a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Karczma "Złoty Grot"



 

 Karczma "Złoty Grot"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Karczma "Złoty Grot"   Pon Sty 04, 2016 12:45 pm


Złoty Grot



Złoty Grot to karczma w samym sercu Słonecznej Włóczni. Niespecjalnie różni się od wszystkich innych na całym półwyspie – jeśli chodzi o wystrój, w przestronnej izbie stoją szerokie stoły, okrągłe mniejsze stoliki i ławy do siedzenia, wszystko stare i obdrapane. Podobno nie rozcieńczają tu trunków, a karczmarz nie pluje do napitku, dlatego Złoty Grot jest tak chętnie odwiedzany mieszkańców Miasta z Desek.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Pon Sty 04, 2016 12:45 pm

Z pustynnego wybrzeża Morzego Letniego, pośród cichego zmierzchu wyrastał wyraźny cień Słonecznej Włóczni. Jasny i żywy, dopiero teraz, gdy złocista tarcza słońca nieśpiesznie topiła się w morskiej oni, większość ludzi wypełzła na ulice jak grzechotniki na żer. Wcześniej było po prostu za gorąco.
Sandowi, gdy przebywał w Starym Pałacu, obiły się o uszy o jesieni i nadchodzącej zimie – nie przywiązywał do tego większej wagi, tak jak i inni Dornijczycy. W ich życiu nie zmieniało to za wiele, przynajmniej przez wiele następnych miesięcy, to pewne. Żar wciąż lał się z niebie tak, że w piersi brakowało tchu, czoła lepkie były od potu.
Słoneczna Włócznia, od kiedy tylko przybył tu po raz pierwszy, przypominała mu niezmiennie gniazdo żmij. Wszyscy, począwszy od sprytnych sprzedawców na targu, poprzez chciwe dziwki, jeszcze chciwsze służki, przebiegłych dworzanach, na samym Królu Węży w sercu pałacu kończąc. Skłamałby mówiąc, że do nich nie pasuje, był przecież nie lepszy, a właściwie to nawet sto razy gorszy od większości z nich. Doskonale pasował do miejsca pełnego grzechotników, żmij i szakali, gotowych by rozgrzebać jego kości.
A już zwłaszcza lubował się w takim miejscach jak to – głośnej, gwarnej karczmie, gdzie wino lało się strumieniami. Chaos, spleciony ze śmiechów, sprośnych żartów, zagadywania cycatej karczmarki, przeszyty wyssanymi z palca opowieściami o wyrżnięciu zdrajców ze Starfall, przechwałkami, który rżnął Lady Dayne, nim książę Edric pozbawił ją głowy mieczem z meteoru, stanowczo zagłuszał myśli bękarta z Hellholt, znacznie mniej przyjemne i pulsujące dotkliwym bólem. Odkąd powrócili do Słonecznej Włóczni, Sand nie wiedział co ze sobą począć. Ostatnie miesiące prawie przespał, pojony makowym mlekiem, bądź winem przez Jezala. Rana po strzale na barku zagoiła się niemal całkowicie, jednak wciąż dawała o sobie znać, zwłaszcza gdy unosił ręce.
Sand rozejrzał się po wnętrzu Złotego Grotu, prędko dostrzegając kamratów. Posadził tyłek na ławie i bezczelnie wyrwał pełen kielich z dłoni karczmarki, za co uszczypnęła go w kark. To było jego królestwo. Były rozmowy, w które się wtrącał, by złośliwie coś dopowiedzieć, były dziwki, szukające potencjalnych klientów i byli klienci, który się do nich dobierali; były spojrzenia, gdy uderzał kuflem o stół, by coś powiedzieć.
-Po zdobyciu miasta, Martell pozwolił wychlać wszystko, co mieli w piwnicach – zaczął ucieszony, uśmiechając się coraz bardziej kpiąco – a mój brat, młodszy brat, przyszły lord Hellholt, wyobraźcie sobie, tak się schlał, że rzygał z okna najwyżej wieży Starfall!
Sam ryknął śmiechem na samo wspomnienie, gdy jego uwagę przykuła mdława, księżycowa biel jasnej skóry. Kojarzył ją, musiał przecież, jeśli miał swój kąt w Starym Pałacu.
-Ej, ty! – Sand dźwignął się z miejsca i zrobił kilka kroków w jej stronę, nie było szans, by inaczej go usłyszała.
Jak ona miała na imię? Lana? Aena? Jakoś tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
98
Join date :
12/10/2014

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Pon Sty 04, 2016 9:11 pm

Najpierw było: ten ukrop mnie zabije, po chwili zaś o ile najpierw nie zrobi tego jedzenie.
Czuła się tak, jakby Bogowie w swej bezgranicznej przewrotności wrzucili ją do rozgrzanego kotła, w którym już przed setkami lat wyparowała ostatnia kropla wody i nie pozostało nic poza żarzącym się, rozpalonym do czerwoności dnem. Każdy krok, każdy oddech, każdy, nawet najbardziej delikatny gest wymagał olbrzymiego poświęcenia z jej strony: przez pierwsze kilka dni pociła się jak ścigana przez kota mysz, z niedowierzaniem i niekrytym podziwem obserwując rodowitych Dornijczyków, na których upał nie robił niemal żadnego wrażenia.
Aż nie do pomyślenia było, iż w Siedmiu Królestwach rozpoczęła się zima: Laena odnosiła wrażenie, że w Słonecznej Włóczni właśnie rozpętało się bezwzględne, letnie piekło, od którego zwierzęta pospołu z ludźmi zaczną padać niczym cięte ścierą muchy. Nie było mowy o opuszczaniu pałacu przed nadejściem późnego popołudnia – słońce na zewnątrz rozpalało mury do czerwoności i jedynie brak czasu powstrzymał Watersównę od rozbicia na środku dziedzińca jajka: Laena mogła założyć się, że wystarczyłaby odrobina przypraw i szczypta soli, by usmażyć na bruku porządną jajecznicę. Podobnym przygodom nie sprzyjały jednakże obowiązki, które musiała pełnić wobec żony Namiestnika – Ivory Targaryen po powrocie do rodzinnych stron zdawała się promienieć równie jasno, co słońce nad ich głowami… czego nikt nie powiedziałby o towarzyszących jej gościach z Włości Korony.
Oczywiście nie mogła narzekać na brak towarzystwa – jeśli nie spędzała czasu na wypełnianiu nużących obowiązków, najczęściej zamęczała swą obecnością Daerona, który – o ile nie pilnował księżnej – wytrwale paradował w białej zbroi Gwardzisty, budząc wśród mieszkańców pałacu nieodmienny podziw (głównie z uwagi na hart ducha i zadziwiającą odporność, choć niektóre ze służek popuszczały wodze wyobraźni, głośno rozprawiając, co porabiałyby z Białym Płaszczem w sypialni). Dzisiejszego wieczora jednak Laena pozbawiona była obu źródeł zajęcia, nie pozostało jej zatem nic innego, jak towarzyszyć kilku dziewczętom z pałacu, które udawały się do karczmy w mieście – Waters początkowo wzbraniała się przed podobną wyprawą, lecz w końcu uznała, że nie ma nic do stracenia…
… i oto trafiła tutaj, do przybytku zwanego „Złotym Grotem”. Nazwa była zaskakująca sama w sobie – już począwszy od tego, że nie zawierała w sobie słowa związanego z męskim przyrodzeniem bądź kobiecymi piersiami, co z kolei pozwalało przypuszczać, że przebywające wewnątrz towarzystwo nie będzie zbyt wulgarne…
… cóż, w teorii. Nim Laena zdołała rozgościć się na dobre, jej towarzyszki już odnalazły mniej bądź lepiej znanych kompanów, którzy natychmiast przystąpili do dość bezpośredniego okazywania swej radości – bękarcica zaś stała niemal na samym środku karczmy, trzymając przy piersi zaciśniętą dłoń, tak bladą, że niemal przeźroczystą. Rozważała nawet powrót do pałacu, gdy…
- Ej, ty!
Fiołkowe spojrzenie z najwyższym trudem zlokalizowało źródło okrzyku – głos dość prędko przypisany został do twarzy, bowiem w jej stronę już zmierzał rosły, smagły Dornijczyk, którego z opowieści znała znacznie lepiej, niż mógłby się spodziewać.
To Qoren Sand, rzuciła jedna ze służek dwa dni wcześniej na pałacowym korytarzu, gdy mężczyzna w najwyższym pośpiechu kierował się na schody, nie zgadniesz, czym się tu zajmuje.
Laena rzeczywiście nie zgadła – po silnej posturze przypuszczała, iż może być strażnikiem bądź uczyć szermierki, kiedy jednak służka z uśmieszkiem dodała jest ulubioną i chyba najwytrwalszą nałożnicą księcia Trystana, Waters niemal wypuściła miskę wody z ręki.
Żeby tak mężczyzna z mężczyzną… w jednym łóżku?!
Służka spojrzała na nią wtedy z pobłażaniem i mruknęła pod nosem coś, co brzmiało niczym zacofana stolica. Dla Laeny fakty jednak wciąż pozostawały niepojęte: na północ od Pogranicza niedopuszczalnym było, aby mężczyźni utrzymywali ze sobą podobne kontakty… choć oczywiście, słyszała, że w niektórych przybytkach rozpusty istnieją pewne usługi, które…
Ale na dworze? Na oczach innych? Tak bez obaw, bez strachu, bez…
- Ja? – z najwyższym trudem otrząsnęła się z myśli, które zasypywały jej umysł – dopiero teraz Waters zauważyła, że Sand jest już niemal obok, górując nad nią o dobre półtorej głowy. – Nie pomyliłam ci się z kimś? – to było pierwsze, o czym pomyślała: chciała dodać nawet z księciem na przykład…?, ugryzła się jednak w język, przeczuwając, że po podobnym pytaniu mogłaby na własnej skórze przekonać się, jak łatwo złamać ludzki kark.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Wto Sty 05, 2016 10:51 pm

Ostatnie promienie słońca grzały mury Słonecznej Włóczni, dzięki czemu wśród labiryntu wąskich uliczek, w samych budynkach z wypalanej cegły, robiło się nieco chłodniej. Do środka przybytku, który Qoren – jako stały bywalec dornijskich karczm w każdym zakątku półwyspu – mógł określić jako wcale niezły, a nawet wyżej, wciąż napływało coraz więcej ludzi. Młodych, starych, zarówno mężczyzn i kobiet. Dla niego w ich zachowaniu nie było nic zadziwiającego – obcego mogła zdziwić bezpośredniość, a może wręcz bezwstydność: po części obnażone ciała i śmiałe pocałunki wcale nie budziły niczyjego zgorszenia.
Nie pomyliłam Ci się z kimś?
Aż parsknął śmiechem.
-Rozejrzyj się tylko. – odparował, bez cienia wstydu, czy jakiegokolwiek pytania unosząc dłoń i ujmując w palce jasny kosmyk włosów dziewczyny.
Krótkim gestem wskazał na ludzi dookoła – zdecydowana większość z nich była smagła i opalona, o ciemnych oczach i włosach, gdzieniegdzie przeplótł się jakiś Dornijczyk z Pogranicza, lecz nawet jego skóra nosiła ślady słońca, czerwieni, bądź piegów. Naprawdę myślała, że mógłby ją z kimś pomylić? Z tą bladą jak śmierć skórą, tymi prawie białymi włosami?
Zawsze, gdy opuszczał Dorne, musiał na nowo przywyknąć do dziwnych spojrzeń i szeptów, nieczęsto widywało się Dornijczyka na północy. Tak jak i rzadko spotykało się takie dziewczyny jak ona tak daleko na południu, bez śladu muśnięcia słońcem, bez akcentu, a mimo wszystko…
… przypominała mu kogoś, dlatego czuł się tak dziwnie, gdy na nią patrzył. Jakby ktoś ścisnął go za żołądek.
Samirah też była tak piękna, gdy spotkał ją po raz pierwszy: jak delikatny, słodki kwiat, który brutalnie postanowił zerwać.
Och, mówiła, mógłbyś zostać jeszcze chwilę?
-Nie boisz się sama tu przyłazić? – zakpił Sand, zakręcając pukiel na własnym palcu.
Tutaj, mówiła, jeszcze jeden pocałunek, by uśmiechnęło się ciało.
Został wtedy, lecz na chwilę, a jakby na całe życie – dziewięć księżyców później powiła mu bękarta, a on przez cały ten czas wypierał się, że to nie jego. Aż do momentu, w którym zobaczył to maleńkie zawiniątko, odbicie własnych w oczu w oczach Jynesse – krew z jego krwi.
Och, mówiła wtedy, czy myślisz o mnie jeszcze?
Nie myślał. Jej piękno, jej głos, którego słuchał aż do świtu, zatarły się w pamięci tak mocno, aż zniknęły całkowicie – była tylko jednym z ziarenek piasku na jego drodze, nieistotnym i niegodnym zapamiętania.
-Takie dziewczynki jak Ty nie bywają tu często. – wyszczerzył zęby w parszywym uśmiechu, odsuwając dłoń i spoglądając w oczy służki.
Widzisz, mówiła, założyłam nową suknię tylko po to, by Ci się spodobać.
Samirah miała inne, błękitne. Stały się zimne jak kostki lodu, gdy częściej zapominał niż pamiętał o tym, by zajechać do ich wioski, zostawić trochę złota na małą.
-Nie widziałem Cię w Czerwonej Twierdzy, gdy miałem ten wątpliwy zaszczyt się tam pojawić.
Rozumiał jej zdziwione spojrzenie. Pamiętał jak Trystane obawiał się, że ktoś ich w Królewskiej Przystani przyłapie i co się wtedy stanie. Pamiętał rozmowy w oberżach na północy, gdzie z pogardą kpili o zwyczajach na południu. Pamiętał też co przed wieloma miesiącami i teraz zapewnie też plotkowały o nim służki w Słonecznej Twierdzy.
Świadomość, że może wiedzieć kim jest przyprawiała go o rozbawienie.
Zrozum, Qoren, mówiła nim zmarła, nie wiesz jaka to hańba i cierpienie być samotnym.
Teraz wiedział i przypomniał sobie o tym jeszcze dotkliwiej, te słowa, to pełne bólu spojrzenie, gdy zrozumiał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
98
Join date :
12/10/2014

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Sro Sty 06, 2016 11:01 am

Laena początkowo zastanawiała się, cóż takiego, do Siedmiu piekieł, Dornijczycy porabiają tu całymi dniami: gdy tylko w porywie zbędnego optymizmu próbowała opuścić mury miasta, ledwie jard za bramą rozciągnęło się przed nią pustkowie porośnięte szarą trawą i niewydarzonymi krzewami, upstrzone stertami spieczonych słońcem brązowych głazów, gdzie nie żyło nic poza kilkoma pełnymi nadziei sokołami krążącymi w górze. Bękarcica natychmiast odwróciła się na pięcie i wróciła do zakurzonego, zatłoczonego miasta, w którym życie tak naprawdę zaczynało tętnić dopiero po zmierzchu, co też panna Waters odkryła wyłącznie dzięki życzliwości służek z książęcego pałacu – te zresztą okazały się niezwykle rozmownymi towarzyszkami, których w żadnym stopniu nie zrażał fakt, iż Laena niemal nie rozumiała tego, co mówią. Wszystko przez ten piekielny akcent – w ustach większości mieszkańców Słonecznej Włóczni słowa brzmiały tak, jakby wypowiadane były z gardłem pełnym piachu. Jasnowłosa początkowo śmiała się z nosowych głosek, próbowała nawet naśladować co zabawniej brzmiące wyrazy, szybko jednak zauważyła, że Dornijczycy są dość drażliwi na tym punkcie – Laenie nie pozostało zatem nic innego, jak chichotać w duchu i solennie obiecać sobie, że po powrocie do stolicy natychmiast powtórzy pracującej w Czerwonej Twierdzy służbie przekomiczne „chcieś moziu dolewkie wina?”
Coś dodatkowo podpowiadało jej, by w obecności tego konkretnego bękarta nie zabawiać się kosztem dornijskiego akcentu – być może chodziło o spojrzenie Sanda, które Daeron określiłby jako „zwiastujące kłopoty” (choć dla niego niemal wszystko zwiastowało kłopoty, ciągle zaprzątał sobie głowę problemami i odnajdował je nawet tam… gdzie ich nie było – choć w tym konkretnym wypadku mógłby mieć rację). Laena zwykle trzymała się z daleka od takich ludzi: podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy, których domem był rynsztok a matką nóż wbity pod żebro. Watersówna nawet nie musiała podążać za wzrokiem Qorena, by wiedzieć co ma na myśli: od zebranego w karczmie tłumu odróżniała się niczym krowi placek na połaci śniegu.
Choć jeśli ktoś wziąłby pod uwagę kolorystykę, to raczej ona była śniegiem, a Dornijczycy… cóż.
- Nie jestem sama – jej słowa brzmiały zimno: na tyle, by po raz pierwszy od dawna poczuła chłodny powiew pośród pustynnego bezkresu. Odsunęła się nieznacznie, ratując tym samym własny kosmyk przed palcami Sanda - nie minęła jednak chwila, a w fiołkowych oczach zapłonął wyraz szczerych przeprosin, zupełnie jakby obawiała się, że bękart obrazi się i wróci tam, skąd przylazł.
- Podobnie, jak nie jestem dziewczynką – tym razem uśmiechnęła się lekko, jak rozleniwiony gorącym popołudniem kot, któremu ktoś podsunął miseczkę zimnej śmietany. Przeczesując palcami włosy, odparła ciemny brąz spojrzenia Qorena, wychwytując w nim przebłysk namysłu, zupełnie jakby jego ciało utknęło tutaj, a dusza wędrowała dziesiątki, jeśli nie setki mil stąd, szukając…
Kogo?
- Czerwona Twierdza to przestronne, pełne zakamarków miejsce. Nawet, jeśli byś mnie szukał, mógłbyś nie znaleźć – z ust Laeny wyrwało się ciche westchnięcie, gdy dotarło do niej jak bardzo jest spragniona i jak mocno potrzebuje kielicha choć trochę chłodnego wina. Zamiast jednak przerywać gierkę, która najwyraźniej przypadła Sandowi do gustu, przysunęła się doń na tyle blisko, by na skórze wyraźnie poczuć ciepło bijące od jego ciała… oraz towarzyszącą mu wszechobecną tutaj woń potu, do czego wciąż nie potrafiła przywyknąć. – Mam zresztą wrażenie, że podczas wizyty w stolicy… byłeś zajęty czymś innym. Mylę się? – tym razem to na jej usta wpłynął lekki, na swój sposób kpiący uśmiech – długie, blade palce wygładziły materiał koszuli bękarta i – gdy tylko dotarły do rozpiętego guzika na piersi – tam zamarły, opuszkami drażniąc rozgrzaną, pocałowaną przez słońce skórę.
- Mam nadzieję, że podają tu dobre wino, wydajesz się odpowiednim kompanem do rozmowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Sro Sty 06, 2016 2:20 pm

Zawsze go to bawiło.
Opuszczał Dorne nierzadko i tuż za Pograniczem witały go nieprzychylne spojrzenia, tam zwłaszcza. Szepty, śmiechy za plecami ze sposobu, w jakim mówił, z ciemniejszej skóry. On potrafił się jednak przystosować. Zakładał na siebie o warstwę odzienia więcej niż inni, zwłaszcza na dalekiej północy - a dla niego było to już Dorzecze – i funkcjonował tak sprawnie, jak inni. Potrafił rozpalić ogień w wilgotnym lesie, zastawić sidła na królika, Jadł ich niedobre, mdłe jedzenie i rżnął podobne kobiety.
One też nie miały ani koloru, ani smaku, były po prostu mdłe.
Sprawa miała się inaczej, gdy to ich jakaś sprawa, chęć poznania świata, albo zdobycia złota, cokolwiek, sprowadzała do Dorne. Pocili się tu jak myszy, niejednokrotnie padali na coś, co maester zwykł określać mianem udaru, właściwie to ledwo zipali od gorąca. Nawet wtedy, gdy przebywali nad morzem – jak tu, w Słonecznej Włóczni. Sand lubił kpić z tego, co byłoby, gdyby wysłali ich w prawdziwą pustynię, gdzie nie było chłodnej, morskiej bryzy, ani letnich wód. Tam, gdzie nie było nic. Nic, oprócz przerażającej pustki, suchoty i słońca. Jeśli nie umarliby z pragnienia, prędko padliby ofiarą grzechotnika, czy skorpiona – na nie też nie potrafili uważać. Gdy Dornijczycy częstowali ich prawdziwym jedzeniem, prawie płakali z bólu – najpierw języka, a później przez długie godziny w wychodku.
I z kogo można by się tutaj śmiać?
Ta dziewczyna zdawała mu się nieco inna – choć urodę miała niemal przezroczystą, zbyt jasną i potwornie zimną, to przypadł mu do gustu przekorny błysk w spojrzeniu. Miała zamiar z niego pożartować?
Świetnie! Miał zamiar zagrać z nią w tę gierkę.
-Chcesz powiedzieć, że ktoś miał ten niewątpliwy zaszczyt uczynić Cię kobietą? – zakpił bezwstydnie bękart, nie dbając nawet o to, czy ktoś ich usłyszy, czy nie. Wokół było pełno ludzi, lecz jak dotąd – zupełnie niezainteresowanych ich konwersacją.
Mam zresztą wrażenie, że podczas wizyty w stolicy… byłeś zajęty czymś innym. Mylę się?
Na ułamek sekundy, zaledwie mrugnięcie oka mina mu stężała, jakby krew w jego żyłach stała się lodowata i płynęła wyjątkowo wolno. Kpiący uśmiech, dotychczas wyrażony w uniesionym kąciku ust, teraz był drętwy i nie sięgał oczu. Sand przejechał czubkiem języka po spierzchniętych wargach, nawet nie zwracając uwagi na dotyk bladych palców na koszuli – dopiero, gdy dotknęła rozgrzanej skóry, dreszcz przemknął mu po plecach. Zimna, nie podniecenia.
-To była… niezapomniana wizyta. – odparował bezczelnie, uśmiechając się szeroko na samo wspomnienie. – Kimś innym, masz na myśli.
Położył swoją dłoń, wielką i wyciosaną jakby z dębu, na jej maleńkiej .
-Najlepsze w całym Dorne. – skłamał gładko, puszczając dłoń dziewczyny i przeczesując własne włosy, by jeszcze bardziej je potargać. – Skoro już tu jesteś, musisz spróbować tego, co u nas najlepsze. Kolejka wina, dla tej damy! – odwrócił od jej bladej, pięknej twarzy spojrzenie i wrzasnął na karczmarza.
Sand przepchnął się między kłócącymi się Dornijczykami, najpewniej z okolic Bożej Łaski – byli jeszcze ciemniejsi od niego, ciągnąc za sobą służkę za łokieć.
-Jak Ci na imię? – zdawkowe pytanie padło z jego ust, gdy już trzymał w dłoniach dwa kielichy z ciemnym, dornijskim winem i podał jej jeden z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Królewska Przystań
Liczba postów :
98
Join date :
12/10/2014

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Czw Sty 21, 2016 5:11 pm

Oszałamiała ją tutejsza obfitość bodźców, ich fizyczny rozmiar. Umysł nie był w stanie jej ogarnąć. Laena miał nieodparte wrażenie, że ta potężna, spiętrzona masa ludzi, zwierząt, słońca i pustyni jest jakimś niepojętym, groźnym demonem, że ten sam demon w całej swej wielkości i rozmaitości wtłoczył się do tej przepełnionej masą ludzką karczmy, że osiadł na stołach, ławach, krzesłach i ramionach ludzi, obdarzając ich jakąś opętańczą potrzebą krzyczenia, wybuchania śmiechem oraz picia. Pośrodku pustyni, w tej spalonej słońcem części Siedmiu Królestw Watersówna czuła się pomniejszona ekstrawagancką wręcz otwartością, obfitością i różnorodnością tubylców – Dornijczycy byli zupełnie inni niż wszyscy ludzie, których dotychczas spotykała. Przewrotni, podstępni i roześmiani jednocześnie, sprawiali wrażenie, jakby nikt ani nic nie było ich w stanie ograniczyć, nawet szlachetne urodzeni wymykali się utartym w całej reszcie królestwa konwenansom i – gdy tylko nadarzała się ku temu okazja – dosłownie robili wszystko, na co mieli ochotę. Laena wiedziała, że poniekąd powinna się radować tą wizytą, że to niepowtarzalna okazja, by zacząć czerpać z życia pełnymi garściami… ale wśród wszystkich tych ludzi, wśród krzykliwego towarzystwa gubiącego podstawowe wartości moralne doświadczała wyłącznie czegoś, co można określić jako tępy strach. Nieoczekiwana, zaskakująca pustka zakiełkowała w jej duszy podczas długiej, formalnej, zrytualizowanej uroczystości czyniącej z niej jedynie kogoś obcego na tej gorącej, pustynnej ziemi. Na dodatek jej dość niespodziewanym towarzyszem został on: próbowała określić Qorena Sanda w kategorii barw… i doszła do wniosku, że był brązowy oraz złoty. Potężne, twarde mięśnie. Wielki, masywny, byłby dobrym rycerzem, gdyby urodził się poza Dorne. Ciemne, niepokojące oczy, zawsze kpiące z rozmówcy – w ten sposób daje światu do zrozumienia, że należy tylko do siebie. Zadaje sobie sporo trudu, by udawać leniwego i szorstkiego. Ma niski i mroczny głos, który kojarzy się z melasą.
Budzi obawy… i fascynację.
Co takiego w sobie ma?
- On doznał zaszczytu, ja jedynie uczucia zażenowania. Stanowczo zbyt wiele charczenia jak na kilka ruchów bioder – nie speszyła się jego pytaniem, odpowiadając pięknym za nadobne – jeszcze przed podróżą do Dorne wiedziała, jak bezpośredni potrafią być tutejsi mieszkańcy i jak bardzo zależy im na tym, by wprawić gości spoza rodzinnych stron w zakłopotanie: tym razem to oni byli powszechni, a przybysze spoza Pogranicza stanowili coś obscenicznie niepasującego do otaczającej ich scenerii. Laena nieświadomie przyczyniła się do chwilowego obrócenia ról, na zaledwie jedno uderzenie serca wytrącając z dłoni bękarta broń – zimny ognik wewnętrznego bólu zamigotał w ciemnych oczach, na krótki moment pozbawiając Sanda wytrwale noszonej maski: w przeciągu tej ulotnej chwili zdał się Watersównie bardziej autentyczny niż ktokolwiek z obecnych w karczmie. Był…
Smutny. Przeraźliwy smutek, który skrywa za maską zawadiaki.
Laena z wahaniem cofnęła własną dłoń, jakby przez grubą watę słysząc kolejne słowa Qorena: kimś innym, masz na myśli – potrafi wypowiadać te słowa z uśmiechem, mimo to oczy wciąż pozostają zimne, nieruchome, pozbawione wewnętrznego blasku. Bękarcica zmarszczyła nieznacznie brwi, próbując przypomnieć sobie tego, kogo Sand pozostawił w Królewskiej Przystani i wtedy…
Złoto i biel.
Pamiętała ten krótki moment, gdy Trystane Martell mijał ją w ciasnym korytarzu: wysoki jak Sand, ale poza tym — cóż za różnica! Bękart jest jak potężna, brutalna kolumna, książę przypomina stożki. Twarz i ciało ma nieprawdopodobne: szerokie ramiona, smukłe biodra. Doskonałe proporcje. Typ silny i cichy. Jest piękny, wie o tym i ma to gdzieś. Miękkie, wijące się, czarne niczym węgiel włosy unoszą się jak halo wokół jego głowy. Muskuły nie sterczą mu jak u Sanda; są płaskie i długie. Za szarymi oczami kryje się duch głodny wrażeń, bije z niego jakieś szlachetne promieniowanie. Cudowny.
Gdybym tylko mogła oczyścić się w tym jasnym blasku! Ach, gdybym tylko mogła!
- Laena Waters – wypowiada te słowa bez cienia namysłu, podążając za bękartem niczym biały cień i czyniąc niemal to samo, co on: lustrzane odbicia ruchów, gdy sięgali po wino, lustrzane, przewrotne uśmiechy, które nie sięgają oczy, lustrzany ból na myśl o kimś bliskim, kogo nie można mieć przy sobie. Dwa, poczęte z chuci odpady społeczeństwa, którym Bogowie dali okazję spotkania się pośrodku pustyni.
- Długo pracujesz dla Księcia? – starała się nie skrzywić, czując cierpki smak wina w ustach, jednak odruch wziął górę nad rozsądkiem – wzdrygnęła się potężnie, dopiero po chwili zauważając, że jej pytanie mogło zabrzmieć… nieprecyzyjnie, a co za tym: obraźliwie. – Dla Księcia Edrica Martella?  
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Hellholt
Liczba postów :
87
Join date :
15/10/2014

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Nie Maj 01, 2016 11:04 pm

Młode, jędrne piersi o ciemnych sutkach tak twardych, że odznaczały się nawet pod materiałem sukni.
Choć słowo nawet wydaje się lekką przesadą – wspomniana suknia była wykonana z tak cienkiego i lejącego materiału, że nosząca ją dziewczyna wyglądała na bardziej nagą niż gdyby rzeczywiście była naga.
Z niekrytą lubością wpatrywał się w lewy sutek wieńczący sterczącą zachęcająco pierś – miał go tuż przed nosem, brązowy, kształtny, domagający się pieszczoty. Kontemplował go pogrążony w tak głębokim skupieniu, jakby roztrząsał filozoficzny spór – i być może właśnie tak było, być może Harmen Uller toczył jakąś wewnętrzną walkę, walkę o sprawiedliwość, o równość, o prawo do wyboru. Być może roztrząsał problematykę, która zaważy na przyszłości Dorne, Siedmiu Królestw albo całego znanego świata.
Możliwe również, że po prostu gapił się na cycki, uśmiechając przy tym tak, jakby stanowiły odpowiedź na wszystkie nękające ludzkość pytania.
- Powiedz mi, najdroższa – dziedzic Hellholt odrzucił nieznacznie głowę do tyłu, odnajdując spojrzeniem ładną, choć nieskalaną myślą twarzyczkę. Dziewczyna była młoda, chętna i lekka – siedziała mu na kolanach od blisko godziny, a jego wciąż nie irytował ciężar, najpewniej dlatego, że był to niezwykle słodki balast. – Ile dni imienia sobie liczysz?
Ładną twarzyczkę przyozdobił jeszcze ładniejszy uśmiech, kiedy Sheila (Shiela? Shyla? Shara? W każdym razie imię godne nierządnicy) poruszyła się na kolanach Ullera – Harmen nawet nie zauważył, kiedy sprytne, drobne paluszki rozwiązały troki spodni, które trzymały w ryzach męskość wyłącznie dzięki trzem ostatnim rzemykom.
- Za trzy księżyce szesnaście, mój panie.
Ciemna brew Ullera podskoczyła nieznacznie do góry, gdy dość prędko obrachował różnicę wieku – wystarczająco małą, aby nie budziła kontrowersji i na tyle sporą, by rozbudziła w dziedzicu Hellholt kolejne pokłady ciekawości. Harmen obdarzył – przyjmijmy – Sheilę uśmiechem pełnym satysfakcji, unosząc od niechcenia dłoń ku gładkiej buzi dziewczyny.
- A ilu miałaś mężczyzn, mój najsłodszy plasterku miodu?
Tym razem na ładnej twarzyczce pojawił się wyraz niezrozumienia i czegoś, co można by określić jako pierwszy objaw strachu – wciąż słaby, lecz już gnieżdżący się pod czaszką.
- S-słucham?
Uller wydał z siebie ciężkie westchnienie, kiedy położył dłonie na kształtnych, twardych pośladkach dziewczyny i gwałtownie przyciągnął ją do siebie – uda Sheili jakby w odruchu objęły biodra Harmena, gdy jej kobiecość otarła się o to, co palce przed chwilą tak ochoczo pragnęły uwolnić.
- Pytam, ile kutasów sobie na tobie używało. Dwa? Osiem? Dwadzieścia? Pół garnizonu Słonecznej Włóczni? Cały?
Uller uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy w nieco mniej ładnych od twarzy oczach zamigotały łzy – Sheila najwyraźniej nie lubiła dzielić się szczegółami z własnego pożycia bądź po prostu nie potrafiła do tylu liczyć; dla Harmena jednak odpowiedź nie była istotna – odnalazł ją w pierwszej słonej kropli, która spłynęła po gładziutkim policzku.
- Nie płacz, dziecko. I tak miałaś zrobić użytek jedynie z ust – z piersi dziedzica Hellholt wyrwał się stłumiony śmiech, kiedy Sheila wyszarpnęła się z uścisku dłoni, ześliznęła z kolan Ullera i zniknęła pośród tłumu zebranego w karczmie. Harmen z niejakim żalem obserwował, jak w zbitej, ludzkiej masie znikają szczupłe plecy i błyskające spod cienkiego materiału pośladki.
Taki już był problem z kurwami, które nie do końca były kurwami – lubiły się łudzić, że będą na tyle wyjątkowe, by awansować do roli faworyty.
Dziedzic Hellholt sięgnął po kielich wina, wlewając w siebie kilka łyków mocnego, palącego trunku; gardło natychmiast objął przyjemny ogień, który przelał się do trzewi i tam zagnieździł na dobre. Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszego wieczoru Uller niewiele tutaj zwojuje – zaczął zastanawiać się nawet nad zmianą karczmy, lecz wtedy jeden z jego ludzi, dotychczas zbyt zajęty koleżanką nieobecnej już Sheili, wypowiedział słowa, które natychmiast usadziły Harmena na miejscu.
- Twój bękarci brat, spójrz.
Nie musiał patrzeć, by doskonale wiedzieć, gdzie akuratnie znajdował się Qoren Sand – świadczył o tym rumor, jaki zapanował nagle przy barze, gdy bękarci pomiot Lorda Hellholt najwyraźniej domagał się kolejnego kufla. Po twarzy Ullera przemknął dziwny cień, jakby Harmen bił się z własnymi myślami i rozważał wszelkie za oraz przeciw – wynik okazał się jednoznaczny, gdy skinął przyzwalająco głową, na co jego spostrzegawczy człowiek zrzucił z kolan dziwkę, klepnął ją w tyłek i ruszył do Sanda. Kilka kroków, przepchanie się przez tłum i był tuż obok Qorena, mówiąc coś do niego i wskazując ręką na Harmena, który siedział rozpostarty przy stole. Kiedy tylko uchwycił spojrzenie bękarta, uniósł nieznacznie kielich z winem w geście ni to pozdrowienia, ni zaproszenia i uśmiechnął się z pogardą, na jaką stać wyłącznie kogoś, kto urodził się w Dorne.
- Męskie kurwy i świnie piją w karczmie obok, Sand, pomyliłeś drzwi!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Nie Maj 29, 2016 2:11 pm

Tłuste dni, błękitne niebo bez jednej chmurki, ocean błękitu dzień po dni i dryfujące po nim słońce.
Dni obfitości – obfitujące w węże i pomarańcze. Jadł je w łóżku na śniadanie obserwując czarno-złotego węża wspinającego się po kolumnie łoża. Kolejnego miał pod ręką, pogrążonego w niespokojnym śnie. Oblizał palce i odgarnął mu kosmyk ze zroszonego potem czoła.
Słońce na niebie, słodki sok w żołądku, ukojone pragnienie, upragniona cisza, dzban pełen wina na stole.
Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że to chyba właśnie jest szczęście.
***
-Ale ja nie chcę!
Lustrzane odbicie jego własnych oczu patrzyło na niego z wyrzutem i złością. Niemal namacalnie rósł w nich opór, Qoren Sand był pewien, że gdyby wyciągnął rękę, to zamiast złocistych włosów pod palcami poczułby oślą, szorstką sierść.
-Co mnie to obchodzi, że nie chcesz? – burknął znad pełnego talerza.
Dwie rzeczy na świecie podobno nie miały dna: Morze Zachodzącego Słońca i żołądek Qorena Sanda.
-Myślałaś, że całe życie będziesz się obijać w Wodnych Ogrodach?
Prychnięcie śmiechu jeszcze bardziej rozsierdziło dziewczynkę, liczącą nie więcej niż jedenaście dni imienia; stała z założonymi piersi rękoma, rozdarta pomiędzy złością spowodowaną opuszczeniem wygodnego gniazdka w pałacu na brzegu Morza Letniego, a ulgą że nie jest już sama.
Wyglądała jak skóra zdarta ze swej matki: brzoskwiniowa skóra, złociste włosy, piegi na nosie – za wyjątkiem oczu. Je miała po ojcu, a im była starsza, tym więcej Sand we własnym bękarcie odkrywał samego siebie. Niekoniecznie było to dla niej samej dobre.
-Nie będę służącą.
Qoren Sand potarł zmarszczone czoło: był już tym buntem naprawdę znużony. Jął nawet żałować, że przed laty przywiózł do Wodnych Ogrodów własny pomiot: zaczęło jej się wydawać, że jest niewiadomo kim.
-Kiedy Jeyne Yronwood przybędzie do Słonecznej Włóczni będziesz czesać jej włosy, przygotowywać suknie, podawać pieprzone wino w środku nocy i słuchać tego, co do Ciebie mówi – zagrzmiał, po czym teatralnie westchnął i powtórzył to, co powiedział mu kiedyś Trystane (najpierw w innym języku, lecz przecież bękart nie znał innego niż powszechny) – Wszyscy musimy służyć.
Jynesse Sand z wielce obrażoną miną usiadła naprzeciw, niechętnie sięgając po widelec. Chciała coś powiedzieć, już otwierała usta, lecz bękart wszedł w jej słowo.
-Służ, ale nigdy nie uginaj karku.
**
Udał się do tej samej oberży co zawsze. Usiadł przy szynkwasie i zażądał ale. To co podała mu tłusta żona oberżysty wcześniej musiała rozrzedzić z wodą i nie było warte tych dwóch gwiazd, które zapłacił. Posłuchał tego co mówili inni. Jakaś banda kretynów urządzała w porcie turniej walki wręcz, lecz nie zwracał najmniejszej uwagi na imiona zwycięzców i ich wyniki. Może tam pójdzie, za kilka dni. Wyszedł z oberży na pustą uliczkę, zapadł już zmierzch, lecz wciąż było tak samo gorąco. Ciężkie, nagrzane powietrze ciążyło na piersi, utrudniając oddychanie. Pustynia zdawała się chuchać na Słoneczną Włócznię gorącym oddechem, a w raz z nim zasypywała ją piachem. Wszystko było w piasku. Sand miał ten pieprzony za koszulą, w butach, a nawet w zębach. Stanął na wprost wyimaginowanego przeciwnika i celnym uderzeniem powalił go na ziemię. Potem ruszył uliczką w stronę kolejnej karczmy, nic innego nie miał do roboty.
Minął starą, znajomą lepiankę, sprawiającą wrażenie jakby miała zaraz się zawalić. Pomyślał o Cletusie i jego żonie Merii. Przypomniało mu się jak ją w tej przy tej właśnie lepiance pobił, kiedy okazało się, że jest brzemienna, zrobił to, bo nie chciał mieć dzieci. Ale urodziła mu bachora i oto cała historia.
Ruszył w dół labiryntu i dotarł do Złotego Grota. Huczało tam od muzyki i śmiechu, zapach alkoholu zwabił go jak ćmę do ognia. Wszedł do środa i spotkał Gerrisa. W przeciwieństwie do Qorena, on nie miał tyle szczęścia pod Starfall. Teraz zamiast oka miał paskudną, przegniłą dziurę zamiast oka. Cuchnęło od niego ropą, ale uratował mu życie, więc zamówił dla niego kufel.
Bardzo tłuste, bardzo spokojne dni.
-Pamiętasz jak ostatnio Ci mówiłem, że Doliniarze ruchają kozy? Teraz wiem, że to było złe, obraźliwe i nieuzasadnione. To wręcz… - Sand chwilę próbował sobie przypomnieć słowo, które usłyszał od dornijskiego księcia - … niemoralne i nieuzasadnione, że ktoś mógłby się zniżyć do ruchania z czymś tak obrzydliwym. Dlatego muszę przeprosić wszystkie kozy, które poczuły się urażone.
Ryknął śmiechem rozbawiony własnym żartem, zamaszyście podnosząc rękę i jednocześnie żądając, by oberżysta do niego podszedł.
-JESZCZE JEDEN DZBAN!
Nagłe szarpnięcie za ramię, kilka słów od zupełnie obcego mu człowieka. Sand poczuł się zirytowany, że ktoś śmie mu przeszkadzać i wchodzić w słowo, gdy chce opowiedzieć kolejną, jakże zabawną, historię. Jego dotychczasowy spokój runął z taką siłą, jakby zawalał się Mur na północy.
Młodszy brat zawsze budził w nim mieszane uczucia.
Coś pomiędzy chęcią utopienia go, a pragnieniem poderżnięcia mu gardła.
Ruszył tam jednak bez słowa, zabierając ze sobą dzban. Na usta bękarta wychynął bezczelny uśmiech, gdy napił się już prosto z niego.
-Byłeś tam już, Uller? Którą maciorę polecasz najbardziej? Swoją matkę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Hellholt
Liczba postów :
87
Join date :
15/10/2014

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Pią Cze 10, 2016 11:50 am

Trzy stuknięcia palcem o stół, wyraz narastającego zniecierpliwienia, dwa stuknięcia palcem o stół, chwila zawahania, i jeszcze jedno, znacznie silniejsze niż pięć poprzednich.
Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że w Dorne był wyłącznie jeden człowiek, którego nienawidził już na płaszczyźnie organicznej – jakby na złość, tym człowiekiem był skundlony syn ojca Harmena, a co za tym idzie – własny, osobisty brat Ullera.
Półkrwi.
Bękarci.
Przeklęty po kres swych dni.
Spośród tych dziesiątek, jeśli nie setek czynników potrafiących doprowadzić dziedzica Hellholt do białej gorączki, jedno z najwyższych, zaszczytnych miejsc zajmował Qoren Sand, którego parszywa morda widniała pośród ksiąg pod hasłem „ścierwo”. Harmen sądził, że istnienie bękarta jest najlepszym świadectwem istnienia Siedmiu Bogów – ci bowiem stworzyli Qorena po to, by zademonstrować światu ucieleśnienie plugawej, z góry potępionej duszy, która już za życia zasługuje na najbardziej dosadną pogardę. Sand był jak zaropiały, pokryty liszajami, pozbawiony przynajmniej dwóch łap kundel, którego należy potraktować porządnym kopniakiem w połamany zad – byłaby to naturalna reakcja na istotę jego pokroju, na coś, nad czym nie należy się litować, tylko dla dobra otoczenia zabić, łamiąc mu kark.
A jednak – jednak przed wielkim finałem, przed nadejściem upragnionej sprawiedliwości, która pozwoliłaby Harmenowi na bezkarne wypatroszenie Qorena i nakarmienie jego wnętrznościami jego własnej matki, ktoś okazał Sandowi współczucie. Ktoś dostrzegł w nim – bądź tylko uroił sobie, że dostrzega – człowieka. Ten ktoś uratował Qorena przed rychłą (lecz nieuniknioną, co pocieszało Ullera) śmiercią i zapewnił mu jeden z najbezpieczniejszych w królestwie azylów. Spośród wszystkich niesprawiedliwości świata, tego jednego fenomenu dziedzic Hellholt nie potrafił pojąć: co takiego w Qorenie dostrzegł Trystane Martell, że od bez mała siedmiu lat strzegł go jak własnego oka? Co takiego sam Sand był zaoferować w zamian, poza bólem i nieustannym egoizmem?
Harmen podejrzewał, że do głosu u księcia doszła fascynacja wężami: bękart najzwyczajniej przypominał mu gada, który stanowi idealny obiekt obserwacji, coś niespotykanego na tyle, by zagarnąć to dla siebie i móc hodować w zaciszu pałacu.
Na całe szczęście Uller wiedział, co należy robić z wężami – wystarczy ukręcić im łeb, aby dłużej nie zawadzały. I dzisiejszy wieczór to, jak się zdaje, najlepsza okazja ku przekonaniu się o prawdziwości tej tezy – w swej nieocenionej łaskawości Bogowie zesłali Harmenowi brata, jakby serwując go na srebrnej tacy. Był sam, był pijany, był łatwym łupem – wystarczyło zaprosić go do stołu, by – oddalając się od ewentualnych sojuszników – wylądował między ludźmi Ullera. Na własne nieszczęście (i ku ogromnemu rozbawieniu dziedzica Hellholt), Qoren nigdy nie grzeszył zbyt bystrym umysłem – co więcej, Harmen podejrzewał, że od bezmózgich krabów różni go wyłącznie aparycja (choć czasami pod odpowiednim kątem obserwacji przypominał skorupiaka). Posłusznie i bez zbędnych scen pogardy wobec młodszego brata (na te jeszcze przyjdzie pora), zbliżył się do Ullera i najpewniej nawet nie zauważył, kiedy za jego plecami trzech ludzi Harmena utworzyło półokrąg – pozornie przypadkowo, jakby właśnie zatrzymali się w drodze po kolejny dzban marnego wina.
Tyle tylko, że w obecności dziedzica Hellholt nic nie działo się przypadkowo.
- Siadaj, bękarcie – nacisk na ostatnie słowo spłynął jadem nienawiści, którą Uller trzymał pod czaszką i pielęgnował z oddaniem godnym wyszogrodzkiego ogrodnika. – Byłem… i muszę przyznać, że spośród wszystkich macior najlepsza jest twoja córeczka. Ile ona ma lat? Dziesięć? Taka młoda, a rozjechana, jakby przerżnęło ją pół Słonecznej Włóczni… - uśmiech – brutalny, obrzydliwy uśmiech człowieka, który doskonale wie, że wpycha palce w rozjątrzoną ranę i posypuje ją solą. Harmen uniósł kufel do ust, patrząc wprost na swego brata, zupełnie jakby mówił no dalej, łajzo, pozwolisz, bym mówił w ten sposób o twoim bękarcie, któremu zrujnowałeś życie z chwilą, gdy przerżnąłeś jakąś kurwę?
- Czasami myślę, że powinienem cię zabić, tam, w Starfall. Oszczędziłbym Dorne powietrza i wody, które marnujesz samym swoim istnieniem – Uller z hukiem odstawił kufel na nierówny, poznaczony bliznami cięć blat stołu i pochylił się w stronę Sanda. – Ale komu opowiadałbym wtedy, jak rżnąłem twoją córkę?
Odchylił się na ławie do tyłu jeszcze przed tym, nim bękart nawet pomyślał o wyrżnięciu mu dzbanem w twarz – ale to jeszcze nic straconego, prawda? Teraz, za chwilę czy za dwa kufle – w końcu skoczą sobie do gardeł, może nawet Qoren zdąży uderzyć Harmena, to jednak da mu wyłącznie pretekst do ukręcenia mu łba.
Choć na dobrą sprawę mógłby to zrobić i bez szczególnego powodu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Hellholt
Liczba postów :
81
Join date :
30/01/2015

PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   Pon Sie 01, 2016 10:49 pm

Nie był pewien, którego dnia znienawidził Harmena.
Ta nienawiść była tak głęboko zakorzeniona, że Sand nie byłby w stanie określić skąd konkretnie się wzięła.
Najpierw była zazdrość. Zazdrość jedynie o Hellholt – jako dziecko Qoren Sand był zdania, że Hellholt należy się jemu, był przecież starszy niż ten smród. W pierwszych latach swego życia był święcie przekonany, że on byłby dużo lepszym Lordem i w tym upatrywał źródła niechęci do przyrodniego brata. Z wiekiem jednak zrozumiał, że na Hellholt nie zależy mu wcale.
Mury jedynie by go ograniczały.
Tytuły założyły kaganiec i okowy, którym nie mógłby się wymknąć.
Sand nie był człowiekiem obowiązku, podchodził do nich niechętnie i leniwie, znacznie bardziej podobało mu się robienie tego, na co miał ochotę. Zazdrość o spalone słońcem mury zniknęła, lecz nienawiść kwitła niczym trujący bluszcz, a jej pnącza wiły się po najgłębszych zakamarkach umysłu Sanda i od pewnego momentu w każdej sekundzie swojego życia miał ochotę zwyczajnie poderżnąć mu gardło.
Przy ojcu zdawali się tolerować wzajemnie, lecz w Siedmiu Królestwach nie było dwóch osób, które pogardzałyby sobą wzajemnie bardziej niż oni. Brat do brata żywił gorące uczucie – solidną i pewną nienawiść. Do pewnego momentu Sand nie znał nic pewniejszego niż to. Jedyne uczucie, które nigdy go nie zawiodło – gdy tylko patrzył na ten parszywy ryj, to żołądek mu się przewracał w ataku nagłego gniewu.
Jeżeli Qoren Sand zaropiałym, kulawym psem, to Harmen Uller mógł być jedynie tłustym, obrzydliwym robalem. Nie myślał o nim inaczej jak o robaku, który żywi się zgniłym trupem. O ile Sanda śmiało można było nazwać szaleńcem i wściekłym psem, to jego młodszego brata nie można określić inaczej jak popierdolony zwyrodnialec.
Z Qorenem zawsze było coś nie tak, lecz z Ullerem nie tak było chyba wszystko.
Począwszy od jego chorych upodobań, na kompletnym braku poczucia humoru kończąc.
Nie zliczyłby ile razy dali sobie w mordę odkąd wyrośli z pieluch – przy tym Sand musiał przyznać, że ciosy wymierzone akurat bratu cieszyły go wtedy jak mało co. Kiedy opuszczał Hellholt sądził, że nie mógł nienawidzić go bardziej.
Mylił się.
Prawdziwe apogeum nastało, kiedy Uller śmiał wyciągnąć dłoń i opuszkiem palca dotknąć tego, co należało do niego – a raczej kogoś. Nigdy wcześniej tak bardzo nie pragnął jego cuchnącej krwi na palcach i Siedmiu mu świadkiem, że jedynie straż Słonecznej Włóczni go od tego powstrzymała.
Czasami myślał, że zainteresowanie Harmena, którym obdarzał dornijskiego księcia, była zwyczajna złośliwość jego parszywej natury. Nie sądził, by Uller był takim głupcem, by starać się o względy kogoś, kto nim pogardzał.
Choć w przypadku Harmena Ullera wszystko było możliwe.
W pewnym sensie czuł nad nim przewagę. Odniósł słodkie zwycięstwo – Trystane Martell należał wyłącznie do niego, o czym przekonywał go każdej z ostatnich nocy nie tylko słowami, a Uller musiał obejść się smakiem.
Od tamtego momentu każde spotkanie z młodszym bratem kończyło się podobnie. Stekiem obelg, ostrych słów, stosem wyzwisk, litrami krwi i kupą stłuczonych naczyń. Ani jeden, ani drugi nie potrafił odpuścić – nawet u bram Starfall Sand ledwie się powstrzymał, by nie wbić zatrutego miecza w jego plecy, gdy tylko miał ku temu sposobność.
Naprawdę żałował, że zmarnował taką okazję, bo Harmen bynajmniej tego nie robi. Tak jak teraz.
Przeczuwał, że Uller nie pozostanie mu dłużny, że zagra kartą na której widniała Jynesse i, na Siedmiu, naprawdę starał się zachować kamienną twarz, choć ciałem wstrząsnęła potężna fala gniewu. Zachowanie spokoju zawsze wyjątkowo kiepsko mu szło.
Palce mu drżały z wkurwienia, ale na usta wychynął jadowity uśmiech.
-Czasami się dziwię, że sam siebie jeszcze nie zabiłeś. Na twoim miejscu oszczędziłbym sobie wstydu i sam poderżnął sobie gardło, chociaż… - Sand zawiesił głos na moment, odstawiając kufel –… wtedy ja nie mógłbym tego zrobić, a przysięgam Ci, że moja twarz będzie ostatnim co zobaczysz zanim zdechniesz.
Ostatnie słowa niemal wycedził przed zaciśnięte zęby, nim złapał za dzban i cisnął nim w stronę pustego łba Ullera. Zaraz po tym chciał chwycić za stół i przewrócić go w stronę młodszego brata, któremu najpewniej umknęło, że Sand wcale nie był sam – nie w miejscu, gdzie jeszcze niedawno bywał każdego wieczora, gdzie znał niemal każdą mordę, która się przez oberżę przewijała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Karczma "Złoty Grot"   

Powrót do góry Go down
 

Karczma "Złoty Grot"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Karczma

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne :: Słoneczna Włócznia-