a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wdowia Wieża



 

 Wdowia Wieża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Wdowia Wieża   Wto Cze 25, 2013 2:12 pm



Wdowia Wieża także jest jedną z pięciu głównych wież w Harrenhal. Po śmierci Harrena Czarnego nazywana obecnym mianem. Połączona jest z Królewskim Stosem kamiennym mostem. W jej lochach najczęściej przetrzymywani są wysoko urodzeni jeńcy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
17
Join date :
01/05/2015

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Wto Maj 05, 2015 10:57 pm

// let the game begin!

Ze wszystkich miejsc, w których dotychczas była, Harrenhal przerażało ją najbardziej.
Nie chodziło nawet o gabaryty zamku; wszak sam Koniec Burzy niektórym mógł wydawać się końcem świata ze swoimi setkami pustych komnat, korytarzy i spiralnie skręcających się schodów, pozornie prowadzących do nikąd, tak naprawdę stanowiące oś, kręgosłup tętniącego życiem małego wszechświata. Jednak pomimo tego Koniec Burzy zawsze miał w sobie coś przyjaznego, tkwiąc pośród morza trawy i lasów jak twarda skała, która przyjmowała na siebie wszelkie ciosy tak, aby jej mieszkańcy byli bezpieczni. A Harrenhal... Harrenhal, również wielkie i dostojne, pozbawione były tej dziwacznej aury, która okrywała siedzibę Baratheonów. W oczach młodej lady jawiło się jak skała, owszem, ale nie ta przyjazna, która rzuca słodki cień na tych, którzy szukają jej oparcia. Raczej niewzruszony głaz, czarny i zimny, wgryzający się w chłodny błękit nieba stalowoszarymi zębami wież i z pogardą wypluwający cienkie pasma białych chmur. Ogrom stanowił jednak wszakże siłę, o tym zapomnieć nie mogła. Niezależnie od tego, jak uważnie stawiała stopy, nie chcąc wzbudzić echa kamiennych trzewi Harrenhal, Dorzecze traktowała jak ostrożnych sprzymierzeńców. Ostrożności w końcu nigdy nie było za wiele.
Skłamałaby jednak mówiąc, że żałowała przybycia na turniej. Bo nie żałowała ani odrobinę, nawet, jeśli obrzydliwy, wiszący gdzieś w powietrzu odór krwi, ale i buzujących od emocji gapiów sporadycznie dawał o sobie znać tępym dzwonieniem w głowie. Jej pani matka wciąż powtarzała w końcu, że Koniec Burzy, jakkolwiek piękny by nie był, nie bez powodu nie nazywał się Końcem Świata. Ani jej końcem, w żadnym możliwym sensie, skoro w finalnym rozdaniu nie przypadał jej nawet cal ziemi, którą darzyła skrytą, ale odwzajemnioną miłością. Mogła walczyć, trzaskać drzwiami i zamykać się we własnych pokojach tak długo, jak miała ochotę; doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Mogła też zaszywać się w lesie na tak długo, jak tylko zapragnęła, o czym też wiedziała. Nie mogła jednak robić tego zawsze, któregoś dnia ktoś miał z hukiem ściągnąć ją z siodła, do którego zaczęła już przyrastać, i posłać w lektyce w najdalsze nawet zakątki cholernego Westeros, a następnie poprowadzić ją do ołtarza, gdzie, przed obliczem Siedmiu, grzecznie wypowiedziałaby wszystkie obietnice. Potem piękny oblubieniec miał poślubić piękną oblubienicę, piękną klacz rozrodową, która miała dać mu wiele rozrodowych źrebiąt, a potem zaszyć się w cieniu i najlepiej po cichu zginąć, ostatni krzyk zamieniając szept. Dobra pani żona nie zawracała panu mężowi głowy nawet w takich momentach. Kimże była, żeby to robić?
Ale, na Siedem piekieł, Rilla była Baratheonem. I jeśli kiedyś miała zginąć, zamierzała zrobić to z krzykiem tak głośnym, żeby usłyszało ją całe Westeros.
Umknęła z turnieju do własnych komnat, chwilowo przytłoczona obecnością tak wielu dam i lordów, do których należało się uśmiechać i wymieniać grzecznościowe powitania, od którego miała ogromną ochotę na wino. Najlepiej w dużych ilościach, najlepiej też samotnie. Dlatego też, uprzejmie przepraszając własną straż tłumaczeniem, że tak, owszem, jest zmęczona, ale nie, nie potrzebuje makowego mleka, wystarczy jej wszakże odrobina ciszy. I spokoju. Więc niech, na Siedem piekieł, pilnują jej, a i owszem, oby z oddali.
Zdołała zniknąć im z oczu jednak dopiero długo później. Większość swoich dni spędziła w końcu w lesie, przygięta do siodła, czujna, uważna i cicha, toteż wymykanie się sprawiało jej coraz mniejszy kłopot. Tak jak i zresztą mniejszy kłopot sprawiało jej dbanie o maniery, o pukanie do drzwi gospodarza z pozwoleniem na spacer; młody lord Whent, chociaż widziany tylko z oddali, intrygujący i zarazem wzbudzający obawy, budził w niej coś, co kazało mieć się na baczności, uśmiechać się lekko, leciutko, i uważać na każdy krok. Stawiany w jego obecności, rzecz jasna; kiedy tylko miała bowiem okazję, opuściła przeznaczony dla gości Królewski Stos, przemykając chyłkiem na kamienny most, łączący go z inną wieżą. Oparła się o barierkę i spojrzała w dół, odruchowo i bezsensownie mierząc odległość dzielącą ją od dalekiego podłoża. Jak długo musiałaby szybować w dół bez skrzydeł, zanim Nieznajomy zechciałby wyciągnąć resztki jej krnąbrnej duszy ze zmierzającego ku krańcowi życia ciała? Nie czuła się bezpiecznie zawieszona w powietrzu zamiast na ziemi; powietrze i niestały wiatr mogły być domeną Arrynów, ona była wszak jeleniem, jej domem była stabilna ziemia i bogaty las. Nie była jednak tchórzem, więc podniosła dumnie podbródek i wystawiła ostrą twarzyczkę na podmuchy wiatru. Mimowolnie przestąpiła też z nogi na nogi, chcąc upewnić się, że ukryta pod zdobną, ciemnośliwkową suknią mizerykordia wciąż tam była.
Na krańcu świata łatwo można było zapomnieć, kim się było, ale ona pamiętała. Zawsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Czw Maj 07, 2015 11:46 pm

Świerszcze.
Odległe, zaskakująco poruszone, jakby wiedzione owadzim, nieodgadnionym instynktem przetrwania, który już wiedział, już przeczuwał…
…nadchodzący koniec?
Niesiony przez wiatr zapach odległego ogniska na chwilę wzbudził w niej pragnienie, żeby odwrócić się od przyćmionych świateł Wdowiej Wieży, zejść z wyślizganych, niemal prastarych stopni, ruszyć jeszcze dzisiaj na południe, w stronę prawdziwego pustkowia, przekroczyć jakiś próg i wyjść.  Zniknąć, zapaść się pod ziemię, odejść. Być może na wieki?
Co śpiewali wszak przez wieki mniej bądź bardziej wielcy bardowie Siedmiu Królestw?
Mówienie jest wolnością?
Kąciki ust wygięły się w bladej imitacji uśmiechu, zmuszając Yvienne do podparcia dłonią wilgotnego, zimnego muru.
Skoro tak, czemu wszyscy zamilkli?
Serce łopotało szaleńczo, próbując wyrwać się na wolność z wątłej piersi, jednak panna Swann zdawała się nie dawać za wygraną – rozżarzone, rozbuchane niczym kowalski piec emocje musiały w końcu ostygnąć, pozostawiając w ustach posmak zażenowania, pogardy dla samej siebie… i, niechże Bogowie będą jej litościwi, zazdrości. Gdyby tylko Vienne posiadała więcej rozsądku niż piegów na nosie, gdyby tylko w momencie, w którym dosłyszała pierwsze słowa rozmowy strażników, odwróciła się i odeszła…
… nie musiałaby teraz czmychać przed własną rozpaczą, wściekła (nie, Siedmiu – nie potrafiła się nawet wściekać) na własną naiwność. Ona – najstarsza córka Lorda Stonehelm, twierdzy rzuconej na południowe obrzeża Ziem Burzy niczym  okruch chleba na obrus – miała czelność sądzić, że będzie jej dane spędzić kolejną, ulotną chwilę w jego obecności, że on, na Bogów, właśnie on zechce uraczyć rudowłosą, wysoce nieurodziwą pannicę rozmową, tańcem, wspólną wieczerzą – nie śmiała wszak liczyć na więcej, płochliwie kierując myśli ku…
… właśnie, ku czemu?
Dotychczasowe tematy rozważań straciły na znaczeniu w momencie, w którym Yvienne stała się mimowolnym, postronnym świadkiem rozmowy  toczonej pomiędzy dwoma strażnikami z Końca Burzy, rozmowy o tyle bolesnej, iż dotyczyła – ni mniej, ni więcej – a Aylwarda Baratheona.  By nie słyszeć o jego licznych, miłosnych podbojach, należało być człekiem głuchym, obcym na ziemiach Westeros bądź całkowicie pozbawionym umiejętności logicznego łączenia faktów; na swoje chwilowe nieszczęście, Vienne nie spełniała żadnego z powyższych kryteriów i dalsza ignorancja w poruszanym przez zbrojnych temacie nie mogła wchodzić w grę.
A zatem? Zatem - jakie wnioski wyłoniły się po zaledwie kilku zdaniach wymienionych między strażnikami, jakie odważne, gorzkie w posmaku i – czego nie dało się ukryć – jak najbardziej autentyczne opinie krążyły po królestwie o rycerzu, który zasługiwał na miano niepowtarzalnego? Naturalnie, Aylward Baratheon kobiety znajdował z łatwością, jak żywność, jak pokój na nocleg, jak owoc pod jabłonią, podsuwano mu je niemal wszędzie z ciekawości albo z gościnności. Naturalnie, gospodarze oczekiwali, że będzie uczestniczył w rozmowach toczonych do późnej nocy pod gołym niebem w wiejskich chatach, w przydrożnych karczmach, na samotnych stepach, w kompanii obcych lub wśród przygodnych znajomych. Naturalnie, rozmawiano z nim o wszystkim - o niszczącym działaniu czasu, o rodzinie, kolejach losu, honorze, obłudnym społeczeństwie, okropnościach sprowadzanych na siebie i innych przez chciwość albo przeciwnie, przez nadmierne zobojętnienie. Kiedy zaś ludzie się rozchodzili nad ranem, a on w mroku szedł w swoją stronę  – n a t u r a l n i e - niemal zawsze jakaś kobieta pragnęła mu towarzyszyć.
Yvienne postrzegała jednak podobne pogłoski z dystansem – czyniła tak niemal z każdą rzeczą, która była jej empirycznie obca (tych zaś istniało bez miara); z dystansu traktowała wszystkie wojny i uprawiane w przerwach między nimi krasomówstwo - odbierała je jako zamknięty krąg, powstały z wybuchowej mieszanki dewocji i histerii, wszak nawet ona wiedziała, iż ludzie wściekle kopią wszystko, co stoi im na drodze, jednocześnie błagając o litość i z całą stanowczością żądając miłości. Z punktu widzenia Yvienne – obserwującej brutalny świat z dystansem oraz chorobliwą dozą ostrożności – Siedem Królestw jawiło się jako spocony kłębek nerwów, w którym poczucie misji splata się z butą i nieudacznictwem.
Podobne myśli na ziemiach Dorzecza - gdzie wojna swego czasu była chlebem powszednim, zaś lata stagnacji zdawały się jedynie nawiną mrzonką możnych Lordów obawiających się o własne kiesy - wywołane były najpewniej porażającą… i na swój sposób fascynującą aurą Harrenhal. Pośród murów zamczyska Harrena Czarnego, Vienne  zdawało się, że przeszłość i przyszłość są niczym dwie powszechne zarazy, powolne i niszczycielskie, które dotkają większą część ludzkości, stopniowo wpędzając swe ofiary w rozmaite szaleństwa.
Takie, jak to, którego dopuszczała się panna Swann, uparcie wspinając po stopniach Wdowiej Wieży i nieustępliwie prąc ku mostowi, który dostrzegła jeszcze z dziedzińca – już na samym szczycie, gdy za jej plecami chrapliwy oddech strażnika świadczył o skrajnym wyczerpaniu po długotrwałej wspinaczce, próbowała wyobrazić sobie, czym…
… czym tak właściwie jest śmierć? Tutaj, w miejscu, które uchodzić mogło za szczególnie niebezpieczne (nawet w skali krwawej reputacji Harrenhal), podobne myśli nie stanowiły ewenementu, nie były rzeczą odkrywczą, nie stanowiły nawet zapowiedzi górnolotnych uniesień. Pytanie wszak było proste – czym jest śmierć?
Mrocznym nieistnieniem, w którym oczy, których wszak nie ma, nie widzą i nie mogą zobaczyć nawet tej doskonałej czerni nicości?
Chłodny wiatr smagnął usianą piegami twarz, niemal natychmiast podrywając ku niekontrolowanemu lotowi włosy barwy jesiennych liści – Yvienne starała się wsunąć za ucho szczególnie nieposłuszne, miedziane pasmo… i najpewniej właśnie wtedy jej wzrok wychwycił sylwetkę oddaloną o zaledwie kilka jardów.
Nieruchomą, smukłą sylwetkę.
Sylwetkę kobiecą, ani chybi, to panna Swann dostrzegła niemal natychmiast… pozwalając jednocześnie, by umysł dokonał rażącej nadinterpretacji i – z właściwą dla Vienne skłonnością do przesady – przypisał nieznajomej kobiecie rolę ducha. Nader materialnego i niezwykle podatnego na podmuchy wiatru, lecz – na Bogów! – zjaw w Harrenhal nie brakowało.
Niektórzy mawiali nawet, iż było ich więcej niż mieszkańców.
Fantazja w tym czasie starła się z rozsądkiem, irracjonalizm – z chłodną kalkulacją, spojrzenie zaś… ze spojrzeniem; nim Yvienne zdołała rozważyć wszystkie za, przeciw oraz być może związane z bliższym spotkaniem rzekomej mary, jej wzrok starł się z jak najbardziej żywym, równie bystrym i niezaprzeczalnie spostrzegawczym wejrzeniem nieznajomej kobiety, która musiała dostrzec wahanie Swannówny i – co stanowiłoby kuriozalną sytuację – być może również Vienne klasyfikując jako przedstawicielkę zbłąkanych pośród murów dusz.
Przedstawicielkę nader uprzejmą, o czym świadczył lekki ukłon Yvienne, która nie do końca wiedziała, co ma ze sobą począć – opuścić bezpieczny azyl łukowatego wejścia do Wdowiej Wieży… czy z właściwą dla siebie kurtuazją poczekać, aż lada moment sama odpowie sobie na pytanie: czym jest śmierć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
17
Join date :
01/05/2015

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Sob Maj 09, 2015 10:48 pm

Niektórzy powiadali, że grzeczność to zbroja kobiety.
Zbroją, tarczą i mieczem Rilli była natomiast samotność. Czasem ubolewała, że nie była mężczyzną, który nie potrzebował niczego oprócz stali, żeby się bronić. Bo cóż, na Siedmiu, decydowało o tym, że miała być uznana jako przedstawicielka słabej płci? Że zamiast walczyć, krwawić i umierać w obronie rodu i króla, czego w skrytości serca żarliwie pragnęła, najpewniej pisane jej było zemrzeć w połogu albo posępnej starości z gromadką wrzaskliwych dzieciaków i bezzębnego, ale bogatego starca, przed którym będzie musiała podwijać spódnicę i udawać zachwyt? Cóż, na bogów, poszło nie tak, za jakie przewinienia Ojciec i Matka na górze zanosili się tak rozkosznym śmiechem, postanawiając stworzyć ją kobietą? Nawet ojcu przynosiła hańbę; każdy lord marzył przecież, aby jego pierworodne dziecko narodziło się jako syn lub chociaż piękna, łagodna dama. Nigdy nie coś pomiędzy.
Kiedy zaś bowiem krzykiem i siłą niemalże odebrano jej możliwość trzymania miecza i tarczy, musiała znaleźć sobie przecież zastępstwo. Nie działała uroda, która, pomimo wielu widocznych skaz, nie była tak odrażającą, aby odpychać od niej innych. Nie działały też słodkie, wyuczone formuły, które niemiłosiernie męczyły ją i gniewały, o ile w ogóle udawało się jej wypowiedzieć je poprawnie. Kiedy nie działało już wszystko inne, wreszcie zadziałała samotność.
Wiatr nie potrzebował jej uśmiechu, ociosane kamienie nie oczekiwały gładkich słów. Których zresztą nigdy nie miała; Język, panienko!, upominała ją zawsze septa, wprowadzając ją tym samym w nieodłączny stan furii. Siedem piekieł, nie mogła nawet przypomnieć sobie imienia durnej staruchy- pozostało tylko wspomnienie świdrujących oczu i szorstkiego głosu. Mogła przecież przysiąc, że niegdyś szczerze nienawidziła tej kobiety i z lekkim niesmakiem wspominała chwile, w których chorobliwie niemalże pragnęła strącić ją z okna i skrócić swoje męki. Nie znosiła jej, nie potrafiła nie krzywić się podczas patrzenia na nią, a teraz nie pamiętała nawet jej imienia?
Zabawne, że przyszło jej to na myśl właśnie w tym momencie, na najzimniejszym końcu najzimniejszego zamku, jakie do tej pory znała. Tutaj wszystko wydawało się bardziej żywe, nieznośnie ostre- jakby w samej arterii zamczyska powracały do niej wszystkie duchy przeszłości. Bo gdzie też miałyby ją dopaść, jeśli nie tutaj? W lesie i komnatach Końca Burzy była od nich bezpieczna, może nieco zbyt zapobiegawczo zamykając się we własnej samotności jak w szczelnej skorupie, i od żywych, i od wszystkich martwych, jakich kiedykolwiek znała.
Niebacznie odsłoniła się jednak, pozwalając nieznośnym zjawom dyszeć jej w kark zimnym, chrapliwym oddechem. Ta przeklęta septa, równie przeklęty Aladric (czasem naprawdę modliła się o to, aby martwi mogli umrzeć raz na dobrze, modliła się, żeby mogła zabić go w swojej pamięci, w końcu to jedno potrafiła robić doskonale) i żywi, pan ojciec, piękna pani matka, i Derek.
Może gdyby miała skrupuły, rumieniłaby się już ze wstydu, przypominając sobie, że nie odwiedziła go po przegranej walce turniejowej. Wysłała co prawda jednego z rycerzy, aby przyniósł jej wieści, sama jednak zdążyła zniknąć, zanim nieszczęśnik zapukał do jej komnat. Czy już jej szukali, czy odnotowali jej jakże miłą im absencję? Czy po chwili na karku miała poczuć też zdyszane oddechy ciał całkowicie już realnych?
Drgnęła lekko, leciutko, kiedy ktoś ostrym łukiem przeciął bezkresny, spokojny horyzont samotności. Była już bliska odwrócenia się na pięcie albo otworzenia ust do krzyku, żeby spłoszyć intruza. Kim było kolejne cholerne widmo? Nie mogła w końcu skrzywdzić ani nienawidzić wszystkich ludzi na świecie- skąd więc...? Nie wiedziała, czy bardziej niepokoiła jej wizja faktycznej zjawy, czy też pana tego zamku, na którego włości, chcąc nie chcąc, wtargnęła bez najmniejszej krępacji.
Opanowała się jednak równie szybko, co i wpadła w niepokój. Rude włosy i usiany piegami nos mogły należeć do tylko jednej i to zupełnie materialnej istoty, nie będącej do tego przedstawicielem płci męskiej. Skłoniła się lekko, z dobrze skrywanym żalem żegnając samotność i opuszczając nieco jej niematerialną tarczę.
-Przyszłaś mnie skarcić, zrzucić z tego mostku, czy też...- Uśmiechnęła się na chwilę, pozwalając skośnym oczom nieładnie zmrużyć się i nakryć długimi rzęsami.- Czy też przyniosłaś trochę wina, żebyśmy obie mogły na chwilę zapomnieć o byciu duszami towarzystwa, lady Swann?
Z krótkim westchnieniem pożegnała jednak etykietę, decydując, że okoliczności spotkania wcale jej nie wymagały; od kiedyż to uciekienirzy grzeszyli grzecznością? Od kiedy jelenie zginały kolana i wdzięczyły się do innych leśnych zwierząt?
-Jak myślisz, ile osób przed nami przyszło tu tylko po to, żeby skoczyć przez balustradę, Yvienne?- Zapytała, odwracając wzrok od dziewczyny i jedynie leciutkim skinieniem głowy zachęcając ją do zbliżenia się. Zabębiła szczupłymi palcami o nieustępliwą, chłodną powierzchnię kamienia, żeby zaraz po tym dodać powoli i ostrożnie.
-Widziałaś mojego brata?- Po raz kolejny odwróciła głowę, wpatrując się już prosto w ładną twarz w kształcie serca. Wzbierał w niej pełen goryczy śmiech; dlaczegóż, na bogów, skoro była już kobietą, nie mogła nawet być nawet w połowie tak piękna jak wszystkie młode lady, które znała? Odepchnęła jednak od siebie zazdrość na rzecz poprzedniej chłodnej i bezpiecznej stagnacji, zwieńczonej odpłynięciem wzroku w dal.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhall
Liczba postów :
8
Join date :
16/01/2016

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Czw Lut 04, 2016 10:11 pm

//No to hopsa!

Wycie wiatru w niektórych potrafiło wzbudzić strach. Luźne cegły, szczeliny w wybudowanej przed wieloma laty wieży zdawały się nieuniknionym następstwem użytkowania. Wdzierający się przez szpary podmuch sprawiał wrażenie, jakby rzeczywistą trudność sprawiało mu przedostanie się do pomieszczeń. Potem już tylko przez moment hulał na krętych schodach i cichł, znikając całkowicie. Zostawał tylko przeraźliwy chłód, który potrafił przeniknąć aż do kości. Jeszcze gorsza sytuacja panowała na mostku. Wicher zwiastował nadchodzącą zimę. Zapewne niedługo wiele osób ze służby z septu przeniesie się do Bożego Gaju, by tam szukać pomocy u północnych bogów. Siedmiu służyło podczas wiosny, lata i jesieni, zaś do Starych modlono się tu jedynie zimą lub wtedy, gdy przyjmowano gości z domeny Starków. Nawet Blackwoodowie, jeszcze niedawno szczycący się wiarą w Starych Bogów, opuszczali ich na rzecz popularnych Siedmiu, teraz jednak, niczym synowie marnotrawni, wracali do czczenia rodzinnych bóstw.
Lusya znała doskonale potęgę wiary. Wiedziała, że należało ją szanować i nigdy nie lekceważyć. Czasem, a ostatnimi czasy nawet często, wybierała się na Oko Boga. Jej pan ojciec nie rozumiał tego kaprysu, ale nie zamierzał szczególnie protestować. Rozumiał, że bękarciej córce trudno było w domu pełnym tylu osobowości, a szczególnie jej dwóch przyrodnich sióstr i ich matki. Zaskarbienie sobie zaufania i szacunku lady Whent... To dopiero wyzwanie! Jej brat ciągle gdzieś znikał - najczęściej jeździł po Siedmiu Królestwach - nie miała więc zbyt wielu okazji, by ścierać się z nim w Harrenhall. Widywała go czasem przy rodzinnym stole, czasem szli ramię w ramię do jakiegoś pomieszczenia, był też na jej weselu, choć pamiętając jego minę, raczej nieszczególnie radował się z tej okazji. Z drugiej strony Lusya odnosiła wrażenie, jakoby jej brat nigdy się nie radował. Słyszała o nim wiele od służek, dowiedziała się także o tragedii, która spotkała jego małżonkę i zastanawiała się czasem, czy wszystko, co mówią o Rosselu, jest prawdą. Mimo że byli rodzeństwem, zawsze stała na niższym piedestale niż prawowite dzieci lorda Bryndena. Rozumiała to i nieszczególnie buntowała się przeciwko temu stanowi rzeczy. Nigdy nie czuła jakiejś niezwykłej więzi między dziećmi rodu Whentów, a nią, Riversem, która na dodatek Riversa poślubiła.
Było coś takiego, co w swoim bracie podziwiała - inteligencja i wyrachowanie. Sama nie uważała się za głupią, odebrała odpowiednią edukację, ale druga cecha chwilowo pozostawała jeszcze poza jej zasięgiem. Prawdą było, że zapewne nie na długo. Wydarzenia ostatnich dwóch lat skłoniły ją do innego patrzenia na wiele spraw. Miłość przynosiła jej bowiem w tej chwili jedynie cierpienie, uznała więc, że jej nie potrzebuje i starała się wyprzeć ją z siebie. Wlanie obojętności pozwoliło na chwilę oddechu. Żałoba po dzieciach i ich ojcu musiała się kiedyś zakończyć. Lusya sądziła jednak, że ma do czynienia z wieczną żałobą, że nie da się ot tak zapomnieć o jedynych prawdziwie miłych chwilach w swoim życiu, jak i tych, które okazały się być najbardziej przykre. Wymazywanie siebie musiało potrwać jeszcze trochę czasu. Na razie kobieta błąkała się bez celu po swoim starym-nowym domu.
Przechodząc przez mostek do Wdowiej Wieży, Rivers zastanawiała się, czy i dla niej znajdzie się miejsce w lochu dla wysoko urodzonego jeńca. W takich chwilach jak ta, w jej głowie pojawiała się myśl, że kiedyś tu trafi dla czyjejś rozrywki. Zamknięta i nieobecna dla świata. Potem zdawała sobie sprawę, za każdym razem dość zaskoczona, że nie czuje strachu przed tą myślą. I tak zajmowała się w tej chwili tylko trwaniem, nie miało więc dla niej większego znaczenia, gdzie będzie to robić. Przez moment podziwiała mocną konstrukcję wieży, po czym pewnym krokiem ruszyła w kierunku jej bram. Zsunęła z włosów kaptur od peleryny i przysłuchując się świszczącemu wiatrowi, powoli ruszyła ku schodom. Przyjrzała się, rozmyślając, czy aby na pewno chce się po nich dziś wspinać. Wycie wichury zaczęło jej przypominać płacz.
Wdowia Wieża, hmm?
Tak się składało, że chyba w całym Harrenhall nie było miejsca, które swoją nazwą mogło odpowiadać jej bardziej, choć nieco inaczej było z przeznaczeniem. Co prawda, momentami czuła się jeńcem, choć stało się to na jej własne życzenie, ale z pewnością nie mogła uznać się za wysoko urodzoną. No, może w połowie. Odetchnęła głęboko i przymknęła powieki. Słuchanie wdowiego płaczu napełniało ją dziś spokojem.
Sama kiedyś tak płakała.
To wciąż trzymało ją w tym dziwnym świecie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Pią Lut 05, 2016 11:34 am

Wyrzuty sumienia, pogarda dla siebie, lęk przed piekłem. Post i modlitwa. Bicze i łańcuchy. Ropiejące rany.
Rossel Whent przypuszcza, że każdy ma swój własny sposób na pokutę za grzechy. Nawet on – kiedy zamiera w nim umysł, a święty dar manipulacji przygasa, bawi się myślą o wskrzeszeniu go sztucznymi środkami. Makowe mleko, essoskie ziele? Nie, nie chciałby w to wchodzić. Umartwianie ciała? To chyba przestarzałe, jak krucjata Wiary Wojującej. Coś, co nie pasuje do nowego, dwieście sześćdziesiątego czwartego roku liczonego od chwili, w której Aegon Targaryen wylądował w Westeros na Balerionie.
Zresztą sam powątpiewa, czy potrafiłby daleko zajść w samobiczowaniu. Co pozostaje? Post i modlitwa?
Mógłby pościć. Modlić się? Do kogo? Do czego? Czułby się jak głupiec. Dobrzy Bogowie, obdarzcie mnie jasnością umysłu. Panie Światła, pomóż proszę. Bzdura. W tym jednym rację mają Letniacy - nie modlą się o przysługi, bo wiedzą, że nikt nie odpowie. A więc co pozostaje?
Wyrzuty sumienia, pogarda dla siebie, lęk przed piekłem.
Te trzy już posiadł i nie przyniosło mu to pożytku. Musi znaleźć inny sposób, by przywrócić moc sprawczą do życia. Wymyślić coś nowego. Może biczowanie mózgu?
Tak. Spróbuje czegoś takiego. Wyciągnie przysłowiowe kije samobije i zrobi to. Biczowanie obolałego, słabnącego, rozedrganego, zanikającego umysłu. Zdradzieckiego i znienawidzonego za to, że skazał swego właściciela na egzystencję najobrzydliwszej ropuchy w towarzystwie - podsłuchiwacza, podglądacza, kogoś, kto zawsze stoi na uboczu, by odnaleźć słabe punkty przeciwnika i…
… i dlaczego tak właściwie pragnie powrotu swojej siły? Czemu nie pozwala jej uwiędnąć? Zawsze była dla niego przekleństwem. Odcięła go od ludzi, skazała na życie bez miłości.
Zostaw to w spokoju. Niech uschnie. Niech struny sprytu, więzadła podstępności przegniją. Ale z drugiej strony, czym bez nich jesteś? Bez tego chwiejnego, nieprzewidywalnego kontaktu z własnym zepsuciem?
Zaczął rozumieć - już jakiś czas temu pojął, że to właśnie pogarda i nienawiść złączyły go z ludzkością na dobre i na złe - to jedyny sposób, jak zna. Rossel nie zniesie tej straty, tego wyrzeczenia się własnej niechęci do drugiego człowieka. Ten jego dar- bo był to dar, którego większość nie doceniała – był znacznie bardziej uzależniający niż jakakolwiek znana ludzkiemu rodzajowi przyjemność. I właśnie dlatego Whent nie zniósłby jej braku, bez względu na to, co uczyniła mu na przestrzeni lat. Będzie walczył o każdy okruch nienawiści, chociaż wie, że bitwa jest
przegrana. Podniesie rękawicę. Spróbuje biczowania – a nawet jeśli nie, przynajmniej podejmie próbę poszczenia. W porządku, post. Wyrzuci pieczoną gęś. Wyrzuci maślane bułeczki. Na tyle jest w stanie się zdobyć.
Jego pozornie bezcelowa wędrówka pośród murów Harrenhal przywodziła na myśl szamotaninę ćmy, która wpadła w oszklony klosz chroniący płomień świecy przed podmuchami wiatru – raz za razem zmieniał kierunek wędrówki, z grymasem zażenowania na ustach przypominając sobie, jak podobne zachowanie przed ponad dwudziestu laty spowodowało interwencję od dawna nieżyjącego maestra Orwyna. Staruszek posadził dziedzica rodu na chybotliwym, nadgryzionym zębem czasu krześle i prosił, żeby Rossel powiedział pierwsze słowo, jakie przychodzi mu na myśl. Ale chłopiec uznał, że znacznie ciekawiej będzie mówić pierwsze słowo, które mogłoby maestra zaniepokoić, przez co gra wyglądała tak:
- Ojciec.
- Penis.
- Matka.
- Łóżko.
- Dziecko.
- Martwe.
- Woda.
- Brzuch.
- Łopata.
- Grób.
- Trumna.
- Matka.
Na przemian rumieniący się i blednący maester przyznał, że dziedzic jest bardzo rozgarniętym chłopczykiem (sześcioletni Rossel skrzywił się wtedy, zupełnie jakby słowo „chłopczyk” stanowiło dla niego obrazę), a później zapytał, czy jest szczęśliwy.
Szczęśliwy?
Mały Whent odparł, że tak, sądził, że właśnie taka odpowiedź zadowoli maestra i w końcu zostawi go w spokoju… lecz stary mężczyzna zadał kolejne pytanie, które wytrąciło dziedzica z i tak chwiejnej równowagi.
Czy kochasz swoich rodziców?
Cisza. Umysł maestra wysłał sygnał wielkiego napięcia. To było ważne pytanie. Musiał dać dobrą odpowiedź. Taką, jakiej oczekuje.
Tak.
Czy żałujesz, że nie masz brata lub siostry?
Wtedy nie było wahania.
Nie.
Nie żałował. Na swój sposób nie życzył sobie, by druga żona ojca bądź jakakolwiek inna kobieta powiła kolejne dziecko Lorda…
… i – co stanowiło chichot złośliwego losu – tego samego roku na świat przyszła Lusya.
Trudno wyobrazić sobie większe zażenowanie, niźli to, jakie poczuł tamtego dnia Rossel. Nagle bowiem zrozumiał, że jego ojciec – zimny i nieosiągalny – nocami bałamuci dziewki, płodząc bękarty. W umyśle sześcioletniego dziecka natychmiast doszło do wyolbrzymienia i tak oto dziedzic Harrenhal żył w przekonaniu, że jego rozpustny rodziciel każdej nocy zapładnia tuzin kobiet i że najpewniej pół Westeros to jego rodzeństwo.
Minęło blisko trzydzieści lat, Whent nieco zweryfikował swe poglądy, zażenowanie zniknęło… i nawet niechęć do bękarciej siostry – początkowo żywa niczym schwytany w dłonie węgorz – z biegiem czasu znacznie zelżała. Wciąż daleko było im do sympatii, Rossel jednak odczuwał spokój na myśl, że bękarcia córka jego ojca nie jest głupią gęsią sypiającą z trzema koniuszymi jednocześnie (zupełnie jakby jeden koniuszy nie był wystarczającą hańbą). Naturalnie Lusya miała swoje przywary – najpoważniejszą z nich była zaś wiara w miłość, co nieco weryfikowało przekonanie o jej rzekomym braku głupoty. I być może właśnie dlatego Whent szamotał się po zamku tak długo, aż nie odnalazł siostry z nieprawego łoża.
Podświadomie pragnął naprawić ją – na swój pokraczny, ohydny sposób.
- Jeśli chcesz zakończyć swój żywot, są lepsze sposoby, niż skok z wieży – ciężki, ciemny materiał płaszcza chronił przed podmuchami wiatru, lecz nie gwarantował całkowitej ochrony przed ostrymi ugryzieniami pierwszych, zimowych podmuchów. – Choć moja żona mogłaby być innego zdania – cztery wyślizgane, nierównie schody były granicą, która dzieliła Rossela od Lusyi – cztery schody gwarantujące nietykalność prywatnej sfery. Cztery schody, które nie były wystarczającą odległością, by bękarcica nie dostrzegła cienia ponurego uśmiechu na samą wzmiankę o zmarłej Mariel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhall
Liczba postów :
8
Join date :
16/01/2016

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Pią Lut 05, 2016 1:47 pm

Odetchnęła głęboko, słysząc, że ktoś zamierza do niej dołączyć. Kogo miała się spodziewać? Ojca? Lady Whent? Jednej z jej dwóch ślicznych córeczek? A może kogoś ze służby? Nie chciała się odwracać do momentu, w którym nie usłyszy głosu nowego gościa Wdowiej Wieży, żeby móc wtedy z większą naturalnością i swobodą odgrywać rzeczywiste zaskoczenie. Żeby słowa "nie spodziewałam się tu ciebie" nie brzmiały kompletnie pusto. Trzeba było sobie czasem pozwolić na garść emocji w wypowiadanym zdaniu. Ba, Lusya odnosiła wrażenie, że ostatnio w ogóle niewiele się odzywała, więc każdy dźwięk, który wychodził z jej gardła, traktowała jak coś obcego. Wiatr zawył akurat w momencie, w którym usłyszała pierwsze zdanie wypowiadane przez aktualnego towarzysza.
Rossel.
Przez tyle lat w ogóle się nie zmienił. To samo spojrzenie i wyraz twarzy. Nawet śmierć małżonki nie wybiła go z tego rytmu. Służba bała się go i za plecami mówiła, że jego oczy są suche jak pieprz, jako że nie uroniły jeszcze nigdy łzy. Rivers miała swoje zdanie na ten temat. Jej brat miał w sobie coś, co trudno było określić słowami. Najlepiej przypisałaby to do mieszkającego w nim zła. Czuła je. Czuła w gestach, chodzie, mowie i spojrzeniach. Zastanawiała się tylko, czy była jedyną osobą, która dostrzegała tę grę. Możliwe, że głupiutka Mariel także w końcu to dostrzegła i postanowiła zakończyć swój żywot. Lusya nie mogła tego stwierdzić. Bratowa raczej unikała kontaktów z nią, tym bardziej, że w tym czasie bękarcia córka lorda Bryndena rzadko pojawiała się w Harrenhall. Lady Mariel skoczyła z wieży rok przed tym, jak Lusya utraciła wszystko, na czym jej zależało. Klątwa Harrena Czarnego? Jeśli mówić o tym, to zapewne dla lady Sylvii, drugiej małżonki lorda Whenta, największą klątwą był jej pasierb. Maestrowie nauczyli go, jak się zachować, jednak co działo się w jego głowie - tego nie wiedział nikt, prócz niego samego.
Po plecach przeszły jej ciarki, gdy usłyszała niski, męski głos. Bardziej niż jego ton i treść, która wydawała się być już na wstępie dość "zabójcza", kobietę przeraziło to, że wypowiadał je akurat Rossel. Nie wiedząc, czemu, czuła, że słowa rzucone teoretycznie w formie nieśmiesznego żartu, miały swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kiedy wreszcie się odwróciła, zobaczyła błąkający się po licu brata uśmiech. Takie połączenie nie zwiastowało absolutnie nic dobrego.
- Przyszłam tu raczej z powodu innych, zakończonych żywotów - stwierdziła w odpowiedzi. Rozejrzała się teatralnie po miejscu, w którym się znajdowali i powróciła wzrokiem do swojego brata. - Nie spieszy mi się jeszcze na tamten świat.
Wbrew pozorom, zapomniała dodać. Gdyby tak było, utopiła by się w Tridencie albo powiesiła na gałęzi jednego z przydomowych drzew. Z drugiej strony miała przeczucie, że swoje ostatnie chwile powinna spędzić tam, gdzie wszystko się zaczęło, czyli przy Oku Boga, ale kto zwracałby uwagę na cholerne symbole?
- Co cię tu sprowadza, bracie? - spytała, okazując czystą ciekawość. Rozmowy o Mariel raczej przybrałyby spodziewany przez nią obrót. Nie chciał słyszeć od Rossela o tym, jak bardzo w poważaniu miał swoją małżonkę. Przed innymi mógł udawać, ale Lusya była jedynie bękarcią siostrą, którą z łatwością mógł zrzucić z wieży i nikt specjalnie by się nie zainteresował. To przecież jasne, że nie mogła poradzić sobie ze śmiercią swoich dzieci i męża, więc po prostu skoczyła.
Skoczyła z Wdowiej Wieży.
Czy ktoś uważałby to za coś dziwnego?
Uważnie obserwowała każdy ruch swojego brata. Cztery schody to więcej niż wyciągnięcie ręki, więc mogła bać się nieco mniej. Słyszała czasem od maestra, że strach często jest oznaką wewnętrznej mądrości. Ostrożności nigdy za wiele, a już na pewno przy kimś, kto był równie nieprzewidywalny, co rzeczny nurt. Z wierzchu spokojny, a gdy już się w niego wpadnie, porwie na drugi koniec świata, nie pytając o zdanie. Lusya starannie dobierała słowa, mając na uwadze, że każdy fałszywy ruch może sprowadzić na nią... no właśnie, co?
I to było chyba najbardziej przerażające.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Sob Lut 06, 2016 6:40 pm

Bała się.
Nie był to atawistyczny, pierwotny lęk napędzany mitologicznymi wyobrażeniami o przeciwniku ani nawet nie zwykły przejaw irracjonalnego strachu.
Bała się, ponieważ wiedziała, że ma ku temu przynajmniej kilka powodów, jeden z nich zaś, ten szczególnie istotny i przede wszystkim – obecny – właśnie zatrzymywał się na jednym z wyślizganych stopni Wdowiej Wieży.
Strach odczuwany przez Lusyę był jednym z najbardziej adekwatnych, jednym z najbardziej właściwych, jednym z najbardziej wyczekiwanych uczuć. Pojawił się bez szczególnego powodu – wszak jej bratu nie towarzyszyli uzbrojeni po zęby zbrojni ani nawet chmara chorujących na wściekliznę nietoperzy, którymi to rzekomo wysługiwał się dziedzic Harrenhal, by doprowadzać do szaleństwa swych wrogów.
Rossel po prostu przyszedł. Bez szczególnego celu. Bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Bez konkretnej, narzuconej przez samego siebie misji.
I to wystarczyło.
Na poziomie biologicznym wszyscy ludzie byli zwierzętami. Pierwotnymi, wiedzionymi instynktem bestiami, które żyły, poruszały się i polowały w ścisłej syntezie z czynnikami zewnętrznymi. I tak jak każde zwierzę, tak i człowiek potrafił wyczuć zbliżające się zagrożenie – czasami zbędne było ujadanie tropiących chartów, czasami nie trzeba było nawet szczęku zbroi. Niebezpieczeństwo po prostu się wyczuwa – być może towarzyszy mu pozornie nieuchwytna, ostra woń, mieszanka zatęchłego pomieszczenia i gęstej krwi, ta nieprzyjemna, nadgniła synteza zapachów kojarzona ze starymi, opuszczonymi przez wszystkich Bogów cmentarzyskami.
Być może wyczuwa się je niedocenianym, szóstym zmysłem.
Być może wcale nie dało się go uchwycić i wyłącznie zdrowy rozsądek oraz boleśnie obijające się o żebra serce były w stanie rozróżniać rzeczy (oraz ludzi) w kategoriach bezpieczny-niebezpieczny.
Być może.
Osądy Rossela, kierowane bezwzględną oceną tego, co dobre, a co złe, co wartościowe, a co bezużyteczny, zawsze  były surowe i bezkompromisowe – i to właśnie w ten sposób oceniał swą bękarcią siostrę. Nie stosował żadnych ulg, nie przymykał na jej decyzje oka, nie zdobywał się na wyrozumiałość; bez względu na łączące ich więzi krwi, bez względu na marną namiastkę akceptacji, jaką ją obdarzał – każdy krok Lusyi podlegał ostremu osądowi. Dlatego ocenił jej małżeństwo z bękartem Brackenów jako zbędne, choć akceptowalne i bez słowa protestu pozwolił ojcu na obdarzenie młodej pary kosztownym prezentem (sam zdobył się jedynie na uścisk dłoni przekazany Riversowi). Kiedy zaś jego siostrę jęły nękać kolejne nieszczęścia, które niby wilki poruszały się w wygłodniałej watasze, skinął wyłącznie głową, zupełnie jakby właśnie tego się spodziewał.
Klątwa Harrena Czarnego?
Nie, po prostu życie.
Naturalnie nie był w stanie pojąć smutki, jaki spadł na Lusyę – smutku, który dostrzegalny był w każdym kroku, w każdym geście, w każdym, nawet najlżejszym westchnięciu kobiety. Snuła się między murami Harrenhal niczym jeden z zamieszkujących tu duchów, blada i apatyczna, wyzuta z chęci do życia, zrezygnowana, na swój sposób żałosna.
Nie kłóciła się jednak z losem – i już samo to sprawiało, że zasługiwała na spokój. Tkwiło w niej coś, co posiadał również Rossel – obecnie żadne z nich nie mogło zostać zaskoczone przez życie, cokolwiek im się przytrafi, czy to ból, czy smutek, czy chwała ponad wszelkie wyobrażenie, będzie przyjęte bez narzekania, bez okazywania zdziwienia. Właśnie to było jedną z niewielu zalet monotonnej, wyjałowionej z uczuć egzystencji – raz wyrwanego serca nie można było wyrwać ponownie… a jeśli ktoś miał szczęście urodzić się bez niego, był podwójnym triumfatorem.
- Rozpamiętywanie przeszłości, rozdrapywanie ledwie zasklepionych ran… - nie podążył za wzrokiem Lusyi, nawet na krótki moment, na krótkie mrugnięcie powieką nie odrywając od niej zimnego, niepokojąco nieruchomego spojrzenia.
Jak u gada, mawiała Allya Baratheon, obdarzając go niemal lustrzanym zerknięciem.
- … to prawdopodobnie ulubione zajęcie kobiet. – zakończył z chłodnym spokojem, ruchem dłoni poprawiając poły ciężkiego płaszcza.
Co tu robił?
Mógł odpowiedzieć na to pytanie na tysiąc różnych sposobów: mieszkam. Żyję. Każdego dnia jestem coraz bliżej śmierci. Jem. Odwiedzam wychodek. Nie rżnę dziewek, to czynię poza Harrenhal. Istnieję.
Mógł też milczeć, zignorować ciekawość (bądź zwykłe, kurtuazyjne pytanie) bękarciej siostry i pokierować rozmowę na własne, wygodne dla siebie tory.
Ale… tak właściwie, po co? Co miał do stracenia? Kilka chwil swego życia, które i tak uleciałyby nieuchronnie?
- Planuję. Dokładnie planuję kolejny krok.
To chciała usłyszeć? Właśnie tego się spodziewała? Zimnego, nienacechowanego emocjami głosu, który zdradzał jedynie lekkie znużenie? Whent nie powiedział wszak niczego odkrywczego – całe jego życie opierało się na nieustannym snuciu planów, każda decyzja ciągnęła za sobą cztery kolejne. Nie było miejsca na wolną interpretację, żadnych ustępstw, żadnych kompromisów.
Po prostu dążenie do celu.
- Nie uważasz, że przyszłoby mi to znacznie łatwiej… tam, u góry? – nieznacznie uniesiony podbródek wskazał wymownie pnące się wzwyż schody, które prowadziły na szczyt Wdowiej Wieży. Hulający między szczelinami wiatr raz za razem zawodził żałośnie, dziedzic Harrenhal zdawał się jednak nie zauważać tego dźwięku – być może uszy już dawno przywykły do jęków zamczyska, być może zdziwiłby się bardziej, gdyby nie słyszał zawodzenia.
Być może chciał, by do tych głosów dołączył kolejny?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhall
Liczba postów :
8
Join date :
16/01/2016

PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   Pon Lut 29, 2016 10:15 pm

Wyślizgane schody stanowiły albo jej drogę ucieczki (dość mierną), albo stawały się granicą między nią a bratem, albo wieszczyły jej szybki koniec. Każda z tych możliwości napawała ją niepewnością, może nawet strachem, o którym myślała już wcześniej. No bo jak tu bać się własnego, rodzonego brata? Może dlatego, że byli z innej matki? Nie, matka nic tu nie zmieniała. Może raczej jej brak w życiu mężczyzny. Brak ciepłej dłoni, która pogłaskałaby go po policzku, gdy zdarł sobie kolano. Kogoś, kto ukocha, bo takie jest jego przeznaczenie. Lusya zdawała sobie wystarczająco dobrze sprawę, jak cierpi matka, która straciła dzieci, sądziła więc, że przynajmniej w jakimś sensie rozumie ból swojego brata.
Nie, to nie był ból.
To była czarna dziura, pustka, którą drążyły ciemne, smoliste krople jakiejś niesamowitej złości. Widziała to w jego zimnych oczach - niby spokojnych, ale w środku kryjących furię, której nie potrafiła do końca rozgryźć. Zapewne, gdyby zagłębiła się w myśli Rossela, ujrzałaby coś, co przeszłoby jej najśmielsze oczekiwania, wolała więc pozostawić tę sprawę losowi i nigdy nie starać się samemu zgłębiać duszy Whenta.
Poruszyła się nieznacznie, słysząc jego słowa. Zamrugała kilkukrotnie, starając się doprowadzić swój umysł do ładu po nagłym starciu z dość wybujałą wyobraźnią dziedzica Harrenhall. Może to była część jego pragnienia? Kto wie? Niektórzy woleli pozostać sami na tym świecie. Zupełnie sami. Uśmiechnęła się jednak, słysząc komentarz brata dotyczący kobiet.
- Być może - stwierdziła przekornie. - Zdaje się, że mamy po prostu więcej czasu na rozpamiętywanie. Niektóre z nas wolą zająć umysł robótkami ręcznymi, inne opasłymi księgami, a jeszcze inne trafiają na pomysł spaceru i rozmyślań. To całkiem ciekawe, gdzie potrafią ponieść nas nogi.
Umilkła, słuchając dalszej części wypowiedzi mężczyzny. Obserwowała z uwagą każdy jego ruch, chcąc odczytać zamiar, jaki się w nim kłębił, nie byłą jednak w stanie tego uczynić. Nie znała go na tyle. Sądziła, że to błogosławieństwo, choć zżerała ją zwykła, ludzka ciekawość podjudzana kolejnymi słowami Whenta.
Kolejny krok?
Co zamierzał?
- Sądzę, że nasza rozmowa u góry mogłaby przybrać dość niesympatyczny dla nas obojga obrót - odrzekła. - Widzisz, mnie naszłyby wspomnienia i zapewne uroniłabym kilka łez, a zgaduję, że tego byś nie chciał.
Obdarzyła go niepewnym uśmiechem.
- A teraz muszę się przeprosić, bracie. Obowiązki czekają. Twoje siostry potrzebują towarzyszki do podróży nad Oko Boga - powiedziała, wymyślając prędką wymówkę i powoli ruszyła w dół po schodach. Skłoniła się lekko, gdy jej brat usunął jej się z drogi i ruszyła z powrotem do zamkowych komnat. Zapewne Rossel po pewnym czasie uczynił to samo.

*zt x 2*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wdowia Wieża   

Powrót do góry Go down
 

Wdowia Wieża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Wdowia Wieża
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Harrenhal-