a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnata Księcia Dorne



 

 Komnata Księcia Dorne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Komnata Księcia Dorne   Pon Maj 16, 2016 9:30 pm


(hehe, żarcik, nadejdzie dzień, kiedy odpicuję i opiszę)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Komnata Księcia Dorne   Pon Maj 16, 2016 9:31 pm

Jeden z pustych dzbanów kołysał się smętnie na ziemi, z lewa na prawo, z prawa na lewo, pobłyskując niemrawo w przytłumionym świetle przedzierającym się przez kotary. Drugi wciąż stał na stole, choć ledwie cal dzielił go przed upadkiem z olchowego blatu. Trzeci, porzucony niedbale na samym środku szerokiego łoża, pełnił rolę kochanki, którą Edric Martell pozostawił, gdy już nie miała do zaoferowania choćby kropli szkarłatnego trunku. Z całą pewnością można było stwierdzić jedynie dwie rzeczy: po pierwsze, Książę Dorne był pijany, po drugie - wyraźnie nie smakowała mu brzoskwinia, którą jadł.
Lepki sok spływał po brodzie i palcach, znacząc swą wędrówkę lśniącymi ścieżynkami. Jedna z kropel dotarła aż do obojczyka i najpewniej powędrowałaby dalej, aż na obnażoną pierś, gdyby Lord Słonecznej Włóczni nie starł jej ze skóry niecierpliwym ruchem. Druga ześlizgnęła się właśnie na nadgarstek, zastygła na nim nieśmiało, po czym ruszyła w szaleńczym wyścigu do zgięcia łokcia – była niemal u celu w chwili, w której Edric przeturlał się z pleców na brzuch przy akompaniamencie głuchego jęknięcia, ukracając tym samym samobójczą misję kropli soku.
O marmurową posadzkę głucho plasnął do połowy zjedzony owoc.
Brzoskwinia z wyraźnymi śladami zębów w jędrnej, miękkiej powłoce przywodziła na myśl głowę, w której potężny cios wgniótł kawałek czaszki do środka; miąższ rozbryzgnął się pod wpływem uderzenia na wszystkie strony świata, pełniąc najpewniej funkcję mózgu oraz krwi i jedynie nieśmiało majacząca spod brei pestka świadczyła o tym, że owoc jest wyłącznie owocem, nie głową Aerysa Targaryena wdeptaną w posadzkę Sali Tronowej.
Parną ciszę książęcej komnaty przerwały ciche, mlaszczące kroki – zbawiennie chłodny kamień uwydatniał jedynie to na wpół onieśmielone stąpanie, które z każdym kolejnym zetknięciem gołej stopy o marmur przybliżało się do Martella. Nie minęło kilka uderzeń serca, kiedy poczuł na rozgrzanych plecach zimne krople; nieregularne kap kap spływającej z długich włosów wody przeobraziło się w dotyk mokrej skóry dłoni, ostrożnie naciskających na spięte barki. Książę Dorne oparł rozpalone czoło o chłodną posadzkę, wystawiając na próbę własną pamięć – z odmętów ubiegłej nocy próbował wyłowić imię drobnej i szczupłej dziewczyny, którą zabrał z portu i przyprowadził…
Tutaj.
Miał wrażenie, że jej splątane włosy przypominały chmurę ciemnych loków, które kołysały się i drżały poruszane słoną bryzą naciągającą znad morza. Cerę miała bladą, wokół nosa spierzchniętą i zaczerwienioną. Wyraźnie zaznaczone kości policzkowe wydawały się tak drobne, że nawet surowe słowo mogłoby je skruszyć. Patrzyła prosto na Księcia Dorne wielkimi ciemnozielonymi oczami, które barwą przypominały kolor morza podczas sztormu. Nie uśmiechała się i nic nie mówiła - wydawała się smutna, poważna i spowita tajemnicą.
Martella przeszedł ubiegłej nocy ten instynktowny, pierwotny dreszcz, oznaka zupełnego zezwierzęcenia - nawet uderzenie obuchem w głowę nie ogłuszyłoby go tak jak jedno spojrzenie na tę dziewczynę. Nic dziwnego, że nie potrafił przypomnieć sobie jej imienia.
Nie zdążyła się przedstawić.
- Kiedy wyjdziesz, zamknij za sobą drzwi.
Podnosząc się z posadzki, strącił z ramion kobiece dłonie i pocałunki, które zjawiłyby się w ślad za nimi – w bladym świetle dnia ciemnozielone oczy straciły na uroku, smutek, powaga i tajemnica z kolei zniknęły w chwili, w której ocierała kolana na myrijskim dywanie. Książę Dorne nie doszukiwał się winnych – nie musiał, skoro poczucie winy było dla niego zjawiskiem równie abstrakcyjnym, co dziewictwo jego najmłodszej siostry.
Bądź inteligencja tej najstarszej.
Kroki Martella rozbrzmiewały echem pośród pełnej dezaprobaty ciszy. W końcu jak odrętwiały opadł na krzesło przy niewielkim, zarzuconym stertą pergaminów stole.
Czuł się pokonany, choć nie miał szans stanąć do walki.
Pulsujący ból głowy sprawiał wrażenie wściekłego młota, który za wszelką cenę pragnie rozłupać czaszkę w drobny mak; każde kolejne uderzenie rozchodziło się po ciele głuchym echem, uniemożliwiając najbardziej niedbały gest. Nawet przymknięcie powiek wymagało pokładów energii, której Martell zwyczajnie nie posiadał – przekrwione białka zamigotały pod opadającymi rzęsami i zniknęły na dobre w chwili, gdy drzwi trzasnęły cicho za wychodzącą dziewczyną.
Dzięki bólowi nie musiał myśleć o Królewskiej Przystani, o władcy, o smokach, morderstwie, śmierci Lorda Yronwood, wyjeździe Jeyne, powrocie młodszego brata. Nie musiał czytać kolejnych listów, próśb, gróźb, błagań. Nie musiał martwić się, że za dziewięć miesięcy może zjawić się tu ciemnowłosa kobieta z bękartem na rękach.
Nie musiał niczego poza opróżnieniem kolejnego kielicha trunku. Wino wyglądało jak krew, kiedy z trudem napełniał puchar – po pierwszym łyku nawet tak smakowało i dopiero ostre pieczenie w ustach uświadomiło Księciu, że metaliczny posmak to zasługa płytkiej, nierównej ranki na dolnej wardze, nie zaś alkoholu. Gdyby tylko miał siłę, splunąłby mieszanką dornijskiego i juchy, jednak – jak u większości członków rodu Martell – połykanie przychodziło mu ze znacznie większą łatwością.
Od powrotu z Królewskiej Przystani Książę Dorne wydawał się wyjątkowo ponury, nawet jak na niego. Wprawdzie świadomość, że władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych ludzi jest co najmniej szalony, zaś Namiestnik Siedmiu Królestw posiada smoka wszystkim psuła nastrój, lecz w wypadku Edrica chodziło o coś więcej.
Bądź mniej, w zależności od tego, z której strony rozpatrywany był problem.
Wstrząsająca i niespodziewana śmierć Yestena Yronwooda skutecznie spędzała sen z powiek przynajmniej kilku osobom w Dorne, do których zaliczał się także Lord Słonecznej Włóczni – porozumienie, nad którym pracował równie martwy Quentyn Martell wisiało teraz na włosku i w dużej mierze zależało od woli kobiety. Tej jednej, konkretnej kobiety, od której Książę Dorne nigdy nie chciał być zależny – tymczasem stał się takim jeszcze przed ślubem, stojącym pod równie wielkim znakiem zapytania, co dalsze losy królestwa.
Tragedie mnożyły się z zaciekłością rozkochanej w sobie zarazy, zaś te kilka osób w Westeros, które mogły im zapobiec, piły, uciekały bądź ukrywały się za murami swych twierdz, czekając, aż ktoś inny wykona pierwszy krok.
A Edric Martell nie miał zamiaru być tym kozłem ofiarnym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata Księcia Dorne   Nie Cze 19, 2016 9:59 pm

Czyż istnieje na świecie piękniejszy widok niż zachód słońca na pustyni, gdy, jakby wstydząc się swej jaskrawej południowej mocy, zaczyna pieścić człowieka garściami barw o niewyobrażalnej czystości i delikatności? Szczególnie piękne są niezliczone odcienie fioletów, w mgnieniu oka zmieniających szeregi diun w zaczarowane morze — uważajcie, byście nie przegapili tych kilku mgnień, bo nigdy już się one nie powtórzą. Wszystko ma tu znaczenie - ta chwila tuż przed świtem, gdy pierwszy błysk światła przerywa w pół taktu powściągliwy menuet księżycowych cieni na woskowanym parkiecie wyschniętych jezior — albowiem owe bale na wieki ukryte są przed niewtajemniczonymi, którzy przedkładają dzień nad noce – albo ta nieodłączna tragedia momentu, kiedy potęga mroku zaczyna chylić się ku upadkowi i puszyste skupiska wieczornych gwiazdozbiorów niespodziewanie stają się ostrymi lodowymi okruchami — tymi samymi, które przed świtem osiądą w postaci szronu na oksydowanym żwirze zboczy wzgórz… albo moment, gdy złoto wschodzącego słońca przez kilka uderzeń serca jest najcenniejszym skarbem podarowanym ludzkości – zupełnie jak było to dzisiejszego ranka.
Świt smakował i pachniał pomarańczami. Ich lepki, słodki sok tańczył bezkarnie na spierzchniętych ustach księcia i powoli, choć z determinacją prowadził ku żuchwie, szyi, obojczykowi, ramieniu – ślady pomarańczowego soku były śladami pocałunków, skradzionymi nim wstało słońce i (poza znajomym wgłębieniem w jednej z poduszek) wyraźnie świadczącymi, że on spędził tu noc, lecz gnany tylko sobie znanymi sprawami – zupełnie jak pustynna burza, której nie sposób zatrzymać w miejscu – zniknął, nim ciężkie powieki Martella rozchyliły się w końcu. Nad Słoneczną Włócznią do tego momentu zdołało wzejść ohydnej barwy słońce – zupełnie jakby opiło się ropy pół na pół z krwią; napęczniałe, ciężkie i mętne świadczyło o kolejnej wichurze nadciągającej znad rozpalonego kontynentu. W każdym z tych podmuchów dało się wyczuć histerię, coś rozpaczliwego i fatalnego, jak gdyby ostatnie podmuchy gorąca miały być tymi najbardziej doskwierającymi, nim na dobre wyprze je zima. To przytłumione, ospałe światło nie zachęcało, by opuścić ciepłe, szerokie łoże – na dobrą sprawę stanowiło niemą zachętę do zakopania się pośród pieleszy i zniknięcia przed całym światem, ale…
Ale czy nie byłem przed nim zbyt długo ukryty?
Z cichym trzaskiem rozespanych mięśni wyciągnął się na ciepłej pościeli, z odmętów umysły próbując wyłowić szczegóły ostatnich nocy – tyle tylko, że te nie różniły się niczym nadzwyczajnym od setek im podobnych sprzed dwóch lat. W wielogłosowym gwarze krążyła butelka dornijskiego, którego krople, w towarzystwie wesołych „ochów” wypełzała z różnych kubków i szklanic, a przed nimi była jeszcze cała upojna noc ze swymi nie kończącymi się dysputami o nauce, poezji, budowie świata, i znowu o nauce — dysputami rodzącymi w uczestnikach niezachwiane, spokojne przekonanie, że ich życie to jedyny i właściwy wariant… a Qoren patrzył na niego błyszczącymi oczami — tylko on potrafił czasem posiadać taki nie zdefiniowany odcień oczu (ciemnodębowy? przejrzystobrązowy?) — i z całej siły starał się uśmiechnąć, a księciu chciało się płakać z powodu przepełniającej serce czułości.
Zsunięcie się z łoża było znacznie łatwiejsze, niż ubranie – wciąż odrętwiałe, zbyt szczupłe ciało wyglądało karykaturalnie w starych wamsach, koszulach, kamizelach, spodniach. Krawiec robił, co mógł, służka pomagająca ubierać się księciu również, a jednak Trystane – pomimo usilnych starań każdej ze stron – wciąż sprawiał wrażenie, jakby przypadkiem odział się w ubrania starszego brata.
Starszy brat…
Doskonale wiedział, że powinien stawić się u Edrica znacznie wcześniej… i jednocześnie miał świadomość, że ten bez względu na punktualność (bądź jej brak) Trystane’a nie byłby zadowolony.
Na dobrą sprawę nikt nie pamięta, kiedy ostatnio był.
W Siedmiu Królestwach (i całym świecie) były jedynie trzy osoby, które potrafiły zrozumieć i przede wszystkim zdzierżyć Księcia Dorne – jedna z nich, Quentyn Martell, już nie żyła, druga – Jezal Sand – doskonale wiedziała, jak nie dać się sprowokować przez Edrica, a trzecia – Trystane we własnej osobie – właśnie przekraczał drzwi jego komnaty, nie do końca wiedząc, co zastanie w środku: pokłady złości, nienawiści czy pogardy do gatunku ludzkiego i wszystkich jego przedstawicieli? Spodziewał się wszystkiego – nawet czterech zupełnie nagich kobiet robiącym sobie nawzajem dobrze (choć to w komnacie Edrica nie byłoby nowością) -  lecz na pewno nie…
Tego.
Na pierwszy rzut oka puste dzbany były trzy – wystarczyło jednak rozejrzeć się dłużej, by dostrzec dwa kolejne i szósty, właśnie opróżniany. Jeszcze moment na oględziny i do spostrzeżeń dochodziła zatęchła woń przetrawionego alkoholu, potu, spermy i seksu – krótko mówiąc, typowy wieczór w komnacie Trystane’a… ale nie Edrica.
Nie. Nie jego.
- Nie wiem, co wygląda gorzej – Ty… czy Twoja sypialnia – łóżko zapadło się miękko pod ciężarem księcia, który – z niekrytą ostrożnością – najpierw zrzucił zeń splątaną kołdrę, później zaś zajął jej miejsce, natychmiast odnajdując najwygodniejszą pozycję pośród poduszek.
- Do tego dochodzi smród. I brud. I nadgryziona śliwka na samym środku posadzki. Pragniesz zająć się hodowlą mrówek zamiast rządzeniem? Droga wolna, tylko wywietrz najpierw komnatę – ciemne brwi wraz z lekko zarumienionym od słońca czołem zmarszczyły się nieznacznie, gdy Trystane spojrzał na swego brata z dozą… dystansu? Jak gdyby nie chciał, nie dopuszczał do siebie myśli, że to, co dostrzega, było prawdą. W końcu każdy przechodził kryzysy, okazywał słabość, wpadał w sidła własnej bezradności – ale nie on.
Nie Edric Martell.
- Jak rozumiem, upiłeś się ze smutku spowodowanego swoją nieobecnością na pogrzebie Lorda Yronwood? – zmarszczone brwi podjechały nieznacznie do góry, dłoń zaś uchwyciła leżący na łóżku dzban i obróciła go do góry dnem – na pościel nie spadła nawet kropla szkarłatnego trunku, co świadczyło o pieczołowitości, z jaką Edric opróżniał naczynie. – Bo, że powinieneś tam być, to sprawa oczywista… choć nie moja.
Dzban stuknął cicho, gdy Trystane przesunął się na sam skraj łoża tylko po to, by odłożyć naczynie na posadzkę. Przez cały ten czas wpatrywał się jednak w swego brata, jakby w jego nagich (dopiero teraz dotarło doń, że Edric siedzi przy stole tak, jak Pan Światła go stworzył) plecach gotów był dostrzec odpowiedź.
- Jeśli nie z uwagi na szacunek do Lorda Yestena… to dla narzeczonej. Lady Jeyne, jeśli przypadkiem wypłukałeś tę informację wraz z winem – książę ponownie opadł na poduszki, przez chwilę – wypełnioną milczeniem i martwym, zatęchłym powietrzem – wpatrując się w Edrica. – Przysiądziesz się do mnie? Bez dzbana, zostaw go na stole.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Komnata Księcia Dorne   Sob Lip 23, 2016 4:20 pm

Choć był młodszy o kilka lat, już jako dziecko okazał się zażartym moralistą. Był starcem już jako młodzieniec – starcem o szczupłej, wąskiej twarzy i szarych, lśniących, sceptycznych oczach. Niższy od Edrica i dużo lżej zbudowany, szczupły i na wpół ospały jak zwlekający się ze słońca kot, choć widać było, że mięśnie ma mocne i zawsze napięte. Jego sądy, kierowane bezwzględną oceną tego, co dobre, a co złe, były surowe i bezkompromisowe, czasem aż zdumiewały. Kiedy Trystane liczył nie więcej niż czternaście dni imienia, Edric poprosił go, by to wyjaśnił – młodszy Martell w odpowiedzi zapytał, czy wolałby, by był bardziej podobny do pana ojca i to zakończyło dyskusję, choć zwykle mówił dużo więcej od starszego brata, który - z zasady - miał bardziej ponurą wizję świata. Trystane był sprytnym, pragmatycznym człowiekiem, wychowanym w nieprzyjaznej, spalonej słońcem krainie przez twardego ojca, w bliskim otoczeniu nie mniej nieustępliwych mężczyzn. O wielu sprawach często wyrażał się z powątpiewaniem, co sprawiało, że Edric głębiej zastanawiał się nad wieloma kwestiami – poza tym to właśnie młodszy z Martellów kierował się ostrym, surowym poczuciem tego, co właściwe, zestawem srogich imperatywów moralnych, jak gdyby już w młodości postanowił, że zbuduje swoje życie na filozofii działania i myślenia dokładnie odwrotnej, niż jego starszy brat. Edric aż za dobrze wiedział, jak kiepsko Trystane znosi wszystko, co jawi mu się jako niemądre.
A za takie wyraźnie uważał postępowanie Księcia Dorne.
W innych okolicznościach Martell wskazałby swemu bratu drzwi, bądź – gdyby tylko posiadał dość parszywy nastrój – zasugerował mu w kilku niewybrednych słowach opuszczenie komnaty, lecz dziś Edric sam sprowadził na siebie plagę w formie Trystana.
I musiał za to srogo płacić.
Gdzieś na rubieże własnego umysłu przegnał wspomnienie dnia, w którym dornijski książę powrócił do Słonecznej Włóczni – z zażenowaniem wyparł moment, w którym objął brata, bardzo ostrożnie i niepewnie, jakby był utkany z pajęczych nici. W rzeczywistości Edric wiedział, że Trystane nie jest nawet w połowie tak delikatny, jak mogło się wydawać, jednak tamtego dnia – przez krótką, pogardliwie sentymentalną chwilę - znów był kilkuletnim chłopcem, który nurza się w sadzawkach Wodnych Ogrodów, domagając uwagi i uznania. W tamtym momencie żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z panującego napięcia, jakby w powietrzu ponad nimi, niewypowiedziana i przez nikogo otwarcie nie uznana, toczyła się druga, stanowczo zbyt długo odwlekana rozmowa:
- Dlaczego pozwoliłeś, bym spędził w Końcu Burzy dwa lata?
- Dlaczego poprowadziłeś cztery tysiące ludzi na pewną śmierć, Trystane?
- Edric, dlaczego tak długo zwlekałeś?
- Dlaczego – choć raz – mi nie podziękujesz za wszystko, co dla was robię?
Sekretna kłótnia, przesycony wyrzutami dialog zaklęty gdzieś pomiędzy brzękiem kielichów i grzecznym podawaniem sobie tacek z ciastkami. Trystane był opanowany, zrównoważony, zawsze spokojny w obliczu przeznaczenia, ale nawet pomimo tego nie mógł wyrzec się poczucia żalu. Gdyby te myśli nie przebiegały mu przez głowę tysiąc razy dziennie, musiałby nie być człowiekiem.
Nie inaczej działo się w umyśle Edrica – przynajmniej do chwili, w której się nie upił.
Gdzieś zniknął człowiek, który zdobył High Hermitage i Starfall – skurczył się, rozkruszył, rozsypał na gorącym, pustynnym podmuchu, jak gdyby zapomniał o wieczorze, kiedy stał na szczycie murów, z radością patrząc, jak płoną trupy poległych buntowników. Ogień wciąż się rozprzestrzeniał, w końcu objął całe stosy martwych żołnierzy i nawet kiedy Edric wrócił do lordowskich komnat w rodowej siedzibie Dayne’ów, w powietrzu czuć było słodkawy zapach dymu, a wiejący na południe wiatr czasami przynosił przez otwarte okna płaty popiołu. Tamtej nocy otwarto niejedną beczułkę wina, dobrego ostrego, czerwonego wina z Dorne – jednak nawet wtedy Książę nie upił się tak, jak dzisiaj. Słodkawy smak zwycięstwa był niczym w porównaniu z ostrym, gorzkim posmakiem przerażenia, które rozlewało się w ustach Martella i zżerało trzewia od środka.
- Twoje moralizatorskie bajdurzenie jest ostatnią rzeczą, której pragnę dzisiaj słuchać – cień poirytowania w tonie głosu zaskoczył nawet Edrica – Książę z trudem uniósł kielich do ust i z jeszcze większym trudem stwierdził, że naczynie jest puste. Świat zawirował niemrawo, gdy Martell odstawił puchar, przekrwionym spojrzeniem mierząc dzban z winem i – najwyraźniej oceniając możliwości glinianej skorupy – doszedł do wniosku, że dziś nie podoła temu przeciwnikowi.
- Ludzie umierają – dwa, niecierpliwe ruchy wystarczyły, by Edric rozmasował poziomą, głęboką bruzdę, która pojawiła się na jego czole wraz ze zmarszczeniem brwi. – To coś, co zwykli robić, kiedy rabuś podrzyna im gardło – ciemne spojrzenie Martella zamarło na smukłej sylwetce brata, który rozciągnął się na miękkich piernatach, z tej pozycji prowokując starszego Dornijczyka do kłótni. W komnacie zapadło dłuższe milczenie, przerwane jedynie cichym, pojedynczym stuknięciem dłoni Edrica, która spoczęła na lśniącym blacie stołu.
- Nie chciałaby, żebym oglądał jej słabość. Na jej miejscu też nie chciałbym, by ktokolwiek…
Na jej miejscu? Jak wtedy, kiedy otruli ojca a matka podążyła w ślad za nim?
Kielich zaszurał metalicznie, gdy Martell przesunął go po płaskiej, dębowej powierzchni, jak gdyby tym gestem pragnął przegnać własne myśli. Ściągnięty w ponurym grymasie kącik ust drgnął lekko, kiedy Edric pokręcił głową, odrzucając tym samym propozycję brata.
- Muszę zabić Lynette – jakby wymieniał cenę za kosz omułek – obojętny ton wciąż przesyconego alkoholem głosu, któremu towarzyszyło opuszczenie głowy. Nisko, niżej, aż do ugięcia barków pod ciężarem własnego zepsucia. - Dlatego nie pojechałem do Yronwood. Planowałem morderstwo własnej siostry – czoło odnalazło oparcie w dłoni, którą wspierał zgięty w łokciu, zaparty o blat stołu łokieć. Gdyby tylko miał dość sił, otworzyłby oczy i spojrzał na Trystana, oczekując zrozumienia… bądź wręcz przeciwnie – pragnąc odnaleźć w nim choćby cień potępieńczej pogardy.
- Więc właściwie masz rację. Moje priorytety są wypaczone, a ja mam gówno zamiast poczucia obowiązku – na ustach Księcia Dorne zamigotał grymas, który – choć trwał nie dłużej niż dwa uderzenia serca – równie dobrze mógł być uśmiechem, co oznaką odrazy.
- Nawet nie wiesz, jak wiele to ułatwia. Nawet sobie nie wyobrażasz.
Milczenie, które zaraz potem zapadło, mogło trwać godzinę, dobę bądź całą wieczność - i tak nie przyniosłoby wyczekiwanego wybawienia.

/zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnata Księcia Dorne   

Powrót do góry Go down
 

Komnata Księcia Dorne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Księgarnia Esy i Floresy
» Komnata Tajemnic
» Zapomniana komnata
» Komnata Rozkosz (wieża)
» Księga zaklęć

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia :: Pałac rodu Martell-