a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Kąt sali - Page 2



 

 Kąt sali

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
93
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Kąt sali   Nie Maj 05, 2013 12:41 pm

First topic message reminder :


Kąt Sali



cichym, zacienionym miejscem, które wręcz idealnie nadaje się do spokojnych, niewymagających przekrzykiwania rozmów - należy jednak pamiętać, iż wszystkie ściany mają uszy, zwłaszcza zaś te w Czerwonej Twierdzy...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
148
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Nie Maj 12, 2013 11:25 pm

Odetchnęła z ulgą, kiedy Alysanne odpowiedziała na jej wołanie i odnalazła ją w tym całym zamieszaniu. A może przez cały ten czas wcale nie znajdowała się tak daleko, jak się Cailet przez cały ogarniający ją stres, chaos i strach wydawało na samym początku? Nieważne, takie szczegóły były kolejnymi najmniej istotnymi rzeczami, na które powinna zwracać uwagę na samym początku. Najważniejsze było to, że Alysanne nic się nie stało, że wiedziała, co robi – jak zawsze zresztą. Jej siostrzyczka posiadała niesamowity wręcz talent do zachowywania zimnej krwi i rozsądku nawet w sytuacjach tak kryzysowych jak teraz. Cailet również potrafiła postępować rozważnie, jednak to wszystko, cały zamach na króla ją przytłaczał. Całkiem dosłownie zresztą, bo tłum miotał nią na wszystkie strony, a ona mimo usilnych prób była zbyt słaba i wątła, aby skutecznie mu się upierać, przez co była jak chorągiewka poruszana wiatrem pomiędzy mieszającymi się bezładnie frontami ludzi, z których każdy zmierzał w inną, sobie tylko znaną stronę.
Znaleźć Lorenta i Lavonne. Ach, chciałaby! Naprawdę bardzo by chciała, bo była pewna, że Lorent pomógłby jej się stamtąd wydostać bezzwłocznie. Miała nieprzyjemne wrażenie, że im dłużej pozostawała w Balowej Sali, tym gorzej i bardziej niebezpiecznie dla niej. Z każdą zresztą chwilą jej serce biło coraz szybciej w piersi. Z trudem udało jej się, wzorem siostry, przedostać do ściany, gdzie rozejrzała się wokół, poszukując drogi ucieczki, co nie było łatwe przy jej niewysokim wzroście. Jej wzrok nie wystawał choćby ponad jedną z głów tych wszystkich ludzi!
Na Bogów, pomyślała żałośnie i pewnie w panice rzuciłaby się w cały ten tłum, wykorzystując ten chyba najmniej skuteczny ze wszystkich sposobów, jednak na jej drodze stanął nie kto inny jak Aidan Stark. Jej narzeczony, jej przyszły pan, jej wybawienie. Widząc jego twarz, na której nie malował się choćby cień strachu, a jedynie pewność siebie, czując jego obecność tuż obok siebie, spojrzenie jego spokojnych, choć chłodnych oczu utkwione w sobie, poczuła się nagle tak bezpieczna, jak nie czuła się od dawna. Wiedziała, że już wszystko będzie dobrze, a nagła ta świadomość, była tak błogą i przyjemną, że jej emocje po raz kolejny sięgnęły zenitu, jednak zmieniając swój charakter z przerażenia na ulgę i wdzięczność. Prawdopodobnie nie powinna była, to nie wypadało jeszcze przed ślubem, jednak w tamtym momencie nie panowała nad sobą i bez słowa jakby przeleciała dzielącą ich odległość kilkunastu centymetrów, aby przylgnąć do jego szerokiej piersi, rozkoszując się poczuciem bezpieczeństwa, jakie tam znajdowała. Nie trwało to jednak długo. Rozsądek w końcu zdołał wziąć góre nad emocjami i Cailet odsunęła się, ukazując oblicze, które już wcale nie było blade, a wręcz przeciwnie – rumiane z powodu zawstydzenia.
- Proszę o wybaczenie, mój panie, to wszystko przez te emocje – powiedziała speszona całą sytuacją, jaką spowodowała i delikatnie dygnęła. - Cieszę się, że cię widzę – wytłumaczyła się, chociaż po tym wszystkim było to aż nazbyt oczywiste. Miała nadzieję, że Lord Stark zrzuci to na karb jej młodego wieku połączonego ze zbyt dużą ilością wrażeń i nie będzie miał jej tego za złe ani nie pomyśli o niej czegoś niewłaściwego. Nie wybaczyłaby sobie chyba nigdy, gdyby przez ten jeden wybryk, miał o niej złe zdanie! Potrząsnęła głową w odpowiedzi na jego pytanie. - Nie wiem, nie widziałam go, odkąd wstał od stołu po uczcie. Czy… Czy nie będzie zbyt śmiałym z mojej strony, jeśli poproszę cię o pomoc w poszukiwaniu mego brata, panie? – zapytała trochę nieśmiało, jednak jej oczy świeciły swoim charakterystycznym blaskiem, który świadczył o tym, że wzięła się już w garść i że nie podda się, dopóki nie znajdzie swojej rodziny – blaskiem determinacji. Już zupełnie zapomniała o tym, że stała przed nim w zupełnie zniszczonej sukni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
66
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 12:32 am

Lorent miał zamiar zahaczyć o sypialnie Tyrellów, by zmienić swój poplamiony strój, nim wróci na salę. Był już wyjątkowo zmęczony tym wszystkim i najchętniej zostałby w komnacie, by się zdrzemnąć. Więc jednak bywały minusy w byciu dziedzicem Wysogrodu, jak teraz, kiedy musiał być na wszystkich ważniejszych uroczystościach, by orientować się w zawiłej kwestii polityki i sojuszy. Już zmierzał do swoich komnat, kiedy zorientował się, że wokół jest dość gwarno, a mijający go ludzie zdecydowanie nie byli spokojni. Na dodatek grupa strażników biegła w stronę Wielkiej Sali. Udało mu się złapać przebiegającą obok osobę, by zapytać co się stało. Zamach na króla. Lorent zerwał się biegiem, porzucając natychmiast myśli o zmianie ubioru. Kiedy dotarł pod drzwi, tłumy ludzi wysypywały się stamtąd, lub tamowały właśnie przejście. Na przekór ludzi Tyrell zaczął wchodzić do środka, nie zważając na protesty, ani zasady kurtuazji, kiedy potrącał czasem on kogoś, czasem ktoś jego. Po drodze widział, jak jego rodzice wynurzają się razem z tłumem. Nie zauważył z nimi jednak jego sióstr. Rozglądał się gorączkowo, szukając zestresowany swojej rodziny. Tak się zdarzyło, że dotarł do stołu, gdzie właśnie Freyówna wykrwawiała się w objęciach swojej siostry. Zasłonił ręką usta, patrząc na te dramatyczne wydarzenie. Ludzie wokół nie mieli pojęcia co robić, a stary Frey najwyraźniej gdzieś zniknął, jeszcze nie zauważając tragicznych wydarzeń, które właśnie obejmowały jego rodzinę. Jeszcze większe przerażenie objęło Lorenta. Nie tylko zamach, jest więcej rannych, a jeśli coś się stało małej Alysanne, Lavonne, albo słodkiej Cailet. Zaczął jeszcze intensywniej przeszukiwać tłum, w którym zapanował ogólny chaos. Był wściekły, że nie było go tutaj, że zamiast zostać, by opiekować się siostrami, wyszedł z Wielkiej Sali. Nawet jeśli zrobił to na chwilę i w zasadzie potrzebnie, to teraz klął po drodze, rozpychając się dość agresywnie łokciami. Po chwili dojrzał Aidana Starka, który zdecydowanie wyróżniał się w tłumie swoim wzrostem. Postanowił skierować się w stronę dziedzica Winterfell, mając nadzieję, że on będzie miał jakiekolwiek pojęcie gdzie są jego siostry. Lorent wciąż nie umiał ogarnąć sytuacji. Tak szybko tutaj popędził, że nie zdążył się dowiedzieć kto jest sprawcą, czy są jacyś ranni, ani czy król w ogóle żyje. Cóż to by było, gdyby nie żył! Rody z pewnością rzuciłby się na królewską przystań jak wściekłe, wygłodniałe psy.
- Aidan! – krzyknął do przyjaciela, kiedy był blisko niego. – Czy widziałeś może…
Gdy Stark się odwrócił w jego kierunku, Lorent mógł zauważyć swoją siostrę stojącą razem z nim. Ma początku poczuł chwilowe odrętwienie. Wyglądała blado i widać, ze była szczerze przerażona, ale rzecz na którą patrzył Tyrell, była czerwona plama na jej sukni. Lorent w mgnieniu oka znalazł się przy niej i dotknął poplamionego materiału. Dopóki tego nie zrobił, pomimo że stała przed nim w dość dobrej formie, w jego umyśle były już najgorsze scenariusze, po tym jak zobaczył krwawiącą Bethany. Na szczęście to tylko wino. Oczywiście, że wino, najwyraźniej dziś dzień oblewania Tyrellów napojami alkoholowymi. Mimowolnie westchnął z ulgą i przyciągnął do siebie siostrę, by ją objąć i schować na chwilę nos w jej włosach. Po chwili ją wypuścił, kładąc ręce na jej ramionach.
- Wystraszyłaś mnie na śmierć – powiedział ponownie zerkając na plamę. – Widziałem jak rodzice wychodzili. Wiesz gdzie są Alysanne i Lavonne? – zapytał jeszcze, chociaż wydawało mu się, że widział wcześniej Lavonne, kierującą się do wyjścia z Lannisterem, ale nie dałby sobie uciąć głowę. Obrócił się szybko do Aidana, nie zdejmując jednej dłoni z ramienia siostry, ściskając ją lekko.
- Widziałeś wnuczkę Freya? – zapytał rozglądając się ponownie dookoła, by spróbować znaleźć resztę swoich sióstr.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Braavos/Dorne
Liczba postów :
7
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 1:08 am

Mellarie Martell wyśmienicie spędzała czas, swobodnie i lekko lawirując między rozmownymi gośćmi, suto zastawionymi stołami, czy roztańczonymi parami, w dłoni nieustannie mając kieliszek z winem (pierwszy, drugi, może trzeci, może czwarty), odziana w długą i zwiewną czerwoną suknię, z misternie uczesanymi włosami i z najbardziej charakterystycznym dla niej, ciepłym uśmiechem, tak rzadko schodzącym z jej ust. Jednakże czy realnie bawiła się tak szampańsko, to już była zupełnie odrębna sprawa. Bal się jej dłużył i nie przynosił ciekawych zwrotów akcji. Do tego czuła się zmęczona nudnymi pokłonami dla króla, które miały miejsce parę godzin wcześniej, a które zdawały się trwać istne wieki. Ponadto, nigdy nie była wielbicielką tego typu rozrywek, o ile nie wiązały się z nimi jakieś sukcesywne transakcje, czy choćby zawieranie drobnych porozumień.
Jej znudzenie już niebawem miało zostać przerwane, gdy to właśnie pragnęła po jednym z tańców, udać się w stronę stołów mieszczących się w końcu sali. Nie zdążyła się jednakże wielce oddalić, bowiem do jej uszu dotarły dźwięki zwiastujące jakieś poważne zamieszanie. Mellarie gwałtownie odwróciła się, pragnąc wypatrzeć sprawców ów tajemniczych wydarzeń. W pierwszej chwili jednak dostrzegła ludzi wskazujących na króla, który został zaatakowany nożem. Jedyną reakcją na jaką zdobyła się kobieta w tej chwili było zakrycie dłońmi szeroko otwartych ust. Nie tracąc mimo to rezonu, szybko zaczęła się rozglądać za sprawcą. Jednakże wtenczas jej wzrok zatrzymał się na jakiejś dziewczynie nieopodal niej, którą jeden ze sztyletów śmiertelnie ranił. Mel stała dość niedaleko niej, więc kolejną jej reakcją było spojrzenie na własną sukienkę, która została zabrudzona krwią. Martellówna lekko podwinęła brudną suknię i momentalnie cofnęła się, chcąc jak najszybciej zejść z linii ognia. Wszakże atakujący wciąż mógł uderzyć i tym razem trafić w nią. Odwróciła się od rannych, którym i tak nie mogła, ani i tak nie zamierzała, pomóc, i szybko skierowała się w boczne rejony sali. Chciała po prostu jak najszybciej się stąd wydostać, ewentualnie z bezpiecznego miejsca obserwować kto stoi za zamachem. W całym miejscu panował spory popłoch, więc nikt zapewne nie zwracał specjalnie na nią uwagi. Będąc nieopodal końca sali dostrzegła Lorenta Tyrella ponownie w towarzystwie Aidana Starka oraz swojej siostry, bez wahania postanowiła do nich dołączyć. Czy nie bezpieczniej było pozostać teraz w grupie? Czy nie przyjemniej byłoby ewentualnie umierać w towarzystwie zebranych, albo jednego z nich?
- Na wielkiego R'hllora, wiedziałam, że na tym spotkaniu na pewno nie będzie spokojnie ani bezpiecznie. Wciąż pozostajemy głupcami ignorującymi znaki Pana - od razu rzekła podchodząc do zebranych, z lekkim poddenerwowaniem, czy też zmartwieniem w głosie. Przecież od początku przeczuwała, że wypad tutaj nie skończy się zbyt dobrze, a jednak, ach ta pokusa! Jeszcze raz rozejrzała się dookoła by ostatecznie wrócić do nich wzrokiem, ostatecznie zatrzymując się na Lorencie.
- Jestem rad, widząc was całych, a jeszcze szczęśliwsza będę, gdy każde z nas bezpiecznie opuści tą salę - dodała mocniej zaciskając drobną dłoń na czerwonej, poplamionej sukni. - Choć niewątpliwie, jestem bardzo ciekawa, kto jest szaleńcem próbującym zabić króla przy setce świadków! - dodała jeszcze lekko kręcąc głową, bowiem naprawdę, nie rozumiała kto miewa tak absurdalne pomysły! Gdyby chociaż to było otrucie... a nie rzucanie sztyletami przez pół sali. Ktoś najwyraźniej wynajął bardzo kiepskiego najemnika. Jednakże na takie rozważania jeszcze przyjdzie pora. W tym momencie liczyła na to, że po prostu zaraz wydostaną się z tego zatłoczonego pomieszczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 2:02 am

Och.
Kompletnie nie wiedział, jak ma się zachować, kiedy malutka, drobna postać rudowłosej Cailet Tyrell objęła go mocno (ma dziewczyna krzepę swoją drogą) i z taką ufnością schowała się w jego postać. Wzruszające, uśmiechnął się lekko. Dopiero po krótkiej chwili, w której pokonał niezręczność, ogarnąwszy, co się stało oraz czemu coś miękkiego i ciepłego przywarło do niego tak nagle, zdecydował się położyć asekuracyjnie dłoń na jej ramieniu, poklepując nieporadnie.
Skinął głową, nie znajdując słów na nagłe przeprosiny zawstydzonej upustem emocji dziewczyny. Rozumiał, że było jej to potrzebne, dlatego nie wyciągnął żadnych krzywdzących wniosków. Stark nie miał odwagi do kobiet, w sensie; do kobiet piętnastoletnich, które wkrótce miały rodzić mu dzieci - oj, nie miał. Damy, kurtyzany - żaden problem, pełna kurtuazja. Przyszłe żony? - W porządku. Przyszłe żony-podlotki! Cielęco zachwycone swoimi narzeczonymi? - Oj, ciężko. Ale Stark pod swoją lodową skorupą miał serce. Całkiem duże w sumie, toteż zrobiło mu się zwyczajnie żal młodziutkiej trzpiotki. Widocznie wzbudzał w jej sercu szczeniacką fascynację, może zapałała do niego sympatią, chociaż nijak na nią zasłużył. W dodatku ta droga suknia poplamiona winem, biedactwo. Nadal nie potrafił wzbudzić w sobie tej nienawiści, która targała nim ostatnie miesiące w Winterfell. Z łatwością widział, jak okazuje chłód pięknej wyniosłej Tyrellównie, manifestując swoją niechęć temu małżeństwu i kobiecie w ogóle. Problem tkwił w tym, że niechęć do małżeństwa kwitła w nim nadal, lecz jego narzeczona, zamiast rozkapryszonej damulki, okazała się być w gruncie rzeczy rozkoszną dziewuszką, która nic nie wie o świecie, nieskalaną żadnymi brudnymi intrygami Westeros. Pozory mogły wprawdzie mylić, aczkolwiek Aidan czułby się po prostu źle, krzywdząc jej niewinną osóbkę. Pozostawał na to wciąż zbyt prawym człowiekiem.
- Znajdzie... Lorent, na szczęście! - Z westchnieniem ulgi powitał pojawienie się Lorenta, który wyrósł przed nimi nagle, zesłany chyba przez bóstwa. W samą porę.
- Nie widziałem. Dlaczego pytasz? - Na dźwięk nazwiska "Frey" przeszedł po jego ciele krótki, zimny dreszcz. Pomimo natłoku wszelakich zdarzeń z ostatnich minut, Aidan wciąż na świeżo w pamięci przechowywał wspomnienie rozmowy ze starcem z samego początku tego, dosyć niewinnie zapowiadającego się, balu. Obrócił głowę przez ramię, czysto pro forma, bowiem nawet nie liczył na to, że którakolwiek z wnuczek Waldera (nomen omen, jedna z nich miała podobno zostać żoną Reda) mogłaby czaić się za nim albo uczestniczyć w jakimś wydarzeniu, które miałoby teraz jakiekolwiek znaczenie...
Czyżby?
- Zamordował ją - powiedział do siebie cicho, bynajmniej nie ze zdenerwowaniem ani z jakimkolwiek wyraźnym poruszeniem. Ot, stwierdził fakt, przypadkiem wypowiedział myśl na głos. Ludzie umierają. To się zdarza... Przełknął ślinę i popatrzył na Lorenta z obawą. Nie, nie dbał wcale o anonimowych innych dookoła, nie w takim momencie. Świat praktycznie mógł drżeć w posadach, nie zburzyłoby to jego spokoju, dopóki tych kilka ważnych dla niego osób (rodzice, przyjaciele) pozostawało w pełni bezpiecznych. Miał nadzieję, że uda im się wyjść z tego cało. Każda śmierć normalnie wzbudziłaby w nim zadumę, jakiś smutek, nie był w końcu maszyną bez uczuć, lecz jedynie zwykłym człowiekiem z dalekiej, zimnej Północy, który tych uczuć nie okazywał zbyt często, ni nader wylewnie. A już na pewno nie miał zamiaru rozckliwiać się nad czymkolwiek na sali, gdzie wciąż może grasować ten marny najemnik. Uroczystość była nie do odratowania, ludzie za nadto spanikowali, większość zdążyła opuścić salę. Należało iść za ich przykładem, choćby dla bezpieczeństwa dam, będących z nimi. Dołączyła do nich także lady Martell, zapowiadała się zatem powtórka z rozrywki na dziedzińcu, uśmiechnął się krótko, witając ją skinieniem.
- W rzeczy samej, widziałem go. Próbowałem zatrzymać zdrajce, ale tłum dał mi radę - przyznał skrzywiony, nadal nie umiał sobie odpuścić przegranej próby pogoni za niedoszłym królobójcą. - Oby udało się gwardii. - Westchnął. - Wychodzimy stąd. - Zadecydował szybko. - Lady Martell, proszę trzymać się ser Tyrella. Moja pani - zwrócił się do Cailet - wszystko będzie dobrze. Znajdziemy jakieś bezpieczne miejsce. - I wyciągnął do niej dłoń, druga pozostawała przy mieczu, którego dobędzie, jeśli zajdzie potrzeba. Postanowił ruszyć w tłum, nie mogli zostać tutaj, czekać jak na zbawienie. Król przeżyje, Gwardia zajmie się Targaryenami, złapią sprawcę, wojsko zajmie się ewakuacją gości. Aidan zastanawiał się, co dalej z porządkiem obchodów. Zaraz jednak mignęła mu znajoma suknia tej, którą liczył zaczepić tego wieczora. Kolejny kamień z serca.
- Kyra! - Dotknął jej ramienia, mając nadzieje, że dziewczyna w odruchu samoobrony nie powali go na łopatki. Cóż, byłoby to trudne zważywszy na jego posturę, ale nie chciał zarobić z damskiego sztyletu w brzuch. Znał dobrze jej możliwości. - Dokąd to? Widziałaś Reda? - Obawiał się i o niego.


Ostatnio zmieniony przez Aidan Stark dnia Pon Maj 13, 2013 3:59 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Wysogród
Liczba postów :
148
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 3:38 am

Gdyby tylko Cailet wiedziała, co czaiło się w głębi serca i w myślach Aidana Starka, zapewne jej odczucia byłyby diametralnie różne od tych, które ogarniały ją, gdy tylko uwolniła go ze swoich objęć i stała naprzeciwko, spoglądając na niego tak ufnie jak chyba jeszcze nigdy przedtem nie spoglądała na nikogo. Podziwiała go za siłę, za męstwo, za zdecydowanie, nawet za ten dystans, na jaki ją trzymał i za niewiele słów, które wypowiadał w jej stronę, poczytując to jako część jego osobowości – bardzo intrygującą część, warto dodać. Czuła, że każda cząstka jej ciała ufa mu całkowicie… ba! Jest mu niemal zupełnie podporządkowana. Jej oczy, gdy na niego patrzyła, musiały lśnić takim blaskiem, jakim nie lśniły ognie wszystkich pochodni zgromadzonych w Sali Balowej, a jej serce – dla odmiany – jakby przestało nagle bić, na kilka ułamków sekund dosłownie, aby potem odżyć na nowo, jednak już w zupełnie innym rytmie, tak bardzo podobnym do jego. Przeczuwała, że od tego momentu wszystko dla niej się zmieniło. Gdyby jednak poznała jego myśli, które tak diametralnie różniły się od tych jej, zamiast podskórnej radości odczuwałaby smutek, zamiast uniesień serca – jego ból, byłaby zraniona i zawiedziona, wiedząc, że w jego oczach jest tylko dzieckiem i nie podziela choćby w drobnej części uczuć, jakimi go darzyła. że nawet nie widzi w niej kobiety! Na szczęście nie wiedziała i wciąż jeszcze pławiła się w swoich naiwnych, idealistycznych uczuciach, a na tych kilka sekund, gdy stali naprzeciwko siebie jedynie we dwoje, czas jakby się dla niej zatrzymał.
Ocknęła się dopiero, gdy odnalazł ich Lorent, a ona ponownie wylądowała w ukochanych męskich ramionach – tym razem tych brata. Czyli jemu także nic nie było! Odetchnęła z ulgą po raz kolejny i przytuliła go także. Nie była pewna, czy to jej suknia czy może ubranie jej brata także pachniało winem – myśl zupełnie abstrakcyjna i niepotrzebna na tamtą chwilę, jednak pierwsza, jaka jej się nasunęła. Najwidoczniej wciąż jeszcze fruwała w obłokach po tych kilku sekundach, podczas których znajdowała się sam na sam z Aidanem Starkiem.
- Wybacz – odpowiedziała, posyłając mu przepraszający uśmiech i pomimo ogólnego słabego wyglądu, mógł w jej oczach dostrzec pełne życia iskierki. To jednak nie był czas na uśmiechy, a kąciki jej ust po chwilowej radości spowodowanej pojawieniem się w jej pobliżu brata opadły, podczas gdy wyraz twarzy Cailet zmienił się na poważny. - Alysanne także wyszła. Powiedziała, że spotkamy się potem w ogrodzie, kiedy wszystko się względnie uspokoi. Nie mam pojęcia, gdzie jest Lavonne – poinformowała, nawet nie starając się wyjrzeć poza ramiona Lorenta, aby podjąć próbę wypatrzenia siostry w tym tłumie, gdyż wiedziała, że próba ta zakończy się niepowodzeniem.
- Lady Martell – dygnęła delikatnie, gdy podeszła do nich piękność z Dorne. - Nie przypuszczałam, że znajdzie się ktoś na tyle szalony, aby atakować dzisiaj kogokolwiek, a co dopiero samego Króla – odparła na jej słowa, jednak cała jej uwaga rozproszyła się ponownie, gdy tylko Aidan wyciągnął do niej swoją rękę. Spojrzała na niego z wdzięcznością i ufnością, wsuwając w nią swoją drobną, bladą dłoń. Wierzyła w jego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. W tamtej chwili uwierzyłaby mu najprawdopodobniej we wszystko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 8:39 pm

Lavonne jeszcze długo wirowała na parkiecie u boku Bleddyna i mimo narastającego zmęczenia nie miała zamiaru przerywać tej chwili. Była jednak do tego zmuszona, król postanowiwszy wygłosić mowę, uniósł się ze swojego krzesła, a dziewczyna wraz z towarzyszącym jej lwem, stanęła wokół władcy w ciasnym kółku. Starała się dostrzec cokolwiek, jednak zważywszy na jej niewielki wzrost i kruchą postawę, mało brakowało, a zginęłaby w tłumie. Stanęła na palcach i kompletnie ignorując fakt, że wygląda jakby znalazła się tutaj przypadkiem, uważnie śledziła nowego króla.
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero panujący na sali zgiełk. Mężczyzna wybiegł na środek przepychając się zawzięcie po czym zginął za drzwiami wejściowymi. Wnętrze przepełniły krzyki i wrzaski, płacze i szlochy. Lavonne przerażona i zupełnie zdezorientowana zwrócił wzrok w stronę rodziny królewskiej. Zamarła. Nie trzeba było też długo czekać aż przed oczami stanął jej obraz młodej kobiety, która leżąc na wznak, wykrwawiała się. Dziewczyna poczuła jak nogi się pod nią uginają, jak świat zaczyna wirować i jak z jej twarzy odpływa cała krew. Ewakuacja zaczęła się chwilę potem i dopiero kobieta, która niezbyt delikatnie potrąciła Lavonne sprawiła, że dziewczyna oprzytomniała. Z rozpaczą pomyślała o rodzeństwie. W jej oczach wezbrały nieproszone łzy, ale skutecznie ukryła je za długimi rzęsami. Nie zważając na hordę ludzi kierujących się dokładnie w jej stronę, pobiegła w ten sam kąt sali, w którym ostatnio widziała siostry. Oddech jej przyspieszył, a suknie niedbale zamiatała podłogi i z szelestem obijała się od nóg osób, które z przerażeniem ją mijały.
Wzięła głęboki oddech i pomaszerowała dalej. Dotarła na miejsce grubo spóźniona. Ciężko jednak opisać jej ulgę, kiedy zobaczyła Lorenta i Cailet - całych i zdrowych. Kamień spadł jej z serca i ignorując jakiekolwiek maniery, które powinny nią w tym momencie kierować, rzuciła się na szyję najpierw bratu, a później Cailet. Była pewna, że potrąciła przy tym Aidana Starka, ale myśl, że jej rodzeństwo jest bezpieczne, było jak kamień z serca. Dopiero teraz też dostrzegła Bledynna, który najwyraźniej przybiegł za nią. Wszyscy byli cali. Martwili ją tylko rodzice. Nie sądziła jednak, by stało im się coś złego. Rozglądając się po sali stwierdziła, że z pewnością zostali odtransportowani przez straż do swoich komnat. Przynajmniej miała taką nadzieję. Z uśmiechem na twarzy, który mieszał się zarówno z ulgą i przerażeniem, odsunęła się od młodszej siostry. Nie dane jej było cieszyć się chwilą. Wiedziała, że kogoś jej brakuje. Alysanne. Zamarła w bezruchu.
- Gdzie Aly? - Przeniosła spojrzenia to na brata, to na siostrę umierając w niepewności. Jej głos był przepełniony strachem i łamał się przy każdym wyrazie. Chyba dopiero teraz zaczynało docierać do niej to, co się przed chwilą stało. W duchu modlitwa się do Siedmiu, by jej kochana siostrzyczka była cała i zdrowa. Nie zniosłaby, gdyby cokolwiek jej się stało.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Kąt sali   Pon Maj 13, 2013 9:36 pm

Oddalała się powoli od młodej Freyówny w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie wiedziała, co ma teraz ze sobą zrobić. Rozmowa była irytująca, poza tym czuła po niej pewien niesmak – i nie, nie chodziło tu o wypity napój. Dlaczego się tak czuła? Przecież kłamstwa były powszechne w jej życiu. Otaczały ją z każdej strony, więc chcąc niechcąc zaczęła z nimi koegzystować. Początkowo sporadycznie, z czasem jednak stawały się wręcz nieuniknione. I nigdy nie czuła się z ich powodu tak.. nieprzyjemnie. Może chodziło o to, że łganie w żywe oczy istotce tak młodej i nie przesiąkniętej jeszcze do gruntu złem było nawet dla niej dosyć plugawe. Ale trudno, stało się, plan został zrealizowany chociaż w pewnej części. Nie ma co się nad tym dłużej roztkliwiać. Jakby na podsumowanie tego wywodu zerknęła w kierunku Leony, spodziewając się ujrzeć tam Reda. Czysta abstrakcja, dlaczego w ogóle przyszło jej to do głowy? Przecież nie mógł być przy niej, w końcu Kyra nie widziała nawet, żeby wchodził do Sali. I bardzo dobrze, że nie zaszczycił zebranych tu ludzi swoją obecnością. Mam nadzieję, że szybko się o naszym milutkim spotkaniu nie dowie.
Mijała ludzi, tak ważnych dla niej jak zeszłoroczne jedzenie. Wszyscy byli w jakimś stopniu źli, jedni się z tym nie kryli, ale inni, uśmiechający się uprzejmie, czekający tylko na dogodną chwilę do wbicia ci noża w plecy byli bardziej niebezpieczni. Nie miała ochoty użerać się z żadną ze stron. Chciała odpocząć od tego wszystkiego. Porozmawiać z kimś, przed kim nie musiałaby grać albo po prostu pooddychać świeżym powietrzem. Jako że, rozglądając się po Sali, nie zauważyła nikogo bliskiego, zdecydowała się na to drugie wyjście. Kierując się w stronę balkonu, ukradkiem ukradła komuś kielich z winem i zaczęła pić, ogarnięta nagłym pragnieniem.
Odpoczynek jednak nie był jej dany, jako że w tym momencie Smoczy król postanowił przemówić. Jakżeby inaczej, westchnęła cicho i zwróciła głowę w jego stronę. Pewnie chciał już zakończyć tą maskaradę. Jednak i jemu nie było dane dokończyć to, co zaczął. Tylko dzięki wrodzonej spostrzegawczości zdołała zauważyć całą tą sytuację. Jakiś gość przepchnął się brutalnie przez tłum, przewróci kilka osób i zamachnął się na króla. Sztyletem. Jako że i ona lubiła się tak bawić, zauważyła, że nie był laikiem w tej dziedzinie, natomiast samobójcą - jak najbardziej. Broń trafiłaby idealnie w sam środek piersi króla, ale zadziałał jakiś inny Targaryen i w rezultacie ucierpiał tylko on sam. Zamachowiec rzucił się do ucieczki, powstał chaos, a Kyra dopiero po chwili zauważyła, że stoi w miejscu, ściskając mocno kielich, zapewne blada jak ściana. Co ona wyrabia? Musi uciekać..
Jednak dalej stała jak zamurowana. Gdzie jest jej Pan Ojciec? Uciekł czy został i szuka swojej jedynaczki? A Red? Czy przybył w końcu na bal, czy siedzi bezpieczny w swojej komnacie? Brutalnie popychana, jako jedna z niższych osób widziała tylko plecy obcych jej ludzi. Gdy ktoś wytrącił jej kielich z dłoni, zdążyła warknąć głośno, jednak nie na tyle, by w tym całym rozgardiaszu usłyszał ją ktokolwiek, poza nią samą:
- Niech was Inni porwą! – Jak na złość, to jednak ją porwał przerażony tłum. Przez chwilę wydawało jej się, że widzi Lorda Boltona, ale kolejny rzut okiem na jegomościa utwierdził ją w przekonaniu, że jednak nie jest nim. W trakcie próby oderwania się od stada przestraszonego bydła, ktoś ją złapał za ramię i co prawda krzyknął jej imię, ale w tamtym momencie nie skojarzyła głosu. Poczuła tylko podstawowy instynkt, karzący jej chronić się przed niebezpieczeństwem. Odwróciła się na pięcie i wygięła boleśnie rękę nieznajomego, słusznie przypuszczając, że ją puści. Odsunęła się też na bezpieczną odległość i dopiero wtedy dotarło do niej, przed kim stoi.
- Aidan – stwierdziła po prostu ze złością i naganą, dobrze widoczną w jej oczach. Oparła ręce na biodrach i dodała
- Na Bogów, nie strasz mnie tak, jeśli życie ci miłe. – Miało to zabrzmieć surowo, ale nie mogła się powstrzymać od figlarnego uśmiechu, co było w tej sytuacji dosyć absurdalne. Zresztą długo się tak nie szczerzyła, bo przyuważyła jego młodziutką narzeczoną. I kilka innych osób.
- Jak myślisz, dokąd mogę iść? Nie, nie widziałam brata, nie jestem pewna, czy w ogóle się na tym balu pojawił. Czy są jacyś ranni oprócz Aemona? – dodała nieco ciszej, głównie ze względu na Cailet. Wyglądała i tak już na bardzo przerażoną, czego to nie dało się powiedzieć o jej bracie czy nawet o stojącej niedaleko dornijce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Kąt sali   

Powrót do góry Go down
 

Kąt sali

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa
» Klasa eliksirów
» Sala segregacji
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Królewska Sala Balowa-