skutecznie wyrwany ze swej przedwczesnej rezygnacji. Pragnął, aby to nowe życie nie było tylko fałszywą obietnicą, lecz trwałą prawdą – w tym zaś pomóc miał Wielki Sept, do którego władca wkroczył bez wahania, bez zbędnych przejawów namysłu.
Gdy tylko Aerys II Targaryen dotarł przed Wielki Sept Baelora, plan przed świątynią stał się jeszcze gwarniejszy niż wcześniej, podniecenie gęstego tłumu wzrosło – zebrani wewnątrz gmachu goście doskonale słyszeli rosnącą wrzawę która wpadała przez szeroko otwarte drzwi wraz z podmuchami wiatru. Wyczekując na przybycie króla, mogli jedynie zastanawiać się, ile kosztowały Koronę wszystkie przygotowane zdobienia – począwszy od złotych materiałów, którymi obleczone zostały ławy, poprzez niezliczone świecie, rozpalające swym blaskiem wnętrze świątyni, kończąc zaś na samych ołtarzach Matki i Ojca – przyozdobiono je szczerozłotymi naczyniami, niezbędnymi podczas obrządku zaślubin, i ubogacono o wszechobecne amarylisy, których woń mieszała się z zapachem zapalonych kadzideł. Wnętrze septu było ciepłe, rozedrgane od płomieni świec oraz narastającej ciekawości – po obu stronach rozległej przestrzeni świątyni, maszerowały kolumny, wysokie jak drzewa w lesie i wycięte z wygładzonego białego kamienia, ozdobionego połyskliwymi żyłkami srebra. Sufit, wysoko nad głowami, miał głęboką niebieskogranatową barwę i był upstrzony rojem błyszczących gwiazd oraz konstelacji nakreślonych złotymi liniami.
Aerys Targaryen dostrzegłby to wszystko – dostrzegłby bez problemu, gdyby tuż po wkroczeniu do Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego nie skupił spojrzenia na odległych od wejścia ołtarzach Ojca i Matki.
Szepty stopniowo milkły; w przepastnej świątyni zapadła cisza.
Długi dywan barwy głębokiego rubinu ciągnął się od drzwi aż do samego szczytu marmurowych schodków, które prowadziły do ołtarzy – służba najpewniej rozkładała go przez całą noc, pragnąc wygładzić każdą zmarszczkę na idealnym materiale, co powiodło im się zaskakująco dobrze. To właśnie ten dywan doskonale tłumił kroki władcy, który niespiesznie przemierzał kolejne jardy dzielące go od celu wędrówki.
Na początku, oczywiście, wydawało się to wspaniałą rzeczą, o jakiej zawsze marzył: uroczystość na jego cześć, z udziałem wielu najbardziej znamienitych mieszkańców Siedmiu Królestw. Z pewnością był to dopiero początek nowego życia w roli władcy – pozycja miała zostać ugruntowana, umocniona, miała zaowocować potomkiem, który przejmie w przyszłości Żelazny Tron. Aerysowi przyszło mu do głowy, że to dojrzały owoc, który spadnie z drzewa, wprost w jego dłonie, a wraz z nim wizja niezachwianej potęgi…
Musiał tylko uśmiechać się i przyjmować dziwnie wstrzemięźliwe gratulacje od obcych ludzi we wspaniałych strojach, którzy nieledwie patrzyli mu w oczy. Na jego miejscu mogła równie dobrze znajdować się figura woskowa – władca musiał przyznać, że uwielbienie gminu przez Wielkim Septem było o wiele bardziej satysfakcjonujące. Przynajmniej nikt nie udawał.
Kierując się do ołtarza Ojca oraz Matki, siłą rzeczy wystawiony został na spojrzenia zebranych –przed władcą kroczyło dwóch Królewskich Gwardzistów, przybranych w śnieżnobiałą, nieskazitelną biel, przez co sam Aerys Targaryen odcinał się od nich czarno-rubinową plamą. W tym wyjątkowym dniu król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi przywdział barwy swego rodu, czego najdosadniejszym świadectwem był długi, czarny płaszcz z wyszytym nań trójgłowym smokiem. W obliczu drżących płomieni świec wzór zdawał się poruszać - wystarczyło bowiem uważniej przyjrzeć się haftowi, by zauważyć, że czerwony smok Targaryenów wyszyty został niewielkimi, szlifowanymi rubinami, które odbijały światło kandelabrów, sprawiając tym samym wrażenie, jakby bestia pragnęła poderwać się z czarnego materiału płaszcza. Kamienie szlachetne wieńczyły również rękawy wamsu, który przywdział Aerys – górującym kolorem była czerwień, zakłócana jedynie przez czerń kaftana, którego guzy wykonano z czarnych pereł. Całość przyodziewku wieńczył pas ze złotą klamrą oraz wygodne spodnie, z nogawkami wpuszczonymi w wykonane ze skóry buty. Równo przycięte włosy barwy srebra ozdabiała korona w tym samym kolorze – zdobiły ją wyłącznie cztery, pokaźne rubiny, błyszczące złowrogo w świetle płonących świec. Najlepiej jednak na władcy leżał uśmiech – unosił kąciki ust w grymasie szczerego rozbawienia, które nie zniknęło z twarzy króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi nawet wtedy, gdy zatrzymał się przed schodami prowadzącymi ku ołtarzom. Wzrok barwy wrzosów przesunął się po twarzach zebranych, zupełnie jakby Aerys pragnął zapamiętać każdą, zgromadzoną w Wielkim Sepcie osobę, po czym zamarło na wejściu do świątyni, oczekując przybycia tej, która – po prawdzie – stanowiła dziś główną atrakcję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 11, 2016 3:03 pm

Ostatnia poświata zachodu słońca utrzymała się nad nierównymi dachami Królewskiej Przystani zaskakująco długo – dopiero, gdy znad Czarnej Zatoki nadszedł wilgotny podmuch przesycony wonią soli i ryb, umierające promienie barwy rubinów musnęły w delikatnym pocałunku mury Czerwonej Twierdzy…
… i odeszły.
Otworzyły się za to kielichy niezliczonych kwiatów, którymi służba od samego rana wypełniała komnatę; barwna jaskrawość na gałęziach cierniowca płomiennego nęciła zmęczone zmysły; błękit barwinków zasłał niemal cały stół, nie pozostawiając miejsca dla bieli astrów. Pomiędzy nimi, na mieniących się kolorami łodyżkach, błyszczały płatki pełników. Tymczasem niebo za strzelistymi oknami pociemniało od purpury do czerni – księżyc stał już wysoko, niemal w pełni, mrozem połyskując na liściach i blaskiem rozpływając się po wodach. Zrodzone dzięki niemu cienie rozmazywały się w świetle zorzy — wielkiej kurtyny jasności, obejmującej połowę niebios.
Wosk dobrze przetrwał te wszystkie lata. Gdy Rhaenys podważyła go nożykiem do papeterii, korek pod spodem okazał się nienaruszony. Przez chwilę aromat był tak cierpki, że – aby go znieść – księżniczka zacisnęła powieki i czekała, aż uwolnione esencje zaczną naginać ją do swej woli. Poczuła zapach ziemi, lekko kwaśny, przywodzący na myśl woń kanału w środku lata, szatkownicę do jarzyn i radosny posmak świeżo wykopanych ziemniaków. Przez moment wielka siła złudzenia sprawiła, że znowu znalazła się w tym zmiecionym z powierzchni ziemi miejscu, ruinach, które wciąż nazywane są Summerhall, choć stanowią jedynie ponury cień twierdzy.
Zawładnęło nią niespodziewane, obezwładniające podniecenie. Wlała odrobinę wina do kielicha, starając się w swym rozemocjonowaniu nie uronić ani kropli. Napój miał dymnoróżową barwę, niczym sok z papai, i zdawał się wspinać po ściankach kieliszka w gorączkowym oczekiwaniu, jakby w jego wnętrzu kryło się coś żyjącego, nie mogącego się już doczekać, by wypróbować swą magię na ciele Smoczycy. Rhaenys spojrzała na płyn z nieufnością podszytą tęsknotą. Jakaś jej cząstka nieskończenie pragnęła skosztować tego wina – od wielu lat czekała na podobną okazję – a mimo to się wahała z jakichś bliżej niesprecyzowanych względów. Napój wewnątrz kieliszka był ponuro ciemny i upstrzony płatkami jakiejś brunatnej materii, podobnej do rdzy. Rhaenys wyobraził sobie nagle, że kosztuje wina, krztusi się, po czym wije w agonii na dębowej podłodze. Unosząc kieliszek do ust, uśmiechnęła się mimowolnie i zatrzymała w pół gestu.
Ponownie przyjrzała się płynowi. Ruch, który zdawała się dostrzegać jeszcze chwilę temu – zanikł. Poczuła lekko słodkawy aromat, przypominający lekarstwo – może syrop na kaszel. Znów zaczęła się zastanawiać, czemu właściwie nakazała odnaleźć tę butelkę. Przecież tak naprawdę nic takiego jak magia nie istniało. To była tylko jedna z wielu bzdur, w które wuj kazał jejwierzyć; jeden z wielu trików Jaehaerysa. A tymczasem w jej umyśle tkwiło uporczywe przekonanie, że w tym winie coś jednak się kryje. Coś naprawdę specjalnego.
Była tak pogrążona we własnych myślach, że nie usłyszał kroków Naelyer wchodzącej do komnaty.
– Jeszcze nie śpisz? –jej głos był wyrazisty, produkowany na tyle głośno, by nikt jej nie posądził o uprzywilejowane pochodzenie. – Wiesz, jeżeli zamierzałaś się urżnąć, to przynajmniej mogłaś pójść ze mną. Byłaby to dla ciebie cudowna okazja do poznania tych dam, które już przybyły.
Położyła szczególny akcent na słowo „cudowna”, przeciągając akcentowaną sylabę o trzykrotność jej naturalnego trwania. Rhaenys spojrzała na siostrę, wciąż trzymając w dłoni kieliszek z winem. Po chwili zaś odezwał się szyderczym tonem:
Oczywiście. Ja zawsze spotykam samych cudownych ludzi. Bo przecież wszyscy ludzie przybywający do Czerwonej Twierdzy są doprawdy cudowni. A już wpadam w ekstazę, gdy jedna z twoich cudownych nieopierzonych dzierlatek podchodzi do mnie w czasie któregoś z tych cudownych przyjęć i mówi: „Pani, czy cieszysz się na myśl o zaślubinach? Zaręczyny były tak niespodziewane!
Naelyer przeszła na drugą stronę stołu, stukając chłodno obcasami o dębowe panele, po czym nalała sobie pucharek soku.
– Zachowujesz się już nie tylko nietowarzysko, ale i dziecinnie. Gdybyś tylko poświęciła się i pojawiła wśród… co ty właściwie pijesz? - głos miała teraz równie ostry i klarowny, jak przypominające lodowe sople rysy jej twarzy. – Jakiś nowy koktajl? Śmierdzi obrzydliwie.
To wino zrobione w rok tragedii w Summerhall.
– Fuj! Bogowie! Nie pij tego paskudztwa. Na pewno jest już zepsute. – Naelyer zaśmiała się sztucznie. – Poza tym, to obrzydliwe. Jak nekrofilia. Zupełnie nie rozumiem, czemu w ogóle przywlokłaś do stolicy te butelki.
Rhaenys zmarszczyła delikatnie brwi, podnosząc spojrzenie na młodszą siostrę.
Kochana, zamierzam wypić to wino, a nie pieprzyć się z nim.
Naelyer rozchyliła nieznacznie usta, zszokowana, zdezorientowana.
–  Słucham?
Nic.
Młodsza z kobiet dopiero po chwili odzyskała rezon, potrząsając nieznacznie głową i opierając dłoń o blat zasłanego kwiatami stołu.
– Proszę, wylej to. W tym świństwie zapewne pływają wszelkie najohydniejsze bakterie. Albo jeszcze coś gorszego. - po chwili jej głos nabrał przymilnego tonu. – Naleję ci w zamian soku. Wody? W porządku?
Naelyer, przestań gadać, jakbyś była naszą matką.
– To przestań się zachowywać jak dziecko. Czemu, na Bogów, nie możesz wreszcie dorosnąć?
A więc powróciły do niekończącego się refrenu.
To wino z roku, w którym spłonęło Summerhall. – stwierdziła z uporem w głosie. – Nie oczekuję od ciebie, że to zrozumiesz.
– Czyń,  jak chcesz. Ostatecznie i tak zawsze robisz, co ci się podoba.  Zachowaj się jak odpowiedzialna, dojrzała osoba i struj się tym paskudztwem. Jeżeli umrzesz, być może to ja jutro poślubię króla i…
Rhaenys jej nie słuchała. Podniosła kieliszek do ust. Ponownie uderzył w nią mocny, ostry zapach – przytłumiony, cydrowy aromat letniego pałacu, gdzie zazwyczaj tliły się kadzidełka. Przez moment zdawało się księżniczce, że słyszy jakiś niezwykły odgłos, niczym dźwięczny, gwałtowny brzęk tłuczonego szkła – jakby kryształowy kandelabr runął nagle na zastawiony stół. Pociągnęła długi łyk.
Zdrowie mego przyszłego męża.
Wino smakowało równie obrzydliwie jak za jej dziewczęcych czasów. W tej miksturze nie było ani pół winnego grona – stanowiła ona jedynie słodkawy ferment smaków i woni, z przebijającym lekkim odorem odpadków. Zapach przywodził na myśl kanał w środku lata i zapuszczone stoki kurhanu. Smak był cierpki, drażniący – przypominający dym, ale jednocześnie wzbudzał dziwne emocje, mile łechcąc gardło i pamięć, wyciągając na powierzchnię wspomnienia, które wydawały się stracone już na zawsze. Rhaenys zacisnęła pięści, gdy nawiedziły ją te zagubione niegdyś obrazy, i nagle poczuła się nadzwyczaj lekko.
Alchemia dla laika, jak mawiał Jaehaerys Targaryen. Magia dnia powszedniego.
Być może tkwiło w tym ziarno prawdy?

***

Niekiedy wszystko zależy od przypadku. Po latach wyczekiwania – na odpowiednią koniunkcję planet, przypadkowe spotkanie, moment nagłego natchnienia – sprzyjające warunki pojawiają się samoistnie, przychodzą skrycie, bez fanfar, bez ostrzeżenia. Rhaenys sądzi, że to przeznaczenie. Bądź magia. Czasami wszystko jest wynikiem zwyczajnej chemii, czegoś nieokreślonego w powietrzu; jedno banalne wydarzenie wprawia w ruch ciała, które od dawna tkwiły w stanie inercji. Jeden gest pociąga za sobą nagłe, nieodwracalne zmiany.
Wiedziała, że zachowuje się egoistycznie. Wiedziała świetnie. Ale wino – to które niemal do połowy opróżniła w trakcie ubiegłej, bezsennej nocy - coś w niej pobudziło, coś niezwykłego, co chciała zbadać głębiej. Na języku wciąż błądził smak przejrzałych owoców, spalonych na twardy, szczerniały cukier – Rhaenys nie mogła uwolnić się od tego posmaku nawet podczas długiej kąpieli, która wypełniła okryła jej ciało lawendową wonią.
Smakując  na języku pikantną nutę bukietu, czując, jak jej serce bije z nową energią, poddawała się kolejnym zabiegom służek, które rozplatały zaplecione na noc długie włosy barwy księżycowej poświaty. Zapach olejków, wmasowywanych w skórę dłoni oraz szyi, skutecznie wypełniał nozdrza Rhaenys, gdy jej głowę przyozdabiano zaledwie dwoma, złotymi spinkami wysadzanymi drobnymi kamieniami rubinów. Owa skromność spowodowana była potrzebą zachowania miejsca na właściwą ozdobę – tę, którą otrzyma wraz ze złożeniem przysięgi zarówno Bogom… jak i Aerysowi.
Umysł smoczej księżniczki był zadziwiająco oczyszczony, a żołądek – jeszcze rano boleśnie ściskający się na myśl o nadchodzącej ceremonii - już się uspokoił. Rhaenys przez chwilę usiłowała zdefiniować uczucie, które nagle ją ogarnęło, i w końcu zrozumiała, że…
… to prawdziwa radość.
Z niekrytą lubością obserwowała, jak pełne usta pokrywa róż sprowadzonego z Essos barwnika – był ledwie kilka odcieni jaśniejszy od błyszczących, lawendowych oczu, które spoglądały na Rhaenys w lśniącej tafli lustra.
Strach – choć pragnął dojść do głosu – ustępował przed żelaznym postanowieniem, by nie pozwolić mu na jakikolwiek atak.
iēdrosa gīdāpa, spokojna jak woda.
Długie, opadające na plecy włosy umknęły w ostatniej chwili przed zapięciami sukni – służki w najwyższym skupieniu przyodziewały smoczą księżniczkę, nie pozwalając sobie na choćby jedno, zbędne słowo. Rhaenys była im za to wdzięczna – za milczenie, które pozwalało, by myśli skupiły się wokół każdego, dokładnie przemyślanego kroku, jaki będzie musiała postawić w Sepcie Baelora Błogosławionego. Zwyczajni ludzie nie są zdolni wymyślić kłamstwa doskonałego. Wszelkie udawanie nie zda się na nic. To jak z przykrótkim kocem – próbujesz nakryć nogi, wystaje głowa, próbujesz schować głowę, wyglądają nogi: człowiek stosuje sprytny fortel, aby coś ukryć, nie czując jednak, że jego drobne kłamstwo odsłania zarazem jakąś przykrą prawdę. Z drugiej zaś strony, naga prawda niszczy wszystko, nie budując niczego. Cóż zatem pozostaje zwyczajnym ludziom? Pozostaje im tylko patrzeć i milczeć. Patrzeć i milczeć, oto bowiem jak powinni postępować.
Wsiadając do karocy, z lubością odczuwała ciężar zdobionej czystym złotem sukni – drobne, cienkie płatki szlachetnego metalu tkane były z najwyższą ostrożnością, by finalnie uzyskać efekt, który zdołał zadowolić nawet Rhaenys. Służba musiała uważać, by nie dopuścić do zabrudzenia długiego, jedwabnego i lekkiego niczym puch płaszcza, jeszcze w drodze do Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego złożonego tak, by na idealnym materiale nie wystąpiło nawet najdrobniejsze zagięcie.
Sama droga do świątyni trwała zaskakująco krótko – smocza księżniczka miała wrażenie, iż zdołała ledwie zająć miejsce w powozie, przez misternie rzeźbioną kratę okienka obserwując, jak trzech Królewskich Gwardzistów wspina się na końskie grzbiety. Ich obecność była nieodzowna – zarówno w drodze do septu, jak i już na miejscu, gdzie tłum gości oraz spragnionych rozgrywki gapiów gęstniał z każdą chwilą. Rhaenys sądziła, iż z każdym jardem, który przybliżać ją będzie do świątyni, zacznie odczuwać pierwotny, choć uzasadniony strach.
Nic podobnego jednak nie nastąpiło.
W piersi pojawiło się jedynie lekkie drżenie, niepewne i nieśmiałe, dość szybko stłumione przez dobiegające z każdej części Królewskiej Przystani okrzyki – mieszkańcy oraz przyjezdni najwyraźniej już rozpoczęli świętowanie, wyprzedzając w tym parę niedoszłych jeszcze małżonków. Rhaenys uśmiechnęła się delikatnie, obserwując uważnie złoty pierścień, który lśnił na serdecznym palcu prawej dłoni – widok błyszczącego w nikłym świetle metalu uspokajał ją, przynosił to dziwne, wewnętrzne ukojenie, dzięki któremu bez obaw podnosiła wzrok, gdy powóz zatrzymał się u samych stóp schodów, prowadzących do Septu Baelora. Nawet nie zauważyła, kiedy wciągnęła powietrze do płuc tylko po to, by po chwili uwolnić je z pełnym drżenia westchnieniem.
Cichutkie skrzypnięcie drzwi karocy. Głośniejsza, coraz głośniejsza wrzawa zebranych tłumów. Feeria dźwięków, barw, zapachów. Przytłaczająca, choć nieszczególnie przerażająca.
Widok Pana Ojca – skupionego, dumnego, w barwach rodu Targaryen.
Jego silna, ciepła dłoń obejmująca tę zimną, drobniejszą – dłoń córki, którą prowadził w górę schodów Septu, aż do rozwartych na oścież drzwi świątyni. To właśnie za tym progiem czekało na Rhaenys przeznaczenie – słowa brzmiące niczym wyświechtany przez lata frazes.
Naiwne i niewystarczające w sytuacji, która właśnie rozgrywała się na jej oczach. W sytuacji, której była częścią… nie, nie tylko częścią.
Samym centrum.
Trybikiem, który napędza skomplikowany mechanizm wojennej machiny. Każdy jej krok był kolejnym obrotem kół trebusza. Niemal słyszała w uszach skrzypnięcia, choć jednocześnie doskonale wiedziała, iż są wyłącznie wytworem wyobraźni, napiętych do granic możliwości nerwów, zmysłów, które powoli odmawiały posłuszeństwa. Pokonując próg Wielkiego Septu Baelora, Rhaenys Targaryen doskonale wiedziała, że nie istnieje dla niej droga powrotu.
Spaliła za sobą ostatni most i pozostawiła za plecami płonącą łunę unoszącą się znad ostatniej deski ratunku.
Co w tym czasie myśleli zebrani w świątyni goście? O czym mogli myśleć, widząc dumnie wyprostowaną, patrzącą przed siebie kobietę, w której żyłach płynęła krew Starej Valyrii? Rozpalony niezliczoną ilością świec sept stanowił scenę, główną atrakcją zaś była Rhaenys Targaryen, wpatrzona przed siebie w jeden, wyłącznie sobie znany punkt.
Płatki złota, którymi wyszyta została suknia lśniły w blasku świec, ożywione dodatkowo ruchem księżniczki. Długi, wykonany z najdelikatniejszego jedwabiu płaszcz ciągnął się za panną młodą, z cichym, niepokojącym szelestem podążając za nią krok w krok. Wystarczyło poświęcić krótką chwilę temu spektaklowi, by natychmiast paść ofiarą nieuchronnego skojarzenia: nagle płatki złota na sukni przestały być zwykłymi płatkami i jęły przypominać łuski, delikatny płaszcz z kolei już nie był zwykłym płaszczem, lecz przejrzystą, pozornie kruchą, lecz w rzeczywistości wytrwałą błoną rozpiętą między potężnymi skrzydłami bestii.
Nikt, kto tego dnia znalazł się w Sepcie Baelora Błogosławionego nie mógł mieć wątpliwości, że Rhaenys Targaryen była prawdziwym smokiem.
Wciąż spokojnym. Wciąż uśpionym. Jasnym, pokrytym złotem smokiem, który zmierzał na spotkanie krwi ze swej krwi. Który przed ołtarzem Ojca i Matki mógł spotkać życie… bądź śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 11, 2016 10:15 pm

Och, słodka była dziewica cud,
która we włosach miała miód!
We włosach miód,
we włosach mióó… d.

Zawodzący, załamujący się na wyższych tonach głos przyprawiał ją o ból głowy – nie pomagały zimne, otwarcie rzucane spojrzenia, nie poskutkowały wymowne kaszlnięcia, efektu nie przyniosła nawet próba zepchnięcia barda wraz z jego szkapą do rowu – trubadur dzielnie trzymał się zarówno siodła, jak i jadącego z Wysogrodu orszaku. Allya Baratheon zapałała nienawiścią do tego na wpół pokrytego krostami, na wpół ociekającego zjełczałym już tłuszczem chłystka, który (najpewniej jako jedyny z zebranych) był święcie przekonany, że potrafi śpiewać. Przy kolejnej próbie (nieudanej zresztą) przypomnienia sobie trzeciej zwrotki Niedźwiedzia i Dziewicy Cud przez niewydarzonego barda, córa Lorda Burzy ściągnęła gwałtownie wodze klaczy, z niekrytym poirytowaniem spoglądając przez ramię na swego narzeczonego.
- Niechże w końcu zamilknie.
Elstan Tyrell sprawiał wrażenie co najmniej uwznioślonego miernymi próbami uprawiania przez trubadura sztuki – gdy ten zapominał melodii, Skarbnik Wysogrodu sam nucił dalszą część ballady, utwierdzając przy tym niemal cały orszak w przekonaniu, że posiada znacznie lepszy głos od niewydarzonego artysty.
- Lubię jego śpiew – na ustach Tyrella zakwitł niewinny uśmiech, gdy bard zmienił repertuar na Żonę Dornijczyka. Allya zrównała klacz z rumakiem narzeczonego, nawet na moment nie spuszczając błękitnych tęczówek z twarzy Skarbnika.
- Brzmi, jakby w wyjątkowo skuteczny sposób pozbawiono go przyrodzenia – celna uwaga wywołała salwę śmiechu u przynajmniej trzech najbliżej jadących rycerzy – nawet Elstan nie zdołał ukryć rozbawienia, niby od niechcenia spoglądając w niebo.
- Brzmi jak każdy inny mężczyzna w Reach – jego spokojny głos z najwyższym trudem przebił się nad wyjątkowo żałosnym jękiem ni to rozpaczy, ni rozkoszy, który wyrwał się z gardła trubadura. Na gładkim czole Allyi natychmiast wykwitło kilka zmarszczek, kiedy usłyszała ten na wpół godowy okrzyk i, nawet nie zastanawiając się nad swymi słowami, spojrzała na swego narzeczonego z pobłażaniem.
- Zatem wszyscy mężczyźni w Reach nie mają przyrodzenia – tym razem to na jej ustach widniał uśmiech, podczas gdy Elstan i kompani walczyli ze szczerą ochotą porzucenia panny Baratheon na środku traktu, najlepiej z bardem, by nie miała zbyt lekkiej śmierci. Nim Tyrell zdołał ponownie otworzyć usta, Allya już spinała boki klaczy, ponownie wyskakując ku przodowi orszaku zmierzającemu do Królewskiej Przystani – tym razem nie musiała spoglądać na narzeczonego przez ramię, by poznać jego reakcję: doskonale wiedziała, że pluje sobie w brodę.

~*~

Kopyta chrzęściły na zabrudzonym błotem bruku, skrzypiały siodła, grzechotały uprzęże. Miasto było duszne, cuchnące i sprawiało wrażenie mrowiska, w które ktoś wetknął kij – krótko mówiąc, stolica Siedmiu Królestw nie zmieniła się ani trochę. Droga do Czerwonej Twierdzy była niczym przeprawa przez wzbierający nurt rzeki – każdy krok w przód oznaczał dwa kroki w tył, zaś nawet najmniejsza oznaka wahania mogła zakończyć się tragiczną śmiercią pod butami wszechobecnych pieszych. Choć do ceremonii ślubnej zostało jeszcze kilka godzin, Królewską Przystań już opętał trudny do wyjaśnienia entuzjazm – być może jego przyczyna tkwiła w alkoholu, który najpewniej od kilku dni lał się strumieniami, wszystko zaś po to, aby dziś osiągnąć punkt kulminacyjny. Goście z Wysogrodu (Allya wciąż nie potrafiła pogodzić się z myślą, iż właśnie w ten sposób dziś będą ją postrzegać – jako gościa z Wysogrodu) dotarli do Czerwonej Twierdzy z najwyższym trudem, natychmiast pozostawiając konie w rękach zamkowej służby.  Za bramą zaczynał się inny świat, w którym powietrze wypełniała woń lawendy, a wszystko tonęło w lśniącej zieleni, tak odmiennej od szarego, na wpół zimowego krajobrazu. To był świat starannie przystrzyżonych trawników, żywopłotów, którym w bólach nadano cudowne kształty, fontann rozpylających połyskującą mgiełkę. Nastrój nieco psuły ponure Złote Płaszcze stojące przy każdym wejściu, lecz nawet oni nie potrafili zmącić spokoju ducha licznej delegacji z Wysogrodu, która zgodnym krokiem skierowała się ku gościnnym komnatom Czerwonej Twierdzy.
Przygotowanie do ceremonii ślubnej w starciu z efektami przebytej podróży zajęło znacznie więcej czasu, niż zakładano – mimo wszystko nawet niecierpliwie pukanie do drzwi nie było w stanie wytrącić Allyi Baratheon z uświęconego, niespiesznego procesu czesania włosów, wiązana sukni i wcierania w nadgarstki sprowadzonych z Volantis wonności. Opuszczając progi komnaty, narzeczona Skarbnika Wysogrodu z niejakim rozbawieniem zauważyła swego oblubieńca, który – najwyraźniej pozbawiony wszelkiej nadziei – opierał się o zimny mur korytarza. Wystarczyło jednak, aby dostrzegł obecność panny Baratheon, a wszelka rezygnacja ustąpiła przed świeżą porcją nadziei – Elstan przez chwilę przypominał rozradowanego psiaka, któremu podarowano szczególnie soczystą kość. Wrażenie to uleciało dopiero, gdy bez słowa ruszył ku schodom, dając tym samym wyraz swego pretensjonalnego zniecierpliwienia.
Droga do Wielkiego Septu Baelora Błogosławionego nie była usłana różami – miejsce jedwabistych płatków zastąpiło końskie łajno, które przy równie przytłaczającej liczbie szlachetnie urodzonych gości siłą rzeczy ścieliło niemal wszystkie ścieżki ku gmachowi świątyni. Ucieczka przed wszechobecną, ciężką wonią była równie owocna, co próba zaprowadzenia porządku w Dorzeczu – smrodu nie pokonała nawet przytknięta do nosa chusteczka, którą Allya i tak zawieruszyła jeszcze przed dotarciem do septu.
Nie do końca była pewna, czego może się spodziewać – choć kordon Złotych Płaszczy oraz oślepiająca biel świątyni stanowiły niemal bolesne świadectwo bezpieczeństwa, prześlizgujące się pod skórą mrowienie pozwalało przypuszczać, iż wszyscy z zebranych gości zapamiętają dzisiejszy dzień do końca marnego żywota. Panna Baratheon mimowolnie zacisnęła palce na materiale płaszcza w panieńskich, rodowych barwach, który chronił ciało przed panującym poza murami świątyni chłodem - dopiero, gdy u boku Elstana przekroczyła progi septu, z niejakim zaskoczeniem przyjmując niewielkie, drewniane pudełeczko, mogła pojąć powagę sytuacji. Ruszając wysokim, łukowato sklepionym przejściem do rozświetlonej świecami Sali, rozbrzmiewającej echem jak grobowiec, poczuła niepokojący ucisk w piersi. Światło spływało z góry w postaci zakurzonych kolumn i rozlewało się po marmurowej posadzce przyozdobionej dywanem barwy rubinów, zaś Allya z niepodobną do siebie bezradnością obserwowała wypełniający się gośćmi sept. Było jej zimno – niemal czuła, jak pod płaszczem drży materiał wykonanej z lekkiego materiału sukni. Było niewygodnie – złota ozdoba wpięta w kruczoczarne włosy ciążyła irytująco, zmuszając pannę Baratheon do dwukrotnego jej poprawienia. Było nieswojo – uczucie to zaś nasiliło się…
… gdy do Septu Baelora Wielkiego wkroczył władca Siedmiu Królestw.
Na palcach jednej dłoni mogłaby policzyć wszystkie te razy, gdy z tak bliska widziała Aerysa Targaryena – choć byli kuzynami, na całym kontynencie ciężko byłoby doszukiwać się dwóch równie obcych sobie osób. Chód króla, pewny siebie, niespieszny, zupełnie jakby władca ruszał na polowanie, nie zaś ku ołtarzowi, na chwilę odciągnął uwagę od czarno-czerwonego przyodziewku, który jedynie podkreślał valyriańskie walory jego prezencji. Aerys Drugi nie sprawiał wrażenia człowieka niebezpiecznego – jego usta zdobił uśmiech, spojrzenie zaś – choć czujne – nie zdradzało niczego niepokojącego, poza chłodem… choć ten obecny był we wzroku wszystkich mieszkańców stolicy. Allya z najwyższym trudem oderwała jasne tęczówki od sylwetki władcy – czynnikiem, który znacznie to ułatwił, było pojawienie się w Wielkim Sepcie Rhaenys Targaryen.
Królowej Westeros – w to nie śmiał wątpić nikt, kto ujrzał ją w drzwiach świątyni.
Każdy jej krok był krokiem ku przeznaczeniu, a mimo to księżniczka Rhaenys nie sprawiała wrażenia osoby, która się waha. W idealnie pięknej, jasnej twarzy nie czaił się choćby cień zwątpienia, w dumnie wyprostowanej sylwetce dostrzegalna była jedynie determinacja, pośród błyszczących łusek złotej sukni kryła się kobieta, która nie tylko wyrażała gotowość przejęcia brzemienia królowej.
Ona urodziła się do tej roli.
I właśnie teraz spełniało się jej największe życzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Driftmark
Liczba postów :
15
Join date :
29/01/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Czw Lut 11, 2016 11:02 pm

Dwukrotnie stłumił potężne ziewnięcie, zwilżył usta rozcieńczonym winem i z niekrytym zdumieniem odkrył, jak bardzo jest spóźniony.
Aenor Velaryon nie należał do grona ludzi, którzy wpadali w popłoch z byle powodu – musiały zaistnieć sprzyjające okoliczności, aby stracił panowanie nad sobą, swym życiem, temperamentem i własnymi reakcjami. Dziś zaś nie zaistniały – i wyłącznie dlatego dziedzic Pływów dźwignął się z krzesła powoli, bez pośpiechu, z umiarkowaną obawą, że nie zdąży dotrzeć do Wielkiego Septu Baelora oraz cichym przekonaniem, że jednak zdąży. Pamiętał doskonale opowieści starej niańki, która kołysała go na kolanach jako czteroletniego chłopca - kobieta opowiadała, że mieszkańcy Królewskiej Przystani są łagodni jak baranki i przyjaźnie nastawieni do gości. Życie zrewidowało nieco pogląd starowinki, która najpewniej od czterdziestu dni imienia nie opuszczała High Tide – ilekrość Aenor nie przybywał do stolicy, napotkał tylko pogardę i ludzi w każdej chwili gotowych pozbawić go oszczędności za pomocą przegniłego kija. Tutaj nikt nie rozdawał za darmo drugich szans. Podobnie jak na Północy.
Dziedzic Pływów przez okno gościnnej komnaty obserwował nabrzeże – w porcie właśnie cumował statek rybacki. Marynarze kręcili się wokół jednostki, ciągnąc liny i przeklinając żagle. Velaryon zauważył, jak srebrzyste ryby wyślizgiwały się z sieci na nabrzeże, wijąc się w kałużach rozświetlanych słońcem. Aenor zawsze uważał, że rybactwo to dobry, uczciwy fach. Życie na morzu, gdzie nikt się nie kłóci, a wszyscy ramię w ramię walczą przeciwko wiatrowi, wyrywając odmętom ich lśniący skarb i tak dalej. Szlachetny fach, a przynajmniej tak sobie wmawiał dziedzic Pływów, pomimo smrodu, który towarzyszył każdej podróży morskiej – z czasem zresztą przywykł i do tego, mogąc całą uwagę poświęcać jedynie potężnemu żywiołowi.
Człowiekowi można zaufać tylko w sprawach, które go dotyczą, mawiało stare przysłowie, zaś Velaryon miał na tyle oleju w głowie, by nie sprzeczać się ze starymi przysłowiami – wiedziony tą myślą, jął przywdziewać czysty, jedynie lekko wymięty wams w jasnych, rodowych barwach. Wciąż nie sprawiał wrażenia kogoś, kto się spieszy, choć zapas czasu, który posiadał, kurczył się niemiłosiernie. Nieco zbyt przydługawe włosy zwilżył wodą i przygładził, nieco zbyt gęsty zarost podrapał, nieco zbyt przydługie nogawki spodni wepchnął w cholewki butów. Srebrna brosza w kształcie morskiego konika zdobiła szeroką pierś, zaś złoty pierścień z grawerem rodowego herbu połyskiwał na serdecznym palcu prawej dłoni – były to jedyne ozdoby, na które pozwolił sobie Aenor… i jedyne, które posiadał.
Czas płynął niczym zerwany z kotwicy statek unoszony przez morskie fale, a dziedzic Pływów…
Najwyższa pora.
Czuł się dziwnie bez Daeny u boku. Był niepełny.
Jej nieobecność istniała boleśnie w świadomości Velaryona, raz za razem kierując myśli ku piaszczystym brzegom Dorne. Aenor jadł, rozmawiał, pił, funkcjonował bez oznak jakiegokolwiek niepokoju, choć raz za razem nękał własny umysł pytaniami, na które sam nie potrafił odpowiedzieć. Jak się czuła? Czy wszystko jest w porządku? Nie musi obawiać się o dziecko? Nie jest głodna? Spragniona? W niebezpieczeństwie? Poszukując wsparcia, zrozumienia bądź krytyki u Księcia Smoczej Skały, napotykał jedynie zimną ścianę racjonalizmu – Maegor Targaryen na pytanie o swą małżonkę odpowiadał, że bawi się tam wyśmienicie, tego możemy być pewni i ucinał temat, nim ten rozpoczął się na dobre. Co zatem pozostawało Aenorowi? Stosował tę samą taktykę – krótkim bawi się tam wyśmienicie odpowiadał na wszystkie nękające go wątpliwości, nie do końca wiedząc, kogo pragnie oszukać – innych, czy siebie.
Dziś nieobecność Daeny była jednak szczególnie dotkliwa – dziedzic Pływów czuł się jak braavoski szermierz, któremu odebrano umiłowaną broń i pozostawiono jedynie ziejącą pustką pochwę. Przytłoczony własną samotnością Velaryon nawet nie zauważył, jak dobra pogoda panowała dziś nad Królewską Przystanią – choć zwykle była to pierwsza rzecz, na którą zwracał uwagę. Odruch ten zaszczepiła w nim Daena, każdego ranka uchylająca nieznacznie ciężkie kotary w ich wspólnej komnacie w High Tide – przez chwilę obserwowała świat przez tę wąską, jasną szczelinę, po czym mówiła spokojnie lubisz taką pogodę. Rześka, wręcz chłodna, lecz idealnie nieskazitelna. Zaraz też wracała do łóżka, aby ponownie zagrzać zmarznięte stopy – Aenor w milczeniu obserwował, jak kładzie głowę dokładnie tym samym miejscu na poduszce, w którym wciąż widniało niewielkie wgniecenie po całej nocy spokojnego snu.
Rzeczywiście lubię taką pogodę.
Wybierając miejsce w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego, stosował taktykę unikania – poszukiwał ławy pustej bądź niemal pustej, wystarczająco oddalonej od centrum wydarzeń, by nie padał ofiarą nieustannej obserwacji innych gości, i na tyle bliskiej, aby podkreślić szacunek dla valyriańskich więzów krwi. Wbrew wcześniejszym (choć nieszczególnie natarczywym) obawom, nie spóźnił się na ceremonię – zdołał jeszcze ukradkiem rozejrzeć się po gościach, poprawić zmierzwione włosy i przetrzeć opuszkiem palca broszę (zaglądanie do podarowanej przy wejściu skrzyneczki zostawił na później, chociaż niemal dziecięca ciekawość pragnęła zachowania zgoła odmiennego), nim do świątyni wkroczył władca.
W pochodzie złożonym z Aerysa Targaryena oraz dwóch Białych Płaszczy tkwiła dostojność, której w żaden sposób nie da się imitować – być może tytuł królewski zapewniał dodatkową pewność siebie, być może to noszone nazwisko gwarantowało dumę, z jaką władca zmierzał ku ołtarzowi Matki oraz Ojca – czynniki składowe nie były istotne, najważniejszą rolę odgrywał uzyskany efekt.
Ten z kolei umocniony został poprzez zjawienie się w sepcie Rhaenys.
Aenor w najgłębszym milczeniu – milczeniu tak głębokim, iż zakrawało o cześć – obserwował, jak smocza księżniczka stawia kolejne kroki na miękkim dywanie, którym wyłożono zimną posadzkę świątyni. Na złotej sukni igrały świetlne refleksy, zupełnie takie, jakie zaklęte zostały w rubinach widniejących na płaszczu Aerysa – tęczowe odbłyski padały na twarze zebranych gości, którzy w najwyższym skupieniu obserwowali, jak Rhaenys Targaryen zbliża się do ołtarza. Żywy ideał valyriańskiej urody pozostawał nieczuły na spojrzenia zebranych – nie drgnęła nawet powieka, nie przytrafiło się choćby najdrobniejsze potknięcie – obecność pary królewskiej w sepcie była obecnością setek lat kultury oraz historii, zgromadzeni zaś goście byli nikim więcej, jak jedynie niemymi świadkami dziejów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
387
Join date :
12/05/2014

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 4:57 pm

W niektóre dni Królewska Przystań jest równie upalna jak Słoneczna Włócznia. Wydaje się, że cały kontynent ruszył ze swego miejsca i przesunął się bliżej pustyni, złowrogie, szare Wąskie Morze stało się zielone i tropikalne, a ludzie wypełniający ulice zmienili się w barbarzyńskich fellachów otoczonych zdumiewającymi pomnikami swej tajemnicy, których światła, w oszałamiającej obfitości, wznoszą się nieskończenie ku górze w gorące niebo. Właśnie tak Skarbnik Wysogrodu zapamiętał swą ostatnią wizytę w stolicy Siedmiu Królestw – była niczym rozpalona kula, którą ktoś nieustannie podgrzewał w cynowym kotle.
Od tamtej pory minęło jednak przynajmniej kilkanaście miesięcy, lato zdołało przerodzić się w jesień, jesień zaś w zimę – po upalnym, rozedrganym od gorąca mieście pozostał jedynie chłodny cień, jakby zastygła skorupa tego, czym niegdyś była Królewska Przystań.
Być może Elstan Tyrell przejawiał zbyt dużą srogość w osądzie sytuacji – być może miasto nadal pamiętało letnie pocałunki, długie, rozpalone noce i przesycone potem dni. Podejrzewał, że tak właśnie było – w końcu stolica Siedmiu Królestw to największa kurwa na całym kontynencie, odwiedzający ją ludzie z kolei są nikim innym jak spragnionymi wrażeń gośćmi burdelu, dla których pieszczoty miasta warte są każdej ceny.
Odkąd tylko przekroczyli bramy stolicy, Skarbnik Wysogrodu był ogromnie zirytowany. Uczucie to miało dość prozaiczne źródło i wywołane zostało przez smukłą, bladolicą kobietę, z którą miał ciemiężycielskie nieszczęście być zaręczonym. Już za samo usprawiedliwienie parszywego humoru Tyrella winien służyć fakt, że spędził on całą podróż z Allyą Baratheon. Czy też – zmarnował całą podróż przez Allyę Baratheon. Jakby tego było mało (a, na wszystkich znanych ludziom bogów, było dość), z nielicznymi wyjątkami bolało go właściwie wszystko, więc pod koniec wyprawy nawet nie usiłował poruszać się w siodle. Do tych wyjątków należały między innymi powieki, które mrużył raz za razem, starając się pozostać ślepym na panujący w stolicy tłok – ten zresztą był na tyle nasilony i uciążliwy, że Tyrell w końcu zrezygnował z jakichkolwiek prób oporu i zdał się na zrządzenie losu.
Sprawy ludzkie nie idą aż tak dobrze, by większości podobało się to, co lepsze – Elstan nie był pewien, w którym z woluminów wyczytał te słowa, to zresztą nie miało większego znaczenia: zaskakiwało go, jak w ledwie jednym zdaniu komuś udało się zawrzeć całą istotę egzystencji, ten zdumiewający, zabawny paradoks, z jakim każdy mierzył się pomiędzy wschodem a zachodem słońca. Pamiętał, jak odwiedził Królewską Przystań po raz pierwszy – już wtedy liczyć musiała blisko pół miliona nieczystych dusz. Pamiętał również, że miasto nie przypadło mu do gustu, powietrze wypełniały nieprzyjemne zapachy, ludzie zdawali się być jakby wypłowiali – zapewne z braku świeżego powietrza. Dziewki z kolei były wulgarne i przekonane o dziejowej misji swego rzemiosła, nie miały w sobie odrobiny liryzmu. Któregoś dnia Elstan po raz pierwszy w życiu ujrzał ślepą uliczkę (architektura Wysogrodu nie dopuszczała do istnienia równie tragicznych niedopatrzeń) i od razu pomyślał, że to świetna metafora ludzkiego bytowania tudzież jego braku. Gdyby tak w podeszłym wieku utracił zmysł wzroku, porównanie jego losu do ślepej uliczki nabrałoby niepokojącej dosłowności.  Natychmiast pocieszył się jednak, że ludzie zasadniczo różnią się od ulic, a ślepcy od ślepych uliczek. Ulice nie miewają problemów natury egzystencjalnej, nie muszą napychać sobie kałdunów ani zdobywać względów – to względne pojęcie – dziewek. Nie musza zabijać, by przeżyć.
Nie muszą myśleć o milczeniu Siedmiu Bogów, Starych Bogów, Pana Światła, Wielkiego Pasterza.
Nic dziwnego, że wizyta w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego dla Skarbnika Wysogrodu była wyłącznie niezbędną formalnością, równie męczącą, co przeglądanie portowych rachunków handlu pieprzem. Nawet jeśli ktoś wysłuchiwał przysiąg i modlitw zgromadzonych w świątyni wiernych, na pewno nic sobie z nich nie robił – były to jedynie słowa, formułki, które ktoś bardzo dawno temu wymyślił i spisał, najpewniej wyłącznie dlatego, że nie posiadał lepszej rozrywki. Mimo wszystko Elstan skrzętnie ukrywał własną niechęć do podobnych instytucji (oraz do towarzyszącej mu Allyi, z którą sprzeczka była nieunikniona) i przekroczył próg świątyni, na całe szczęście nie stając przy tym w płomieniach. W sepcie zebrała się już znaczna liczba gości, którzy w mniej bądź bardziej otwarty sposób próbowali podejrzeć, co kryje się w darowanych przy wejściu pudełeczkach – Tyrell uznał prezent za perfekcyjny chwyt ekonomiczny, doskonale przecież znany mu z handlu.
Jeśli chcesz zdobyć klienta, koniecznie podaruj mu darmową próbkę towaru. Tak, by empirycznie przekonał się, jak wiele dla ciebie znaczy – choć tak naprawdę liczą się wyłącznie jego pieniądze.
Bądź sympatia.
Poparcie.
Uznanie?
Elstan uśmiechnął się mimowolnie do własnych myśli, z niekrytym uznaniem (oraz wściekłością na siebie samego) spoglądając na Allyę Baratheon – sądził, że przez te wszystkie miesiące zdołał oswoić się z jej urodą, jednak dzisiaj prześcignęła samą siebie, niemal dusząc Tyrella odważnym, przytłaczającym pięknem. Skarbnik Wysogrodu zauważył coś jeszcze – gdy tylko do septu wkroczył Aerys Targaryen, oczy Allyi jęły zdradzać niepokój. Były od niego niemal pełne – zdecydowanie zbyt jasne i wilgotne odprowadzały króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi do ołtarza, po czym prędko wróciły do drzwi septu. Zaniepokojenie zdradzały również ruchy panny Baratheon – znamionowała je jakaś zbyteczna energia, wskazująca na duchową rozterkę czy nawet szaleństwo (w które Elstan nie śmiał wątpić), niezbyt pewnie utrzymywane w ryzach. Ale był zbyt wyczulony na takie oznaki. Zdawał sobie z tego sprawę i powstrzymywał się  od pochopnego osądu. Dopiero, gdy w Wielkim Sepcie znalazła się również księżniczka Rhaenys Targaryen, Tyrell z najwyższym trudem (złoto sukni panny młodej szeptało do niego czule – Skarbnik Wysogrodu czuł się, jakby bezimienny krawiec dokonał cudu, zaklinając w przyodziewku bezbrzeżnie pięknej kobiety jeszcze większe piękno) spojrzał na Allyę – jej twarz była bardziej napięta i bledsza niż zwykle.
Nie do końca wiedział, czy reaguje prawidłowo i czy nie będzie to zbyt pochopną zuchwałością z jego strony – mimo wszystko odnalazł po omacku dłoń panny Baratheon, natychmiast zamykając długie, zimne palce w ciepłym uścisku.
Chciał dodać jej otuchy. Być może uspokoić. Chciał zrobić coś, cokolwiek, byleby tylko Allya – z każdą chwilą coraz bledsza – zdołała uciec od nękających ją myśli.
By uciekła przed demonami, które – paradoksalnie – w Sepcie były obecne dotkliwiej, niż gdziekolwiek indziej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 6:40 pm

Nic dziwnego, że Maegora Targaryena opuściła jego własna żona.
Choć słowo opuściła wydawało się mocno nie na miejscu – pozwolił jej na wyjazd, pożegnał nawet, ucałował przed podróżą i niewiele brakowało, by pomachał z lądu. Wszystko odbyło się w zgodzie, szacunku i spokoju. Nie było zatem żadnego opuszczania, upuszczania bądź przepuszczania – Ivory po prostu odpłynęła.
A wraz z nią jakaś cząstka Namiestnika Siedmiu Królestw.
Mimo wszystko nie tkwiło w tym nic dziwnego – nie było żadnego zaskoczenia, żadnego niespodziewanego obrotu spraw. Wszak nie bez powodu ludzie uważają Księcia Smoczej Skały za człeka porywczego i co najmniej na wpół szalonego - humorzasty, brutalny, despotyczny i prawdopodobnie obłąkany dla jednych stanowił partię idealną, dla drugich zaś przykry dodatek do egzystencji. Ile razy Ivory nie pochwalała tego, co Maegor robił – a zdarzało się to często – odsuwała się od niego. Była jak samotnie wędrujący po nocnym firmamencie księżyc, pozbawiony bliskości drugiego ciała astralnego.
Namiestnik nie ułatwiał jej życia w Królewskiej Przystani – czasami był jak cierń pod powieką, który bez jakiejkolwiek przyczyny pragnie zadać jak najwięcej bólu.
Była zatem sytuacja, gdy Księżna Smoczej Skały podejmowała damy – w samym środku spotkania Maegor wkroczył do komnaty w naddartym, przepoconym wamsie, w którym zwykle oddawał się treningom w walce na miecze. Naturalnie musiał podejść do każdej z kobiet i kolejno ucałować je w dłoń. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Targaryen w końcu nie zbliżył się do Ivory i jej też nie ucałował w rękę, zupełnie  jak gdyby była jeszcze jednym gościem, po czym – z przekornym cieniem uśmiechu – bąknął „dzień dobry pani.” Tuż po opuszczeniu komnaty, Maegor mógł wyobrazić sobie, jak damy mówiły jedna do drugiej:
„Nie poznał jej. Czy to nie okropne?” Ta wyimaginowana pomyłka bardzo je podnieciła.
Ale nie miały racji. Ivory wiedziała, że to było zrobione rozmyślnie, i kiedy tylko zostali sami, wybuchła:
– Co to za pomysł? Czemuś to zrobił?
Maegor stawił jej wtedy czoła w szlafroku, obwiązany czerwoną szarfą w pasie, i szurając z całej siły dzbanem wina po blacie stołu, potrząsnął głową i powiedział:
Che, che, che.
Była to – jakżeby inaczej – zemsta za sytuację sprzed kilku dni wcześniej, gdy to zupełnym przypadkiem do uszu Namiestnika dotarły słowa jego małżonki. Trzymała w ramionach Aeriona i opowiadała mu jak to ojciec rano przeciął dłoń nożem do papeterii i wtem z jej ust padły słowa: „To tylko jeszcze jeden z tych jego wypadków. Ciągle mu się coś przydarza, ale on jest taki silny. Nie ma na niego śmierci.”
Nie ma na mnie śmierci! Powtórzył wtedy w myślach Maegor, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo go to rozgoryczyło - a przecież Ivory mogła powiedzieć te słowa żartem. Bardzo lubiła dowcipkować w tych monologach z Aerionem, przy mężu czyniła to rzadziej – choć wiedział przecież, że była pełną życia kobietą, z twarzą łagodną i charakterem najczęściej w zgodzie z twarzą. Bywało im ze sobą naprawdę dobrze, nie można powiedzieć -  może jedne z najlepszych chwil zdarzały się podczas ciąży, w ostatnich miesiącach. Przed spaniem Maegor nacierał brzuch małżonki niepojętą dla siebie mieszanką oliwy i miodu, co miało zapobiec wiotczeniu rozciągniętej skóry. Doskonale pamiętał ciemnobrązowe sutki pełnych piersi i dziecko poruszające się w brzuchu, które zmieniało jego kulisty kształt. Targaryen masował je delikatnie i z największą ostrożnością, żeby jego ogromne, grube paluchy nie zrobiły jakiejś krzywdy. A potem, przed zgaszeniem świecy, wycierałem palce o miękki ręcznik, całował Ivory na dobranoc i - owiani zapachem oliwki - zapadali w sen. Ale później znowu zaczęła się między nimi zimna wojna i kiedy Książę Smoczej Skały usłyszał, że nie ma na niego śmierci, dopatrzył się w tym aktu wrogości, chociaż wiedział, że tak nie jest. Nie, potraktował Ivory przy gościach jak osobę obcą, ponieważ mu się nie podobało, że się mizdrzy i zachowuje jak naczelna lady; bo on, jeden z nielicznych spadkobierców rodu, jest gnojkiem, a ona nie jest żadną westeroską damą, tylko zwyczajnie jego żoną – zwyczajnie jego żoną.
Co więc skłoniło go do zjawienia się dziś w Wielkim Sepcie Baelora? Nie ma tu prostego wytłumaczenia. Sytuacja stawała się coraz gorsza i gorsza, i gorsza, i wkrótce za bardzo mogłaby się skomplikować, aby Maegor był w stanie ją naprawić.  Naokoło wciąż dostrzegał te same zmartwienia. Fakty osaczały go ze wszystkich stron i czuł nieznośny uścisk piersi. Rozpoczynał się chaotyczny szturm myśli, wątpliwości, rozterek i mniej bądź trafnych rozwiązań, natłok wahań uderzał w Namiestnika z zaciekłością wichury – jego brat jego żona, jego dziecko, jego tytuł, jego obowiązki, jego przyzwyczajenia, jego pieniądze, jego pijaństwo, jego uprzedzenia, jego brutalność, jego twarz, jego dusza. Pragnął, by to wszystko odeszło w zapomnienie, zostawiło go w spokoju… ale niby jak? To były fakty z jego życia. Dotyczyły jego osoby.
Więc pchają się do Księcia Smoczej Skały ze wszystkich stron i wkrótce powstanie z tego chaos.
Na dodatek świat, który wydawał mu się tak potwornym ciemiężycielem, zwrócił na niego swój gniew. Maegor Targaryen z pełną świadomością uważał się za gnojka i miał do tego swoje powody, przy czym główny z nich, to że postępował jak gnojek.
Jednakże w skrytości, kiedy sytuacja robiła się bardzo zła, często zaglądał do książek, żeby się przekonać, czy nie znajdzie jakichś pomocnych słów, i któregoś dnia przeczytał: „Przebaczanie grzechów jest wiecznotrwałe i cnota nie jest uprzednio wymagana.” Te słowa wywarły na nim tak duże wrażenie, że jakiś czas w kółko je sobie powtarzał, aż w końcu – wiedziony poczuciem obowiązku, jaki ciąży na ramionach Namiestnika Siedmiu Królestw – zjawił się w Wielkim Sepcie Baelora Błogosławionego i w milczeniu obserwował spektakl, w którym blisko dwa lata temu sam występował.
Ani Aerys, ani Rhaenys, ani znaczna większość zebranych w świątyni gości nie wiedzieli, że małżeństwo to podła, pełna rozczarowań instytucja. Nie wiedzieli.
I właśnie to wywołało na ustach Księcia Smoczej Skały tak naturalny uśmiech, który nie zniknął nawet wtedy, gdy królewska para stanęła przed ołtarzem Ojca i Matki.
Niektórzy sądzili, że gra dobiegła końca - lecz ona na dobrą sprawę właśnie się rozpoczynała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
19
Join date :
27/11/2015

PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   Pią Lut 12, 2016 7:27 pm

Ulice stolicy Siedmiu Królestw nie różniły się zbytnio od tych, znajdujących się w wielkich miastach Essos, jak Volantis i Yin. Idąc ulicami, można było zauważyć kto je zamieszkuje. Większe, zdobione kamienice należały do najbogatszych mieszkańców miasta, często będących kupcami. Bezpośrednio przy nich stały domy pospólstwa - członków cechów rzemieślniczych średniozamożnych handlarzy. Najbardziej obskurne dziury zasiedlone były przez plebs, pozbawiony majątku. Ci z nich, o których można powiedzieć, że mają głowę na karku zatrudniali się na służbę u przedstawicieli wyższych warstw. Młodzi starali się o członkostwo w cechach, a silni pracowali przy lokalnych budowach. Duża część najbiedniejszych nie robiła nic w kierunku poprawy swojego losu, poza prowadzeniem szemranych interesów, które nie przynosiły wielkich zysków, lub żebraniem.
Miasto za dnia kipiało życiem. Było to słychać i czuć. W porcie aż duszno było od zapachu ryb, a spokoju nie dawały pokrzykiwania marynarzy, handlarzy i wszystkich innych, którzy pracowali przy rozładunku i załadunku towarów. W samym mieście czuć było przede wszystkim to, co lądowało na ulicach. Owszem, przechodząc koło piekarza dochodził nas zapach świeżego chleba, a zadbane dzielnice niczym szczególnym się nie wyróżniały. Jednak większość ulic zamieszkana była, przez plebs, który nie dbał zbytnio o stan miejsca zamieszkania i nie wstrzymywał się przed wylaniem pomyj na ulicę.
Odkąd przybył do stolicy, poprzedniego wieczoru, większość czasu spędził rozmyślając nad tym, co będzie musiał zrobić w przyszłości. Gdy tylko spotka brata, przekaże mu list i postara się wytłumaczyć mu, na czym polega konflikt jego i ojca. Przy odrobinie szczęścia, Aenor wysłucha go i zrozumie, że działania Jacaerysa nie przyniosą rodowi korzyści.
Wiedział, że po dwunastu latach brat może go nie poprzeć. No właśnie! Minęło aż dwanaście lat, odkąd widzieli się ostatnim razem. Niewątpliwie obaj zmienili się. Aenor nie wiedział, dlaczego jego brat opuścił Driftmark i że ojciec wymaga dziś na nim tego samego, co wtedy. Miał jednak nadzieję, że zrozumie go i przemówi staremu Velaryonowi do rozsądku. Niestety nie miał szczęścia spotkać brata dzień wcześniej, więc liczył, że uda mu się to na królewskiej uczcie.
Wielki Sept był jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli w królestwie. Ufundowany przez Baelora Błogosławionego, górwał nad zachodnią częścią miasta. Wnętrze świątyni zapełniało się dostojnymi gośćmi ze wszystkich części Westeros. Ceremonia miała zaraz się zacząć. Zasiadł na uboczu, a chwilę później wszystkie rozmowy ucichły i zgromadzeni zwrócili oczy w stronę wchodzącego monarchy. Powolnym, dostojnym krokiem doszedł pod ołtarz. Chwilę później w sepcie pojawiła się Rhaenys. Podobnie jak król zmieniała się odkąd widział ją ostatni raz. Nie miała wtedy nawet piętnastu lat. Wątpił jednak, by ona i Aerys pamiętali młodego Velaryona, który dekadę temu pojawił się kilka razy w Królewskiej Przystani.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wielki Sept Baelora   

Powrót do góry Go down
 

Wielki Sept Baelora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Sept Baelora
» Wielki Turniej Magiczny
» Wielki Piach
» Wielki Kanion

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-