a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Złoty Trakt



 

 Złoty Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Złoty Trakt   Sob Kwi 20, 2013 7:05 pm

Złoty Trakt to główna droga zaczynająca się w King's Landing i biegnąca przez Reach oraz Casterly Rock na zachodzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
58
Join date :
14/05/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Sro Sie 07, 2013 3:34 pm

<-Wzgórza Pendric.

Zmęczony Leonard dotarł w końcu do Złotego Traktu i znajdującej się tam gospody. Miał potargane włosy i ubłocone ubranie. Był zmęczony i marzył o kąpieli, winie, oraz prostytutce.
Do obrazu nędzy i rozpaczy nie pasował grawerowany miecz przy boku. Szkoda, że pochwa gdzieś się zapodziała.
Cenną broszę z herbem Tyrellów schował do kieszeni. Nie chciał się na razie chwalić pochodzeniem.
Wszedł do gospody i skinął głową zebranym. Następnie podszedł do karczmarza.
-Witam. Potrzebuję jak najprędzej dostać się do Reach albo Królewskiej Przystani. zagaił, uroczo nieświadomy tego, że niedawno wybuchła wojna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Czw Sie 08, 2013 12:01 am

MG

- A pójdziesz stąd obszarpańcu! Nie zamawiasz, to wynocha! -karczmarz być może miał gorszy dzień, a być może nie znosił ludzi co to na zamówienie piwa nie mieli ani grosza, ale do kłapania jęzorem byli pierwsi.
Nic dziwnego, że został tak potraktowany, jego obecny wygląd pozostawiał wiele do zyczenia. Zupełnie nie wyglądał na rycerza, którego należało szanować, czy sie bać. Komicznie wyglądał przy nim nagi miecz, który tak bardzo nie pasował do brudnego w tej chwili syna lorda Tyrell.
- Pewnie nawet złamanego miedziaka przy sobie nie ma, bedzie tylko marudził -karczmarz zaczął marudzić pod nosem wycierając blat brudną ścierą. Naszło go na wylewani wszelkich żalów- Człowiek się męczy, robi żarcie, a oni nawet nie pomyślą, żeby to zamówić. Piwa i kurew! Informacji i podwózki! Ukłonów po pas i stukrotnej wdzięczności im się zachciewa. Te ludzie to wstydu nie mają!
Sfrustrowany był to karczmarz, który najpewniej chciał sprzedać więcej szarawej masy, która była tutejszym jedzeniem. Pływały w niej kawałki czegoś bliżej nieokreślonego. Lepiej jeść z zamkniętymi oczami.
Owszem, mozna było zamówić coś lepszego, toć przy jednym stoliku ktoś pochłaniał kuropatwę, przy innym wsuwali udziec z dzikia z pieczonymi kartoflami. Jednak patrząc na obdartego Leonarda, karczmarz zakłądał, że nawet i na szarą potrawkę nie będzie miał pieniędzy. Nie chciał więc tracić na niego czasu.

Chwilę później, obok Leonarda pojawił się niepozorny człowieczek w zakurzonym, słomkowym kapeluszu.
- Ja żem słyszał, że się chcesz gdzieś przemieścić. A tak się idealnie składa, że mam do dyspozycji wóz, którym za opłatą zawoże ludzi tu i tam -a więc Leonard trafił na przewoźnika, czy to nie wspaniałe?
- Im dalej, tym drożej. Gdzie szanowny pan planuje się dostać? A może powie pan ile ma przy sobie zasobów natury pieniężnej, a ja ustalę jak daleko zajedziemy. A tak, Cwany Miki jestem.
Nieznajomy, a teraz już znajomy po tym, jak się przedstawił, starał sie mówić w stylu wielkich lordów, co nie wychodziło mu tak dobrze jak myślał, że wychodzi. Jednak jakby nie patrzeć miał wóz i dał Tyrellowi możliwośc bezproblemowego dostania się w bardziej przyjazne miejsce.

Od Rhaenki:
 


Ostatnio zmieniony przez Anna Arryn dnia Czw Sie 08, 2013 10:04 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
58
Join date :
14/05/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Czw Sie 08, 2013 5:24 pm

Leonard zachował tyle resztek godności, by nie wdawać się w pyskówkę z karczmarzem. Zmierzył go tylko rozeźlonym spojrzeniem i pożałował, że nie jest w Reach. Gdyby te ziemie znajdowały się pod panowaniem jego ojca, ten dopilnowałby, aby bezczelny oberżysta pożałował swojego aroganckiego zachowania.
Może i by coś zamówił, bo w kiszkach mu marsza grało, ale rzut oka na tą dziwną polewkę wystarczył do skrętu kiszek. Zresztą nie miał pieniędzy, a nie zamierzał marnować cennej broszy na jedzenie.
-Właśnie stracił pan klienta. parsknął Leo i odwrócił się na pięcie od lady. Odszedł szybko w kierunku drzwi, marszowym krokiem, który bardziej pasował do zirytowanego rycerza niż do takiego obszarpańca jak on.

Miał już opuścić to miejsce i w akcie desperacji iść Złotym Traktem piechotą, gdy zaczepił go ten...Cwany Miki.
Przyjrzał się uważnie nieznajomemu, który wyjątkowo kiepsko podrabiał szlachecki sposób mówienia. Zaczął mieć obawy, że jechanie gdzieś z Cwanym Mikim może się skończyć zostaniem wycwawnionym i oszukanym.
Z drugiej strony, i tak nie miał zbyt wiele do stracenia.
-Do Wysogrodu. I nie płaciłbym monetami... których nie miał ...a tym. otworzył dłoń, w której ściskał coś od dłuższego czasu. Oczom Mikiego ukazała się złota brosza w kształcie herbu lordów Wysogrodu. Pośrodku rzeźbionej róży lśnił mały rubin, a wykończenia płatków były szklane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Czw Sie 08, 2013 10:40 pm

- Ajajaj, jakie to ładne! Błyszczące... ale czy prawdziwe? -zgarnął szybko broszę z wyciągniętej ręki Leonarda i nie zastanawiając się długo ugryzł ją.- Prawdziwa, niech ją licho! Taki bibelocik to cenny musi być, co?
Oddał ją czym prędzej Leonardowi.
- Ale co ja z tym zrobię? Sprzedać? Ale kto to kupi, toż to forunę musi kosztować. A jeszcze mnie o kradzież posądzą! Szanowny pan pieniędzy nie ma? Ani trochę? Niedobrze...
Rozsądek podpowiadał Mikiemu, żeby odpuścić sobie, podziękować za takie wynagrodzenie i zostawić obszarpańca samemu sobie. Cos mu jednak nie dawało spokoju.
- Jest takowa możliwość, że szanowny pan jest lordem? To mi na herb wygląda -Cwany Miki myślał teraz usilnie, jego mózg wszedł na największe obroty. Lord. Bez pieniędzy, ale z herbem. Chce wrócić do domu? Czy ma tam pieniądze? Czy obsypie złotem Mikiego, który go tam zawiezie? A może jedzie w inne miejsce? Zapłaci mu, czy go wykiwa? A może ukradł brosze i miecz? Udaje? Czy Miki ryzykuje życiem?
- Ja tej błyskotki nie chcę. Wolę zapłatę w miedziakach -to miało sens. W końcu większe monety, takie jak smoki, praktycznie nie funkcjonowały wśród biedoty. Nikt nie miałby tyle pieniędzy, żeby Mikiemu wydać resztę ze smoka a nawet ze srebrnika. Grosze, czyli miedziaki, to było to, co się dla Mikiego liczyło. Im więcej by ich było, tym oczywiście lepiej.- Masz jakieś pieniądze tam, gdzie chcesz jechać, szanowny panie? I może chodźmy stąd, tu duzo oczu patrzy.
Cwany już zdążył zauważyć, że siedząca w karczmie klientela zauważyła Leonardową błyskotkę. Lepiej było opuścić to miejsce, zanim komuś wpadłby do głowy pomysł pozyskania jej. Wyprowadził więc Tyrella z karczmy nawet zanim karczmarz zdążył się zorientować, że stracił całkiem dobrego klienta. W przyszłości oczywiście.
- To jak z tymi miedziakami na miejscu? -znów zapytał Miki, gdy już znaleźli się przed karczmą.- Świecidełko nie, grosze tak. Umowa stoi?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
58
Join date :
14/05/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Pią Sie 09, 2013 12:07 am

Wysłuchał rozkminy Mikiego z pewną satysfakcją. Niechętnie rozstałby się z broszą, która prawie uratowała mu życie. Jeśli cwaniak zostawiłby go na jakimś pustkowiu to bez świecidełka miałby do sprzedania tylko miecz i buty. A z bronią rozstawać się nie chciał.
-Chodźmy. potwierdził, bo nie w smak mu były spojrzenia ciekawskich. Miki mógł się już zorientować, że jego klient do najrozmowniejszych nie należał.
Znaleźli się przed karczmą, a gdy Miki napatrzył się się na broszę, Leonard odebrał mu ją i z powrotem schował w kieszeni koszuli.
-Inteligentny z ciebie facet, Miki. Faktycznie, z broszą niewiele zdziałasz, ale z protekcją lorda Tyrella i miedziakami...o wiele więcej. uśmiechnął się blado. Tyrell, podobnie jak Lannister, zawsze płaci swe długi.
-Umowa stoi. Otrzymasz sowitą zapłatę w Wysogrodzie. wyciągnął rękę. A teraz lepiej niech jadą, bo chciał jak najszybciej opuścić ten okropny Zachód z dołami w ziemi i niesympatycznymi karczmarzami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
195
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Pią Sie 09, 2013 4:27 pm

- Lord Tyrell? Takie szczęście,spotkać Ciebie, ser! Mój ulubiony lord, tak sądzę -Miki przypomniał sobie, że kiedyś słyszał o rodzie Tyrell. Mieli podobno jakiegoś kwiatka w herbie zamiast walecznych zwierzaków. Zobaczył różę? Zobaczył. Był ukontentowany. Nie zakładał nawet, że osoba stojąca przed nim próbuje go oszukać.
- Nie traćmy czasu, mój wóz stoi całkiem niedaleko.
Rzeczywiście tak było. Nie było to nic nadzwyczajnego, ot zwykły wóz wyściełany słomą, żeby pasażerowie nie narzekali na zdrętwiałe tyłki. Cwany Miki nie miał w zwyczaju przewozić lordów, w końcu mieli własne konie czy powozy. Ach, jego mały interes nabierze rozpędu, gdy wszyscy dowiedzą się, że woził wielkiego pana!
Do wozu zaprzęgniety był niesamowitych rozmiarów koń rasy Shire. Wielkie i ciężkie było to bydlę, dzięki temu mogło całkiem sprawnie ciągnąć wóz na którym siedziało nawet kilkanaście osób. Piękne zwierzątko.
Zapraszającym gestem Miki zachęcił Leonarda, żeby ten zajął miejsce. On sam zabrał się za przygotowywanie sie do odjazdu. Zaprzągł konia do wozu, a potem usiadł na koźle.
- Syćko gotowe? Możemy ruszać? -upewnił się jeszcze zerkając czy Tyrell siedzi wygodnie.- No to jedziem. Wiśta wio!
Nie wziął innych pasażerów, dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że lord nie przywykł do podróży w mniej przestronnych, niż obecne, warunkach. Oznaczało to mniejszy zysk po przyjeździe do Wysogrodu, ale na bogów, w końcu dostał słowo od lorda!
Koń stukał kopytami porośniętymi długim włosiem, wóz stukotał wesoło. Pojechali.

/zt Leonard
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Sob Lip 26, 2014 4:21 pm

Otworzyła oczy. Przed sobą miała ciemność. Zasnęła? Przecież obiecywała sobie, że nie zaśnie! Podniosła głowę z poduszki. Czy było już za późno? Przez szpary w okiennicach do pokoju wlewało się blade światło księżyca. Przez pierwsze kilka sekund nie słyszała skrzypienia wydawanego przez stawiający opór wiatru budynek karczmy, gdy jednak odzyskała nieco przytomności i wsłuchała się w otaczające ją odgłosy, zdała sobie sprawę, że na zewnątrz szaleje wichura. W przerwach między silnymi podmuchami dało się słyszeć spokojne oddechy śpiących na podłodze służek.
Powoli wyślizgnęła się z łóżka i wdziała podróżny strój. Do skórzanego paska przypięła mieszek i pochwę z nożem. Na ramiona zarzuciła sięgający kostek, ciemnozielony płaszcz z kapturem. Wsadziła pod pachę dwie wcześniej przygotowane koszule i parę spodni. Wzięła też bukłak z wodą, trzy kromki chleba i kawałek kiełbasy, który podczas kolacji udało jej się niepostrzeżenie zwinąć ze stołu. Zawiniętego w szmatkę jedzenia było malutko, ale nie miała możliwości stworzenia większego zapasu.
Podeszła do drzwi. Wzięła głęboki oddech. Naprawdę tego właśnie chciała? Serce waliło jej jak dzwon, a żołądek ściskał się ze zdenerwowania. Czy właśnie popełnia największy błąd w swoim życiu? Ah, przecież tyle miała czasu aby to przemyśleć... Dlaczego teraz tchórzy? Zacisnęła zęby. Lepsza okazja prędko się nie nadarzy. Możliwe, że nie nadarzy się już nigdy. Nigdy więcej nie chciała być czyjąś marionetką. Nie chciała być jak wytresowany piesek grzecznie chodzący na smyczy. Pchnęła drzwi, a one otworzyły się z cichym jękiem. Dźwięk utonął jednak wśród innych jemu podobnych, powstałych z woli żywiołu, a nie młodej Cleganówny.
Lydia omiotła spojrzeniem pusty korytarz, wymknęła się z pokoju i ostrożnie podeszła do schodów. Spojrzała w dół. W głównej sali nawet o tej porze panowało spore zamieszanie, a powietrze przesycone było bardziej i mniej przyjemnymi zapachami. Oberżysta zajęty był rozmową z jakimś mężczyzną popijającym ale przy ladzie. Gdzieś w kącie prowadzona była głośna i zażarta dyskusja. Niedaleko drzwi wyjściowych brudny pijaczyna właśnie osunął się pod stół, na którym stało kilka osuszonych butelek. Gdy tylko karczmarz odwróci uwagę od rozmówcy, najpewniej wyrzuci nieprzytomnego obdartusa w błoto przed budynkiem. Trzeba było działać, puki była okazja.
Jakby nigdy nic zeszła sobie spokojnie po schodach (chociaż miała ochotę biec, by czym prędzej opuścić pomieszczenie). Rzuciła okiem na właściciela przybytku. Wydawało się, że nie zwraca na nią uwagi. Mimowolnie przyspieszyła kroku, czując coraz większe podenerwowanie. Mijając stolik (i spoczywającego pod nim łachmytę) wzięła jedną z opróżnionych butelek i wyszła za drzwi, pozostawiając za sobą wszelkie wonie, hałasy i światła.
Założyła kaptur, gdy wiatr powitał ją chłodnym pocałunkiem. Z przyjemnością wciągnęła w płuca nocne powietrze. Pośpiesznie ruszyła w kierunku stajni dobudowanej do jednej ze ścian budynku. Gdy o zmierzchu wraz ze swą świtą dotarła do miejsca planowanego noclegu, nalegała tak jak to miała w swym zwyczaju, by samemu oporządzić Płotkę. Dało jej to możliwość nie tylko ułożenia rzędu tak, by w nocy bez większych problemów móc przygotować wierzchowca do jazdy, ale również stworzyło możliwość wybadania, gdzie przechowywany jest owies.
Zbite z desek drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, gdy uchyliła je i wślizgnęła się do ciemnej stajni. Wcześniej trzymaną butelkę wetknęła sobie za pasek na czas przygotowań, a zabrane z pokoju rzeczy rzuciła na pobliską kupkę czystej słomy. Myszaty wałach zaparskał cicho, gdy rozpoznał zapach swojej właścicielki. Lyd pogłaskała go po chrapach po czym ściągnęła z pobliskiego stojaka ogłowie, siodło i pad. Otworzyła boks i poczęła jak najszybciej zakładać cały ten sprzęt na rumaka. Miała nadzieję, że nie obudzi chłopca stajennego śpiącego na sianie na drugim końcu pomieszczenia.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Sob Lip 26, 2014 11:26 pm

MG

Akurat chłopiec stajenny spał sobie w najlepsze, nie przejmując się tym, że jakaś szlachetnie urodzona dama właśnie pragnęła zwędzić mu konia. Rumak też należał do raczej spokojnych stworzeń, więc wyprowadzenie go na zewnątrz i próba ucieczki spokojnie mogły się powieźć.
Gorzej, że po wyjeździe, każdy mógł łatwo dojrzeć jej zniknięcie, a ukryć się na trakcie nie było wcale łatwo. W końcu miało się do czynienia ze szlachcianką... a szlachcianki mają to do siebie, że nie radzą sobie w podobnej przestrzeni. Szczególnie nocą otaczający świat mógł się wydawać iście przerażający. Na zachodzie po lasach też krążyły wilki, a konia łatwo było spłoszyć. Jeśli Lydia chciała jednak uciec, musiała ruszyć w drogę już teraz, pozostawiając za sobą całą resztę.
Trakt nocą krył wiele tajemnic, szczególnie, gdy nie chodziło o samą drogę. Między drzewami okalającymi cieńsze lub szersze żyłki na mapie, na papierze nie widać było podstawowych zagrożeń. Być może Lydia będzie musiała się z nimi zmierzyć jeszcze tej nocy... Nikt nie oświetlał drogi, Cleganówna musiała więc radzić sobie zupełnie sama w ciemności. Ożywcza, dość chłodna noc, powitała ją z otwartymi ramionami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Wto Lip 29, 2014 12:43 am

Naprawdę chcę to zrobić... - pomyślała upychając swoje rzeczy do doczepionych do siodła sakw. Oprócz zdenerwowania zaczęła odczuwać podekscytowanie. Oto bowiem wyprowadzała swojego konia ze stajni, a człowiek który powinien trzymać nad nim pieczę, spał w najlepsze. Wyciągnęła zza paska pustą butelkę, która w razie konieczności miała posłużyć jako "środek usypiający" w konfrontacji ze stajennym. Uśmiechając się ponuro i rzuciła ją gdzieś w krzaki. Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem, czyli aż za dobrze. Wsadziła stopę do strzemienia, odbiła się lekko od ziemi i dosiadła Płotki.
Karczma znajdowała się dzień drogi na zachód od miejsca, w którym Złoty Trakt przecinał rzekę wypływającą z Oka Boga. Lydia mogłaby po prostu ruszyć na północ, wiedziała jednak, że nie byłby to najlepszy pomysł. Kluczenie po ciemku po okolicznych terenach mijało się z celem, jakim w tym momencie było dla niej jak najszybsze oddalenie się od gospody. Jazda po drodze była bezpieczniejsza. Mniejsze wydawało się prawdopodobieństwo, że końskie kopyto niefortunnie wyląduje w jakimś dole, albo że ona przez mrok i pęd zboczy z początkowo obranego kierunku. Złoty Trakt planowała opuścić dopiero gdy znajdzie się na drugim brzegu - wtedy to ruszy na północny wschód i będzie się trzymała tego kierunku aż dotrze do Królewskiego Traktu. Tak... Właśnie takie miała plany. Wbiła wiec pięty w szare boki wierzchowca i ruszyła cwałem w stronę Królewskiej Przystani.
Nie pamiętała, by kiedykolwiek wcześniej czuła się tak wolna. Pęd końskiego biegu i wiatr wyciskały łzy z oczu, lecz nie mogły zetrzeć malującego się na jej twarzy uśmiechu. Nie myślała o niebezpieczeństwach, jakie czaiły się na nią w ciemności. Nie była w stanie zamartwiać się tym, co może ją spotkać. Nie teraz. Nie w tym momencie.
Gdy rumak się zmęczył, karczma została daleko w tyle, a euforia wywołana udaną ucieczką zmalała, Lyd zwolniła, nie odważyła się jednak pozwolić wałachowi na przejście w stęp. Nie wiedziała, kiedy jej zniknięcie zostanie zauważone, ani kiedy (o ile w ogóle) zostanie wysłana pogoń, ale przewaga jaką tej nocy zdobyła mogła być jedyną przeszkodą oddzielającą ją od podzielenia losu niejednej damy Westeros.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Sro Wrz 24, 2014 10:43 pm

MG

Koń poddawał się początkowo woli młodej damy, gnając na łeb na szyję. Oddalała się, a pościg nie ruszył, więc mogła być z siebie całkowicie zadowolona. Im dalej jednak oddalała się od przytulnej gospody, tym bardziej robiło się wokół cicho i ciemno. Wiadomo zaś, że z ciszą i ciemnością przychodzi niebezpieczeństwo.
Bezchmurne niebo oświetlało jej w pewien sposób drogę, jednak mimo tego droga zdawała się ciemniejsza i niebezpieczniejsza, ponadto w prognozach zapowiadano na dzisiaj chłodny wieczór powietrze powoli się ochładzało, co też nie czyniło warunków odpowiednich do nocnej przejażdżki tudzież ucieczki.
Była już poza zasięgiem wścibskich oczu i pościgu przynajmniej przez kilka dłuższych chwil. Z obu stron traktu znajdował się las, a rumak młodej Cleganówny nie wydawał się zbyt spokojny. Strzyżenie uszami nasilało się, podobnie jak podrzucanie łbem. Chyba szykowała się jakaś niemiła niespodzianka...

Tak też się stało. Nagle, słysząc wilcze wycie, koń wyrwał do przodu, skręcając z traktu w las. Wierzgał tak rozpaczliwie, że w końcu zrzucił z siebie swojego jeźdźca i pognał galopem przed siebie. Wycie wilków nie ustawało, a zdawało się Lydii, że zwierzęta są coraz bliżej. Gdyby się rozejrzała, zdałaby sobie sprawę, że nie do końca wie, gdzie się znajduje - więcej czasu spędziła na uspokajaniu konia niż obserwowaniu okolicy. Cóż. Trakt chyba znajdował się daleko. Jakim sposobem znalazła się tu w tak krótkim czasie? Zimno, ciemno i samotno. A na dodatek wyją wilcy.

//PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO MI TO ZAJĘŁO ;______________;
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Sob Lis 22, 2014 10:55 pm

Gdy otworzyła oczy, w pierwszej chwili nie mogła pojąć, co się właśnie wydarzyło. Nie wiedziała, skąd nagle zamiast końskiego grzbietu znalazła się pod nią trawa. Chyba podczas upadku trochę za mocno uderzyła głową w ziemię... Jednak gdy świat przestał się kręcić, powoli podniosła się do pozycji siedzącej. Zaraz poczuła ból promieniujący ze stłuczonego biodra. Syknęła gniewnie.
- A idź w cholerę, głupi zwierzaku! Niech cię inni porwą! - wrzasnęła w ślad za wierzchowcem. Porwala z gleby pierwszy lepszy kamień i rzuciła go z całą siłą w krzaki. Jak w ogóle mogło do tego dojść? Przecież Płotka był jednym z najspokojniejszych koni, z jakimi miała do czynienia! Co mu nagle odbiło?
Uklękła. Myśl. Jak przestaniesz myśleć, będziesz trupem. Tylko trupy nie myślą. Wzięła głęboki oddech. Wilki. Trzeba znaleźć schronienie. Powoli podniosła się na na nogi, przeklinając w myślach stłuczone biodro. Nie zamierzała szukać po omacku drogi do traktu. Jeszcze zanim opuściła gospodę wiedziała, że kluczenie po ciemku wśród zarośli nie miałoby najmniejszego sensu. Musiała przetrzymać noc. Musiała znaleźć drzewo, na które łatwo wleźć. Kuśtykając, dotarła do najbliższej rośliny mniej więcej odpowiadającej jej wymaganiom. Z trudem wgramoliła się nań u sadowiła na grubszym, rozwidlającym się konarze. Plecy i głowę oparła o pień. Dlaczego serce biło jej tak szalenie, a płuca nie nadążały z pracą? Właśnie sprzeciwiła się woli wielkich panów. Powinna przecież czuć się jak zwyciężczyni, a nie jak zwierzątko zagnane z jednego kąta w drugi...
Chcąc dodać sobie nieco otuchy, dokonała rewizji swojego majątku, który skurczył się drastycznie. Straciła swoje żałosne zapasy i ubrania na zmianę... Ale wciąż miała ostry nóż przy pasku i pełną sakiewkę obok. Naciągnęła na głowę głęboki kaptur. Mogło być gorzej.

Gdy rano otworzyła oczy, już na nią czekali. Ujrzała czerwone płaszcze i swojego wierzchowca, który najwidoczniej wrócił w nocy do gospody. Bogowie, zlitujcie się...
[z/t]
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   Nie Kwi 26, 2015 10:41 pm

/ Włości Korony, Złoty Trakt

Świat ciągle się zmienia i my także musimy to robić.
Deszcz ustał. Zimne, lśniące w słabej szarości dnia krople osiadły na pobliskich krzewach i powoli, bardzo powoli pełzły ku swemu przeznaczeniu, chybocząc się na samym skraju żółknących liści, po czym – z samobójczą determinacją – mknęły ku ziemi, rozpryskując się na dziesiątki bliźniaczych, mniejszych kropel.
Orys  wodził wzrokiem od drzewa do drzewa, od korony do korony ożywianej kapaniem wody, jego wzrok nagle napotykał porzucony, zbutwiały pień spoczywający w gęstej ściółce, częściowo obdarty z kory, pamiętający najpewniej początek panowania Jaehaerysa Drugiego. Od kilku dni pejzaż przeobrażał się powoli. Wcześniej puszta stopniowo zamieniała się w ciągnące się po horyzont pola i pastwiska las, dziś zaś las ustępował niewielkim, z każdą przebytą milą rosnącym pagórkom,  coraz wyższym i wyższym, zwiastującym niechybne zbliżanie się do pasa górskiego Zachodu. Krajobraz nieomalże monochromatyczny, cały w żółciach i brązach, nabrał soczystej czerwieni, mienił się wielokolorowymi ornamentami na jesiennych pocałunkach dotykających drzew. Nawet ludzie, wcześniej zszarzali, pokryci pyłem i kurzem, tutaj stawali się barwni: dziewczęta o błyszczących, jasnych włosach, w kolorowych fartuszkach na ciemnych spódnicach, wiejscy gospodarze, wychodzący z septu, dumnie noszący czarne, szmelcowane buty z cholewami. Kręgosłup i siła królestwa, chłopi, kmiecie, wędrowni rycerze - sprawiali wrażenie, jakby tutaj wszystko było na swoim miejscu.
Dziedzic Końca Burzy uniósł kąciki ust w grymasie czegoś, co bez wątpienia miało być uśmiechem… choć w ponurym świetle dnia przywodziło na myśl raczej niewysłowioną groźbę skierowaną do niewidocznego dla oka rywala. Aż ciężko było uwierzyć, że kiedyś Baratheon starannie rozplanowywał każdą chwilę każdego dnia – dla siebie, Aylwarda, Allyi, Dereka, nawet bogom ducha winnego Ottona i jeszcze bardziej niewinnej Orlaith - układając je na właściwych miejscach i przypisując im właściwy sens. Zawsze patrzył przed siebie, w przyszłość lepszą niż teraźniejszość, widząc ją wyraźnie jak stojącą na wzgórzu warownię. Trudno uwierzyć, że od tamtej pory minął… ponad rok. Ponad rok spędzony pod łopoczącym płótnem naprędce rozbitego namiotu, ponad rok na wzburzonych falach Wąskiego Morza, ponad rok w skórzanym, dalekim od podstaw wygody siodle.
Ponad rok, gdy budził się sztywny i obolały, a świt przypominał dziurę ziejącą mu pod stopami. Ponad rok szukania śladów własnych celów, zamiarów bądź choć przebłysku idei na trawiastym pustkowiu, a potem w lasach, kiedy jednym okiem Orys oglądał się na swoją niewesołą przeszłość, zastanawiając się, jaka część jego świadomości wypełzła z lodowatych szponów ziemi i skradła mu życie, gdy on z uśmiechem wypatrywał przyszłości.
Baratheon pokręcił energicznie głową, odganiając natrętne myśli, które jęły z zaciekłością atakować senny umysł – uwaga powoli odpłynęła ku znacznie przyziemniejszym tematom, oscylując wokół Harrenhal oddalonego o niecały tydzień drogi.
Harrenhal, gdzie przebywał Aylward oraz Derek.
Harrenhal, gdzie mógłby w końcu zasiąść na suchych trybunach i sącząc zimne, ciemne ale obserwowałby zmagania swych krewnych.
Zamiast płynąć wbrew silnemu prądowi, ryzykując utratę wszystkiego w zimnej otchłani, lepiej przez chwilę spokojnie posiedzieć na plaży.
Uniwersalne rady Harberta Baratheona dochodziły do głosu w najmniej oczekiwanych momentach, odbijając się echem w nagle spłoszonych myślach i – tyle było z nich pożytku – pomagając w obraniu jak najlepszej ścieżki.
Kto wie, niewykluczone, że morze samo wyrzuci na brzeg to, czego pragniesz.
Orys nie chciał się sprzeczać z imaginacją własnego ojca (na całe szczęście – świadczyłoby to o doszczętnej utracie zdrowych zmysłów), miał jednak wrażenie, że uważał, że od czasu wojny z Dorne morze wyrzuca tylko gówno. Jak to jednak bywało w tym życiu:
Czas pokaże.

/ zt – za dni kilka w Casterly Rock
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Złoty Trakt   

Powrót do góry Go down
 

Złoty Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Zachód-