a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Plaża



 

 Plaża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Plaża   Nie Cze 01, 2014 11:52 am

Niewielki, mierzący kilkadziesiąt jardów długości pas piasku oraz żwiru, ciągnący się wzdłuż linii morza nie dalej niż milę od Końca Burzy. Plaża odsłaniana jest podczas odpływów, gdy Zatoka cofa swe wody, poza brzegiem ukazując także niewielkie jaskinie w wysokim, strzelistym klifie, górującym dumnie nad morską tonią. Woda często wyrzuca na ląd połamane drzewa, martwe zwierzęta a nawet szczątki okrętów, które poddały się gwałtownym sztormom w Zatoce Rozbitków. Niewielu mieszkańców Końca Burzy opuszcza stromy klif, by móc spacerować po mokrym, mulistym piachu, co czyni plażę miejscem zarówno niedostępnym, jak i osamotnionym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Nie Cze 01, 2014 11:54 am

Zmęczone słońce słało ostatnie słabe promienie, z trudem przebijające się przez stężałe purpurowe chmury, obficie oblepiające zachodni widnokrąg. Zmierzch nadchodził wielkimi krokami, niosąc z sobą zimny, kąśliwy wiatr znad zatoki. Pokurczone resztki liści raz po raz wznawiały swój nieudolny pląs, to wznosząc się, to opadając. Szeptały zapamiętale między sobą, nie zwracając uwagi na nieruchomą postać siedzącą na nagiej ziemi. Sercowate liście żywokostów przykucnęły nieopodal zbitej kolonii łopianu rozciągającej się aż do wyrzeźbionych erozją skał klifu. Strome, niemal pionowe ściany powleczone gdzieniegdzie cienkimi smugami pawężnicy zdawały się sięgać nieba - naznaczone licznymi bruzdami, wznosiły się naprzeciw siebie niczym dwie gotujące się do boju armie. Aylward zgrabiałą ręką dorzucił ostatnią szczapę w żarzące się karminowe węgle. Patrzył, jak migotają w takt nierównych oddechów wiatru, którego przeciągłe wycie zabrzmiało jakby bliżej, zwielokrotnione głuchym echem odbitym od wysokiego klifu.
Krztusił się nią. Pławił, tonąc w zalewających go falach rozkoszy. Oblewała go zewsząd, przepełniając euforią. Pił chciwie z jej ust, wciąż daleki od nasycenia. Rozkoszował się wciąż tym samym słodkim smakiem. Żałował każdej uronionej kropli, wciąż pamiętając niedawne pragnienie.
Przyszłość należy do nas…
Oczy koloru lawendy zalśniły delikatnie w świetle kaganka, gdy odstawił go na zimną posadzkę. Ich dłonie odnalazły się bez problemu, splatając ze sobą kurczowo palce, jakby w obawie, że lada moment oni sami wybudzą się ze snu.
Przyszłość to nieskończony tunel znaczony krótkimi postojami, które inni zwą śmierć. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.
Miękkie, idealne usta rozchyliły się w lekkim uśmiechu, gdy przesunęła palcem po lekko zakrzywionej linii jego nosa.
Jak zawsze marzyciel z Ciebie.
Pokręcił z rozbawieniem głową, obejmując ją w pasie swobodnie. Ukryte pod materiałem płaszcza piersi musnęły delikatnie jego ramię, gdy zbliżyła się jeszcze bardziej, zupełnie niwelując odległość między ciałami. Poruszył bezgłośnie wargami, pragnąc wypowiedzieć natarczywie kołaczącą się w głowie myśl, lecz przysunęła do rozedrganych ust smukły palec, uśmiechając się spokojnie.
Ja też Cię kocham.
Czy warto było cierpieć całymi miesiącami, czekając na ulotną chwilę spełnienia? Gdyby tylko wybór leżał w jego mocy… nie znosił uczucia bezsilności, które niezmiennie dopadało go w chwili, kiedy uświadamiał sobie, iż użala się nad sobą. Teraz w momencie największego uniesienia czuł jak narasta w nim niepokój. Podświadomość rozgrzebywała dawno zasklepione rany. Wyklęte wspomnienia ożyły tysiącem oślizgłych węgorzy wijących się, szukających ujścia. Rozkosz przemieniła się w wyszukaną torturę, karmiąc jego wygłodniałą potrzebę ekspiacji. Na nocnym niebie zapaliła się pierwsza gwiazda, patrząc ze smutkiem na przygarbioną, skurczoną w sobie postać. Palce zanurzały się w mokrym piachu, pozostawiając za sobą głębokie bruzdy. Równie głębokie, co rany w sercu.
Nie zaznasz szczęścia, spokoju, ni łez póki do cna bólem nie udławisz się.
Czuł ją. Była blisko, wiedział, iż tym razem zasmakuje jej do woli. Wewnętrznie ciągle był podzielony, zmagając się ze strzępami sumienia. Przecież to śmieszne, nie posiadał woli, więc gdzie tu miejsce na sumienie. Podświadomość nie dawała mu jednak spokoju, szepcząc cicho wciąż te same zarzuty.
Zginęła przez Ciebie. Przez Ciebie…
Nie potrafił się ukryć. Zawsze, gdy dopadły go myśli, wił się w męczarniach, przeklinając swój zawieszony w niebycie żywot. Na początku sądził, iż tak właśnie wygląda czyściec. Potem domyślił się, że nie zasłużył nawet na piekło. Był tylko niemym obserwatorem własnego cierpienia, obdarzonym świadomością i to było jego największym przekleństwem. Nie sądził, aby można było zasłużyć na gorszą karę.
Pokutuj.
Płomienie ogniska harcowały w najlepsze, hucząc z radości. Swąd palonego drewna miesza się z gryzącym dymem. Mentalne szczypce rwały umysł na strzępy. Ból. Bezkresne więzienie zimnej stali. Znajomy smak pierwszego pocałunku. Bezsilność.
Pokutuj.
Był spragniony. Niemal umierał, usiłując sobie przypomnieć jej smak. Tej, która dawała mu życie, dzięki której istniał. Kiedyż to napił się do syta? Z trudem wspomniał ostatnie spotkanie. Wtedy, gdy drżącymi palcami zapinał klamrę płaszcza, niemal czując powiew śmierci na karku. Wojna w Dolinie, ród Arryn wzywający o pomoc, Tully nacierający na Krwawą Bramę… wpatrywała się w niego z wściekłością, z niepohamowaną wściekłością prawdziwego Smoka.
Nie jedź, słyszysz mnie? Nie możesz tam jechać, to nie Twoja wojna, to nie Ty masz krwawić przez głupotę innych!
Zbyt wiele. Wymagała zbyt wiele. Zrezygnowany oderwał palce od klamry, zamykając gwałtownie jej drobne nadgarstki w uścisku.
Wrócę.
Fiołkowe spojrzenie zapłonęło w gniewie, prawa dłoń wyrwała się z niewoli jego palców i wymierzyła cios w policzek. Zabolało… zabolało znacznie mniej niż słowa, które przerwały ciężką ciszę zaledwie chwilę później
Nie dotykaj mnie. Nie dotykaj.
Podbródek opadł na klatkę piersiową, ukrywając twarz przed podmuchami wiatru. Resztkami sił odpędzał natarczywe wspomnienia dni, które odeszły… na wieki. Zdawał sobie sprawę, iż powoli wypacza swą świadomość popadając w coś na kształt kontrolowanego obłędu. Brakowało mu jej. Tej, dzięki której istniał, której samo istnienie przenikało go na wskroś, mamiąc zmysły feerią bodźców. Kochał smak delikatnych ust będący kwintesencją rozkoszy. Całymi latami nie mógł się doczekać chwili, gdy ich skosztuje, choć wiedział, iż przyjdzie mu za to drogo zapłacić. Takie było jego przeznaczenie i nie mógł tego zmienić. Strach był starym przyjacielem tej miłości. Aylward spotykał go tak wiele razy, iż nieomal mu spowszedniał. Z każdą wizytą w Królewskiej Przystani czuł otaczającą go aurę przerażenia, paraliżującą wszystkich dookoła.  Widział to także w jej oczach,  gdy spojrzała na niego po raz ostatni. Było w nich coś na kształt wyrzutu i rozczarowania… a może zdziwienia. W tym jedynym momencie spinającym dwa różne światy wszystko stawało się jasne a bezsens dotychczasowych poczynań przytłaczająco oczywisty.  Chyba właśnie w tamtej chwili jego życie stało się bezdenną pustką. Nie po bitwie w Wąwozie, nie po otruciu przez Martella - ale w momencie, gdy Ravath odwróciła się i zostawiła Aylwarda samego.
Musiało jednak minąć kilka miesięcy, nim w błękitnych oczach zniknął blask, pozostawiając w czaszce jedynie matowe kule wpatrzone w nicość, pozostawione krukom na pożarcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Cze 02, 2014 1:53 pm

/ Dawno, dawno temu...

Każdy kolejny krok rozlegał się cichym mlaśnięciem po pogrążonej w ciszy okolicy i zostawiał w piasku niewielkie zagłębienia. Odciski drobnych stóp na podmokłym terenie prawie natychmiast wypełniały się mętną wodą, jednak minie kilka godzin nim zniknął całkowicie. Wtedy przypływ scałuje je delikatnymi falami i zabierze ze sobą w głąb morza, zacierając ślady bytności człowieka... Sybille wciągnęła głęboko powietrze do płuc, zaciskając palce na materiale sukienki, którą unosiła aż po łydki. Błękitny materiał na dole odzienia nasiąknął wodą, przybierając głęboką barwę atramentu, zaś zamszowe pantofle były obuwiem tylko z nazwy - piasek oblepił je szczelnie, wkradając się nawet do środka i nieprzyjemnie uwierając w bose stopy. Powietrze na samym brzegu morza było zimne, wilgotne, pachniało solą oraz wiatrem. Krwawe promienie zachodzącego słońca rozmazywały się na wzburzonej toni zatoki niczym plamy oleju a ciągnąca od wody mżawka oblepiała plażę siwym nimbem, sprawiając, że linia brzegowa wyglądała jak szpetna, krzywa blizna. Szafirowa Dama musiała pokonać kilkanaście jardów w mgle, nim w końcu zaczęły się wyłaniać przed nią kontury czegoś, co mogło być światem. Nad jej głową wisiał stromy klif, drapieżnie wzbijający się w ciemniejące niebo. Niewielka połać stoku, który umożliwił zejście na plażę, została podzielona rzędami drobnych, wysokich do kolan krzaczków agrestu, dzięki czemu choć przez chwilę otoczenie wyglądało jak klasyczny wysogrodzki ogród, z tą różnicą, że zamiast oleandrów i róż rosły tu wyschnięte, zmrożone krzewy, straszące zbłądzone dusze łysymi kikutami. Stopy w przemokniętych pantofelkach ślizgały się niemiłosiernie i sunęły po mokrej ziemi, błocie, wilgotnym piachu; w piersi Sybille świszczał oddech, w głowie pulsowała krew, ale jasne spojrzenie z hardością wpatrywało się w migoczący coraz bliżej płomień ogniska. Siekące, słone krople wzbierające przy każdym podmuchu wiatru przyklejały włosy Tarthówny do twarzy i przenikały odzienie, a choć serce waliło jej młotem, zaś prawa dłoń zaciskała się boleśnie na mokrym materiale sukni, na usta wpłynął lekki uśmiech, gdy dojrzała krąg ogniska oraz ciemną postać siedzącą na nagiej ziemi. Ostrożnie „plask, plask” butów zanurzających się w mokrym piasku jęło wygrywać bardziej energiczny rytm, gdy Sybille ostatnie jardy pokonała truchtem, kończąc wędrówkę tuż przy milczącym mężczyźnie.
Nawet Aylward nie zdołał oprzeć się potędze natury, przemknęło jej przez głowę spokojnie, gdy przesuwała powoli wzrokiem po spuszczonej głowie Baratheona i jego dłoniach, splecionych ze sobą jak do modlitwy. Ciemne włosy doszczętnie nasiąknęły wodą, przylepiając się do czaszki, zaś czarne, mokre odzienie przywodziło na myśl szczelnie spowijający zmarłego całun. Szafirowa Dama zadrżała lekko, porażona swoją naiwną, wybujałą wyobraźnią i po krótkiej chwili wahania wypuściła z dłoni materiał, ostrożnie zajmując miejsce tuż przy Aylwardzie.
Jesteś mi jak brat.
Zmarszczyła gniewnie jasne brwi, odrzucając ten pomysł. Rozpoczynanie dialogu od podobnego wyznania nigdy nie przynosiło zamierzonych skutków, budząc co najwyżej irytację, zarówno u jednej, jak i drugiej strony.
Ładną mamy dziś pogodę, prawda?
Kąciki ust wykrzywiły się w lekkim grymasie. Nie dość, że kłamstwo, to na domiar złego banalne. Sybille westchnęła cicho, zanurzając blade palce w mokrym piachu. Doznania przypływały i odpływały, łagodne fale zupełnie nieczytelnych bodźców. Głęboko w niej tliła się jednak jakaś iskierka, coś w rodzaju szarego światełka, świtu, który nie może zdecydować, czy nadejść.
- Pokonać wroga to żadna sztuka.
Nim zdołała ugryźć się w język, już formowała kolejne słowa, wyrzucając je głośno z siebie. Błękitne spojrzenie z lekką obawą oderwało się od wzburzonej toni zatoki, spoczywając na nadal nieruchomym Aylwardzie. Przystojna twarz, ściągnięta w nieczytelną maskę ukrywającą jakiekolwiek emocje, nawet nie drgnęła pod wpływem słów Sybille, zaś wzrok trwał utkwiony w tylko sobie znanym punkcie, nie mając najmniejszego zamiaru złamać się pod spojrzeniem Szafirowej Damy.
Krzyki, gniew, tłok, strach i zagubienie. W jego myślach rozgrywa się bitwa, w której nie ma litości… i która nie posiada kresu ani zwycięzców.
Tarthówna wypuściła cicho powietrze z płuc, ostrożnie opierając głowę o ramię Baratheona. Twarde jak stal mięśnie zadrgały lekko pod mokrym materiałem wamsu, jednak był to jedyny ruch, na jaki zdobył się Aylward. Musieli wyglądać jak obraz nędzy i rozpaczy: przemoczeni do suchej nitki, milczący, ale nade wszystko - samotni. Nawet... a może zwłaszcza w swej obecności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Sob Cze 07, 2014 12:58 pm

Ciche kroki, wygrywające na mokrym piasku równy rytm, zgrywały się z taktem słów, odbijających się zwielokrotnionym echem w umyśle.
Ja żyję.
Ona nie.
Ja żyję.
Ona nie.
Już dawno przestał szukać dla siebie usprawiedliwień, te bowiem nigdy nie były wystarczająco przekonujące. Jakakolwiek próba wybielenia własnych czynów spełzała na niczym, pozostawiając jedynie gorzki posmak porażki w ustach. Aylward doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wojna go plugawi, niszczy, wypacza. Przelew krwi pociąga za sobą nieczystość i zbrukanie. Każdy, kto bierze udział w wojnie, zostaje wojną skażony i wykoślawiony. Bo wojna i człowieczeństwo to pojęcia wzajem się wykluczające. Baratheon  przesunął palcem po mokrym piachu, wygrzebując w nim głęboką ranę. Odruchowo.  Może trochę nerwowo, bo odgłos kroków znacznie się przybliżył, zwiastując nadejście niechcianego gościa.
I dlatego niechaj żyje wojna, panie i panowie, pomyślał z pustym rozbawieniem, wciągając do płuc przesycone zapachem soli powietrze. Wojna, która nas odmienia i na zawsze odmieni. I ocali nas przed człowieczeństwem.
Tym człowieczeństwem, które nie da nic poza zamkniętym kręgiem życia, poza gnuśną nudą i mdlącym banałem codzienności, poza bólem niespełnionych marzeń, poza rozpaczą świadomości własnej lichości i braku znaczenia. Wojna zbawi nas od człowieczeństwa, za które spotkać nas może jedynie wiarołomstwo żon, przeniewierstwo przyjaciół, wroga pogarda rządzących, obojętność bliźnich. Wojna uchroni nas przed człowieczeństwem i niesionymi przezeń chorobami, zarazami, bolączkami zębów, skutkiem których resztek człowieczeństwa pozbawią łóżka, a resztkę godności odbiorą pijawki spijające krew i maestrzy pojący makowym mlekiem. Wojna ocali  przed zamkniętym kręgiem ciemnego wina, które prędzej czy później odczłowieczy dokumentnie i nieodwracalnie. Tak, że w końcu nie pozostanie nic. Żadnej alternatywy. Żadnego wyjścia.  
Na twoim miejscu bym tego nie robił, Syb. To nie jest groźba ani ostrzeżenie.
Kątem oka dostrzegł błękit materiału sukni, szarpany podmuchami wiatru, które przynosiły słodki zapach kwiatowego olejku. Szafirowa Dama usiadła bezszelestnie przy boku Baratheona, przywodząc na myśl zbłąkaną pośród mroku duszę. Jasna skóra, tak ciepła, że Aylward czuł ją przez przemoknięte warstwy materiału, odznaczała się w ciemności wieczoru bladą plamą, zaś złote jak promienie słońca włosy, potargane wiatrem i wymykające się jakimkolwiek próbom ujarzmienia, lśniły łagodnie w niemrawym świetle ogniska.
Ja nie grożę ani nie ostrzegam. To proste stwierdzenie faktu. Nie wkraczaj w moje życie. Naturalnie, wydaje się atrakcyjne, egzotyczne, pociągające. I zapewne takie jest. Ale nie dla Ciebie.
Nawet nie drgnął, gdy panna Tarth w końcu przerwała panującą między nimi ciężką ciszę. Jej cichy głos płynął do Baratheona drobnymi kroplami, miodowo-cytrynowy, ożywczy. Jak syrop o smaku serdecznych uczuć. Kiedy Sybille umilkła, Aylward poczuł się smutniejszy niż zaledwie chwilę wcześniej, zupełnie jakby zgubił drobną pamiątkę z dzieciństwa - muszelkę znalezioną na plaży, tandetny talizman od ładnej dziewki, pierwszy, drewniany miecz.
- Wiem. - jego głos, nieprzyjemnie ochrypnięty, dobiegający gdzieś z głębi ściśniętego gardła, brzmiał jak głuchy łoskot fal uderzających o skały. - Sztuką jest przechwycić władzę po zwycięstwie. Utrzymać w garści i nie wypuścić. - drgnął mimowolnie pod wpływem dotyku Sybille, lekkiego niczym muśnięcie promieni słońca i równie ciepłego - jasna głowa Szafirowej Damy spoczęła na jego ramieniu, ale niebieskie spojrzenie utkwione było w zatoce, jakby pragnęło odnaleźć tam odpowiedź na wszelkie wątpliwości.
Wiem to, Syb. Widziałem w życiu mnóstwo trupów. Więcej niż przeciętny człowiek. Może więcej niż Milczące Siostry. Nie mógł dłużej temu przeczyć, nie w cichej obecności Sybille. Panna Tarth miała rację. Aylwarda przyciąga zapach krwi, swąd wojny.  On po prostu musi oddychać powietrzem przesyconym masakrą, żeby poczuć, że w ogóle żyje. Kiedy ociera się o śmierć, może spać, może pracować, pieprzyć się i snuć plany na przyszłość. Bez tego jest wyłącznie workiem skóry wypełnionym papką z wody i mięsa. Niczym więcej, niczym mniej.
- Zmarzniesz. - Baratheon uniósł lekko głowę, wbijając wzrok w Sybille. Oczy koloru szafirów nadal wpatrywały się w morską toń, lecz usta już przymierzały się do odpowiedzi. - W zamku wybuchnie panika, kiedy zauważą Twoje zniknięcie. - ciemne brwi ściągnęły się nieznacznie w grymasie srogiego niezadowolenia, jednak nawet sam Aylward nie wierzył w swój wydumany gniew. Jako dzieci, zwłaszcza podczas pobytu na Tarth, wraz z Allyą znikali na całe godziny, doprowadzając do szału strażników. Sybille zabierała rodzeństwo z Końca Burzy w miejsca na wyspie, które do tej pory jawią się Baratheonowi jako najpiękniejsze zakątki w całych Siedmiu Królestwach. Wodospady, za których kurtyną kryły się suche jaskinie stanowiły dla nich wielogodzinny azyl, gdzie mogli snuć opowieści o Aegonie Zdobywcy, Argalicu Aroganckim… lub o swym przyszłym życiu.
Ja poślubię Sybille, a Allya wyjdzie za Selwyna.
Aylward uśmiechnął się mimowolnie na wspomnienie własnych słów, wypowiedzianych z powagą, na którą stać wyłącznie ośmioletnie pacholę. Przez kilkutygodniowy pobyt na wyspie, nazywał Syb „panią żoną” i łapał w błękitnych sadzawkach  niewielkie rybki o kolorach tęczy, by z dumą zanieść je Szafirowej Damie… niestety zwykle martwe. Sybille po podobnych porywach romantyzmu ze strony Baratheona za każdym razem wybuchała płaczem, lecz po niecałym dniu łaskawie wybaczała niecne morderstwa swemu oblubieńcowi, urządzając płotkom rytualne pochówki. Wtedy żadne z nich nie sądziło, że życie odciśnie w dziecięcej niewinności krwawe piętno, zaledwie kilkanaście lat później przenosząc ich ze złotych plaż Szafirowej Wyspy na mokry, szary pas cuchnącego piachu niedaleko Końca Burzy.
Ale oto są, niezmienni w swym cichym przymierzu. Wciąż… czy też - jeszcze żywi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Sro Cze 11, 2014 1:13 pm

Wspomnienia związane z Tarth w jej myślach zawsze były żywe. Kolorowe, o barwach intensywnych tak, iż zdawały się dotyczyć piór egzotycznych ptaków z Wysp Letnich, nie zaś urywków przeszłości, raz za razem powracających w myślach ze zdwojoną siłą. Jedną z podobnych retrospekcji były chwile, gdy w Wieczornym Dworze przebywały dzieci Lorda Baratheona. Wtedy też Sybille odnalazła w Allyi siostrę, której nigdy nie miała… zaś w Aylwardzie, jak początkowo sądzili jej rodzice, kogoś więcej niż towarzysza zabaw. Najbardziej intensywnie wspomnienie z tamtych czasów nierozerwalnie powiązane jest ze zbliżającym się dniem imienia drugiego syna Lorda Burzy oraz wywołanym tym świętem ożywieniem w Wieczornym Dworze. Nie mając więcej niż siedem lat panna Tarth już wtedy doskonale wiedziała, iż ciąży na niej odpowiedzialność podarowania Aylwardowi niezapomnianego prezentu. Może właśnie dlatego zabrała go nad jeden z wodospadów, który sama uważała za swoją tajemniczą kryjówkę oraz miejsce, gdzie nie mógł odnaleźć jej nawet Selwyn? Sam Baratheon zapewne nie widział w wodospadach nic specjalnego, ale Sybille za każdym razem wydawała się oczarowana widokiem. Po latach, gdy tylko wspominała tamtą chwilę, mimowolnie docierało do niej, że Aylward mógł udawać zachwyt, byleby tylko jej nie urazić. Na tym jednak polegała ich relacja, mozolnie tworzona na gruncie choćby najmniejszych gestów oraz pozornie nieistotnych słów: Sybille w czasach dzieciństwa miała nad Baratheonem mimowolną władzę. „Zobacz, zobacz” - podskakiwała, pokazując mu szumiącą kaskadę wody, lśniącą w promieniach słońca. W tamtej chwili wydawało się, że jeszcze wszystko przed nimi… ale było to jawne kłamstwo. Złudzenie. Karty już dawno leżały na stole.
- Więc niedługo skończysz osiem dni imienia. - nawiązała cicho do zbliżającej się uroczystości, nie odrywając wzroku od wodospadu.
- Tak. - odparł z dumą Aylward, wypinając odważnie wciąż chuderlawą pierś.  Dzieci zwykle uwielbiają dodawać sobie lat, celebrują swoje kolejne urodziny, by tylko doścignąć dorosłość, która jawi im się jak wielkie czekoladowe ciastko. Czas martwego tabu i wolności: „wreszcie wszystko mi wolno”. Jednak i tutaj Sybille okazywała się osobą wyjątkową.
- To okropne, Aylwardzie! Okropne.
Baratheon spojrzał wtedy na nią, kompletnie zbity z pantałyku, zadając samym wyrazem twarzy nieme pytanie: „dlaczego?”. Syb złapała go wtedy za dłoń, zaciskając malutkie palce na ciepłej skórze Aylwarda.
- To znaczy, że niedługo umrzesz. Umrzesz. Ludzie starzeją się i umierają.
Naturalnie nie był stary! Daleko mu było do starości! Potraktował jednak zarówno słowa, jak i reakcję Szafirowej Damy z powagą godną jedynie człowieka, który w przyszłości będzie kimś wielkim. Kimś, kogo imię nie zostanie zapomniane przez długie lata.
- Nie umrę, Sybille. Nie umrę, póki będziesz we mnie wierzyła.
Czternaście długich lat później, na wiele mil od Tarth, wspomnienie tamtego dnia po raz kolejny utwierdziło córkę Lorda Evenfall Hall w obowiązku, który wtedy złożył na jej wątłych barkach Aylward Baratheon.
Musiała w niego wierzyć.
I robiła to. Robiła, gdy wyruszył do Królewskiej Przystani po rycerski pas oraz ostrogi, gdy całe miesiące przebywał poza Końcem Burzy, zwiedzając każdy zakątek Siedmiu Królestw, gdy wypłynąl do Doliny na wojnę z rodem Tully, później zaś - gdy ruszył, by stawić czoła Martellom. Wierzyła w niego tak, jak wierzyła w Siedmiu i być może dopuszczała się podobnymi myślami świętokradztwa, sprzeniewierzała się bogom… być może. Być może nie powinna w ogóle przekraczać progu septu, lecz gdyby nie zrobiła tego przed kilkoma dniami, czy miałaby prawo spotkać Dereka Baratheona i po raz pierwszy od… wydaje się, że od zawsze zamienić z nim kilka słów, które nie ograniczały się jedynie do krótkich powitań i zbędnych uprzejmości? Wiara w Aylwarda zaprowadziła ją tamtego wieczoru do świątyni. Wiara w Aylwarda przyczyniła się do spojrzenia na przyjaciela Selwyna z zupełnie innego punktu widzenia niż dotychczas. W końcu - wiara w Aylwarda uczyniła to, co uczynić miała od samego początku swego istnienia - wprowadziła w życie Szafirowej Damy sens. I choć Sybille nie przyznawała tego sama przed sobą… tym sensem mógł okazać się dotychczas całkowicie obcy jej człowiek.
- Utrzymać w garści… - powtórzyła cicho za Baratheonem, dopiero teraz dotkliwie odczuwając skutki przemokniętej sukienki. Kolejny podmuch wiatru wywołał na jej skórze mimowolny dreszcz, będący jakby zapowiedzią kolejnych słów, które miały paść z ust Aylwarda. Niewielka ilość ciepła bijąca od jego ciała zdołała jednak ogrzać policzek Sybille - i to w zupełności jej wystarczało.
- Utrzymać, tak… zwłaszcza, że władza jest wyjątkowo obślizgła. - wzrok panny Tarth prześlizgnął  się po brzegu zatoki, zatrzymując na szarych, wzburzonych falach wody. - Śliska jak wąż. - na jej ustach zaigrał lekki uśmiech, kiedy Baratheon w końcu uniósł głowę, ukazując Sybille swój profil, profil dokładnie taki, jaki zapamiętała sprzed wojny, sprzed otrucia, sprzed podróży na Północ… i tym, co wydarzyło się podczas niej, wzbudzając w sercu Aylwarda rozpacz.
- Strażnicy sądzą, że jestem w sepcie. - odparła z niejakim roztargnieniem Sybille, czując, jak kąciki jej ust opadają nieznacznie. Uśmiech Młodego Jelenia nie był prawdziwy. Nie był rozbawiony. Nie był jego uśmiechem, wesołym, czasami przewrotnym, lecz nieodmiennie szczerym. Syb oderwała policzek od ramienia przyjaciela, odnajdując wzrokiem jego dłoń - i już po chwili splatając silne, szorstkie od dzierżenia broni palce Aylwarda ze swoimi, znacznie mniejszymi, żałośnie delikatnymi w jego uścisku.
- Jaka ona jest? - jasne brwi Szafirowej Damy podjechały nieznacznie do góry, nadając pytaniu bardziej obrazowy, wręcz namacalny wymiar. - Lady Aryana Stark. Jaka ona jest, Ayl? - błękit spojrzenia zamarł na twarzy Baratheona, gotowy wychwycić każdą zmianę w jego mimice, choćby najmniejszy cień emocji przemykający przez przystojny profil. Być może niesprawiedliwie, lecz z pełną determinacją i zaskakującą gotowością do interwencji szukała w córce Lorda Winterfell przyczyny obecnego stanu przyjaciela... okazała się kimś, w kim Aylward nie mógłby odnaleźć choćby iskry uczuć? Była zimna niczym Północ, z której pochodziła? Odrzuciła swojego narzeczonego, przysięgła, że go nie poślubi... lub, o zgrozo, znienawidziła go?
Ale jaka kobieta byłaby, na bogów, zdolna znienawidzić Aylwarda?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Nie Cze 29, 2014 12:01 pm

Kiedy jesteś padlinożercą żywiącym się wojną, twe sny przesyca jedynie mrok i ciemność. W umyśle panuje parna, dzika noc, zupełnie taka jak przed nadciągającą burzą, zalatująca piżmem, naładowana pierwotną siłą, przepełniona wrzaskami, posapywaniem, rykiem zupełnie nieudomowionych zwierząt, zanurzona w gęstej smole, której odór wciąż unosi się nad wąwozem, gdzie z życiem pożegnało się tysiące ludzkich istnień. Koszmary powracające każdej nocy powtarzają się z zaskakującą dokładnością, nie różnią się nawet w najdrobniejszym szczególe, jednocześnie nigdy w pełni nie odzwierciedlając rzeczywistości…  Występują w nich zawsze ci sami bohaterzy. Niezmienni jak gwiazdy na nieboskłonie.
Aylward i Orys.
Siedzą przy stole zbitym ze starych skrzynek po owocach, a wokół roztacza się prędko zapadający zmierzch. Krąg ludzkiego zwycięstwa nad mrokiem natury wyznaczają jedynie krwawe płomienie pochodni.
Coś dla Siedmiu, coś dla Innych.
Na stole dzban wina, nierówno pokrojone pajdy ciemnego chleba, skórzany woreczek, z którego niedbale, banalnie wysypują się złote smoki, wszystko to zaś na tle map oznaczonych krwawymi odciskami atramentu. W ciężkim, gęstym powietrzu wisi szaleństwo wylewające się z głowy braci Baratheon i promieniujące we wszystkie strony jak nimb cholernego Baelora Błogosławionego. Zawsze tam, gdzie toczy się wojna, gdzie przelewa się krew widok jest ten sam - mrok, cisza, kilometry map, hektolitry cienkiego wina. Orys jak gniewny septon roztacza kuratelę, tworzy punkty opatrunkowe, rozdaje jedzenie, sprzedaje broń.
- Ale tylko tym, który mają choć odrobinę racji. - zarzeka się zawsze we śnie.
Aylward po przebudzeniu czasami myśli, że jego brat tak naprawdę nie istnieje. Że wypadł z woluminów opiewających wielkich bohaterów zamierzchłych czasów przed podbojem Aegona. Liga pojedynczego niezwykłego rycerza, który nie chce przyjąć do wiadomości, że honorowe Siedem Królestw już nie istnieje. Dla Orysa nadal najważniejszy jest honor, miecz, odwaga i umiłowanie tradycji. Nie jest taki jak młodszy z Baratheonów, bynajmniej. Aylwardowi brakuje zdrowych zmysłów. W życiu ciężko spotkać równie wypaczonego męża, ale Młody Jeleń zdaje się tym nie przejmować… po prostu robi swoje. Jakiegokolwiek szaleństwa by to nie oznaczało. We śnie zawsze uśmiecha się do Orysa znad dzbana z winem, pogrążony w błękicie swoich ogromnych nierealnych planów, które przeświecają przez tęczówki jego poważnych, pełnych nadziei oczu. Rozmowa między braćmi odbywa się w ten sam sposób, nigdy nie zmieniając treści słów i przebiegu dialogu.
- Aylwardzie. - zaczyna ostrożnie starszy Baratheon. - To się nie uda. Nie ma mowy. To nierealne.
Łup! Pięść wielkości prawicy Wojownika spada na nieheblowane dechy blatu, dzwonią błyskawice złotych monet, podskakuje prosto rzeźbiony puchar, wino zachlapuje mapę.
- Ja muszę, rozumiesz? Muszę! Taki pieprzony obowiązek. Ona na mnie patrzy z góry, patrzą dziadowie, przodkowie! Nie mam wyjścia, człowieku! Pojmujesz?
Orys wpatruje się w niebieskie, rozświetlone czyściutkim obłędem oczy Aylwarda, jarzące się niby rozgrzany piec, i wie, że niczemu nie powinien zaprzeczać. Za daleko to wszystko sięgnęło. Jeszcze chwila i coś się na zawsze odwróci, coś zmieni.  A dziedzic Burzy nie lubi zmian.
- Wypełniamy pieprzony obowiązek? - pyta cicho Orys, wpatrując się w ściągniętą w maskę twarz brata.
- Tak. - odpowiada poważnie Aylward. – Właśnie tak.
Młody Jeleń nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, jak wielką wiarę pokłada w nim Sybille - zbyt skupiony na sobie, zbyt przywiązany do własnych myśli, zbyt egoistyczny w swej pozornej empatii, zbyt wielką uwagę przykładający do powracających snów nie dostrzegał czujnego spojrzenia koloru szafirów, ostrożnie badającego każdą zmianę na twarzy Baratheona. Mimo to obecność panny Tarth była dla niego balsamem wcieranym w rany, makowym mlekiem podawanym na bezsenność - cicha, spokojna, nieosiągalna Sybille stanowiła uosobienie wszystkiego, czego przez ostatnie miesiące brakowało Aylwardowi. Ciepło domowego ogniska, bezwarunkowa, siostrzana miłość, łagodna uroda potrafiąca zawstydzić nawet Baratheona… Szafirowa Dama doskonale spełniała swój obowiązek, pokładając w Młodym Jeleniu wiarę, pokładając zaufanie, pokładając w końcu szczerą przyjaźń. Każde jej słowo, dokładnie przemyślane, miało nakierunkować Baratheona na tematy, które pozwolą zapomnieć o bólu wciąż tlącym się w piersi i choć Sybille nie mogła znać jego źródła, potrafiła choć na chwilę ukoić… cierpienie?
- Wąż, panno Tarth, to istota wielce tajemnicza. - podjął po chwili namysłu Aylward, po raz kolejny skupiając wzrok na rozciągającą się przed nim tonią Zatoki Rozbitków. - Od zarania dziejów był dla ludzi zagadką, wszystko było w nim niepojęte i nieodgadnione. Wygląd, zachowanie, reakcje, tryb życia, metody ataku, rozmnażanie, wzbudzana przezeń trwoga... wszystko w wężu było niepojęte i dawało asumpt do najfantastyczniejszych legend. Tym lepiej, że zdołaliśmy schwytać jednego i zatrzymać go w Końcu Burzy. - Baratheon uśmiechnął się lekko, przenosząc wzrok na Sybille i prawie natychmiast odnajdując spokojnie, szafirowe spojrzenie, wpatrujące się w niego z niewinną ciekawością. Drobne palce kobiety ogrzewały mokrą, oblepioną piachem dłoń Aylwarda, pozwalając oderwać myśli od zimnego wiatru i skupić całą uwagę na źródle ciepła. Pytanie Sybille zaskoczyło Baratheona na tyle, by zamilkł, pogrążając się chwilowo w gorączkowym namyśle.
Jaka ona jest?
Jego usta poruszyły się bezgłośnie, jakby pragnął wyartykułować niesprecyzowaną, dziecinnie nawiną myśl, jednak ściśnięta krtań przeszkodziła słowom w wydostaniu się na świat. Aylward zmarszczył ciemne brwi, nerwowo gładząc kciukiem wewnętrzną stronę dłoni Sybille. Gładka, delikatna skóra ustępowała pod lekkim naciskiem, przyjemnie drażniąc wyostrzone zmysły.
Powiedz to. Powiedz to, co czujesz. To, w co uwierzyłeś w Białym Porcie.
- Ona…
Chcę celebrować każdą wspólnie spędzaną z nią chwilę. Świętować ten cichy, zdumiewający cud, który zachodzi we mnie, gdy dostrzegam jej spojrzenie, gotowe dojrzeć moją plugawą duszę.
- Jest… wobec mnie uprzejma. Bardziej uprzejma, niż jakakolwiek kobieta dotychczas.
Łżesz, balansujesz na granicy prawdy. Pamiętasz chwilę, kiedy przedstawiła ci się w Sali Balowej? Kiedy spojrzała na ciebie bez szaleństwa i upojenia w oczach? Nie było w niej nic, co znałeś z poprzednich spotkań z kobietami. Zafascynowała cię błyskiem w szaroniebieskich oczach, zafascynowała ruchem dłoni odgarniającej ciemne włosy, uśmiechem lekkim jak powiew wiatru.
- Polubisz ją. Polubisz jej szlachetność, urodę, sposób, w jaki układa usta, kiedy wypowiada „Winterfell”. - wargi Baratheona rozchyliły się w lekkim uśmiechu, gdy pokręcił lekko głową i podniósł się powoli z mokrego piachu, delikatnie ciągnąc za sobą Sybille.
- Wracajmy, przyda nam się dzban grzanego wina.

/ Sybille, Aylward - zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Sob Lip 19, 2014 11:15 pm

/teoretycznie z dziedzińca, praktycznie to nie jest ten sam dzień

Nadira zostawiła siostrę z Aylwardem i opuściła teren zamku. Cieszyła się, że Aryana mogła lepiej poznać swojego narzeczonego. Prawdę mówiąc dało się wyczuć to 'coś' w powietrzu, gdy obserwowało się ich razem. Wilczyca dobrze pamiętała sceny z wesela Aidana i naprawdę bardzo ich wspierała. Młody Baratheon był najlepszym przyjacielem ich brata, więc nie bała się o Ary zbytnio. Jej siostra podbijała serca wszystkich wokoło i wierzyła, że Aylward też nie jest jej obojętny.
Koniec Burzy. Nigdy nie była w tym miejscu i chciała je dobrze poznać. Nie było urzekająco piękne, tylko solidne i proste, zupełnie jak Winterfell. Nadira ceniła sobie te cechy. Praktyczność i obrona przede wszystkim. Ale czegoś zazdrościła mieszkańcom tego zakątka. Morza. Nad lubiła wpatrywać się w fale, zastanawiając się co jest dalej, za horyzontem. Czy jej wyobrażenia przekładają się na rzeczywistość i czy w odmętach jest coś, czego ludzie nie widzieli i nie poznali.
Nikogo nie zdziwiło, gdy oznajmiła, że wychodzi na plażę pospacerować. Czuła pod stopami mokry piach, a wiatr, rozwiewające długie, czarne kosmyki, przynosił zapach soli i wolności. Wzięła głęboki oddech, by poczuć całą sobą tę cudowną woń. Przez chwilę czuła się tak, jakby nie należała do tego brutalnego świata polityki i śmierci. Była sama, na tym małym kawałku ziemi, który był teraz jej oazą, niedostępną dla obcych i zła z zewnątrz.
Przeszła kawałek, a potem znalazła bardziej suche miejsce, gdzie usiadła i po prostu patrzyła przed siebie. Morze jest zdradliwe, ale niezaprzeczalnie piękne. Przypomniała sobie piosenkę o dwójce nieszczęśliwych ludzi, których rozdzieliła wielka woda, taka jak ta. Zaczęła ją nucić, powoli poddając się jej nastrojowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Nie Lip 20, 2014 11:01 pm

/powiedzmy, że z dziedzińca

Młody Mormont wypoczął po podróży, kolejnego dnia wstając skoro świt. Jakiś czas pokręcił się po najbliższej zamkowi okolicy, po czym skierował się w stronę wody. Poranna bryza morska intensywnie uderzyła w jego nozdrza, gdy tylko postawił pierwsze kroki na plaży. Zamknął oczy, a na jego twarzy powoli zaczął malować się uśmiech. A wszystko to za sprawą wspomnień, które znów pojawiły się w głowie mężczyzny. Oczyma wyobraźni znów widział swoją rodzinną Niedźwiedzią Wyspę. Stał niedaleko brzegu i również z zamkniętymi oczyma wciągał do płuc niemal takie samo jak tutaj powietrze.
Gdy otworzył oczy rozglądnął się dokoła, uważnie nasłuchując. Jedyne jednak co widział to pieniące się lekko fale, a jedyne co słyszał, to ich nie nader głośny szum. Ruszył powolnym krokiem w stronę brzegu, wpatrując się w kołyszącą się w oddali taflę wody. Przystanął na chwilę i niemal zrzucił ze stóp buty. Pozostawiwszy je na piasku, maszerował coraz to bliżej brzegu. Gdy woda poczęła muskać jego stopy z każdą kolejną, zbliżającą się falą, Kevan znów na chwilę się zatrzymał. Wpatrywał się w horyzont, będąc jakby zupełnie nieobecny. I może właśnie dlatego nie zauważył jeszcze siedzącej trochę dalej Nadiry. I nieświadom jej obecności, dość żwawo zrzucił z siebie całe odzienie. Zrobił kilka kolejnych kroków, zanurzając się do pasa w zmierzających raz po raz ku brzegowi falach. Temperatura wody zdecydowanie nie należała do najwyższych, jednak mężczyźnie już nieraz przyszło pływać w chłodniejszej. Ochlapał swój tors i głowę, po czym skoczył w przód, na chwilę znikając pod powierzchnią. Gdy tylko z tafli wody wynurzyła się jego głowa, przykryła ją kolejna fala. Takie sytuacje nie były jednak dla niego niczym nowym. Bardzo dużą część czasu, który spędził w swych rodzinnych stronach, spędził na brzegu, lub też w samej wodzie. Wiedział, czego się spodziewać po pływach morza. Poza tym, był bardzo uważny, więc tym bardziej raczej nic nie miało prawa mu się stać. Dlatego też, wynurzywszy się spod kolejnej fali, Mormont zaśmiał się donośnie. A śmiech ten odbił się echem od stromego klifu, znajdującego się nieopodal. Śmiech, który przemieszał się z innym dźwiękiem. Mężczyzna raz jeszcze rozglądnął się po brzegu i z politowaniem uśmiechnął się sam do siebie, dostrzegając na lądzie znajomą mu osobę. Nie miał pojęcia, jak powinien się w tej sytuacji zachować. Serce podpowiadało mu, aby wybiegł z wody aby objąć Nadirę i pocałować ją. Mózg natomiast przypominał mu, że... Był kompletnie nagi.
Kobieta i tak najpewniej już go zauważyła, dlatego też powoli podpłynął w stronę brzegu. Udawanie, że go tutaj nie ma, po prostu nie wchodziło w grę. Będąc już niemal w miejscu, gdzie woda wlewała się na piasek, usiadł na dnie. Wybierając ku temu oczywiście takie miejsce, ażeby napływające na brzeg fale nie przykrywały jego głowy, acz aby byś zanurzonym w wodzie co najmniej od pasa w dół. Szczęśliwie dla niego, Starkówna nie siedziała jakoś szczególnie daleko od brzegu, a nigdzie w okolicy nie było widać żadnej innej osoby.
-Witaj, moja droga!- zwrócił się do kobiety na tyle głośno, aby bez trudu usłyszała i zrozumiała jego słowa. Nie ukłonił się, nie skinął nawet głową - zamiast tego zrobił jednak coś innego. Najzwyczajniej w świecie pomachał do Nadiry, uśmiechając się do niej. -Wyszedłbym do Ciebie, jednak... Sytuacja mi nie do końca na to pozwala.- począł po chwili wyjaśniać swoje "położenie", śmiejąc się przy tym głośno. -Mogłabyś mi pomóc?- ledwie dał radę spytać przez śmiech, który nadal wydobywał się z jego ust.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Lip 21, 2014 6:06 pm

Otton lubił od czas do czasu przyjść się na plażę. Dzisiaj powietrze było wilgotne i pachniało solą, piasek był mokry, wiał silny wiatr, a na powierzchni wody można było zauważyć pojawiające się i znikające białe bałwany. Najlepsze jednak było to, że następnego dnia mogło tu być zupełnie inaczej, morze i wiatr mogłyby być spokojne. Szedł brzegiem morza, a zimne, ale przyjemne fale muskały jego nogi. Było tu spokojnie na swój sposób, a samo miejsce przywoływało wspomnienia. Kiedy był małym chłopcem czasami przychodził tu by pluskać się w wodzie, a teraz, jako mężczyzna przychodził tu, aby marzyć i zastanawiać się, co może się zdarzyć następnego dnia.
Przechadzając się tak w pewnym momencie zobaczył dwójkę ludzi kobietą i mężczyznę. Ona stała na brzegu i patrzyła na mężczyznę, który stał w wodzie i wykrzykiwał coś do niej, lecz trudno było określić, co ponieważ fale go zagłuszały. Kiedy Otton podszedł bliżej zdał sobie sprawę, że nie kojarzy obojga z nich. Pomyślał, że przybyli oni razem z Aryaną Stark, która była narzeczoną Alywadara.  Mężczyzna to pewnie Kevan Mormont, a kobieta to jedna z dwóch sióstr Aryany, które przybyły z nią do Końca Burzy. Uśmiech zaczął się malować na jego twarzy, gdy zdał sobie sprawę, że Kevan jest zupełnie nagi.
- Przepraszam, ale chyba potrzebujesz pomocy!- Obydwoje spojrzeli na Ottona z lekkim zdziwieniem.- Jestem Otton Baratheon, bratanek lorda Końca Burzy- Nie sądził, aby któreś z nich go znało, dlatego wolał im uświadomić, kim jest. Otton rozejrzał się pobieżnie po plaży szukając odzienia zawstydzonego Mormonta. Z nalawszy je wziął do ręki spodnie Kevana, a następnie wszedł do wody zmierzając w kierunku mężczyzny. Wchodząc coraz dalej przyszyły go dreszcze z zimna.- Proszę to może ci się przydać.-Podał Mormontowi spodnie uśmiechając się przy tym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Lip 21, 2014 11:04 pm

Nad nie spodziewała się, że ktokolwiek naruszy jej spokój. Tyle czasu spędziła sama, a tu proszę. Widok okazał się tym bardziej osobliwy, gdyż towarzysz był zupełnie nagi i taplał się w morzu jak gdyby nigdy nic. Początkowo jej mina wyrażała zaskoczenie, ale później... roześmiała się. Być może dlatego, że Kevan w końcu ją dostrzegł i wyszło dość komicznie. Obydwoje pomyśleli o tym samym, ale niestety z planu wyszły nici. Nie zdążyła zabrać rzeczy i wyrzucić ich gdzieś dalej, na złość Niedźwiedziowi, bo ktoś ją uprzedził. Uśmiech nieco przygasł, jak zwykle, gdy miała do czynienia z kimś nieznajomym, co nie znaczy, że jej twarz była teraz surowa i nieprzyjazna. Chyba trochę się speszyła, no i zdecydowanie wycofała ze swojego pomysłu. Biedny Kevan nigdy się nie dowie, co mogło się stać. Ale sam byłby sobie winien. Baratheon uratował jego mokry tyłek.
Nad odgarnęła z twarzy przeszkadzający kosmyk długich włosów, po czym skinęła głową przybyszowi.
- Nadira, siostra lady Aryany - przedstawiła się również, uśmiechając się do przybysza. - Przybyłeś w porę panie - spojrzała na Kevana znacząco, po czym odwróciła się, wracając na miejsce, z którego przyszła.
- Zostawię was na chwil kilka - dała chwilę Mormontowi, by się ubrał, więc szła naprawdę bardzo wolno. Zgarnęła po drodze chociaż koszulę, niech Kevan trochę poświeci nagim torsem, nic mu się nie stanie przecież.
W końcu zajęła swój uklepany kącik ponownie, ale patrzyła w drugą stronę, czekając na jakiś znak, że już po wszystkim. Przebierała palcami po materiale koszuli, jakoś tak nie bardzo wiedząc co ze sobą chwilowo zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Lip 21, 2014 11:34 pm

Mormonta rzeczywiście dość mocno zaskoczyła obecność kolejnej osoby na plaży. Jego nadzieje na to, że spędzi trochę czasu z Nadirą tylko we dwoje zostały brutalnie zdeptane, pogniecione i zrzucone ze znajdującego się nieopodal klifu wprost w morską toń. Nie zapomniał jednak o tym, że był tutaj gościem...
-Miło mi. Jestem Kevan, syn Lorda Mormonta.- również "przywitał się" po prostu się przedstawiając. -Tak, przydałaby mi się pomoc...- dodał po chwili, ledwie powstrzymując śmiech. Już po chwili odebrał od Baratheona swoje spodnie. Powstał na równe nogi, będąc przy tym zwróconym plecami (i nie tylko) w stronę Nadiry. Czym prędzej naciągnął na siebie dolną część garderoby, zupełnie nie przejmując się tym, że ją przemoczy.
-Dziękuję.- zwrócił się do Ottona i skinął do niego głową, uprzednio odwracając się w jego stronę. Ruszył w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą spoczywały na piasku jego spodnie. Złapał za pas z przytroczoną do niego pochwą, z której dumnie wystawała rękojeść miecza, z głowicą przedstawiającą głowę ryczącego niedźwiedzia. Obwiązał się pasem, po czym złapał buty w rękę i zawrócił, zmierzając w stronę Nadiry.
-Wybacz tę sytuację, Pani.- odezwał się do Starkówny, stojąc już tylko o kilka małych kroków od niej. Dla stojącego kawałek za nim Ottona mogło to wyglądać jak typowo dworskie zachowanie. Nie miał jednak szansy zobaczyć zalotnego uśmiechu, jakim Kevan obdarzył kobietę i jego iskrzących się oczu, którymi na nią spoglądał. Nie zamierzał nawet napomknąć o trzymanej przez nią koszuli - i tak nie spodziewał się, aby miała mu ją oddać. A już na pewno nie teraz...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Lip 22, 2014 7:31 pm

Otton przypatrywał się jak Kevan przeprasza kobietą, lecz Ona od samego początku zdarzenia nie dawała oznak zniesmaczenia całą sytuacją, a wprost przeciwnie. Nadira trzymała w ręku koszulę mężczyzny, a na jej ustach malował się uśmiech. Otton zorientował się, że oboje traktują ów sytuację jak żart.
- No cóż skoro już jesteśmy tu we troje to proponuję przenieść się do mojej komnaty.- Otton wolałby zaprosić oboje do sali głównej lub turniejowej, ale teraz były chwilowo zajęte.- Niestety obecnie nie jestem w stanie zaproponować nic lepszego. – Mężczyzna miał nadzieję, że Nadira i Kevan nie poczują się urażeni zaproszeniem do dosyć skromnych komnat Ottona. Pomyślał jednak, że lepsze to niż dalsze przebywanie na zimnej plaży.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Czw Lip 31, 2014 10:46 pm

- Wybaczyć? Będzie trudno - powiedziała oschle i rzuciła Kevanowi w twarz jego własną koszulą.
- Ottonie, racz wybaczyć tę sytuację. Musisz wiedzieć, że przyjaźnimy się z Kevanem od dawna i nie mogę traktować tego bardzo poważnie. Jesteśmy trochę jak rodzina - co wcale nie było kłamstwem. Nadira nieraz mówiła, że rodzeństwo Terryna jest jak jej własne, tym bardziej, że Mormontowie lubili Starkównę, a ona ich, dlatego wierzyła, że Baratheon doskonale zrozumie ich zaczepki i złośliwości.
- I naprawdę nie chcesz zostać tutaj, panie? - uśmiechnęła się pogodnie do mężczyzny. - Twe towarzystwo będzie mi bardzo miłe, jednak przyszłam tutaj dopiero niedawno i nie nacieszyłam się jeszcze swobodą. Traktujecie gości z należytym szacunkiem, jestem za to bardzo wdzięczna, ale chciałabym zostać na świeżym powietrzu. Rzadko widuję morze. Będzie mi go brakować po powrocie do Winterfell. Musisz też wiedzieć, że kobiety z Północy lubią otwarte przestrzenie i czują się lepiej poza murami, niż w środku. Jeśli pozostaniesz przy swoim, zgodzę się, ale przyjdę później, po wcześniejszym spacerze i zmianie odzienia, by nie wyjść na nieokrzesaną dzikuskę - Nadira potrafiła być damą w każdym calu. Tego się uczyła i tego od niej wymagano. Nie zawsze można uciec od tego, kim się było, ale jeśli można to chociaż na chwilę oddalić, ona z tego korzystała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Czw Lip 31, 2014 11:41 pm

Mężczyzna złapał koszulę, która osunęła się z jego twarzy w zasadzie wprost w dłonie.
- O Pani... Błagam o wybaczenie!- począł mówić, a ton jego głosu był ciepły i bardzo przyjazny. Można by wręcz rzec, że przyjemny dla ucha. Opuścił nieco głowę, jakby w geście skruchy, gdy wypowiadał kolejne słowa: -Zrobię wszystko, ażeby tylko to osiągnąć. Wszystko!- Szeroki uśmiech zagościł na twarzy młodego Mormonta, gdy uświadomił sobie, jak ładnie to "zagrał". Nadira dobrze go znała, dlatego na pewno wiedziała, co może śmiało odebrać jako żart, a co Kevan mówi całkowicie poważnie. Poza tym, akurat w przypadku Niedźwiedzia, głos potrafił wszystko zdradzić.
Mężczyzna przerzucił swoją koszulę przez ramię, nie chcąc jej zakładać. Następnie zwrócił się do Ottona:
-Jestem wdzięczny za zaproszenie, jednakże w tej chwili nie sposób mi je przyjąć... Jak sam widzisz, zwyczajnie nie mogę opuścić damy. Później jednak, bardzo możliwe, że skorzystałbym z zaproszenia. Należałoby najpierw spędzić trochę czasu w nowym miejscu, podziwiając piękno...- tutaj niemal niezauważalnie przeniósł na chwilę wzrok na Nadirę, uśmiechając się do niej. Niemal od razu jednak kontynuował: -...nim powróci się do wszelkich dworskich zwyczajów...-
Kevan miał nadzieję, że Otton zechce nie przeszkadzać więcej i po prostu stąd pójdzie, jednakże byłoby to wielkim nietaktem, gdyby Mormont powiedział to na głos. Dlatego też poczekał na rozwój wypadków...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
156
Join date :
26/05/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Nie Sie 03, 2014 12:39 pm

- Szczerze powiedziawszy dało się to zauważyć- odparł do kobiety. - Widzisz Nadiro ja widzę morze prawie codziennie.- Otton jednak rozumiał, że dla kogoś, kto wychowywał się w głębi lądu może to być atrakcja.- Dla Ciebie to coś ciekawego, lecz ja mogę przyjść tutaj w każdej chwili i przez to nie wywiera ono na mnie takiego wrażenia.- Następnie skierował wzrok na Kevana. Mormont mówił wszystko z dozą humoru, ale Otton wyczuwał w nim także coś, co świadczyło, że wolałby zostać samemu z Nadirą.
- No cóż skoro pragniecie tutaj zostać nie mogę Wam tego zabronić- stwierdził mężczyzna.– Ja jednak już pójdę. Może nie przebywaliśmy razem zbyt długo, ale miło było Was poznać i na pewno jeszcze się spotkamy.- Otton uśmiechnął się i zaczął iść w stronę zamku.
- A… Byłbym zapomniał. Kevanie lepiej nie gub ponownie ubrania, bo możesz go już nie odzyskać- rzekł żartobliwym tonem z uśmiechem na twarzy odwróciwszy się w stronę obojga, lecz zaraz potem ponownie maszerował w stronę wyjścia z plaży.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Sie 05, 2014 12:06 am

- Przykro mi to słyszeć - odpowiedziała zupełnie szczerze. Była nastawiona do Baratheonów przyjaźnie, w końcu kilku miała okazję już poznać, a o innych także słyszała dużo dobrego. Jej najstarszy brat bardzo ich sobie cenił i siostrze się to udzieliło. Poza tym Aryana miała wśród nich kiedyś zamieszkać, nic dziwnego, że Nad była ich ciekawa i chciała lepiej poznać.
- Bądź pewien, drogi panie, że przyjdę dzisiaj w odwiedziny i porozmawiamy o tym, co dzieje się tutaj, a także innych sprawach - uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. - Wyślę kogoś, by mnie zapowiedział, nie chcę byśmy się minęli - dodała, planując powoli w głowie owe spotkanie.
A kiedy Otton odszedł, wstała z piasku i odprowadziła go jeszcze wzrokiem. Nawet jeśli miała spędzić ten dzień w samotności, nie była zła z towarzystwa innych. Czuła nawet lekki zawód, że Baratheon ot tak sobie poszedł, ale skoro mierziły go warunki, nie będzie go przekonywać na siłę.
Na Kevana popatrzyła ostro i powiedziała tylko jedno zdanie:
- Powinieneś z nim pójść - zawsze jej się wydawało, że mężczyźni są zadowoleni ze wspólnych pogaduszek, o których damy nie powinny nawet wiedzieć. Widocznie w tym wypadku się myliła. Ich przewodnik w podróży, był wyraźnie zadowolony z tego, że nie był jedynym mężem w orszaku. Bo i o czym tu z kobietami rozmawiać. Chociaż chyba się da.
Wilczyca postanowiła kontynuować swój spacer i poszła dalej, ku klifom i grotom, które powinny być teraz dostępne do obejrzenia. Nie miała zamiaru tracić czasu. Przyszła się rozejrzeć i odetchnąć i tak też czyniła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Sie 05, 2014 6:53 am

-Ciebie również miło było poznać.- zwrócił się w odpowiedzi do Ottona i kiwnął do niego głową. -Z pewnością nasze drogi jeszcze się spotkają.- dodał do tego i odwrócił się w stronę Nadiry. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednakże wtem usłyszał raz jeszcze głos Baratheona. Zwrócił się więc w jego stronę.
-Z pewnością będę się bardziej pilnował!- odpowiedział na żart, uśmiechnąwszy się przy tym szeroko.
Gdy kobieta "skarciła" go wzrokiem, lekko uniósł brew i uśmiechnął się do niej.
-Byłbym głupcem, gdybym wybrał towarzystwo Ottona miast Twojego.- odpowiedział Nadirze, szeroko się do niej uśmiechając. Po kolejnym wdechu spytał jeszcze: -Czy to coś złego, że chcę z Tobą spędzać czas?- Na twarzy Mormonta pojawił się jeszcze szerszy uśmiech, gdy jego oczy spotkały się z oczami Nadiry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Sie 05, 2014 10:07 pm

- Ty mi powiedz - prawda była taka, że sytuacja była trudna. Już nawet nie chodziło o to, że Kevan był bratem jej zmarłego męża. Nadira wypominała sobie, że nie powinna dawać Mormontowi żadnej nadziei, a jednak wyszło jak wyszło. Dała mu do zrozumienia, że czuje to samo, ale to nie miało znaczenia. Dla kobiet urodzonych w tak znaczących rodach, jak jej własny, liczyło się to, co dobre dla rodu, nie co chciały osoby prywatne. Nawet jeśli Lord Brandon oddał rękę córki dziedzicowi z Niedźwiedziej Wyspy, nie oznaczało to, że zrobi to ponownie. Oczywiście takie przypadki nie były rzadkie, ale jej pan ojciec mógł zdecydować zupełnie inaczej. Może już zadecydował i postawi ją przed faktem dokonanym, gdy wróci do Winterfell?
Patrząc w te łagodne oczy nie mogła poczuć lekkiego bólu. Myśl, że stoi przed nią osoba, która nigdy by jej nie skrzywdziła i nie pozwoliła na to innym, która czuje coś więcej, niż tylko przyjaźń i świadomość, że nie powinna z tego korzystać, była przytłaczająca. O tym marzyła każda kobieta: o silnych, opiekuńczych ramionach, w które można się wtulić i szczere słowa oddania, szeptane do ucha. Miała to wszystko na wyciągnięcie ręki i chciała tego całym sercem.
Odwróciła się po raz kolejny, idąc dalej. Musiała być twarda, chociaż pragnęła czegoś innego. Nadira nie potrafiła udawać obojętności, dlatego uciekała. Nic innego jej nie pozostało. Była pewna, że Kevan nie odpuści i będą rozmawiać, patrzeć na siebie i... udawać, że nic się nie zmieniło? Zmieniło się wszystko i nie wiedziała co z tym zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Sie 05, 2014 11:01 pm

Mormont maszerował tuż obok Nadiry, zbliżając się w ten sposób wraz z nią do klifu. Urwiska, u którego podnóża znajdowało się kilka jaskiń. W momencie, w którym kobieta oznajmiła, aby sam odpowiedział na swoje pytanie, uśmiechnął się. Doskonale wiedział, jakich słów użyć... Wiedział jednak także, w jaki sposób chciał je przekazać. Dlatego też przeszli jeszcze kilkanaście metrów w ciszy. A gdy znaleźli się już bardzo blisko wspomnianego klifu, Kevan rozglądnął się, szukając wzrokiem innych osób znajdujących się w okolicy. Na szczęście dla niego, w pobliżu nie znajdowała się żadna żywa dusza. Tylko on i Nadira...
Ujął ją za dłoń i delikatnie poprowadził ku wejściu do jednej z pieczar. Nie ruszył głęboko, w sam mrok. Zatrzymał się po zaledwie kilku metrach, odwracając się w kierunku kobiety. Omiótł wzrokiem wejście, upewniając się, że na pewno osłoni ich osoby od wzroku osób, które mogłyby przybyć na plażę. Położył dłonie na talii Starkówny, po czym ostrożnie i delikatnie "przesunął" ją w kierunku ściany. Oparł dłonie o chłodną skałę, po obu stronach głowy kobiety. Oświetlały ich przytłumione promienie świetlne, wpadające do groty przez spienione fale i odbite od wilgotnego kamienia. Dawały one półmrok, który jednym mógłby wydawać się straszny, drugim zaś romantyczny i nastrojowy. Kevan zdecydowanie był tym drugim człowiekiem, to nie podlega żadnym wątpliwościom. Po krótkiej chwili, która zdawała się dla niego być wiecznością, wreszcie się odezwał...
-Skoro tego chcesz, to Ci powiem. Powiem Ci o tym, co od pewnego czasu spędza mi sen z powiek, co nie pozwala mi skupić się na niczym innym.- Tutaj zrobił krótką pauzę, jednak nie dając kobiecie żadnej szansy na choćby najkrótszą odpowiedź, niemal od razu kontynuował... -W królewskich ogrodach, podczas weseliska... Gdy nasze usta złączyły się na tę krótką chwilę w pocałunku... Wszystko inne przestało dla mnie wtedy istnieć. Zrozumiałem wtedy, że muszę zrobić wszystko, abyś była bezpieczna, i spełniona, i szczęśliwa. A także coś jeszcze...- Mężczyzna podczas swego krótkiego monologu bardzo powoli, centymetr po centymetrze zbliżał swą głowę do głowy kobiety - swe usta do jej ucha. I już po chwili wyszeptał do niego: -Zrozumiałem także, że Cię kocham.-
Młody Mormont jeszcze nigdy nie czuł się tak, jak w tej chwili. Nic z resztą dziwnego, skoro po raz pierwszy wyznał swą miłość. Czuł przyjemną ulgę, którą dało mu ujawnienie swych uczuć. Czuł jednak także po prostu niewyobrażalny strach. Obawiał się, że Nadira nie odwzajemnia jego uczuć. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak miałoby wyglądać jego życie, gdyby został odtrącony. Te strach i niepewność skręcały mu wnętrzności, sprawiały, że serce biło jak gdyby kowal uderzał swym młotem o kowadło, a także przyprawiły jego policzki o niemal soczyście czerwoną barwę. Wstydził się i bał, jednocześnie odczuwając choć w jakimś stopniu ulgę... Ot, ironia...
Zebrał się jednak na jeszcze jeden akt odwagi i złożył na ustach kobiety pocałunek. Długi i namiętny - o ile Starkówna nie zechce go przedwcześnie przerwać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Czw Sie 07, 2014 12:06 am

Nadira sama prosiła się o odpowiedź i ją otrzymała. Powinni porozmawiać wcześniej, ale przecież tak dobrze było udawać, że nic się nie zmieniło i wszystko wygląda tak, jak dawniej. Cały świat udawał, wiec to samo robili i oni. Do czasu. Wilczyca wiedziała, do czego to wszystko zmierzało. Czuła, odczytywała ze spojrzeń i pamiętała, co stało się w Królewskiej Przystani.
Pozwoliła przejąć Kevanowi inicjatywę, by raz na zawsze rozpędzić wszelkie wątpliwości, co do tego, jak to między nimi właściwie było. Nie odzywała się, tylko pozwalała mówić. Niebezpieczna bliskość między nimi potwierdzała jej przypuszczenia. Ale chciała to usłyszeć tak samo mocno, jak i zatkać mu usta, by milczał. Nie zrobiła nic.
Nie udawała, że nie robi jej się gorąco. Mięśnie napinały się, a oddech przyspieszył. Nie mów tego, nie będzie odwrotu - mówiło spojrzenie. Ale on nie posłuchał.
Dla Nadiry to było jak cios. i najgorsze w tym wszystkim było to, że odwzajemniała te uczucia w tym samym stopniu.Pogrążali siebie nawzajem w czymś trudnym. Brunetka nigdy nie kochała w pełni, bo niby jak? Nigdy nie poznała żadnego chłopca tak dobrze, aby czuć coś więcej. A Terryn? Gdyby powiedziała, że to było nic, musiałaby skłamać. Podziwiała jego odwagę, szanowała prostotę i uprzejmość, tęskniła za ciepłymi słowami i dotykiem, ale ledwo go znała. Tak, na swój sposób pokochała, ale teraz, gdy więcej czasu spędzała z drugim Mormontem, wiedziała co znaczy się zakochać. Między przyjaźnią, a miłością jest cienka granica. Tak było z jej matką. Początkowo łączyło ich jedynie małżeństwo, ale z czasem byli dla siebie wsparciem. Miłość przyszła później. Nadira i Kevan byli dla siebie jak rodzeństwo, bo taka rola im przypadła po weselu dziedzica Niedźwiedziej Wyspy. Dziewczyna zawsze mogła liczyć na jego pomoc i z niej korzystała.
Ostatnie miesiące były trudne, ale i pełne optymizmu na przyszłość. Nad odzyskała radość życia i znalazła dla siebie zajęcie. Także dzięki Mormontowi. Kobieta mogła się tylko ganić za to, że nie odróżniła jednego uczucia, od drugiego. A teraz było już zbyt późno.
Umysł mówił jedno, ale serce drugie. A jednak gdy mężczyzna ją pocałował, nie broniła się, tylko odwzajemniła czułość z tęsknotą i żarem. Przysunęła się bliżej, obejmując go za szyję i przylgnęła mocno do ciała przyjaciela. Każdy, kto kiedyś czuł bliskość drugiej osoby, chciał tego doświadczyć znowu. A jeśli kierowało tym serce, a nie zwykła namiętność, nie było w tym nic dziwnego, że nie nie padło słowo zaprzeczenia. Od prawie roku nikt nie patrzył na nią tak, jak teraz. Nikt nie obejmował, nie całował i nie powiedział czegoś, co przyprawiało ją o dreszcze. Potrzebowała tego, jak powietrza; potrzebowała Kevana.
- Co my teraz zrobimy? - zapytała, dotykając jego twarzy jedną ręką, a drugą kładąc na klatce piersiowej Mormonta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Czw Sie 07, 2014 9:45 am

Cały ciężar spadł z Kevana, przez co poczuł się on lekki jak piórko; tak lekki, że mógłby nawet i latać. Jak ręką odjął zniknęły niepewność, czy strach. Zastąpiła je fala gorąca, która gnała po jego ciele. Zastąpiły ją także i szczęście, i właśnie miłość. Ta ostatnia sprawiła, że nie zakrzątał sobie głowy niczym innym. Już od dość długiego czasu, gdyż od wizyty w Królewskiej Przystani myślał tylko o Nadirze i uczuciach, jakie do niej żywi.
Gdy odwzajemniła jego pocałunek, jedną ręką objął ją w talii, drugą zaś kładąc na jej plecachi. Ani mu się śniło zastanawiać się nad tym, jak mogłyby zareagować na coś takiego ich rodziny. Ani myślał o tym, że ojciec Nadiry może mieć inne plany wobec niej, a jego własny ojciec może mieć inne plany wobec niego. Teraz liczyła się dla niego tylko teraźniejszość. A ta była dla Mormonta jakże dobra. Wcześniej żył dla swego rodu - aby ich nie zawieść, aby robić to, co do niego należało. Najpierw jako brat dziedzica, później jako i sam dziedzic. Robił to jednak, można by rzec, z przyzwyczajenia, czy z poczucia obowiązku. Teraz jednak? Teraz każdego poranka wstawał z łoża dla niej - dla Nadiry. I dzięki temu stał się szczęśliwy. Już nie musiał opierać się na obowiązku do spełnienia. O wiele ważniejsze stało się uczucie, które wielu ludzi uważa za najsilniejsze na świecie.
Z uśmiechem na ustach patrzył wprost w oczy Wilczycy. I zobaczył w nich coś, o czym zawsze głęboko marzył.
-Może wszystko się dobrze ułoży.- odpowiedział kobiecie, choć odrobinę niepewnie. Dopiero teraz dotarło do niego, w jak kłopotliwej sytuacji może ich to postawić. Nie było jednak innej możliwości, jak liczyć na trochę szczęścia. Po chwili jednak uśmiech powrócił na jego usta, z których po chwili wydobyło się kilka kolejnych słów: -Jestem Twój, Nadiro. Już na zawsze.-.
Kevan bardzo chciał, aby to tylko było takie proste... Tak jednak nie było. Nie mógł jednak przepuścić okazji, aby choć przez jakiś czas być szczęśliwym i móc sprawić, że Starkówna także będzie. Nadal obejmując ją jedną ręką w talii, drugą począł delikatnie przeczesywać jej włosy, uśmiechając się do niej ciepło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Sie 11, 2014 1:57 pm

- Liczysz na szczęście w takim podłym świecie? - zaśmiała się gorzko. - Lepiej tego nie robić. Rozczarowanie może zbyt duże - Nad chciała wierzyć w to, że coś dobrego się wydarzy, modliła się o to żarliwie, ale jej cierpliwość wystawiana była na ciężką próbę.
- Powinieneś odejść, nim będzie jeszcze trudniej - powiedziała, starając się przybrać szorstki ton, ale nie wiedziała, czy wyszło jej to tak, jak chciała. Nie umiała odtrącać tych, których kochała, bo było ich tak niewielu. - Jesteśmy daleko od Północy, zostaje nam czekać na powrót do domu i to, że mój pan ojciec nic nie zdecydował. Ale możemy liczyć tylko na to? Może powinniśmy coś z tym zrobić? - czy aby na pewno chciała?
- Możesz ruszyć w świat, podróżować. Poznasz kogoś i będziesz szczęśliwy. Nie będziesz musiał czekać na coś, co może się nigdy nie stać rzeczywistością - ratowała siebie, ale dla siebie nie zostawiała niczego. Była do tego przyzwyczajona, uczono ją posłuszeństwa i oddania. Tak zawsze było i będzie.
- Nie chcę, żebyś odszedł - przyznała, z resztą wiedział, że jej bezsensowny bełkot, to tylko próba obrony, wyjścia z tego wszystkiego w jakiś sposób. I tak żadne nie potrafiłoby udawać. - Ale nie wiem jak mam ukrywać to, co czuję i czego pragnę - a chciała jego.
- Wiesz, że oddałabym ci wszystko - spojrzała na niego znacząco. Oddałaby i siebie. - Ale boję się niewiedzy. Chcę mieć pewność, że to dobre dla wszystkich. A teraz... - zawsze myślała, ze ojciec nie kocha jej tak, jak innych dzieci. Nie chciała przynieść mu wstydu, chociaż sama Nad nie uważała, ze w miłości było coś złego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Sie 11, 2014 10:35 pm

-Jesteśmy ludźmi dopóty, dopóki mamy marzenia.- począł odpowiadać kobiecie Kevan, głosem niemal zaskakująco spokojnym. -A ja marzę o tym, aby już zawsze być przy Tobie.- Zostawiając chwilę na "przetrawienie" tych słów zarówno sobie, jak i Nadirze, zadał pytanie, choć nie oczekiwał na nie odpowiedzi. -Kimże bym był, gdybym porzucił swoje marzenie?- Uśmiechnął się ciepło do kobiety, aby dodać jej otuchy. A także po to, aby i samemu móc nadal trwać w przekonaniu, że wszystko się ułoży.
Nawet trochę się nie przejął tonem głosu, jaki przybrała (czy też próbowała przybrać) Starkówna.
-Może powinniśmy... Może Lord Stark by się zgodził, gdybym poprosił go o Twoją rękę.- pomyślał na głos młody Mormont. Ujął dłoń Nadiry w swoje i zawiesił na niej wzrok, znów odzywając się. Tym razem jednak jego głos był trochę cichszy i nie tak pewny jak wcześniej. -Jednak czy Ty byś tego chciała?- Kevan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach takie pytania nie mają nawet prawa bytu. Sam jednak nie potrafiłby dzielić swego życia z osobą, z którą nie łączyłaby go miłość. Młodą wilczycę jednak pokochał. I dlatego to właśnie z nią u swego boku pragnął spędzić swe życie.
-Wiem o tym, Nadiro. Ty natomiast wiedz, że nigdy nie odejdę. Co by się nie stało, zrobię wszystko, aby zawsze być przy Tobie.- odpowiedział jej ciepłym głosem, znów się uśmiechnąwszy.
-Przy mnie nie musisz niczego ukrywać. Powiedz tylko czego chcesz, a ja Ci to dam.- skwitował kolejne jej słowa. Położył obie dłonie na jej biodrach i delikatnie przyciągnął ją do siebie. -Obiecuję Ci to.- powiedział całkowicie pewny swych słów, patrząc głęboko w oczy kobiety.
-A teraz jesteśmy sami.- dokończył słowa Nadiry i mocno ją przytulił. -Nikt nie wie, że tu jesteśmy. Nikt się o niczym nie dowie. Choć na chwilę możemy przestać udawać.- powiedział półgłosem, podczas gdy palce jednej z jego dłoni spokojnie wodziły po plecach kobiety.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
158
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Plaża   Pon Sie 11, 2014 11:31 pm

Zgodziłby się, ale czy nie obiecał tego komuś innemu? Bezdzietna, młoda wdowa - idealne rozwiązanie. Skąd niby mieli wiedzieć, że ich obawy były bezpodstawne i obaj ojcowie porozumieli się na ten temat i tylko czekali na odpowiedni moment. To nie było jeszcze na tyle oficjalne, zwykłe porozumienie stron.
- Dlaczego ja? - zapytała, obejmując go równie mocno, jak on ją. - Dlaczego ze wszystkich dziewcząt właśnie ja? - powiedziała z wyrzutem, ale równocześnie wdzięcznością.
- Nienawidzę cię - skłamała i pocałowała krótko. - Tak bardzo... cię... nienawidzę - pocałowała go mocno i nie przestała, dopóki nie zabrakło jej tchu. Nie powinien jej zachęcać. Nie było nikogo, nikt nie wiedział gdzie są i to wyznanie, wszystkie emocje z tym związane i tak dalej. Dla niej to było zdecydowanie zbyt wiele. Nie potrafiła i nie chciała powstrzymywać tego, czego pragnęła.
- Chcę ciebie - musiała mu to dwa razy powtarzać? - odgarnęła włosy na jedną stronę, odsłaniając swoją szyję. Chciała czuć jego pocałunki i pieszczoty. Co, że kiepsko broni swojej cnoty? Była wdową, nie miała już czego bronić.
Zdjęła ręce Kevana ze swoich pleców i podprowadziła je pod swoją tunikę. Chciała czuć ciepły dotyk bezpośrednio na skórze. A kiedy tak się stało (bo skorzystał, nie?) poczuła jak napinają jej się mięśnie. Przeszył ją przyjemny dreszcz.
Pisane jest im być tylko kochankami? Zgoda. Nie zrezygnuje z niego, nigdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Niedźwiedzia Wyspa
Liczba postów :
80
Join date :
20/04/2014

PisanieTemat: Re: Plaża   Wto Sie 12, 2014 1:25 am

Mormont uśmiechnął się , gdy kobieta spytała dlaczego jego wybór padł akurat na nią. Doskonale znał odpowiedź na to pytanie, wiedział nawet jak ubrać to w słowa. Słowa, które zdecydował się wypowiedzieć.
-Jesteś idealna. I po prostu nie mógłbym dłużej bez Ciebie żyć.-
Gdy Nadira go pocałowała, odwzajemnił jej czyn, delikatnie przygryzając przy tym jej dolną wargę.
A już po krótkiej chwili usłyszał to, czego skrycie pragnął. Jego dłonie znalazły się pod tuniką kobiety.
Lewą dłoń położył na jej boku, zaś opuszkami palców prawej powoli wędrował po jej brzuchu. Jej skóra była przyjemnie delikatna i jędrna w dotyku, co nie umknęło uwadze młodziana. Uśmiechnął się do kobiety, patrząc jej w oczy.
Po krótkiej chwili obdarzył policzek Starkówny krótkim całusem, po czym złożył kolejny, ledwie wyczuwalny, zupełnie jakby nieśmiały, już na jej szyi. Aż do tej pory ani myślał przestać dotykać kobiety, jednak wyciągnął prawą dłoń spod jej tuniki. Podczas gdy powoli, nawet odrobinę się nie śpiesząc, począł rozpinać (czy też rozwiązywać) górną część garderoby kobiety, musnął jej szyję językiem, bardzo delikatnie przygryzł płatek małżowiny usznej, aby po chwili znów lekko dotknąć wargami jej szyi. Tym razem jednak nie zatrzymał się na niej, miast tego zmierzając ustami w dół jej ciała, co kilka centymetrów je całując. Gdy szary materiał zatrzymał tę jego eskapadę, wyprostował się i niemal zerwał go z ciała Nadiry. Niemal od razu powrócił do tego, co musiał chwilę wcześniej przerwać, przez niedługi tylko czas wodząc wzrokiem po półnagim ciele kobiety. Polizał sutek jednej z jej jędrnych piersi, jednak nie zatrzymując się na długo przy tychże. Już po chwili jego usta znalazły się tuż pod jej pępkiem, a osuwane po jej bokach w dół ciała opuszki jego palców zaczepiły się o krawędź ciemnobrązowych spodni. Klęcząc przed kobietą powoli opuścił jej spodnie i bieliznę i odrzucił je gdzieś w bok, odsłaniając jej piękne ciało.
Mężczyzna powstał i z uśmiechem na ustach powiódł wzrokiem po nagiej już Wilczycy. Jej wygląd był dla niego zniewalający. Wiedział to już dużo wcześniej, gdy widywał ją wyłącznie w ubraniach. Teraz jednak nie pozostawiło to w jego głowie już żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. I z sekundy na sekundę pociągała go coraz bardziej. Krew już od dłuższego czasu buzowała w jego żyłach, roznosząc ciepło po całym jego ciele. Materiał jego spodni coraz mocniej się napinał, gdy napierała na niego jego męskość, co objawiało się bardzo wyraźnie widocznym wybrzuszeniem w kroku Mormonta. Lekko ujął dłoń kobiety i położył ją na sprzączce swego pasa...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Plaża   

Powrót do góry Go down
 

Plaża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Budka na plaży.
» Dzika plaża
» Dzika plaża.
» Plaża
» Plaża niestrzeożona

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy-