a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnaty księcia Trystana



 

 Komnaty księcia Trystana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Komnaty księcia Trystana   Nie Paź 02, 2016 7:44 pm


Komnaty księcia Trystana



Dwie połączone łukowatym przejściem komnaty stanowią miejsce, w którym książę Trystane mieszkał od czasów dzieciństwa. Pomieszczenia są przestronne i dobrze oświetlone, choć podczas wyjątkowo szczególnych dni przed upałami ratują zawieszone w oknach kotary - centralny punkt sypialni stanowi dębowe łoże z baldachimem i o misternie rzeźbionych kolumnach. Tuż obok stoi niewielki stolik nocny, na którym zawsze stoi dzban z winem oraz drobne przekąski, które cieszą się szczególnym zainteresowaniem drugiego mieszkańca tych komnat - Qorena Sanda. W pomieszczeniu znajduje się również sporych rozmiarów stół, zwykle zasłany niezliczoną ilością pergaminów oraz ksiąg, oraz postawiony przy wyjściu na taras pulpit, gdzie książę zwykle przelewa swe myśli na papier. Z części sypialnej można przejść do nieco mniejszej komnaty, gdzie w marmurowej posadzce wbudowano basen, w którym książę może zażyć ciepłej kąpieli bądź szukać weń ochłody.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   Nie Paź 02, 2016 7:46 pm

- Czy prosiłem o wiele?!
Nadlatujący od strony łoża talerz rozbił się o ścianę z charakterystycznym, zgrzytliwym dźwiękiem rozbijanej porcelany. W jego ślad podążył cynowy kubek, który – w przeciwieństwie do pierwszego pocisku – odbił się od przysłoniętego barwnym gobelinem muru i z żałośnym jękiem potoczył po posadzce, wykręcając na dywanie symetryczny okrąg. Trystane poruszał się szybko, zwinnie, jak atakujący kot czy też raczej zwierzę po stokroć bardziej niebezpieczne – jadowity wąż, który zwinął się do szarży i wyskoczył niby poluźniona sprężyna. W trzech, prędkich susach znalazł się przy okrągłym stoliku, na którym stała plansza z niedokończoną rozgrywką w cyvasse – nim książę zdołał złapać oddech, zarówno stolik, jak i gra wylądowały na ziemi, Martell dla pewności kopnął w mebel i dopiero wtedy – dysząc ze złości oraz wysiłku – wbił rozpalone wściekłością spojrzenie w siedzącego na łożu bękarta.
- Prosiłem, żebyś nie opuszczał pałacu, ale jak zwykle – jak zwykle! – musiałeś zadziałać po swojemu, w końcu jestem tylko twoim księciem, kto to widział, by słuchać poleceń i rozkazów księcia!
Pod wpływem jawnie wypowiedzianych zarzutów w Trystanie ponownie zakotłowała złość – przez moment stał w bezruchu, z zaciekłym wyrazem twarzy rozglądając się za czymś, co może przewrócić, złamać bądź czym da się rzucić o ścianę. W końcu jego wzrok padł na półmisku z owocami – niewinne daktyle na moment znalazły się w garści Martella, wszystko po to, by ledwie chwilę później pofrunąć w stronę szczelnie zamkniętych okien. Malinowa, przejrzała już pomarańcza miała znacznie mniej szczęścia, bowiem podzieliła los rozbitego talerza – z tą różnicą, że nie rozpadła się na dziesiątki maleńkich kawałków, tylko rozbryznęła na misternie tkanym arrasie, pozostawiając na nim mokrą plamę złożoną z miąższu oraz soku. Obrana pomarańcza nie zdołała dolecieć do ściany – Trystane cisnął nią o ziemię, przez krótki, króciutki moment walcząc ze sobą, by w akcie buzującej weń złości nie przydeptać owocu; powstrzymała go wyłącznie wizja zepsucia zupełnie nowych pantofli z delikatnymi, złotymi haftami na obszyciach. Porzucona na posadzce pomarańcza zatem ocalała, lecz takiej pewności w żadnym stopniu nie mógł mieć Qoren Sand, który stanowił główną, choć nie jedyną przyczynę wściekłości księcia. Martell miał ochotę obedrzeć bękarta żywcem ze skóry, a następnie uszyć z niej nowiutki abażur, lecz w obecnej chwili był święcie przekonany, że nawet tak przetworzony Sand działałby mu na nerwy – uznał więc, że znacznie wygodniej będzie dawać upust swej złości na oddychającym i słuchającym go bękarcie (a przynajmniej Trystane miał nadzieję, iż jest wysłuchiwany).
- Ilekroć nie zwrócę się do ciebie z prośbą, robisz wszystko, absolutnie wszystko, by jej nie wypełnić! Wiesz, czego ci życzę, Sand? – Martell w kilku krokach znalazł się przy drzwiach, zupełnie tak, jakby pragnął otworzyć drzwi na oścież i kazać się wynosić Qorenowi z jego życia – nic podobnego jednak nie nastąpiło, bowiem książę schylił się po cynowy kubek… tylko po to, by ponownie nim rzucić – tym razem o ścianę w pobliżu okna.
- Życzę ci, żebyś zachorował, skoro tak wytrwale o to zabiegałeś opuszczając pałac! – prędkim, nerwowym gestem Trystane odgarnął z czoła niesforny kosmyk odrastających już włosów – tym razem patrzył wprost na Sanda, choć nie było to spojrzenie, na które pragnąłby narazić się jakikolwiek mieszkaniec Słonecznej Włóczni. Coś w oczach Martella – jakaś iskierka desperacji, złości bądź szaleństwa – sprawiało, że książę przywodził na myśl nieprzewidywalną, spuszczoną ze smyczy bestię, która gotowa jest w każdej chwili porzucić resztki człowieczeństwa i rzucić się na przyczynę swej wściekłości. Czyli – co nie mogło ulegać żadnej wątpliwości – wciąż siedzącego na łożu Qorena Sanda.
- Natychmiast pożałowałbyś swej decyzji, gdyby przyszło ci rzygać krwią! – głos księcia drgnął przy ostatnich słowach, jednak sam Trystane nie sprawiał wrażenia łagodniejącego – znów przemierzył komnatę w kilku długich, niespokojnych krokach, tak charakterystycznych dla uwięzionego w klatce drapieżnika. Głowę pochylił, ręce splótł za plecami, wzrok wbił w posadzkę – mogłoby się wydawać, że pierwotna, atawistyczna złość minęła, jednak było to wrażenie równie złudne, co pustynny miraż w samo południe upalnego, letniego dnia. Martell nagle zadarł głowę – jak wietrzące krew zwierzę – i ponownie wbił twarde spojrzenie w Sanda. Gdy tym razem zabrał głos, jego ton był chłodny, spokojny, niemal łagodny – a przynajmniej byłby takim, gdyby nie płynące z ust Trystana słowa.
- Nie, jednak nie życzę ci, żebyś zachorował. Życzę ci, żebym to ja zachorował – na wargi księcia wpłynął blady, okrutny uśmiech – na swój sposób przerażający w połączeniu z nieruchomy spojrzeniem szarych tęczówek i kropelkami potu, które zaiskrzyły się na czole Martella. Trystane postawił w stronę Qorena krok, zaledwie jeden, na dodatek dość krótki – było to jednak wystarczająco wiele, by Sand mógł dojrzeć w oczach księcia determinację o jaką trudno podejrzewać kogoś w pełni władz umysłowych.
Lecz kto w tych dniach w Dorne mógł zwać się normalnym?
- Życzę ci, byś musiał patrzeć jak trawi mnie zaraza, jak moje ciało pokrywają szkarłatne plamy, dokładnie takie, jakie widnieją na ciałach moich sióstr. Życzę ci, żebyś patrzył, jak walczę o każdy kolejny oddech, jak nawet najmniejszy ruch przysparza mi niewyobrażalnych cierpień – kolejny krok, równie krótki i stonowany, co poprzedni. Trystane zmrużył lekko oczy, nadal nie spuszczając wzroku z Sanda – zupełnie, jakby samym tylko spojrzeniem chciał uzmysłowić mu rysowany przez słowa obraz.
- Być może wtedy zrozumiałbyś, jak bardzo się bałem. Jak bardzo wciąż się boję na samą myśl, że twoja nocna przechadzka po trawionym przez zarazę mieście mogła się okazać ostatnią w życiu. Wiesz, co to za uczucie, Qoren? Jak bardzo napawa bezsilnością?
Martell zamarł w bezruchu, patrząc na Sanda chłodno. Ponownie uniósł do czoła dłoń, ponownie odgarnął ciemne pasmo włosów, ponownie poczuł, jak ogarnia go wściekłość.
- Nie, nie wiesz. Bo wcale nie znasz strachu, prawda? Wcale nie musisz się o nikogo martwić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   Sro Paź 05, 2016 12:58 pm

Przezorność matką mędrców – stare przysłowie posiadało w sobie całą garść kiełkujących ziaren prawdy. Książę Trystane posiadał dość szczęścia, by nie paść ofiarą szalejącej w Dorne zarazy i jednocześnie na tyle zdrowego rozsądku, aby nie opuszczać stosunkowo bezpiecznego pałacu.
Niestety nie można było tego powiedzieć o Qorenie Sandzie – jego nocna wyprawa poza mury siedziby rodu Martell naraziła go nie tylko na gniew księcia, lecz również czyhające w Słonecznej Włóczni niebezpieczeństwa. Atakująca choroba była podstępna – wystarczyła chwila nieuwagi, przelotna styczność z kimś zarażonym, by narazić się na podzielenie jego losu. Sand mógł nawet nie wiedzieć, kiedy dokładnie wystawił się na działanie zarazy – faktem było, iż do książęcego pałacu wrócił w nieco gorszym stanie, niż z niego wyszedł. Musiało minąć tylko trochę czasu, by choroba mogła uwić sobie wygodne gniazdko, gdy zaś na dobre rozgościła się w organizmie…
… rozpoczynała działanie.
Objawy pierwszego stadium nie były wyjątkowo ostre – przebywając w książęcej komnacie i mierząc się z gniewem Martella, Qoren poczuł lekkie osłabienie, dokładnie takie, jakie ogarnia ciało po dniu spędzonym na pełnym słońcu, zwłaszcza zaś w Dorne. Jego temperatura podniosła się nieznacznie, zaś pozornie niepokojące duszności ustępowały po uniesieni do ust kielicha z napitkiem. Po pewnym czasie trunek przestał jednak pomagać, zaś Sand mógł odnieść wrażenie, jakby na jego piersi położono ciężki, marmurowy głaz. Także lekkie zawroty głowy mogły być pewnym wskazaniem na kiełkującą w jego ciele chorobę, choć objaw ten dość nieopatrznie mógł zostać przypisany upałom – nawet, jeśli przez całe lata człowiek zdołał się na niego uodpornić. Panująca wokół zaraza zdołała jednak nauczyć Dornijczyków jednego – nieleczona choroba przyczyniała się do znacznego pogorszenia stanu, zaś wszelkie jej przejawy powinny być traktowane z całą powagą.

    Rzut kością zdecyduje o dodatkowym czynniku chorobowym zaczerpniętym z objawów II stadium:
    1, 3 - krwotok z nosa, który miał miejsce jeszcze w trakcie rozmowy z księciem,
    2, 4 - całkowite wyzucie z sił, które Qoren poczuje w następnej interwencji MG,
    5 - wysoka gorączka, która podwyższa się z każdą mijającą chwilą,
    6 - ciemne wybroczyny na ciele; jedna z plam już pojawiła się na ciele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   Sro Paź 05, 2016 12:58 pm

The member 'Valar Dohaeris' has done the following action : Dices roll


'Rzut 6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   Wto Paź 18, 2016 9:34 pm

Miał świadomość jak zareaguje Trystane Martell.
Niejednokrotnie doświadczył jego wściekłości, doskonale poznał skalę gniewu jaki można w nim wzbudzić – zwłaszcza, gdy chodziło o jego, Qorena, osobę.
Z pełną świadomością i determinacją zdecydował się na opuszczenie pozornie bezpiecznych murów Starego Pałacu, wkroczył w sam środek piekła rubinowej gorączki. Chorzy leżeli na ulicy, zawodzili, jęczeli, lecz nikt ich nie słuchał. Nikt, a zwłaszcza już Bogowie, o ile w ogóle istnieli.
Był głupcem, był potwornym głupcem i oczyma wyobraźni widział samego siebie rzygającego własną krwią, lecz na krańcu umysłu przylgnął mu jeszcze gorszy obraz – Jynesse w podobnym stanie.
Zniknęła.
Nie mógł jej nigdzie znaleźć. Ani w kuchni, ani w swojej komnacie, ani u innych służek, ani w ogrodach. Po prostu nigdzie. Rozpłynęła się w mroku nocy. Zapadła się pod ziemię.
Pochodząca z Pogranicza kretynka dawała sobie rękę uciąć, że widziała jak Jynesse opuszcza pałac. Było to wręcz nieprawdopodobne, lecz doskonale ją znał. Mała żmijka mogła znaleźć sposób, jeśli tylko by zechciała – nie była jednak głupia.
Sand przeciwnie. Zupełnie zgłupiał, gdy nie mógł Jynesse nigdzie znaleźć. Sam wylazł na ulice miasta z desek i klął pod nosem, że naprawdę utnie tej głupiej kurwie z Pogranicza rękę.
A najlepiej obie.
Strażnik, z którym wychylił nie jeden dzban wina i to nie raz, ani dwa, zdążył zawrócić go w porę. Nim jeszcze nie zwrócił ostatniego posiłku przez odór choroby, jaki unosił się wąskich uliczkach. Starannie opatuleni chustami wrócili do pałacu i Sand musiał się zmierzyć z czymś gorszym, niż smród. Nie powiedział Martellowi ani słowa, bo niby kiedy, skoro do następnego wieczora starannie go unikał? Poczucie winy ciążyło, lecz chęć ukrycia ciemnej plamy na skórze, która pojawiła się na lewym przedramieniu była jeszcze silniejsza.
Źle spał. W skroni czuł pulsujący ból, a kiedy wreszcie musiał zmierzyć się ze wściekłością Trystana… głównie milczał, taktycznie unikając pocisków, jakie ciskał młodszy Dornijczyk.
Zawsze był nieobliczalny, lecz odkąd wrócił ta gwałtowność się jeszcze bardziej pogłębiła. Bękart próbował ostatnim razem obrócić to w żart, mówił że następnym razem Trystane połamie mu wszystkie kości. Cóż, teraz był tego bliski.
-Nie jestem Twoim psem, byś mi wydawał polecenia – warknięcie wydobyło się z jego ust, nim zdążył pomyśleć.
Nerwowo obciągnął lewy rękaw koszuli.
Owszem, Trystane miał prawo do gniewu. Mógł jednak zapytać dlaczego? Naprawdę sądził, że jest tak głupi, by wkraczać pomiędzy umierających na zakaźną chorobę bez wyraźnego powodu?
-Pierdolisz głupoty, Martell. Czy ty sam siebie słyszysz?
Z wściekłości drżały mu dłonie, lecz cofnął się o krok. Zacisnął pięści, próbując odegnać obrazy, które bezlitośnie przywoływał młodszy Dornijczyk. Nie wiedział co mówi, nie panował nad sobą – to aż nazbyt często ich łączyło.
-Myślisz, że tylko ty się boisz? – bękart wybuchnął nagle, po chwil zimnego milczenia – Nie znam strachu? Mam córkę, do kurwy nędzy, jakbyś o tym zapomniał. To mój bękart i moja krew. I nie było jej. Rozumiesz? NIE BYŁO JEJ!
Zaczął krążyć przy drzwiach, choć dziwnie ciążyło mu w piersi, zdawało mu się, że drży z wściekłości. Cedził, że nie jest psem, by spełniać jego rozkazy, lecz jak pies wiernie przy nim trwał – nawet teraz nie wyszedł, choć Trystane Martell potrafił doprowadzić go na skraj furii.
-NIE BYŁO!
Bękart wyładował własną złość uderzeniem w ścianę i natychmiast tego pożałował – niemal pogruchotał sobie palce.
-Wolałbym zgnić od zarazy, niż by jej… albo Tobie…
Nie było mu dane dokończyć zdania. Poczuł wilgotną strużkę krwi na ustach. Odruchowo uniósł dłoń do warg i na opuszkach palców dostrzegł szkarłatną krew.
Nieznajomy ma naprawdę parszywe poczucie humoru.
Nawet na niego nie spojrzał, choćby na moment. Zasłonił dłonią nos i usta, natychmiast odwracając się do księcia plecami i ruszyć w stronę drzwi.
Wolał rzygać krwią, niż go zarazić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   Nie Gru 25, 2016 10:59 pm

Rozchylił nieznacznie usta, jakby chciał nabrać głęboki haust powietrza przed skokiem w głębinę.
Nie potrafił dopuścić do siebie tego wszystkiego, czego przed momentem był świadkiem. Jakaś część jego umysłu zaciekle wypierała słowa, które padły z ust Qorena, ton, który przez nie przezierał, gniew, który przybrał formę gęstej, duszącej mgły o barwie głębokiego rubinu. Lata czytania w zachwycie i w domniemaniu prawdy, dalekie podróże we własnej głowie, godziny strawione w lepszych światach na kontynentach fikcji. Wyobraźnia rozwinięta ponad miarę, parę otwartych granic, rozbudzone emocje – nic nie mogło przygotować Trystana na ten dzień.
Żadna książka najbardziej uczonego z mędrców, żaden wolumin spisany ręką najbardziej błyskotliwego maestra. To było tak przerażające i tak niecodzienne, że cała rzeczywistość tej sceny stawała pod znakiem zapytania – dlatego próbował równie rozpaczliwie zaczerpnąć powietrza, kiedy Qoren wspomniał o zniknięciu Jynesse i później, gdy niemal połamał palce na ścianie, która zniosła dzisiaj zbyt wiele krzywd z ich strony. Chyba nie chciał uwierzyć w to, co usłyszał, choć przecież doskonale wiedział, iż była to prawda – Sand nigdy nie kłamał w sprawie własnej córki, zwłaszcza, gdy sprawa stawała się równie…
Poważna i opłakana.
Poczuł gorycz na języku, która nie wiadomo skąd podpłynęła mu do gardła – dopiero, kiedy zbawienne powietrze wypełniło płuca księcia (dlaczego nagle zrobiło się tak duszno?), odnalazł w sobie dość odwagi, by w kilku długich krokach dopaść do drzwi, do których kierował się Qoren. Jeśli chciał uciec, było na to za późno – Trystane boleśnie zderzył się z twardą, dębową fakturą, nawet nie odczuwając bólu, który promieniował od wżynającej się w plecy klamki.
Przez moment po prostu stali naprzeciw siebie w zupełnym milczeniu, a książę po raz pierwszy od bardzo dawna zwyczajnie nie wiedział, co konkretnie ma powiedzieć.
Przeprosić za własne słowa? Zapytać, czy z Jynesse wszystko w porządku? Wykrztusić, że nie miał na myśli niczego, co ledwie przed chwilą wykrzykiwał w niepohamowanym szale? Jak na złość, jego umysł milczał zaciekle, nie podsuwając żadnych rozwiązań – być może dlatego książę zadziałał instynktownie, gdy jego ręka nagle zacisnęła się wokół dłoni Sanda. Właśnie tak – nie wziął Qorena za rękę, nie splótł swoich palców z jego, po prostu otoczył silne kości dłoni bękarta mocnym chwytem. Trzymał go tak, jak trzyma się niesforne dziecko, przeprowadzając je przez zatłoczony targ, jak przytrzymuje się kogoś, kto chce uciec, a komu nie chcemy pozwolić się wyrwać. Była w tym zaklęta przedziwna mieszanka obaw, czułości i strachu, który narastał z każdym kolejnym uderzeniem serca.
- Nie wychodź – szept Martella zabrzmiał słabo, nienaturalnie, jak gdyby nagle zapomniał o równie podstawowej umiejętności, co mówienie; jego usta zamarły w bezruchu, rozchylone, zdrętwiałe, pozbawione mocy sprawczej, a spojrzenie – dotychczas wbite w przysłoniętą dłonią twarz Sanda – powoli zjechało niżej.
Na odsłonięty nadgarstek. Na ciemną wybroczynę szpecącą ciepłą skórę. Na kilka kropel krwi, które nieostrożnie skapnęły na materiał koszuli Qorena.
Bezcielesny substrat wykrzyczanych w gniewie słów stał się nagle ciałem. Peany krytyki, życzeń choroby i agonii zyskały brutalnie materialny wymiar i materii właściwą wagę. Kreacja obróciła się w życie. Potencja zamieniła się w akt, istnienie warunkowe i dorozumiane – w rzeczywiste i samoistne.
Zaraza przybrała cielesną formę i zagnieździła się w kimś, kto nie miał prawa zachorować.
Kto nie mógł zachorować, kto nie zasługiwał na to, by…
- Nie.
Nie wiedział, skąd w jego głosie równie potężna determinacja, wzbierająca fala pewności, stanowczość, którą podkreśliło mocniejsze zaciśnięcie palców na dłoni Sanda.
- Przecież nie mogłeś zachorować, żaden bóg nie jest tak okrutny – uniósł kąciki ust w bladej, żałosnej imitacji uśmiechu, przez cały ten czas wpatrując się w krwawą wybroczynę na nadgarstku bękarta i te kilka ciemnych kropelek krwi, które stanowiły niewerbalny, tragiczny wyrok.
- To tylko zmęczenie, Qoren. Wystarczy, że odpoczniesz, przysięgam, nie będę ci przeszkadzał – słowa księcia brzmiały tak, jak gdyby nie do końca pojmował otaczającą go rzeczywistość – i być może właśnie tak było, bo wciąż uśmiechał się na wpół przytomnie, próbując odciągnąć Sanda od drzwi i zaprowadzić go w stronę łóżka. – Poproszę o coś do jedzenia, na co masz ochotę? Ciastka cytrynowe? Tak? Niech będą zatem ciastka.
Ostatnie sylaby zdradziły to, co działo się w umyśle księcia – zlepek kilku liter przybrał w jego ustach nienaturalnie wysoki, drżący ton, który stanowił zaledwie drobne preludium dla śmiechu, jaki nagle wyrwał się z gardła Martella.
Nie było w nim nawet odrobiny rozbawienia – jedynie puste, przesycone nerwowością i strachem echo, które wypalało w umyśle równie krwawe wybroczyny, co te widniejące na ciele bękarta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnaty księcia Trystana   

Powrót do góry Go down
 

Komnaty księcia Trystana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Księżycowe Jeziorko
» Komnaty Władcy (Zamek Pyke)
» Komnaty Maestra Edvyna
» Księżycowe Drzwi
» Otwórz książkę na stronie...

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia :: Pałac rodu Martell-