a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Port



 

 Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Port   Sro Kwi 10, 2013 2:47 pm


Port



Port w Białym Porcie jest najistotniejszym portem na całej Północy oraz jednym z najważniejszych w Siedmiu Królestwach - cumują tutaj statki z całego Westeros, przybywają również handlarze z Wolnych Miast w Essos. Sam ród Manderly, sprawujący władzę nad miastem, czerpie największe zyski ze sprawnej administracji portu.





Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sob Gru 21, 2013 5:44 pm

MG

Wyruszyli z karczmy na wschód natychmiast. Aart Lannister i jego żołnierze oraz Vera Wilcza Skóra za swą wilczycą. Jechali cały dzień i noc, bez ustanku i odpoczynku. O brzasku byli na miejscu. Żołnierze, znając imię zbrodniarza, wypytali strażników miejskich o potencjalne miejsce pobytu.
-Panie, znam go! To hultaj i kryminalista! Córkę mi zbrzuchacił gwałtem, ja to bym mu łeb urżnął, do kurwy nędzy. Pewnie w burdelu siedzi teraz - warknął mieszczanin, zapytany przez rycerza Aarta, po czym oddalił się czym prędzej.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sob Gru 21, 2013 11:39 pm

Podróż zajęła trochę cennego czasu, ale w końcu dotarli do celu. Biały Fort, wyglądał jak to każde miasteczko na Północy- ponure i zimne, do tego atmosfera była mało przyjazna. Po przekroczeniu bram, rozesłał ludzi, aby przeprowadzili wywiad i dowiedzieli się czegokolwiek o Elfasie, kimkolwiek on był. Po jakimś czasie otrzymał kilka ciekawych informacji, jednak jedna była bardzo przekonująca, zważając na ulubowanie poszukiwanego do ruchania wszystkiego co się rusza. Ruszył na swoim rumaku w stronę burdelu, wraz ze świtą i Verą.
- Vero... Możesz wyczuć, czy ten łajdak jest teraz w środku?- zapytał, gdy tylko dotarli pod drzwi owego domu rozpusty. Jak widać nie cieszył się on większym zainteresowaniem, jakby to ludzie z Północy nie lubili takiego typu uciech z nieznajomymi.
Czekał na jej odpowiedź. Jeśli poczuła jego zapach, który świadczyłby o obecności wejdzie do środka, i od razu ruszy do komnaty, w której znajdował się ów Elfas, przywódca szajki gwałcicieli. Vera zapewne prowadziła go w dobre miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Zza Muru
Liczba postów :
145
Join date :
10/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Gru 23, 2013 1:11 pm

Vera zaczynała się czuć jak na prawdziwym polowaniu! Rodzaj zwierza był tylko inny. No i samo polowanie było zdziebko trudniejsze i inne, bo człek to nie tur, jest inteligentny czasem nawet mądry. Porusza się innymi ścieżkami i wydziela inne zapachy. Niemniej, szło całkiem całkiem. Mimo, że jechali drogą do Portu, Vera czasem wślizgiwała się w skórę wilczycy by upewnić się, że znajomy już zapach Elfasa zmieszany z jeszcze bardziej znajomym zapachem narzeczonej panicza, prowadzi tym samym szlakiem. Prowadził. Dotarli bez przeszkód do miasteczka, choć nim ono jeszcze pojawiło się przed nimi Vera odesłała basiora. Obawiała się, że nawet autorytet Lannistera nie powstrzyma przerażonych wieśniaków. Większość z nich nie widziała pewniakiem zwykłego wilka, a co dopiero białego basiora wielkości konia pociągowego!
-Postaram się. - Odpowiedziała krótko na zapytanie Aarta. Skinęła głową i kucnęła więc przy wilczycy by wślizgnąc się w nią, a samej zostać na kuckach. Nie miała co tropić, ślady były pomieszane i mogły należeć do kogokolwiek, musiała zdać się na węch. Raz jeszcze powąchała chusteczkę należącą do panny Frey, którą Aart nosił przy sobie, a potem ruszyła w stronę budynku. Minęło trochę czasu, ale jeśli Elfas wciąż miał pierścień dziewczyny, to nie zdoła się ukryć. Vera w skórze wilka obejdzie budynek, a potem skupi się bardziej na samym doń wejściu. O brzasku nie powinno być tutaj zbyt wiele osób, które mogłyby swoją wonią przeszkadzać w złapaniu szukanego zapachu.
Jeśli tropicielka potwierdzi trop Elfasa w burdelu, wróci do siebie i skinie głową potwierdzając jego obecność, jeśli nie... pokręci przecząco głową, a to będzie oznaczać, że muszą przetrząsnąć cały port...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sob Gru 28, 2013 5:44 pm

MG


Mimo brzasku w burdelu było dość głośno. Do uszu Aarta Lannistera i reszty docierały śmiechy, muzyka oraz... męski, rozwścieczony krzyk, jednakże nie było to w tym momencie istotne.
Wilczyca złapała trop. Słaby, jednakże mogła być pewna, że w środku budynku jest mężczyzna, którego szukają.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Sty 01, 2014 9:21 pm

Burdel jak burdel, ludzie bzykają się gdzie popadnie, dziewczyny biegają, jak pojebane głupio się śmiejąc, a faceci ganiali za nimi równie porąbani. Drzwi wejściowe otwarły się, a zza nich można było dostrzeć sylwetkę blondyna, który po upewnieniu się, że Elfas jest w środku, postanowił wyrównać swoje interesy. Vera miała rację stwierdzając, że typ spod ciemnej gwiazdy znajduje się w środku. Kobieta momentalnie wyłapał trop i ruszyła w stronę komnaty, w której urzędował gwałciciel. Biedny, nie wiedział co go czeka.
Aart wszedł po schodach i dotarł do drzwi. Kopnął je tak mocn, że walnęły o ścianę z drugiej strony. Elfas leżał na swojej pannie i bardzo mocno ryczał. Brzmiał jak dzikie zwierzę... Dobrze, czekało go to samo co jelenia na polowaniu. Aart wyjął swój miecz z valyriańskiej stali i podszedł do zszokowanego mężczyzny. Wyciągnął go z łoża i rzucił na ziemię.
- Słyszałem, że zachciało ci się zgwałcić moją przyszłą żonę. Szkoda, że trafiłeś na złą partię, z Lannisterami się nie zadziera, bo my zawsze spłacamy swoje długi...- mówiąc skinął głową do dziwki, która gościła w swoim łożu przestępcę, aby czmychała. Nie chciał, żeby zobaczyła co będzie się działo, jeszcze dozna urazu do swojego zawodu...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Sty 01, 2014 9:36 pm

MG

Gdy Aart wkroczył do burdelu i wyjawił kogo szuka, jedna z dziwek, przerażona, szybko wskazała mu drogę do jednego z pokoi. Dziedzic Casterly Rock zastał tam brodatego Elfasa, leżącego między udami jasnowłosej, grubej kurwy. Faktycznie ryczał.
A gdy do pokoju wtargnął jasnowłosy młodzieniec, prędko podniósł swój włochaty zad i podrapał się po swym wielkim przyrodzeniu. Przez chwilę wydawał się być przerażony, jednakże miał na tyle bezczelności, iż uśmiechnął się kpiąco.
-Wydawała się zadowolona, nie wyobrażasz sobie jak słodziutko jęczała - wycharczał.
Wiedział, że nie pożyje długo. Wiedział, że to już koniec. Klepnął kurwę w tyłek, gdy uciekała ukradkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Sty 01, 2014 9:53 pm

Spojrzał na kpiącego sobie Elfasa z pogardą, facet wiedział, że nie wyjdzie stąd cało. Próbował się chociaż trochę odgryźć, lecz teraz jego słowa w ogóle nie oddziaływały na wyobraźnię Aarta. Podniósł swój miecz.
[/b]- Lepiej go teraz trzymajcie, to będzie bolało...[/b]- powiedział do swoich strażników, którzy zaraz złapali oprawcę za ręce i nogi. Penis Elfasa był wciąż nabrzmiały, co ułatwiło tylko sprawę. Jednym zgrabnym ruchem miecza, odciął męskość mężczyzny, który zaczął krzyczeć wniebogłosy.
- Rycz jak świnia chuju, musisz pocierpieć, zanim cię zabiję.- ryknął pozwalając, aby krew nagromadzona na mieczu spływała do ust mężczyzny... Który w gruncie rzeczy nie był już mężczyzną.
Lubił poniewierać wrogów, a krew z własnego kutasa na twarzy i w buzi to chyba wystarczająca zniewaga.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Sty 01, 2014 10:02 pm

MG

Elfas śmiał się kpiąco, lecz nieco histerycznie. Był głupi. Szalenie głupi i szalenie odważny, a była to mieszanka przynosząca jedynie same tragiczne skutki. Gdy żołnierze złapali go za ręce, zaczął się szarpać i wyrywać. Jego krzyk wypełnił najpewniej całe miasto, gdy jego wielkie, twarde przyrodzenie wylądowało z głuchym ciapnięciem na posadzce. Łkał jak dziecko. A gdy krew dostała się do jego ust, zwymiotował na nogi Aarta.
-Zabij mnie... Zabij mnie śmieciu! Zabij mnie tak, jak ja zabiłem Twoją kurwę. Błagala mnie, żebym zerżnął ją jeszcze raz.. I to w usta... - wyszeptał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Sty 01, 2014 10:08 pm

Korzystając z chwili stanu błogiego zatracenia się w zadawaniu bólu innemu człowiekowi, lew wysłuchał krzyków i błagań mężczyzny, który leżał na łożu śmierci. Zaczął wygadywać głupoty, aby jeszcze trochę zdenerwować Aarta, który i tak był ogarnięty furią.
- Obrzygałeś mi bardzo dobre buty śmieciu. Kupno nowych będzie cię kosztowało bardzo dużo...- powiedział wyciągając swój sztylet. Kopnął Elfasa w miejce, gdzie jeszcze niedawno znajdował się penis. Mężczyzna znowu ryknął. Dziedzic Casterly rock, uderzył głowicą rękojeści prosto w usta, aby połamać wszystkie zęby zuchwalca, po czym ujął język torturowanego całą dłonią, po czym uciął powolnym ruchem. Chciał sprawić jak największy ból. Wolne cięcie, które przypominało krojenie wędliny na mniejsze plasterki musiało być straszne. To właśnie było to, co tygryski lubią najbardziej...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Sty 07, 2014 1:09 pm

MG

W oczach Elfasa pojawił się strach. Miał rozumu mniej niż złotych smoków, nie panował nad swoim językiem, który zaraz stracił. Pozostało mu jedynie jęczenie z bólu. Nieartykułowane dźwięki i łzy spływające po zarośniętych policzkach. Jego spojrzenie błagało o litość, której sam nie okazał lady Adrianne.
Gdy Aart kopnął go w krocze, Elfas po prostu stracił przytomność. Ból był zbyt wielki, aby był w stanie to wytrzymać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
192
Join date :
28/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Sty 07, 2014 1:29 pm

Słabnący wróg to widok, który cieszył najbardziej młodego Lwa. Spoglądanie na cierpienie i zadawanie kolejnych ran było dla niego niczym ukojenie złamanego serca, serca, które zostało znieczulone, gdy już wszystko miało się układać, a on sam miał ustatkować swoje życie i nie myśleć o przeszłości. Ironia losu... Człowiek chce, aby wszystko było dobrze, ale gierki polityczne i niezrozumiałe zdarzenia przewracają cały świat do góry nogami.
Spojrzał jak Elfas traci przytomność. But, którym kopnął gwałciciela w krocze był cały we krwi. Droga skóra została zabrudzona posoką przestępcy, gwałciciela. To będą jego ulubione buty, może nie ze względu na to, iż są wygodne, ale ze względu na fakt, iż przyczyniły się do cierpienia, które ni w żadnym stopniu było równe jego stracie, ale w dalszym ciągu trochę ją rekompensowały.
Usiadł na fotelu i przyglądał się wykrwawiającemu się mężczyźnie. Po chwili zadumy i rozkoszowania się widokowi wstał i jednym ruchem poderżnął gardło gwałciciela.
- Taka śmierć, to ideał. Szkoda tylko, że nie był przytomny, jak podrzynałem mu gardło. Ubaw byłby lepszy. - stwierdził ruszając w stronę wyjścia.
- Odetnijcie mu nogi, i ręce., potem ułóżcie starannie na łóżku, a na ścianie napiszcie "to się dzieje, gdy zadzierasz z Lwami, tu leży gwałciciel i złodziej"- jego własną krwią. Potem wracamy do Winterfell po moją rodzinę.- rozkazał odwracając się i ostatni raz spoglądając na zabójcę swojej narzeczonej.
- To będzie przestroga
Podszedł do właściciela lokalu i dał mu dwa złote smoki w zadość uczynieniu za szkody jakie dokonał. To nie jego wina, że miał kogoś takiego pod swoim dachem. Zaraz potem wyszedł i poczekał na swoich gwardzistów.
Wyruszyli, gdy wszyscy byli w komplecie.
[zt Vera, ja i gwardziści Lannisterów wraz z ciałem Adrienne]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Port   Wto Sty 07, 2014 1:51 pm

MG


Ciało Elfasa zgodnie z życzeniem Aarta Lannistera zakopano daleko za miastem, a na kamieniu, który położono na grobie, napisano krwią gwałciciela podane słowa. Wieści o tym wydarzeniu rozeszły się bardzo szybko, a historię ubarwiał każdy, kto tylko ją powtarzał.

Gdy wracali do Winterfell na trakcie nikogo nie spotkali, a pogoda była nadzwyczaj łagodna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://averyhere.tumblr.com/
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
213
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Czw Mar 06, 2014 5:41 pm

| brama południowa -> trakt królewski -> biały port [z Aithne i Diryanem]

Drugiego dnia podróży dotarli do Białego Portu. Już z daleka dało się poczuć zapach miasta, ostry, słony, szybko przywodzący na myśl ryby i inne morskie stworzenia. W dzieciństwie Aryana podsłuchała, jak jeden z jej koniuszych chwalił się pochodzeniem z tego miasta i snuł niestworzone opowieści o syrenach, jakby kiedykolwiek doświadczył ich istnienia. Jednak te powiewały jedynie na sztandarach rodu Manderly, widocznych z oddali.
Wraz z Aithne i Diryanem zdecydowali się nie kłopotać tutejszych lordów swoją obecnością i noc spędzili w wynajętej gospodzie, gdzie i tak nie dosięgnęły ich żadne niedogodności. Posłania były może nieco twardsze, niż w Winterfell, ale wieczór spędzony przy kominku w towarzystwie brata i kuzynki rekompensował to ponad miarę. Aryana nareszcie miała trochę czasu by porozmawiać z przyjaciółką, której towarzystwo bardzo sobie ceniła. W ostatnich dniach była Bogom niezmiernie wdzięczna za to, że obdarzyli ją tak wspaniałą rodziną.

W końcu nastał dzień planowanego przypłynięcia delegacji z Końca Burzy. W gospodzie od rana trwała nerwowa krzątanina, jednak nie przeszkodziło to jej gościom przed spożyciem pożywnego śniadania i odpowiedniego przygotowania się do powitania w porcie.
Aryana przyodziała prostą, czarną suknię i tego samego koloru płaszcz, podbity ciemnoszarym futrem, więc konna podróż do portu nie była wielce komfortowa, jednak dziewczyna zdawała się nie zwracać na to większej uwagi. Sztandary Starków powiewały na wietrze, gdy ich przedstawiciele wraz z orszakiem zjawili się tuż przy nadbrzeżu. W oddali rzeczywiście majaczyły zbliżające się statki i Ary poczuła się nagle dziwnie zestresowana.
Bardzo chętnie obrałaby teraz drogę Aidana i zaszyła się gdzieś na dalekiej Północy, ale nie mogła sobie pozwolić na takie zachowanie. To jej rodzeństwo cierpiało teraz najbardziej, więc razem z Diryanem musieli być dla ojca podporą w trudnych czasach.
-Mam wrażenie, że wszystkie wzniosłe słowa wyparowały mi z głowy - przyznała się, nachylając w stronę brata i kuzynki, którzy znajdowali się na sąsiednich rumakach. - Myślicie, że bełkotanie bez ładu i składu przedstawi nas w dobrym świetle? Mogą wszakże uznać, ze to zgubny wpływ żałoby.
Chciała mieć już to wszystko z głowy, powitać delegację, zaprosić ją do Winterfell i dowiedzieć się o szczegółach pogrzebu, aby jak najprędzej przekazać je najstarszemu bratu, przebywającemu w Queenscrown.
Obowiązek rzeczą świętą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Mar 09, 2014 12:18 pm

Ściskała palcami krawędź burty niczym dłoń ostatniego przyjaciela. Jasnoniebieskie oczy, wlepione w majaczący w oddali port, od dobrych kilku chwil nieruchomo badały morską toń, zupełnie jakby spodziewały się ujrzeć w kipieli syreni ogon. Choć już dawno minęło południe, powietrze było zimne i przesycone zapachem soli.
Gdybyśmy byli na południu, żar lałby się z bladego, cynowego nieba, topiąc miasto w morzu gorąca.
Pomyślała Allya z zaskakującą obojętnością, wpatrując się w opuszczające tutejsze wody statki, wyglądające z podobnej odległości niczym samotne wyspy. Sam Biały Port wydawał się wyschły i skurczony od zimna oraz wiatru, niczym porzucona wśród pustkowi ogryziona kość.
Baratheonówna trwała nieruchomo na rufie, ukrywając twarz w miękkim kołnierzu ciemnego jak noc futra, które zarzuciła na ramiona. Gdy tylko minęli Paluchy, okazało się, iż najcieplejsze odzienie Allyi ledwo wystarczało, by ogrzać jej ciało, wymęczone podróżą… i jednocześnie przepełnione niezdrowym entuzjazmem, który ukrywała z właściwą sobie obojętnością, prawie tak chłodną, jak północny klimat. Nigdy nie zawędrowała dalej niż do Bliźniaków, Północ jawiła jej się jako skuta lodem, odległa kraina, nękana przez snarki i grumkiny… a przynajmniej tak było, dopóki nie ukończyła ósmego dnia imienia. I choć już dawno zapomniała o istnieniu istot wymyślanych przez stare niańki, pierwszy pobyt na północnej ziemi wciąż budził w Allyi mieszane emocje. Nie lubiła, gdy sytuacja wymykała się spod jej kontroli, gdy z powodu odległości od rodzinnych stron była bezbronna niczym dziecko… jednak pomimo swych wątpliwości, wnet pojęła, że jedynym sposobem na zrozumienie Północy, jest zaakceptowanie tej krainy. Zaakceptowanie i pozwolenie, by wniknęła w ciało wraz ze swym zimnem oraz ogromem.
Od strony lądu zadął zimny, niosący ze sobą woń dymu oraz portu wiatr. Baratheonówna zadrżała, zatapiając twarz głębiej w miękkim futrze. W głębi jej duszy ocknął się nagły lęk, chłodny, groźny… niedobry. Choć wielu uważało, że w miejscu gdzie Allya powinna mieć serce, znajduje się wyłącznie wielka, opalizująca dziura, z każdą milą zbliżającą kogę do Białego Portu, w jej ciele narastało uczucie zagubienia. Przerażająca pustka zupełnej amnezji.
Ujrzą go… i nie uwierzą. Tylko Inni powstają po śmierci.
Wspomnienia z odbytej podróży zachodziły już mgłą, blakły. Roiły się jako półsenne obrazy, zamazany katalog strzępów. Poważne brązowe twarze marynarzy, poorane niczym wiosenne pola. Pierś jej brata unosząca się gorączkowo we śnie, jakby Aylward uciekał przed demonami przeszłości. Poczerniałe drewniane ławki na pokładzie i monotonna smuga krajobrazu za horyzontem. Wszechobecny zapach świeżej ziemi i soli morskiej wypełniał powietrze, lepki i natrętny. Allya wiedziała, iż ślad tej woni pozostanie jeszcze na długo w jej włosach, ukryty w zagnieceniach materiału…
- Co z nim? - zapytała cicho, nie odwracając wzroku od nierównej linii zbliżającego się miasta. Stojący kilka kroków za nią strażnik milczał przez chwilę, jakby pragnął znaleźć odpowiednie określenia, odbiegające od faktycznego stanu Aylwarda.
- … bez zmian, pani. Uparł się i odział, chciał też sam zgolić brodę, ale… - mężczyzna umilkł na moment, budząc tym nieświadomie wściekłość Baratheonówny. Blade palce kobiety zacisnęły się na chropowatym drewnie, zupełnie jakby zaciskała je na gardle wroga.
Na gardle Martella.
- … ale ręce trzęsą mu się tak, że rozlewa nawet wino. - dokończyła za strażnika Allya, niecierpliwie odprawiając go skinięciem głowy. To była przykra, kwaśna, podszyta tchórzem prawda, której musiała jednak stawić czoła. Nie stać jej było na bohaterstwo. Nie dzisiaj. Z ust Łani wyrwało się ciche westchnięcie, gdy kapitan statku wydał rozkaz do cumowania. Pogrążona we własnych myślach Baratheonówna nawet nie zauważyła, gdy „Królowa Burzy” wpłynęła do Białego Portu, jak zwykle smukła i cicha niczym powietrze przed sztormem. Odkąd minęli Hak Masseya… czyli od momentu, w którym stan Aylwarda raz pogarszał się, innym razem znowu osiągał szczyt świetności… od momentu, w którym Allya kazała opuścić rudowłosej maegi statek, podróż była udręką.
Lecz nie tak silną jak świadomość, że to właśnie Baratheonównie przypadnie w udziale zejście jako pierwszej na ląd, że to ona spojrzy gospodarzom z Winterfell w oczy… i… co zrobi? Wypowie banalną formułkę? Uśmiechnie się i zbagatelizuje wagę sytuacji? A może już teraz wyda rozkaz do ponownego wypłynięcia w drogę powrotną? Z gorączkowego namysłu Allyę wyrwał dopiero dźwięk zwodzonego pomostu kogi uderzającego o twardy grunt portu. Baratheonówna wypuściła z płuc długo wstrzymywane powietrze, po czym mimowolnie przeczesała palcami włosy, ruszając w stronę zejścia. Długie, ciemne niczym u braci z Nocnej Straży futro przesunęło się bezgłośnie po deskach pokładu, gdy stąpając lekko, opuściła kogę w towarzystwie dwóch strażników z czarnymi jeleniami na napierśnikach. Mężczyźni przezornie trzymali się poza zasięgiem ręki Allyi, jakby w obawie, iż zechce na nich wyładować swe emocje. Blada cera Baratheonówny w zestawieniu z ciemnym odzieniem, sprawiała wrażenie jeszcze jaśniejszej, a lśniące, jasne oczy przywodziły na myśl raczej drapieżnika, niźli niepozorną, wątłą damę z południa. I dopiero, gdy niebieskie spojrzenie natknęło się na szary herb Starków z wyszytym nań wilkorem, Allya zatrzymała się raptownie, pragnąc w nieskończoność odwlekać moment, w którym ujrzy twarze ludzi z Winterfell.
Na bogów, nawet nie wiem, jak wyglądają.
Przemknęło jej przez głowę dokładnie w momencie, w którym ujrzała smukłą, urodziwą kobietę odzianą w czerń. Jej ciemne włosy powiewały delikatnie na wietrze, a jasne oczy tak pilnie wpatrywały się w „Królową Burzy”, iż nie mogło być mowy o pomyłce. Baratheonówna wyprostowała mimowolnie plecy, pragnąc sprawiać wrażenie choć odrobinę wyższej, po czym, niczym w amoku, pokonała odległość dzielącą ją zarówno od córki Lorda Starka oraz jej towarzyszy. Sympatyczna z twarzy dziewczyna, całkiem młoda i budząca mimowolną sympatię oraz wysoki mężczyzna, na tyle podobny do członków rodu z Winterfell, iż Allya nie mogła mieć wątpliwości - brat… lub kuzyn?
Nie myśl, działaj.
Baratheonówna zatrzymała się raptownie, dygając delikatnie z właściwym sobie spokojem. Pod ciemnym futrem zalśnił czarno-złoty materiał sukni, który jednak zniknął równie prędko, co się pojawił.
- Lady Aryano… - zaczęła cicho Allya, nie spuszczając wzroku z twarzy kobiety… narzeczonej jej brata… kogoś, kto wciąż nie wie, nie wie, lecz zaraz, za moment w końcu się dowie i świat ponownie stanie na głowie… Baratheonówna rozchyliła usta, pragnąć dodać coś jeszcze, lecz wtedy za jej plecami wybuchło zamieszanie, które mógł wzniecić tylko jeden człowiek.
Za wcześnie, głupcze. Miałeś poczekać!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Mar 09, 2014 12:22 pm

Od Haystack Hall przez blisko siedem długich dni i nocy unosił się głęboko w wodzie, ciemnej jak butelkowe szkło. Gładkiej, gęstej, ciepłej toni snów i majaków. Gorączki. Światło znajdowało się gdzieś nieskończenie wysoko, widoczne tylko czasami przez lepki mrok mętnej toni. Były chwile, gdy bardzo chciał wyrwać się ku niemu, popłynąć w górę, zaczerpnąć tchu, wciągnąć w płuca prawdziwe, ożywcze powietrze, a nie tę dławiącą, rozpaloną maź. Były chwile, gdy naprawdę wierzył, że potrafi to zrobić. Ale nie miał siły.
Powinienem wysadzić ją przy najbliższej okazji na ląd.
Dryfował pod powierzchnią świadomości, niezdolny się ocknąć, poruszyć, otworzyć oczu. Ciężka woda zalewała go, ciągnęła ku dnu, pełnemu rozgrzanego błota, kleistego mułu i odwiecznych potworów. Gdyby się tam znalazł, już nigdy nie ujrzałby słońca. Stałby się cieniem wśród cieni. Topielcem w bagnie gorączki. Nie walczył jednak. Był zbyt słaby, żeby stawiać opór. Trwał, a wokół niego przelewały się mętne fale choroby.
Byłem głupcem, pozwalając wiedźmie na przeklęte czary.
Czasem, w brudnozłotej poświacie nad sobą, widział blada twarz, twarz boga, Dziewicy, twarz otoczoną mdłym nimbem żółtego blasku niczym szyderczą aureolą. Malował się na niej wyraz troski i strachu. Przypominała odbicie oglądane w wypukłej, metalowej powierzchni. Może misce lub ostrzu wypolerowanego miecza. Dwa punkciki jasnych oczu, idealnie niebieskie, okolone wachlarzem ciemnych rzęs obserwowały go czujnie, przygotowane na każdą ewentualność. Prosty, mały nos, na którym od słońca zawsze pojawiały się piegi oraz pełne, delikatne jak jedwabie usta, zwykle ściągnięte w grymasie zdenerwowania.
Zapłaciłem adekwatną cenę za własną głupotę. Adekwatną, gorzką cenę.
Mimo wszelkich prób zaprzeczenia, kobieta nie była zła. Nie, z pewnością nie należała do świata koszmarów. Starała się pomóc. Czuwała nad nim. Nieustannie, spokojnie, łagodnie była obok, żeby odganiać stwory z dna mętnej wody, żeby nie pozwolić mu pogrążyć się w odwiecznej głębinie. Nie miał pojęcia, w jaki sposób tego dokonuje, ale wiedział, że po to właśnie została powołana. Aby nie pozwolić mu osunąć się w mrok.
I nie pozwoliła. Bo chociaż brudna, lepka toń wciąż zalewała go do nowa, światła było coraz więcej. Mżyło niewyraźne niczym widoczna przez brudną szybę zapyziała, pokryta strupami martwych much świeca. Ale wciąż go przybywało. Z każdym dniem przybywało, na kształt zimowego słońca po dniu przesilenia.
Powinienem umrzeć. Powinienem nie żyć.
Aż wreszcie martwa woda wzburzyła się, zakipiała i wyniosła go na powierzchnię, gdzie była jasność, powietrze i ból, który natychmiast pozwolił zrozumieć mu, że żyje.
Aylward nie wiedział, co było bardziej przerażające podczas podróży - świadomość, iż zamiast jednej rany doskwiera mu ból całego ciała… czy fakt, że pogodził się z tym uczuciem. Oswoił. Zaakceptował. Bywały dni, gdy zapominał o jego istnieniu tylko po to, aby później odczuć dwukrotnie silniejszy atak. Choć wojna dobiegała końca, on wciąż toczył zaciekłą bitwę z najsilniejszym wrogiem, jakiemu kiedykolwiek stawił czoła - samemu sobie. Sobie oraz swym obawom. Jego nozdrza wciąż wypełniał zapach krwi - metaliczny, miedziany odór - i Baratheon wiedział, że słabnie z każdą chwilą, w miarę jak się poddaje owej woni. Próbował ją z siebie zmyć. Próbował zedrzeć wraz z brudem i skórą. Częścią umysłu rozumiał, że to katastrofa, że powinien przestać, że wcale nie powinien wpadać w panikę, lecz codzienne próby zatuszowania swej zbrodni weszły mu w nawyk. Najważniejsze, żeby nie przestawać. dopóki nie będzie czysty… bo inaczej cały ten ból pójdzie na marne.
Nie byłby sobą, gdyby z całych sił pragnął zaprzeczyć, że czuje się gorzej niż przed wyruszeniem w rejs - bowiem to akurat było prawie niemożliwe. Za dnia ukrywał osłabienie, maskując je w jedyny właściwy sobie sposób - z kielichem wina w dłoni i uśmiechem na ustach. Dopiero nocami, przekręcając się nerwowo na koi z boku na bok, dopuszczał do świadomości zmęczenie. Serce łopotało wtedy w piersi jak wzburzony żagiel na wietrze, jak dziki ptak zamknięty w klatce. Dłonie drżały, gdy sięgał po naczynia, rozlewając ciemne jak krew wino na stół. Rana pulsowała w rytm serca, wybijając dla Baratheona niepowtarzalną melodię. I tylko krok dzielił go od poddania się. Od złożenia broni i rezygnacji. Gdyby podróż potrwała dzień dłużej, gdyby na horyzoncie nie pojawił się Biały Port…
… czy nie byłoby łatwiej skończyć z tym wszystkim? Wskoczyć do zimnej wody w poszukiwaniu trytona, który widniał w herbie Manderlych? Żywić nadzieję, że przed wtargnięciem słonej cieczy do ust uda się ujrzeć syrenę?
Nie. Nie teraz, gdy jest tak blisko celu. Na wieść, iż wkrótce zacumują w porcie, Aylward po raz pierwszy pojął powagę sytuacji. To nie była rutynowa wizyta na Północy. To nie był kaprys, chęć ujrzenia murów Winterfell, podróż wywołana nudą.
On nie żył a jego przyjaciel brał ślub.
Bogowie postanowili po raz kolejny zakpić ze śmiertelników, wystawiając ich losy na jawną igraszkę.
Ja nie żyję, a Aidan zostanie prawym małżonkiem.
Chropowaty niczym nieociosana belka chichot, który wyrwał się z gardła Baratheona, zaskoczył nawet jego samego - przez chwilę bez cienia zrozumienia wpatrywał się we własną twarz, z wciąż świeżą raną nad brwią, z dziwnie zapadniętymi policzkami… i pojął, że za żadną cenę nie może w ten sposób powrócić do świata żywych. Musi każdym, nawet najmniejszym gestem zapewniać, że wszystko jest w porządku, że list wysłany przez Dondarriona to feralna pomyłka, że czym prędzej należy sprostować owo nieodmówienie, nim z każdego zakątka królestwa do Końca Burzy ludzie zaczną przybywać na pogrzeb…
Ale przede wszystkim powinien ujrzeć Aryanę.
Z jego głowy wnet uleciały wszystkie instrukcje wydane przez Allyę, usnute przez nią plany odpowiedniego przeprowadzenia spotkania - gdy prędko przywdziewał ciemną koszulę z cieniutkimi śladami po złotej nici na rękawach, gdy wciągał spodnie, z trudem zawiązując drżącymi palcami sznurki, gdy narzucał na plecy skórzaną kamizelę oraz gruby, ciemny płaszcz, spięty pod szyją złotą broszą w kształcie poroża, ani myślał o poprawności. Nie myślał też o konsekwencjach.
Wcale nie myślał.
Ignorując tłukące się szaleńczo w piersi serce, prośby swych ludzi a nawet kilka ich gróźb, opuścił podpokładzie, biegiem wspinając się po stromych schodkach. Biały Port ukazał mu się jako zamazana, jasna plama, pozbawiona konturów i kształtów, zaś stający mu na drodze ludzie - jedynie jako nieszkodliwe przeszkody, które omijał zręcznie, prąc niepohamowanie na przód. Gdy opuścił statek, słysząc za plecami przekleństwa strażników i nerwowy chrzęst zbroi, przez chwilę sądził, iż udało mu się wyprzedzić Allyę, lecz w tym samym momencie ujrzał ją kilka jardów przed sobą, odwróconą plecami.
Ją oraz herb Starków. I…
Baratheon zatrzymał się gwałtownie, jak przez grubą warstwę materiału czując palce strażnika zaciskające się na jego ramieniu. Nie wysilił się nawet, by strącić nerwowo rękę rycerza. Nie, to nie było już istotne...
... bo uchwycił jej spojrzenie. Jasne, piękne spojrzenie. I przebłysk w nim. Porażający przebłysk, którego nie potrafił nazwać, bowiem w głowie zapanowała dźwięcząca, nienaturalna pustka, której nigdy wcześniej nie doznał.
Strach przeszył ciało i duszę Aylwarda niczym smoliste ostrze, gdy zacisnął nerwowo usta, wykonując jeden, niezdarny niczym u dziecka krok.
Nie tego się spodziewała. Ty też nie.
Jego zaskoczony rozum podpowiada, że powinien przepraszać, błagać, żeby uwierzyła, starać się ją za wszelką cenę zatrzymać. Ale serce, oszalałe, głupie, bezwartościowe, jedynie obija się o kości, podchodzi do gardła, blokuje jakąkolwiek możliwość zabrania głosu. Baratheon wykonał kolejny ruch, równie nieporadny, co poprzednio, lecz tym razem do kroku dołączyła świeżo obandażowana dłoń, którą wyciągnął przed siebie niczym błądzący we mgle.
- Aryano... - głos wydobył się z krtani tylko dlatego, że serce przestało bić. Zamarło w oczekiwaniu, jakby zmrożone lodowatym podmuchem.
Zamarło jak cały otaczający ich świat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Greywater Watch
Liczba postów :
59
Join date :
02/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Mar 09, 2014 3:35 pm

Podróż do Białego Portu zajęła Aithne, Aryanie i Diryanowi dwa dni. Całe dwa dni w siodle i chociaż Aithne była przyzwyczajona nie tylko do jazdy konnej lecz również do niewygód, tak tym razem gdy dotarli na miejsce była przekonana, że przykleiła się do siodła. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca i gdy zatrzymali się przy gospodzie bez problemu stanęła na twardym gruncie. Nie byłaby jednak sobą, gdyby w trakcie jazdy trochę nie ponarzekała, więc jej ukochane kuzynostwo na pewno miało podróż pełną atrakcji ufundowaną przez samą córkę lorda Reeda.
Lekkie niedogodności, jakie napotkali w gospodzie w porównaniu z dwoma dniami w siodle nie wydawały się Aithne szczególnie dokuczliwe. Być może również dlatego, że w końcu miała okazję spędzić trochę czasu z rodziną. Co prawda Diryan nie był jej tak bliski jak Aryana, jednak wszystkich swoich kuzynów traktowała jak własne rodzeństwo. Zwłaszcza, że z trzech rodzonych braci zostało jej tylko dwóch. Chociaż nadal nie była do końca pocieszona po stracie Bastiana, nie wysuwała się na pierwszy plan. Wiedziała, że teraz najważniejsza jest Ary, bo przecież to właśnie dla niej przyjazd Baratheonów był najcięższym przeżyciem. Dobrze, dla Aidana również, jednak szanownego kuzyna panny Reed nie było razem z nimi. Zresztą, Aithne sama do końca nie wiedziała, czy byłaby w stanie mu teraz współczuć. Chyba nadal była na niego wściekła za to, jak potraktował Cailet Tyrell. Co prawda ostatecznie okazało się, że rudowłosa nie jest winna śmierci księcia Dorne i nie przyczyniła się do bolesnych dla wszystkich skutków tego czynu, ale w oczach ciemnowłosej Aidan nie zrobił absolutnie nic, żeby chociaż trochę ułatwić młodej narzeczonej przejście przez te okropne chwile. Aith znana była z tego, że długo trzymała urazy, nawet jeśli nie zawsze były skierowane ku niej bezpośrednio.
Noc minęła szybko i wraz z nastaniem dnia wszyscy goście oraz właściciele gospody szykowali sięna przyjęcie ważnych gości. Zapał sprzed dwóch dni najwyraźniej opuścił jedyną córkę lorda Reeda, ponieważ Ary musiała się naprawdę mocno namęczyć, aby obudzić przyjaciółkę. To pewnie ta jazda konna tak ją wymęczyła, a gdy w ciemnogranatowej sukni i ciepłym płaszczu stanęła przed swoim wierzchowcem, nie mogła powstrzymać jęku. Naprawdę kochała to zwierzę i lubiła konne przejażdżki, jednak perspektywa spędzenia w siodle kolejnych kilku godzin, a nawet i dni skutecznie ją do tego zniechęcała. Co innego mogła zrobić? No raczej nic. Nie miała w zwyczaju łamać danego słowa, więc skoro obiecała Ary pomoc, to przecież jej teraz nie zostawi.
Czekając na delegację z Ziem Burzy, Aithne co chwilę kręciła się w siodle, szukając wygodnej pozycji. Przestała dopiero po słowa Aryany, ale to pewnie dlatego, że nie potrafiła skupić się na dwóch rzeczach na raz. Uśmiechnęła się do Ary, chcąc tym samym dodać jej otuchy, chociaż słowa, które za chwilę wypowiedziała nie brzmiały szczególnie zachęcająco.
- Wiesz, że bardzo chcę Ci pomóc przez to przejść, ale na mnie nie licz. Jeszcze będą gotów pomyśleć, że Północ wcale nie jest taka gościnna - odpowiedziała, lekko ściskając ramię kuzynki. Nigdy nie była dobra w pocieszaniu i dawaniu dobrych rad, jednak teraz poniekąd miała rację. Nie kontrolowała tego, co mówi, dlatego w tak ważnych sytuacjach wolała się nie odzywać. Nie zawsze jej to wychodziło, jednak starała się bardzo, co również należało wziąć pod uwagę.
Przed nimi pojawiła się postać młodej kobiety, która niespiesznie podążyła w ich stronę. Aithne nie miała jeszcze przyjemności poznać wszystkich młodych Baratheonów, jednak ze sposobu poruszania się i mówienia wywnioskowała, iż dziewczyna musi być jednym z dzieci samego lorda. Na twarzy Reedówny pojawił się lekki uśmiech, który zniknął raptownie, gdy za plecami ciemnowłosej dostrzegła poruszenie. Podobnie jak jego siostry, nie miała okazji ujrzeć na własne oczy Aylwarda Baratheona, jednak jedno spojrzenie w stronę Aryany wystarczyło, by Aithne rozeznała się w sytuacji. Wciągnęła głośno powietrze i trzymała je przez chwilę w płucach, by kilka sekund później powoli je z nich wypuścić. Kompletnie nie rozumiała o co chodzi. Przecież ten młody mężczyzna, nieporadnie zmierzający w ich stronę nie mógł być Aylwardem. Wszyscy w Winterfell otrzymali taką samą wiadomość. Aylward Baratheon nie żyje, otruty przez Trystana Martell'a. Chyba trochę się w tym wszystkim pogubiła, więc nie pozostało jej nic innego jak czekać na reakcję Ary. Gdyby kuzynka nie zdołała zachować zimnej krwi, zawsze był jeszcze Diryan, ponieważ przekazanie pałeczki Aithne byłoby naprawdę bardzo nierozsądnym posunięciem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Mar 09, 2014 7:59 pm

Tessmira nie była zwykłą klaczą. Śnieżnobiała sierść o miedzianym połysku pięknie odbijała światło, kiedy się poruszała. Nogi stawiała z niebywałą gracją, a chód miała tak miękki, iż Diryan czasami miał wątpliwości, czy jego wierzchowiec czasem nie unosi się w powietrzu. Jej szyja zaś zawsze wygięta była pod tym samym kątem, czyniąc jej widok jeszcze szlachetniejszym.
I cóż z tego, że Diryan miał tak wspaniale dobranego konia, skoro dwa dni spędzone na jego wierzchu doprowadziły go do poważnych urazów jego najszlachetniejszej z części ciała? W takich właśnie sytuacjach uzmysławiał sobie, jak źle na kondycję ludzką wpływa ciągłe przesiadywanie w murach zamkowych.
Mimo wszelakich obiekcji odnośnie ich środka transportu, Wyjący o Świcie nie pozwalał sobie na marudzenie. W tej kwestii wyręczała go jego kochana kuzynka, która zrzędziła za całą ich trójkę. Nie było to jednak dla młodego Starka uciążliwe. Reedówna jojczyła w tak uroczy i słodki sposób, że Diryan nie miał sumienia się na nią za to złościć. Oczywiście ona sama nie uważała się chyba w tym momencie za słodką...
Choć w dziedzic Winterfell dobrze czuł się w towarzystwie swej starszej siostry i kuzynki, bardzo uradował się, kiedy wjechali do Białego Portu i mogli wypocząć. Nie robiło mu już różnicy, czy legnie w ciepłym, puchowym, dworskim posłaniu, czy też zajazdowym sienniku. Każde łóżko było w tym momencie szczytem jego marzeń.
Gospoda, w której nocowali była jednak niezgorsza. Uraczono ich ciepłą strawą i wygodnym - jak na takie standardy - posłaniem, a do tego dołączono możliwość wygrzania zmęczonego podróżą ciała w balii z gorącą wodą. Diryan był w siódmym niebie. Do tego stopnia, że nie spostrzegł, kiedy zasnął po pierś zanurzony w wodzie. Nikt nie śmiał go zbudzić. Nawet Aryana z Aithne, które pewnie i tak zapomniały o nim, pogrążone w głębokim śnie. Wyjący o Świcie spędził całą noc w kąpieli i nie ocknął się, mimo licznych koszmarów, nawiedzających jego jaźń. Dotyczyły one - oczywiście - jego zmarłego brata.
Obudziło go łomotanie do drzwi. Była to Aryana, która popędzała go, żeby "w końcu ruszył się z łóżka, bo się spóźnią". Ach, jakie byłoby jej zdziwienie, gdyby zdawała sobie sprawę z tego, GDZIE dokładnie jej kochany najmłodszy braciszek spędził całą noc... Wychodząc z balii, Wyjący o Świcie czuł się głęboko zażenowany i... zziębnięty. Do tego nie wypoczął jak należy, wszak wanna nie jest miejscem z założenia przeznaczonym do spania. Bolały go wszystkie kości, a jego sempiterna tak dawała mu się we znaki, że zastanawiał się, czy czasem przez sen nie zdecydował się na szalony galop ulicami Białego Portu. "Choćbym miał dostać za to własny zamek, nigdy więcej nie dam namówić się na taką wycieczkę..." - pomyślał, ubierając strój adekwatny do sytuacji, której uczestnikiem miał się za chwilę stać.
Założył na siebie klasyczny czarny żupan przetykany srebrną nicią. Rzadko kto nosił jeszcze ten strój, jednak Diryan bardzo go lubił. Wiedział też, że dobrze wygląda w tym odzieniu, które doskonale pasowało zarówno do jego sylwetki, jak i długich włosów oraz rysów twarzy. Pod materiał schował wisior z herbem swego rodu. Aby ten był jednak widoczny na serdeczny palec prawej dłoni założył srebrny pierścień z wilkorem wtopionym w onyks. Na to wszystko narzucił kruczoczarny płaszcz z futrzanymi wykończeniami i przejrzał się w lustrze. Żupan nie był oczywiście widoczny spod obszernej odzieży wierzchniej, ale sama świadomość, że go nosi, dodawała Wyjącemu o Świcie pewności własnego piękna. Zamocował pochwy ze Świtem i Zmierzchem na swych plecach, po czym opuścił izbę.
Dziewczyny własnie rozmawiały. Aryana zwierzała się ich kuzynce ze swych obaw, a Aithne ją "pocieszała".
- Spokojnie, siostrzyczko - Diryan odezwał się za plecami Starkówny. - Jeśli znajdziesz się w skrajnej sytuacji kryzysowej, daj mi znać. Może półtoraroczne studia okażą mi się w końcu przydatne - mrugnął do kobiet i otworzył im drzwi gospody, aby puścić je pierwsze, jak tego wymagało od mężczyzny dobre wychowanie.

Od dłuższego czasu stali w porcie. Wyjący o Świcie wdychał wilgotne powietrze pachnące solą i wilgocią. Przysłuchiwał się rozmowom. Patrzył na statek, który właśnie cumował. Z kładki zeszła młoda kobieta. Podeszła do nich i przywitała się, dygając. W odpowiedzi Diryan skinął głową. Nagle dostrzegł poruszenie za jej plecami. Spiął wszystkie mięśnie, niczym wilk, szykujący się do skoku. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził krzyk jakiegoś mężczyzny i zobaczył młodziana, wypowiadającego imię jego siostry. Jego głos zadudnił Starkowi o ściany czaszki. Nigdy nie widział Alywarda, ale wystarczyło jedno spojrzenie na Aryanę, aby dowiedzieć się, że to on.
Wyjący o Świcie zmarszczył brwi i staksował mężczyznę wzrokiem. On powinien nie żyć. A jednak żyje. Co tu jest grane...? Przysunął się nieznacznie do siostry, aby złapać ją, gdyby miała zemdleć, choć nie miała tego w zwyczaju. Wiedział jednak, że pod wpływem emocji z organizmem człowieka dzieją się najdziwniejsze rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://averyhere.tumblr.com/
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
213
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Nie Mar 09, 2014 8:30 pm

Im bliżej portu znajdował się okręt z Końca Burzy, tym dalej uciekała pewność siebie Aryany. Pod skórą czuła, że to nie może być zwykłe przekazanie kondolencji i uprzejmości, choć przecież nie mogła spodziewać się niczego innego. Nie pierwszy raz miała przemawiać w imieniu pana ojca, tym bardziej nie rozumiała więc, skąd wzięły się u niej złe przeczucia. Ściskała mocno lejce, wiercąc się niecierpliwie w siodle, a wzrokiem szukając czegoś, co mogłoby przez chwilę zająć jej uwagę i pomóc oczyścić myśli.
Uścisk kuzynki i pokrzepiające spojrzenie brata przypomniały jej, po co tak naprawdę przyjechała do Białego Portu. Powodem była nie tylko prośba ojca i chęć zdjęcia ciężaru z bark Aidana, okazując osobiste uszanowanie delegacji Końca Burzy Ary chciała udobruchać własne sumienie. A to, ostatnimi dniami, nieustannie wypominało jej wszelkie grzeszki przeszłości. Może niedostatecznie często jej myśli kierowały się ku narzeczonemu? Dlaczego bardziej nie zainteresowała się wojną na Południu? Czy powinna częściej odwiedzać Boży Gaj i modlić się za zdrowie najbliższych? Początkowo takie drobnostki nawet nie przeszły jej przez myśl, panna Stark była wszakże zaślepiona nienawiścią do rodu Martell oraz wściekła z powodu własnej bezsilności, ale w miarę upływu czasu emocje powoli opadały, a złe wieści nadchodziły nadal.  Dziewczynie daleko było do jakiegokolwiek załamania, jednak wątpliwości mogły w przyszłości skutecznie zastąpić resztki zdrowego rozsądku. Musiała jednak stawić im czoła, podobnie jak gościom, którzy lada chwila mieli postawić stopy na północnej ziemi.
-Ani mi się ważcie stąd odjechać – rzuciła pół żartem, pół serio do członków rodziny, zgrabnie zeskakując z konia i poprawiając swój płaszcz. Okręt Baratheonów był tuż-tuż, jego załoga na pewno zauważyła już orszak Starków, wypadało więc wyjść naprzeciw delegatom i powitać ich od razu po zejściu na ląd.
Aryana skinęła głową na swoich ludzi i ruszyła w kierunku pomostu, gdzie chwilę później zacumowała „Królowa Burzy”. Dwaj strażnicy podążyli za córką swojego lorda i stanęli w bezpiecznej odległości za jej plecami, a wszystko po to, by komitet powitalny nie wyglądał zbyt ubogo i… smutno.  Diryan dołączył do nich chwilę później, więc całość na pewno prezentowała się godnie. Panna Stark przez moment podziwiała statek, jednak jej uwagę szybko przykuły osoby, które zaczęły z niego schodzić. A właściwie jedna osoba.
Choć Wilczyca nigdy jej nie widziała, była niemal pewna, że kobieta, która właśnie zmierzała w jej kierunku, jest bliźniaczą siostrą Aylwarda. Piękna, ciemnowłosa i z takim samym błyskiem w oku, jaki Ary kiedyś ujrzała u jej brata. Trzymała się prosto i poruszała z gracją właściwą wysoko urodzonej pannie, jednak jej obecność była niepokojąca. Czarny płaszcz, żałobny, tak, to by się zgadzało. Ale co robiła tak daleko od domu, dlaczego w tak ponurym dla swego rodu czasie zdecydowała się uczestniczyć w weselu sojusznika?  Złowrogie myśli powróciły ze zdwojoną siłą, co na pewno można było poznać po zaniepokojonym wyrazie twarzy Aryany.
Czyżby wojna na Południu…?
-Lady Allyo…– dygnęła i zdołała przywitać pannę Baratheon, zanim zamieszanie za jej plecami nie zwróciło uwagi wszystkich zebranych.
Nie zdołała już zapytać o przebieg podróży, przedstawić brata, czy zatroszczyć się o cieplejsze odzienie dla gościa. Momentalnie zaschło jej w gardle, a dłoń mimowolnie powędrowała w kierunku ust. Odwróciła się w stronę Diryana, szukając na jego twarzach potwierdzenia, że widzą dokładnie to samo. Spojrzała na Allyę, starając się wyczytać odpowiedź z jej błękitnych oczu. Miny wszystkich oznajmiały jej, że wcale się nie przewidziała i oto Aylward Baratheon we własnej osobie pojawił się za plecami siostry.
-Och Bogowie – wyszeptała przez palce, patrząc na niego ponad ramieniem Allyi. Daleka była od omdlenia, ale szukając wsparcia, sięgnęła wolną dłonią w bok i zaczepiła palcami o rękaw płaszcza brata.
On nie żyje.
Powtarzał jakiś natrętny głosik w jej głowie, lecz milkł powoli, a w jego miejsce pojawiły się tysiące westchnięć i odgłosów ulgi.
List lorda Dondarriona musiał być wysłany przedwcześnie.
Innej możliwości nie było, bo przecież nie można ożywić zmarłego, żadna religia, żadne czary nie sięgają aż tak daleko. Prawda?
On żyje.
Stał o własnych siłach i nie wyglądał na nieboszczyka, choć do pełni zdrowia chyba sporo mu brakowało. Serce Aryany zaczęło bić tak szybko, jakby miało zaraz wyskoczyć jej z piersi, a jednocześnie dziewczyna czuła się jak ogłuszona. Przez dłuższą chwilę nie mogła oderwać wzroku od zmęczonej, choć wciąż przystojnej twarzy młodzieńca, obserwowała  niezdarne kroki w przód, wyczytała swoje imię z jego warg, lecz nie mogła go dosłyszeć.
Wszyscy oczekiwali na jej reakcję, czuła na sobie wzrok rodziny, orszaku, ale także floty Baratheonów. Nie zważała na to jednak i po chwili, która wydawała się wiecznością, zamrugała wreszcie, wracając do rzeczywistości, a wtedy zauważyła go wyraźniej, stojącego bliżej i wciąż wpatrującego się w jej oczy.
W niepewnym geście wyciągnął przed siebie zabandażowaną rękę i wszystko dookoła po prostu przestało istnieć, wątpliwości wyparowały, a sumienie Ary mogło być wreszcie spokojne. Niewiele myśląc wyminęła Allyę, niechże dziewczyna wybaczy jej tę zniewagę, i w kilku krokach znalazła się przed Aylwardem, zamykając jego dłoń w swoich i tylko ostatkami sił powstrzymując się przez poprowadzeniem jej ku lewej piersi. Stali już wystarczająco blisko, aby wyczuć bicie swoich serc.
Był tutaj, naprawdę stał przed nią, mogła go dotknąć i przekonać się, że nie jest tylko złudzeniem, senną marą. Cały i może nie do końca zdrowy, ale żywy. Tyle pytań cisnęło się jej na usta, tak wiele rzeczy chciała wiedzieć teraz, natychmiast.  Ale wciąż nie mogła znaleźć odpowiednich słów, by go przywitać, a przecież, koniec końców, to było jej dzisiejsze zadanie.
-Szczegóły pogrzebu… - zaczęła niepewnie, unosząc głowę by spojrzeć mu w oczy – przekażesz Aidanowi sam.  – musiała się uśmiechnąć, bo gdyby tego nie zrobiła, najpewniej nie udałoby jej się powstrzymać łez.
Zaraz też wyrwało się z jej ust coś na kształt śmiechu lub szlochu, miała ochotę objąć Aylwarda i jednocześnie go uderzyć, jakby to on był winny listowi, który sprawił jej rodzinie tyle smutku i złych emocji. Ale teraz wszystko miało już być w porządku, w najlepszym porządku.
-Witamy na Północy – zdołała wykrztusić jeszcze, odwracając głowę w kierunku Allyi, a Diryanowi rzuciła błagalne spojrzenie, prosząc o pomoc w podjęciu gości. Na chwilę obecną nie zdołałaby tego zrobić w nawet zadowalającym stopniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Mar 10, 2014 9:52 am

Panująca wokół nich wrzawa nie była nawet w połowie tak uciążliwa, jak na południu. Nie, Biały Port nie był Królewską Przystanią. Brakowało tu upału, smrodu, krzyczących na
każdym rogu przekupniów. Brakowało tu wciąż powtarzanych słów o gniewie, zbrodniczych postępkach. Krwi, zbrodni, rozwichrzonych bród, brudnych, podartych szat, cuchnących kóz na targach. Zamiast tego - pojawiło się niedowierzanie. Jedna, druga, trzecia, piętnasta para oczu zwracająca się w stronę białego statku, powiewającego na maszcie herbu z czarnym jeleniem na złotym tle. I kolejne pół setki spojrzeń na ludzi, którym udało się zakłócić normalny rytm funkcjonowania portu. Na Allyę, z twarzą ściągniętą w wyrazie skupienia, gdy wpatrywała się w Lady Aryanę tak, jakby pragnęła przeprosić za grzechy całego świata. Na usta Baratheonówny zaciskające się w wąską kreskę, kiedy tylko za plecami wybuchło zamieszanie. Oraz na człowieka, który jako jedyny w królestwie posiada zdolność wprowadzania chaosu w każdym miejscu, w jakim się pojawi.
Nie, pani. Nie Bogowie za tym stoją…
Przemknęło przez głowę Allyi w momencie, w którym córka Lorda Starka ujrzała… zjawę? Cień? Okrutny dowcip? Umarłego stąpającego po ziemi o własnych siłach? A może wszystko po trochu…? Blade palce panny Baratheon zacisnęły się na rękawie płaszcza, gdy z trudem obróciła głowę, by zobaczyć swego brata. Swego heroicznie głupiego, bohaterskiego i nad wyraz amoralnego brata. Widziała, jak Aylward ze wszystkich sił starał się nie potknąć. Widziała, że wyglądał strasznie z bladą twarzą i zmierzwionymi włosami, z piętnem wojny w oczach, która każdej nocy rozgrywała się w jego snach. Jednocześnie jednak potrafiła dostrzec, że gdy tylko opuścił pokład, przez niemały już tłum przebiegł szmer podobny do westchnienia. Biały Port i Koniec Burzy nie różniły się pod jednym względem: opłakany wygląd Aylwarda nie budził litości, lecz raczej lęk i szacunek… w każdym sztywnym kroku stawianym przez Baratheona, w każdej próbie utrzymania wysoko uniesionej głowy było więcej godności niż w wystudiowanych pozach całej Gildii Kupców z Wolnych Miast. Allya doskonale pamiętała jego nienawiść i niszczące szaleństwo, gniew oraz gotowość na przyjęcie każdego wyzwania - dlatego w tym większe zdumienie wpadła, gdy ujrzała szczenięcą wręcz bezradność swego brata… w obliczu kobiety. Jednej kobiety. Jak zagubiony chłopiec, z nieukrywanym strachem w oczach wyciągnął w stronę Lady Aryany dłoń… i Baratheonówna przez jedną, zatrważającą chwilę miała wrażenie, iż panna Stark nie odwzajemni jego gestu, odwróci się, odejdzie bez słowa, zapomni na wieki - łamiąc tym samym ostatnią linię oporu, którą wciąż posiadał Aylward.
Błagam, nie. Zostań, zostań przy nim, przeżył właściwie wszystko. Przeżył więcej niż ,,wszystko” zwykłych ludzi.
Pomyślała Allya z dziwną rozpaczą, wciągając cicho powietrze do płuc tylko po to, by po chwili wypuścić je z nieukrywanym wyrazem ulgi na twarzy, gdy tylko dłonie panny Stark zamknęły w opiekuńczym uścisku palce Ayla. Przez usta Baratheonówny przemknął delikatny cień uśmiechu, gdy odwróciła spojrzenie od pary narzeczonych i przeniosła je na dwójkę towarzyszy Aryany, nie mniej zdezorientowanych zaistniałą sytuacją od samej panny Stark. Nie do końca wiedziała, co mogłaby powiedzieć… bo czy jakiekolwiek słowa są w stanie wyrazić choć w połowie wagę tego, co właśnie zaszło? Serce Allyi wciąż tłukło się niespokojnie w piersi, wszystko to zaś za sprawą wyrazu twarzy Aylwarda, wywołanego obecnością córki Lorda Winterfell, pobytem na Północy, świadomością, że przeżył podróż i pomimo piekła, jakie przeszedł… oraz jakie sam wywołał, nie został odrzucony.
On po prostu się uśmiechał.
Po raz pierwszy od wyruszenia na Pogranicze szczerze się uśmiechał.
Już za sam ten fakt Allya była wdzięczna tej, jakby nie patrzeć, obcej kobiecie. Dotychczasowe obawy skierowane pod adresem narzeczonej brata wydały się Baratheonównie tak mało istotne, płoche, wręcz dziecinnie naiwne, iż gotowa była przyjąć ją do rodziny choćby w tej chwili, pośród beczek z solonymi rybami oraz skrzyń malinowych pomarańczy.
- Dziękuję, pani. - odparła cicho, uśmiechając się delikatnie do Aryany oraz jej towarzyszy. Żadne słowa nie wydawały się odpowiednie w zaistniałej sytuacji, zupełnie jakby mogły sprofanować ulotną chwilę względnego spokoju oraz niepohamowanego szczęścia. Allya skinęła lekko głową jednemu ze strażników, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż w obecnym stanie Aylward nawet nie pomyśli o rozładunku statku.
- Jeśli nie byłoby to problemem, pragniemy na jedną noc zatrzymać się w Białym Porcie. - powiedziała w końcu Baratheonówna, z właściwą sobie rzeczowością zwracając się do mężczyzny, którego wzięła za Starka. Najpewniej nie bez powodu. - Nasi ludzie muszą opróżnić pokład z dziesiątek ton darów, które Aylward uznał za konieczne do transportowania przez całe królestwo. - dodała z lekkim uśmiechem, otulając szczelniej szyję gładkim futrem.
Choć nie ukrywam, że im szybciej wyruszymy, tym prędzej będzie nam dane wypocząć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Port   Pon Mar 10, 2014 6:24 pm

Nikt nie śmiał przeczyć temu, iż Młody Jeleń istotnie, miał zwyczaj roztaczania przed każdą bliżej poznaną damą wizji wspólnego życia. Te chętnie słuchały opowieści o wspólnych podróżach, o wspólnych śniadaniach, oraz, rzecz jasna, o wspólnych dzieciach. Większość mężów, nawet jeśli się nie przyznają, dobrze zna odwieczną i banalną prawdę, iż rzeczą której pragnie zdecydowana większość kobiet, jest stabilizacja, stabilizacja w najogólniejszym i najściślej konkretnym znaczeniu tego słowa. Nawet damy spragnione przygód łakną przede wszystkim stabilizacji, ponieważ stabilizacja jest fundamentem i niemalże warunkiem wstępnym rzeczywistej przygody. Opowiadając rozmarzonym głosem o wspólnym życiu, Aylward ofiarowywał im iluzję stabilizacji. Baratheon w dodatku, roztaczając przed każdą bliżej poznaną dziewką wizję wspólnego życia, wcale nie kłamał. Nie prowadził żadnej gry erotycznej, nie miał żadnej uwodzicielskiej strategii. Przez pierwsze lata swej aktywności, dość wcześnie zaczętej, był uwodzicielem z bożej łaski. Święcie wierzył w to, co mówi. Naprawdę – w chwili opowieści pragnął spędzić resztę życia ze słuchającą go kobietą. Całkiem realnie wyobrażał sobie odpowiednie szczegóły i epizody. Stąd brała się jego wiarygodność i sprawność narracyjna. Jednak gdy budził się rano u boku kobiety, z którą wczorajszego wieczora przy czwartym dzbanie wina planował życie, mówił do siebie: Bogowie, ależ ja bzdury wygadywałem i uciekał w największym popłochu. W ten wszakże sposób, chcąc nie chcąc, ten erotyczny prostaczek (inaczej Baratheona nazwać nie sposób) zdobył niemałe doświadczenie seksualne. Tak, nawet starzy łóżkowi wyjadacze muszą nie bez cienia zazdrości przyznać, iż Aylward dogłębnie poznał niemało kobiet. Poznał kobiety mądre i poznał kobiety głupie. Poznał kobiety wszeteczne i poznał kobiety cnotliwe. Poznał kobiety, które chichotały w łóżku jak szalone. Poznał kobiety, które w decydujących chwilach wręcz konały ze śmiechu. Poznał pełne dumy kobiety, które, zirytowane swą nieuniknioną w takich sytuacjach bezbronnością, bywały agresywne. Poznał kobiety, które przez cały czas milczały jak grób, i poznał kobiety, których gadatliwość rosła wprost proporcjonalnie do intensywności cielesnych doznań.
I tylko bogowie mu świadkiem, że nigdy nie było dane poznać mu kogoś takiego, jak Aryana Stark.
Po dziś dzień pamiętał chwile, w których ujrzał ją po raz pierwszy w Królewskiej Przystani podczas hołdu składanego Aerysowi Drugiemu.
Stała w pobliżu kandelabru, płomienie świec rozjaśniały jej twarz i rozświetlały ciemne włosy opadające na ramiona niczym kołnierz z norki. Wyglądała jak posąg z marmuru, pomnik własnej urody. Lekko się uśmiechała, nie chichotała jednak histerycznie jak to mają w zwyczaju lordowskie córy. Nie śmiała się też zbyt szeroko, na głos – jak to ma w zwyczaju, nie przymierzając, Aylward.
Ten półuśmiech Baratheon z zachwytem zanotował w pamięci już po pierwszym wejrzeniu. Po chwili jednak odrzucił to uczucie, dość szybko pojmując, że jest ono zupełnie pozbawione racjonalności. Musiałby bowiem zachwycać się po kolei nad wszystkim, każdym centymetrem rozświetlonej twarzy, kolorem oczu, rzęs, włosów. Musiałby konać z zachwytu z powodu niemożliwie delikatnych dłoni, z powodu jej szczupłego nadgarstka ozdobionego jedynie skromną bransoletką. Musiałby zazdrościć roztargnienia palców, gdy odrzucała na plecy kosmyk włosów. Tak by musiał się temu zachwytowi poświęcić, że na nic więcej nie starczyłoby czasu...
Najbardziej bolesna jednak była nie ulotność oraz niepowtarzalność tamtej chwili, lecz fakt, iż ów wieczór nigdy nie powracał w snach. Nigdy samoczynnie nie pojawiał się pod powiekami. Dopiero, gdy myśli brutalnie wyrywały wspomnienia z zakątków umysłu, obraz Aryany powracał, z każdym mijającym dniem coraz mniej wyraźny, zacierający się w szczegółach. I gdy Aylward sądził, że na zawsze utracił jej wizerunek - tutaj, w Białym Porcie, na wiele miesięcy po ostatnim spotkaniu, bogowie po raz kolejny postanowili obdarować go błogosławieństwem.
Wciąż czekała.
Nie chciała uwierzyć w jego obecność, nie miała ku temu najmniejszych powodów - ale zaufała wyciągniętej dłoni, ujęła ją, poczuła na delikatnej skórze szorstki materiał opatrunków, ciepło ciała, niekoniecznie miły zapach przemijającej choroby... kto wie, czym jest prawdziwe piękno? Czyż nie chwilą właśnie? Na pół uderzenia serca zgrały się ze sobą złoto promieni słonecznych, mleczna bladość skóry Aryany, nieopisana delikatność jej dłoni, nieznośna a jednocześnie idealna niepewność uśmiechu z wywołującym niedosyt wrażeniem przemijalności – czyż nie stał się właśnie cud arcydzieła? Baratheon stłamsił w sobie chęć przyciągnięcia jej do siebie, zamknięcia w uścisku, roześmiania się na głos z niewysłowionym poczuciem ulgi wywołanej upadkiem z serca całych ton kamieni.
- Przepraszam. - zdołał wykrztusić jedynie ze ściśniętego gardła, nim jego usta powędrowały do dłoni Aryany, by na bladej skórze złożyć prędki pocałunek, natychmiast zastąpiony kolejnymi słowami. - Wybacz mi. Przepraszam... powinienem napisać, gdy tylko się dowiedziałem, powinienem był... - ... nie umierać. Dodał w myślach, unosząc wzrok na Aryanę i dopiero po chwili - na swą siostrę. Allya nigdy nie miała żadnych kłopotów z określeniem swoich celów. Żadnych wahań, żadnych oporów, żadnych hamulców. Przeciwnie: ostra świadomość własnego kunsztu i prawie zawsze ostra pod tym względem krytyka. Bez cienia wahania przejęła dowodzenie, wydając polecenia i wystrzegając się jednocześnie swej wrodzonej gruboskórności. Aylward skinął delikatnie głową, widząc powątpiewanie w oczach swych ludzi, po czym nie hamował dłużej uśmiechu, który od dobrych kilku chwil pragnął wtargnąć na jego usta.
- Dziesiątki ton były, gdy opuszczaliśmy Koniec Burzy. - wyjaśnił spokojnie Baratheon, pragnąc choć jeszcze kilka uderzeń serca spędzić z dłonią Aryany zamkniętą w swej dłoni. - Później moja słodka siostra odnalazła pod pokładem beczki z dornijskim winem i znacznie odciążyła nasz statek. - mruknął ciszej Aylward, zupełnie jakby pragnął, by słowa te nie dotarły do uszu Allyi... choć efekt naturalnie był wręcz odwrotny. Wzrok Młodego Jelenia dopiero teraz napotkał twarze dwóch towarzyszących Aryanie osób, przez co Baratheon poczuł się zobowiązany do naprawienia swego chwilowego niedopatrzenia.
- Słyszałem na tyle opowieści Aidana, by bez problemu rozpoznać w tej przemiłej Lady pannę Reed. - Aylward skłonił się młodziutkiej kobiecie dworsko, ignorując nieśmiało powracający ból w ramieniu. Dopiero po dłuższym momencie przesunął jasne spojrzenie z kuzynki Starków na mężczyznę stojącego obok niej. - Ty zaś, panie, bez wątpienia jesteś Wilkorem. Nie wiem niestety, którym. - przyznał Baratheon, powstrzymując kolejną porcję szczerze uradowanych uśmiechów. - Wiek i kolejność narodzin nie ma jednak znaczenia, bowiem zaszczyt z poznania Cię jest niezmiennie wielki. - ród z Winterfell, podobnie jak Lannisterowie ze Skały, czy - nie szukając daleko - członkowie Burzy, posiadali pewne charakterystyczne dla swych rodzin cechy wyglądu, sposobu patrzenia na świat oraz niepowtarzalnego błysku w oczach, dzięki którym nie sposób było pomylić ich z innymi szlachetnie urodzonymi ludźmi... cóż, przynajmniej w większości przypadków.
- Dość jednak uprzejmości! My, południowcy, mamy brzydką tendencję do łapania kataru, gdy w niższych temperaturach nie zwilżymy gardła... grzanym winem. - dodał z lekkim rozbawieniem, obserwując, jak głowa Allyi z chwili na chwilę coraz głębiej zapada się w puszystym futrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
153
Join date :
16/11/2013

PisanieTemat: Re: Port   Sro Mar 12, 2014 6:53 pm

Świat wokół nich zamarł. Diryan w napięciu oczekiwał reakcji swojej siostry. Zapomniał nawet o swych odrętwiałych członkach i lekkim przeziębieniu, które poczęło niepokoić jego organizm po nocy spędzonej w balii. Obserwował Aryanę, obserwował Aylwarda.
Cała ta sytuacja wydawała mu się na poły bajkowa. Wszyscy myśleli, że mężczyzna nie żyje, a on powraca do swej narzeczonej, która nie odtrąca go od siebie. "O tym będą śpiewać pieśni" - pomyślał Wyjący o Świcie, mrugając oczyma, aby łzy wzruszenia, które zgromadziły mu się pod powiekami, rozpłynęły się po gałkach, a nie policzkach. Takiż był z niego twardy mąż...
Z zachwytem obserwował, jak tamtych dwoje na siebie patrzy. Niedowierzanie. Uwielbienie. Ulga. Oddanie. Zakochanie. Przez twarze tych ludzi, którzy w ten, czy inny sposób pokonali śmierć przepływała gama uczuć tak różnych, że Diryan miał momentami problem, ażeby jednoznacznie je określić, czy tym bardziej - nazwać. "A może ja napiszę o nich pieśń...?"
Z zamyślenia i romantycznego upojenia (o zgrozo...) wyrwało go błagalne spojrzenie Aryany. To był czas, aby władzę w jego umyśle przejął pierwiastek racjonalnie myślący, szkolony i hodowany przez lata do ratowania sytuacji w takich właśnie momentach. Skinął uspokajająco do Starkówny. Spokojnie, już on teraz przejmie pałeczkę.
Mimo iż Lustrzany Wilkor nigdy nie należał do przesadnie wylewnych, dobrze czuł się w toku rozmowy. Może stwierdzenie iż dialog jest jego żywiołem byłoby co najmniej przesadne, ale Diryan umiał go prowadzić i umiejętnie przekonywać rozmówców do swych racji, popartych stosowną argumentacją.
Zwróciła się doń kobieta.
- Oczywiście, nie będzie - zapewnił ją Diryan. Gestem dłoni przywołał jednego ze zbrojnych, którzy towarzyszyli jemu, Aithne i Aryanie.
Był to gest niepozbawiony władczości, przy czym jego lekkość i, niebywała jak na gest męski, gracja niwelowały wszelkie domysły, iż Wyjący o Świcie może poczuwać się kimś ważniejszym, niż jest w rzeczywistości. Miał na uwadze fakt, iż jego siostra - z racji wieku - powinna przewodzić całą procedurą. Niemniej Aryana nie była w tej chwili dyspozycyjna do takich rzeczy i formalnie ją odciążył. Nie było więc żadnego problemu.
- Poinformuj Lorda Manderly - rzekł do mężczyzny przez ramię, aby nadal stać frontem do swej rozmówczyni - że będzie miał gości na jedną noc.
Kiedy mężczyzna odszedł, zwrócił się do panny Baratheon.
- Prosimy o wybaczenie, ale nie byliśmy przygotowani na... tego typu niespodzianki. Przybyliśmy konno. Niemniej uważam, że namiestnik Białego Portu powinien mieć jakiś powóz na zbyciu na takie właśnie wyjątkowe okazje - uśmiechnął się i spojrzał w kierunku Aryany i jej wybranka.
Czy była szczęśliwa? Wyglądała na taką. A jeśli wyglądała, to i była. To z kolei sprawiało, że i serce Diryana się radowało. Nic tak nie cieszy oczu jak widok rozradowanej siostry, pełnej pozytywnych emocji. Jej szczęście było szczęściem Wyjącego o Świcie. I wszystkich Starków.
- Nie mniejszym jest to zaszczytem dla mnie, panie - uśmiechnął się do dziedzica Jeleni, kiedy ten zwrócił się ku niemu. - Owszem, jestem wilkorem, jak cała ma rodzina - mrugnął do niego i Aryany - ja jestem jednak jednym z dwóch, którzy wyglądali jak lustrzane odbicia. Ja zawyłem jako drugi, o świcie. Daruję sobie jednak wywody poetyckie. Jestem Diryan Stark o Świcie Wyjący. Uprzejmość nie powinna być wadą, jednak miejmy na uwadze twój stan zdrowia, panie. Pozwólcie, iż skierujemy się do siedziby szacownego Lorda Białego Portu. Wydaje mi się, że wie już, kto taki zawitał do jego siedziby. A jeśli nie, Starkowie postanowią skorzystać z przywileju bycia suzerenem nad tym możnowładcą - zaśmiał się serdecznie - tymczasem wasi słudzy zdążą rozładować te skarby, któreście tu nawieźli.
Całość skwitował radosnym uśmiechem i porozumiewawczym spojrzeniem skierowanym ku siostrze.
Jeszcze tego wieczoru zarówno przybysze, jak i delegacja zasiadła do wieczerzy w zamku Manderly.

/zt x5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Port   

Powrót do góry Go down
 

Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Biały Port
» Peron 9 i 3/4
» Port turystyczny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Północ :: Biały Port-