a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Złoty Trakt



 

 Złoty Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Złoty Trakt   Sob Mar 07, 2015 9:43 pm

Złoty Trakt jest jednym z najistotniejszych szlaków handlowych w całych Siedmiu Królestwach - łączy ze sobą Królewską Przystań oraz Casterly Rock, częściowo przebiegając przez północne włości Reach. Droga przecina Czarny Nurt i wiedzie nieprzerwanie na Zachód, poprzez Głęboką Jaskinię aż do siedziby rodu Lannister. Od dziesiątek lat dokładano starań, by trakt pozostał utwardzony, przeto podróże są znacznie łatwiejsze zarówno dla konnych, jak i wozów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Nie Mar 22, 2015 10:58 am

W niewielkim lesie panowała nienaturalna cisza, głucha i wibrująca. Każdy z tuzina jeźdźców doskonale słyszał ptaki, cichutki szelest liści, czuł podmuchy wiatru, lecz przez to wszystko przebijała martwota, która przyprawiała o dreszcz lęku. Powoli, z początku ledwo wyczuwalnie, z zapachem ziemi i butwiejącej ściółki zaczęła się mieszać inna woń. Orys dobrze ją znał. Słodki, gęsty zapach krwi wznosił się ponad innymi bodźcami, wypełniając nozdrza bez cienia najmniejszego oporu. Jeszcze nim posłany do przodu zwiadowca zdołał wrócić, dziedzic Końca Burzy zrozumiał, że… jest za późno. Koń znacznie zwolnił tempa, gdy Baratheon przestał się łudzić – zakręt za zakrętem odór był coraz silniejszy, aż w końcu niewielki las dobiegł końca, ukazując oczom jeźdźców pierwsze ślady tragedii.
Orys zamarł przy granicy ostatnich drzew, ze ściągniętą, lecz spokojną twarzą, która mimowolnie przybrała barwę szarego płótna.
Siwy dym snuł się po ziemi, ciężki i cuchnący. Wiatr niemal ustał, przez co gęsty opar z pogorzeliska czołgał się jak chory smok, szorując brzuchem po pożółkłej trawie. Słabnące płomienie niechętnie lizały pozostałości ścian budynku - jedynie nieliczne, osmolone sadzą żerdzie sterczały w powietrze niczym połamane żebra szkieletu wieloryba.
Krzyki już dawno ucichły i teraz dało się słyszeć tylko pojedyncze, ochrypłe zawodzenia dobiegające od strony ugoru.
Kamienny posąg Wojownika sterczał pośród dogasających zgliszcz jakoś bezwstydnie, nagi, smutny i pozbawiony potęgi zarazem. Nie spełnił zadania, nie zdołał obronić septu przed śmiercią, zadaną niepohamowanymi, głodnymi płomieniami. Siedmioramienna gwiazda, dumnie wykuta nad łukowatym wejściem do świątyni, wyglądała teraz jak szyderczy emblemat niespełnionej świetności.
Baratheon ściągnął ostrożnie skórzane wodze, zmuszając rumaka do obrotu w miejscu. Płynny, elegancki ruch zwierzęcia w innych okolicznościach sprawiłby mu przyjemność – aż ciężko pomyśleć, że jeszcze nad ranem Orys był bardzo zadowolony ze swego nowego wierzchowca, nie podejrzewając nawet, iż w dalszej części wędrówki staną się milczącymi świadkami tragedii. Koń z królewskich stajen miał silny, umięśniony kark, zdrowe spojrzenie czarnych ślepi, silne pęciny i nieskazitelną sylwetkę. Lekki, nieszczególnie potężny, ze wszystkimi cechami wskazującymi na szlachetną krew, niósł jak wicher, odznaczał się zwinnością, wytrzymałością i karnością, a przy tym wszystkim był – z punktu widzenia Baratheona - zachwycającej, izabelowatej maści. Co najistotniejsze jednak, wierzchowca nie ogarniał nadmierny niepokój, gdy wokół niego unosił się zapach dymu, pogorzeliska oraz nadpalonych, ludzkich szczątek.
Dziedzic Końca Burzy wypuścił ostrożnie powietrze z płuc, obrzucając obojętnym wzrokiem dogasający już sept i kryjące się pośród popiołów trzy oczadzone szkielety. Jeden z nich, malutki i drobny - zupełnie jakby należał do karła - spoczął tam, gdzie jeszcze przed dwoma dniami znajdowały się drzwi świątyni. Baratheon przesunął ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć z oczu obraz zastygłej przed nim sceny, po czym spiął konia, powoli mijając tlące się zgliszcza. Dziedzic Końca Burzy nie zamierzał się łudzić, że - w obliczu śmierci wiszącej nad tym odcinkiem Złotego Traktu – przekleństwa w jakikolwiek sposób pomogą. Mógł jakoś wyładować gniew, furię, wściekłość wywołaną poczuciem jawnej niesprawiedliwości… ale nie rozpacz i rozterki. Te zagnieździły się w piersi, przy każdym wyboju drogi zagłębiając coraz głębiej i głębiej, zupełnie jakby były wżynającym się w serce kolcem złożonym z trudem tłumionej złości. Nieposkromiona wyobraźnia Orysa natychmiast jęła podsuwać mu wizje tego, co mogło zajść w okolicy przed nie dalej niż dwoma dniami.
Oddalona o dwie mile na południe spokojna osada, szykująca się do snu przedwieczorną porą, zawrzała. Mieszkańcy w panice chwytali dobytek, zaganiali wystraszone zwierzęta, zwoływali dzieci. Część, dźwigając toboły, ciężkim truchtem biegła do niewielkiego lasku, który delegacja Końca Burzy właśnie opuściła.
Zdążyli?
A co, jeśli nie? Jeśli rozwrzeszczana, wyjąca niczym wilki banda konnych wsiadła im na karki, siekła nieuzbrojonych mieczami, toporami, buzdyganami jak bydło na ubój? Wieśniacy mogli padać między twarde kawałki słoniny, rozsypaną mąkę i gomółki sera, które wyleciały z rozdartych zawiniątek. Krew plamiła wamsy, źdźbła trawy, wsiąkała w ziemię.
Rozbójnicy wpadli później do septu, podpalili drewniany dach. Ogień strzelił w górę, wesoły na tle ciemniejącego nieba. Możliwe, bardzo możliwe i niemal porażająco prawdopodobne, iż napastnicy, otumanieni wrzaskiem, krwią i płomieniem, nieśli śmierć dla samej rozkoszy zabijania. Tak, jak tysiące im podobnych, czuli się niczym bezwzględni bogowie, władni dla kaprysu zabierać życie. Obracali w miejscu tańczące, podniecone odorem krwi i gorącem ognia wierzchowe, zeskakiwali gwałcić co gładsze dziewki, dobijać rannych, mordować, zarzynać zwierzęta. Nie dbali o łup. Bo co można znaleźć w ubogiej wiosce? Żyto? Smalec?
Chcieli zabawy, zatem urządzili zabawę.
I tylko ogień strzelał jasno, wesoło.
Domysły dziedzica Końca Burzy poszły o jeden, dwa, trzy, dziesięć kroków za daleko – spalony sept i trzy ofiary płomieni były jedyną oznaką gwałtu w okolicy, w czym Baratheon utwierdzał się po każdym przebytym jardzie. Powietrze wciąż wypełniał ciężki odór dymu, jednak umiejętność racjonalnego osądu sytuacji wzbiła się ponad drażniącą woń – prawdopodobieństwo, iż świątynia spłonęła przez nieuwagę wiernych, zbyt dużą ilość świec zapalonych przed ołtarzem Matki bądź z powodu zwykłego zrządzenia losu, niewysłowionego pecha, uderzenia pioruna,  tlącej się strzechy było równe przekonaniu, że gwałtu dopuścili się rozbójnicy z Królewskiego Lasu.
Wierzchowiec prychnął niespokojnie, gdy jeden z rycerzy Burzy zrównał się z Baratheonem, próbując dojrzeć w twarzy dziedzica jakąkolwiek wskazówkę – błękitne spojrzenie pozostawało jednak nieruchome, usta zaś zacisnęły się w wąską, bladą kreskę… i wyłącznie nerwowo drgające nozdrza, zupełnie jak u zwierzęcia próbującego wyczuć woń drapieżnika, zdradzały cień uparcie tłumionych emocji.
- Tak. – krótkie, ciche słowo dziedzica Końca Burzy rozbrzmiało w ponurym milczeniu zacieśniającym się nad tuzinem jeźdźców i stanowiło zwięzłą odpowiedź na pytające spojrzenie ser Lyama, jadącego strzemię w strzemię z Orysem. Większość z nich poderwała energicznie głowy, wbijając spojrzenie w sylwetkę Baratheona, który nieustannie parł do przodu, dopiero po przebyciu kilkunastu kolejnych jardów zatrzymując konia. – Sprawdzimy okolicę, zostawimy tu wierzchowce, wystawimy wartę i… - pusty, niemal kpiący śmiech rozbrzmiał w umyśle dziedzica Burzy, gdy obrócił konia ku swym ludziom, mierząc się z zaskoczonymi, choć przeczuwającymi kolejne słowa spojrzeniami. - … pochowamy ich. Jak Siedmiu przykazało.
Wszak dzień zwłoki jest niczym w obliczu wieczności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
High Tide, Driftmark
Liczba postów :
19
Join date :
27/11/2015

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Nie Maj 15, 2016 4:27 pm

Co oznacza deszcz spadających gwiazd? Niemal każdy miał babkę, nianię, lub inną osobę, która opowiadała mu fantastyczne historie. Od nich usłyszeć można było opowieści na ten temat. Każda miała swoje mądrości, toteż odpowiedzi na te pytanie jest wiele, pewnie tak dużo, że ciężko byłoby zliczyć je wszystkie.
Ile z nich słyszał Daenor? Co najmniej kilka. Kiedyś, gdy pływał jeszcze po wodach Morza Nefrytowego jeden z marynarzy mówił, że gwiazdy są pamiątką po człowieku, ogniem, który niegdyś utrzymywał go przy życiu na ziemi, a potem uleciał, by spędzić resztę czasu wśród tych, którzy już odeszli. Velaryon nie był przychylny tej wersji. Wierzył, że nie jest dane zwykłym żyjącym zobaczyć świat "po drugiej stronie".
W meteorytach upatrywał znak pojawienia się kolejnego ze smoczej rasy. Wydarzenia z królewskiego ślubu śmiało można zaliczyć do jednego z najważniejszych w ciągu ostatnich dekad. Cieszył się, że nie tylko mógł dożyć tych czasów, ale i być ich naocznym świadkiem. Z drugiej strony obawiał się tego, co może się zdarzyć w przyszłości. Cały czas miał przed oczami błysk łusek, które wybijały się z popiołów. Czy ten mały gad może być przyczyną nowego tańca smoków? Być może, ale żeby być pewnym, trzeba jeszcze poczekać.
Odpowiedź niebios na wyklucie się smoka była interesująca nie tylko dzięki niebywałym widokom, które przyszło im zobaczyć. Na ziemie Westeros musiały spaść dziesiątki, jak nie setki meteorytów. A te nie dość, że są cenne, to wydają się być niezwykle wytrzymałe. Ponoć z rudy spadającej gwiazdy ukuty został miecz starożytnego rodu Dayne'ów. Żal nie wykorzystać takiej okazji, by ponownie podróżować po kontynencie i poczuć klimat tych krain. Wprawdzie cytadela na pewno będzie skłonna sporo zapłacić za ten rzadko spotykany materiał, to chęć zysku nie była jednak tą siłą, która kierowała Velaryonem. Bardziej od złota pragnął samego meteorytu. Gwiazda mogłaby posłużyć do wykucia nowego ostrza, lub byłaby po prostu drogą ozdobą, świadczącą o tym, że powrót do domu był udany.
Z tego powodu Daenor niemal od razu zebrał kilku osobowy oddział i wyruszył, by odnaleźć fragmenty tego cennego materiału. Skierował się ku Dorzeczu, gdyż gwiazdy wydawały się lecieć właśnie w stronę Morza Zachodzącego Słońca.
Orszak przemieszczał się sprawnie, mimo że nie poruszał się bezpośrednio po trakcie, a rozszedł się między drzewami, by raz po raz zbliżać się, lub oddalać od ścieżki. Miało to na celu dokładne sprawdzenie jak największego obszaru. Pierwszym z konnych był Velaryon. Przy rycerskim pasie wisiał jego qohoricki miecz, oraz długi, myśliwski nóż o zakrzywionej klindze. Przy łydce przywiązane było mniejsze ostrze, okryte cholewą. Podobnie jak reszta mu towarzysząca, do siodła przytroczony miał łuk, oraz kołczan pełen strzał. Do tego wzięto ze sobą rzeczy mogące przydać się w czasie wędrówki, sznury, mieszki z ziołami, innymi medykamentami oraz prowiant.
Świtę Daenora stanowiło pięciu zbrojnych od lat służących jego rodzinie i Xandor - wszyscy na rączych rumakach. Odziani byli w przeszywanice i lekkie kolczugi. Za broń zaczepną służyły im kawaleryjskie włócznie i miecze. Co więcej przy siodłach wisiały im również toporki, które mogły służyć zarówno za broń, jak i narzędzia, niezbędne w czasie wyprawy.
Po wyrazie ciemnej twarzy Letniaka można było poznać, że jest niezwykle zaciekawiony otaczającymi go widokami. Mimo że przez ostatnie lata służył na wielu okrętach - wojennych oraz handlowych - i odwiedził niemal każdy zakątek ziemi od Wysp Letnich do Asshai, to do tej pory nie miał okazji przebywać w takim klimacie i wszystko wokół było dla niego nowe. Daenor chciałby, by ten został przy nim jak najdłużej, gdyż jego umiejętności potrzebnych by przeżyć na morzu, a także tych niezbędnych do dobrego zarobku nie sposób przecenić. Zdawał sobie jednak sprawę, że ich wspólna przygoda może zakończyć się tutaj, w Westeros. Xandor w przyszłości będzie chciał opuścić Siedem Królestw, by wrócić do domu, lub wykorzystać swoje koneksje z różnymi ludźmi morza, piratami, handlarzami i wyruszyć na kolejną wyprawę.
Kilku jeźdźców dziarsko śpiewało, podczas przeczesywania wzrokiem obszary wokół. Parę razy zdarzyło się, że któryś z nich zamilkł, przyglądając się czemuś z zaciekawieniem. Jednak po chwili okazywało się, że znalezisko nie warte było zawracania sobie nim głowy i ruszał dalej. Gdy teren wydawał się trudniejszy do zbadania, schodzili z wierzchowców, by z bliska przyjrzeć się ziemi i temu co w niej jest. Wprawdzie do tej pory nie udało im się znaleźć niczego, co chociaż przypominałoby meteoryt, ale czas spędzony na konnych przejażdżkach, lub pieszych wędrówkach sam w sobie był przyjemny i przypominał o przeżytych już przygodach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   

Powrót do góry Go down
 

Złoty Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony-