a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Tawerna "Pod spalonym korsarzem"



 

 Tawerna "Pod spalonym korsarzem"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Go??

avatar

PisanieTemat: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Kwi 29, 2013 5:39 pm

Ta położona na wzgórzu z którego rozpościera się widok na cały port tawerna pamięta czasy Aegona I, któremu zresztą lokal zawdzięcza swoją nazwę. Podobno w tym właśnie miejscu król osądził i skazał na karę spalenia żywcem załogę jednego z okrętów która w czasie podróży ze starego kraju zbuntowała się i zabawiała się w łupienie kupców. Obecnie karczma uchodzi za najprzyzwoitszy przybytek w dzielnicy portowej, oferujący niezłą kuchnię i wyborne ale, w połączeniu z szerokimi prywatnymi tarasami pozwalającymi obserwować wpływające do portu statki.
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Kwi 29, 2013 5:53 pm

Hurley przemierzał ulice Królewskiej Przystani w stronę dobrze znanej tawerny do której zaglądał za każdym razem gdy zatrzymywał się w stolicy. Korzystne wiatry sprawiły ze przybył do miasta nieco przed czasem, dzięki temu jednak uniknął nadmiernego tłoku w porcie. Flota kilkunastu stojących w centralnej części portu drakkarów o czarnych żaglach stanowiła swoistą manifestację siły, jak zwykle spowoduje to pewnie lawinę protestów ze strony przedstawicieli wolnych miast, jednak nie obchodziło go to specjalnie, w końcu przecież Smokom nie zależało na tym by piraci z Pyke zaczęli się nudzić. Po wejściu do karczmy od razu skierował się w stronę jednego z ocienionych tarasów z którego roztaczał się wspaniały widok na port. Jeśli oczywiście ktoś lubił takie rzecz... dla niego ważniejsza była morska bryza dająca wytchnienie i prywatność. Zamówił dzban schłodzonego ale, oraz pieczonego marlina i rozsiadł się na ławie opierając nogi o niski murek stanowiący krawędź balkonu. Nie wiedział ile przyjdzie mu czekać, ale nie zamierzał w taki upał odgrywać dostojnego lorda, zresztą... i tak wszyscy uznawali Żelaznych Ludzi za prostaków, po co więc wysilać się aby zmienić tę opinię w oczach karczmarza i paru dziewek służebnych...
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Kwi 29, 2013 7:58 pm

Mimo tego, że zarówno Żelazny Cień, jak i Kurwa Mać, zacumowały mniej więcej w tym samym czasie do portu Królewskiej Przystani (a nawet Kurwa trochę się spóźniła), to i tak kiedy dziedzic Greyjoyów przekraczał próg tawerny "Pod spalonym korsarzem" połowa załogi Kurwy zajmowała jeden z największych stołów i zapijała się w najlepsze. A wraz z nimi oczywiście siedział ich kapitan. Na szczęście jeszcze nie zalany do tego stopnia by śpiewał, więc dla kontrastu milczał. Kiedy jednak zobaczył swojego dowódcę wkraczającego do tawerny i rozsiadającego się jak Greyjoyowi przystało postanowił na chwilę opuścić towarzystwo swojego własnego motłochu, by zadać mu jedno ważne pytanie.
Jednak oczywiście zanim do samego pytania dojdzie, znając Erca, minie trochę czasu.
Najpierw musiał zająć miejsce obok, kiwnąć na jakąś skąpo odzianą babkę, by przyniosła mu nowe piwo, a dopiero potem spojrzeć na Greyjoya. Czasami spoglądając na swojego dowódcę odnajdywał jakieś nikłe podobieństwa do niego samego, ale zazwyczaj nie dostrzegał ani jednej wspólnej cechy. Jak dzisiaj. Dzisiaj mógłby uznać, że jego matka podczas jego poczęcia musiała się nieźle wstawić i zwyczajnie nie pamiętać z kim dorobiła się bachora. Niezbyt do niej podobne, ale nie niemożliwe.
Upił łyk ale mocząc przy tym swoją brodę.
- Wiatry nam sprzyjały - mruknął.
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Kwi 29, 2013 8:52 pm

Nie musiał długo czekać na dzban Ale, już po kilku minutach przelewał cudownie chłodny płyn do stojącego przed nim kufla. W międzyczasie zorientował się że w karczmie znalazła się jeszcze przed nim któraś z jego załóg. nie zdziwił się zbytnio gdy okazało się że to żeglarze z "Kurwy", jak zwykle spieszyło się im do ale tak samo jak do bitki.
Wychylił jednym haustem kufel, nim zdążył ponownie go napełnić ujrzał zmierzającego w jego stronę mężczyznę. Już dawno widok Erca nie wywoływał w nim żadnych negatywnych uczuć, cóż byli w końcu z krwi tego samego ojca, co prawda odkrycie że ma kolejnego brata było dla Hurleya nie lada zaskoczenia zwłaszcza że dowiedział się tego w jednej z najgorszych mordowni na Starej Wyk, jednak obecnie musiał przyznać że Pyke był jednym z jego najbardziej zaufanych kapitanów. Erc zajął miejsce, chwilę później zjawiła się dziewka z jego trunkiem i obiadem Greyjoya. Młody kraken zaśmiał się słysząc słowa brata i zabrał się za przyniesioną rybę, przeżuł solidną porcję skropionego sokiem z cytryny mięsa i odpowiedział sięgając po kufel:
-Gdyby wiatr był łaskawy zniosłoby nas aż do wolnych miast... Nie dość że musimy przyglądać się tym miękkim rycerzykom i pokazywać jakimi to posłusznymi jesteśmy poddanymi... - upił łyk ale i otarł wąsy wierzchem dłoni - To jeszcze ten upał, kamienie stolicy są rozgrzane prawie jak łuski smoka. A na dodatek czeka mnie ślub, kobiety we wszystkich portach Westeros już pewnie rozpaczają, masz niepowtarzalną szansę je pocieszyć bracie.
Odstawił kufel spoglądając na siedzącego obok mężczyznę z rozbawieniem. Cóż wśród jego ludu przechwałki mogły dotyczyć wielu rzeczy jednak oprócz chwały bitewnej te dotyczące podbojów miłosnych w niezliczonych portach do których zawijały czarne drakkary były zawsze najpopularniejsze.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Wto Kwi 30, 2013 2:30 pm

POCZĄTEK
Arissa, przybywając do Westeros, nie do końca wiedziała czego się spodziewać... Mieszkając w Pentos, wiele razy słyszała o ów landzie, aczkolwiek większość plotek czy opowieści, kręciła się właśnie wokół Królewskiej Przystani. Noga Fennethówny stanęła tutaj zaledwie wczoraj. Wszystko wydawało być się nieco inne, niż w "wolnych miastach" czy całym Essos. Dziewczyna należała do osób ciekawych... Chciała wszystko zobaczyć, aczkolwiek, nie wiedziała na co sobie może pozwolić. Póki co, czuła się obco, ale o dziwo, nie tęskniła za domem. Chciała uciec stamtąd, jak najdalej i w końcu, po całych czterech latach wędrówki i prób, dotarła do stolicy Westeros... Podobnie, jak w Pentos, większość dam nosiła tutaj suknie - jakościowo lepsze i gorsze, w zależności od ich pozycji oraz statusu materialnego. Sama Arissa była ubrana zupełnie inaczej, toteż od razu przyciągała wzrok innych. Nie dość, że miała na sobie ubrania, które zazwyczaj noszą mężczyźni, to jeszcze tego mężczyzny ani trochę nie przypominała. Urodę miała typowo dziewczęcą, wręcz delikatną. Z pozoru, wyglądała na słabą. Może nie miała nie wiadomo ile siły, ale była niezwykle zwinna, co często dawało jej przewagę.
Wchodząc do tawerny, niepewnym krokiem, rozejrzała się w około, po czym niemal bezszelestnie przemknęła w stronę czegoś w rodzaju lady. Niechętnie wygrzebała swoją sakiewkę z monetami. Bowiem, nie zostało ich wiele, dlatego Panna Fenneth wydawała je z ciężkim sercem. Tak czy inaczej, w tej chwili liczyło się tylko to, aby ugasić pragnienie.. czymś zdecydowanie mocniejszym niż woda. Kładąc monetę na drewnianym blacie, zażyczyła sobie kielich wina, które niestety nie należało do najtańszych. Czekając na wino, zaczęła zastanawiać się nad znalezieniem sobie jakiegoś noclegu. Przeprawa przez morze, zdecydowanie, nie była przyjemna. W gruncie rzeczy, była bardzo wyczerpująca, a Arissa jest tylko człowiekiem, a każdy człowiek potrzebuje czasem porządnego odpoczynku.


/Mam nadzieję, że się nie pogniewacie, że do Was wbijam bez pytania. Nie mam się gdzie zaczepić, chwilowo.



[z/t]


Ostatnio zmieniony przez Arissa Fenneth dnia Pon Maj 27, 2013 6:07 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Wto Kwi 30, 2013 9:41 pm

/Ja tam lubię kiedy ktoś się tak wbija :) btw sorki, że tak długo zajął mi odpis.

Erc słuchając swojego brata przymknął na chwile oczy, ale cały czas bacznie obserwował to co działo się naokoło niego. Mimo, że jedno z jego oczu nie było do końca sprawne, mężczyzna był zadziwiająco spostrzegawczy. Tak więc od razu wyłapał z tłumu kobietę o nietutejszej urodzie oraz zupełnie nieprzystającym do innych ubiorze.
Ale skoro już mowa o kobietach.
- Moje kondolencje - odpowiedział Hurleyowi, nie patrząc jednak na niego, a nadal obserwując nieznajomą. Erc nie miał najmniejszej ochoty narzekać na warunki jakie musieli znosić w Królewskiej Przystani, bo nie był raczej typem narzekacza. Zgadzał się jednak z dowódcą w każdym punkcie i każdej niedogodności jaką wymienił. Począwszy od upału, a kończąc na zupełnie nie odpowiadającej Greyjoyom atmosferze. Tego też miało dotyczyć pytanie Erca, ale nadal było za wcześnie by je zadawać. Zamiast tego Ercowi przyszedł do głowy pewien pomysł. Całkiem możliwe, że ale powoli zaczynało mu uderzać do głowy. - Może zanim to nastąpi skosztujesz jeszcze raz wolnych miast. Widocznie same do ciebie przychodzą - wskazał kuflem w kierunku kobiety przy ladzie. Czy Erc prowokował mężczyznę? Całkiem możliwe.
Mężczyzna podrapał się po brodzi i widząc zainteresowanie dowódcy dziewczyną postanowił zostawić swoje pytanie na później. Zresztą czy kiedykolwiek potrzebował jakiegokolwiek pozwolenia na napadnięcie na jakiś statek pod osłoną nocy? Gdzie tam!
- Zostawiam was. Potem powiedz jak poszło - powiedział na odchodne, a potem zabrał kilku swoich chłopców i wylazł z tawerny.

/zt
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 15, 2013 9:52 am

/ Czerwona Twierdza

Nikt nie obiecał, że będzie łatwo... i nie było.
Spróbujcie opuścić zamek po zamachu na króla, przebrani z bogatych szat w nieco mniej odświętny, ciemny płaszcz (samym wyglądem wzbudzający sporo wątpliwości co do dobrych zamiarów właściciela), wysokie buty zza których cholewki kusząco pobłyskuje sztylet, sztyletem będącym tylko z nazwy z powodu żałosnego kunszt wykonania i dość wiekowe spodnie z bliżej niezidentyfikowaną plamą na udzie. Zapewniam was, że każdy strażnik, nawet najmniej spostrzegawczy, zauważy niepokojący wygląd wędrującego jakby nigdy nic po zamku jegomościa. Podróż do bram była jednak o tyle wygodna, że aż do samego wyjścia z Czerwonej Twierdzy Baratheonowi towarzyszyli jego ludzie - kiedy więc rycerze króla mieli wątpliwości co do tożsamości Aylwarda, wystarczyło klepnąć w napierśnik ze starannie natłoczonym nań jeleniem i tym samym utorować sobie drogę do celu. Z tego atutu sam Ayl musiał jednak zrezygnować tuż po opuszczeniu murów zamku - jeśli już ubrał ukradzione kucharzowi szaty (gwoli ścisłości - nie tyle ukradzione, co pożyczone bez wiedzy właściciela), musi zrezygnować z towarzystwa swojej kompanii. Najmniej zadowolony z tego pomysłu wydawał się jednak dowódca straży Baratheona, Werren. Przez całą drogę z komnat kręcił wąsa, mrucząc pod nosem z niezadowolenia, a kiedy dotarli do bram zamku - złapał Aylwarda za łokieć, unosząc brwi wyczekująco.
- Panie, jeśli Twój ojcie... - zaczął tonem, który Ayl doskonale pamiętał jeszcze z czasów dzieciństwa. Baratheon uśmiechnął się uspokajająco, zaciskając palce na przedramieniu starego przyjaciela.
- Mojego ojca tu nie ma, ser Werrenie. - nim dowódca straży zdołał zaoponować albo podjąć - oczywiście z marnym skutkiem - próby odwiedzenia Aylwarda od szaleństwa, Baratheon zarzucił na głowę kaptur, naciągając go na oczy. - Wrócę przed świtem, nawet Adgart nie zauważy, że zniknąłem. A jeśli coś poszłoby nie tak... - urwał mimowolnie, wpatrując się w srogą twarz Werrena. Ta mina nigdy nie wróżyła nic dobrego. - ... jeśli coś poszłoby nie tak, nie widziałeś mnie. Nie miałeś pojęcia, że wychodzę. Oczywiście uciekanie się do kłamstwa to ostateczność, bo cóż takiego może mi się stać w Królewskiej Przystani w noc zamachu na króla, kiedy gawiedź kradnie na potęgę, pije na potęgę i na potęgę morduje znienawidzonych sąsiadów? - uśmiechnął się lekko i odwrócił szybko, odchodząc w mrok, nim ser Werren zdołał go pojmać i siłą odprowadzić do komnaty, przed którą dla pewności postawiłby dwudziestu ludzi uzbrojonych po zęby. Sam Baratheon mógłby przysiąc, że jeszcze przez dłuższą chwilę słyszał gniewne mamrotanie dowódcy straży, powtarzającego w kółko "jak ten chłopak mnie denerwuje... jak on mnie denerwuje!", co w skomplikowanym języku Ziemi Burz oznaczało... "uważaj na siebie, synu".
Królewska Przystań ma pewną fascynującą cechę - nigdy nie zasypia. Nocą zawsze w tawernach i karczmach przesiadują tłumy żołdaków i najemników, dziwki przechadzają się bezkarnie po ulicach a bezdomne koty urządzają głośne orgie. Niewielu zwraca uwagę na kolejną zakapturzoną postać przechodzącą swobodnie traktem - co innego, gdyby ta sama postać przemykała w cieniu budynków. Cóż, wtedy niektórzy mogliby się zacząć zastanawiać, cóż taki jegomość ma do ukrycia, a w najlepszym przypadku - zatrzymaliby go i zapytali. W tym nieco gorszym - od razu poczęstowali pchnięciem pod żebro. Baratheon niejedną taką przechadzkę w życiu zaliczył, zdołał poznać typowe meandry myślenia nocnych rzezimieszków, którzy w całym Westeros posługiwali się jednakową zasadą "nie trać czasu, zabij i okradnij", dzięki czemu bez większych problemów pokonał drogę, która dzieliła go od miejsca spotkania. Byłby jednak głupcem, gdyby po dojściu do tawerny odetchnął z ulgą i zadowolony przekroczył próg karczmy.
Kłopoty dopiero miały się zacząć.
Aylward zawsze wychodził na spotkanie losu z podniesionym czołem i pewną dozą humoru. Kiedy więc pchnął drzwi tawerny, tylko dzięki temu udało mu się uniknąć zderzenia z lecącym w jego stronę... krzesłem. Sala pogrążona była w mroku, a mebel wyfrunął z ciemności jak sowa - Baratheon dosłownie w ostatnim momencie uchylił się przed stertą zbitego ze sobą drewna, które po napotkaniu przeszkody w formie framugi, rozleciało się w drobny mak. Sam Aylward tuż po tym błyskawicznie wykonał doskonale opracowany rytuał: odruchowo sięgnął do ukrytego pod płaszczem pasa, gdzie bezpiecznie tkwił jego miecz... jednak zamiast wyszarpnąć ostrze z pochwy, zamarł w bezruchu. Tuż koło lewej dłoni poprzez skórzaną rękawiczkę poczuł gorący oddech. Psa. Ten nawet nie musnął ręki i był całkowicie niewidoczny, ale Baratheon całym swoim jestestwem czuł wyraźnie: jest tuż obok. Nie patrząc na zwierzę (bo i co można dojrzeć w ciemności) określił nieomylnie: broholmer, suka. Warczy niewyraźnie, jakby miała w pysku stertę mięsa. Ale zaraz będzie jazda!...
- Szczurami jesteście czy ludźmi, żeby się w ciemności chować? - Baratheona zdziwił spokojny głos, jakim wypowiedział te słowa. Zupełnie jakby nie stał w pogrążonej w ciemności karczmie, z olbrzymim psem sterczącym tuż obok ręki i, powiedzmy sobie szczerze, niewielkimi szansami na wyjście stąd w jednym kawałku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 15, 2013 2:04 pm

Początek

Alis - je śniadanie i jej nie smakuje. Je obiad, nie smakuje jeszcze bardziej. Pije wino i wypluwa, ohyda. Od rana jej niedobrze, jakoś... nie tak. O co chodzi? Prawda, nie spała ostatnio zbyt długo, wbrew pozorom pokonanie odległości, jaką dzieli Stonehelm od Królewskiej Przystani w trzy dni to zapewne nowy rekord Westeros, ale to nie powód, by od samego rana krzywić się na widok jadła. Miała tak paskudny humor, że nawet spacer po stolicy nie przyniósł jej ulgi w cierpieniu, co więcej... ilość ludzi przewijających się przez miasto w pewnym momencie doprowadziła Lady Swann do skrajności. Dokonała zatem najdziwniejszego zakupu, na jaki tylko mogła sobie pozwolić.
Kupiła psa.
A właściwie to suczkę, maści czarnej jak szaty Nocnej Straży. Pies zwie się tymczasowo Pies, choć sama Alis powoli przekonuje się do tego, by go... a raczej ją, nazwać Sarną. Pies zwany Sarną, cóż za oryginalność, Lady Swann! Tak więc właśnie ta słodka istota (mowa o Psie, nie Alis), szczekiem i piszczeniem zaalarmowała zgromadzonych w tawernie "Pod spalonym korsarzem" o nadchodzącym wrogu. Sama Lady Swann popadła w lekki popłoch, gdy zgromadzeni w karczmie mężczyźni prawie natychmiast zaciemnili całe pomieszczenie, a Pies ciągle piszczał. Tak, o suczkę się martwiła, nie zaś dobrze zorganizowane gaszenie lamp i świec. Myślała więc rozpaczliwie: coś się dzieje, że ją boli, może umiera, łysieje boleśnie albo ją ktoś porywa? Nie, nic z tych rzeczy, zresztą nie był to odpowiedni czas na zamartwianie, gdyż chwilę później drzwi do tawerny się otworzyły, zaś jeden ze strażników Alis, dość młody i porywczy rycerz, stracił kontrolę nad swymi nerwami i... miotnął w przybysza krzesłem, na którego oparciu chwilę wcześniej kurczowo zaciskał palce. Lady Swann podskoczyła nerwowo, widząc jedynie zarys niespodziewanego gościa i z niejakim zaskoczeniem odkryła w nim kogoś, kto nie traci rezonu na widok fruwających niczym kruki mebli...
A zatem zamachowiec... Pomyślała z rezygnacją, mimowolnie zaciskając drobną dłoń na mizerykordii, którą przez cały dzisiejszy wieczór trzymała na kolanach. Zapewne dla wielu zachowanie zebranych w karczmie może wydawać się dziwne albo nawet nieprawdopodobne. Cóż, dla nich samych jeszcze kilka godzin wcześniej też byłoby nie do pomyślenia, jednak od tamtej pory wiele uległo zmianie. Fakt pierwszy, w stolicę uderzyła wieść, że dokonano zamachu na króla. Fakt drugi, wiadomość ta po godzinie była już potwierdzona. Fakt trzeci, pojawiło się wiele wersji wydarzeń z Czerwonej Twierdzy - tawerna "Pod spalonym korsarzem" należała do obozu zwolenników tezy, jakoby król zginął, królowa poroniła i zginęło prawie tuzin przedstawicieli wysokich rodów. Fakt czwarty, Lady Alis Swann zdołała przybrać żałobę po Aylwardzie Baratheonie, którego uznała za zmarłego na wskutek zamachu, gdyż nie zjawił się w tawernie na umówioną godzinę. Fakt piąty, ta sama Lady Alis Swann, zwykle racjonalna i chłodna w kalkulacji, nie wzięła pod uwagę, że zamach mógł utrudnić dotarcie Baratheonowi na miejsce spotkania. Oraz fakt szósty, prawie rzuciła w tegoż samego Baratheona mizerykordią, gdy tylko dotarło do niej, że niespodziewany przybysz to Aylward. Oczywiście jest jeszcze fakt siódmy - zaciemnianie tawerny miało zapobiec pojawieniu się na sali najemnych morderców króla, którzy rozpanoszyli się po stolicy jak pchły po psie.
Otóż każdy z tych faktów stracił na znaczeniu, gdy gość przemówił, a Alis natychmiast rozpoznała tą charakterystyczną chrypkę, powstałą zapewne od przepicia, i delikatne, ledwo zauważalnie przeciąganie samogłosek, na które cierpi Baratheon, gdy zamiast się bić, musi prowadzić konwersację. Zmrużyła wściekle oczy, kontentując jednak, że to Pies powstrzymał natarcie Jelenia. Mogłaby pozwolić, żeby Aylward kolejnym słowem podpisał na siebie wyrok śmierci, mogłaby też w ramach zemsty poszczuć go suką, ale nawet dla niej trzygodzinne uznawanie Baratheona za trupa było zbyt traumatycznym przeżyciem, jeśli więc wrócił do świata żywych... niech tak zostanie.
- Chętnie zobaczyłabym szczura, który potrafi rzucać krzesłami. - przemówiła dźwięcznym tonem, czując podskórnie, jak spojrzenia kilkunastu ukrytych w ciemności mężczyzn kierują się wprost na nią. - Póki co jednak, mam wyłącznie łabędzia z psem na ogonie. - dodała z lekkim uśmiechem na ustach, drżącą dłonią wsuwając mizerykordię w rękaw błękitnej sukni. Ujawnianie tożsamości Aylwarda w obliczu tragedii na zamku nie byłoby dobrym pomysłem, ktoś z zebranych mógłby jeszcze donieść odpowiednim ludziom, że Baratheon po zamachu uciekł z Czerwonej Twierdzy i ukrywa się po tawernach, co stałoby się naturalnym oszczerstwem, rzucającym na domiar złego cień podejrzeń na najmłodszego syna protektora Swannów.
- Mój miły gospodarzu... - potoczyła wzrokiem po ciemnej jak noc sali, szukając wzrokiem mężczyzny, który rankiem zanosił jej bagaże do kwatery. - Zaświeć lampy, wszak to mój mąż, Lord Swann. Miał dołączyć do nas wieczorem, ale zapewne zamknęli bramy miasta po tragedii na balu i dotarł dopiero teraz, cały i zdrowy... do momentu, w którym człowiek z mej straży nie postanowił skrócić go o głowę przy użyciu krzesła. - Alis podniosła się ostrożnie z ławy i korzystając z pierwszego płomyka świecy, rzuciła ostrzegawcze spojrzenie swojemu strażnikowi. Cichym cmoknięciem odwołała psa, ruszając z łabędzią gracją w stronę drzwi, przy których nadal tkwił Baratheon.
- Kochany, słyszałeś o tym okropnym zajściu? - ujęła stanowczo dłonie Aylwarda, splatając swe kruche i drobne palce z jego palcami - przyjemnie ciepłymi i lekko szorstkimi w dotyku. - Król nie żyw, królowa na wskutek traumy utraciła noszone w łonie dziecko, podobno tuzin Lordów padło ofiarą zamachowców, ludzie uciekają z miasta, nikt nie wie, co przyniesie jutro... wino zdrożało dwukrotnie! - westchnęła cicho, zupełnie jakby lada moment miała zamiar zemdleć. Naturalnie, nic takiego nie przyszło jej do głowy, ale póki otoczeni są postronnymi, musi odgrywać rolę słabej, bezbronnej damy z Końca Burzy. Sama Alis czuje się jak kompletna wariatka, na zasadzie dysocjacji, patrzy na siebie z boku i nie poznaje tej osoby, nie potrafi jej powstrzymać przed emocjami, jakie budzą się w niej na widok Baratheona, i nie umie wyciągnąć się z tego emocjonalnego dołka. A kto jak nie ona powinna wiedzieć, jak to zrobić? Cóż się, do licha, dzieje!? I ją ogarnia panika miasta?
- Mój drogi, tak bardzo się o Ciebie obawiałam... - usiadła na swym poprzednim miejscu, prawie siłą zmuszając Aylwarda do tego samego. - Gospodarzu, zechciej podać dzban mocnego piwa i czysty kufel dla mego męża. - uśmiechnęła się uroczo do stojącego za dużym, dębowym stołem mężczyzny. Najwyraźniej osiągnęła swój cel i rozwiała wątpliwości zebranych co do tożsamości nocnego gościa - nikt nie mógł jej jednak zagwarantować, że ktoś nie rozpozna Baratheona.
- Tak trudno było wysłać kruka? - syknęła cicho, nadal z grzecznym uśmiechem na ustach. - Sądziłam, że nie żyjesz. Cała Królewska Przystań huczy od plotek, kiedy usłyszałam o pierwszym trupie, byłam pewna, że padło na Ciebie. Kłopoty to w końcu Twoje drugie imię. Potem z jednego trupa zrobili tuzin i już nie miałam wątpliwości, żeś pierwszy rzucił się do krwawej jatki. - oczy Alis zalśniły dziwnie, kiedy ścisnęła mocniej palcami dłoń Aylwarda. Doprawdy, kiedyś zwariuje przez tego mężczyznę... odetchnęła cicho, prostując się dumnie na ławie i skinięciem głowy dziękując gospodarzowi za olbrzymi dzban z chłodnym piwem. Nie musiała prosić, by Baratheon zaczął opowiadać, ciekawość była wyryta w jej spojrzeniu.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Czw Maj 16, 2013 8:44 pm

Trzeba klęskę przyjmować na własną pierś.
Pomyślał Baratheon, szukając wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia; drobnego szczegółu, który mógłby wykorzystać.
Nie poddawać się.
Wciąż czuł gorący oddech psa na dłoni - jednak ten krótki moment, który minął od wejścia do tawerny, pozwolił stwierdzić, że zwierzę znowuż tak duże nie jest. Najwyżej do pasa. Co oznacza, że odgryzie tylko jedną rękę.
Walczyć, szukać, zamiary za wszelką cenę - nawet za cenę śmierci - realizować.
Aylward czuł jak jedna, malutka kropelka potu delikatnie spływa po jego skroni i pełznie leniwie w stronę kołnierza płaszcza, znacząc policzek delikatnym śladem. Gdyby tak wziął ze sobą Starka, mogliby...
Albo czekać.
Czekanie nigdy mu nie wychodziło - tym razem jednak okazało się jak najbardziej opłacalnym przedsięwzięciem ostatniej doby. Tak się bowiem składa, że właśnie nabierał powietrza do płuc, by sekundę później przejść do czynu i jednym uderzeniem unieszkodliwić bestię po lewej, kiedy doczekał się głosu z sali. Głosu człowieka. Kobiety. A jeszcze precyzyjniej - Alis. Co wcale nie musiało oznaczać wybawienia z tarapatów. Aylward odsunął jednak dłoń od rękojeści miecza i zmrużył oczy, wbijając łapczywie spojrzenie w mrok sali. Zdawać by się mogło, że w międzyczasie wzrok powinien przywyknąć do ciemności - jak na złość jednak, na zewnątrz brakowało światła księżyca, który przez całą drogę do tawerny zasnuty był chmurami. Baratheon zatem mógł wpatrywać się w pomieszczenie, ile tylko dusza zapragnie, nie zobaczyłby nic oprócz niewyraźnych kształtów i latających krzeseł. Oraz kobiety, która cicho jak kot zmierzała wprost na niego.
- Właściwie to nie o ogon bym się martwił... - mruknął pod nosem, zły na siebie jak osa. Dać się podejść w tak banalny, oczywisty i łatwy do przewidzenia sposób... a na domiar złego, najbardziej okropny kryzys miał dopiero nadejść. Nie za bardzo wiedział, cóż tym razem Lady Swann, którą sam Baratheon lepiej pamięta pod mianem Lady Tarth, kombinuje. Alis należała do grona osób, w których Aylward nie chciałby mieć wroga - i całe szczęście tak nie było. Dzieliła ich niewielka różnica w dniach imienia, dorastali wspólnie na dworze Końca Burzy i, chyba najbardziej istotne, to właśnie Lady Tarth pierwotnie miała zostać małżonką Baratheona. Jak widać, ani do narzeczeństwa, ani tym bardziej do ożenku nie doszło, zaś ta dwójka rozstała się na zasadach tymczasowego pokoju (ze strony Aylwarda) oraz wojny podjazdowej ze strony Alis, która najwyraźniej posiadała poważniejsze plany wobec swego przyjaciela z dzieciństwa. Wyobraźcie więc sobie zdziwienie Baratheona, kiedy w ustach drobnej kobiety usłyszał najpierw "mój mąż", a potem "Lord Swann". Ayl ani na męża, ani tym bardziej na Lorda Swanna nie wyglądał, ale... skoro taką rolę miał odegrać przed niewidoczną publicznością, by ocalić zarówno swoją skórę, jak i skórę Alis...
- Moja pani, do tej pory nie miałem o niczym zielonego pojęcia! Bramy miasta zamknięte na głucho, na początku nie chcieli nawet słyszeć o ich otwieraniu, dopiero rezolutny kupiec z Dorne, z którym było mi dane podróżować, uświadomił strażników, że zamachowiec raczej uciekałby z miasta… a nie do niego wjeżdżał... - Baratheon odrzucił na plecy kaptur, przeczesując palcami włosy. Dopiero na wzmiankę o skracaniu go o głowę przy użyciu krzesła przeniósł wzrok na ukrytego w rogu sali strażnika Lady Swann. Zapewne przy innej okazji zademonstrowałby mu na jego własnej skórze, jak skracać ludzi o głowę krzesłem, ale to właśnie ta niezrównoważona istota jako pierwsza mogła go wydać.
- Nie miej mu tego za złe, kochana, w końcu wywiązywał się ze swych obowiązków... prawda? - Aylward zawiesił wzrok na strażniku, oczekując niemego potwierdzenia. Ten w końcu zrozumiał, że jakakolwiek próba zdemaskowania Baratheona może zakończyć jego krótką karierę z wnętrznościami na drewnianej podłodze, więc kiwnął nieznacznie głową, mamrocząc ciche "wybacz, Lordzie Swann". Sam Ayl dopiero po chwili zauważył, że palce Alis splotły się z jego palcami ciasno, zupełnie jakby Lady Swann miała zamiar połamać mu wszystkie kości w dłoni. Zaś rewelacje, które usłyszał od przyjaciółki, nie zrobiły na nim większego wrażenia - nie licząc tej ostatniej.
- Jak to... dwukrotnie podrożało? - sapnął z oburzeniem, wpatrując się w rozszerzone z emocji oczy Alis. - ... rzec chciałem, że słyszałem, moja pani, słyszałem! Różne wieści krążą po stolicy, jednak najczęściej powtarza się teza, że król nie zginął, ale jest ranny. Ciężko ranny. - Baratheon przygryzł dolną wargę nerwowo, starając się za wszelką cenę zachować prawdziwą wersję wydarzeń dla siebie. Zapewne z samego rana Aerys wystosuje sprostowanie, dziwnie więc wyglądałoby, gdyby kilka godzin wcześniej domniemany Lord Swann znał dokładnie okoliczności zamachu.
- Ciężka to noc dla królestwa. - dodał poważnie, kiwając głową z zadumą. Lada moment tak mocno wczuje się w swoją rolę, że przestanie reagować na "Aylwarda". Od tego uratował go jednak "okropny" kryzys, który ujawnił się przy okazji zasiadania na ławie. Był to kryzys z serii uczuciowej. Bo jak, pytam... jak Baratheon miał przeciwstawić się blond istocie, która w momencie grozy popisała się jasnością umysłu i zaskakującą szybkością reagowania? Nie sposób walczyć z kobietą, trzymającą rękę na pulsie. Zwłaszcza, gdy ten puls wybija rytm waszego życia.
- Dzban mocnego piwa? Już pamiętam, dlaczego pojąłem Cię za żonę. - odwzajemnił jej uroczy uśmiech, zaciskając mocniej palce na dłoni Alis. Jeszcze jedno słowo wyrzutu i sam się zdemaskuje, żeby uciec od pełnego nagany wzroku Lady Swann. A przecież mieli odgrywać szczęśliwe małżeństwo! Od drastycznych kroków odwiodło Baratheona piwo, które z hukiem wylądowało na blacie stołu. Aylward oblizał spierzchnięte usta, dopiero teraz uzmysławiając sobie, jak bardzo spragniony jest. Nie tylko alkoholu.
- To zapewne nie wzbudziłoby niczyich podejrzeń. - odparł równie jadowitym tonem, nalewając piwa do sporego kufla, który już po chwili zaczął metodycznie opróżniać. - Zamach na króla, ludzie biegają spanikowani a Barath... - urwał, rozglądając się po sali. Sam nie wiedział, kiedy jego szept przeszedł do głośnego monologu, wspieranego dodatkowo gestykulacją i niebezpiecznym wymachiwaniem kuflem pełnym złocistego trunku. - ... a ja spokojnie wysyłam kruka i zadowolony wracam do obowiązków. - wykrzywił usta w lekkim grymasie, upijając porządny łyk piwa. To nie było ani miejsce, ani czas na takie rozmowy, ale sam Aylward doskonale wiedział, że gdyby przenieśli się do kwatery Alis...
... nie wyszedłby z niej do rana. Co gorsza, w obliczu obecnego kłamstwa, najprawdopodobniej w końcu będzie musiał skierować tam swe kroki.
Tak się składa, moja piękna i inteligentna żono, że to nie ja proszę się o kłopoty, tylko one zwykle znajdują mnie. - uniósł kufel w geście toastu, kiwając grzecznie głową w stronę siedzącego przy oknie najemnika, który chwilę wcześniej uczynił podobny gest. Niedobrze. Ciągle znajdują się pod ostrzałem ciekawskich spojrzeń. - Moja pani... korona pozostała nieuszkodzona, nie licząc drobnej rysy na drugim co do ważności rubinie. Jedyną nieszczęsną ofiarą jest panna, której imię i tak niewiele Ci powie, więc możesz odetchnąć z ulgą, tym razem nic mi się nie stało. - przysunął do ust kufel, wpatrując się ponuro w jego głębię. Jeśli Baratheon ma problemy z opróżnieniem naczynia z piwem... to jest albo chory, albo martwy.
Dobrze powiedziane: tym razem nic się nie stało.
- Alis. - przemówił nagle, odstawiając z hukiem pusty kufel na dębowy blat stołu. - Pamiętasz... naszą balladę z dzieciństwa? - uśmiechnął się lekko, przesuwając kciukiem po knykciach Lady Swann. Delikatne kostki dłoni, prawie widoczne pod bladą skórą - od tego przecież wszystko się zaczęło... - Spotkałem Panią, córkę wróżki, przez łąkę szła jak zwid uroczy... - kąciki ust Baratheona opadły nieznacznie, kiedy wyplątał palce z uścisku Alis, ostrożnie odkładając jej dłoń na gładki materiał niebieskiej sukni. - Włos miała długi, stopę lekką... i dzikie oczy*. - Ayl przesunął w swoją stronę na wpół pełny dzban piwa, nie spuszczając czujnego wzroku z Lady Swann.
- Naturalnie, że pamiętasz. - na jego ustach ponownie pojawił się lekki uśmiech, który jednak uschnął równie szybko, co zakwitł. Nie spotkali się, by wspominać stare czasy.

* Dla ciekawskich: wiersz Johna Keatsa z 1819 roku, przekształcony w balladę o cnym rycerzu i bezlitosnej, pięknej pani. Do posłuchania tutaj
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 1:46 am

Mistrz Gry

Ile trzeba zapłacić za szczęście? Niektórzy płacą całe życie raz za razem zrywając owoce radości, niektórzy nie muszą płacić wcale, a i tak mają wszystko czego dusza zapragnie, są również tacy, których szczęście stanowi o nich samych. Beth należała jednak do (czwartej w kolejności) niezwykle rzadkiej grupy ludzi, którzy żyli ze szczęści. Otóż tak się składało, że Beth była właścicielką tawerny, nie młodą, uśmiechniętą kelnereczką, o nie. Przypominała prędzej matkę tuzina dzieci - silną kobietę, umiejętną i ze zgryźliwym matczynym charakterem, ale cóż - nie trzeba mieć szlachetnego wizerunku żeby utrzymać jeden z najlepszych pijackich przybytków w porcie, wystarczy łeb do biznesu. Kobieta dobrze wiedziała, że kilka monet przelanych w odpowiednie dłonie zapewniają spokój, a to pierwszy krok do dobrobytu. Stale odwiedzali ją lordowie, szlachetnie urodzeni ze służbą, rycerze dworu, ale także każdy kto miał podobnie zasobną sakiewkę.

Gdy słońce zniknęło za horyzontem, a jego miejsce zastąpiły liczne gwiazdy nastała dla Beth pora aby pozmywać ostatni raz kufle, zebrać naczynia i przegonić przysypiających tu i ówdzie jegomości. Wtedy również zaskrzypiały drzwi, zimny wiatr wlał się do środka niczym fala lodowatej morskiej wody. Ogień zaigrał w kominku.
- Dzisiaj już zamykamy! Zawróćcie, dobrej nocy! - rzuciła właścicielka nie zaszczycając przybyszów spojrzeniem.
- Spokojnie, poradzimy sobie i bez pani pomocy. - dało się słyszeć wysoki kobiecy głos. Krótki rzut okiem nie wystarczył aby uwierzyć. W progu stała grupa inspekcyjna do spraw kontroli żywności i higieny pracy. O zmoro, niekoniecznie była to spodziewana wizyta. Szóstka inspekcyjna nosiła przeciętne stroje, nie wychylali się (a przynajmniej tak sądzili). W odróżnieniu od zwykłego obywatela szczególnie pielęgnowali stroje, perfumy, uczesanie. Wyróżniali się pedantyzmem i selekcją posiłków. Tym razem jednak nie musieli się ukrywać - o tej porze inicjowano jedynie szczegółowe inspekcje budynku pracy. Pod uwagę brano każdy aspekt. Beth niemal przerażona do samych kości starała się nie pokazywać po sobie emocji. Po pierwsze kompletnie nie podejrzewała, że kontrola może nadejść właśnie teraz, a po drugie właśnie docierało do niej, że jeśli nie szukała rozgłosu to nie powinna dłużej trzymać tutaj gości. Z miejsca wyciągnęła delikatnie grube paluchy w kierunku najbliższego mężczyzny, którego głowa nieprzytomnie leżała na tawernianej ladzie,oparła dłonie na jego kręconych rudych włosach i potrząsnęła, dodając:
- Hej, przepraszam! Wstawaj ku... kupcze! Ku-kupcze! - stres miał się wkrótce okazać jednym z najmniejszych zmartwień dziewczyny. Twarz mężczyzny znaczyły ciemno czerwone plamy płynące niczym krwotok z nosa, cały blat był w podobnym kolorze. Mężczyzna upadł w bezruchu na ziemię, a z ust Beth padł jedynie krótki komentarz wyjątkowo odpowiedni do sytuacji:
- O w świńską rzyć...
Ktoś z inspekcji przytaknął, ktoś puścił pawia. Morderstwo.


[Moi drodzy misja dla inteligentnych i spragnionych kombinowania - jeśli nie znajdzie zainteresowania usunę post :) Zapraszam dwie do trzech osób, które tej nocy postanowiły poznać pracę inspekcji i wieczorem przybyły do tawerny w tym charakterze, powód? To już wasza sprawa.]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 6:36 pm

// port

Prudence przywitała się z bratem. Humor jej się poprawił, dobrze było mieć świadomość, że gdzieś tutaj jest ktoś, na kogo może liczyć. Na dniach bowiem czuła się cholernie samotna, była bardzo przywiązana do swojej rodziny. Poczuła się nieco przez nich zraniona, no ale teraz, po spotkaniu z Casterem wszystko zaczynało wracać do normy.
Będąc w przystani dostała propozycje nie do odrzucenia. Widać ktoś zauważył, że nieco jej się nudzi. Na kilka dni stała się członkiem grupy inspekcyjnej do spraw kontroli żywności i higieny pracy. Zastanawiało ją na czym polega ich zadanie, zawsze to jakieś nowe, ciekawe doświadczenie.
Spotkała się z resztą grupy tuż przed tawerną. Odziana była w prostą suknię. Nie wyróżniała się specjalnie od zwyczajnych panien, mało kto wiedziałby z kim ma do czynienia. Włosy spięła wysoko w koka, na szyi oczywiście złoty łańcuszek z wisiorem w kształcie krakena- jedyna rzecz, która zdradzała jej pochodzenie.
Przekroczyła próg tawerny wraz z resztą zespołu. Była niemalże pewna, że spotka tu kogoś ze swojej załogi, lub załogi swoich braci. Chłopaki lubili się bawić, podczas wypraw odwiedzali chyba wszystkie tawerny. Widziała, ze właścicielka nieco zdziwiła się z powodu ich wizyty. No i poczęła budzić jakiegoś mężczyznę, który okazał się być trupem.. Prue w swoim życiu widziała niejednego trupa, także nie zrobiło to na niej specjalnego wrażenia. Ba, nie patrząc na reakcję innych zbliżyła się do ciała, podniosła głowę.. próbowała zidentyfikować przyczynę jego śmierci.. Przyglądała się uważnie mężczyźnie od stóp do głów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 7:02 pm

W najciemniejszym kącie wypełnionego harmidrem pomieszczenia stołowało się pięciu mężczyzn. Raczej nietutejszych, sądząc po sposobie w jaki byli odziani. Szerokie spodnie, buty do konnej jazdy z usztywnionymi cholewami, kurty wyszywane w orientalne wzory. U pasów zwisały nie ciężkie miecze, typowe dla mieszkańców tych ziem, ale lekkie szable o nieregularnych kształtach. Czterech pochylonych nad półmiskami bez słów, za to z głośnym mlaskaniem raczyło się jadłem po długiej i wyczerpującej podróży. Piąty, wsparty plecami o ścianę, spod oka przyglądał się reszcie gości karczmy. W dłoni trzymał puchar z czymś, co miało być winem. W praktyce smakowało jak popłuczyny po końskich szczynach. Dornijskie wina, to prawdziwe lekarstwo na suche gardło.

Tałatajstwo zgromadzone w karczmie było jedną, wielką zbieraniną łajdactwa wszelkiego rodzaju, lordostwa co nosiło dupę wyżej niż czubek głowy i wreszcie handlarzy, przybywających do stolicy z południa, północy, nawet zza Wąskiego Morza. Ci ostatni stawali się łatwym celem łupieżców i drobnych złodziejaszków. Ale żeby tak zaraz pozbawiać człowieka życia w środku posiłku? Brak kultury.

Piąty z mężczyzn uśmiechnął się nieznacznie, przyglądając się z kąta całemu zamieszaniu. W pewnym momencie szturchnął łokciem siedzącego obok siebie mężczyznę i rzekł głośno:
- Smoka dla tego, kto wie skąd był.
A potem wychylił do końca swój trunek.
Dwóch z jego straży wytarło tłuste palce o ubranie i ociągając się przeszło w kierunku zakrwawionego trupa. Zaczęli go oglądać ze wszystkich stron, jak towar na straganie.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 7:40 pm

MG

Właścicielka przerzucała nerwowo wzrok to na trupa to na inspekcję i piątkę nieznajomych. Sytuacja z nieprzyjemnej szybko zamieniła się w wyjątkowo niewygodną. Ociężała kobieta kobiecym truchtem wybiegła za lady, jeszcze ze szmatą w ręce i zaczęła go ocierać na twarzy. W tym czasie jedną z osób zamieszanych w inspekcję okazała się Prudence, dziewczyna umiała zakamuflować się na tyle żeby nikt jej nie rozpoznał na pierwszy rzut oka, przynajmniej tyle trzeba było jej przyznać. Z drugiej strony jeden z gości postanowił najwyraźniej zabawić się w członka inspekcji - musiał widocznie albo wypić zbyt wiele wina albo naprawdę mieć pozycję by dyktować pomoc inspekcji. Z początku ktoś mógł rzeczywiście zwrócić mu uwagę, ale skoro to byli ochotnicy nikt nie wiązał szacunku z tymczasową pracą.
- Ja z nim piłem, chłopak dał nogę z wesela. Rzuć pan w te stronę monetę! - rzucił jakiś głos ze schodów na piętro. Facet miał czerwoniutką twarz, a oczy migały mu jakby musiał je przecierać. Alkohol bił z jego ust tak mocno, że można było upić się w trakcie krótkiej pogawędki. Siwe włosy i zaokrąglony brzuszek dawały do zrozumienie, iż jegomość prędzej przypomina kupca, niźli lorda. Na pół siedział, na pół leżał popadając z wolna w pijacką drzemkę.

Nim kobieta obtarła twarz mężczyzny członkini inspekcji zauważyła, że na ciele nie widać oznak użytku broni, nie widać żeby oddychał, no i co najciekawsze sam siedział przy ladzie, więc ciężko było również rzucić oskarżenie w czyjąś stronę.
W czasie gdy nasza dwójka rozpoczęła swoje śledztwo Gospodyni podchodziła do drzwi żeby pozbyć się wszystkich gości i jak najszybciej jakoś załagodzić sprawę bez gapiów.
- Wynocha, na dzisiaj zamykamy! Dobrej nocy i do brzasku! - pośpiesznie upomniała obecnych, stojąc obok już rozwartych drzwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 8:06 pm

Prudence oglądała każdy cal ciała mężczyzny. Żadnych śladów ataku. Co jest do cholery? Czyżby zapił się na śmierć? Nie byłoby to chyba aż tak bardzo prawdopodobne, może nagła śmierć? Wydał się jej być zbyt młody na kogoś kto umiera ot tak, z przyczyn naturalnych. Wtedy usłyszała głos, odwróciła się w stronę z której dochodził. Dobre pytanie, ciekawe skąd pochodził. W przystani kręciło się bowiem bardzo dużo osobników z przeróżnych krain. Być może znowu był to jakiś zamach, tyle, że tym razem udany? Kto to wiedział. Jeszcze raz spojrzała na twarz mężczyzny, nie kojarzyła go, nigdy go dotąd nie widziała.
- Dał nogę z wesela?- Prudence szukała wzrokiem osobnika, który to powiedział.
- Mówił coś więcej?- Jakoś średnio widziała konwersację z zalanym w trupa jegomościem, ale nie pozostawało jej nic innego.
- Mógłby nas uraczyć szanowny Pan swoim towarzystwem?- Tak, liczyła na to, że zejdzie do nich i powie więcej. Nadzieja matką głupców? Jeszcze się okaże. Szukała w stroju mężczyzny jakichś charakterystycznych znaków, dzięki którym mogłaby zidentyfikować skąd pochodzi. Żałowała, że nie wzięła sobie do towarzystwa, do grupy inspekcyjnej kogoś ze swojej załogi, zawsze byłoby raźniej. Tak będzie musiała polegać tylko na swoim instynkcie. Kto by się spodziewał, że z pozoru nudna propozycja przerodzi się w małe dochodzenie? Tak, była cholernie zadowolona ze swej decyzji.
Gospodyni pożegnał gości, Prue jej się nie dziwiła. Trup w tawernie, nie wróży nic dobrego. Na pewno nie przysporzy jej sławy, chociaż z drugiej strony, każdy będzie chciał zobaczyć miejsce zbrodni.
- Cały czas siedział sam? Rzuciła w stronę Beth.. Spoglądała na zawartość tego, co pił. Trucizna.. jedyna opcja jaka przychodziła jej teraz do głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Sro Maj 22, 2013 8:54 pm

Piąty z mężczyzn siedzących przy ławie w głębi sali wybuchnął głośnym śmiechem. Sięgnął do sakiewki po monetę, ale nie trafiła ona do pijaczka po drugiej stronie sali, a do kolejnego z orientalnie ubranych gości karczmy. Padło polecenie, a sługa przyjąwszy dziesięciokrotną równowartość takiego zamówienia, jakie przed chwilą trafiło na ich stół, zbliżył się do korpulentnej karczmarki, poganiającej gości.
- Mój Pan, Lord Uller w swojej wspaniałomyślności składa na twoje ręce rekompensatę za zamieszanie - skłonił się w sposób charakterystyczny dla mieszkańców południa. Chwilę potem, samowolnie zatrzasnął drzwi karczmy sugerując, żeby karczmarka znalazła sobie lepsze zajęcie - Prosi o dolewkę tego wybornego wina.

Mężczyzna nazwany Lordem najwyraźniej dobrze się bawił i nie miał zamiaru z tej rozrywki tak szybko rezygnować. Inspekcja inspekcją, a tymczasem trup wymagał identyfikacji. Odstawił na stół opróżnione naczynie i podniósł się z miejsca. Ominęła go zabawa z zamachem na króla. Przynajmniej wieczór powinien być udany.
- Karczmarko, co jeśli któryś z obecnych tu gości jest winien tej zbrodni? Będziesz się za nim uganiać po nocy, po tym jak go wypuścisz? - spytał retorycznie, sprężystym krokiem podchodząc do truposza.
Przez nikogo niezaproszony, ale też nieupominany przystanął obok ciemnowłosej kobiety, pochylając się nad głową trupa spoczywającą na ladzie. Przyglądał mu się inaczej niż pozostali. Znacznie dłużej. Na twarzy młodego mężczyzny pojawił się taki uśmiech, jakby zamiast broczących krwią zwłok, na blat wskoczyła dziewka i rozłożyła przed nim nogi.

Wyprostował się po chwili.
- Dobry człowieku! - zawołał do podchmielonego, który zarzekał się, że jeszcze niedawno pił z trupem - Przejdźże bliżej, bo twój bełkot ciężko zrozumieć.
Kiedy z takim samym ponagleniem zwróciła się do niego ciemnowłosa kobieta, mężczyzna wskazał na nią i dodał poważniejszym tonem:
- Nie wypada odmówić, kiedy dama prosi.
Odmówić może i nie wypadało, ale pokonanie kilku chociażby schodków w tym stanie mogłoby być wybitnie trudne. Dwóch z mężczyzn, którzy wcześniej zajmowali się oględzinami trupa, porzuciło to zajęcie, na rzecz zawleczenia domniemanego świadka do poziomu podłogi.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Czw Maj 23, 2013 4:35 pm

MG

Gdy Theodon wstał za blatu i zamknął drzwi gospodyni spojrzała na niego wyraźnie zniesmaczona. Niedługo jednak Beth całkiem zapomniała za co była obrażona, bo do jej sakiewki napłynęło parę niezapomnianych monet. W sumie można powiedzieć, że był to dobry ruch, tylko jak długo wszyscy wytrzymają pod jednym dachem bez wszczynania pijackich burd, kto wie? Na rozkaz zejścia pijaczkowaty jegomość chwycił poręcz, wyprostował nogę i oparł na niższym stopniu. Przez chwile wyglądała na to, że powstanie, zejdzie do nich, porozmawia, jednak w pół kroku mężczyzna runął do przodu jak kłoda. Zwalał się ze schodów przez jakiś czas nim z impetem kowalskiego młota przywalił głową o blat naprzeciw zejścia. Co trzeźwiejsi z tłumu westchnęli zaskoczeni, ale większość wesoło zaśmiała się ponad pojękiwania, ledwie dwóch chłystków podeszło podnieść jegomościa, a po całej tawernie rozeszła się znajoma pieśń. Wybór był prosty - bawić się albo zamartwiać, tutaj alkohol znacznie ułatwiał decyzję. Tylko co trzeźwiejsi przyglądali się inspekcji i zebranym z mieszanką zaniepokojenia i niezręczności. Tymczasem Beth zajęła się liczeniem mamony, nawet nie kryła zadowolenia, tym bardziej, że zapowiadał się dobry zarobek - tylu podejrzanych musi mieć co pić i jeść.

Uller tymczasem zbliżywszy twarz do twarzy nieboszczyka poczuł jak jego nozdrza wypełnia niecodzienne połączenie wina, zepsucia, drogich perfum, zalatywało też jedzeniem, ale zapach róż, czy kobiety na pewno nie przywarł do tegoż jegomościa.
- Bredził o spadku, coś wielkiego podobno. Sam siedział... chyba... a kto go tam wie? Trup to trup - niedbale odpowiedziała gospodyni w stronę Prudence, nie podnosiła wzroku z nad monet. W tym czasie koledzy Ullera wzięli "schodowego pijaczka" pod ramię i niemal wsadzili na oparcie najbliższego kawałka siedzenia.
- Csso do kuuurwy?! - wysyczał pijaczek przebudziwszy się na krótko z otępienia. - ...uuuuuuuuuuuuu... - pojękiwał jednostajnie jak kilkulatek delikatnie dotykając guza na czole - ...UUUUUuuuuUuuuuuu.... - jęknął głośniej i skulił z deka. Wino miotało nim jakby nie mógł znaleźć dobrej pozycji do snu. Facet po prostu się zalał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pią Maj 24, 2013 4:08 pm

Cała sytuacja rozwijała się bardzo powoli. Prudence była lekko zirytowana. Gdy jakiś z mężczyzn poprosił o zamówienie nieco się zdziwiła. Lord.. odruchowo odwróciła głowę w stronę stoliku mężczyzn, nie kojarzyła go, co nie było niczym dziwnym, jednak nie rzucił jej się w oczy nawet podczas hołdu, czy balu, no ale przecież nie miała okazji poznać wszystkich. Nieco zaskoczona była postawą.. dolewka w momencie, w którym na szynkwasie leży trup.. Trzeba mieć tupet.
Najwyraźniej morderstwo także go zaciekawiło, dołączył bowiem do tych, którzy oglądali trupa. Jego także niespecjalnie ruszało martwe ciało.
No i w tym momencie mężczyzna, wcześniej pijący z trupem spadł ze schodów. Na twarzy Prue widać było niezadowolenie.
- Psia mać..- Czyli jedyny świadek jest niedyspozycyjny. Wszystko szło chyba najbardziej źle jak było to możliwe. Wiatr im wiał w oczy. Żadnych świadków, żadnych śladów zabójstwa, także od czego zacząć? Ale za to jaka będzie satysfakcja z rozwiązania zagadki! Tak, to ją motywowało.
Prue była zdziwiona zachowaniem ludzi.. ona chyba nie chciałaby pić w tawernie, w której leżał trup.. No cóż, może to przez te jej lordowskie korzenie, z niej w końcu taka dama..
Spadek.. cóż, to bardzo istotny powód, by kogoś zabić. Musiałby to zrobić chyba ktoś z rodziny w takim wypadku. Tyle, że tutaj najwyraźniej nikt go nie znał.. Kiedy mężczyzna został posadzony na krześle, podeszła do szynkwasu, wzięła dzbanek z wodą (o ile taki był) i wylała mu na głowę.
- Troszkę lepiej?- Na jej twarzy malował się złośliwy uśmiech, cóż, musieli z nim porozmawiać, a ten najwyraźniej niespecjalnie kontaktował. Może to pomoże.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Nie Maj 26, 2013 12:36 pm

Zalanemu w trupa lepiej pewnie nie było, za to chłodniej z pewnością. Spadek, trupy, wesele i trucizna nieznanego pochodzenia. Wszystko w jednym kotle i to w dodatku pełnym podpitych i zmęczonych powolnym rozwojem sytuacji. Przez te kilkanaście minut przerobili cały tutejszy śpiewnik mniej, albo bardziej cenzuralnych przyśpiewek. A kiedy i to się skończyło, to jeden przez drugiego zaczęli domagać się otwarcia drzwi karczmy.
- No co?! Gnić tu z tym trupem mamy?
- Jako żywo! Panocek wińskiem sobie gardło płuczesz, a my na podłogę szczać będziem? - wycharczał ktoś z drugiego końca sali.
- Beth... tępa kurwo, otwierajże te drzwi! A żwawo!
- Spadek dostał a żenić się miał, to spieprzył. Jasna sprawa! Że baby chciwe są też wiadomo! Ubiła go, pizda jedna!
- ...śpiewała, tyś... słodki jak miód! - zawył ktoś inny, ze słabym refleksem.

Kilku już rwało się do tego, żeby rozwalić swoje pijane czerepy, kilka stołów i rzeczone drzwi. Uller w tym czasie przyglądał się zamieszaniu z tą samą, zadowoloną miną, przyklejoną na stałe do twarzy. Im więcej krwi by się polało, tym lepiej. Jego ludzie już dawno nie mieli okazji, żeby sobie bezkarnie poużywać. W końcu uwagę Ullera na dłużej przykuła osoba ciemnowłosej kobiety. Milcząc wpatrywał się w jej sylwetkę, jakby z samego ruchu bioder miał wyczytać kim była.
Tymczasem nastoje się burzyły, rozwiązania sytuacji nie było widać.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
114
Join date :
18/05/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Nie Maj 26, 2013 1:54 pm

MG

Sytuacja z niewygodnej i dwuznacznej zmieniła się szybko w chaotyczną mieszankę tawernianych zabaw, historii trupa, który uciekał przed ślubem i tej dwójki wpatrzonej w siebie nad cuchnącymi zwłokami. Historia spadku jegomościa, powodu zgonu mogły być prawidłowe, ale kogo to teraz interesowało? Możliwe, że panicz Uller mylił się całkowicie, jednak śpiew i muzyka docierały do wszystkich uszu, wino płynęło całymi strumieniami, nie było czasu na zadawanie pytań natury śledczej.
Cóż z tego, że zalany jegomość obudził się z deka skoro zaraz ruszył w tany? Nie było czasu na śledztwa. W tamtym czasie do Prudence podszedł ktoś z inspekcji, mężczyzna, jego głos zabrzmiał szorstko:
- Zabieramy trupa do zamku, jutro rano przyjdzie tutaj regularna inspekcja. Dobrze się spisałaś, po prostu o tej porze nie ma warunków do prowadzenia śledztwa w takim miejscu, sprawę przejmuje ktoś inny. Jesteś wolna. - zakończył, a reszta oddziału bez szemrania słowem wykonała jego polecenia. o tym jak inspekcja wyszła tamten, mężczyzna zaczekał w środku, podszedł do lady i z impetem uderzył pięścią w blat, rzekł - Nie otrzymacie zapłaty za to... śledztwo... - zaczął jakby roztargniony, rozwarł zaciśniętą pięść, a na ladę posypało się kilka złotych monet - ...ale wasza dwójka, - zwrócił się do "młodych z nad trupa" - wy pijecie kolejkę na mój koszt.
Gdy skończył wyszedł przez drzwi, które rozeźlona Beth tak niechętnie w końcu otworzyła, nie obyło by się przy tym bez jej szemrania pod nosem:
- Otwórz drzwi, zamknij drzwi stara, otwórz je znowu! Idźcie wszyscy w... - chwilę później, gdy część ludu opuściła lokal, a zabawa jeszcze trwała w najlepsze Beth rzuciła za lady:
- To co wam podać gołąbeczki? Pijecie, czy wychodzicie, bo już się chyba pogubiłam. - czekała na ich zamówienie przecierając kufel, z którego popijała ofiara zbrodni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Nie Maj 26, 2013 3:50 pm

Zabawa trwała w najlepsze. Prudence w sumie była tym nieco zadziwiona, no ale cóż, kogo obchodził jeden trup? Tym bardziej, że nikt go nie znał. Zapewne sama by się tym specjalnie nie przejęła, ba zirytowałaby się, gdyby jakiś tam trup przeszkodził jej w spotkaniu towarzyskim.
Ochlejmorda najwyraźniej nie mogła im pomóc. Prudence nawet podziwiała to, że wstał i po tym wszystkim ruszył dalej w tan. Ten, to miał moc. której pozazdrościłby mu na pewno niejeden młodzik.
- Tak naprawdę przecież nic nie zrobiłam..- Odparła do mężczyzny z inspekcji.
- To, co najlepsze było przed nami, niestety koniec przygody..- Faktycznie była zawiedziona, bo liczyła na to, że będą kontynuować śledztwo. Tyle, że to zupełnie nie miało sensu. Tyle z rozrywki panny Greyjoy w Królewskiej Przystani, a miało być tak pięknie.
Obserwowała uważnie zachowanie inspekcji, o tutaj pało coś o jakiejś kolejce, darmowej? Na jej twarzy pojawił się uśmieszek. Zawsze to jakaś tam perspektywa na wieczór. Miała już dość zamku, także taka alternatywa jak najbardziej jej pasowała.
- Chętnie, napiłabym się wina, chyba, że macie tutaj jakiś lokalny specjał, którego warto skosztować. - Prue nie należała do tych, co odmawiają alkoholu. Podeszła powolnym krokiem do szynkwasu i usiadła gdzieś przy Beth. Odwróciła się, by zobaczyć, kto jest jej towarzyszem. Dziewczę najwyraźniej znowu pozna nowe osobistości, zobaczymy z kim będzie jej dane spędzić ten wieczór.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Maj 27, 2013 11:37 am

- Dzięki ci zacny panie, żeś nam to truchło z oczu sprzątnął! - jakiś jegomość chwiejnym ukłonem pozdrowił wynoszących zwłoki. Dotoczył się po tym do lady, przy okazji nieświadomie sprzedając kuksańca Ullerowi. Wsparłszy się zapobiegawczo łokciami o blat wykrztusił z siebie żądanie o napełnienie kufla. W międzyczasie, w ślad za ekipą taszczącą nieboszczyka wysypało się z karczmy ponad połowę ludu. Niektórzy mieli już dość na dziś, podtrzymywani przez kompanów, inni spokojnie mogli sobie pozwolić na kolejkę, ale zmierził ich widok truchła. Za to komentarzy sobie nie szczędzili:
- Juże to widzim! Bedą sprawców szukać! Wywiozą trupa do Zapchlonego tyłka i na gulasz przerobią!
- Trutego? - zdziwił się inny głos.
- A bo to nie. Szczurów zdechłych nie szczędzą to i trutego im nie strach.
- A jak to plaga jaka? I jutro wszyscy tak samo skończymy. Tfu! Moja noga już tu nie postanie!

Kryminalna atmosfera uleciała przez otwarte drzwi, ale niesmak pozostał. W czasie kiedy Beth dokładnie szorowała kufel, jej pomagier z mniejszą dbałością o szczegóły ścierał z podłogi krwiste plamy. Stara szmata nie chłonęła cieczy dobrze. Zamiast pozbywać się śladów, wcierała je jeszcze mocniej w szczeliny pomiędzy deskami podłogi. Ciemnobrązowa plama śmierdziała trupem na kilka metrów.

Lord Uller trzymał się swojej pozycji bezpiecznego obserwatora, tylko do czasu, kiedy jakiś bezimienny jegomość rzucił mu na stół ochłap w postaci kilku monet, łaskawie traktując darmową kolejką.
- Nader szczodry jesteś... człowieku - wycedził przez zaciśnięte szczęki. Nie zrozumiał do końca za co mu płacono, ale skoro miał tę "nagrodę dzielić" z ciemnowłosą dziewką, poprzestał na tym, zapominając o wszystkim, co cisnęło mu się na język.
Tymczasem Beth z nadzieją zerkała to na Lorda, to na ex-członkinię inspekcji. Raz sypnął groszem, drugi też dać może.
- Wystarczy na dziś specjałów - Uller z głośnym stuknięciem odstawił na ladę swoje nietknięte naczynie - z twojej ręki, karczmarko.
Mężczyzna zbliżył się do ciemnowłosej, której najwyraźniej krwista plama i wizja trucia nie wadziła. Z taką ochotą zasiadła, jakby z miejsca mogła wychłeptać całą fiolkę trucizny, bez mrugnięcia okiem.
- Moja Pani, skoro mam mieć przyjemność dzielenia z tobą kielicha, pozwól że wybiorę godniejszy trunek i spokojniejsze miejsce - zaproponował z miejsca, odsłaniając zęby w uśmiechu. - Skoro reszta kompanów cię opuściła, śmiem ci zaproponować moją opiekę. Ale za bezpieczne raczenie się winem w tym miejscu nie mogę ręczyć.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Pyke
Liczba postów :
295
Join date :
28/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Maj 27, 2013 7:47 pm

Cóż, spora część ludzi powoli zaczęła wychodzić. Aż tacy wrażliwi byli? Prue w zasadzie cieszyła się, że cała grupa wyszła. Nie musiała dłużej udawać jaka to jest grzeczna i dobrze ułożona. Na całe szczęście. Ta sytuacja powoli przestawała ją bawić. Musiała zgrywać cudowną, wysoko urodzoną dziewczynę, choć i tak wszyscy wiedzieli, że jest z Żelaznych Wysp, przez co traktowali ją nieco jak dzikusa.. To wszystko zaczynało ją irytować. Na szczęście niedługo turniej, już ona im wszystkim pokaże, co potrafi ta z pozoru nieszkodliwa dziewczyna.
Mężczyzna, który miał z nią kosztować trunków nie wyglądał staro. Prezentował się jako rześki młodzieniec. Cóż, nareszcie ktoś w okolicach jej wieku, nie kolejny stary dziad, z którym średnio miała o czym konwersować.
Prue ignorowała zachowanie ludzi, miała to w zwyczaju. Była przyzwyczajona do naprawdę dziwnych sposobów postępowań. Naprawdę mało co brała sobie do serca.
Spojrzała na mężczyznę, gdy się doń odezwał. Była nieco zaskoczona jego propozycją, wszakże się nie znali.
- Godniejszy trunek, godniejsze miejsce, uważa Pan, że jestem tego warta?- Faktycznie ta tawerna.. no może nie wybrałaby jej sama, ale kiedy już tu była, dlaczego by nie miała już pozostać?
- Powierzać opiekę nad sobą zupełnie obcemu mężowi, myśli Pan, iż to dobry pomysł?- Cóż, nadal nie wiedziała z kim ma do czynienia, także to nie była taka łatwa decyzja, z drugiej jednak strony, to Greyjoy..
- W zasadzie, dlaczego miałabym tego nie zrobić, zdaję się na Pana..- Tak, Prudence chyba lubiła takie mało przemyślane akcje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Wto Maj 28, 2013 1:49 pm

Powodów, dla których samotna kobieta nie powinna wybierać towarzystwa obcego sobie mężczyzny, było co najmniej kilka. Uller nie przytaknął w żaden sposób na sugestywnie zadane pytanie, o sensowność tego pomysłu. Uśmiechnął się tylko nieznacznie. Jeden, wymowny gest wystarczył, żeby przy rozmawiającej parze zebrało się pozostałych czterech wojowników o ciemnych twarzach. Najwyższy z nich, o najbardziej łagodnym obliczu, jako jedyny wyprostował się jak struna. Geris, dowódca przybocznej straży, na krótki moment zatrzymał wzrok na wisiorze, zdobiącym szyję kobiety i natychmiast skłonił się nisko. Wydawało się, że w przeciwieństwie do człowieka, któremu służył, rozumiał doskonale jego znaczenie. Kiedy skłaniał sylwetkę do ziemi, powłóczyste, szerokie rękawy jego bogato zdobionej kurty omiatały deski podłogi.
- Pani, racz przedstawić sobie - rzekł, przez nikogo do tego nieupoważniany. - Lorda Theodona z domu Uller, dziedzica Hellholt i Khaida dornijskich Pustynnych Jeźdźców. W imieniu Jego przybocznej straży, ręczę za Twoje bezpieczeństwo.

Przez twarz Lorda przemknęło ledwie zauważalny grymas niezadowolenia. Skinął głową z pokorą, chociaż nie do końca pojmował zachowanie Gerisa. Wskazawszy kobiecie drogę do drzwi, ruszył za nią bez ociągania. W pół kroku zatrzymały go słowa tego samego wojownika.
- Panie!
Theodon upewniwszy się, że kobieca sylwetka znika za drzwiami w asyście trzech pozostałych zbrojnych, zbliżył się do swojego człowieka. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Panie, cokolwiek zamierzasz błagam, powściągnij swoje żądze. - usłyszał.
- Ty upominasz m n i e?
- To nie jest bezimienna mieszczka. Zwróć uwagę na wisior, który nosi - dowódca chwycił go za ramię - Jesteśmy na obcej ziemi, Lordzie. Nie trzeba nam gniewu tutejszych.
Uller gwałtownie wyszarpnął swój rękaw z uścisku ciemnookiego mężczyzny. Wydawało się, że jeszcze chwila i za zniewagę potraktuje go ostrzem. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Zaskakująco szybko złowrogie spojrzenie złagodniało, a Theodon krótko skinął głową, na znak że zrozumiał. Tym razem przez nikogo niezatrzymywany opuścił gościnne progi karczmy.

[zt]
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pon Cze 24, 2013 7:35 pm

/Port

Ile można siedzieć w tym pieprzonym mieście? Na samą myśl o zmarnotrawionym czasie aż warknął. Co prawda lubił Królewską Przystań, zawsze można tu było zarobić i nieźle się zabawić, teraz jednak nie myślał w tych kategoriach. Był znudzony i zirytowany. Pech chciał, że to właśnie jemu przypadł wątpliwy zaszczyt pilnowania statku. Na co mi to wszystko było? No właśnie, na co? Zaciągnął się na statek Krakenki dla zarobku? Raczej wątpliwe, u pierwszego lepszego kapitana dostałby więcej po każdej udanej wyprawie. Zrobił to by coś udowodnić? Pokazać, że jest najlepszy? Może po prostu by móc zobaczyć jak to żyją Ci z wyższych sfer? To już bardziej prawdopodobne scenariusze. Wszystkie jednak były obecnie bez znaczenia. Zgodnie z dawno przyjętą przez Vardisa zasadą, liczyło się tylko to co tu i teraz...

A niepodważalnym faktem było, że to tu i teraz nie rysowało się zbyt optymistycznie. Cokolwiek by się o Prudence Greyjoy myślało, to trzeba przyznać, że naprawdę uwielbiała swój statek. Każdego dnia potrafiła znaleźć chwilkę by sprawdzić osobiście, lub przynajmniej posłać kogoś kto mógł zrobić to za Nią, czy wszystko z nim w porządku. Problem pojawił się, gdy ta chwila zbyt długo już nie nadchodziła.

W normalnych okolicznościach słusznym by było po prostu olać sprawę. Tu jednak chodziło o córkę samego Krakena, siostrę Egzekutora Naczelnego. Było wiele możliwości. Mogła spokojnie korzystać z dobrodziejstw szlacheckiego stanu, mogła też zaszyć się w jakiejś spelunie i pić na umór. Mogła też jednak, z właściwą dla siebie skłonnością, wpaść w tarapaty, a gdyby Jej się coś stało... Oj tego rodzina Greyjoyów nie puściła by płazem, tym bardziej jej załodze. 

Vardis nie bał się śmierci. To co jest martwe nie może umrzeć. Na myśl od razu przyszły tak bliskie mu słowa. Wiedział jednak, że to co mogło go czekać w najgorszym wypadku, mogło być o wiele, wiele straszniejsze. Po co więc ryzykować? Zdecydował się zlekceważyć dany mu rozkaz i przekazać opiekę nad statkiem innemu zaufanemu członkowi załogi, a samemu ruszyć na rekonesans. Tylko gdzie najpierw? To pytanie kotłowało mu się w głowie gdy przemierzał portowe nadbrzeże, nagle jednak jego usta wygięły się w nieznaczny uśmiech. Tak, znał pewne miejsce, obok którego nikt z Żelaznych Wysp nie przejdzie obojętnie. Idealne miejsce by rozpocząć poszukiwania.

/Tawerna

Bez problemu odnalazł drogę do przybytku, który odwiedzał w trakcie każdego swojego pobytu w mieście. Jeśli się nie mylił, jego Kapitan musiała się w tym miejscu choć raz pojawić. Vardis po prostu nie mógłby uwierzyć gdyby było inaczej. Co zwróciło uwagę żeglarza zaraz po wejściu, to to,  jak mało osób było tego dnia w tawernie. Czyżby miejsce straciło renomę? Nie, niemożliwe. To miejsce było ponad to, nie dotyczyły go żadne standardy i może właśnie dlatego tak chętnie je odwiedzano. Nie potrafiąc odpowiedzieć na zadane sobie pytanie postanowił się rozglądnąć, Prudence jednak w budynku nie zauważył. 

Vardis postanowił nie tracić czasu na rozmowę z nielicznymi, całkowicie wypitymi gośćmi tawerny, a zwrócić się wprost do źródła. Jedynej, wszystko wiedzącej właścicielki tego miejsca - Beth, którą to już od dawna znał. Czy byli przyjaciółmi? Nie, tak tego nie można by było nazwać. Łączył ich raczej pewien cichy układ. Vardis zawsze, gdy tylko był przy pieniądzach, chętnie dawał napiwki, płacąc więcej nawet za zwykłe piwo. W zamian mógł liczyć, że nawet gdy będzie bez grosza przy duszy to nie dadzą mu zdechnąć z głodu, a nawet, że znajdzie się dla niego jakiś suchy kąt.
- Beth! - Podszedł do stojącej przy barze, niemłodej już kobiety. -Piękna jak zawsze! - Uśmiechnął się łobuzersko i sięgnął do mieszka po pieniądze. -Nalej no mi troszkę piwa, tylko wiesz, z tej drugiej beczki. No i powiedz... Widziałaś gdzieś tu może któreś z miotu Krakena? - Włożył jej do ręki kilka monet, których wartość znacząco przekraczała koszty napitku. - Rozchodzi mi się głównie o czarnowłosą Prudence Greyjoy, taką paniusie, co to świecidełko w kształcie krakena na szyi nosi. - Oby tylko opłacone żelazem. - Jej załoga się już deczko niecierpliwi tak więc im szybciej ją znajdę, tym lepiej dla każdego.

- Vardi, łobuziaku. Ty mnie tu już przy klienteli nie zawstydzaj! - Powiedziała Beth, siląc się na łagodniejszy niż zazwyczaj ton i szybkim, wprawnym ruchem schowała pod ladę wręczone jej pieniądze, a następnie podała kufel spienionego piwa, o wiele lepszego niż to, które serwowała zwykłym gościom. - Greyjoy szukasz? Lady? - Tonem, który jasno wskazywał na to, że widziała w tym coś zabawnego. - W dupie Ci się poprzewracało, żeś się za uganianie za Jaśnie Państwem wziął.  A tę Twoją paniusie to może i widziałam, ale wiesz... nie jest przypadkiem tak, żeś mi ostatnio za trzy noclegi nie oddał? - Wlepiła w swojego rozmówcę chytre spojrzenie.
W odpowiedzi Vardis tylko mruknął. Znał Beth nie od dzisiaj i spodziewał się takiego obrotu sprawy. Bez słowa wręczył jej kilka kolejnych monet.
- Grzeczny chłopczyk. - Beth wyszczerzyła się złośliwie. -Co to, to ja? A tak, ta Twoja czarnulka. - Nachyliła się i ściszyła głos. - No to weź se wyobraź, mieliśmy tu trupa. Wziął się chłop i ten... Znaczy ktoś jego, bo tu gawiedź o trucicielstwach coś prawiła. Szczęście w nieszczęściu, bo wtenczas cośmy go znaleźli to się Ci co to miejsca stołowania sprawdzają pojawili, a że mord, to dzięki Siedmiu się na tym skupili. No i dziewka z nimi była, co to wisior w tego maszkarona całego, krakena się znaczy, zdobiony miała. Znaczy pewnie ta Twoja. Z jakimś kochasiem se nad truchłem szczebiotała zawzięcie. Pić mieli wspólnie, ale że się Jaśnie Państwu lepszego lokum zachciało, to se poszły w cholerę.
- A pojęcie jakieś, kim był ten z którym wyszła, masz? Gdzie  mogli pójść? - Vardis liczył na jakikolwiek punkt zaczepienia. Sam fakt, że Prudence tutaj była już coś znaczył, potrzebował jednak o wiele więcej by poskładać tą układankę.
- Ja nie, ale czekaj. - Beth odchyliła się, nabrała powietrza w płuca i wydarła na całą Tawernę. - E, obszczymury! Któryś wie gdzie się te gołąbeczki, co to się nad truchłem migdaliły, wybrały? Z kim ta czarnulka z krakenem na szyi, Prudence Greyjoy, poszła? 
Cholera. Vardis przeklął w duchu. Nie o takie dochodzenie mu chodziło. No ale trudno, trzeba brać co jest. Rozglądnął się po sali czekając na odzew. Nastąpiła chwila ciszy, zaraz jednak nieliczni goście wrócili do picia i szeptaniny. Gdy szansa na jakąkolwiek odpowiedź właściwie umarła, od jednego z bocznych stolików dało się nagle usłyszeć znaczące:
- Ja wiem!
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Vardis ponownie wręczył Beth kilka monet, zamawiając dzban piwa, i ruszył w stronę stołu, od którego dobiegł okrzyk.

Przy stole Vardis zastał dwóch mężczyzn w czarnych, pozbawionych zdobień mundurach. Przysiadł się do nich bez zbędnych ceregieli. Chwilę później Beth przyniosła zamówiony dzban piwa.
- To co panowie? Pomożecie żeglarzowi w potrzebie? Wiecie gdzie tą zgubę znajdę? - Podsunął dzbanek w stronę rozmówców.
- Pomóc? - Postawniejszy z mężczyzn zerknął na swojego towarzysza, który nieznacznie kiwnął głową. - No jasne, że pomożemy. - Sięgnął po dzban i dolał sobie piwa. - Toż to żadna tajemnica, że krakenka z Naszym lordem baluje. Ba! Więcej powiem. Takie Twoje szczęście brachu, że się tu lada chwila zjawić mają. Przodem Nas posłali coby o miejsce tutaj zadbać. Jak to wielcy państwo z świtą dużą idą, a my tutaj dbamy, coby się motłochu nie nalazło wcześniej. Sam widzisz jakie pustki. 
Vardis, tak jak zaraz po wejściu, rozglądnął się po Tawernie. Faktycznie, ludzi jak było mało, tak jest i nadal. Może coś jest na rzeczy. Z drugiej jednak strony, jakoś nijak mu to miejsce do tych zapowiedzi nie pasowało. A i Beth nie sprawiała wrażenia osoby, która wyczekuje większego zarobku. Dlaczego by jednak mieli kłamać? Nie przestawał zadawać sobie tego pytania. Był to jednak jedyny punkt zaczepienia więc chcąc czy nie chcąc zdecydował się poczekać wraz z tajemniczymi jegomościami. Bądź co bądź godzina czy dwie i tak wiele nie zmieni. 
- Kim to więc jest ten Wasz lord? - Vardis zapytał rozmówców i upił łyk piwa. Zawsze to można się czegoś dowiedzieć, czekając na przybycie możnych.

Od słowa do słowa, od kufla do kufla i tak to się zaczęło. Czas płynął, a wraz z nim litry przelanego alkoholu. No bo jak tu nie pić, gdy nowo poznani stawiają? I to nie tylko jemu. Przy stole szybko zrobiło się tłoczno. Wyczekiwanych wciąż nie było, kto jednak by się tym przejmował gdy zabawa trwa w najlepsze?


- Lej Beth! Lej nie żałuj!
- No i gdzie się kurwa ryjesz? Do dupy ci zaraz ten kufel wsadzę.
- ... że dawała tylko z tyłu. I to krasnoludkom.
- Co, ja nie dam rady?! Ja nie dam rady? To patrz!
- Będę rzygał!!!


Świat wirował w oczach Vardisa. Był coraz bardziej niewyraźny, przesłonięty mgłą. Z kim pił? Co? Ile? Otumaniony umysł przestawał jakkolwiek reagować. Wszystko wydawało się jakby snem. Z kimś się kłócił. Z kimś chciał w coś grać, lecz zabrakło im toporka. Kogoś uderzył, a ten ktoś sobie oddał. A może po prostu wyobraźnia płata mu figle, a on sam leży pod stołem pochrapując głośno? Wszystko ogarnęła ciemność.

/zt

[Wydarzenia niezależne zatwierdził MG, Caster Greyjoy]
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   Pią Wrz 20, 2013 1:29 am

Życie z Arrynami rozpieściło Edrica do tego stopnia, że bywał już tylko w przyzwoitych karczmach. Ta tawerna spełniała pewne...standardy. Szkoda tylko, że nie spełniał ich trzos barda-Anna zostawiła mu co prawda "kieszonkowe", ale musiał zaoszczędzić trochę na późniejszą podróż do Orlego Gniazda.
Zaproponował więc właścicielowi tego przybytku, że w zamian za dobry posiłek, da gościom doskonały koncert! Rzadko kiedy do portowej tawerny wpada nadworny bard lorda, więc zapewne pomysł Edrica spotkał się z aprobatą. Z zastrzeżeniem-najpierw śpiewanie, potem jedzenie.
Bard poprosił więc o wino do zwilżenia gardła, odchrząknął, wyjął lutnię i zaczął śpiewać:
A ktoś ty – dumny spytał lord –
Bym kłaniał ci się w pas?
Ot, tylko innej maści kot,
Cóż więcej różni nas?
W czerwieni, w złocie, w każdej z barw
Pazury wciąż ma lew.
I ja, mój panie, też je mam,
Nie gorsze są niż twe.

Powiedział tak, powiedział tak,
Ten władca Castamere,
Lecz dziś już pusty jego dom,
Deszcz spada nań jak kir.
Tak, domem martwym jego dom,
Deszcz spada nań jak kir.

Piosnka bardzo adekwatna do ostatnich wydarzeń na zachodzie-do Edrica doszły słuchy, że armia Lwów i Arrynów zmasakrowała wojska Krakenów. Był z tego powodu rad, bo wszak wiele łączyło go z Doliną.
Ukłonił się gościom w pas i poprosił o strawę.
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Tawerna "Pod spalonym korsarzem"   

Powrót do góry Go down
 

Tawerna "Pod spalonym korsarzem"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Tawerna "Pod spalonym korsarzem"
» Tawerna "Ostoja Herolda"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań-