a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Port



 

 Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Port   Nie Cze 09, 2013 8:10 pm

Jak nie trudno zgadnąć, to miejsce w którym cumują statki - zarówno handlowe, jak i galery wojenne. Port znajduje się niecałą milę od Końca Burzy i obmywany jest wodami Zatoki Rozbitków, której nazwa nie jest efektem wybujałej wyobraźni Baratheonów, lecz bardzo trudnymi warunkami tam panującymi. Częste sztormy oraz huragany to dla kapitanów z Końca Burzy codzienność - jednak niewprawiony żeglarz dość prędko może utracić na skalistych wodach nie tylko swój cenny statek, ale także... życie. Mimo tych niedogodności port stanowi punkt transferowy pomiędzy Essos a Westeros - handel na linii Wolne Miasta-Koniec Burzy rozwija się prężnie, głównie pod względem nabywania przez Ziemie Burzy żywności, niespotykanych w Westeros okazów zwierząt a także cennych ozdób. Handlarze z Wolnych Miast natomiast chętnie zaopatrują się w kruszce szlachetne, drewno oraz żelazo.


Ostatnio zmieniony przez Aylward Baratheon dnia Nie Cze 01, 2014 11:52 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Wrz 04, 2013 9:54 am

/ Królewska Przystań, po szybkiej jak numerek w sianie podróży

Rogi „Widmowej Panny” chrypią donośnie.
W Końcu Burzy statek wziął na pokład pięć tysięcy metrów sześciennych sosnowych bali i wypłynął w siną dal. Niestraszne mu nieprzeniknione mgły. Drewnowiec nie ma się czego obawiać. Oprócz, oczywiście, gór lodowych. Nic innego nie zderzy się z tym wielkim diabłem. Nawet kiedy gęste opary przesłonią widoczność i stłumią dźwięk donośnych rogów - i tak każdy bezbłędnie wyczuje jego obecność. Po zapachu. Sosnowe bale toczą łzy. Aromat burzowych lasów czuć w promieniu pięciu mil. Zapach morza i tajgi. Niepowtarzalny bukiet. I znów drewnowiec wiezie w świat marzenie tysięcy pracujących przy wyrębie drwali: żeby tak wślizgnąć się między sosnowe sągi i razem z nimi odpłynąć w pizdu do Essos. Drewno w sztaplach dobre, świeże, nie zleżałe...
Aylward od dobrych kilku chwil nieruchomo obserwował z klifu odpływający statek. Potężny wał wodny napłynął niespiesznie, lekko uniósł "Widmową Pannę" ku niebu i opuścił delikatnie. Kurs: południe. Cel: ??? Drewnowiec, jak pustynna karawana w Dorne, niespiesznie wypływał z wyjątkowo spokojnej dziś Zatoki Rozbitków, z trudem lawirując pomiędzy podstępnymi, wystającymi z morza skałami. Ale nie tylko dlatego. Musi uważać, wiezie drewno... niezwykle cenny ładunek. I nie tylko je. Kapitan 'Widmowej Panny" należy do bardzo wąskiego kręgu wtajemniczonych. Wie, że poza drewnem przewozi pod pokładem pasażerów. Kim są, ilu ich jest, dokąd płyną i po co - tego kapitan nie wie i nie chce wiedzieć. A bo to mało kapitanów żeglugi, którzy mieli nieszczęście zetknąć się z jakaś tajemnicą, zniknęło bez wieści? Nie jest nadmiernym optymistą. Nie sądzi, by wielu z nich wciąż żyło.
Dlatego nie interesuje się tajemniczymi pasażerami.
Baratheon, do tej pory nieruchomy, drgnął w końcu, odrywając wzrok od znikającego na horyzoncie drewnowca. Do Końca Burzy przybył, gdy słońce na nieboskłonie tkwiło jeszcze ponad linią morza. Teraz, do połowy zanurzone w wodnej otchłani, rzucało krwawy blask na spienione fale, tkwiący za plecami Aylwarda Koniec Burzy... i na samego Baratheona. Ciemne włosy w tym świetle wyglądały, jakby skąpane zostały w posoce, zaś wesołe, niebieskie oczy przybrały niepokojącą, trupią barwę. Ayl wciągnął do płuc powietrze, przesycone zapachem drewna i soli, po czym przesunął czujnym wzrokiem po płonącej w promieniach słońca Zatoce Rozbitków. Drewnowiec już zniknął, odbijając zapewne na południe jeszcze przed tym, gdy na horyzoncie pojawił się Tarth. Teraz morze należało wyłącznie do trupów spoczywających na dnie zatoki... i ryb, które się na nich pasły. Oraz do niewyraźnej sylwetki smukłego statku, migoczącego na tle czerwonego słońca jak pustynny miraż. Baratheon niespiesznie przysunął dłoń do czoła, próbując dostrzec banderę widmowej łajby. Jednak zmęczenie drogą i napuchnięte z niewyspania oczy, które na domiar złego sprawiały wrażenie, jakby ktoś sypnął w nie garścią piachu, nie ułatwiały zadania. Aylward warknął pod nosem z irytacją, opuszczając rękę i odwracając się do czarnej bryły zamku, od którego dzieliła go zaledwie mila. Koniec Burzy... potężny, niewzruszony... i sprawiający wrażenie, jakby każdym calem gładkiej powierzchni spijał światło rzucane przez zachodzące słońce. Baratheon poczuł w piersi słodkie ukłucie, dokładnie takie, jakiego doznać można na widok ukochanej osoby po długiej rozłące. Tyle, że tym razem rolę lubej odgrywał... zamek. Aylward powoli ruszył w jego stronę dopiero wtedy, gdy słońce, wydając ostatnie tchnienie, zniknęło w morskich odmętach. Pogrążona w pomarańczowym półmroku, doskonale znana Jeleniowi okolica sprawiała wrażenie wyjętej z przepełnionych grozą opowiadań starych nianiek - nie było tu ładnych różanych ogrodów jak w Wysogrodzie, ani złotych kopuł godnych Słonecznej Włóczni. Ostały się jedynie nieliczne drzewa, karłowate i wygięte na zachód, zupełnie jakby uprzejmy olbrzym przygładził je ręką na dobranoc... nieliczne drzewa, zielony step... oraz wąska droga prowadząca na poszarpany klif, gdzie piętrzył się Koniec Burzy.
Dom.
Aylward ze spuszczoną głową i zmęczonym obliczem w końcu ruszył w stronę zamku, uśmiechając się mimowolnie na widok gładkiego, olbrzymiego muru kurtynowego. Nie wracał tu jako zwycięzca... choć pewnie gdy tylko wkroczy na dziedziniec porwą go na ręce i zaniosą na ucztę do sali rycerskiej. Wracał jako człowiek, na którego dopiero czeka ostateczna bitwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Czw Lut 06, 2014 11:52 am

/ Komnata Aylwarda

Sytuacja człowieka, który wyrwał się z objęć śmierci zesłanej mu przez niecnego wroga, bywa nacechowana romantycznym tragizmem tylko w balladach. Tak naprawdę to czyste dno.
Aylward czuł się jak brudna ścierka, którą ktoś przetarł podłogę rzeźni. Blizny znów zaczęły broczyć krwią, nieznacznie, ale wystarczająco, żeby upaprać ubranie. W dodatku koszmarnie przemarzł w nocy. Okropnej, długiej jak wędrówka Aegona Zdobywcy nocy, podczas której musiał spojrzeć swemu ojcu w oczy i rzec: „wybacz, tatko, w nosie mam własne zdrowie, twoje nerwy i naszą przyszłość. Bo nie mam siły. Ja po prostu… nie mam już siły.”  Jeśli nie nazwać tego upadkiem, to chyba z powodu cisnących się na usta bardziej dosadnych określeń. Jak choćby pieprzone kurestwo. Sfrustrowany dowódca, który czasem sam ma wątpliwości co do własnego zdrowia psychicznego, to istota niebezpieczna i nieprzewidywalna. Można się po niej spodziewać sprzecznych decyzji, nagłych zmian zachowania, gwałtownych spadków nastroju, a nawet szaleństw i dziwactw. Ale jedno jest pewne. Taki dowódca nie zazna spokoju, póki nie doprowadzi swych spraw do końca. Póki nie zniszczy wroga doszczętnie.
„Królowa Burzy” unosiła się na wodzie spokojnie, z właściwym sobie dostojeństwem. Jasne żagle lśniły w promieniach wschodzącego słońca, a widmowa figura kobiety na dziobie kogi  sprawiała wrażenie uśmiechniętego szyderczo demona z Cienia za Asshai. W porcie było cicho i pusto, aż bolało serce. Zwłaszcza jeśli wiedziałeś, że najlepszy przyjaciel, oddany druh, człowiek, za którego dałbyś skrwawić się do ostatniej kropli, ma cię za martwego i, bogowie tylko wiedzą, czy uwierzy w ciebie ponownie.
Świadomość tego ponurego faktu przygnębiała go i budziła nieustanne wątpliwości.
Na Siedmiu, co ty w ogóle robisz, Jeleniu? W tym kretyńskim wamsie, z łbem skołtunionym jak u kurtyzany, z dziurą aż do samego serca i głębokim przekonaniem, że wcale nie masz ochoty wyrzygać śniadania? - zastanawiał się, krocząc wśród uśpionego kwiecia, szemrzącej sennie Zatoki Rozbitków i zamarłych w egzaltowanych pozach skarlałych drzew. Naprawdę masz zamiar sprzeciwić się zdrowemu rozsądkowi, własnemu ojcu i samemu sobie, wnieść swoją obecnością zamieszanie w Winterfell i, jeśli tylko przybędziesz za późno, zniszczyć ceremonię ślubną? Powtórz to jeszcze raz, proszę, i posłuchaj, jak brzmi. Zniweczyć ślub przyjaciela. Fajnie? Rozumnie? Dorzecznie? Nie zdaje mi się.
Wcale mi się nie zdaje, bracie.

Racja. Brzmiało szaleńczo. Bez sensu. Głupio. Musiał to przyznać. Ale jednocześnie nie mógł pozwolić sobie na bezczynność. nie mógł usiąść wygodnie i posłać kruka na Północ z listem o treści brzmiącej, ni mniej, ni więcej: „wybaczcie zamieszanie, ale mam się całkiem nieźle. Ściskam i pozdrawiam, Aylward. P.S. Cailet, na pewno wyglądasz w dniu swego ślubu pięknie niczym jutrzenka”.
Więc trzymał się swej decyzji. Trzymał się rozpaczliwie, kurczowo, wszystkimi siłami, nawet nie myśląc, nie potrafiąc, nie umiejąc sobie wyobrazić, co działo się w sercu Aidana i… w sercu Aryany. Nadszedł najwyższy czas, żeby w nią uwierzyć. W tą, którą ujrzał raz w życiu. W tą, której uśmiech nadal potrafił przywołać w myślach, pomimo upływu czasu, upadków, wojen, eskalacji cierpienia, dotyku śmierci. I usłuchać. Bez słowa. Bez pytań. Bez wątpliwości. Jak przystało prawemu rycerzowi. Tylko czemu to musiało być tak cholernie trudne?
Biel, szarość, złoto żagli kogi kładły się przed nim niczym balsam naniesiony na jasną skórę. Nie wiedział już, co jest prawdą, a co złudą, co snem, a co szaleństwem. Usłyszał rozkaz. Więc musiał go wykonać.
To wszystko.
Tylko tyle.
Aż tyle.
Brzemię nie do udźwignięcia.
Kwiaty milczały, stulone w pąki, okryte woalami płatków, baldachimami liści. Aylward powoli pokonał mostek statku, czując, jak rana wciąż pulsuje w rytm uderzeń serca. Odnosił wrażenie, że stała się jego częścią… stygmatem. Był pewien że pewnego dnia, kiedyś w odległej przyszłości, być może przyzwyczai się do tępego bólu, narastającego przy każdym ruchu lewą ręką. Jednak część jego duszy, w której drzemał upojony po zwycięskiej bitwie, skąpany we krwi wrogów wojownik, doskonale wiedziała, że Baratheon nie pogodzi się ze swym… kalectwem? Będzie szukał ludzi, środków, specyfików, zanurzy się w zabobonnej wierze, odwróci od bogów, sięgnie po najmroczniejsze z mrocznych zaklęć, a wszystko po to, by ponownie z dumą unieść głowę i bez cienia obawy stawić czoła kolejnym wyzwaniom.
Bowiem nawet w nim czaiła się nigdy niezauważalna, nie dopuszczana do głosu i gęsta jak smoła cząstka szaleństwa. Dokładnie taka, jaką mógł odziedziczyć jedynie po matce. Nie ważne, jak długo wyzbywałby się swej zwierzęcości - mimo wszystko nie mógł jej zaprzeczyć. Głupio wierzył, że wciąż... jest nadzieja na zmianę... na ratunek? Choćby tam, daleko na Północy. Aylward ruszył powoli w stronę swej kajuty, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że na mostek właśnie wkraczała jego siostra w towarzystwie kruchej, rudowłosej istoty, którą kiedyś naiwnie wziął za wroga. Najwyższa pora, by ruszać.

/ Ayl, Allya, Giss - zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Lut 12, 2014 8:55 pm

/ Morze Letnie - Stopnie

Orys obudził się z niespokojnego snu w swej kajucie na „Morskiej Furii”. Od chwili, w której pojmali załogę dornijskiego statku wraz z księżniczką nie sypiał dobrze, zupełnie jakby obecność Martellówny była wystarczająco dobrym powodem do nękania umysłu niechcianymi myślami. Gdy powoli wkroczył na pokład galery, niebo nad głowami miało barwę popiołu, ledwo zaczęło świtać. Baratheon był przyzwyczajony do wczesnego wstawania, jednak do pobudki załogi została jeszcze godzina z okładem.
Wpatrzony w ciemną linię lądu, w której bez problemu poznawał zębate klify gór, na których wznosił się Griffin’s Roost, odetchnął głęboko i zastanowił, co zaniepokoiło go na tyle, by zerwał się z pościeli zlany potem. Sen. Naturalnie. Niedobry sen. Jasne, ale czy tylko?
Orys był człowiekiem, który polegał przede wszystkim na intelekcie, jednak przez tyle lat swego życia niejednokrotnie wychodził cało z wielu poważnych opałów także dlatego, że nigdy nie lekceważył przeczuć. Subtelnych, irracjonalnych drgnień podświadomości, które ostrzegały go, żeby oczekiwał pułapki tam, gdzie w żadnym wypadku nikt nie mógłby jej zastawić, lub nie skręcał w absolutnie bezpieczną, znajomą ścieżkę, bo może się tam czaić niebezpieczeństwo.
Zwykle bezzasadne podejrzenia okazywały się słuszne.
A teraz jego wyczulona intuicja nie tyle krzyczała, co darła się na cały głos, że coś tu jest bardzo nie w porządku. Sen? Męczący majak, w którym gonił jakieś postaci bez twarzy, żeby w końcu sam zostać ściganą ofiarą? Nie, do diabła, nie chodziło wcale o głupi sen. To na jawie działo się coś paskudnego. Bardzo paskudnego. Przykrego jak ten ledwie uchwytny, słabiutki fetor unoszący się w powietrzu. Zapach zgniłego mięsa.
Uśmiechnął się do siebie i powoli zaczął się odprężać. Głupi sen. Zwykły smród. Po prostu za dużo stresów. Na niepokój narażała go nie tyle żegluga do Końca Burzy z kilkudziesięcioma Dornijczykami w nadbagażu, co myśl, jakie konsekwencje może pociągnąć za sobą pojmanie Ivory Martell.
Narzeczona Maegora Targaryena, dobre sobie.
Baratheon nie miał pojęcia, co myślała sobie ta durna, dornijska dziewucha pokazując mu list od Edrica Martella. Miał wziąć kawałek pergaminu, oprawić go w ramę i powiesić w sepcie jako wyraz czci? Trwała wojna, na bogów! Zaś wszystko, co związane było z Martellami, stanowiło źródło przekleństwa. Gdyby księżniczka ukrywała cel swej podróży, jak zrobiłaby każda rozsądna osoba, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Tymczasem teraz, mając dowód rzeczowy, Orys mógł zrobić wyłącznie jedną rzecz - i oznaczała ona bardzo długą podróż do Królewskiej Przystani. Póki co jednak, galery musiały dobić do portu Końca Burzy, gdzie rozpocznie się właściwa część rozmów pokojowych. Baratheon nawet nie zauważył, gdy na rozmyślaniach minęło na tyle dużo czasu, by członkowie załogi powoli wymienili się stanowiskami ze swymi towarzyszami. Wstawał piękny dzień. Piękny, choć nieco pochmurny i wietrzny. Szare obłoki sunące po niebie przypominały galery w natarciu. Sforę okrętów ciągnących na bezbronny konwój. To wreszcie był dzień powrotu do rodzinnej twierdzy oraz odprowadzenia więźniów do lochów. Sam Orys zaś mógł w końcu ruszyć na prawdziwe łowy. Cieszył się wiatrem we włosach, znajomymi wodami. Radował niepewną pogodą. Lubił działać i czuć się potrzebny. Zniósł cierpliwie, choć niechętnie wiele dni żeglugi z jeńcami na pokładach. A teraz mógł spokojnie wypełnić zadanie. Czas podróży płynął dziwnie wolno, jak gęsta melasa wylana z przechylonej butelki, jednak zarówno ani Dornijczykom, ani samej księżniczce nie brakowało niczego - a przynajmniej na miarę skromnych możliwości okrętów. Pod pokładami transportowane były łupy z Planky Town: jedwabie, koronki z Myr, wina z Essos, ale nade wszystko pieniądze. Takie, jakie zdobyć można wyłącznie w okolicach portowych - waluty z Wolnych Miast, a nawet tych leżących nad Zatoką Niewolniczą. Nim Baratheon wyruszy w drogę do Królewskiej Przystani, „Morska Furia” będzie pół dnia rozładowywana.
Gdy na horyzoncie pojawiły się mury Końca Burzy, nieprzyjemne i irracjonalne przeczucia Orysa zniknęły bezpowrotnie. Zbliżali się do celu, zmęczeni, lecz żywi. Oraz posiadający jeńców. Istniała pewna nadzieja, że reszta pozostałych na Morzu Letnim statków napotka flotę Daynów i przekaże im wieści dotyczące pogoni za Dornijczykami, tymczasem jednak Baratheon musiał wyprowadzić z pilnie strzeżonej kajuty Ivory Martell… i mieć nadzieję, że w porcie nie rozerwie jej wściekły tłum.
Dla nich Martell to Martell. Ktoś musi zapłacić za cierpienie Aylwarda.
Przemknęło przez myśl Orysowi, gdy cicho pokonywał wąskie schodki prowadzące pod pokład.
- Wyprowadźcie ją, przybijamy do portu. - rzucił spokojnie do strażników, przeczesując palcami włosy. Smród jego ciała był czymś, co zaprzątało myśli Baratheona w stopniu nie wyższym, niż było to potrzebne. W Końcu Burzy weźmie szybką kąpiel, jeśli jego rodzeństwo było w zamku, prędko się rozmówią… po czym wyruszy do stolicy. Czas był mu wrogiem, nie mniej groźnym od sztyletu. Gdy Orys ponownie wchodził na deski pokładu, do jego uszu dotarł rozkaz zarzucenia kotwicy.
A zatem dotarli na miejsce.
- Jeńcy do lochów, trzymajcie ich w nie więcej niż pięcioosobowych grupach i to na różnych poziomach. Księżniczka i jej służki do komnaty. Straż przed drzwiami dzień i noc, nie wpuszczajcie nikogo bez wyraźnego rozkazu Lorda Baratheona. - rzucił głośno, nim ich pojawienie się zaledwie trzech galer Burzy i jednej dornijskiej jednostki nie ściągnęło do portu zbędnych gapiów. Zwłaszcza z oddalonego o milę, jak zwykle pogrążonego w nienaturalnym milczeniu zamku.

/ zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Pon Wrz 08, 2014 6:58 pm

"Honor Starego Miasta" od dawna nie opuszczał rodzimego portu, piękny okręt stanowił ozdobę floty Hightowerów. Posiadał cztery pokłady wiosłowe z niezliczoną ilością wioseł na każdym, rozmieszczone na długości równej połączonym dwóm zwykłym galerom, oraz starannie wybrana załoga składająca się ze starych wilków morskich. Najprostszy galernik służbę na okręcie poczytywał za wielki Honor... i słusznie, bo pływa na jednym z najpiękniejszych okrętów Westeros.
Najpierw słychać było miarowe bicie setek wioseł, a potem okręt powoli wyłonił się z mgły otaczającej wybrzeże ukazując się w pełnej krasie ludziom w porcie. Na żaglu widać było herb Hightowerów - Wysoką wieżę z płomieniem na szczycie, ale bandera zamiast płomienia niosła już Mewę jednoznacznie identyfikując swojego pasażera.
Finnegana znudziło rodzinne miasto, problemy strażników ograniczały się ostatnio do pobierania cła w porcie, od ostatniego rajdu Żelaznych też minęło sporo czasu... Ile można tak żyć?
Krótko... - pomyślał w odpowiedzi na własne pytanie. Niektórzy Chorążowie Pana Ojca zaczynali zbyt otwarcie proponować mu córki. Pora na przygodę.
Nie informując nikogo o swoich zamiarach, z grupką zbrojnych towarzyszy wybrał się do portu i nakazał odcumować "Honor". Nikt nie śmiał mu odmówić - Przywilej Admirała można rzec, ale można też rzec - "Zrobię czego chcę lub odbierze mi statek". Finnegan wolał myśleć, że chodzi o to pierwsze.
Stał teraz w pobliżu steru i lustrował wzrokiem wybrzeże, wspierając się dłonią o burtę. Wiatr owiewał czarne włosy olbrzyma przynosząc miłą ulgę zmęczonej twarzy. Jednak widok rysujący się przed oczyma nie działał pocieszająco.
- Wygląda na to, że mogą być problemy z wejściem do portu - krzyknął kapitanowi. Starszy już jegomość o siwych włosach i bliźnie przez pół twarzy splunął tylko.
- No to patrz - rzucił w odpowiedzi i jął wydawać rozkazy. Manewrowanie tak wielkim okrętem po wodach pełnych podwodnych skał wymagało skupienia i współpracy całej załogi, Mewa nawet nie śmiał oddychać zbyt głośno, bojąc się, że wetknie palec między tryby tego skomplikowanego mechanizmu. Może akurat płynięcie tym okrętem nie było najmądrzejszym pomysłem, gdyby nie doświadczenie załogi pewnie już dawno siedzieliby na skale nabierając wody.
- Dalej nie da rady, galera jest za duża, trzeba szalupą. - poinformował go kapitan, gdy statek ukrył się już w w głębi zatoki. Miejsce było stosunkowo bezpieczne, ale by wpłynąć dalej musieli poczekać. Rzucono kotwicę, a po chwili na pokłada weszła grupa celników.
- Co przewozicie? - rzucił młodszy z nich i zebrał w łeb od starszego.
- Ot wyrywny... Wybaczcie mu panie, chyba ślepy że galery wojennej nie poznał.
Kapitan spojrzał na nich cierpko i krótko zakomunikował:
- Wiozę Lordowskiego syna. Statek potrzebuje miejsca w porcie. Każcie przecumować okręty.
Stary celnik rzucił okiem na wciąż wpatrzonego w port Finna i skinął głową.
- Zobaczymy co się da zrobić, ale nic nie obiecuję, tu rządzi Burza, a morze bywa kapryśne. Możecie zejść na ląd z nami, Panie... - odwrócił się i ukłonił Finneganowi.
Ten przeciągnął się i wyprostował, aż strzyknęły mu kości. Dopiero teraz widać było w pełni jego wzrost, ukryty wcześniej przez postawę.
- Tak też uczynię.

+++

Zszedł po trapie zostawiając męki cumowania "Honoru" załodze, towarzyszyło mu kilku młodych rycerzy - synów chorążych rodu. "Letni rycerze" krzywili się jak damy czując zapach ryb i potu bijący od rybaków. Mewie to nie przeszkadzało. Rozejrzał się dookoła i szybko ruszył w stronę Końca Burzy, miał cichą nadzieję, że wieść o ich wizycie dotarła już na zamek.

[Mam szczerą nadzieję, że nic nie z***].
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Port   Pon Wrz 08, 2014 8:30 pm

Otton właśnie spożywał gulasz w swej komnacie, kiedy to służący przybiegł strasznie zmęczony i ledwo oddychający, co świadczyło o tym, że się spieszył. – Panie… w porcie zauważono statek… wzywają cię.- Mówił mężczyzna
- Jaki statek? Spokojnie człowieku i powiedz, o co chodzi.- Otton potrzebował szczegółów, co mu było po informacji, że jakiś statek płynie do portu. Służący nabrał już normalnego oddechu, wyprostował się i rzekł- Galera, panie podobno z Reach z wieżą w herbie i podobno jest tam jakiś ważny rycerz.- Baratheon zdziwił się. Nie słyszał, aby do Końca Burzy miał przypłynąć jakiś wysoko urodzony człowiek. Otton postanowił zająć się ta sprawą. – Dobrze zajmę się tym idź powiadom lorda Harberta i innych, a ja wyruszę.
Otton szedł w stronę portu z grupką zbrojnych ze straży miejskiej. Było chłodno i wilgotno. Rzeczywiście w oddali widać było wielką galerę z herbem Hightowerów powiewającym na maszcie. Baratheon był ubrany w zbroje, a na plecach niósł dwuręczny miecz. Kiedy zbliżył się do przybyszów jego uwagę przykuł wielki mężczyzna w pancerzu. Nie spodziewał się ujrzeć takiego olbrzyma szczególnie, że Otton przewyższał wzrostem większość mężczyzn, lecz z nim nie mógł się równać(przynajmniej, jeżeli chodzi o wzrost).
-Witam panowie zwę się Otton Baratheon, poszukuję kogoś, kto dowidzi tym statkiem.- Powiedział bratanek lorda Końca Burzy z powagą w głosie patrząc na wysokiego mężczyznę.- Czy mogę znać powód waszego przybycia i na jak długo zamierzacie tu pozostać?- Powiedział chłodno. Nie spodziewał się, jakiej agresywnej reakcji, co byłoby bez sensu ze strony przybyszów, ale zawsze uczono Ottona, aby nie tracić czujności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Pon Wrz 08, 2014 11:43 pm

Ledwie kilka kroków zdążył postawić i chwiał się jeszcze nieznacznie po zejściu na ląd, a już zdążono wysłać komitet powitalny! Twarz olbrzyma rozjaśnił szeroki uśmiech i rozłożył on dłonie szeroko jakby zamierzał uściskać Przybyszów, ale postąpił tylko jeszcze krok, wychodząc przed trójkę swoich towarzyszy.
On także posiadał masywny dwuręczny miecz przewieszony przez plecy, a zbroja jaką miał na sobie pokryta była szarą emalią i zdawała zmywać z mgłą widoczną w oddali, gdy zbyt długo patrzeć w jeden punkt.
- Ach! - klasnął w dłonie i opowiedział przyjaźnie na słowa Baratheona. - Z miejsca widać żeś wojownik! - Przyjrzał się mu także, choć nie nachalnie. - I prawie wzrostem mi dorównujesz! Niebywałe! Cudowny kraj! Silni Ludzie! - zachwycał się przechadzając powoli z lewa w prawo i gestykulując przy tym dość energicznie. W sumie to dopiero po chwili do jego umysłu dotarło, żę przywitanie było dość chłodne i jął przepraszać dobrodusznie:
- Ach tak, tak... Proszę o wybaczenie tej niezapowiedzianej wizyty! Potrzeba chwili pchnęła mnie na morze, rzekła mi : Finneganie dość już siedziałeś w porcie na rzyci! A ja jej skromnie przyznałem rację i wsiadłem na "Honor", by i północ zwiedzić. Ale potem mnie tknęło, że to daleko i zimno, toteż tutaj jestem - zakończył historię rozkładając dłonie szeroko w geście "Oto JA!"
- Ale wybacz, nie przedstawiłem się... Nazywam się Finnegan Hightower, mogłeś słyszeć kiedyś o rycerzu Mewy... Nie? Nic nie szkodzi, kiedyś usłyszysz! Widzisz mój przyjacielu, nierozważnie wsiadłem na największy okręt w Westeros i nie pomyślałem, że może mieć problem z ulokowanie go w mniejszym porcie. Ale kapitan na pewno sobie poradzi - machnął ręką i w odpowiedzi na głośnie chrząknięcie za plecami przedstawił swoich towarzyszy, który kłaniali się grzecznie Ottonowi:
- A oto moi towarzysze podróży, sławnych rodów synowie, Cuyów, Costaynów i Mullendorów. - następnie przedstawił ich, a wymienieni rycerze kłaniali się grzecznie. - Nie zabawimy długo, jeśli pozwolisz, chcielibyśmy jedno czy dwa polowania odbyć w waszym towarzystwie i ruszyć dalej... Bo obawiam się, że nasz statek może być problematyczny. - rozłożył bezradnie ręce i westchnął.
- Mam nadzieję, że nie stworzymy wielu problemów? W razie gdybyście nie życzyli sobie gości, możemy pozostać na okręcie, miejsca na nim i dla tysiąca zbrojnych.
Był z natury miłym człowiekiem i tak też się zachowywał. Przygoda go tu rzuciła, ale szukać mógł jej i gdzie indziej. Choć polubił Kraniec nim go dobrze poznał.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Port   Wto Wrz 09, 2014 3:51 pm

Otton z rozwagą słuchał przybysza. Dawał poczucie uprzejmego, a jednocześnie poczciwego i wesołego człowieka. Baratheon mógł się domyślić(po herbie), że ów mężczyzna jest Hightowerem. Finnegan. Słyszał parę razy plotki o tym człowieku, co świadczyło o tym, że potrafi użyć miecza. Otton ucieszył się także na wzmiankę o tym, że wygląda na wojownika i o pozytywnym nastawieniu przybysza do Ziem Burzy.
-Wypacz mi ser moje oschłe zachowanie, ale cóż służba w dosyć niepokojący sposób oznajmiła mi, że przybyliście. Stąd też tu tyle strażników.- Mężczyzna machnął ręką dając do zrozumienia straży miejskiej, że mogą odejść. – W tej sytuacji możecie rzecz jasna zostać ile tylko chcenia, lecz co do polowań musisz porozmawiać z lordem Harbertem. Zapraszam cię do Końca Burzy, abyśmy mogli powitać cię tym razem jak należy.- Otton uśmiechnął się.- Zaraz znajdzie się dla ciebie koń i będziemy mogli pojechać, a o swoich ludzi się nie martw, nasza straż na pewno powie im gdzie mają się udać i zapewni im ochronę, kiedy już przycumują ten ogromny okręt.- Wielki okręt dla wielkiego mężczyzny.- dodał w myślach Baratheon.- Co do miejsca oczywiście się znajdzie. Żaden Baratheon nie zapomina o prawie gościnności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Port   Wto Wrz 09, 2014 4:47 pm

Za to Finnegan o Ottonie miał dobre zdanie jeszcze nim go zobaczył. Nie żeby o nim słyszał, czy coś. Ale słyszał o jego rodzie, i to dużo dobrego, a w czasie swoich podróży wyrobił sobie dobrą opinię o mieszkańcach Burzy. To byli urodzeni wojownicy, jak mieszkańcy Reach rodzili się pod siodło i etos rycerski.
Podszedł swobodnie i klepnął Jelenia w plecy, gdy straż już ich opuszczała.
- Nie mam ci czego wybaczać! - powiedział. - Zareagowałeś szybko i jak trzeba w takim wypadku. A skorom miłym gościem, to i gościć się pozwolę. Chłopaki statku popilnują, a my możemy jechać - machnął dłonią na młodzieżówkę za plecami. Rycerzom średnio podobało się nazywanie ich chłopakami przy obcych, ale siłą rzeczy... No chłopakami byli, młodzież co pasy ledwo wdziała i nic więcej. Musieli słuchać. Z resztą domyślili się, że Mewa liczy, że gdy statek dobije dołączą do niego z jego własnym koniem - Bryzą.
Sam Finn zdjął miecz z pleców i zarzucił sobie na ramię, wywijając przy tym młynek nad głową - wielki kawał żelaza mógłby poranić koński zad, gdyby tak zwisał z pleców. A i popisać się można.
- Z lordem też się chętnie poznam, jeśli czas znajdzie, wielki to człowiek i bez dwóch zdań dobrze rządzi. Rzut oka na ziemię starczy.
Gdy podprowadzono im konie, wsiadł na swojego i dał znak dłonią gospodarzowi, by prowadził.
- Powiedz mi drogi Ottonie, prawda to co mówią o... urokach Burzy? - mrugnął przy tym, by dać znać iż o urodę dam pyta. - Ponoć aż pioruny biją.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Port   Wto Wrz 09, 2014 6:20 pm

Otton ucieszył się, Hightower wybaczył nieuprzejmość. Ten człowiek rozumie walkę i wszelkie ostrożności związane niedawnymi wydarzeniami w Westeros.
-Hmm, co tu dużo mówić. Zamek do zbyt urokliwych nie należy, ale takie ma służyć do obrony, a nie do oglądania. Zazwyczaj broni nas przed sztormem, ale wróg nie wedrze się po nim tak łatwo. Mury mają 100 stóp wysokości i przynajmniej 40 grubości, a na dodatek jest tak szczelny, że nawet wiatr się przez niego nie przedrze. Istnieje także legenda, że jest on zaczarowany.- Jednakże Ottona jak i pewnie Finnegana przekonywała raczej pewna budowa, a nie legendy.- Wzrok przykuwa jednak wielka wieża, w której mieści się większość pokoi, spichlerz, zbrojownia i jeszcze kilka innych komnat, lecz na pewno nie jest tak wysoka jak wasza.- Otton słyszał, że wieża w Starym Mieście nie ma sobie równych w całym Westeros- Zresztą, co ci będę opowiadał, kiedy już dojedziemy sam przekonasz się o prawdziwości mych słów.

/zt Otto i Finn
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
242
Join date :
16/03/2014

PisanieTemat: Re: Port   Nie Wrz 28, 2014 4:03 pm

MG

W porcie, jak to w porcie, znajdowali się przeróżni ludzie - biedota i szlachetni panowie przechodzili obok siebie, często nawet nie zawracając sobie sobą nawzajem głowy. W tej szlachetnej części znalazła się także Orlaith Barateon, co jednak tu robiła...? Siedmiu raczy wiedzieć. Przechadzając się spokojnie, mogła oglądać sprzedawców ryb, słyszeć rozgardiasz towarzyszący rozładowywaniu statków handlowych... Wszystko wydawało się być na swoim miejscu.

Tylko jeden głos wydawał jej się dziwnie znajomy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Port   

Powrót do góry Go down
 

Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Biały Port
» Peron 9 i 3/4
» Port turystyczny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy-