a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Obóz armii Baratheona



 

 Obóz armii Baratheona

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Obóz armii Baratheona   Wto Gru 03, 2013 9:44 am

Bitwa została wygrana. Zwycięstwo było całkowite, armia Trystanna rozbita, a straty własne niewielkie. Mimo to, ludzie spod sztandaru Jelenia nie świętowali. Wino nie lało się strumieniami jak po batalii w Dolinie (a wielu z obecnych tu wojaków pamiętało tamtą rzeź i późniejszą ucztę), żołnierze zaś nie śpiewali samochwalczych pieśni. W obozie panował żałobny nastrój. Powodem zaś oczywiście był stan zdrowia ich dowódcy, który od kilku dni znajdował się na skraju śmierci. Choć jego rana, z pozoru była ledwie draśnięciem, okazała się być istnym demonem, a właściwie tańcem demona, bo tak nazywał się jad pokrywający zakrzywione ostrze młodego Martella, choć nazwy tej nie znał żaden z obecnych tu żołnierzy. Gdyby zaś znał, wiedziałby, że trucizna owa powoduje ogólną słabość ciała, halucynacje, gorączkę, majaczenie - same przyjemne rzeczy, a do tego działa niezwykle szybko - zupełnie jak siła nieczysta opętująca człowieka. W większej zaś ilości prowadzi do rychłej śmierci.

Aylward leżał na miękkim łożu w wielkim namiocie w centrum obozu. Bez ustanku ktoś przy nim czuwał. Jego przystojna twarz była teraz chorobliwie blada. Co noc ciałem jego wstrząsał dreszcz, a on sam rzucał się niczym opętany, krzycząc i plując.
Czwarty dzień chylił się ku końcowi, gdy po obozie gruchnęła radosna wieść. WYBUDZIŁ SIĘ!



Przegrałeś, przegrałeś, przez własną zuchwałość. Wąwóz, uciekający przeciwnik, to była pułapka. Pułapka, która dziecko mogło przewidzieć. Przegrałeś. Ale nie wszystko zniweczone. Armia pozostaje w miejscu.

Trystanne Martell nie mógł narzekać na brak zainteresowania. Na dobry początek niewoli został dotkliwie pobity przez żołnierzy, omal nie okaleczony. W ostatniej chwili, rozjuszony tłum powstrzymał jeden z dowódców. Aylward żyje, a z tym psem policzymy się gdy przyjdzie na to czas. Od tego czasu, jeśli nie liczyć ciągłych obelg i plucia, nie zaznał szkody. Siedział przywiązany do pala w niewielkim namiocie, który dzień i noc strzegła dwójka wartowników.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Sob Gru 21, 2013 5:39 pm

/ Wąwóz

Nauczył się nie rozchylać powiek, bo wtedy wnętrze namiotu wirowało nieznośnie, wywołując mdłości. Chłód mokrych opatrunków na czole był niczym w porównaniu z przeraźliwym zimnem płynącym ze skrępowanych nadgarstków. Aylward powoli tracił siły. Wielokrotnie próbował uwolnić ręce, ale bez rezultatu. Tymczasem czas przeciekał między palcami, lepki jak krew. Rana pulsowała w rytm ciężkich uderzeń jego serca. Ten sam rozkołysany rytm odzywał się echem w skroniach, kołatał głęboko w mózgu, za oczami. Smak krwi w ustach, szorstkie, piekące obtarcia skóry na ramionach, rozgrzany metal wżynający się w obojczyk, potem ciasny, cuchnący śmiercią i smołą przesmyk wąwozu. I straszny, dziki napęd emocji. Światło stało się jaskrawe, kolory jak przepalone, a rozmazane obrazy nagle błyskały ostrą mozaiką szczegółów. Promienie słońca odbijane od zakrzywionego ostrza wroga. A później nic, tylko krzyk. Drgawki. I czerwień. Czerwień. Czerwień…
Od kilku jego własny wrzask rozsadzał mu czaszkę, uniemożliwiał zaczerpnięcie oddechu, przytępiał zmysły. Baratheon zaciskał zęby, wgryzał się w zaciśniętą pięść byleby nie krzyczeć, nie wyć jak dziewka i nie błagać o pomoc, ale wtedy ból jedynie potężniał. Wznosił się i opadał na przenikliwej, zawodzącej nucie. Atakował dalej, nie zadowalał się lewą ręką, z każdą mijającą chwilą obejmując w posiadanie całe nagie, spocone ciało Aylwarda. Jemu samemu zdawało się, że tonie w drobnym, niesłychanie ostrym żwirze, wdzierającym się do oczu, ust, nosa…  wnętrze namiotu przemieniło się w szyb bez dna, a on spadał w czeluść, przekonany, że tak wygląda wieczność. Tracił zmysły. Wiedział to zarówno Baratheon, jak i ci, którzy go doglądali. Bywały noce, gdy dwóch silnych mężów nie mogło utrzymać dowódcy na posłaniu, gdy klął i błagał na zmianę, gdy rzucał się lub rozpaczliwie szukał broni. W końcu skrępowali mu nadgarstki, by nie runął na ziemię podczas majaków i nie połamał zębów na własnych pięściach, w które się wgryzał. Ale Aylward i tak ginął. Po stokroć, w malignie, ginął. Walczył z wrogami, pod Krwawą Bramą, w Wąwozie, czuł ich głód, żądzę. I wściekłość. Nienawidzili go. Wdzierali się w niego, ranili, szarpali. Bo się bronił. Bo nie chciał im dać tego, czego pragnęli. Co stało się ich obsesją, męką i nadzieją. Krew. Życie. Krew! Życie! KREW! ŻYCIE!
Przez dni i noce pełne obłędu coś w nim pękało. Powoli, ale nieubłaganie. Walczył. Odpierał wpychające się w jego umysł istoty z rozpaczą i determinacją.  Czasami zaś, gdy na krótko wracała świadomość, podejmował rozpaczliwe wysiłki, żeby się uwolnić. Nie zależało mu już na własnym życiu. Wiedział, że jest skazany od chwili, gdy ostrze zatopiło się w ciele. Mógł walczyć z Trystanem, a nawet z całym Dorne, lecz z pewnością nie pokona choroby. Chciał tylko dobra Ravath. Jednak  gdy miarę ponownie słabł, wszystkie pomysły i plany blakły, mieszały się z sobą, traciły sens. I znów poczynał majaczyć. Przypominał sobie wydarzenia i obrazy, ale nie był pewien, czy zdarzyły się rzeczywiście. On, Aidan, Allya, Martell… wszystko mieszało się, splatało, rozpływało. Czasem rozmawiał z krukami, wpatrującymi się w niego z ciemności paciorkowatymi ślepiami, choć doskonale wiedział, że w namiocie nie może być żadnych ptaków. Prosił jednak, by zaopiekowały się jego rodzeństwem, przyjaciółmi… i przede wszystkim - nią. Ptaki trzepotały skrzydłami potakująco. Potem mówił do ciemności, a może do kogoś, kto krył się za nią. Do nieistniejących Siedmiu. Pomóżcie Ravath. Uratujcie ją.
Ale bogowie milczeli.
Zaczął zatem mówić do tego, który stoi ponad wszystkim, ponad demonami, ludźmi i światem. Do jakiejś siły, która po prostu musiała tam być. Pomóż Ravath. Uratuj ją. Przed królem, przede mną, przed złem. Przecież należy do ciebie.
Kruki wpatrywały się z ciemności, w snopach światła wirował kurz, a Aylward wygłaszał osobliwą, monotonną modlitwę albo spadał w czeluść wypełnioną czernią.  W stanie gorączki nieustępującej przez dni i noce, dryfował wolno po mieliznach półsnu, wsłuchując się w słowa tych, którzy niestrudzenie wspierali go w chorobie. Aż w końcu wrócił. Z granicy szaleństwa i śmierci, z samych rubieży cierpienia - wrócił. Po raz pierwszy od wielu dni, leżąc, oddychał spokojnie i głęboko. Gdzieś w oddali odezwały się głosy, jednak zignorował je bez problemu. Ktoś podał kielich, ktoś inny przyniósł miskę. Odbite w tafli wody oblicze spoglądało na niego wzrokiem ponurego demona. Usta Baratheona wykrzywiły się w grymasie przesyconego bólem uśmiechu. Prawda kryje się w starych zabobonach, w ględzeniu babek, w lęku przed ciemnością. Zło zawsze czai się blisko, na wyciągnięcie ręki. Nie sposób się z nim układać, oswajać go ani zmieniać. Kto wpatruje się w swe odbicie, zobaczy oblicze diabła. Tylko często nie potrafi tego zauważyć, bo rozpoznaje w nim jedynie własne rysy.
- Przyprowadźcie go... - dłoń Aylwarda, niegdyś silna i zdolna zabić człowieka jednym ciosem, mozolnie, jakby z obawą zacisnęła się na brzegu posłania. Każdy ruch, gest, nawet słowo sprawiało mu ból. Krople potu wykwitały na czole i po chwili ginęły, spływając po skroniach aż do gęstej brody. Był zaledwie żałosnym cieniem dawnego siebie. Marną karykaturą dawnego bohatera. Kaleką wśród zwycięzców.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Sro Gru 25, 2013 10:21 pm

/ Wąwóz

- Nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza chwile szczęścia, będące zaledwie złudzeniem prawdziwego życia.
Prawie wybuchnął śmiechem, słysząc własny głos odbijający się echem od płóciennych ścian pustego namiotu. Prowokowanie strażników byłoby szczytem głupoty, ale na dobrą sprawę… co miał do stracenia?
Życie, mój miły, życie.
Trystane poruszył nerwowo dłońmi, sprawdzając, czy wciąż je posiada. Od dobrych dwóch dni palce odmawiały posłuszeństwa, zaś same nadgarstki już dawno pokryły się grubą warstwą zakrzepłej krwi. Zaledwie dobę temu przez chwilę myślał, że nie żyje. Jakby się dobrze zastanowić, wszystko na to wskazywało. Najpierw bitwa, później rana zadana Baratheonowi, gwałtowny ruch wroga w jego stronę i.. ciemność. A teraz siedział na ziemi z boleśnie pulsującym żołądkiem, czując mokre ciepło na każdym skrawku ciała. I co ważniejsze widział jak przez mgłę… ale czyż nie tak właśnie powinna postrzegać świat uwolniona dusza? Gdyby tylko sam Martell mógł ujrzeć swe odbicie, by sprawdzić, czy rzeczywiście poległ podczas jednej z największych klęsk swego rodu, czy doznał łaski śmierci na polu bitwy… co mógłby dostrzec? Twarz jak po zatruciu jadem, pojedynczą kropelkę potu na zaskakująco bladej skórze... nie, to co zachodziło w jego skołatanym ciele, to nie było przerażenie. On po prostu czuł panikę o lekkim, miedzianym posmaku klaustrofobii.
Zginę tu.
Trystane musiał w końcu przyznać przed sobą oraz całym otaczającym go światem, ograniczającym się do namiotu i wbitego w ziemię pala - jest tchórzem. Zawsze był, odkąd tylko sięga pamięcią, towarzyszył mu strach i strach przed strachem; w beznadziejnej walce z nimi zdobywał się na coraz bardziej amoralne gesty, straceńcze decyzje, które jedynie inny desperat potrafi rozpoznać jako takie.
Spokojnie, mam czas…
Kolejne kłamstwo. Ani czas, który Trystanowi pozostał, ani przekonanie, że Edric mu pomoże, nie mogły ukoić skołatanych nerwów. Potrzebował starszego brata. Potrzebował go jak nigdy dotąd. Jego sprytu, spostrzegawczości, nawet pogardliwego spojrzenia i jadowitych uwag… Martell zerknął na poły namiotu. Potrafi rozpoznać miejsca, w których czas zwalnia, i to jest jedno z takich miejsc - ciemne i ciche, zakłócane jedynie przez jego własny oddech oraz odległe dźwięki obozu wroga. I wtedy pojął, że coś się zmieniło. Kroki. Równy takt: raz, dwa, trzy, energicznie, ze zniecierpliwieniem i złością… przymknął oczy, oczekując najgorszego. Obelgi, bicie, to wszystko… należało mu się. Należało choćby dlatego, że poprowadził tysiące swych ludzi na śmierć, wpadając w pułapkę jak… jak mysz. Bezmyślnie, bez cienia domysłu, na ślepo. Martell zacisnął usta, wpatrując się w mężczyznę, który wtargnął do namiotu. Cisza panująca między nimi przez krótką chwilę dzwoniła w uszach, aż w końcu brutalnie została przerwana przez cichy śmiech Trystana, gdy człowiek Baratheonów zaczął rozwiązywać więzy Dornijczyka. Oszalał? Podzielił los otrutego Aylwarda i najzwyczajniej w świecie popadł w chwilowy obłęd? Nie, nie… w gruncie rzeczy mogło chodzić wyłącznie o poczucie ulgi, klasycznej ulgi wreszcie schwytanego uciekiniera. Martell wiedział, że stawianie nawet najbardziej desperackiego oporu jest w takich sytuacjach daremne. Prowadzą go na śmierć, koniec ballady. Czyż nie o to chodziło od samego początku niewoli? Prędzej czy później, mniej lub bardziej boleśnie…
- Jak długo będzie to trwać? - zapytał po chwili bezradnie, jakby licząc na to, iż właśnie bezradność i przyznanie się do winy stanie się jego atutem. Sam nie wiedział, dlaczego postrzegał tego obcego człowieka przez chwilę jako wroga. Czy w ogóle, po tym wszystkim, musi mieć wroga? Musi wierzyć w intrygi, tajne spiski i zbawcę ludzkości? Wykradać, niszczyć, zdradzać? Naprawdę nie potrafi inaczej? Żyć... bez wyzwania, bez przeciwnika, bez misji, bez nagrody…?
Nie uzyskał odpowiedzi. Wyprowadzili go z namiotu, potykającego się i słaniającego z głodu, zmęczenia, ran, niewyspania… wyprowadzili, kierując w miejsce, gdzie śmierć byłaby dlań łaską. Gdy zaś dostrzegł namiot, duży, jasny, z czarnym jeleniem wyszytym na materiale…
- Nie. - wycharczał cicho, starając się wyrwać spomiędzy eskortujących go ludzi. - Nie… zabijcie mnie, spalcie, powieście… - krok, przybliżający go do namiotu, wymuszony został przez mocne pchnięcie jednego ze strażników. Martell zaparł się, czując wbijane pod żebra palce. Nie chciał, nie mógł, nie powinien, nie… nie pójdzie tam, nie spojrzy w oczy temu człowiekowi, nie…
- Zabijcie mnie. - wyrzucił z siebie na wydechu, obracając głowę w stronę człowieka, który przybył po niego do namiotu. - Zabijcie, tchórzliwe skurwysyny! - warknął, czując występujący na czoło pot. Tchórzliwe skurwysyny? Ze wszystkich tu zebranych sam był największym tchórzem. Zakłamanym, zdradzieckim, dornijskim…
Najlepiej – pomyślał ogarnięty nagłą furią – najlepiej byłoby go dobić. Powinienem tam wejść i go dobić. Jeśli znajdą Baratheona martwego, i tak będzie awantura, ale o wiele mniejsza, niż gdy pozostanie żywy…
Po raz pierwszy od dni, coś potoczyło się po myśli Martella - rzeczywiście, siłą wepchnięto go do wnętrza namiotu Aylwarda. Rzeczywiście, sam Baratheon tam był. I rzeczywiście - zabicie go byłoby najłatwiejszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić…
- Stęskniłeś się, dziwkarzu? - uśmiech Trystana jedynie pogorszył jego i tak opłakany stan - spękane wargi pod wpływem grymasu ponownie zakrwawiły, zaś nerwy, z pozoru ogładzone, wyrwały się spod kontroli. Wystarczyło spojrzenie na twarz tego człowieka… nie - wroga. Twarz kogoś, kto wrócił ze świata umarłych tylko po to, by…
… by co? To dopiero miało się okazać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Pią Gru 27, 2013 10:56 pm

Od dobrych kilku chwil wpatrywał się w słońce bez cienia zrozumienia w jasnym spojrzeniu. Rozchylone poły tylnego wyjścia z namiotu wpuszczały do środka jasne promienie, dzięki czemu czuł ciepło na całym ciele -  na twarzy, rękach, nogach - tak gorące, że aż bolało. Ale sprawiało również przyjemność - nie pomimo bólu, tylko z powodu bólu. Dostanie poparzenia słonecznego i co w tym strasznego? To normalne, może się zdarzyć każdemu na południu - i Aylward odnajdywał w tym wyraźną pociechę. Tak, chciał dostać poparzenia słonecznego, chciał cierpieć na te pospolitą dolegliwość, wierząc, że w ten sposób zagłuszy znacznie bardziej niezwykłe reakcje swojego ciała, poczucie, że rany się rozerwą przy jakimś gwałtownym ruchu, podejrzenie - nie, pewność - że trucizna nadal czyha pod skórą, opatrzona przez medyków, ukryta, lecz nie martwa, jedynie uśpiona, jak nasienie wyczekujące na właściwą chwilę. Z zamkniętymi oczami, skoncentrowany na powierzchni ciała i pieczeniu napiętych ran, natrafił na tymczasowy azyl, tym bardziej kuszący przez swoją niestałość. Nabrzmiała żyła skroniowa zaczęła łomotać coraz szybciej i z coraz większym hukiem, a serce, jak dobrze naoliwiony kołowrotek studni, jęło pracować z jeszcze większą prędkością, z donośniejszym łoskotem odbijało się od ścian klatki piersiowej.  Baratheon przy każdym najmniejszym drgnięciu czuł, jak coś porusza się w jego ciele. Na wysokości krzyża, pod lewą pachą, na wybitym barku. Sztylet, zostawiony tu przez człowieka, który rozcinał więzy na nadgarstkach, leżał na niewielkiej ławie -  ubłocony, wciąż umazany krwią. Aylward zakładał, że zacznie ciąć natychmiast, jak tylko jego ludzie opuszczą namiot i wyruszą po Martella… ale potem nadeszła ta chwila i odkrył, że za bardzo się boi. Stracił już przerażającą ilość krwi - widział to, patrząc na swoje dłonie, nogi, brzuch - i nie miał pojęcia, ile posoki jeszcze może przelać. Odetchnął głęboko, karcąc się w myślach.
Egoista.
Z trudem przełknął ślinę. Wciąż miała smak juchy, gęstej i dziwnie słodkiej. Czuł się pusty, zesztywniały, dziwnie połamany. Życie przestało być przyjemnością, dobiegł końca nieustanny maraton słodkich zwycięstw, chętnych dziewek, dobrego wina. Śmierć i choroba miały cierpki posmak  klęski, pomimo bezkompromisowego triumfu, rozkosznej wygranej i ledwo powstrzymywanej radości. Gdy Aylward po raz kolejny schylał się, żeby obejrzeć swoje rany, pomacać skórę dookoła, poszukać oznak - guzów, obrzęków, opuchlizny - świadczących o tym, że bitwa nie była wyłącznie koszmarnym snem, zaś jego stan urojeniami wywołanymi słońcem, ponownie to poczuł.
Nie. Nienie. Nie teraz...
Spróbował się odezwać, gniewnie zaprzeczyć bólowi, zakląć, może rzucić wyzwanie chorobie - ale natychmiast wstrząsnął nim atak głuchego, rozdzierającego płuca kaszlu. W boku bolało tak, jakby ktoś dźgał Baratheona sięgającym niemal do serca ostrzem. Nie czuł flegmy, tylko coś tkwiącego w klatce piersiowej, czego nie powinno tam być, czego jego ciało daremnie usiłowało się pozbyć. Walczył z tym kaszlem przez całą ubiegłą noc i sam się zdziwił, że wcześniej nie domyślił się jego przyczyny. Z trudem uspokoił oddech. Splunął. Nie chciał patrzeć na ślinę. I tak wiedział, jaki kolor ma.
Powinienem się położyć i dokończyć list, Aidan się uśmieje.
A jednak, nie poruszył się. Nawet kiedy ktoś drugim wejściem wszedł do namiotu, zaś głos jego oprawcy rozdarł panującą w środku ciszę, nie poruszył się. I dopiero po dłuższej chwili, w której Aylward mógł sprawiać wrażenie trupa siedzącego plecami do rozmówcy, napięte mięśnie zatrzeszczały cicho, gdy Baratheon rozwarł sztywniejące palce lewej dłoni.
Kaleka. Zostałem przez Ciebie kaleką i jeszcze masz siłę, by nazywać mnie dziwkarzem?
Ramiona podskoczyły kilkakrotnie, jakby przez kolejny napad kaszlu. Ale nie, nie tym razem - Aylward po prostu tłumił śmiech, obawiając się, że jakakolwiek oznaka radości zwali go z nóg na oczach jeńca.
- Rozwiążcie mu ręce i zostawcie nas samych. - zachrypnięty głos, przywodzący na myśl szept z samej granicy świata umarłych, sprawiał wrażenie, jakby należał do kogoś innego. Nie mógł… nie powinien wydobyć się z gardła przygarbionej, ale nadal potężnej postaci Baratheona. A jednak rozkaz został wykonany - nie wiedzieć, czy z powodu posłuchu, który Aylward wciąż posiadał… czy jako życzenie umierającego. Pęta opadły na ziemię, zaś trzech rycerzy w milczeniu opuściło namiot, mimo wszystko nie mając najmniejszego zamiaru odstąpić od wejścia ani na krok. Baratheon przez chwilę zbierał się w sobie, po czym powoli podniósł się z niewielkiego pieńka i obrócił w stronę Trystana Martella.
- Nie sądziłem, że to możliwe, ale wyglądasz gorzej ode mnie. - błyszczące niezdrowo, niebieskie oczy przesunęły się po posiniaczonej i opuchniętej twarzy Dornijczyka. Większość z ran najpewniej była efektem dostania się w niewolę, nie zaś zaciekłej bitwy… i tu tkwiła pomiędzy nimi zasadnicza różnica. Pomijając kwestię honoru.
- Rzadko mam okazję gościć dornijskie żmije… - stwierdził po chwili milczenia Aylward, pokonując chwiejnie te kilka kroków dzielących go od ławy, na której spoczywał sztylet. Zacisnął palce na zimnym metalu, opierając się ciężko o drewniany mebel. Twarz Baratheona, mimo iż w wielu miejscach poznaczona niegłębokimi ranami, naraz wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu.
- A opowiadałem już, jak pewnego razu byłem w Dorne? - nienaturalnie blade palce przesunęły się powoli po ostrzu sztyletu, kiedy Aylward wbił rozgorączkowane spojrzenie w Martella. - Podążamy traktem i nagle jeden z moich ludzi mówi: spójrz, jaki wąż. Zacząłem się rozglądać, na co on rzecze: stoisz mu na głowie, panie. Rzeczywiście… stałem i do tego nadepnąłem tak niefortunnie, że biedakowi wylazły ślepia. - Baratheon urwał, czując, że przez potok słów słabnie. Zupełnie, jakby pragnął nadrobić wszystkie dni milczenia, gdy trawiła go gorączka. - Oczywiście… oczywiście wzięliśmy go ze sobą. Smakował jak kurczak, a pasek z jego skóry pewnie do dzisiaj leży wciśnięty w kąt kufra. - Aylward drżącą dłonią otarł pot ze zmarszczonego czoła, po czym nadal z hardością w spojrzeniu, wymusił niedbały uśmiech. - Jeśli chcesz, to opiszę Ci dokładnie, jak wyglądał. Może to jakaś Twoja rodzina. - podrygujące nerwowo palce Baratheona zamarły w momencie, kiedy przestało mu być do śmiechu. Zacisnął mocnej dłoń na sztylecie. - Z Twojego otrucia wyszła figa. Wiesz, co to jest figa, dornijski pełzaczu? A może wiesz, co to gówno, hm? Wpełzłeś kiedyś w jakieś? - wyrzucając z siebie te słowa, Aylward mozolnie rozpinał guziki lnianej, przepoconej koszuli. Materiał po chwili ustąpił pod wpływem rozpaczliwego szarpnięcia, ukazując opatrunek, rozpoczynający się na lewym barku, gdzie zostało zadane pchnięcie i biegnący przez całą klatkę piersiową. Jasne bandaże w niektórych miejscach przesiąknięte były świeżą krwią.
- Będziesz tu stał, patrzył... i błagał, żebym przestał. - wycedził z dziwną determinacją w głosie Baratheon, przysuwając ostrze sztyletu do opatrunków i rozcinając pierwszy fragment materiału gwałtownym szarpnięciem, przez co plamy krwi jęły nabierać intensywniejszej barwy. Strach, ból, nawet wszelkie granice rozsądku zniknęły i zatarły się. Jedynym, co trzymało Aylwarda przy życiu, była czysta, pulsująca w rytm ran nienawiść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Pon Gru 30, 2013 2:57 pm

Strach przed ponową utratą kontroli nad własnymi zmysłami był dla Martella silniejszy od zwykłego, fizycznego cierpienia. Wbił mocno paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni, przy każdym gwałtownym ruchu zadając sobie samemu irracjonalny ból. Ale przecież nie było to niczym nowym, wszak w momencie śmierci jest się niczym więcej jak zdychającym bydlęciem. Myśl, że przez całe życie odskakiwało się od zwierzęcości, że się przez te wszystkie lata zwierzęcość się maskowało była znacznie boleśniejsza od nieuchronnego starcia z… wrogiem, który stanowił ucieleśnienie tych stanów. Każdemu ciężko stać nad własnym, psującym się mięsem, trudno stać nad grobem, do którego spuszczają naszą padlinę. Nie jest łatwo pogodzić się z myślą, że człowiek to wyłącznie worek krwi, kości i flaków… a jeszcze trudniej ten worek rozdzierać, rozcinać, dziurawić i patrzeć, jak wysypuje się zeń wszystko, czego istnienia nie chciało się zaakceptować. Martell czy Baratheon - kiedy w grę wchodzi walka o życie, wszelkie różnice się zacierają. Oboje są po prostu kupą ludzkiego mięsa, które prędzej lub później czeka to, co dziczyznę.
Pożarcie lub zepsucie.
Im wyżej Trystane unosił głowę, tym głębiej między łopatki spływała ciepła krew, na nowo sącząca się z pleców. Jego umysł nie ustawał w wysiłku, sumując wszystkie „za" i zbywając jak największą liczbę „przeciw" obecnego, tym razem prywatnego starcia. Za całą przeprowadzaną kalkulacją Martell przyznawał się przed sobą z całkowitym spokojem, że ma wściekłą ochotę doprowadzić tę partię do końca i przekonać się, co tak naprawdę Baratheon chce osiągnąć. Pragnął stawić temu człowiekowi czoła, rozgryźć zagadkę, a jeśli rzecz była rodzajem spisku - udaremnić go i wygrać. Po co zatem panikować? Czy są tu jakiekolwiek powody do paniki? Ucieczka byłaby szaleństwem i może uniknięcie jednej pułapki tylko zapędziłoby go w drugą…
… ale ciężko posądzać o przemyślność i rządzę krwi kogoś, kto ledwo trzyma się na nogach. Ciężko patrzeć na człowieka, którego mogłoby powalić ukąszenie pszczoły. A w końcu - ciężko żyć z myślą, że nie miało się w sobie na tyle siły, odwagi, determinacji lub najzwyklejszego, czystego zła, by tego samego człowieka zabić w bitwie. Zabić i definitywnie zakończyć nabrzmiewający jak czyrak konflikt. Teraz zaś, gdy było za późno na cokolwiek, nawet na skruchę, która przecież i tak nie przychodziła, trzeba ponownie stawić wrogowi czoła. Tyle, że już nie nastarczało sił. Przegrana bitwa, ofiary idące w tysiące ludzkich istnień… to wszystko przerastało Trystana. Nie był wojownikiem, jak Edric. Nie był nawet mściwym skurwysynem. Był po prostu głupcem. I jak na głupca przystało, nie wiedział, kiedy powiedzieć „wystarczy”.
- Fakt, z Twoją wątpliwą aparycją to dość ciężkie zadanie. - odparł spokojnie Martell, poruszając nerwowo dopiero co oswobodzonymi dłońmi. Zakrzepy na nadgarstkach natychmiast popękały, nowy ból przynosił jednak wyłącznie ukojenie.
Jeśli boli, to znaczy, że żyjesz.
A wobec tego Trystane mógł mieć wszelkie wątpliwości. Baratheon, blady i przywodzący na myśl raczej topielca niźli żywego człowieka, jedynie utwierdzał księcia w przekonaniu, że oboje padli w bitwie i trafili do miejsca nieustannej udręki… czyli tam, gdzie powinni się znaleźć tacy jak oni. Martell wypuścił cicho powietrze z płuc i potarł nerwowo zakrwawione knykcie, wpatrując się czujnie w każdy, nawet najmniejszy gest Aylwarda. Z pozoru zachowywał jasność umysłu i składność ruchów, ale to wrażenie wnet psuło jedno spojrzenie w jego oczy.
- Dziwne, że mięso nie stanęło Ci w gardle. - Trystane uśmiechnął się krzywo, przesuwając powoli wzrokiem po wnętrzu namiotu. Surowy wystrój, skotłowane skóry, pochyła ława, stół. Nic więcej, nie zostawili nawet zbroi i broni Baratheona, zupełnie jakby…
- Zabrali topór. - zauważył spokojnie, przenosząc wzrok na twarz Aylwarda. Obłęd. Szybko się męczy i zaczyna majaczyć. - I zbroję. Czyszczą je pewnie, w końcu nie wypada grzebać dowódcy w brudnym rynsztunku. Konia pewnie też zarżną i wrzucą go do Twojego grobu. W końcu właśnie tak robicie, wy i wasi plugawi bogowie. - Martell cofnął się gwałtownie, gdy Baratheon sięgnął po coś, co umknęło jego uwadze.
Sztylet.
Oczekiwał najgorszego. Ostrza wbijanego pod żebro… lub w oczodół, obojętne. To by wiele ułatwiło. I stało się nader adekwatne…
- Wszystko zaczyna się od zemsty. I na zemście kończy. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale to idealny przykład harmonii pośród chaosu, który nas otacza. - Trystane zmrużył czujnie oczy, kiedy dłonie Aylwarda, zamiast powędrować do gardła wroga, zaczęły zdzierać koszulę z rozgrzanego od gorączki ciała.
A więc stało się. Rzeczywiście oszalał.
- Widziałem znacznie gorsze rzeczy niż Twój nagi tors, Baratheon. - palce Martella zadrgały nerwowo, kiedy sztylet rozciął pierwszy pas opatrunku. - Masz zamiar wykrwawić się na moich oczach i sądzisz, że w tym przeszkodzę? - Trystane przesunął się powoli w stronę stołu. Pierwszy krok. Chwila przerwy. Drugi. - Znacznie ułatwisz mi zadanie, przyjacielu. Padniesz tu, wprost w kałużę własnej krwi, a ja, biedny, zagubiony jeniec nie będę mógł zrobić nic, by Ci pomóc. Kto wtedy ośmieli się oskarżyć mnie o wykończenie rannego? - Martell uniósł pytająco brwi, zatrzymując się zaledwie trzy kroki od stołu. Wystarczyłoby rzucić w Baratheona meblem, by ten padł… i przy odrobinie szczęścia nadział się na własny sztylet. Jednak jego działania wskazują na to, że Trystane nie musi robić nic, by Aylward sam doprowadził do swej śmierci.
- Rób co chcesz, Baratheon. Powinieneś zginąć od trucizny, zupełnie jak mój ojciec. Powinieneś wić się z bólu w objęciach swojej żony, która nie mogłaby zrobić nic, żeby Ci pomóc. Powinieneś w końcu udławić się własną krwią, na oczach całego dworu. Osierocić szóstkę dzieci. I to z jakiego powodu? Z kaprysu jednego rodu? Z zachcianki kogoś, kto udawał pokojowe nastawienie?! - nie powinien tego robić, ale emocje wzięły górę. Po raz kolejny wściekłość przemieszana z żalem zaczęła kierować decyzjami - i nim Trystane zauważył, stał przy Baratheonie, z dłonią zaciśniętą na palcach wroga, które trzymały rękojeść sztyletu. - Ale żyjesz. Może Pan Światła ma wobec Ciebie inne plany, nie wiem. Może musisz zabić kolejnego Księcia Dorne. Może w efekcie zdechniesz w samotności, znienawidzony przez wszystkich, których kochasz. - Martell uśmiechnął się szeroko, podrywając bez problemu ostrze sztyletu i unosząc je do własnego gardła. - Śmiało, zdrajco. Mogą mnie nazywać trucicielem, ale nigdy nie zostanę mordercą kogoś, kto ledwo trzyma się na nogach. Wiem, że kiedy przyjdzie co do czego, nikt nie będzie mnie słuchał, ale Ty musisz, nie masz wyboru… tam, w wąwozie, ja po prostu wyrównywałem szanse, Baratheon. Wymierzałem Ci kurewską sprawiedliwość. I co Ty na to?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Sob Sty 18, 2014 4:20 pm

Aylward, kiedy był małym, zaledwie kilkuletnim pacholęciem, wraz z siostrami otoczony został opieką nie septy ani maestra, na to bowiem okazało się za wcześnie, lecz opiekunki. Młodej, ślicznej dziewczyny o długich, czarnych włosach i najpiękniejszych oczach, jakie kiedykolwiek widział. Krążyły nawet pogłoski, że to właśnie uroda zapewniła jej pracę tak blisko Lorda Baratheon. Podobno władca Końca Burzy lubił konsultować z nią postępy swych dzieci… zwykle w późnych godzinach nocnych.
Jakkolwiek jednak wyglądały jej kontakty z ojcem, Aylward aż do dziś uważał, że nikt nigdy nie miał lepszej protektorki. Umiała łazić po drzewach, strzelać z łuku i skradać się bezszelestnie jak cieniokot. A co najważniejsze, na wyraźną prośbę matki, nauczyła go podstaw języka Wysp Letnich, dzięki któremu mogli przekazywać sobie największe tajemnice w towarzystwie osób postronnych. Przez długi czas Aylward, Allya i Irina byli przekonani, że sama go wymyśliła. Dopiero gdy pewnego dnia do portu Końca Burzy przybił Łabędzi Statek z ciemnoskórą załogą na pokładzie i gdy jego kapitan zaczął mówić w ich sekretnej mowie lepiej od trójki Baratheonów razem wziętych, stało się jasne, że dziewczyna uczyła dzieci swego ojczystego języka. Aylward nigdy nie myślał, że ta wiedza może się kiedykolwiek przydać. Aż do teraz.
- Twoja siostra nie narzekała, gdy w Królewskiej Przystani odwiedziłem jej komnatę. - gorzki uśmiech na ustach drugiego dziedzica Burzy miał w sobie więcej z bólu, niż rozbawienia. Przez poddaniem się i zanurzeniem w przytulnym mroku, który zwykł pochłaniać go przez kilka ostatnich dób, chroniły go wyłącznie dawno zapomniane słowa, echa przeszłości - lśniące, ciemne oczy piastunki i ciche słowa przywodzące na myśl dalekie Wyspy Letnie, pachnące owocami i ciepłym morzem. Gdyby Aylward tylko zechciał… jego życie byłoby znacznie prostsze. Mógł wraz z opiekunką przed kilkunastoma laty wsiąść na łabędzi statek, po czym opłynąć na dalekie południe, tam, gdzie kończył się znany ludziom świat. I żyć. Z daleka od domu, rodziny, przyjaciół, których nigdy by nie poznał. Mieć własny Koniec Burzy. Własny azyl… być tam kronikarzem upału, narratorem skwaru, rybą płynącą przez żółty ocean wiecznego lata. Na szczęście nic tak nie rozjaśnia umysłu jak brak tchu, odrętwienie ciała, piaszczyste powietrze wdzierające się do namiotu. Baratheon zrozumiał, że nigdzie nie byłby tak szczęśliwy, jak tutaj, pośród tysięcy swych ludzi, z ranami na ciele i duszy. Jego życiem była walka, zaś śmiercią - bezczynność. Musiał czuć smak porażki i zwycięstwa, zapach kobiecych olejków i smród gówna… bo właśnie tak miało wyglądać życie. Miało być pasmem tryumfu i poniżeń. Szczęścia oraz smutku. Zdrowia… i choroby. Oczy koloru burzowego nieba zalśniły niezdrowo, gdy wychwyciły powolny ruch Martella w stronę ławy.
- Ludzie kierujący się zemstą żyją znacznie dłużej od tych, którzy próbują jej zapobiec. - … czego doskonałym odzwierciedleniem jesteśmy my, dodał w myślach Aylward, uważnie śledząc wzrokiem każdy ruch Martella. - Choć wolałbym, żeby nie zabijali mojego konia. Lubię go mocniej od niejednego człowieka. - dodał ciszej, coraz więcej uwagi poświęcając nie więźniowi, lecz ostrzu, które mozolnie, choć z determinacją rozcinało kolejne opatrunki. Baratheon pragnął, by Trystane ujrzał efekt końcowy, arcydzieło, które stworzył. Chciał ujrzeć w jego oczach strach, odrazę, pogardę. Aylward wiedział, że to zły pomysł, najgorsze możliwe wyjście, ale nie mógł się zdobyć ku temu, by przestać zrywać opatrunki. Przez nie czuł się uwięziony, ubezwłasnowolniony, a namiot tylko pogarszał sprawę. Upał narastał, słońce nieubłaganie pięło się w górę i nagrzewało jasny materiał, który wydawał się sam wydzielać ciepło i światło. Baratheon usiłował opanować oddech, zbyt szybki, za płytki. Wierzył, że jeśli tylko trochę go uspokoi, pogłębi wdechy, napełni powietrzem klatkę piersiową, wszystko inne też zwolni - serce, a potem nawet myśli. Ponieważ właśnie to mu najbardziej doskwierało: wspomnienia w jego głowie pędziły zbyt szybko, skakały i koziołkowały. Wiedział, że jest na granicy histerii - może nawet ją przekroczył. Oddech, bicie serca i myśli, wszystko z nieznanych powodów wymknęło się spod kontroli.
- Nie zabiłem Twojego ojca. - powiedział cicho, zamierając w bezruchu, gdy ostatni kawałek materiału opadł na podłogę, odsłaniając świeżą, opuchniętą ranę, która po zerwaniu zakrzepu ponownie zaczęła krwawić. Przesłonięte mgiełką bólu i zmęczenia oczy spoczęły na twarzy Martella, który nie wiedzieć kiedy znalazł się tuż przy Baratheonie, dociskając ostrze sztyletu do własnej szyi. - Nie zrobiło tego moje rodzeństwo. Ani rodzice. Nikt z Burzy nie miał z tym nic wspólnego. - Aylward, tłamsząc w sobie chęć skończenia tego wszystkiego raz i porządnie, niehonorowo, z krwią tryskającą z gardła wroga, zacisnął palce lewej dłoni na nadgarstku Trystana. - Jesteś w stanie to zrobić? Usłyszeć coś więcej poza tonem własnego głosu? - słaby uśmiech na ustach Baratheona poszerzył się nieznacznie, kiedy dotknął palcami lewego obojczyka, rozognionego, spuchniętego, nabiegłego krwią. Ale Aylward, pomimo promieniującego bólu doskonale to czuł - pod skórą ciągle tkwił odłamek ostrza, tuż na lewo od szyi, równolegle do niej.
Rusza się.
Pomyślał z dziwną obojętnością, chociaż może po prostu przesuwał się pod wpływem ruchów jego ciała - spazmatycznych skurczów mięśni. Chciał się tego pozbyć - tylko tyle wiedział - i potrzebował kogoś, kto tego by dokonał. Nie maestra, wymawiającego się zbyt wysokim ryzykiem. Nie przyjaciela, który bałby się wykonać najmniejszy ruch…
- Co ja na to? - usta Baratheona wykrzywiły się w brzydkim grymasie, gdy stłamsił  w ustach przekleństwo. -  Zabijasz niewłaściwego człowieka, książę. - to stwierdzenie na jedno uderzenie serca wyprzedziło naciśnięcie palcem spuchniętej tkanki. Ostrze było w nim. Wyjęli odłamany kawałek, ale trochę zostało, tuż pod powierzchnią skóry. Aylward wyczuwał je w sobie - miał pewność - jednak nie odnajdował w sobie siły, by rozciąć krzywo zszytą ranę ponownie. Nie mógł go wyjąć. Nie sam.
- Jednak… skoro tak pragniesz mej krwi, weź ją sobie. - dodał z dziwnym spokojem, wyplątując dłoń z uścisku Martella i pozostawiając wrogowi sztylet. Jedyną rzecz, która do tej pory dawała mu przewagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Nie Sty 19, 2014 1:54 pm

Jego pierwsze wspomnienie śmierci wiąże się z szybkością - rozmyte sceny, niewyraźne krzyki i świadomość tego, że dokoła dzieje się coś niedobrego. Kiedy wybuchła wojna, wiele rzeczy czyniło się w pośpiechu - pełna mobilizacja, plany, nieprzespane noce spędzone nad makietami... Trystane przez długi, może stanowczo zbyt długi czas nie bał się wroga. Edric jeszcze w Słonecznej Włóczni wyraźnie zabronił odczuwać lęk. Jednak Edric był teraz w Reach, z dala od Baratheonów. Z dala od Aylwarda. Nie wiedział, że z drugim dziedzicem Końca Burzy jest tak samo, jak z wielkim, kosmatym psem. Nie wolno patrzeć mu w oczy ani okazywać strachu. Jest niegroźny, póki nie wejdzie się na jego terytorium…
Dopiero gdy bitwa dobiegła końca, Martell tak naprawdę odczuł, jak bardzo boi się swego wroga. I wraz z tą świadomością, przyszła inna, o wiele gorsza myśl: czy byłby w stanie zamordować Aylwarda, używając do tego sztyletu, który Baratheon trzymał w dłoni? Czy dałby radę podejść do niego i zabić tak po prostu, bez walki? Choćby za chwilę... musiałby zadać trzy szybkie pchnięcia w korpus. Podcinanie szyi uznał za zbyt ryzykowne. Wolał cios wymierzony w większy kawałek ciała i pewność, że trafi. Później ewentualnie mógłby go dobić. Jak zwierzę, którym przecież Aylward był. Trystane przez moment rozważał nawet, czy opór gęstego, gorącego powietrza ograniczyłby impet, z jakim zadałby cios...
Naiwne, niechciane myśli. Nawet gdyby rzeczywiście chciał, gdyby mógł to uczynić - nie zrobiłby tego. Nie dlatego, że zamordowanie Baratheona uważał za niehonorowe, wszak Martell nie posiadał w sobie za krzty honoru… książę po prostu obawiał się swego brata. Oddalonego o dziesiątki, jeśli nie setki mil Edrica. Jego lśniących, ciemnych oczu patrzących wprost na Trystana, zalewających świat smolistą czernią drapieżnego spojrzenia. Martell wiedział, że starszy brat nie musiałby wyrzec ani jednego słowa, aby ukarać truciciela i mordercę w swej rodzinie. Po prostu by patrzył. Patrzyłby tak długo, aż Trystane sięgnąłby po sztylet, otworzył żyły na nadgarstkach i wykrwawił się na oczach całego pałacu. Dopiero wtedy Edric odwróciłby wzrok - aby poprosić służbę o wyniesienie zwłok.
- Mamy w Dorne prostą zasadę. - powiedział w końcu Trystane, z dziwną obojętnością wpatrując się w Aylwarda. - Gdy likwidujesz wroga, dobrze jest nie zapominać o przyjaciołach. Ród nasz ma bowiem wielu przeciwników. Ale i przyjaciół do zamordowania jest sporo. - z każdym kolejnym gestem Baratheona, z następującymi po sobie, dziecinnie nieporadnymi szarpnięciami sztyletu, Trystane czuł, jak nerwy poczynają mu drgać niczym włókna w nadwątlonej i napiętej linie okrętowej. Był tchórzem, bohaterstwo zostawiał innym. I to właśnie tchórzostwo sprawiało, iż nie potrafił zmierzyć się z efektami swych działań. Trystane nigdy nie wątpił w to, że każdy jego czyn ma jakąś cenę, wszak władza jednostki jest regułą, a władza tłumu jedynie odstępstwem od zasady... mimowolnie więc podziwiał Baratheona za to, że ten zaczął balansować na granicy obłędu, szukając drogi do pokrzepienia we własnym cierpieniu.
- Jesteś albo bardzo głupi, albo nie mniej uparty. - zachrypnięty ton głosu Martella mógł świadczyć o najwyższym stopniu wściekłości… lub zwątpienia. Aylward zmusił Trystana do myślenia. Sprawił, że książę zaczął zadawać sobie pytanie, czy aby na pewno jest nieomylny. Skoro Baratheon, w obliczu śmierci, wciąż zaprzeczał zbrodni… Martell czuł podskórnie, że powinien wszystko przeanalizować na zimno, zastanowić się nad planem działania, zrobić wreszcie coś rozsądnego... Ale, do cholery! Przecież przez ostatnie tygodnie robił tylko rzeczy rozsądne, jeśli rozsądkiem można nazwać chęć zemsty i ujrzenie na rękach krwi wroga…
- Przestań. - warknął cicho Trystane, czując w dłoni zimny dotyk metalu. Sztylet lśnił przy każdym ruchu. Kusił, nęcił, zapraszał do… zadania ciosu? Martell za wszelką cenę starał się uniknąć spojrzenia na ranę Baratheona, z kolei sam Aylward robił wszystko, by książę skierował wzrok w tamtą stronę. I dopiero gest wroga, nieporadny jak u kilkuletniego dziecka głaszczącego kota, przyniósł wyczekiwany efekt. Trystane na kilka uderzeń serca wbił wzrok w spuchnięte, przekrwione miejsce, w którym trucizna wciąż krążyła w żyłach. W ranę, która nie mogła zabić ciała, lecz doprowadzała do wyniszczenia duszy. Martell odsunął się od Aylwarda na krok, tylko po to, by wykonać sztyletem zamach i… wbić go w ławę z głuchym uderzeniem.
- Jesteś głupcem, Baratheon. Szlachetnym głupcem, który nie potrafi odnaleźć się w tym świecie. Zabiłabym Cię, gdybym mógł... gdybym potrafił ponownie posunąć się do tego czynu. - Trystane przesunął palcami po własnym, krwawiącym nadgarstku i wykonał kilka kroków w tył, jakby starał się uciec przed swym oprawcą. - Głupiec i tchórz w jednym namiocie. Może napiszą o nas balladę? O nas i o tym, jak po raz pierwszy śmierć zbliżyła się tak bardzo, stała się wręcz namacalna... jeśli nie chcesz poczuć jej smaku w ustach, wracaj do Końca Burzy. Taniec demona to podstępna trucizna… równie podstępna, co ja. - ponury uśmiech wpłynął na usta Martella, gdy wyciągnął przed siebie krwawiące dłonie. - Straż! Wasz dowódca chyba ma mnie dosyć. - oczy Dornijczyka zalśniły niezdrowo, kiedy przed namiotem wzmógł się ruch. Ponownie go zwiążą i będą trzymać pod ciągłą obserwacją. Może w końcu zabiją.
I za to Trystane byłby im wdzięczny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   Sro Sty 29, 2014 10:39 am

Od urodzenia znał swoją rolę doskonale i stale pilnował, by pełen radości uśmiech nie znikał z jego twarzy. Był trzecim dzieckiem, drugim synem, bratem bliźniakiem, gwarancją trwałości rodu i jednocześnie niezbędnym dodatkiem do statusu starszego rodzeństwa. Wesoły chochlik doprowadzający do szału stajennych i służbę. Wszędobylskie pacholę o ciemnych jak burzowa noc włosach i oczach koloru bezchmurnego nieba. Do piętnastego roku imienia po prostu Aylward. Syn Harberta z rodu Baratheon i Rhaelle z rodu Targaryen. Po sukcesie na turnieju namiestnika w Królewskiej Przystani - już nie „po prostu”, lecz „ser” Aylward Baratheon. Rycerz. Dumny syn swego ojca. Głowa nabita ideałami, marzeniami, planami… i kobietami. Tylko w ich obecności, w ich bliskości przeistaczał się z bezpostaciowca kulistego w twór sensowny. Tylko wtedy krew zaczynała w nim krążyć, istnienie nabierało kształtu. Był opętany przez wiecznie nienasycone demony dotyku. I jeśli ktokolwiek kiedykolwiek ma go uleczyć, uzdrowić, podnieść z pyłu nasiąkniętego krwią - nie będzie to maester. Nie będzie to mężczyzna…
Aylward stał na środku namiotu, czując, jak zaciska mu się gardło, coś boleśnie pulsuje w
klatce piersiowej. Martell mówi do mnie jak do niebezpiecznego wariata, stwierdził z goryczą. Tak samo na mnie patrzy. Tak samo myśli. Dla niego w tej chwili jestem tylko szaleńcem z brzytwą. Bardzo groźnym szaleńcem z brzytwą zdolną rozedrzeć królestwo na strzępy…
Baratheon zacisnął dłonie w pięści tak mocno, aż rany znów zaczęły krwawić. Przez warstwę bandaży przesiąkały czerwone plamy, jakby miażdżył w dłoniach róże.
- Siać klęski, zarazy, pożogi. Napuszczać jednych na drugich, wywołując bezsensowne wojny. Knuć intrygi i bezkarnie oskarżać o zdradę. - warknął cicho Aylward, wbijając spojrzenie w Trystana. Błękitne oczy były chłodne i pewne. Pewne jak stal. - Spalona ziemia, spustoszone spichlerze i kłosy zboża broczące krwią, zamordowani krewni, stojący na drodze do majątku lub tronu. Oto wasze Dorne. Oto wasza władza. Oto wasza polityka. - na ustach Baratheona wykwitł delikatny uśmiech, gdy dostrzegł w oczach Martella… wahanie. Zwątpienie we własne racje. Chciał uciec z tego namiotu, od człowieka, który już dawno powinien umrzeć, a jednak wciąż trwał. Na przekór wszystkim. Strach. Paraliżujący, duszący strach wroga. Dla tej woni warto było zginąć i zmartwychwstać.
- Kiedy skończy się wojna i odłożymy broń, walka będzie trwała nadal. Ty o tym wiesz, ja również. Wiedzą o tym nasi bracia, siostry, przyjaciele i wrogowie. - głos Aylwarda wciąż był spokojny, choć on sam musiał kurczowo uchwycić się ławy, czując, jak serce przestaje pompować krew do ciała, jak zwalnia uderzenia, by na zatrważającą chwilę stanąć i wtem gwałtownie wrócić do szaleńczego galopu. - Są bowiem rany, które nigdy się nie zagoją. I są ludzie, którzy nigdy nie zapomną. - głuchy trzask ostrza wbijanego w drewniany blat był najbardziej odpowiednim akcentem na zakończenie rozmowy. Baratheon słyszał głos Martella jak przez gruby mur, zniekształcony i przytłumiony niczym u umierającego starca. Aylward nawet nie zauważył, gdy straż zabrała Trystana z namiotu - pragnąc utrzymać się na powierzchni jaźni, zagapił się na własne palce. Zobaczył za paznokciami smugi brudu i krwi, wżarte tak głęboko, że nie pomagało szorowanie. Stygmaty mordercy. Potrząsnął energicznie głową, zdobywając się na ostatni dzisiejszego dnia wysiłek. Czuł, jak każdy mięsień wył już z bólu, a wewnętrzne strony dłoni stały niebezpiecznie śliskie, cudem jednak uchwycił ucho dzbana i wylał jego zawartość na głowę. Cienki strumyk wody wyżłobił sobie dróżkę wzdłuż kręgosłupa, zmywając kurz i pot, znacząc rozognioną skórę mokrymi śladami. Baratheon westchnął głucho, kątem oka dostrzegając jednego ze swych ludzi.
- Wyruszamy tuż po zmroku, zwijajcie obóz. Reszta planu nie uległa zmianie, niech konnica czeka na granicy, z Blackhaven wkrótce przybędą posiłki… jeśli zaś Dornijczycy nie pójdą na ugodę… - Aylward oderwał dłoń od blatu, sięgając po przypadkowy kawał szmaty, którą po chwili przetarł mokre włosy. - … weźmiemy siłą to, co nasze. Nie ogniem i krwią… ale furią. A teraz wynocha.
Ledwo przebrzmiały słowa Baratheona, gdy ten usiadł ciężko na ławie, zerkając w stronę uchylonych skrzydeł namiotu. Słońce zachodziło już za pasma górskie, rozświetlając niebo na rubinowo. Nie zostało zbyt wiele czasu… na nic.

/zt x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Obóz armii Baratheona   

Powrót do góry Go down
 

Obóz armii Baratheona

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-