a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Namioty Tullych



 

 Namioty Tullych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
175
Join date :
05/06/2014

PisanieTemat: Namioty Tullych   Sro Lis 19, 2014 10:28 pm

Przytłaczający ból ogarnął ciało Koena. Promieniował w barku i rozchodził się na całe ciało. Małe szpilki wlały się do płuc i kąsały go boleśnie, rój os wypełnił głowę i uniemożliwiał myślenie. Przeskoczył Wodospad, więc mógł już umrzeć jak każdy pstrąg na końcu swej podróży. Usta rozwarły się naciągając każdy mięsień żuchwy i wydobył się z nich dziki, nieokrzesany, prehistoryczny krzyk. Krzyczał on, jego ojciec, dziadek, dalecy przodkowie, cofając się w czasie przed inwazją Andalów, przed powstaniem cywilizacji; przez jego gardło wrzeszczeli wszystkie istoty ludzkie. Wyrzucał jak fontanna strumień nic nie znaczących, nie dających się zidentyfikować głosek. Pierwotne słowo, którego znaczenia ludzkość już nie pamięta. Zwyciężył. Wznosząc tumany kurzu padł na kolana. Oślepł, widział coraz niewyraźniej. Nie, nie oślepł. To pryzmat łez wykrzywiał obraz. Panika zaczęła wdzierać się do serca rycerza. Już nie pukała do drzwi - używała taranu. Nie teraz! Nic mi nie jest! Wytrzymam! - rozsądek próbował przemówić mu do rozumu. Zdrową ręką pozdrowił tłum i szybko wskazał na siebie palcem do służby, aby go zabrali. Zdjęli mu na jego polecenie hełm i otarli twarz - wilgotną od łez i potu oraz brudną od kurzu. Powiódł wzrokiem po trybunach uśmiechając się do publiczności i pozdrawiając ją ciepło. Co do piękniejszych dam mrugał i odsłaniał większą ilość uzębienia. Pomogli mu wstać. Nie odwracał się do publiki tyłem. Profesjonalni aktorzy tak nie robią, a kimże jest, jeśli nie aktorem. Nie chcą oglądać tępego okładania się maczugami. To widowisko. Gdy doszedł plecami do wejścia namiotu pokłonił się nisko, zrobił krok w tył i padł jak ścięty kwiatek.
Siedział wygodnie na czymś miękkim. Zipał ciężko, każdy oddech paraliżował mu na chwilę rękę i połowę torsu. Rozchylił powieki. Powoli, ostrożnie, jakby to co miał zobaczyć miało go zabić. Namiot z pewnością byłby przytulniejszy gdyby pozostał jedynie w czerwonej barwie, ale błękit herbowych wód psuł ten efekt. Srebrne kolumny podtrzymujące namiot zdawały mu się cukrowymi laskami, jakimi zajadał się będąc brzdącem. Wtulił się w skóry, chyba jelenia, na których siedział. Namiot nie był urządzony z przepychem, ale z pewnością zagracony. Części zbroi i ubrania wlały się wszędzie. Na ławie, na krzesłach, dywanach przykrywającymi klepisko, łożu, a na przeszywanicy chyba siedział. Wziął oddech.Ogólnego bałaganu dopełniały miski, wanienki, skrzynie, i inne barachło. Ale nie zwracał nań uwagi zawieszając wzrok na jednej z tarcz z herbem swego rodu, licznie zawieszonych na filarach namiotu. Ostre, drażniące niczym dornijskie jedzenie powietrze pocięło mu nozdrza, gardło, płuca i przeponę. Ból zdawał się nieznośny, a on sam miał ochotę skulić się w kłębek i czekać na mamę. Przynajmniej na scenie zachował pozory. Nie mógł nikomu pokazać, że cierpi, że jest śmiertelny. Był ich suzerenem, któremu nie można się sprzeciwiać. Gdzie ten maester?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Namioty Tullych   Pią Lis 21, 2014 7:31 pm

MG


O Bogowie.
Szybkie kroki odbiły się zwielokrotnionym echem od potężnych, wysokich murów korytarza, zwiastując rychłe nadejście spieszącego przez kolejne zakręty człeka.
O Bogowie, Bogowie.
Niewysoki, szczupły, z plątaniną kędzierzawych włosów i oczyma tak zielonymi, iż przywodziły na myśl najczystsze szmaragdy, maester Wylmur niemal biegiem pokonywał kolejne schody Wieży Duchów dzielące go od dziedzińca.
O Bogowie, Bogowie, Bogowie!
Wielokrotnie wzywanie siły wyższej na nic się nie zdało; Siedmiu milczało uparcie, nie pomagając biednemu młodzieńcowi ani w taszczeniu torby wypełnionej maściami, ani w biegu przez zatłoczony dziedziniec, gdzie kilkakrotnie niemal nie popędził na spotkanie z matką ziemią. Zaróżowione z emocji policzki przybrały barwę dojrzałej czereśni, gdy udało mu się w końcu wydostać na wolną przestrzeń – choć turniej trwał najlepsze, wokół pól namiotowych i samego Harrenhal kręciło się tylu rycerzy oraz prostytutek, iż zadanie maestra nie zostało ułatwione choćby w najmniejszym stopniu. Szczęściem w nieszczęściu, namiot rodu Tully znajdował się na tyle blisko bram zamkowych, że po kilku kuksańcach, mniej bądź bardziej niemoralnych propozycjach i jednej próbie podwędzenia z maestrowej torby makowego mleka w celach bynajmniej nie przeznaczonych do pierwotnego użytku, Wylmur w końcu wtargnął do właściwej jurty, odsapnął z ulgą i otarł z czoła krople potu, spojrzeniem szukając swego pacjenta.
Prawdę mówiąc, nie musiał się zbytnio wysilać – dziedzic Riverrun ni to siedział, ni to leżał niemal na samym środku namiotu, podparty nieudolnie krzesłem i zwalony w sam środek własnej przeszywanicy, obecnie przywodzącej na myśl zmaltretowany materac.
- Ser! – głos maestra zawirował w powietrzu, podszyty niemal histeryczną nutą właściwą człekowi, który ujrzał Nieznajomego akuratnie szczającego do miski z owsianką. – Panie! – kolejny okrzyk, tym razem nieco bardziej opanowany, choć nadal niemal dziecinnie wysoki, zwiastował rzucenie się maestra w stronę dziedzica Riverrun i odruchowe dotknięcie zlepionego postem, łzami i bogowie wiedzą czym jeszcze policzka.
- Niedobrze, niedobrze… - młody maester, dotychczas balansujący na granicy paniki oraz szczerej ochoty wyjechania poza granice Dorzecza, niemal magicznym (czy też – znanym jedynie uczniom Cytadeli) sposobem zdołał opanować drżenie głosu i sięgnął po najgłębiej skrywane pokłady profesjonalizmu… który wciąż był kształcony. Na jego łańcuch składało się już ponad tuzin ogniw, wśród których największą rolę dla ser Koena odgrywało to ze srebra, oznaczające wiedzę medyczną. Dłonie maestra pewnie uchwyciły ramię Tully’ego, wyszukując pod mokrym od potu materiałem urazu, który widoczny był nawet przez koszulę; wyraźne wybrzuszenie barku wysunięte w przód jednoznacznie wskazywało na przemieszczenie kości. Opuchlizna rosła z chwili na chwilę, zaś zaróżowienie skóry i podbiegnięcie krwią oznaczało wyłącznie jedno…
- Tniemy, ser. – maester Wylmur skinął poważnie głową, po czym – nie zważając ani na nagłą bladość dziedzica Riverrun, ani na ewentualne protesty – sięgnął po skórzaną torbę porzuconą bezlitośnie na ziemię. Niezliczona ilość słoiczków oraz fiolek zastukotała cichutko, gdy młodzieniec jął grzebać we wnętrzu saki, najwyraźniej poszukując niezbędnych do przeprowadzenia zabiegów przyrządów… te zaś w choćby najmniejszym stopniu nie budziły zaufania – w dłoni maestra po chwili pojawiło się podłużne, cieniutkie ostrze opatulone sobolą skórą. Metal zalśnił matowo, gdy Wylmur uwolnił go z ciasnego zawiniątka i przemył cierpko pachnącym winem, które przetrzymywał w niewielkiej manierce.
- Proszę się nie kłaść. Choćby nie wiem co, nie kładź się, ser. – maester przysunął bliżej chybotliwe krzesło, czyniąc z niego prowizoryczną podporę dla lewej, zdrowej ręki. Nim ostrze zetknęło się ze skórą, Wylmur bez cienia żalu rozerwał przepoconą koszulę, uwalniając prawy bark; gęste, ciemne wino obficie popłynęło po uwolnionym ramieniu i jęło wsiąkać w materiał niczym krew – maester uśmiechnął się blado, po czym…
… uderzył ser Koena w lewe kolano, tworząc tym samym w jego ciele nowe, choć nieszkodliwe źródło bólu – gdy Tully pogrążył się w zdumieniu podobnym zabiegiem i mimowolnie skierował wzrok na obolałą chrząstkę, maester Wylmur uchwycił w silne palce przedramię i uniósł je, drugą rękę zaś położył na przedniej części barku… po czym szarpnął mocno, czując, jak pod jego dłonią z chrobotem kość wskakuje na swoje miejsce.
A przynajmniej taką mógł mieć nadzieje.
Jeszcze nim dziedzic Riverrun podjął jakąkolwiek próbę wrzeszczenia w niebogłosy bądź mdlenia, oczyszczone ostrze smagnęło nabrzmiałą skórę w okolicach ramienia – z rany trysnęła obficie jasna, rozrzedzona krew, która zachlapała jasny wams oraz łańcuch maestra… sam Wylmur zdawał się jednak tego nie zauważać, zbyt mocno pochłonięty ponownym polewaniem rany wywarem z ziół oraz wina. Woń alkoholu wymieszana została z zapachem juchy oraz potu, gdzieniegdzie przetykanego odorem strachu, który podczas zabiegu bez wątpienia obecny był po obu stronach.
- O Bogowie. – w szmaragdowych oczach młodego maestra zamigotało przerażenie, zaś palce, owijające ranę w czysty materiał, zamarły w bezruchu. – Zapomniałem wcześniej zapytać. Chcesz makowego mleka, ser? – spojrzenie Wylmura jęło zionąć najczystszą paniką, gdy dotarło doń, że zapomniał znieczulić dziedzica Riverrun…
… ale najważniejsze, że ten ciągle żył, czyż nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
175
Join date :
05/06/2014

PisanieTemat: Re: Namioty Tullych   Pią Gru 05, 2014 1:45 am

Ból rwący jego ramię zagłuszał pozostałe zmysły, toteż słowa maestra słyszał jako echo w pustym pokoju. Odpływał. Oczy mimowolnie znów opadały przysłaniając obraz i rozciągając go w szerz. Spoczynek kusił odseparowaniem od otaczającego świata. Ujrzał jak majster wypełniał niemal całą przestrzeń. Kolejne zdania wlewały się jednym, a wylewały drugim uchem. Błogie ciepło snu otuliło Koena i oddał się w ramiona sennych mar.
Idyllę przerwano jedynie dziwnym uczuciem krótkiego, nic nie znaczącego bólu w kolanie. Siatka nerwów rozchodząca się we wszystkich kierunkach w końcu znalazła odpowiedni kierunek, impuls popłyną do góry, w głowie się przejaśniło i odpowiedziała rozkazem kopniaka. Gniew wlał się w rycerza, ale inny niż ten na turnieju. Przefiltrowany przez zmęczenie, utratę krwi i zwyczajne lenistwo był spokojniejszy, nie zachęcający do rozrób, czy innych harców, a raczej drażniący. Koen zaczął narzekać w myślach na swój psi los, na błogie, pozbawione trosk życie wieśniaków, na uczonych maestrów siedzących na przytulnych posadach na zamkach i na septów obżerających się za datki wiernych. Na całą niesprawiedliwość jaka go spotkała, perfumowanych panów, chorążych, króla, członków rodu, imigrantów z Essos, pogodę i całe jadło jakie mu serwowano na Północy, swój rynsztunek, nawet na swą służbę, której było to oczywiście wina. A ten pyzaty grubasek jeszcze zabraniał mu się kłaść. Był lordem. No, prawie. Ale i tak miał prawo kłaść się kiedy zechce!
Poczuł jego oddech na policzku kiedy ten się zbliżał do niego. Młody Tully był jeszcze bardziej zły. Na uściski mu się zebrało. Strach ogarnął dziedzica Riverrun kiedy umysł rzucił sugestię, iż ten chce wykorzystać słabe zdrowie i niemoc szlachcica. Nim zdążył się ruszyć palący ból wypełnił całe ciało. Roztopione żelazo wlewające się przez ranę wypełniło wnętrze Koena i natychmiast zastygło ciągnąc Koena na krzesło i uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Zesztywniał, a dziesięć uderzeń serca później, w czasie których namiot wypełnił się napiętą atmosferą skandalu, po polu namiotowym przeszła fala, tsunami wrzasku. Pan Dorzecza przemówił gromkim głosem to swych wiernych sług, a kolejne sylaby układały się w:
- Wódki!!!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Namioty Tullych   

Powrót do góry Go down
 

Namioty Tullych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Namioty łazienkowe

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Harrenhal :: Pole turniejowe-