a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Tawerna "Pocałunek Nymerii"



 

 Tawerna "Pocałunek Nymerii"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Maj 09, 2016 8:42 pm


Pocałunek Nymerii



Pocałunek Nymerii to jedna spośród wielu karczm w Słonecznej Włóczni, choć pod pewnym względem jest wyjątkowa - podają tu wyborny, zasługujący na miano wybitnego gulasz z węża. Trunki nie wyróżniają się niczym szczególnym poza mnogością wyboru, a karczmarka - korpulentna kobieta licząca dobre czterdzieści dni imienia - posiada język równie ostry co przyprawy, które dodaje do swych posiłków.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Maj 09, 2016 8:44 pm

Nie do końca potrafił określić, jaka pora nocy nadeszła – gdzieś pomiędzy godziną wilka a kolejnym dzbanem wina całkowicie stracił rachubę i jedynie pierwsi klienci pobliskiej karczmy powracający do domów upewnili Quentyla Martella w przekonaniu, że czas jednak płynie a w raz z nim zbliża się świt. Ludzie ruszali pojedynczo, parami lub głośno śmiejącymi się grupkami w nieznośną parność dornijskiej nocy – bezzębni stary w Cytadeli mogli grzmieć o nadejściu zimy, ale tutaj, na samym południu kontynentu, wciąż panowało przyjemne, zbawienne ciepło (nawet, jeśli w powietrzu aktualnie unosił się lepki zapach zatęchłego moczu). Takie chwile miały w sobie coś magicznego - blask pochodni sprawiał wrażenie inne niż zwykle, był rozedrgany, pozbawiony ostrości i jakby nierealny, a cała ulica wydawała się rozleniwiona i senna. O tej porze Słoneczna Włócznia przypominała księciu smak gorącej czekolady - rozpływała się w oczach, wywoływała błogostan i kryła w sobie przyjemne oczekiwanie.
Możliwe jednak, że wszystko to było wytworem wyobraźni Martella– zalany w trupa (niemal dosłownie) Quentyl posiadał tendencję do koloryzowania rzeczywistości, którą przesycała woń spoconych ciał, kwaśnego wina i całkiem świeżych rzygowin o zadziwiająco intensywnej mozaice barw. Książę przyzwyczaił się jednak do podobnego kalejdoskopu wrażeń: zbyt wiele karczm odwiedził w życiu i zbyt wielu pijaków spotkał na swej drodze, żeby przejmować się tak drobnymi przeciwnościami losu – zresztą, tej nocy nic nie potrafiło zepsuć mu humoru. Euforię Martella napędzał fakt, że do Słonecznej Włóczni powrócił Trystane – starszy brat Quentyla nie dał się jednak namówić na nocną podróż w nieznane, przekładając znane przyjemności własnego łoża (oraz własnego bękarta) nad te oferowane przez młodszego i z wszelkim prawdopodobieństwem niezrównoważonego księcia. Niezrażony tą drobną przeciwnością losu Martell zaopatrzył się w najbliższej karczmie w bukłaczek słodkiego wina – pierwotnie miał zamiar wziąć cały dzban, ale zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu rosła wprost proporcjonalnie do gabarytu naczynia, zaś kto jak kto, ale Quentyl nie upadł tak nisko, by odsiadywać w celi własnego rodu za burdy po pijaku.
Nie ulegało jednak wątpliwości, że stoczył się głęboko.
Udowodnił to zresztą, wypijając całe zakupy po drodze, pod pretekstem, iż prawdziwemu mężczyźnie nie wypada wracać do domu z taką parodią butelki. Inna sprawa, że jakieś dwie godziny później siedział w karczmie i wpatrywał się w niewyraźny zarys dzbana mocnego, dornijskiego trunku – naczynie zawierało jeszcze jakieś dwa kielichy i gdyby dolać je do tego, co Martell już wypił, może zapomniałby, że po świecie chodzi jakiś Quentyl.
Jak to jednak bywa w chwilach kuszenia, przez całkowitym upadkiem mężczyznę ratowała kobieta – i to nie byle jaka, jeśli wziąć pod uwagę, że była nią Reamonn Sand. Gdy tylko książę dostrzegł ją pośród rzednącego w tawernie tłumu, zrozumiał dwie rzeczy: po pierwsze, nie widzieli się od trzech tygodni oraz po drugie – miała cudownie piękną twarz, która jaśniała pośród pospolitych mord zgromadzonych w karczmie. Możliwe zresztą, że ilość wypitego alkoholu nieco zaburzyła Martellowi ostrość widzenia i jedynie wydawało mu się, iż ta młoda, ewidentnie zmierzająca w jego kierunku kobieta to Sandówna, ale – dla upitego na wesoło księcia – nawet feralna pomyłka była okazją do wyrażenia radości oraz znalezienia upustu dla tęsknoty, która zdołała nagromadzić się w nim przez cały ten czas.
- Rea! – miał jakże ambitny zamiar powstania i powitania prawdopodobnie-Reamonn, jednak gdy tylko dźwignął się z krzesła, ostatni kielich wina dał o sobie znać ze zdwojoną siłą – Quentyl oparł się ciężko o blat stołu, jedynie dzięki cudowi (oraz meblowi, którego się trzymał) nie lądując na ziemi. Pomimo zawrotów głowy na jego ustach zagościł uśmiech wiecznego chłopca, którym na swój sposób był – zwłaszcza dzisiaj. – Czekałem na ciebie, mój cudzie! – wypowiedział te słowa z taką determinacją, jakby była to najprawdziwsza spośród prawd – choć przecież wcale się nie umawiali, Reamonn nawet nie wiedziała, że Quentyl wrócił ze Starfall i od dwóch dni przebywał w Słonecznej Włóczni. Nie było czasu i okazji, by się spotkać, by ją poinformować, by… nadrobić stracone trzy tygodnie.
Aż do teraz.


Ostatnio zmieniony przez Quentyl Martell dnia Pon Maj 09, 2016 10:02 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Lemonwood, Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
02/05/2016

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Maj 09, 2016 9:25 pm

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, a dzień miał wreszcie zamiar się skończyć, Reamonn mogła z czystym sumieniem rzucić wszystko i pójść się napić. Nie przepadała za piciem samotnie w karczmie, jednak tym razem nie miała zbyt dużego wyboru. Jej najemni "koledzy" nie byli godni zaufania po kilku głębszych kieliszkach, a Quentyl wciąż był... gdziekolwiek teraz przebywał. Bardzo starała się nie liczyć dni od kiedy się ostatni raz widzieli, ale było to zbyt trudne. A przynajmniej na trzeźwo.
Już przed wejściem czuła znajomy, słodki zapach alkoholu. Śmiała twierdzić, że w karczmie było go znacznie więcej niż powietrza. Nie było to dalekie od prawdy. Wchodząc do środka, skrzywiła się bezwolnie, czując jak mdławy zapach dociera coraz brutalniej do jej nozdrzy. Coraz bardziej kusiło ją wypicie w samotności, z dala od ciekawskich oczu, lepkich rąk i duszącego zapachu. Karczmy kojarzyły jej się tylko z jednym  – matką. Plus jednak był taki, że w karczmie można było dostać alkohol, który potrafił bardzo szybko wyleczyć ją z wszelkich tęsknot i trosk.
Zaczęła się rozglądać za jakimś wolnym miejscem, próbując nie zwracać uwagi na pijanych już klientów. Trzeźwym nie przystoi oceniać pijanych – powtarzał zawsze jej wuj. Ciężko było jednak nie patrzeć krzywo na roześmianych mężczyzn z czerwonymi buziami, gdy unosili do góry kielichy, wylewając połowę ich zawartości na kobiety, które siedziały im na kolanach. Nie żeby im to jakoś specjalnie przeszkadzało.
Nie zauważyła nikogo znajomego, dopóki nie usłyszała jak ktoś woła jej imię. Podejrzewając mężczyznę, który zawsze ją zaczepia po kilku kielichach, spojrzała w stronę, z której dochodziło wołanie z niezbyt pozytywnym nastawieniem. Zdecydowanie nie spodziewała się ujrzeć tam Quentyla. Uśmiechnęła się szeroko, robiąc kilka szybkich kroków w jego stronę. Chłopak próbował wstać, jednak alkohol bardzo szybko mu to uniemożliwił.
Widzę, że zabijałeś czas do mojego przybycia – powiedziała patrząc wymownie na puste dzbany obok Martella. Nie miała zamiaru prawić mu morałów, nie była przecież jego matką. Żałowała tylko, że będą mogli teraz za wiele wypić razem. Była to po części jej wina. Kto przychodzi do karczmy o tak później porze?
Posadziła Quentyla z powrotem na krzesło, po czym siadła obok. Z rozbawieniem wpatrywała się w jego głupkowaty uśmieszek, spowodowany zbyt bliską znajomością z dorńskim winem i naturalnym idiotyzmem.
Dopiero po chwili do głowy przyszło jej bardzo ważne, wręcz fundamentalne pytanie.
Kiedy wróciłeś?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Maj 09, 2016 10:29 pm

Bez wątpienia jego naturalny idiotyzm był jedną z przyczyn, która sprawiła, że tuż po powrocie do Słonecznej Włóczni nie udał się na poszukiwania Reamonn. Każdy mężczyzna na jego natychmiast – albo prawie natychmiast – ruszyłby na spacer przez co bardziej szemrane dzielnice miasta, wszystko zaś po to, by odnaleźć kobietę, która stanowczo zbyt chętnie zapuszczała się w podobne okolice. W grę nie wchodziły wzniosłe uczucia i szlachetne pobudki, ale zwykła przyzwoitość – przyzwoitość nakazująca, by poinformować o swym powrocie długoletnią przyjaciółkę i kochankę (choć ta druga funkcja posiadała znacznie krótszy staż). Bogowie Quentylowi świadkiem, że po przekroczeniu bram Słonecznej Włóczni nie pragnął niczego innego, jak tylko paść bez tchu obok Reamonn – był gotów zrezygnować z posiłku, snu i obecności strażników, byleby tylko udać się do portu bądź koszar i odnaleźć pannę Sand.
Tyle tylko, że nie potrafił zrezygnować z obecności rodzeństwa.
Ostatnie trzy dni spędził w towarzystwie Ivory, Trystana oraz Seyal, którzy – choć zmienili się pod niemal każdym względem – przywoływali wspomnienia dni oraz wieczorów, gdy świat nie był tak okrutnie popaprany. Tchnienie beztroski, jaką przyniosła ich obecność, było czymś, za czym Quentyl tęsknił z niemal dziecięcą rozpaczą; wspólnie spędzane chwile mijały stanowczo zbyt szybko, jakby los pragnął czym prędzej doprowadzić do kolejnego rozstania rodzeństwa, a gdy w końcu musieli porzucić przeszłość i zacząć żyć teraźniejszością, powrót do rzeczywistości okazał się znacznie bardziej bolesny, niż najmłodszy książę mógł przypuszczać.
Ukojenie przyniósł alkohol – bardzo dużo alkoholu. Pił z radości i jednocześnie po to, by zapomnieć. Pił w końcu, by kolejnego dnia, pomimo paraliżującego bólu głowy, mieć siłę na stawienie czoła przeciwnościom losu – szczęście mąciła świadomość, że Ivory wkrótce opuści Dorne, że Trystane znów zaszyje się we własnym świecie, do którego Quentyl nigdy nie miał dostępu, że Seyal będzie obok, lecz myślami powędruje na drugi koniec królestwa. Jedyną osobą, na której bezwarunkową i ciepłą obecność mógł liczyć, była Reamonn.
Reamonn o pięknych, długich włosach; Reamonn o nieco wąskich, ale szczerze uwielbianych przez Martella biodrach; Reamonn o czujnym spojrzeniu, które łagodnieje pod wpływem czułego dotyku. W końcu Reamonn, która odnalazła go w tej karczmie, jakby oboje nieświadomie przyciągali się wzajemnie – kiedy tylko Quentyl usłyszał jej głos, serce podskoczyło mu do gardła ze szczęścia, a nieco zamazane spojrzenie… rozmyło się jeszcze bardziej pod wpływem nagłej fali rozczulenia.
- Widzę, że jeszcze bardziej wypiękniałaś od naszego ostatniego spotkania – zamiast zwalczać ogień ogniem, postanowił zrobić to, co wychodziło mu najlepiej – zalać ją własnym urokiem i ciepłymi słowami, które posiadały jednak pewną, dość istotną cechę: były najszczerszą prawdą. Gdy tylko Rea posadziła go na krześle i sama usiadła obok – w mniemaniu Martella, stanowczo zbyt daleko – całkowicie zapomniał o winie i swych rozterkach. Była tutaj, z nim, osiągalna, zdumiewająca, z tym uśmiechem pobłażania na ustach. Czuł się przy niej jak całkowity kretyn, ale niezbyt go to martwiło – był przecież jej kretynem.
- Dwa… nie, trzy dni temu – odpowiedź padła szybko – równie szybko Quentyl pochylił się w stronę Reamonn, bez skrępowania ujmując jej drobną, choć silną dłoń we własne palce. – I przez cały ten czas tęskniłem – uśmiechnął się pod nosem figlarnie, jak niesforny chłopiec, który zrobił swej towarzyszce żart; tyle tylko, że dowcip miał właśnie nastąpić – nim Rea zdołała odpowiedzieć, Martell uniósł jej dłoń do ust i ucałował jej nadgarstek z rozbawieniem godnym wyłącznie kogoś, kto zdążył wypić stanowczo zbyt dużo i jednocześnie cieszy się z obecności jednej z najważniejszych kobiet w całym swoim życiu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Lemonwood, Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
02/05/2016

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Maj 09, 2016 11:20 pm

Nie lubiła być komplementowana. Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Nie miała zaniżonej samooceny, nie sądziła też, że Quentyl kłamie. Zwyczajnie czuła, że komplementy nie mają żadnego znaczenia ani wartości. Czyny są w jej mniemaniu znacznie bardziej wartościowe i wiarygodne.
Z jej twarzy na sekundę zniknął uśmiech, gdy usłyszała, ze był w Słonecznej Włóczni już od trzech dni. Była to ledwo zauważalna zmiana, chwilowa słabość, której dziewczyna bardzo szybko się pozbyła. Nie mogła mieć przecież do niego pretensji. Podróże są męczące, wymagają wiele. Nie mogła oczekiwać natychmiastowej wizyty. Starała się nie myśleć, o tym, że na picie w karczmie czas mu się udało znaleźć.
Nie spodziewała się pocałunku w nadgarstek. W ten sposób można się witać z córką Lorda, nie bękartem. Obwiniała o to jednak alkohol i podejrzliwie dobry humor Martella. Mimowolnie sama poczuła się nieco radośniej. Od samego siedzenia obok niego czuła się bardziej pijana. I wcale nie było to związane z ilością alkoholu w wydychanym przez niego powietrzu.
Zapewne – odparła nieco bardziej sarkastycznym tonem niż chciała. Nie miała w zamiarze być uszczypliwa, jednak czasami słowa same przejmują kontrolę. – Musisz mi na chwilę wybaczyć, ale ja jeszcze nic nie piłam.
Podniosła się z krzesła, delikatnym, ale stanowczym ruchem zabierając dłoń z dala od Martella. Nie byłaby w stanie kontynuować tej rozmowy na trzeźwo. Dotarcie do źródła tej cudownej cieczy zajęło jej kilka sekund, a zdobycie upragnionego trunku kilka minut. Nie obyło się bez krótkiej rozmowy z karczmarką. Reamonn miała do niej pewną słabość, bo choć w niczym nie przypominała jej matki, to nie potrafiła przestać o niej myśleć w pobliżu tej kobiety. Sand zawsze upewniała się czy klienci nie sprawiają zbyt dużych problemów. Była bardziej niż chętna, aby ich uciszyć.
Do Quentyla wróciła z pełnym dzbanem i jeszcze pustym kuflem, który już podczas siadania zaczęła napełniać. Sądząc po stanie, w którym Martell się znajdował, miała wiele do nadrobienia.
W takim razie opowiadaj – upiła spory, męski łyk, czując jak lekko kwaśna ciecz spływa jej do gardła. Przez cały dzień marzyła właśnie o tym momencie, nie myśląc o niczym innym podczas długich godzin spędzonych na ściganiu ulicznego złodziejaszka. Okradł niewłaściwych ludzi, a ci niewłaściwi ludzie postanowili zatrudnić Reamonn do odzyskania swojej własności. Czy złodziej przeżyje ten proces czy nie, zależało już od dziewczyny. Może gdyby nie ciągał jej po najbrudniejszych częściach miasta, to potraktowałaby go milej. – komu tym razem udało ci się pogruchotać kości?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Sro Maj 11, 2016 10:00 pm

Znał Reamonn od lat – zdawałoby się, że od zawsze – a mimo to nigdy nie potrafił zrezygnować z tej na wpół szarmanckiej pokusy, aby wypowiedzieć pod jej adresem choćby jedno, pochlebne słówko, równie niewinne, co łzy dziewicy. Czasem komplementy wyrywały się z jego ust mimowolnie i bez jakiejkolwiek kontroli (jak dzisiaj) – nim zdołał ugryźć się w język, Rea już marszczyła delikatne łuki brwi w wyrazie głębokiego niezadowolenia. Quentyl doskonale wiedział, że nie kupi jej pochlebstwami, jednak jego samczy, niedomyślny umysł domagał się komplementowania tego, co uważał za piękne. Rzecz jasna, kiedy tylko mógł, zamiast słów używał dłoni, ust i pieszczot tak delikatnych, jakby były muśnięciami nadciągającej znad zatoki bryzy – tyle tylko, że okoliczności w karczmie nie były zbyt sprzyjające, zaś jego tęsknota na tyle paląca, by bez namysłu rzucił pochlebstwem i z niemą fascynacją obserwował, jak Reamonn ukrywa własne niezadowolenie. Był zbyt pijany, zbyt upojony obecnością Rea i zbyt pochłonięty bliskością jej ciała, aby odpowiedzieć pięknym za nadobne i rzucić równie sarkastycznym tonem uwagę o niewdzięczności panny Sand – zwykle toczyli walki słowne tuż po tym, jak przyszło im się zmierzyć w alkowie, ale dzisiaj…
… dzisiaj wszystko było całkowicie pokręcone. Z Quentylem rzecz jasna na czele.
Bez słowa skinął głową, gdy wspomniała coś o nie-piciu: wolał, żeby nie robiła tego w równie karygodnych ilościach, co on, lecz Martell był ostatnią osobą w całym Dorne, która mogła prawić kazania o wstrzemięźliwości od alkoholu. Od śmierci Jynesse zaglądał do kielicha znacznie częściej, niż powinien, i jeszcze częściej oglądał jego dno – od pewnego czasu nie sprawiało mu nawet wielkiej różnicy, czy pije ciemne dornijskie, złote arborskie czy zlewki z poprzedniego wieczoru. Kiedy pił, nie myślał, a kiedy nie myślał, mógł skupić się na teraźniejszości, na tym upalnym tu i teraz, na rzeczywistości, która składała się z pogrążonej w łagodnym półmroku karczmy oraz Reamonn – jedynej deski ratunku, wciąż utrzymującej Quentyla na powierzchni. Martell uśmiechnął się pod nosem, gdy dostrzegł, z jaką zachłannością panna Sand upiła łyk trunku – zupełnie, jakby widział siebie, kiedy osuszał pierwszy kielich wina dzisiejszego dnia. Przez chwilę rozważał nawet, czy nie dotrzymać jej w tej czynności towarzystwa, w końcu uznał jednak, że musi wrócić do Starego Pałacu o własnych siłach, nie zaś ciągnięty przez Rea środkiem głównej ulicy.
- To ja powinienem zadać to pytanie – książę sięgnął nad stołem po drewniany, w połowie opróżniony półmisek z jasnym, słodkim winogronem – wciąż z uśmiechem na ustach, wsunął między wargi jedno grono i po chwili rozgryzł je mocno, czując, jak lepki sok bez problemu zabija cierpki smak trunku. – Wiesz, że do przemocy uciekam się tylko w razie konieczności, a z naszej dwójki to Ty masz opinię łotrzyka. Całkiem powabnego, trzeba przyznać – i znów to zrobił: nieporadny komplement powędrował w stronę Reamonn, a Quentyl odchylił się nieznacznie (co w jego stanie groziło upadkiem) do tyłu, jakby próbował uciec przed niezadowoleniem panny Sand. Na swój sposób bawiła go ta niewinna zabawa – cóż, przynajmniej do momentu, w którym Rea nie zechce zrobić z nim tego, co uczyniła z nieszczęśnikiem, na którego dziś zapolowała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Lemonwood, Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
02/05/2016

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Sro Maj 11, 2016 11:03 pm

Powoli zaczynała odczuwać zmiany, które powodował alkohol. Zazwyczaj Reamonn miała twardszą głowę, jednak pusty żołądek i zmęczenie utorowało drogę dla alkoholu. Jej policzki zaczęły się robić czerwone – zawsze reagowała na pierwsze trzy kielichy wina. Później czerwone plamy znikały bez śladu, a jej zostawała tylko głupota i problemy z równowagą. Upiła kolejnego łyka, jeszcze bardziej porządnego niż poprzedni. Dopiero, gdy z przechylonego kufla nic już nie leciało, odłożyła kufel.
Starała się nie patrzeć na Quentyla w zbyt miły sposób. Nie potrafiła sobie poradzić z brzemieniem własnych uczuć, nie umiała ich nawet odpowiednio nazwać. Zresztą nie widziała takiej potrzeby. Doskonale zdawała sobie sprawę z odpowiedzi, która padłaby z ust Martella. Jej najlepszego przyjaciela, wiernego kompana, kochanka, powiernika największych sekretów – z wyjątkiem tych dwóch największych, gdzie jeden był gorszy od drugiego. Nie potrafiła sobie wyobrazić sytuacji, w której byłaby w stanie powiedzieć mu o swoich uczuciach. Albo wyznać, co zrobiła sobie z tej miłosnej rozpaczy. Kastracja za pomocą magicznego eliksiru od pierdolonej wróżki była koszmarnym pomysłem. Koszmarnym pomysłem, który okazał się być zbawienny w skutkach. Perspektywa posiadania dzieci jest dla Reamonn zbyt nieszczęśliwa, aby z nią żyć.
Uśmiechnęła się szeroko i niewinnie jak pięcioletnie dziecko, które dostało dawno upragnionego cukierka.
Nie lubiła komplementów, ale bardzo jej się podobała opinia "łotrzyka". Znacznie ułatwiało jej to życie, a w szczególności już pracę. Nawet w Dorne kobietą nie jest tak łatwo zasłużyć na taką opinię. A Sandówna zdecydowanie to zrobiła.
Głupi chłopak, który okradł niewłaściwych ludzi. A ja robię interesy tylko z niewłaściwymi ludźmi – powiedziała lekko znużonym tonem. Alkohol powoli uderzał jej do głowy, zmieniając nieco światopogląd przynosząc lekkie poczucie niepewności, co do słuszności swoich czynów. – Wątpię, żeby dożył jeszcze szesnastego dnia imienia.
Reamonn oczywiście go nie zabiła. Nie lubiła tego robić, mimo wszystko posiadała (wątpliwe) pokłady współczucia. Czasami, owszem, ją ponosi. Zazwyczaj podczas tych gorszych dni, gdy Quentyla nie ma obok, aby ją uspokoił. Albo właśnie jest i w tym tkwi cały problem.
Przelała kolejną porcję winna do kufla, wpatrując się w głęboką czerwień trunku. Wyglądała jak krew, ale pachniała o wiele mocniej. Krew nic z nią nie robiła. Przywykła do niej. Wino wciąż potrafiło ją zaskoczyć.
Tęskniłam za tobą – wypaliła.
Właśnie takie niespodzianki przynosiło wino.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Czw Maj 12, 2016 10:37 pm

Obserwowanie, jak alkoholowemu upojeniu poddaje się jedna z najbliższych twemu sercu osób, miało w sobie coś satysfakcjonującego – nagłe milczenie Quentyla było zasługą tylko i wyłącznie Reamonn, która z dziką zachłannością wlewała w siebie kolejne łyki piwa, co mogłoby wzbudzić podziw u niejednego stałego bywalca karczm. Książę dokładnie widział, jak zwykle blade (zwłaszcza z jego wiecznie opalonej, oliwkowej perspektywy) policzki nabierają rumieńców równie intensywnych, co barwa zaklętego w kielichu trunku – obserwował ten proces z niekrytą fascynacją, która wywołała na ustach jeszcze szerszy uśmiech. Martell uwielbiał w Rea niemal każdy aspekt jestestwa – poczynając od sposobu, w jaki odłożyła kufel na twardy, drewniany blat, kończąc zaś na tej pozornej nieprzychylności, którą obdarzała księcia. Starała się nie okazywać słabości nawet w chwilach takich jak ta, gdy za jedynego towarzysza miała Quentyla – jej siła charakteru była zbroją noszoną o każdej porze dnia i przez większość nocy. Bywały jednak dni, kiedy Martella irytowała jej małomówność, jej tajemnice, jej skrytość, ta część jej świata, do której nie miał dostępu. Czasami pragnął obedrzeć Reamonn z wszystkich tajemnic i siłą wydrzeć wszystkie sekrety kobiety – tyle tylko, że mógłby tej próby nie przeżyć. Sandówna z zaciekłością północnego wilka broniła tego, co uważała za tylko i wyłącznie swoją sprawę – tą z kolei były jej tajemnice oraz przemilczenia, którymi obdarowywała Quentyla. Co więc mu pozostało, poza świętym oburzeniem i nieustannymi próbami zgłębienia sekretu?
Cierpliwość.
Wyrozumiałość.
I nadzieja, że Rea pewnego dnia zechce wyjawić prawdę.
Martell prędko odegnał od siebie ponure obłoki myśli, skupiając pełnię uwagi na swej towarzyszce – pierwsze rumieńce wywołane alkoholem zdołały już zniknąć, pozostawiając policzki dokładnie tak idealnymi, jakimi stworzyli je Bogowie.
- Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu z niewłaściwymi ludźmi – po ustach Quentyla przemknął lekki grymas, zupełnie jakby myśl, że Rea układa się z szemranymi typami wywoływała u niego mdłości – i na swój sposób tak było. Prosił ją, błagał i groził, aby porzuciła to zajęcie i skupiła się na czymś mniej ryzykownym (jak choćby leżeniem nago w jego łożu), jednakże upór Reamonn był równie wielki, co niezadowolenie Martella. – To zwykły dzieciak, którego skusiły błyskotki. Za każdą kradzieżą stoi jakaś historia, czasem warto jej wysłuchać zwłaszcza, jeśli jest się tak niepoprawnym idealistą jak ty, książę, pomyślał z przekąsem Quentyl, poruszając lekko głową, to w prawo, to w lewo – przez chwilę świat kręcił mu się przed oczami, jednak po głębszym wdechu obrazy przestały się ruszać, zaś sam Martell poczuł, że zaczyna trzeźwieć (choć to zbyt wiele powiedziane). Dopiero słowa Reamonn zadziałały na niego jak kubeł lodowatej wody – wbrew wszelkiemu rozsądkowi wyprostował się gwałtownie na krześle i spojrzał na Sandównę z…
- Taką miałem nadzieję.
… czułością? A przynajmniej jej udanym substytutem – nim Rea zdołała pożałować swych słów, Quentyl stanowczo ujął dłoń dziewczyny, opuszkiem kciuka gładząc zarysowane pod jej ciepłą skórą knykcie.
- I przyznaj, nudziłaś się beze mnie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Lemonwood, Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
02/05/2016

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Sob Maj 14, 2016 11:27 pm

Wywróciła oczami, gdy Quentyl wyraził swoje wyraźne niezadowolenie z powodu jej pracy. Nie miała ochoty brnąć po raz setny w tą samą dyskusję. Nie było takiej możliwości, żeby zrezygnowała z tego, co robi. Nie dlatego, że kocha swoją pracę. Nie potrzebuje też pieniędzy. Nie może sobie zwyczajnie pozwolić na bezczynne leżenie i czekanie, aż jej ukochany książe powróci. Zwariowałaby w gdyby całe dnie musiała siedzieć w pustej komnacie, ubrana w przewiewne suknie, które sprawiały, że wyglądała na bardziej nagą niż gdyby nie miała ich w ogóle. Wiedziała, że dzień, w którym zgodzi się porzucić życie najemnika będzie dniem, w którym zatraci się w Quentylu całkowicie i bez żadnej kontroli. Potrzebowała planu B, na wypadek, gdyby Martell ożenił i zakochał się ponownie. I tym razem w jego łożu nie będzie już dla niej miejsca.
- Nie płacą mi za słuchanie - powiedziała z cierpkim, ironicznym uśmiechem na ustach. Prawda była oczywiście nieco inna, jednak Reamonn nauczyła się, że współczucie w jej zawodzie jest cechą bardzo niepożądaną.
Z tymi nieprzyjemnymi myślami w głowie, opróżniła kolejny kielich.
Spojrzała z udawanym spokojem na rękę Quentyla, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po jej ciele. Starała się odrzucić je na bok, zwalając to wszystko na skutek uboczny alkoholu, doskonale jednak wiedząc, że nie jest to prawda.
Czułą, jak wino zaczyna uderzać jej do głowy. Karczma wydawała się znacznie przyjemniejsza i czystsza – a karczmarka raczej nie wzięła miotły i nie zaczęła sprzątać. Krzyki pijanych gości przestały jej przeszkadzać, a świat ograniczył się do jednej osoby. Nie mogła oderwał wzroku od jego ciemnych oczu i gęstych włosów. Miała ochotę zatopić w nich ręce i całować go aż do rana. Posiadała jednak działające hamulce.
Poniekąd.
Położyła wolną dłoń na kolanie Quentyla, przysuwając się bliżej niego i zostawiając świat karczmy daleko za sobą.
Owszem. Będziesz mi musiał to jakoś wynagrodzić – powiedziała zniżonym tonem i uśmiechając się szeroko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pią Cze 10, 2016 3:57 pm

W ich relacji zadziwiające było to, jak – pomimo większości życia spędzonego razem – nie zgadzali się w większości spraw, niby dwa zupełnie odmienne żywioły, które paradoksalnie nie potrafią bez siebie istnieć. Wystarczyło, by Quentyl napomknął słowem o szemranych interesach, jakie Reamonn snuje z nie mniej szemranymi typami w Słonecznej Włóczni, a komnatę bądź dowolne miejsce, w którym aktualnie przebywali, można było nazwać polem bitwy – Sandówna natychmiast rozpoczynała wściekłą argumentację, że nie jest utrzymaną, kochanką, kurwą (tu z każdą kolejną kłótnią zmieniało się określenie), tylko niezależną kobietą, która potrafi o siebie zadbać. Martell nigdy nie wątpił w tę jej niezależność, co zresztą niejednokrotnie podkreślał, ale – z właściwą dla mężczyzny próżnością – dodawał, że czasem miło wrócić do własnej sypialni i zastać tam młode, piękne ciało, w którym można zupełnie się zatopić. Na tym etapie sprzeczki Reamonn rzucała, że zatapiać to książę się może, ale w basenie i ani się nie obejrzeli, jak jedno przekrzykiwało drugie. Dziś jednak – o dziwo – obeszło się bez kłótni. Nie do końca wiadomo, co zadziałało na korzyść Quentyla – ich rozłąka, jej zmęczenie czy też jego całkowita bezbronność wywołana zbyt dużą ilością alkoholu. To bez znaczenia – bez znaczenia, bo w końcu (nareszcie!) byli razem. Pomimo przytłumionych przez trunek zmysłów był w stanie dostrzec zmianę, jaka zachodziła w Reamonn – ten chwilowy, pozorny chłód znikał z każdym kolejnym łykiem ale, a bolesny dystans niemal topniał w oczach. Minęła jedna chwila, a już nie uciekała przed dotykiem dłoni Martella, mijała kolejna – i tym razem to jej dłoń spoczywała na jego kolanie, sprawiając, że lekkie zawroty głowy drastycznie przybrały na sile. Nie mógł na to poradzić zbyt wiele – jego reakcje na obecność Sandówny, obecność tak bliską i intymną, że przestał zauważać ludzi wokół, były bezwarunkowe. Quentyl w takich chwilach potrafił skupić się wyłącznie na Reamonn – i robił to z oddaniem tak bezgranicznym, że gdyby teraz cofnęła własną dłoń, najpewniej rozerwałaby jego serce w strzępy.
- Mam nawet kilka pomysłów – uśmiech, który pojawił się na ustach Rea, w magiczny, fascynujący sposób udzielił się również Martellowi; kąciki ust księcia podskoczyły do góry tak raźnie, jakby wyobraźnia właśnie podsunęła mu nader przyjemny obraz (i Bogowie mu świadkiem, że właśnie tak było). Wyłącznie dzięki silnej woli powstrzymał się przed porwaniem Reamonn w ramiona – Quentyl nie mógł jednak obiecać, że zdoła utrzymać własne pragnienia w ryzach przed dłuższy okres czasu. Wystarczyło, by okoliczności stały się nieco bardziej sprzyjające, a najpewniej już wciągałby ją na kolana; lubił jednak myśleć o sobie jako o rycerzu (nie na darmo obnosił się z tym tytułem niby z pokaźną wygraną w karty) i wyłącznie świadomość własnej rycerskości nakazywała mu, by zachował wstrzemięźliwość.
Cóż, póki co.
- Do tego będę potrzebował jednak znacznie lepszego wina niż to, które serwują nam tutaj – kolejny uśmiech, tym razem znacznie szerszy, zupełnie jakby otrzymał upragniony prezent; radość dotarła nawet do ciemnych tęczówek, gdy Quentyl położył własną dłoń na dłoni Reamonn i ścisnął ją lekko, jakby pragnął się upewnić, że Sandówna rzeczywiście siedzi obok, że to woń jej ciała wdycha z taką zachłannością, że to jej ciepło przyjemnie drażni jego zmysły – i w chwili, w której napotkał jej spojrzenie, nie miał żadnych, choćby najlżejszych wątpliwości. To naprawdę była ona – piękna, spokojna, odwiecznie budząca fascynację, ta, o której myślał każdego dnia spędzonego poza Słoneczną Włócznią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Lemonwood, Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
02/05/2016

PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   Pon Cze 13, 2016 10:16 pm

W normalnych okolicznościach już dawno skakaliby sobie do gardła, jednak nawet Reamonn potrafiła czasami odstawić swoją dumę na bok, aby móc wreszcie miło spędzić czas w swoim towarzystwie. Będą mieli jeszcze niezliczoną ilość okazji do kłótni, a przynajmniej taką dziewczyna miała nadzieję. Nie wyobrażała sobie życia bez Quentyla, nawet jeśli czasami miała ochotę zabić go gołymi rękami. Była jednak zbyt dużą pesymistką, aby naiwnie wierzyć, że do końca życia będą razem. Któreś z nich w końcu nadzieje się na własne ostrze. Reamonn obstawiała, że to będzie ona.
Ścisnął delikatnie jej rękę i spojrzał jej w oczy, jakby bał się, że Rea zaraz zerwie się i zacznie od niego uciekać. Nie mogłaby, nie potrafiłaby. Była przekonana, że jej ciało nie jest do tego fizycznie zdolne. Mogłaby udawać, stroić miny, ale nigdy nie byłaby w stanie tego zrobić. Przerażało ją to niezmiernie. Ludzie mówią, że miłość jest najpiękniejszym uczuciem na świecie, ale Rea dorosła już dawno temu i przestała wierzyć w tego typu bajki. Miłość to kula u nogi. Miłość do brzemię, którego nie jest w stanie nieść. Paradoksalnie, gdy Quentyl był obok, nie wydawało się ono takie ciężkie.
- Myślę, że w twoimoraz moim, dodała w myślach – obecnym stanie nie ma za bardzo różnicy jakiej jakości jest wino.
Nie przestawała się uśmiechać, rozbawiona sytuacją aż do łez. Obecność Martella działała na nią jak narkotyk, lepiej wprawiała w dobry nastój niż jakikolwiek inny alkohol. Złapała się po chwili na tym, że bezczelnie wpatruje się w jego szyję, myśląc o tym co... Stop. Musiała się opamiętać. Wprawdzie karczmy to nie świątynia, jednak nie miała zamiaru rzucić się teraz na Quentyla. Potrafiła się jeszcze w jakimś tam stopniu kontrolować.
Jeszcze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Tawerna "Pocałunek Nymerii"   

Powrót do góry Go down
 

Tawerna "Pocałunek Nymerii"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Pocałunek śmierci
» Kliknij i przeciągnij
» Charlotte Allison
» Tawerna "Pod spalonym korsarzem"
» Tawerna "Ostoja Herolda"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia-