a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Haystack Hall



 

 Haystack Hall

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Haystack Hall   Nie Lis 24, 2013 10:27 am

Haystack Hall to siedziba rodu Errol, chorążego Baratheonów. Zamek ulokowany został na północ od Końca Burzy i wschód od Królewskiego Traktu oraz Spiżowej Bramy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Haystack Hall   Sob Gru 07, 2013 8:45 pm

/ droga na południe, dawno temu

Siedziała ze skrzyżowanymi nogami przed wygasłym ogniskiem i intensywnie wpatrywała się w zwiniętego w kłębek węża. Grzał się w cieple stygnącej pod warstwą popiołu ziemi i chwilowo się nie poruszał. Gisella ten czas wykorzystywała na snucie między sobą a gadem miękkiej, mocnej liny zrozumienia, licząc na to, że zanim zwierzę ruszy z miejsca, ona całkowicie wejdzie w jego skórę. Powoli pochyliła się nisko nad ziemią i przesuwając bokiem głowy po miękkim, zielonym dywanie trawy, chłonęła ciszę panującą w niewielkim ogrodzie zamku. Jej ciało nabierało falującej sprężystości, ucho całkowicie zanurzone w gęstwinie przestało pełnić swe funkcje, czuła, jak po plecach pełgają ciarki podniecenia. Niewiele
brakowało do osiągnięcia pełnej jedności z wężem, kiedy dźwięk pękającej gałązki wyrwał ją z błogostanu, budząc nie do końca porzuconą ludzką naturę. Maegi nie musiała obawiać się swoich gospodarzy, dlatego powoli uniosła głowę, odgarniając dłonią nieposłuszne pasmo włosów. Za plecami nie było nikogo…
Od jej rozstania z Aylwardem mijał kolejny tydzień i każdą cząstką swojego ciała pragnęła, by ta męka dobiegła końca. Odkąd pojmali ją na leśnym trakcie, dni stawały się drogą przez różane ciernie, nużącą i bolesną. Gisella pragnęła wolności, zaś tą mógł zwrócić jej jedynie mężczyzna… co stanowiło okrutną ironię losu. Nie potrafiłaby zliczyć bezkresu cierpienia, którego doznała od płci przeciwnej, tymczasem po raz kolejny miała nieszczęście paść ofiarą męża. Potrafiła znieść od brutalnej z natury nacji wszystko. Gwałty. Sprzedaż. Przemoc. Krew. Sperma. Cios. Jeden. Drugi… kolejny. Tego od mężczyzn oczekiwała, bowiem właśnie to stanowiło nierozerwalną część ich jestestwa.
A przynajmniej tak było, póki dowódca armii, którego wzięła za zwykłego zwiadowcę, nie zadał kłamu jej poglądowi. Aylward mógł grać, niezaprzeczalnie byłby do tego zdolny, jednak… Gisella nie chciała uwierzyć w tą wersję. Nie powinna. Nie mogła? Woń wiatru, końskiej sierści i jabłek powracała do niej w snach, jeszcze barwniejszych i realistycznych niż zwykle. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nocne koszmary, w których po raz tysięczny przeżywała śmierć swej rodziny, w których silne dłonie Dothraków przyciskały ją do ziemi, w których obślizgłe palce dornijskiego kupca dotykały jej skóry miały w sobie coś… ze spokoju. Jego zapach. Jabłka, końska sierść i wiatr. Jego głos. Głęboki, stłumiony przez szept i balansujący na granicy irytacji oraz rozbawienia. Jego kroki. Ciche, sprężyste, ale stanowcze. Kim był ten człowiek? Kim chciał być? Kim mógłby zostać?
Jeśli zginie na wojnie, o której mówił, już nikt nigdy tego się nie dowie. Jeśli zaś wróci… o ile wróci… wystarczy, by Gisella spojrzała w przyszłość. Magia krwi nigdy nie kłamie. Jednak rzadko kiedy daje też jednoznacznie odpowiedzi.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Haystack Hall   Nie Gru 08, 2013 11:33 am

/ Las

Allya powoli zaczynała nienawidzić swojego strażnika. Nie dość, że ów barczysty mężczyzna o twarzy dziecka nie odstępował jej na krok, to jeszcze ani na chwilę nie przestawał gadać. Poruszył już chyba wszelkie możliwe tematy od kształtu chmur po leczenie rozwolnienia. Właśnie wkraczał na temat boskości Siedmiu, gdy Baratheonówna przystanęła i udała, że poprawia guzik przy skórzanej kamizelce. W rzeczywistości z utęsknieniem zerknęła w stronę żołnierzy siedzących wokół stołu zrobionego z kilku złożonych razem skrzynek. Ci  nie gadali o bzdurach, tylko grali w karty, śmiejąc się i popijając coś z drewnianych pucharów. Stogi siana wyszyte na ich wamsach dobitnie świadczyły o przynależności do rodu Errol, w którego siedzibie przebywali od kilku chwil.
- Moja pani, Lord wyczekuje Cię w sali rycerskiej. - głos strażnika przebił się przez potężne kłębowisko ponurych myśli, skutecznie pochłaniających całą uwagę Allyi. Łania oderwała wzrok od żołdaków, którym nie umknęła obecność na dziedzińcu bezczelnie wpatrującej się w nich kobiety. Toporne twarze powoli zaczęły rozjaśniać się wymownymi uśmiechami, skwitowanych z kolei przez samą Baratheonównę gniewnym zmarszczeniem brwi i energicznym odwrotem w stronę bramy zamku.
Sala rzeczywiście wyglądała należycie. Ściany, wyłożone białym marmurem, specjalnie na tę okazję obwieszono ogromnymi, jedwabnymi sztandarami zarówno chorążych, jak i ich suzerena, a otoczony kolumnadą podest dla grajków ozdobiono laurem. W kandelabrach połyskiwały krwawo świece, a  ustawione w podkowę stoły uginały się pod półmiskami owoców i drobnych przekąsek. Wzdłuż ścian stali rycerze. Prawie pół setki.
- Szlachetna Lady Baratheon. - głos, dobiegający ze szczytu stołu, zmusił Allyę do skupienia wzroku na mówcy. Lord Errol był postawnym mężczyzną, który przeżył już najlepsze lata swego życia, jednak nadal zachował sprężystość ruchów i typowe dla członków jego rodziny, jasne niczym siano włosy. - To zaszczyt móc gościć Cię w naszych skromnych progach. Zechciej zająć miejsce po mej prawicy, pani.
Do tej pory pochmurne jak niebo przed burzą oblicze Allyi rozjaśniło się na wskutek delikatnego uśmiechu, który wykwitł na jej ustach. Znacznie większą radość od możliwości zajęcia zaszczytnego miejsca przy stole sprawiała Baratheonównie myśl, że Lord Errol jej wizytę odebrał jako sugestię… i najwyraźniej postanowił zapełnić puste miejsce po zmarłej przed kilkoma laty Lady Errol. Łania dygnęła delikatnie i pozwoliła, by gospodarz osobiście odsunął potężne krzesło.
- Nie zawiodłeś mnie, szlachetny panie. - stwierdziła spokojnie, maskując rozbawienie skupieniem całej siły woli na twarzy jednej z córek Lorda. Prawdopodobnie starszej od samej Baratheonówny. - Haystack Hall po raz kolejny okazało się jednym z najbardziej gościnnych miejsc, które było mi dane odwiedzić. - nie wiedzieć skąd, tuż obok Allyi pojawiła się służka z dzbanem wina. Jasne spojrzenie łani zabłyszczało z zachwytem na widok czerwonego trunku, jednak smukła dłoń zaprzeczyła pragnieniu serca, odmawiając nalania trunku.
- Pomimo szczerych chęci, nie zostanę długo. - rzekła cicho, z powagą spoglądając na Lorda Haystack Hall. - Przyjechałam po dziewczynę. Już i tak mocno nadwyrężyliśmy gościnność, odsyłając ją z Końca Burzy, ale… okoliczności się zmieniły. - dłoń Lorda Errola zamarła w bezruchu na nóżce kielicha, gdy kąciki ust Baratheonówny opadły nieznacznie w dół, a spojrzenie pociemniało. - Doszło do bitwy, co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Jednak… jednak kruki z południa docierają do celu tak rzadko, że nie znamy wyników starcia. - palce Allyi zacisnęły się mocniej na srebrnym sztućcu, zupełnie jakby Baratheonówna za pomocą widelca miała zamiar pokonać całą armię Dorne. Lord Errol widząc tą reakcję, najwyraźniej uznał, że sprawa przybrała jeszcze poważniejszy obrót niż dotychczas, bowiem odprawił służbę wnoszącą dzbany z parującym daniem i pochylił się w stronę gościa z zaciętym wyrazem twarzy.
- Bez względu na sukces czy porażkę, jestem gotowy stanąć po stronie Końca Burzy, pani. Nikt w Haystack Hall nie daje wiary w pomówienia, jakoby Książę Dorne został otruty z waszego rozkazu. Nikt. - nie wiedzieć co stało się najpierw - to, że Allya zacisnęła palce na silnej dłoni Lorda Errola w wyrazie wdzięczności, czy to, że sam Lord wstał, przepraszając w imieniu Baratheonówny zebranych i zapowiadając przesunięcie uczty o kilka chwil.
- Jestem w stanie zagwarantować świeże rumaki, pani. Jeden z moich ludzi poprowadzi was krótszą drogą, byście nie musieli wracać na Królewski Trakt. Za trzy dni będziecie w Końcu Burzy... świętującym lub pogrążonym w żałobie. - Lord Errol kiwnął głową jednemu ze służących, który natychmiast opuścił salę, by wykonać rozkaz pana zamku. - Zaś ta dziewczyna… jest w ogrodzie, pani. Bardzo polubiła tamto miejsce.
Lord Errol nie musiał powtarzać dwa razy - Allya wiedziona ni to przeczuciem, ni wewnętrzną potrzebą pośpiechu, pożegnała gospodarza, obiecując rychły kontakt i dziękując za wszystko, co dlań uczynił. Zaledwie chwilę później pędziła już w stronę ogrodu, z nieodłącznym strażnikiem przy boku.  Nawet irracjonalny gniew na niego dawno minął.
- Hardwin. - zerknęła na niego przez ramię, uśmiechając się z roztargnieniem. - Dziękuję, że ze mną wytrzymujesz.
Nie wiedzieć, co było bardziej zaskakujące - widok strażnika, który po raz pierwszy od nieskończoności odwzajemnił uśmiech Allyi, czy obraz kruchej wiedźmy z burzą rudych włosów na głowie pogrążonej pośrodku ogrodu w błogostanie niewiedzy o nadchodzącej Baratheonównie. A może wręcz przeciwnie - więzień doskonale wiedział, kto zbliża się doń przez gęstwinę drzew, gotowy poświęcić wszystko za obietnicę… czego? Szczęścia?
- Gisella. - głos Allyi, tak obcy dla panującej w tym miejscu ciszy, nieprzyjemnie ranił zmysły. Powinna odkaszlnąć, nim zabrała głos, przez emocje zachrypnięty niczym u starego marynarza. - Jestem… jestem siostrą Aylwarda. - z odległości kilku stóp, które dzieliły ją od jeńca, Baratheonówna doskonale zrozumiała, dlaczego jej brat pojmał dziewczynę. Oczywiście, jedną z przyczyn było podejrzenie o szpiegostwo, lecz na pewno nie był to powód główny.
Ayl po prostu zapragnął szmaragdowych oczu na własność. Wielkich, lśniących jak kamienie szlachetne oczu, wpatrujących się w otaczający świat nieufnie, z głęboko skrywaną odrazą. Czy Gisella przyznała się przed nim, że jest Lhazarenką? Czy powiedziała, że para się magią krwi? Albo inaczej… czy Aylward był zdolny zrozumieć cokolwiek, czując blisko siebie szczupłe, prawie kościste ciało rudzielca?
- Chcę, byś wróciła do Końca Burzy. - Allya nie siliła się na uprzejmy ton i fałszywe uśmiechy - to zachowa na królewski dwór, jeśli tylko okaże się, że będą musieli odpowiadać przed koroną za wojnę. - Twoje pochodzenie i zamiary zdołaliśmy już ustalić, więc nie ma najmniejszych przeszkód, byś zamieszkała w zamku. - kłamstwo… albo wręcz przeciwnie - półprawda. Rzeczywiście, przez te kilka tygodni zdołali odrzucić tezę, jakoby Gisella była szpiegiem Dorne. Odkryli jednak inną naturę dziewczyny… i nie mieli pojęcia, co zrobić z tym fantem. Tymczasem teraz nadarzała się idealna okazja, do wykorzystania jej zdolności… nawet jeśli odrażających i mrocznych. Jednak skutecznych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Haystack Hall   Sob Gru 21, 2013 6:21 pm

Odgłos kroków na trawie, lekkich i cichych, jakby stawianych przez czujne zwierzę. Wiatr niosący odgłos rozmów. Kobiecy głos, miękki jak puch, w którym ukryto śmiertelne ostrze… Długie palce maegi zacisnęły się mimowolnie na niewielkiej zapince wpiętej w połę skórzanej kamizelki. Zimny dotyk złota przesunął się po jej opuszkach, znikając po chwili bezpowrotnie. Broszka w kształcie błyskawicy była prosta i tym samym piękna. Błyszczała przy każdym ruchu, kusiła… była namacalnym dowodem na istnienie tego mężczyzny, który nie tylko zapewnił jej azyl, ale oddelegował do swej rodowej siedziby. Gisella nigdy nie zapomni chwili, gdy po dwóch dniach podróży przez niewielki las, potem zaś wysuszone stepy przetykane obrazem skarlałych, zgiętych pod uderzeniami wiatru drzew, ujrzała ten zamek. W samym fakcie istnienia zamków nie było nic nadzwyczajnego, wszak w życiu było jej dane dojrzeć niejedną taką budowlę.
Jednak Koniec Burzy był inny.
Czarna bryła mroku na tle jasnego nieba - chyba tak określiła go w myślach. Wielka wieża przywodząca na myśl zaciśniętą pięść, zupełnie jakby twierdza groziła bogom. Był zachwycający i przerażający zarazem, choć na pewno nie piękny i smukły jak pałac w Słonecznej Włóczni ze złotymi kopułami i białymi murami. Gdy zaś zbliżała się do zamku, na własnej skórze przekonała się, że pierwsze wrażenie jej nie myliło - w ciemnych kamieniach Końca Burzy zaklęta była magia. Wpleciona pomiędzy mury, wciąż istniała, choć już dawno zapomniano o jej istnieniu… jednak bardziej od potęgi twierdzy, frapowało maegi to, dlaczego wciąż powraca myślami do człowieka, który wychowywał się w tamtym miejscu. Pomna nauk matki, wyrzuciła ze swych myśli rozważania o przyczynie. To niczego nie daje - wiedziała o tym od niej i sama też tak przeczuwała. Powinna krok po kroku śledzić poczynania Aylwarda i szukać tego, co różniło go od innych mężczyzn. Wspomnienia kilku krótkich wspólnie spędzonych chwil były konieczne, ale widać miała ich za mało i pojawiły się rozbieżności. A może wcześniej źle wybrała? Może nie powinna pozwolić skierować się z Końca Burzy tutaj, do tej niewielkiej twierdzy za wielkim lasem? Tyle jest dróg do poczucia jedności, a najtrudniej wybrać właściwą...
- Gisella.
Jej imię, tak mocno przystosowane do wymagań języka powszechnego, zabrzmiało stanowczo bliżej, niż maegi mogła by się spodziewać. Dziewczyna łypnęła niepewnie przez ramię na kobietę, która je wypowiedziała. I nim zdołała pojąć, co tak właściwie ma miejsce, nim padły słowa wyjaśnienia…
- Oczy. - rudy kosmyk opadł na czoło, gdy Gisella podniosła się z ziemi, czujnie przypatrując niespodziewanemu (czy aby na pewno?) gościowi. - Macie takie same oczy. - uwaga, nieskładna, bezzasadna i… jak najbardziej prawdziwa dała maegi chwilę na przyjrzenie się uważniej siostrze Aylwarda. Podobni… czy różni? Ta sama hardość w spojrzeniu, ta sama nieugięta postawa, duma, zręczność i jeszcze coś. Coś, co było zgubą obojga. Gisella potrząsnęła głową, wpatrując się czujnie w Allyę Baratheon.
- Nie tego pragniesz. - głos maegi zakłócił chwilową ciszę, a sama wiedźma wygładziła dłońmi przetarty skórzany materiał kamizelki, której nie chciała zamienić na jedwabie, jakie jej oferowano. - Nie mego powrotu, lecz umiejętności. - dodała ciszej Lhazarenka, zaciskając kurczowo palce. Czy to oznaczało, że sam Aylward został ranny lub nie żyje…? Nie. Nie… wtedy jego siostra nie byłaby tak spokojna. Pełna determinacji jak dziś, owszem, ale na pewno nie spokojna.
- Brak tu wyboru, Lady. - kościste ramiona Giselli uniosły się i opadły, gdy wzdrygnęła nimi obojętnie, uśmiechając się delikatnie. Skoro tak wiele wiedzieli o magii, musieli zdawać sobie sprawę z ceny, jaką należy zapłacić za wdrożenie jej w życie… wysoką cenę, cenę adekwatną do wymagań.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Haystack Hall   Nie Sty 05, 2014 9:09 pm

Z twarzy Allyi nijak nie dało wyczytać się żadnych emocji. Bo i jakie uczucia miałyby nią targać? Od tygodni towarzyszył jej jedynie strach. Obawy. Niepokój. Najgorsze z możliwych przeczuć. Oraz wściekłość. Tak, wściekłość szczególnie. To właśnie ona kierowała jej czynami, pomagała podejmować decyzje, napędzała każdy krok, determinowała nawet najmniejszy gest. Czysta, pierwotna wściekłość, wypełniająca ciało po brzegi, buzująca w sercu jak gotowane wino. Czy można było obarczać Baratheonównę o taki stan rzeczy? O permanentną rozpacz, niepohamowaną złość?
Tylko by ktoś spróbował.
Allya wpatrywała się w rudowłosą dziewczynę, starając za wszelką cenę nie popaść w rutynę. Ostatnia, choć nie tak nieprawdopodobna rzecz jakiej potrzebowała, to stan zmęczenia zaistniałą sytuacją. Nie mogła się poddawać, nie ona, nie teraz, nie w obliczu… właśnie, czego? Zwycięstwa, klęski, umiarkowanego tryumfu? Albo zwykłej farsy…?
- Jesteśmy Baratheonami. - odparła z roztargnieniem na wzmiankę o oczach, pocierając nerwowo nadgarstek lewej dłoni, tuż nad drobną, bladą blizną. Zupełnie jakby dla dziewczyny z obcego kraju, urodzonej gdzieś na rubieżach Essos, informacja ta była wystarczająco jasna. Nie znała Siedmiu Królestw, nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, w jakim miejscu się znalazła. Tu zagrożeniem nie byli nieokrzesani Dothrakowie na koniach, tylko lordowie z wargami rozciągniętymi w obślizgłych uśmiechach… lub piękne damy w powłóczystych sukniach. Allya wypuściła powoli powietrze z płuc, czując narastającą irytację. Czas naglił, a wraz z nim sytuacja wymykała się spod kontroli… co działało na korzyść maegi.
- Nie uznajesz kompromisów, prawda? - Baratheonówna odgarnęła z czoła ciemny kosmyk włosów, delikatnie mrużąc lśniące oczy. - Tym lepiej, bowiem także nie należę do osób szczególnie polubownych. - Allya podeszła powoli do rudowłosej dziewczyny, splatając ze sobą smukłe palce dłoni. Twarde warunki wymagały twardego postępowania, czyż nie tego uczył jej pan ojciec? Przykucnęła powoli tuż obok maegi, za nic mając mokrą trawę i wygasłe ognisko tuż obok lewej dłoni.
- Nie mam wyboru… w przeciwnym razie by mnie tu nie było, o czym sama wiesz najlepiej. - Baratheonówna zawiesiła na moment wzrok na kamizelce wiedźmy, z niezadowoleniem zauważając złotą broszkę w kształcie błyskawicy wpiętą w starą, wytartą skórę przyodziewku. Nawet nie zauważyła, gdy jej palce powędrowały do ozdoby, muskając ją delikatnie, zupełnie jakby była zaledwie złudzeniem, nie zaś materialną pamiątką po…
Nie, nie pamiątką. Jego własnością.
- Słuchaj zatem uważnie i przystań na warunki, w przeciwnym razie osobiście zadbam, byś nie dożyła momentu, w którym mój brat powróci do Końca Burzy. - powiedziała ze spokojną determinacją, przez cały ten czas nie odsuwając dłoni od złotej broszki Aylwarda. - Życie za życie, maegi. Jeśli zajdzie potrzeba by… by zrobić coś więcej niż tylko opatrzyć go i wyleczyć, ja dopełnię dług. Nie moi rodzice, nie bracia, nie siostry, nie bękarty mego brata. - pełne usta zacisnęły się na moment, jakby powstrzymując mimowolne drżenie warg. Baratheonówna odetchnęła cicho, nachylając się nad uchem wiedźmy. - Wynoszę go ponad wszystko na tym świecie i wiem, że cena jego życia jest znacznie wyższa niż zwykłego człowieka. Nie myśl, że się zawaham lub wycofam, maegi. Nie sądź też, że w razie niepowodzenia zrezygnuję z zemsty. Choćbym miała dorwać się do gardła samego Wielkiego Pasterza, nie spocznę... a teraz wstań, proszę. Pora ruszać w drogę. - Allya wyprostowała się z gracją, delikatnie otrzepując poły sukienki z niewidocznych pyłków. Na jej twarzy ponownie zagościł zwykły wyraz troski, pozbawiony wcześniejszej furii wyzierającej ze słów Baratheonówny. Ciemnowłosa poczekała, aż Gisella pójdzie w jej ślady, po czym obie powoli ruszyły w stronę wyjścia z ogrodów, kierując się wprost na dziedziniec, skąd droga wiodła w jedyne miejsce, do którego Allya pragnęła wrócić. Do domu.

/ zt, Koniec Burzy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Haystack Hall   Nie Maj 03, 2015 6:19 pm

|| Królewska Przystań

Nachmurzony, zziębnięty, z nosem skrytym w zatęchłym kołnierzu podróżnego płaszcza przechadzał się sztywno po pokoju, reagując wzgardą na pachnące słodko powietrze, szeleszczące draperie, olbrzymie, dębowe drzwi i rozpostarty za nimi wysoko zawieszony taras. Krzywił się z niesmakiem na widok mrocznych arrasów grubych, jasnoskórych Lordów, kręcił nosem na błyszczące meble rozsiane na rozległej połaci podłogi. Nienawidził tego miejsca, jego miękkich łóżek i miękkich ludzi. Nieskończenie bardziej odpowiadały mu pyliste, bezwodne pustkowia Dorne - tam życie było ciężkie, gorące i krótkie.
Ale przynajmniej uczciwe.
Trystane spojrzał spod zmarszczonych brwi na miasto: biały, świetlisty półksiężyc rozciągnięty nad roziskrzonymi wierzchołkami drzew przybliżał się powoli, ale nieubłaganie, wyciągając do księcia na powitanie ramiona. Srebrna poświata zahaczała o płaskie dachy budynków, tańcząc na nich niczym na gładkiej tafli wody. Martell z trudem oderwał spojrzenie od puchacza, który przy akompaniamencie mokrego szelestu skrzydeł poderwał się w powietrze – zmęczony wzrok dopiero po chwili odnalazł zupełnie nowy punkt umiarkowanego zainteresowania, skupiając uwagę na milczącej sylwetce strażnika.
Gorzej niż nic.
Siedział i gapił się na księcia bez słowa, zapomniawszy o leżącej przed nim na stole otwartej książce. Patrzył i uśmiechał się smętnie, jakby wiedział coś, czego Trystane powinien był się domyślić; jakby miał go za idiotę, ponieważ się nie domyślił. To złościło Martella jeszcze bardziej, dlatego kręcił się po komnacie, patrzył spode łba, zaciskał pięści i opracowywał szczególnie bolesny plan zemsty. Nigdy nikomu by się do tego nie przyznał, nawet samym sobą gardził za tę myśl, ale…
… tęsknił? Tak, chyba tęsknił za Sandem.
Nie umiał tego okazać, ale czuł się pewniej w obecności człowieka, któremu mógł bezgranicznie zaufać. Tymczasem tutaj, niemal w samym gnieździe wrogich sobie ludzi… musiał pilnować się sam.
- Powinieneś wrócić na południe, Dornijczyku.
Trystane zatrzymał się raptownie i spojrzał wilkiem na strażnika. Miał rację, rzecz jasna. Nic nie sprawiłoby Martellowi większej radości niż porzucenie tych różowych bezbożników i walka przeciw rodowi Dayne za pomocą oręża, który sam doskonale rozumiał - gdyby trzeba było, zębami wydarłby im swoją zemstę. Strażnik miał rację, ale to niczego nie zmieniało – książę zaś nigdy nie przepadał za przyjmowaniem rad od innych.
- Co ty wiesz o tym, co powinienem, a czego nie, różowy cherlaku?
Kąciki ust zbrojnego drgnęły delikatnie, kiedy przerzucił kolejną stronnicę księgi, na krótki moment spuszczając wzrok z Dornijczyka.
- Więcej niż myślisz. – ciemnobrązowe, lśniące spojrzenie starło się z nieustępliwą szarością książęcych tęczówek, na kilka uderzeń serca wytrącając Martella z równowagi.
Dlaczego patrzysz w ten sposób? Tak, jak zwykł patrzyć o n ?
Krew zastygła w żyłach, skuwając lodem nerwowo kołaczące serce i zmuszając księcia do wysłuchania kolejnych, cichych, niekoniecznie zrozumiałych słów.
- Ty i ja jesteśmy do siebie bardzo podobni. Może tego nie widzisz, ale to prawda. Wiele nas łączy.
Trystane zmarszczył brwi, nie mając pojęcia, o co temu durniowi może chodzić – od blisko pięciu księżyców byli skazani na swoje towarzystwo przez niemal całą dobę, a Martell wciąż nie był pewien, jakie strażnik nosi imię.
Brynden? Brandon? Brendyn?
Rażąca niewdzięczność za brak reakcji podczas wydłużającego się pobytu Qorena w komnacie gościnnej Czerwonej Twierdzy.
- Zasadnicza różnica polega na tym, że ty jesteś wolny. - mars na czole księcia tylko się pogłębił, gdy dostrzegł, jak strażnik pochyla się nad blatem, utkwiwszy spojrzenie ciemnych oczu w poszarzałej twarzy Martella i…
Skrzypnęły drzwi. Zbrojny ugryzł się w język, usiadł prosto i wyjrzał przez okno, jakby w ogóle nie zamierzał się odzywać.
Szlag by trafił gnojka i te jego przeklęte zagadki.
Lord Errol wszedł powoli do komnaty, niosąc w jednej ręce kufel ciemnego ale. Nawet nie spojrzał na Dornijczyka, po prostu ominął go i wyszedł na taras, dopiero po chwili zniecierpliwionym gestem przywołując do siebie Martella. Trystane z trudem przełknął gęstą, gorzką ślinę, przestępując próg drzwi i zatrzymując się w niemal jardowej odległości od Lorda Haystack Hall.
- Piwa, książę?
Nie znosił tej gorzkiej, zawiesistej, ciemnej cieczy, o czym głowa rodu Errol doskonale wiedziała – od czterech dni, czyli od czasu, w którym Trystane zatrzymał się (czy raczej – został zatrzymany) w Haystack Hall, za każdym razem odmawiał piwa.
I za każdym razem ponownie mu je oferowano.
Mieszkańcy Ziem Burzy pili ale, kiedy knuli zdradę. Martell pamiętał, jak żołnierze Baratheona je popijali, kiedy książę szarpał się w kurzu; jak sączyli je posłańcy, negocjując ceny za jeńców; jak pierdolony Aylward Baratheon je siorbał, drwiąc z gniewu i bezradności Dornijczyka. A teraz pił je Lord Errol, uśmiechnięty, z gracją trzymając kufel w dłoni.
Trystane zgrzytnął zębami, oglądając się na delikatnie uśmiechniętego strażnika.
On wie.
- Obiecaliście mi informacje ze Starfall, ale wciąż niczego nie otrzymałem. – wycedził cicho Martell, zaciskając dłonie na zimnej balustradzie. – Wracam do Końca Burzy.
Lord Errol uśmiechnął się spokojnie, upijając z kufla porządny łyk piwa.
- Doprawdy? Byłaby wielka szkoda tak prędko się żegnać… - z piersi mężczyzny wyrwało się ciche westchnięcie, gdy zerknął kątem oka na dornijsiego księcia. – Ze Starfall od dawna nie wyleciał żaden kruk. I nie wiadomo, kiedy wyleci. Lord Harbert dał mi aż nadto wyraźnie do zrozumienia, że powinienem się o ciebie troszczyć. – władca Haystack Hall postukał paznokciem o brzeg kufla, wyraźnie ważąc w myślach kolejne słowa. - Zapewniłem ci dach nad głową, za co nie okazałeś nawet cienia wdzięczności, książę. Jeżeli chcesz odejść, sam zorganizuj sobie podróż. Mój brat niedługo powinien wrócić, być może to on zechce cię odwieźć do Końca Burzy.
Trystane zmusił się do uśmiechu - a w każdym razie do najlepszej jego namiastki, na jaką umiał się zdobyć. No dobrze, po prostu obnażył zęby, przez krótki moment przywodząc na myśl wilka.
- To za mało.
Lord Errol spiorunował Dornijczyka wzrokiem. Cóż, może i potrafił groźnie spojrzeć, ale nie był Księciem Dorne, Królem Westeros ani matką Trystana – Martell nie drgnął nawet o cal, wciąż twardo wpatrując się w mężczyznę.
- Za mało, powiedziałem!
- Dlaczego z takim uporem wystawiasz moją cierpliwość na próbę, książę? Powinieneś wiedzieć, że ma swoje granice.
Dornijczyk prychnął pod nosem, pochylając się nieznacznie nad barierką.
- Moja również.
Lord Errol zrobił dzióbek z warg, przytknął do nich kufel i ostrożnie upił łyk napoju. Trystane najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się od wytrącenia mu naczynka z ręki i wyrżnięcia go z byka w twarz.
- Twojej jeszcze nawet nie zaczęliśmy wypróbowywać, książę. Muszę przyznać za to, że urokiem osobistym dorównujesz kozie, i to wyjątkowo wrednej. Cóż jednak począć, nie dziwię się… twemu poirytowaniu. – władca Haystack Hall wychlusnął ostatnie krople piwa za balustradę, Trystane zaś patrzył, jak w locie skrzą się w słabym blasku księżyca. - Wygląda na to, że oboje, ty i ja, nie mamy szczęścia w miłości, co? Prześladuje nas pech… a umiłowane przez nas osoby jeszcze gorszy. Kto by pomyślał, że tyle nas łączy...
W piersi Martella zakotłowała się wściekłość, której nie był w stanie ukoić nawet dotyk zimnego żelaza pod palcami - Trystane wbił spojrzenie w Lorda, przed długą, niebotycznie długą chwilę walcząc z...
Nie masz prawa, sukinsynu. Nie masz prawa sugerować mi, że...
Martell miał ochotę zepchnąć różowego wieprza z tarasu w ślad za resztkami tego jego piwa, ale nie rzutowałoby to najlepiej na stosunki z ludźmi, u których wciąż przebywał w niewoli... dlatego ograniczył się do zmarszczenia brwi i wycofał się do komnaty, wciąż czując, jak serce boleśnie obija się o żebra.
Ma wieści ze Starfall i kpi ze mnie? Kpi w żywe oczy?
Trystane z prawdziwą przyjemnością opuściłby to miejsce, ale nie zamierzał się śpieszyć - głównie dlatego, że Lord Errol chciał się go szybko pozbyć. Książę najpierw rozłożył ręce i przeciągnął się, nie ruszając się z miejsca. Okrężną drogą podszedł do drzwi, szorując butami po podłodze i wypełniając pokój nieprzyjemnym zgrzytaniem obcasów. Po drodze kilkakrotnie przystawał: przyjrzał się jednemu z obrazów, szturchnął krzesło, pstryknął błyszczący dzbanek - mimo że żadna z tych rzeczy go nie interesowała. Lord śledził Martella zniecierpliwionym wzrokiem, a strażnik szczerzył zęby w tym swoim wszechwiedzącym uśmieszku – Dornijczyk dopiero po chwili zatrzymał się przy drzwiach, oglądając spokojnie na człowieka, który towarzyszył mu przez całą drogę z Królewskiej Przystani.
- Teraz? – zapytał cicho książę, naciskając mosiężną klamkę.
- Tak, teraz – strażnik podniósł się z miejsca, kłaniając się przed Lordem Haystack Hall i ruszając za Martellem, który jeszcze raz rozejrzał się po komnacie, modląc w duchu o smoczy pożar dla tej twierdzy.

|| Koniec Burzy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Haystack Hall   

Powrót do góry Go down
 

Haystack Hall

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-