a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Obóz



 

 Obóz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Obóz    Sob Lis 19, 2016 8:10 pm


Obóz



Rozbity na prawym brzegu Zielonych Wideł obóz to bez wątpienia jedno z najbardziej prowizorycznych miejsc, w jakich przyszło chwilowo przebywać władcy Siedmiu Królestw. Kilkanaście namiotów oznaczonych herbami przybyłych reprezentantów szlachetnych rodów otacza ten największy, w czarno-czerwonych barwach, czyli - jak nie trudno zgadnąć - należący do samego Aerysa Targaryena. Najbliżej rzeki, a co za tym idzie, także mostu, rozbite zostały namioty należące do rodów Mallister oraz Stark, nieco na północ od nich ulokowany został reprezentant rodu Reyne, zaś na zachód tego swoistego kręgu - namiot rodu Baratheon, który znajdował się najbliżej lasu. Obdarty ze skóry człowiek Boltonów powiewał nad namiotem rozbitym na południu, dokładnie pośrodku drogi pomiędzy ścianą drzew a rzeką. Jeszcze dalej na południe trzymano rumaki, które pozostawały pod opieką koniuszych, zaś obozu od strony lasu strzegły grupki zbrojnych w dość nietypowych, bowiem mieszanych zestawieniach - ludzie króla spacerowali ramię w ramię z rycerzami o złoto-czarnych opończach, zaś czerwony lew Reynów raz za razem napotykał srebrnego orła Mallisterów i jedynie wilkor Starków oraz oskórowany człowiek Boltonów trzymali się jak najdalej od siebie podczas wart.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz    Sob Lis 19, 2016 8:58 pm

Zdawało się, że Bogowie mieli dziś wyjątkowo dobre humory.
Od samego świtu nad Dorzeczem górowało słońce, które - choć blade - dostarczało wystarczająco wiele światła, by tchnąć w zebranych na polanie nowe pokłady energii. Ta część królestwa od kilku dni cieszyła się szczególnym zainteresowaniem tych szlachetnie urodzonych, którzy doznali zaszczytu polowania u boku Aerysa Targaryena. Sam władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi najwyraźniej niezwykle poważnie potraktował zadanie, które przed sobą postawił, bowiem na niewielkiej polanie nad brzegiem Zielonych Wideł pojawił się jako pierwszy już przed trzema dniami. Jego ludzie - trzy dziesiątki rycerzy, giermków oraz dwóch najlepszych w Westeros kucharzy - uwijali się jak w ukropie, by zdążyć przed przybyciem pierwszych gości. Wzniesiono królewski namiot, zadbano o miejsce dla koni i wyznaczono teren na olbrzymie ognisko, nim przybyły pierwsze sztandary. Przed dwoma dniami do władcy dołączyło dwóch dziedziców - Orys Baratheon z Końca Burzy oraz Othell Reyne z Castamere. Król przyjął ich z honorami i wypuszczał ze swego namiotu tylko w porach snu, najwyraźniej starając się czerpać jak najwięcej z towarzystwa szlachetnie urodzonych. Dobę po pierwszych gościach, na polanie jęli zjawiać się kolejni - Eorlund Bolton ze świtą przybył o pierwszym brzasku, zaś przed południem dołączyła doń panna Lelia Mallister wraz z kwiatem seagardzkiego rycerstwa. Nad polaną zapadał zmrok, gdy przez most przejechał tuzin kolejnych gości, na których czele jechał nie kto inny jak dziedzic Winterfell, Edwyn Stark. Aerys Targaryen wydawał się niezwykle zadowolony z faktu, że jego poddani z tak różnych części królestwa zdołali dotrzeć na miejsce polowania bez tragicznych opóźnień - nic więc dziwnego, że ubiegła noc spędzona została na dość intensywnej biesiadzie, która - z uwagi na fakt, że jeszcze nie upolowano konkretnego zwierza - skupiała się głównie... na trunkach.
Tych zaś władca Siedmiu Królestw przywiózł ze sobą zdumiewająco wiele.
Gdy dzisiejszego ranka nad polaną wstał świt, ciche, nieruchome powietrze przerwał dźwięk rogu - wezwanie, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym. Polowanie czas zacząć (a choć po ostatniej nocy głowy najpewniej były ciężkie, nie sposób wymigać się od obowiązku)!

    Zacznijmy zabawę!
    Na Wasze posty przewidziano czas do wtorku. W środę, tj. 23.11. pojawi się kolejny post Mistrza Gry, który odpowiednio pokieruje rozgrywkę.
    Pamiętajcie, że każdy z Was (poza królem) mógł zabrać maksymalnie tuzin ludzi. Zawrzyjcie w postach także informację o ekwipunku, który posiada Wasza postać.
    Jeśli wiecie, że nie zdołacie do wyznaczonego terminu dodać posta, poinformujcie o tym Mistrza Gry poprzez prywatną wiadomość.

    Udanej zabawy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
16
Join date :
16/10/2016

PisanieTemat: Re: Obóz    Nie Lis 20, 2016 8:22 pm

Po opuszczeniu Margot w Bożym Gaju, Eorlund spodziewał się jakiegoś nużącego zajęcia, które jego pan ojciec nazwie „Jego obowiązkiem”. Udając się powolnym krokiem do komnat ojca, zastanawiał się co tym razem będzie miał do zrobienia.
Wchodząc do środka, zaskoczył się, gdyż jego ojciec nie był sam, z nim był lord Bolton, wuj Eorlunda. Zamknął za sobą drzwi, przepuszczając służącego i skinął lekko głową w geście przywitania. Nie spodziewał się tutaj ojca Hadriana, przez co Eorlund domyślił się, że to zwykłe rozporządzanie stajennymi nie będzie.

Widząc list z Królewskiej Przystani nie okazał żadnych uczuć zewnętrznych, jego mimika twarzy pozostałą niezmienna, natomiast w głowie mężczyzny zawrzało. Ostatnie polowanie, z samym Aerysem, na serdeczne i miłe pożegnanie lata i ciepłe przywitanie zimy. Prychnąłby, gdyby nie nauczył się nie okazywać uczuć. Wuj wraz z jego ojcem wyznaczyli jego, by reprezentował Północ i ród Bolton. Nie sprzeciwiał się, jedynie skinął głową, pytając o najdrobniejsze szczegóły. Wyruszył już następnego ranka, nie zwlekając, gdyż nie miał na co czekać. Towarzyszyła mu świta najlepszych i najbardziej zaufanych ludzi Dredfort, tuzin wojowników Północy. Przygotowując się na wyprawę cieszył się, że będzie mógł ubrać się w swoją starą zbroję, długi czas nie używaną, lecz polerowaną i przyzwoicie zadbaną, tak samo jak jego miecz. Nigdy nie dopuścił, by na jego ekwipunku pojawiła się chociaż krzta rdzy. Przygotowany, w swojej kruczoczarnej płytowej zbroi, z mieczem przypasanym u boku, wyruszył z przodu ich kompanii, na białym jak śnieg koniu. Miał ze sobą też włócznie, zaś łuku nie tknął, zabierając ze sobą kuszę. Łuk nie był jego mocną stroną, wyśmienitym kusznikiem też nie był, ale lepiej mu nią się strzelało.

Droga nie była problematyczna, tempo podróży mięli przyspieszone, ze względu na wiele mil do pokonania oraz brak czasu. List, Lord Bolton otrzymał trzy tygodnie przed umówionym dniem polowania, a Eorlund wyruszył następnego dnia, jednak droga do pokonania była długa i męcząca. Obyła się bez niespodzianek, nie było żadnych bandytów, Innych, dzikich, nie spotkali żadnych niebezpieczeństw. Zwykle zatrzymywali się w jakiś gospodach, ale nie mówili otwarcie o celu podróży. Przez całą ich tułaczkę, pogoda wydawała się jakby im sprzyjająca. Deszcz runął może trzy razy i to ulotnie. Eorlund był rad takiego zbiegu okoliczności, można było nawet pomyśleć, że sami bogowie im sprzyjali, gdyby Bolton byłby szczególnie pobożny, a takowym nie był.
Wreszcie dotarli do Dorzecza, pogoda utrzymywała się, słońce świeciło nad nimi zwiastując ich przybycie na miejsce spotkania. Mężczyzna był rad, że on i jego świta nie pojawiła się ostatnia, słyszał od ojca, że miało się pojawić wielu przedstawicieli znaczących rodów, a kiedy w świetle pierwszego brzasku zobaczył jedynie chorągwie Baratheonów oraz czerwonego lwa Reynów, uznał że jego pośpiech nie poszedł na marne. Na środku zaś stał największy namiot, z trójgłowym smokiem, na czarnym tle. Targaryenowie. Eorlund nie miał okazji spotkać się z królem osobiście.
Bolton nakazał swoim ludziom rozbić namiot najbardziej na południe, pośrodku drogi między lasem a rzeką, by mieć dobre obeznanie w terenie. Nie obawiał się, żeby zostali zaatakowani, ale czy ostrożność komukolwiek zaszkodziła?
Po rozbiciu namiotu, król wezwał go do swojego przytułku, chcąc przyzwoicie go przywitać. Był tam też dziedzic rodu, Orys Baratheon i Othell Reyne, dziedzic swojego rodu. Spędzał z nimi cały ten czas na rozmowach, kiedy w południe przybył srebrny orzeł Mallisterów, zaś wieczorem jako ostatni gość zjawił się dziedzic tytułu namiestnika Północy, sam Edwyn Stark. Eorlund zaraz po królu najbardziej się interesował jego osobą, gdyż był najbliżej mu spokrewniony, inny człowiek północy. Nie pałał miłością do wilkorów, po tym jak ścięto jego kuzyna. Nie uważał, że było inne wyjście, nie wiedział również czy słusznie. Ale na pewno po tym incydencie ich relacje się nie pogłębiły. Słyszał też wiele opowieści o samym Edwynie – ślepy, niewidomy, a jednak dziedzic Północy, tytułu namiestnika i samego Winterfell.
Noc spędzono na uczcie biesiadnej, jadła nie było wiele, mięli dopiero upolować zwierzynę, dlatego głównym składnikiem tej uczty było wino, które lało się nieprzerwanie. Jego natomiast było pod dostatkiem, lecz Eorlund nie był typem mężczyzny, który lubił się napić. Pił z uprzejmości i szacunku do gości, dość szczególnych, ucztował przecież w obecności samego króla.

Po dość upojnej nocy, nastał dzień, a z samego ranka zabrzmiał głośny, donośny ryk rogu ogłaszający rozpoczęcie się polowania. Zaczęły się łowy. Pytanie brzmi kto będzie zwierzyną – dzik, czy może człowiek? – Z taką dość ponurą myślą, Eorlund stawił się wraz z dwunastoma podopiecznymi jego rodu.


Ostatnio zmieniony przez Eorlund Bolton dnia Czw Lis 24, 2016 6:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Castamere
Liczba postów :
24
Join date :
06/05/2016

PisanieTemat: Re: Obóz    Wto Lis 22, 2016 7:40 pm

Pogoda napawała nadzieją – nigdy nie sądził, że zdobędzie się na równie wyświechtany frazes, lecz dzisiejszego ranka właśnie tak było: wzbijające się ponad widnokrąg słońce niosło ze sobą poczucie spełnienia i czegoś na wzór ukojenia.
Zupełnie jakby król Siedmiu Królestw posiadał władzę również nad naturą i wszelkimi jej konsekwencjami. Nic dziwnego, że ta świadomość - świadomość spokojnego poranka i czekającego polowania – wywoływała w umyśle błahe spostrzeżenia. Dziedzic Castamere nie był człowiekiem, który szczególną uwagę przywiązuje do przyrody oraz jej, skądinąd, niewątpliwej urody. O wiele bardziej od malowniczych krajobrazów interesowało go to, do kogo owe krajobrazy przynależą.
Rozumowanie godne zamorskiego kupca, którego nie potrafił się wyzbyć.
Którego ta część jego umysłu nie umiała się wyzbyć.
Nie przepadał za nocami spędzonymi na spożywaniu trunków, jednak nawet Othell Reyne musiał pogodzić się z myślą, że odmówienie władcy Siedmiu Królestw nie wchodzi w grę – raz niemal stracił głowę.
Nie zamierzał sprawdzać, czy drugi raz również uda mu się ją zachować.
Nie był kompanem rozmownym, co najpewniej zostało zauważone już pierwszego dnia przez dziedzica Końca Burzy; Orys Baratheon okazał się jednak człowiekiem tyleż wyrozumiałym, co dobrze wychowanym, a – należało przyznać – stanowił wzór dworskiej etykiety. Othell nie słyszał zbyt wiele o tym konkretnym Baratheonie, co poniekąd było zasługą jego młodszego brata, o którym królestwo od pewnego czasu z lubością huczało (zwłaszcza zaś żeńska część Westeros). Wystarczyły jednak dwa wieczory w towarzystwie Orysa, by Reyne doszedł do dość prostego wniosku: nie warto mieć w tym człowieku wroga. Nieco ostrożniejszy był w ocenie Aerysa Targaryena – (nie)sława władcy dotarła także do Castamere, lecz akurat Othell był ostatnią osobą, która mogła potępiać niekonwencjonalne sposoby działania króla. Co zaś tyczyło się jego młodszego brata Daerona, dziedzic nie spotkał nigdy mężczyzny równie milkliwego, co wstrzemięźliwego – odkąd tylko nad Zielonymi Widłami rozbito obóz, Daeron Targaryen nie upił choćby pół łyka żadnego z rozlicznych trunków.
Chodziło wyłącznie o trzeźwy umysł w razie potrzeby ochrony króla… czy o coś, o czym Reyne jeszcze nie wiedział?
Ocena pozostałych gości władcy byłaby pochopna i pobieżna, przez co dziedzic Castamere nawet nie starał się zamykać pozostałej trójki w wyciągniętych ostatniej nocy wnioskach… choć nie dało się ukryć, że największym zainteresowaniem mógł cieszyć się Edwyn Stark.
Nieczęsto spotyka się syna Namiestnika Północy oraz przyszłego Lorda Winterfell – a już wyjątkową rzadkością jest fakt, że ten sam syn oraz przyszły Lord nie posiada zmysłu wzroku. Othell nie potrafił powstrzymać się przed kierowaniem spojrzenia na Starka za każdym razem, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja – kilkakrotnie przyłapał się nawet na tym, iż sam pospiesznie ucieka wzrokiem, jak gdyby obawiał się, że Edwyn zauważy jego działania.
Dostosowanie się do niektórych – zwłaszcza zaś tak niepowszednich – okoliczności jest zdumiewająco ciężkie, jednak nie mniej ciężkie od dzisiejszego poranka. Dziedzic Castamere nie wypił poprzedniej nocy wiele, a mimo to jego głowa miała zdumiewające problemy z podźwignięciem się z posłania. Nierówna walka dobiegła końca, gdy giermek Othella przyniósł do namiotu śniadanie oraz zbawiennie zimną wodę – przygotowując się do wyruszenia na łowy, Reyne słyszał, jak na zewnątrz powoli rozpoczął się mały rozgardiasz. Najwcześniej zerwali się ludzie Boltona, co nieszczególnie zdziwiło dziedzica Castamere – czego jak czego, ale ludziom z Północy nigdy nie brakowało karności. Sam nie spieszył się jednak z opuszczeniem namiotu, pozwalając, by giermek zapiął na nim skórzaną, utwardzaną żelaznymi płytkami zbroję, na której piersi wygarbowano czerwonego lwa Reynów. Jeden ze sztyletów znajdował się przy siodle rumaka, drugi zaś przy nabijanym ćwiekami pasie, który Othell zapiął na biodrach – zamiast bastardowego miecza, zabrał ze sobą także długą włócznię na dziki; nie była to jego ulubiona broń, prawdę powiedziawszy nie miał drzewca w dłoni od dnia feralnej śmierci, dziś jednak włócznia miała zastąpić mu zwyczajowy oręż. W łuki uzbrojonych było sześciu ludzi z Castamere, jeden z nich posiadał kuszę, czterech kolejnych zaś – idąc za przykładem przyszłego Lorda – sięgnęło po włócznie. Giermek Othella miał zostać w obozie, zadbać o namiot, zapasowe konie oraz wspomóc w razie potrzeby królewskich kucharzy – choć ci najpewniej będą mieli ręce pełne pracy dopiero po powrocie z polowania.
Jeśli było coś, co wyjątkowo ciekawiło opuszczającego namiot Reyna, to bez wątpliwie strój, który przywdzieje jedyna kobieta w szlachetnym towarzystwie – obecność Lelii Mallister była dla wielu, w tym i Othella, niemałym zaskoczeniem i choć żaden z ludzi z czerwonym lwem w herbie nie powiedział choćby jednego niepochlebnego słowa pod jej adresem, któryś z rycerzy raz za razem kręcił głową w wyrazie najwyższego zdumienia. Jedynie Reyne – ze swym zwyczajowym skupieniem na twarzy – zastanawiał się, jaką (i czy w ogóle) panna Mallister wybierze broń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze - Seagard
Liczba postów :
92
Join date :
25/05/2016

PisanieTemat: Re: Obóz    Czw Lis 24, 2016 7:24 am

To nie skończy się dobrze.
Wąskie, różane usta rozchylają się odrobinę, pozwalając by westchnienie nie głośniejsze od trzepotu motylich skrzydeł wymknęło się spomiędzy miękkich warg. Nie sposób było odnaleźć weń nawet odrobiny zirytowania, zniecierpliwienia czy też chociażby jakże prozaicznego lęku. Było w nim coś ze smutnej akceptacji nieuchronności losu, zupełnie tak jakby nawet najlżejszy ze wszelkich możliwych protestów został już z góry skazany na porażkę i nie było sensu dalej walczyć. Gładki policzek wtula się mocniej w szorstką sierść, sztywne włoski łaskoczą niezdrowo bladą skórę a ciepło bijące od masywnego ciała starego ogara, wprawia w drżenie smukłe ciało. Ramiona oplatają szeroką szyję, powieki zakończone woalą długich smolistych rzęs skrywają heban spojrzenia. Nie otwiera oczu, pozostaje w bezruchu w prawdziwie dziecięcej naiwności iż dopóki świat jest pogrążony w mroku, nikt nie zdoła jej dostrzec. A mimo to czuje na sobie surowy, nieco zmęczony wzrok wuja. Zza jego pleców wygląda zapewne pozbawiona wyrazu twarz pana ojca, na próżno byłoby jednak szukać w jego towarzystwie wątłej sylwetki pani matki - ta, zbyt delikatna na wszelkie znaczące wieści najpewniej zażywa odpoczynku po widowiskowym omdleniu, szepcąc w rozgorączkowaniu słowa łapczywie spijane przez usługujące jej panny. Echo słów lorda Jasona w końcu jednak milknie, podobnie jak gwałtowny kaszel tłumiony rozpaczliwie, acz niezbyt umiejętnie przez Lorelay Tully. Pulchne dłonie septy Veviny zakrywają dolną połowę twarzy, która wykrzywia się groteskowo w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia. Srebrna pokrywka zwykle służąca do zakrywania misy z ciastami, toczy się smętnie po posadzce zaś jedyna córka lorda Seagardu prycha głośno z dezaprobatą. To jest chyba ten moment, w którym Lelia Mallister uświadamia sobie że tym razem nie odnajdzie otuchy w psim kompanie dziecięcych zabaw. Zimny nos nie przyniesie ukojenia, a znajomy z lekka wyniosły głos jej kuzyna nie powiadomi głośno zebranych iż właśnie usłyszeli wyborny żart a ich naiwności nie było końca. Tym razem nikt się nie śmiał, a raz podjęte decyzje nie mogły już ulec zmianie. Otwiera więc oczy, podświadomie wiedząc że...

To naprawdę nie skończy się dobrze. Podróż nie jest ani długa, ani też wymagająca choć pewność że w razie potrzeby wciąż posiadają spory zapas czasu jest nad wyraz pocieszająca. Daje złudne poczucie kontroli nad sytuacją, która wymykała się spod jej jarzma od ponad tygodnia. Wieść, iż władca Andalów, Rhoynarów oraz Pierwszych Ludzi ma zamiar polować na ziemiach Dorzecza na równi napawa obawą jak i dumą. Lecz informacja o tym, iż to ptaszyna Seagardu została wybrana na reprezentowanie ich regionu zostaje przyjęta z o wiele mniejszym entuzjazmem niż zakładano, wszak niewiasta nie może równać się z żadnym z dzielnych mężów. A jednak to ona jechała na czele tuzina najlepszych Seagardzkich rycerzy, za nimi zaś powoli toczył się powóz w którym znajdowała się wielce podekscytowana septa oraz dwie, nieznane dotąd Lelkowi służki. Drobne i delikatne, o przyjemnej aparycji i jasnych włosach. Uwaga Faywyn skierowana jest dokładnie na nie, kiedy niepostrzeżenie tuż przed samym wyjazdem wciska w ręce swej pani niewielki sztylet. `Na zwierzęta`  mówi, a jej pełen kpiny wzrok omiata sylwetki młódek. Najwyraźniej zdaniem brunetki nie tylko ostrze ma zapewnić szlachciance ochronę. Lord Mallister żegna ich długą przemową oraz nakazuje zachować szczególną ostrożność jeśli chodzi o podarki dla Króla. Skrzynia wypełniona butlami najprzedniejszego miodu pitnego jest starannie zabezpieczona, podobnie jak i cztery beczki najlepszego pszennego piwa zakupionego z myślą o ludziach Targaryena. Lelia wzdycha cicho, od celu dzielą ich niecałe dwa dni ale już teraz z całą świadomością może rzec, iż...

- To zdecydowanie nie skończy się dobrze - oświadcza Lelia Mallister, w jej zaskakująco przyjemny dla ucha głos wkrada się subtelna nuta rozbawienia. Rycerz stojący za jej plecami parska cicho, podobnie jak ona śledząc starania poczciwej Veviny. Pulchna kobieta mimo prób nie jest w stanie prezentować się godnie, jej skóra jest nie tylko lekko pozieleniała ale i pokryta warstwą potu, każdy krok nasączony jest niekończącym się cierpieniem a jęki oraz stęknięcia jakie z siebie wydaje mogłyby zbudzić martwego. Zgubny wpływ zbyt dużej ilości alkoholu jest widoczny gołym okiem, a za ten jakże okropny stan swej opiekunki odpowiada nie kto inny jak sama bratanica Lorda. Nie chcąc, by trunek odebrał władzę oraz rozsądek rozumowi - dziewczę niespostrzeżenie podsuwało piastunce pełne kielichy napitków, sama zaś raczyła się ich niewielką ilością chłonąc raczej samą atmosferę biesiady niźli oddając się beztroskiemu pijaństwu.
- Dwa jelenie, że spadnie z końskiego grzbietu - mruczy cicho sir Artus, pocierając palcami bujną brodę. Za jego plecami krzątają się rycerze, poprawiając zapięcia oraz upewniając się że ich rynsztunek jest w perfekcyjnym stanie. Na polowaniu miała im towarzyszyć ledwie ich siódemka, pozostali zaś mieli za zadanie pilnować obozu. Kusze, włócznie, jednoręczne miecze - gdyby Lelek nie akompaniowała wcześniej samemu Lordowi na polowaniu, rzekłaby iż mężczyźni zdawali się szykować na wojnę niźli na łowy. Samo dziewczę natomiast pozostawało w bezruchu, blade promienie słońca wkradały się między ciemnobrązowe pukle włosów splecionych w misterny warkocz, swym blaskiem podkreślając miodowy odcień poszczególnych pasm. Strój panny Mallister nie należał do tych najbardziej skomplikowanych, choć składał się z kilku warstw. Cienkich, przylegających ściśle do skóry spodni nie sposób było dostrzec, bowiem wysoko wiązane skórzane buty na niewielkim obcasie oraz długa, jasna spódnica z rozcięciami pozwalającymi na podróż w siodle w dosiadzie męskim zręcznie je ukrywały. Fioletowa, zdobiona złotą nicią wierzchnia suknia skrywała rozcięcia spódnicy oraz biel koszuli nałożonej na grzbiet, zaś skórzane rękawice winny chronić drobne dłonie bardki przed wszelkimi otarciami. W dodatku sir Artus trzymał w pogotowiu płaszcz podbity futrem norek swej pani, gotowy zarzucić go na jej ramiona niemal natychmiast gdy tylko zauważy chociażby najdelikatniejsze drżenie pod wpływem chłodniejszego wiatru ciągnącego znad rzeki.
- Trzy, że nawet jeśli to i tak upadek ten będzie rzekomo moją winą - odpowiedziała wesoło, łagodnym spojrzeniem omiatając okolicę. Najwyraźniej część z zaproszonych gości zaczęła się już zbierać, niepomna na ból głowy bądź inne równie przyjemne dolegliwości. Uśmiech nieco figlarny wręcz cisnął się na usta, a ukazał się w pełnej krasie gdy poprowadzono ku niej ukochaną klacz. Przy siodle nie było łuku - nie mogła, nie potrafiła, jeszcze nie, nie teraz, nie tak, nie, nie, nie - ani innego rodzaju broni, co mogło sugerować że jedynym orężem córy Seagardu są jej ludzie oraz mały sztylet, skryty pod warstwami ubrania. Na zwierzęta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
107
Join date :
07/04/2016

PisanieTemat: Re: Obóz    Czw Lis 24, 2016 7:35 pm

Było strasznie gorąco.
W podróżowaniu przez Siedem Królestw krył się pewien mistycyzm, którego Edwyn Stark nigdy nie doznał – mistycyzm pielgrzyma przemierzającego uroczyska, ostępy i ugory, gdzie dotychczas nie stanęła ludzka stopa, gdzie nieskalana natura powoli kurczyła się pod nadciągającym z północy chłodem, a sam człowiek był niczym więcej jak tylko niechcianym intruzem.
Naiwne, dziecięce poglądy snute w cichych zakamarkach spowitych w wiecznej ciemności myśli. Drobne kłamstewka, którymi karmił spragnioną doznań wyobraźnię. Malutkie łgarstwa, które nikomu nie wyrządzały krzywdy i dzięki którym mógł…
Zapomnieć.
O głębokim śmiechu brata, o jego kipiącej żywotnością krzepie, o jego opowieściach, dumie i honorze, o głosie, który rozbrzmiewał echem na dziedzińcu Winterfell.
Nie chciał, ale musiał zapomnieć o tym wszystkim, co reprezentował sobą Aiden, o tym, kim był Aiden, o tym, co Aiden odebrał całemu królestwu wraz z chwilą swojej śmierci. O jego niespełnionych ideałach. O smutku po stracie Cailet. O porzuconym marzeniu, by zyskać rycerskie ostrogi. O oszczędnych słowach, którymi obdarzał młodszego brata. O chłodnej, wymuszonej miłości wobec ukrytego w cieniu szczenięcia.
Z każdą przebytą milą zapominał. Łudził się, że zapomina. Chciał zapomnieć – zastępował więc imaginację twarzy brata innymi wyobrażeniami; z pieczołowitością, zupełnie jak Starzy Bogowie powołujący do życia wszelkie istnienie, kreował mijane wzgórza, strumienie, ośnieżone pagórki, łyse korony drzew, śliskie głazy, ruiny Fosy Cailin. To wszystko miało w jego umyśle określone miejsce: jak egzemplarz bardzo rzadkiego woluminu, który z pieczołowitością przechowuje się w bibliotece myśli. Za dnia wyobrażał sobie wszystko to, czego nie mógł zobaczyć, nocą zaś…
Nocą naprawdę to widuję.
Równy sznur dwunastu jeźdźców odzianych w grube skóry, którzy przedzierają się przez zasypany śniegiem szlak. Olbrzymie połacie bieli ciągnące się aż po horyzont, nieskazitelną zasłonę lekkiego puchu, który na północ od Przesmyku przykrywał świat szczelną pierzyną. Widział nagie korony drzew, stado wron wzbijające się w powietrze z przenikliwym krakaniem, samotnego łosia, który czmychnął w leśną gęstwinę, czując zbliżających się ludzi. Widział niewielkie wioski spowite w dymie z kopcących kominów i zamarznięte jeziorka. Widział polujące stado wilków, samotnego jeźdźca brnącego przez zaspy i tę nieustanną mgiełkę, która wyrywała się z ust dwunożnych ludzi.
Widział to, co Popiel – widział więcej, niż którykolwiek z towarzyszących mu wojowników pana ojca i jedynym, czego tak naprawdę nie musiał dostrzegać, była zmiana temperatury. Gdy minęli Bliźniaki, płacąc za przejazd tak, jak każdy podróżny i nie ośmielając się odmówić gościny w Zachodniej Wieży – choć nikt nie nazwałby przyjęcia pod dachem Freyów wyjątkowo ciepłym, w powietrzu zaszło coś zdumiewającego. Być może Edwyn poczuł to jako pierwszy, aż nazbyt wyczulony na pozostałe mu zmysły – nagle, niemal z dnia na dzień, świat zaczął być…
Cieplejszy.
Grube skóry ciążyły na ramionach, a przebijające się przez chmury słońce było równie ciepłe, co pocałunki kochanki – muskało blade skóry przybyszy
intruzów
z Winterfell złotawymi promieniami słońca, dobitnie poświadczając, że tutaj, na południu, zima wciąż pozostaje jedynie przesadzoną groźbą. Każda kolejna mila na południe była krokiem w otwartą paszczę smoka – metaforycznie i dość dosłownie; temperatura rosła nieznacznie z dnia na dzień, ośmielając milkliwych mieszkańców Północy do nieco głośniejszych niż zwykle rozmów i odrobinę bardziej zabawnych niż zwyczajowo żartów.
Ilu Dornijczyków trzeba, żeby wyruchać kozę? zapytał Baldwin, wywołując u pozostałej dziesiątki salwę śmiechu, u Edwyna zaś – głęboki namysł.
Dlaczego ktoś miałby ruchać kozę? Nawet ślepiec mógł domyślić się, że najbrzydsza Dornijka oferowała pod względem urody znacznie więcej niż…
To tylko dowcip, Stark. Poza wzrokiem Bogowie poskąpili ci też poczucia humoru?
Westchnął cicho – po raz ósmy w przeciągu ledwie kilku jardów – z niecierpliwością wyczekując, aż dotrą na miejsce. Nie łudził się, że będą na czas, mógł mieć jedynie cichą nadzieję, iż Aerys Targaryen nie poczyta spóźnienia jako braku szacunku.
Też mam dowcip, bracia wojacy. Kto jest bardziej monstrualny: król-szaleniec czy dziedzic-ślepiec?
Kąciki ust Edwyna drgnęły lekko, gdy gdzieś wysoko nad swoją głową usłyszał przeciągły świst – najwyraźniej Popiel już zauważył cel ich podróży.

Ale było gęste, ciemne i bardzo, bardzo mocne. Zaciskał blade palce na kuflu tak, jakby pragnął udusić naczynie – jednak mało istotne, jak zaciekle walczył z gorzkim posmakiem w ustach, trunek z każdym kolejnym łykiem pragnął przejąć nad nim kontrolę. Z chłodnym spokojem odpychał na bok kolejne fale gorąca, które poprzedniej nocy nadlatywały znad strzelającego wysoko w niebo ogniska – śmiechy żołdaków mieszały się z cichszymi rozmowami szlachetnie urodzonych. Nazwiska, wielkie nazwiska przetaczały się przez umysł Edwyna, on sam zaś nie miał na tyle odwagi, by przyznać, że sam również jest wielkim nazwiskiem tego zestawienia.
Targaryen. Baratheon. Stark. Kto dalej? Kto w tym gronie był kolejnym pretendentem do prezentowania jak największej potęgi?
Bolton. Bez wątpienia on.
Edwyn nigdy nie miał przyjemności poznania bliżej któregokolwiek z mieszkańców Dreadfort, w szczególności zaś Eorlunda, o którym wiedział jedynie tyle, ile wymagano tego od drugiego syna Lorda Winterfell.
Jednak teraz wszystko uległo zmianie.
A już w szczególności układ sił na Północy.
Kiedy nastał świt, Edwyn już czekał u wyjścia swego namiotu, w nieskazitelnym milczeniu nasłuchując kroków mężczyzny, który zadął w róg – ledwie chwilę po tym obóz wypełniła cara feeria dźwięków, spośród których coraz trudniej było wyłonić poszczególnie odgłosy i dopasować je do poznanych poprzedniej nocy osób (o ile, rzecz jasna, można kogokolwiek poznać w przeciągu niespełna doby). Mógł nosić przy sobie broń i udawać, że doskonale potrafi się nią posługiwać, byłoby to jednak oszustwo na skalę całego królestwa – dlatego przy pasie miał jedynie długi, prosty sztylet w skórzanej pochwie. Prawdziwy oręż Starka znajdował się na ramieniu: nieruchomy, cichy i skupiony jak sam Edwyn. Z głową schowaną pod białym jak śnieg skrzydłem oraz zmysłami wytężonymi do granic możliwości – białozór sprawiał wrażenie pogrążonego we śnie nawet wtedy, gdy Stark wspiął się na siodło bez upokarzającej pomocy jednego ze swych ludzi (nie bez powodu ćwiczył cały proces przed wyjazdem). Towarzyszyć miała mu dziewiątka wojowników z Winterfell, po zęby uzbrojona w łuki, toporki, sztylety i Inni-zechcą-wiedzieć-co-jeszcze-zdołali-ukryć-pod-skórami. Pozostała trójka nie opuszczała obozu – choć był to zabieg świadczący o ostrożności, być może wcale nie był konieczny.
Tylko być może.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Obóz    Czw Lis 24, 2016 8:53 pm

Obiecał sobie, że nie będzie pił trunków mocniejszych od rozcieńczonego w źródlanej wodzie wina, jednak rzeczywistość osaczyła go z miażdżącą bezwzględnością polującego drapieżnika. Orys Baratheon bardzo nie lubił łamać danego sobie (i innym) słowa, jednak jeśli było coś, za czym przepadał jeszcze mniej, to był to bez wątpienia wyraz niezadowolenia na twarzy Aerysa Targaryena.
Kuzynie, ze mną nie wychylisz kielicha? zapytał pierwszej nocy król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, a dziedzic Końca Burzy – nie otrzymując znikąd ratunku – mógł jedynie wydać z siebie cichy pomruk, który oznaczał nic innego, jak cichą kapitulację.
Cztery kufle ale później Orys przekonał się, że Aerys posiada kolejną zdumiewającą umiejętność, której nie prezentuje zbyt często na królewskim dworze – potrafi wypić wiele i jeszcze więcej wlać w swych gości. Pierwsza noc spędzona w gościnie u władcy okazała się ledwie rozgrzewką przed właściwą częścią biesiady, w której udział brali wszyscy z zaproszonych na polowanie gości. Jasne spojrzenie Baratheona błądziło znad dzbana z trunkiem, starając się odgadnąć, co tak właściwie przywiodło ich wszystkich w to jedno, konkretne miejsce: nie wątpił, że każdy po kolei (w tym i on sam) nie śmiał odmówić królewskiemu zaproszeniu, jednakże nawet sytuacje pozornie bez wyjścia zawsze posiadały drugie dno, swego rodzaju tło dla podejmowanych naprędce decyzji. Próba analizy – jakkolwiek powierzchowna i prowadzona pod wpływem ciemnego trunku – na pierwszy ogień wysunęła dziedzica Castamere, który zjawił się nad Zielonymi Widłami jako jeden z pierwszych przybyłych. O Reynach mówiło się niewiele, jednak jeśli już ktoś zabierał w ich sprawie głos, mówił przede wszystkim o dumie czerwonego lwa – patrząc zaś na dziedzica rodu, Orys zadawał sobie ciche, nieśmiałe pytanie, czy za tą dumą nie stoi coś jeszcze.
Coś, co zwykle napędza bardzo ambitnych, bardzo nieprzewidywalnych i bardzo ostrożnych ludzi. Dokładnie takich, jak Othell Reyne – i choć Baratheon nie sformułował pytania dokładnie, jakaś część jego jestestwa szeptała cichutko, że tutaj, nad Zielonymi Widłami, Aerys może odnaleźć bardzo wartościowego sojusznika…
A zatem jeden motyw rozwikłany.
Znacznie trudniejszym problemem byli przybysze z Północy – Eorlund Bolton dotychczas migotał na obrzeżach umysłu Baratheona jako człowiek z bardzo odległego zamku w bardzo odległej części Siedmiu Królestw, lecz – jakże przewrotny okazywał się los! – ubiegłej nocy i dzisiejszego poranka był bardziej materialny od Aylwarda czy Allyi. Dziedzic Końca Burzy usilnie próbował wyłowić z pamięci jakiekolwiek informacje na jego temat, jednam umysł milczał jak zaklęty, pozostawiając Orysa na kruchym lodzie domysłów: bywały więc momenty, w których Baratheon wpatrywał się w Boltona w zdumiewającym milczeniu, by nagle odstąpić od tej czynności i zająć umysł czymś zupełnie innym.
W porządku, jest i tajemnica. Zawsze dodaje smaku.
Po Eorlundzie były blade palce zaciśnięte na kuflu z ciemnym ale i błąkający się po ustach uśmiech – wszystko w wykonaniu Edwyna Starka. Dziedzic Winterfell – dziedzic od niespełna dwóch księżycy – sam w sobie stanowił zagadkę, nad którą Orys nawet nie próbował się głowić. Siedem Królestw podświadomie wiedziało o dolegliwości, która dotknęła drugiego syna Namiestnika Północy, jednak ślepy wilkor nie był tematem z lubością poruszanym na południu. Jego istnienie pomijano milczeniem, zaś on sam milczeniem pomijał świat – idealna synteza runęła w gruzach w dniu, gdy Aidan Stark zmarł, a sam Edwyn został dziedzicem całej Północy. Baratheon wiedział, że tragiczna śmierć najstarszego syna Lorda Winterfell przyniosła cały szereg konsekwencji, jedną z nich była zaś obecność nowego dziedzica na polowaniu.
Koniec z ukrywaniem się. Po raz pierwszy tak daleko od domu, w dodatku otoczony obcymi ludźmi. Nic dziwnego, że wciąż uparcie milczysz.
Najbarwniejszą częścią całych łowów – i tym samym częścią najpiękniejszą – okazała się jednak reprezentantka Seagardu w osobie bratanicy Lorda Mallistera. Orys nie zastanawiał się, dlaczego akurat to na barkach kobiety spoczął obowiązek reprezentowania srebrnego orła – już dawno temu zrozumiał, że pojęcie toku myślenia mieszkańców Dorzecza jest zwyczajnie niemożliwe, powitał więc Lelię Mallister ciepłym uśmiechem i krótką, niezobowiązującą rozmową, nim panna na dobre zanurzyła się w męskim towarzystwie. Mogłoby się zdawać, że wszelkie podziały zniknęły ostatniej nocy, którą spędzili nad kuflem w cieple królewskiego namiotu: pozory lubiły jednak ulatywać wraz z alkoholem, kiedy więc Baratheon obudził się nad ranem z – nieszczególnie dokuczliwym – bólem głowy, wiedział, że ponownie będzie musiał przebrnąć przez ścieżynkę grzeczności. Ubierając się, nasłuchiwał jak z zewnątrz dobiega coraz głośniejszy gwar rozmów – obóz budził się do życia po sygnale rogu, konie parskały niecierpliwie, zaś ruszający na polowanie mężczyźni (oraz kobieta) sprawdzali, czy broń odpowiednio się sprawuje. Sam Orys postanowił zabrać ze sobą łuk oraz kołczan z tuzinem strzał – przy siodle tkwił dodatkowo długi sztylet, przy skórzanym pasie zaś długi nóż do oprawiania zwierzyny. Jego ludzie obrali podobną taktykę, uposażając się w kusze bądź łuki – czworo spośród dziewiątki posiadało dodatkowo krótkie miecze, które w leśnej kniei nie są szczególnie przydatne, jednak na otwartej przestrzeni bywają bezcenne. Gdy Baratheon opuścił swój namiot, większość obozu była gotowa do wyjazdu: wszyscy czekali najprawdopodobniej na władcę we własnej osobie, który jako jedyny miał prawo, by nieco opóźnić moment rozpoczęcia łowów – być może Aerysowi głowa ciążyła znacznie bardziej, niż reszcie zebranych?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Obóz    Sob Lis 26, 2016 12:16 am

Poranek miał barwę rozchlapanej na błękitnym jedwabiu krwi, a rozdzierający ciszę dźwięk rogu przybrał karykaturalny, nieznośny wymiar.
Jak zdychające zwierzę, pomyślał władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, niechętnie odrzucając na bok misternie haftowany koc. Znajdował się setki mil od Królewskiej Przystani (a co za tym idzie – Żelaznego Tronu), nocował pośród krzewów, drzew i na rozmiękłej ziemi, z cierpliwością wysłuchiwał wszystkich tych delikatnych i mniej delikatnych próśb, które zwykle oscylowały wokół pieniędzy, a jednak z jego ust nie padło nawet jedno, niepochlebne słowo.
Czyż nie był wspaniałym władcą?
Bywały momenty, gdy sam się sobie dziwił. Nie do końca potrafił pojąć, co kierowało nim w dniu, w którym podjął decyzję dotyczącą polowania – na domiar złego, polowania w Dorzeczu. Królewski Las był na wyciągnięcie ręki, cztery dni drogi w obie strony, do tego cieplejszy klimat, znajome regiony, Lordowie Burzy, którzy trzymali w piwniczkach zamorskie trunki.
Więc skąd, do cholery, to Dorzecze?
Niewiele brakowało, by tuż przed opuszczeniem stolicy całkowicie odwołał przedsięwzięcie – dzień był deszczowy, chłodny i wysoce męczący, a sam Aerys zdawał się odzwierciedlać cechy pogody. Na wyjazd tak naprawdę namówiła go – i Targaryen był pewien, że od początku do końca był to wyłącznie jej pomysł – królowa, która przynajmniej kilkakrotnie w ciągu dnia wspominała o nadchodzącej zimie, potrzebie zjednania sobie poddanych i ostatniej okazji do łowów. Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi gotowy był opuścić Królewską Przystań tylko po to, by przestać słuchać ględzenia Rhaenys – finalnie uznał więc, że równie dobrze może udać się do Dorzecza. Poza polowaniem, pragnął podjąć kilka dodatkowych, pobocznych, lecz znacznie istotniejszych od dziczyzny kwestii, nie było zaś wymówki lepszej od prowadzonych w okolicy łowów.
Naturalnie, gdy tylko do Lordów Dorzecza dotarła wieść o królewskiej wyprawie, niebo nad stolicą zaroiło się od czarnych skrzydeł – kruki przynosiły zaproszenia od mniej i bardziej istotnych chorążych, nawet Riverrun pokusiło się o wystosowanie odpowiedniego listu, jednak Aerys każdą z wiadomości rzucał w ogień.
Sam chciał zadecydować, gdzie uda się po polowaniu i którego z Lordów narazi na koszta związane z podejmowaniem władcy.
Do zamkowych wygód była jednak daleka droga, podobnie jak do celu podróży – mijane na szlaku krajobrazy zlewały się w jeden, monotonny obrazek, który budził we władcy wyłącznie cień poirytowania. Wczesną zimą cały świat wyglądał jednakowo nieciekawie i Targaryen (niemal) współczuł wszystkim tym z zaproszonych na łowy gości, którzy musieli pokonać najdłuższą drogę. Nawet dzisiejszy poranek – choć ciepły i pozornie słoneczny – nie mógł tchnąć w Aerysa dość optymizmu, by ten zechciał (poza szatami) przywdziać uśmiech. Złe samopoczucie władcy mogło być wywołane poprzednimi nocami, które król zgodnie i z zadziwiającą konsekwencją spędzał nad kuflem z ale bądź kielichem z winem. Wydawać by się mogło, że wraz z liczbą mil dzielących go od Żelaznego Tronu, rósł również jego apetyt – zwłaszcza na trunki. Coś podpowiadało mu jednak, by w noc poprzedzającą polowanie nie wypił za dużo, nad ranem ograniczył się zaś wyłącznie do źródlanej wody.
Nie chciał być przecież pierwszym królem, którego w trakcie polowania zabił dzik. To wyjątkowo głupi sposób na zrzeknięcie się korony.
Opuszczając własny namiot, Targaryen niemal natychmiast wpadł w smugę jasnego, ciepłego światła, która wsiąknęła w czerń przyodziewku władcy – Aerys miał na sobie nie krępujące ruchów szaty, mające za jedyne urozmaicenie trójgłowego smoka wyszytego na piersi czerwoną, jedwabną nicią. Odziani w utwardzane skóry bądź choć częściowo w zbroje mężczyźni mogli dziwić się, że władca nie ma na sobie grama zbędnego żelastwa – wystarczyło jednak spojrzeć na ilość otaczających króla zbrojnych, by zrozumieć, że Targaryen nie sięga po półśrodki. Choć każdy z gości przywiódł na polowanie po tuzinie wojowników, król miał ich przy sobie blisko trzydziestu, w tym trzech Gwardzistów o płaszczach białych jak zalegający na Północy śnieg. Rycerze Gwardii nie odstępowali Aerysa nawet na krok, pozostali z kolei zawsze trzymali się na tyle blisko, by zacieśnić wokół osoby króla krąg. Dzisiejszego dnia dziesięciu z nich miało zostać w obozie, a cała reszta wyruszyć wraz z Targaryenem oraz jego gośćmi na polowanie – choć sam władca kazał na siebie czekać (jedynie udowadniając tym, że koronowane głowy same decydują o swym losie), tuż po opuszczeniu namiotu nie tracił nawet chwili. Wspiął się na siodło bułanego rumaka, zamaszystym gestem poprawił długi, czarny jak nocne sklepienie płaszcz i dopiero wtedy powiódł lawendowym spojrzeniem po zebranych wokół, w większości już siedzących na koniach poddanych.
- To będzie dobry dzień! – w jego głosie pobrzmiewała taka pewność, iż niemal sam uwierzył w wydźwięk swych słów, choć doskonale wiedział, że są niczym więcej, jak tylko wyświechtanym frazesem. Nie czekając, aż ktoś przyśnie ze zmęczenia w siodle, spiął konia i ruszył w stronę lasu, przypominając sobie o rzeczy najważniejszej: nie miał najmniejszego pojęcia o polowaniach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz    Nie Lis 27, 2016 4:52 pm

Słońce zdołało wspiąć się ponad wierzchołki drzew, przeświecając przez konary z bladością właściwą jedynie wczesnozimowemu światłu – choć cały obóz wyrwany był już ze snu, las wciąż zdawał się drzemać w błogiej nieświadomości. Jedynie gdzieniegdzie odzywało się niepewne echo ptasiego trelu, które jednak cichło w obliczu narastającej, ludzkiej wrzawy.
Pojawienie się Aerysa oraz jego – jakże krótkie, choć zdumiewająco optymistyczne – powitanie było najbardziej wyraźnym sygnałem, jaki mogli otrzymać goście króla oraz ich świty. Jako pierwszy w stronę ściany drzew ruszył Targaryen, była to jednak ulotna swoboda – władca niemal natychmiast otoczony został ciasnym pierścieniem zbrojnych, na których napierśnikach widniał trójgłowy smok.
Tuż za królem poruszał się orszak z Eorlundem Boltonem na czele – bratanek Lorda Dreadfort zdawał się pewny sukcesu i zwyczajny do leśnych, wąskich traktów, co nie mogło uciec uwadze dziedzica Casramere, który – choć początkowo trzymał się nieco na uboczu – już po opuszczeniu obozu nagle znalazł się przy Boltonie, co stanowiło idealną okazję do zagajenia rozmowy.
W samym środku tego swoistego podjazdu miejsce odnalazła jedyna szlachetnie urodzona kobieta w gronie – Lelię Mallister otaczał kwiat seagardzkich rycerzy, nie przeszkodziło to jednak innym w rzucaniu co najmniej ciekawskich spojrzeń ku bratanicy Lorda Seagardu; po niecałej mili jej pozorna samotność została zaburzona, wszystko za sprawą dość nietypowej pary, która jechała nieco z tyłu. Orys Baratheon zadbał o to, by już na samym początku łowów znaleźć się wystarczająco blisko Edwyna Starka, co stanowiło pretekst do nawiązania dialogu i tym samym ośmieliło ludzi z Winterfell oraz Końca Burzy do rozmów; jeden z rycerzy z czarnym jeleniem na napierśniku zagadnął otulonego w skórę człowieka Starka i nie wiedzieć kiedy temat ich rozmowy zszedł na pannę Mallister właśnie – Lelia mogła usłyszeć, jak wojownik z Winterfell mruczał, że na Północy obecność kobiet na polowaniu nie jest czymś zadziwiającym, co wzbudziło jedynie śmiech rycerza z Burzy.
- Z całym szacunkiem, lecz na południu jedyną kobietą, która ośmiela się polować z mężczyznami, to moja panienka – w głosie rycerza z Końca Burzy pobrzmiewało coś na wzór… dumy? A przynajmniej niezwykłej pewności. – Ale to wszystko za sprawą jej bliźniaczego brata, dobrego przyjaciela twojego dziedzi… wybacz, panie. Dobrego przyjaciela zmarłego Aidena Starka.
Pomiędzy rycerzami na moment zapadła ciężka cisza, którą przerwał dopiero donośny okrzyk kogoś z samego przodu orszaku.
- Wraca zwiad!
Nagłe ujadanie hartów, które rozległo się między drzewami, dobitnie o tym zaświadczyło – między drzewami przedzierało się kilku jeźdźców, najpewniej przynoszących informacje o celu łowów.


Bardzo przepraszam za zwłokę, wynikła z niespodziewanych problemów technicznych - na całe szczęście wszystko już w porządku i dalsza część eventu przebiegnie bez zakłóceń.

Zapraszam wszystkich do tematu [You must be registered and logged in to see this link.]. Kolejność postów nie podlega żadnym ograniczeniom, czas na pisanie postów wynosi 72 godziny. Kolejny post MG pojawi się zatem w środę po południu, do tego czasu możecie rzecz jasna napisać więcej niż jeden post. Pamiętajcie, iż nie muszą być one długie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Obóz    

Powrót do góry Go down
 

Obóz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Zielone Widły-