a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnaty gościnne



 

 Komnaty gościnne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Komnaty gościnne    Pon Mar 10, 2014 4:25 pm

Specjalnie na potrzeby weselnych gości oraz ich świty, z gościńca wydzielone zostały dwa piętra prywatnych komnat oraz łaźni. Poziomy strzeżone są bez przerwy przez trzy warty strażników zmieniające się co cztery godziny. W zależności od rozmieszczenia sal, z ich okien rozpościera się widok na drzewa Bożego Gaju albo na plac ćwiczebny przy zbrojowni i kuźni kowala. Pomieszczenia są przestronne, posiadają duże palenisko, świeczniki, grube zasłony, trzy fotele, stół, balię, lustro, alkowę. Urządzone są zgodnie z tutejszą surową stylistyką łączenia kamienia, elementów srebra z ciemnym drewnem dębu czy skórami zwierząt, czyli wszystkim tym, z czego słynie Północ. W niektórych izbach na belkach stropu można odnaleźć inskrypcje zapisane w runach Pierwszych Ludzi, które pierwotnie zaklinać miały złe duchy. W każdej komnacie zaś czeka woda, bukłak z winem oraz kufer z ciepłym odzieniem wierzchnim, dostosowanym do tutejszych warunków. W razie problemów, do ciągłej dyspozycji są stewardzi na usługach zarządcy majątku, Edwyna Poole'a.

Pięć komnat i trzy łaźnie przeznaczone dla gości z rodu Baratheonów znajdują się na poziomie pierwszym, z widokiem na plac ćwiczebny. Aby nie urazić miłej reprezentacji z Końca Burzy, ścian żadnej z nich nie zdobią wypchane poroża jeleni. Brudnozłoty, miękki materiał puchowych kołder w alkowie poprzeszywany został starannie czarną nicią. Jako, iż są to goście z regionu położonego daleko na Południu, w kufrze przygotowanym dla nich zadbano przede wszystkim o najcieplejsze futra.

❄ ❄ ❄
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://averyhere.tumblr.com/
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
213
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    Nie Kwi 06, 2014 2:48 pm

| Wielka Sala

Czy liczba mniej przyjemnych tematów do rozmowy zmniejszy się, gdy już Aidan odkryje swoją niespodziankę? Tego Aryana nie mogła być pewna, bo choć bardzo chciała by wszystko wróciło do normalności, zdawała sobie sprawę, że szok, w jakim może znaleźć się jej brat, nie zawsze jest dobrym doradcą. Choć byli zżyci, odgadywali swoje myśli i często potrafili przewidzieć swe działania, tego jednego panna Stark nie mogła przewidzieć. Póki co więc prowadziła brata korytarzami zamku, prosto ku gościnnym komnatom.
W pamięci wciąż miała to, co powiedział jej jeszcze w Wielkiej Sali, a jej myśli same uciekły na chwilę ku Cailet Tyrell i zmianie w głosie Aidana, która była zauważalna, gdy tylko wypowiadał się o swojej przyszłej żonie. Czy to możliwe, że zaszła w nim aż taka zmiana?
- Dziedzic Doliny i dziedzic Północy będą związani więzami krwi, to może dobrze wróżyć na przyszłość - odparła tylko, ignorując wcześniejsze sugestie brata, ale była zadowolona, że jego humor wrócił choć w części.
- Widziałam ojca wczoraj wieczorem, przez krótką chwilę - odparła, pochmurniejąc nieznacznie. Według niej lord Stark znacznie podupadł na zdrowiu ostatnimi czasy, a nawet jego wczorajsza mowa powitalna, choć w zamyśle miała zostać zapewne wygłoszona z wigorem, pozostawiała wiele do życzenia - Ale wierz mi, na wiec na pewno będzie gotowy. Niech mnie Inni porwą, jeśli nie siedzi teraz nad mapą w swojej komnacie i nie obmyśla strategii.
Zaśmiała się krótko, próbując zamaskować własny niepokój.
Znaleźli się wreszcie na piętrze, z okien rozciągał się widok na plac ćwiczebny, więc jeśli Aidan nadrobił swoje zaległości to powinien wiedzieć już, w kierunku czyich komnat się udają. Być może domyślał się, że siostra prowadzi go na spotkanie z delegacją rodu Baratheonów, ale nie mógł wiedzieć, z którymi z jej członków przyjdzie jej się za chwilę zobaczyć.
Stanęli przed dębowymi drzwiami, za którym znajdowało się przeznaczenie dziedzica Winterfell.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła panna Stark, unosząc głowę i spoglądając bratu prosto w oczy, starając się wyczytać z nich jakieś ostatnie wskazówki - Nie wejdę z tobą, ale proszę, przekaż moje pozdrowienia. I wybacz, że nie powiedziałam ci od razu, ale musisz to zobaczyć na własne oczy żeby się przekonać.
Jej słowa mówiły mu zapewne tyle, co nic, więc nie chcąc odkładać w nieskończoność tego, co nieuniknione, Aryana przekazała bratu półmisek ze śniadaniem, który niosła przez całą drogę, a następnie zapukała do drzwi i uchyliła je tak, aby Aidan mógł przez nie szybko wejść.
- Gdybyś mnie potrzebował, będę w swojej komnacie - szepnęła jeszcze, starając się dodać mu otuchy ostatnim spojrzeniem, a gdy upewniła się, że wszedł do pomieszczenia, zamknęła za nim drzwi i oparła się o nie, nasłuchując przez kilka pierwszych minut.
Gdy upewniła się, że brat nie wybiegnie już z krzykiem, uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła w drogę powrotną prosto do skrzydła mieszkalnego.

| Ary out
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    Nie Kwi 06, 2014 9:37 pm

| ten post powinien wyglądać mniej więcej tak "... . . .?!!!!" i wyciągnęłam z niego naprawdę tyle, ile mogłam, pardon

Musisz to zobaczyć na własne oczy, żeby się przekonać.
Strój gwardzistów trwających dzielnie przy drzwiach komnaty przygotowanej dla przyszłych biesiadników wskazywał jednoznacznie na służbę zaprzysiężoną rodowi z Końca Burzy. Nie umiał dokładnie sprecyzować, kogo też spodziewał się ujrzeć za drzwiami. Allyę? Lorda Baratheona we własnej osobie? Może najstarszego syna, Orysa? – Nic z tych rzeczy, podrapał się nieporadnie po szczecinie brody, wszyscy oni mieli teraz wystarczająco dużo zmartwień, ażeby jeszcze dokładać sobie kłopotów w postaci przypałętania się na wesele obcych dzikusów zorganizowane na dalekiej Północy. Ktoś jednak musiał zdecydować się na odwiedziny Winterfell; pytanie tylko kto, dlaczego i, przede wszystkim, co takiego miał do przekazania Aidanowi Starkowi, w co ten rzekomo mógł uwierzyć jedynie poprzez swoje naoczne świadectwo.  
Przychodzę bez zapowiedzi… – Zaczął spokojnym tonem, odchrząknąwszy wcześniej porządnie poranną flegmę. Strażnicy natychmiast popchnęli przed nim drzwi do sypialni, więc postąpił śmiało do przodu, z tacą opartą dziarsko o bok wamsu.

Czy można wypalić oczy, które spojrzały w niemożliwe?
Wypadło mu z rąk chyba coś większego niż przygotowane przez siostrę śniadanie. Świat, zmysły, rozsądek? W opowieściach Niańki w tym właśnie momencie dwóch najlepszych druhów padłoby sobie w ramiona i wspólnym łzom czy śmiechom nic nie mogłoby przeszkodzić. O tak, rzekomo suche męskie tęsknoty zawiera się w oszczędnym pozdrowieniu, lecz nie traciliby ani chwili na podobne głupotki; usiedliby wnet oboje przy palenisku, zimno, bardzo zimno, wznieśliby puchar czerwonego wina w imię pomyślności, i drugi zacząłby snuć z wolna swoją historię o niby powrocie zza światów, która ostatecznie wraz z puentą przeobraziłaby się raczej w fatalny ciąg nieporozumień, podczas gdy ten pierwszy, wsłuchując się uważnie w drogie słowa padające z ust przyjaciela, odczuwałby wyłącznie nieskończoną radość oraz ulgę, po części przerażającą, po części tak wyczekiwaną.
N-nie. Nie zrobisz mi tego.
Ale to nie była ballada. A jemu zabrakło powietrza.
Parsknął szaleńczym śmiechem, który ugrzązł był mu w płucach, i Aylward Baratheon rozpłynął się pod powiekami, zakładając, że to w ogóle on, że to w ogóle zdarzyło się tak naprawdę, jęknął, cóż za sen zesłali mu Bogowie mściwi, cóż za niedorzeczna mara…
Grunt pod stopami załamał się, zadrżał. Przylgnął do muru za plecami, wgnieciony, przygnieciony niewidzialną pięścią. Ból obosieczny ugiął mu kolana, jeśli dożyje do zmierzchu, będzie to szczęście, jeśli zaś do świtu – prawdziwy cud powtórzył głucho cichy głos, c u d, zlepek kilku liter układających się w wyposażony w przedziwny sens wyraz, który nie istniał nawet w prastarej mowie ich przodków, cholerni Andale, po stokroć niech będą zerżnięci w rzyć! Zacisnął pięści do zbielenia woskowej skóry, język szybkostrzelny stanął w jego gardle, kolejne wołania znikąd licytowały się zażarcie wybacz, że nie powiedziałam ci od razu gdy czytasz ten list, on nie żyje, ż y j e, wykrzyknik, czasownik, definicja nieudanego żartu. Śmiech i łzy niby życie i śmierć, nieszczęśliwi kochankowie ustawieni na przeciwnych biegunach; ledwo wynurzył się, a już ściągnięto go na samo dno. Kłucie po lewo, mdłości, zwymiotowałby chętnie całym tym parszywym bytem w pustce, złości, żalu. Pragnął, wyrzekał się, przeklinał. Trucizna, pragnął, złość. Pustka, żal, ból. Utrata, pustka, pamiętał – co noc w miesiąc, codziennie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    Czw Kwi 10, 2014 9:48 pm

Rześkie, wręcz chłodne, lecz idealnie spokojne i nieskazitelne powietrze wdzierało się do komnat przez uchylone okiennice. Jasne słońce przeświecało między czarnymi bezlistnymi konarami drzew, odnajdywało nieliczne drobinki złota na rozrzuconych po podłodze szatach, leżących pośród ciemnych nóg stołu i krzesało przepiękne iskry na plątaninie naczyń ścielących blat. W taki dzień nie było niczego piękniejszego od spaceru pośród murów Winterfell, a nawet, dlaczego by nie - konnej podróży poza ludzkie sadyby…
Lustro miało drobną plamkę na środku, ale Aylward żałował, że nie jest bardziej brudne lub - dlaczego by nie - nawet strzaskane.
„Twoje włosy są jak gęste, burzowe chmury na tle nocnego nieba!”.
Jakiś czas temu, zdaje się, że w innym życiu - bezwzględnie przycięte, w miejscach nawet muśnięte pocałunkiem ognia, odrosły w postaci szorstkiej szczeciny. Reszta sterczała rzadkimi kogutami, splątanymi jak stare wodorosty.
„Twoje oczy jaśnieją przeszywająco niczym bezcenne szafiry!”.
Blade i przekrwione, posklejane rzęsy zbite w pęczki, zaczerwienione powieki i fioletowo-czarne zbolałe oczodoły.
„Usta jak płatki róży?”
Popękane, spierzchnięte, pokryte łuszczącą się skórą i drobinkami krwi zbierającymi się w kącikach. Na zapadniętym policzku widniały trzy długie strupy, brązowe i zaognione na tle białej woskowatej skóry.
„Wyglądasz wyjątkowo przystojnie tego ranka, Aylwardzie…”
Po obu stronach szyi wyschnięte wiązki białych pasków, pozostałość po czerwonych bliznach. Wyglądał jak mężczyzna zabity przez zarazę, niewiele lepiej od czaszek spiętrzonych na kurhanie.
„Bóg Wojny we własnej osobie!”.
Wyraźnie zarysowane kości, ostra linia szczęki i zmarszczone czoło z widoczną niebieską żyłką. Patrzył w odbicie ostrożnie i chłodno, jakby dokładnie oszacowywał przeciwnika i wiedział, czego się po nim spodziewać. Dopiero po dłuższej chwili zerknął na swoją lewą, wciąż obandażowaną dłoń i, obnażywszy zęby, z trudem poruszał palcami, które w końcu powracały do sprawności - na zmianę prostował je i zginał, słuchając regularnych trzasków i chrzęstów, towarzyszących każdemu zaciśnięciu pięści. Był dziwnie spokojny jak na osobę, której życie, jeśli można to nazwać życiem, oparło się na ostrzu noża. „Człowiekowi można zaufać tylko w sprawach, które go dotyczą”, mawiał pan ojciec, raz za razem uderzając w tarczę kilkuletniego syna, trwożnie ukrywającego się przed ciosami postawnego Lorda Harberta. W kilkanaście dni imienia później Aylward nie miał najmniejszej wątpliwości, że senior rodu miał rację. Baratheon wypuścił cicho powietrze z płuc, zaciskając palce na prawym kolanie. Gdzieś na korytarzu rozległy się kroki, wyrywając go z hermetycznego, bezpiecznego świata i pozwalając skupić całą uwagę na szczęku otwieranych drzwi - zamiast jednak odwrócić się w ich stronę, ponownie wbił spojrzenie w lustro, kręcąc lekko głową.
- Ally, ile razy w życiu będę musiał prosić? Pukaj, nim wejdziesz, nie jesteśmy już dzieć… - przez cały czas, gdy z jego ust padały kolejne słowa, miał surową minę, jakby zmagał się z wyrzutami sumienia. A sumienie to cenna rzecz, jednak w takich chwilach potrafi pokrzyżować szyki…
W gładkiej, jasnej tafli lustra zamigotała znajoma sylwetka. Taka, która nie mogła należeć do kobiety z Południa.
Na dobrą sprawę nie mogła należeć do żadnej kobiety. A przynajmniej nie takiej, którą Aylward chciałby napotkać.
Bararheon poczuł, jak nóż przerażenia naciska mu na pierś, niczym dawna kochanka, która wróciła po kolejne pieszczoty. Błękitne spojrzenie na pół uderzenia serca zdołało wychwycić w lustrzanym odbiciu blask szarych tęczówek, zanim te zniknęły pod zaciśniętymi powiekami. Głuchy łomot upadającej na podłogę tacy był niczym ze słowami, które usłyszał w chwilę dłużącą się do nieskończoności. I ze śmiechem. Urywanym, głuchym jak bicie dzwonów, echo w studni, róg pośród leśnej kniei, wycie wilka.
Śmiech. Wcale nie rozbawiony. I słowa. Jak to słowa. Mają czasem żelazne, zimne brzmienie. Ciężkie ostrza mieczy padają na podłogę w obłoku kurzu.
Brzdęk, brzdęk.
Ty draniu! Parszywy, bezduszny skurwielu! Nienawidzę Cię!

Trzy głębokie, poszarpane bruzdy w podłodze, tuż obok rozrzuconych po ziemi ubrań. W nich zaryte trzy ciężkie rękojeści.
Jesteś niczym zaraza! Zatruwasz wszystko, czego się tkniesz! I niczego, słyszysz, niczego w tobie nie ma! Jesteś dla mnie trupem! Niszczysz siebie? Do Innych z tym! Ale oprócz tego niszczysz też mnie!
Kilka kolejnych ostrych kawałków, niby nóż do ryb i nożyce. Wszystko to leży wokół Baratheona - ciężkie, ostre słowa.
Ty mnie zabijasz! Tyle razy ci wybaczałem! Ale teraz koniec! Rozumiesz?! Nigdy więcej!!! Jak cię można kochać, południowa szmato, jak można się z tobą przyjaźnić? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział cię trzeźwego! Zdychaj beze mnie. Nie ma cię, Aylwardzie. Koniec. Nie ma tych zmarnowanych lat. Wymazuję cię z życia, ze świadomości, z pamięci! Nie pozwolę, byś mnie zniszczył!
Bardzo dużo odłamków. Zardzewiałe, poskręcane ostrza bez kształtu, o nierównych kantach. Wszystkie wbijały się głęboko w podłogę dokoła Baratheona. Tak. Tylko najpierw się o niego obijały. Niektóre przechodziły na wylot i znaczyły swój ślad z tyłu, za jego plecami. Nie sposób było odmówić Aidanowi celności. Nigdy. Wszędzie na podłodze i meblach leżały zakrwawione słowa. Wilkor w obłędnym tańcu tłumionych w sobie uczuć i on, Aylward - zdychający jeleń. W przedśmiertnym obłędzie, desperacji, pobożnym życzeniu - odwrócił się energicznie od lustra, wykonując kilka niezdarnych kroków w stronę drzwi. Uciec, chce uciec? Nie, nie. Nie. Baratheon znieruchomiał naraz pośrodku komnaty, potoczył rozgorączkowanym wzrokiem wokoło, niebieskie oczy zatrzymały się na wymizerowanej, najdroższej sercu twarzy. Nagły błysk, jakby dopiero teraz poznał przyjaciela.
Czemu tak stoisz?! wrzasnął na siebie w myślach wysokim, histerycznym głosem. Odezwij się! Zdobądź się na cokolwiek! Znowu jesteś tak nawalony, że nic do ciebie nie dociera?! Zrób coś!
Zrób.
Zrób...

Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się obok Aidana. Chciał mu powiedzieć, żeby uważał na ostre odłamki, ale nie mógł zebrać myśli w zdanie, zresztą - na bogów - jakie odłamki?! Komnata pozostawała nienaruszona, bezpieczna, skąpana w promieniach porannego, bladego słońca... nie było odłamków. Nie było kłótni. Tylko minuty ciszy trwające całe dekady, wieki, ery... tysiąclecia.
Zabandażowane dłonie wystrzeliły w powietrze, zupełnie jakby Baratheon chciał zacisnąć palce na gardle Starka. Zacisnąć i nigdy nie puścić, nigdy - już nigdy. Zamiast tego, złapał go za koszulę na piersi i szarpnął. Nie miał nawet szansy, by nim potrząsnąć, nie w tym stanie, nie, kiedy był jak robal wpełzający na skałę.
Przepraszam. Przepraszam. Przepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszam...
Palce jedynie zaciskały się i rozluźniały spazmatycznie. Jasne oczy, pełne lęku, jakby przestraszone własną agresją błądziły po wychudzonej twarzy, licząc każdą kolejną zmarszczkę. Raz, drugi, piąty.
Przepraszamprzepraszamwybaczmi!
Wydawało się, że Aylward wisi na Aidanie, szukając oparcia, tyle, że jego drgające palce zostawiały brzydkie czerwone smugi na jasnej koszuli.
- Rozumiesz, co do Ciebie mówię? - szepnął, czując jak krtań zasupłuje się boleśnie. - Rozumiesz? - powtórzył jeszcze ciszej, zapominając, w jaki sposób ma oddychać.
Patrzeć.
Mówić.
Uśmiechać się.
Czuć.
I powstrzymać cholerną, pojedynczą łzę, pełznącą leniwie po policzku i ginącą dopiero pośród ostrego zarostu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
762
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    Sob Kwi 12, 2014 12:21 pm

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? Rozumiesz?
Co noc w miesiąc, codziennie towarzyszył mu w nieokreślonej zonie schyłku marzeń ciągnących się jeszcze o brzasku lepką pajęczą przędzą na suficie. Zawsze znajdował do niego drogę na minuty przed świtaniem, taka była ich niepisana umowa i nieważne, jak bardzo akurat nie mieli ze sobą po drodze. Po raz ostatni zetknęli się na hołdzie królewskim w stolicy – Aylward Baratheon wgryzał się w ociekające słodkim sokiem dorodne czerwone jabłko; włosy zwichrzone po zejściu z konia, długi płaszcz poprzetykany złotą nitką, roziskrzone tęczówki wnet zdradzające chytry zamiar, one nie kłamią, ser, oczu nie przechytrzysz. Świadomość balansowania pomiędzy jawą a snem nigdy wcześniej nie sprawiała Aidanowi tyle niewdzięcznej przyjemności, gotów był nawet podsycać ból dla tych kilku chwil, w których obcował z nim, mówił do niego, zabierał w podróż poprzez miejsca dawno zapomniane, nieodwiedzane od lat. Nie pojmował z tego wiele, krajobrazy pociągały za niewidzialną strunę w sercu, czuło się w nich tyle w ł a ś c i w e g o, nabierało się przekonania o niepodważalności, o wieczności swego rodzaju spraw; ten paradygmat każdy znał z dzieciństwa – pewność, brak wątpliwości. Pamięć nie zawodziła, od pierwszego styku na dworze spierali się, to znów zgadzali, różnili często oraz z niekłamaną chęcią krzyżowali najpierw tępe, ostrugane kije; nie walczy się z b r a ć m i zwykł upierać się na żarty tak jak bawił się z bliźniakami, oddając młodszemu uderzenia na pół gwizdka, aż ten, burzowa chmura, powalił go zniecierpliwiony, wtykając drewniany grot pod krtań. Teraz i zawsze? – Padło pytanie, dzwoneczki cienkiego śmiechu brzmiały ostro w uszach; impresje przenikały się łagodnie, niby niechcący dziedziniec w dalekim Końcu Burzy stopniowo zyskiwał wilgoć, drewniane bele i stęchliznę karczmy ulokowanej przy drodze na północ. Spoglądając na swoją dłoń, zamiast drobnej rączki chłopięcia dzierżącej rękojeść drewnianego miecza widział palce dorosłego mężczyzny zaciśnięte szczelnie wokół ucha szklanicy wypełnionej po brzegi spienionym ale. Cycata oberżystka przyniosła im dwa kufle, wodził za nią oczami, pewnie zerżnie pannicę dziś w nocy, kiedy on skończy czytać, zgasi w palcach płomień świecy i ułoży się wreszcie na twardym posłaniu (tęsknota za n i ą najlepiej kleiła powieki). Dostałem list, wiesz, co mi napisali? Że umarłeś powtarzał wyświechtaną formułkę podgrzewaną na sam finał historii, kur piał, cienie na murze rozpraszało świtanie i cholernie chciało mu się szczać, a Ayl nadal nie odpowiadał, milcząca zjawa, w zasadzie nie musiał nic paplać, bo przecież wszystko było w p o r z ą d k u, prawda? Wykrzywiał jeno usta dokładnie w sposób taki, jakby znał rozwiązania wszystkich zagadek i zdążył już dawno podzielić się nimi z całym światem, tylko nie z nim – Aidan nie rościł sobie zresztą żadnych praw do przenikania przez bramy jego tajemnic, po prostu nie czuł się do nich zaproszony. Wystarczała mu obecność, świadomość, że j e s t choćby na końcu świata, pośród bliskich, szczęśliwy oraz bezpieczny…
Otworzył powieki.
Wciągnął świszcząco powietrze.
Strach trącił zgnilizną.
Strach?
Ty cuchnąca padlino – wychrypiał cicho, marny komplement na dzień dobry, pokręcił głową z niedowierzaniem; ciało mówi jedno, oczy nie kłamią, wiesz, łez zabrakło przez wyschnięte zdroje. Nie potrafił ubrać w słowa fali skrajności przetaczającej się przez żyły, obserwował zatrwożony wychudłe palce szukające w amoku czegoś, co ewentualnie mogło nim być. Obłęd, wariactwo…Dosyć! – Opuszki pozostawiały krwiste ścieżki na śnieżnobiałej koszuli; wyrwał mu ją z rąk, wytargał zdecydowanie materiał, po to wyłącznie, aby wniknąć weń, wtopić się jedno w drugie, przygarnąć go zaraz ramieniem, zamykając w bezpiecznym uścisku. Nerwowo poklepywał grzbiet pod palcami, przygładzał szew biegnący przez plecy, obrysowywał nienaturalne wybrzuszenia opatrunków. – Durny jeleniu, dałeś się złapać w sidła – plótł głupoty tuż przy płatku ucha i dusił radość albo po prostu drżał, kompletnie rozdygotany od wewnątrz. – M-mój bracie…
Kąciki parły mimowolnie do góry, spierzchnięte ryło rozciągało się w wysiłku, który wydawał mu się wręcz ohydny, nieodpowiedni. Pochwycił przyjaciela za barki, trzymał mocno odsuwając na szerokość ramion.
Patrz na mnie – przewiercał na wskroś, żyjesz, przeżyłeś, najprawdziwszy…I słuchaj uważnie.Jestem lepszy w prawieniu morałów niż w ich stosowaniu, własna bojowość onieśmielała Aidana, zaszokowanie nie dopuszczało doń złego. Śnił, a ta ułudna rzeczywistość-przezroczysty czas teraźniejszy zniknie z przetarciem ropnych resztek snu, czyż nie? – To, co widzę, wcale nie przyniosło mi ulgi – lód trzaska, odłamki przeszywają wnętrzności myślałem, że odszedłeś, tymczasem patrzę na coś ledwie odrobinę lepszego, niż przeżarty zgnilizną trup. Nie oszukasz mnie.Nie zasmakowałem trucizny, nie znam szaleństwa, które zagnieździło się w twojej głowiebyć może nie wiem nic, nie wiedziałemale zrobię w s z y s t k o, co w mojej mocy, żebyś wróciłwszak masz Allyę, masz Orysa, masz swoich ludzi, rodzinę…nie dla nich, tylko dla siebie…masz też swój honor, sławę i zemstę, zasępił się, podzielał pragnienie zemsty, łaknął jej najbardziej. – Jeśli zamierzasz do końca swoich dni tak trwać – zawiesił głos, przygryzając wargę smutna wizja, mógłbym zabić cię z czystego współczucia, podobny żywot nie jest niczego warty, ciało i krew to ograniczona zbroja, ciasne więzienie, natomiast śmierć, druhu, śmierć przynajmniej niesie wyzwolenie… Przełknął z trudem ślinę, odsuwając na bok ponure domysły. – Zapowiadam ci – wymierzył w jego pierś wskazujący palec, lordowska nuta – schowaj ten swój upór głęboko w dupę, ponieważ pókim żyw, nie opuścisz Winterfell w bandażach.Nie masz sił? Wesprzyj się na mnie, nie umiesz wziąć oddechu – oddychaj mną, proszę. Nie łamię danych obietnic. Jestem za tobą; byłem, będę.
T e r a z i na z a w s z e.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    Pon Kwi 14, 2014 3:44 pm

Dziwka. Torba. Wywłoka. Kurwa.
Rzucał przekleństwa podczas potyczek na ubitym gruncie równie beznamiętnie, jak „Więcej ale, dziewczyno”. Drzewa były zielone, łąki obsypały się kwiatami, a on jak zwykle robił się niezadowolony. Miał zostać bohaterem, i to wyszkolonym do wielkich czynów, wspaniałych i godnych pieśni. Tylko że nauka odbiegała od oczekiwań, jakie sobie wyrobił na podstawie wysłuchiwanych od dzieciństwa legend. Miecze były za ciężkie, żeby mógł je podnieść, zbroje okazały się niewygodne, zwłaszcza kiedy trzeba było w nich walczyć, do tego odciski utrudniały chwytanie za piersi krawcowej, której imię wymazał z pamięci już dawno temu.  
Dziękować mógł tylko za jedno - za kompana walk, który miał stać się jego przyjacielem. Bratem. Częścią duszy, komorą serca, źrenicą w oku, a niechże i będzie - prawym jądrem! Dziękował każdej grzesznej nocy, każdego pobożnego dnia, każdej chwili, sekundy, przy każdym oddechu. Za cierpliwość, wyrozumiałość, odwagę, bliskość, słowa, gesty, ciosy, przelane litry ale, wylany pot, krople krwi. Aylward podziwiał go, spod ciemnych, przymrużonych powiek obserwując, jak spokojnie, prawie bez problemu przychodzi mu walka z pokusami, z demonami własnego umysłu, z rozszalałą chucią młodzieńczego ciała. Kiedy wiedział, że kolejny łyk wina będzie tym, który nie tylko przeleje czarę goryczy, ale i wzburzy w trzewiach sytą kolację i pociągnie ją w górę - krótkim, stanowczym gestem odmawiał. Przy Aylwardzie był mistrzem spokoju, rekordzistą wewnętrznego ładu, czempionem harmonii duszy. Był wolnym człowiekiem pośród zniewolonych ludzi. Lubił to: żyć między nimi i dla nich, czuć ich szacunek – odrobinę strachu, ciekawości, fascynacji. Gdy szedł ulicami południa, ludzie mijali go, oglądając się ukradkiem. Wyglądał dostojnie i poważnie – wysoki młodzian w czarno-szarej tunice i spodniach, w rękawiczkach i ciężkich, podkutych butach. Tak musiał wyglądać. Był synem Północy. I nawet kiedy wiedział, że niektórzy go nienawidzą, brzydzą się nim, pogardzają… nie przejmował się tym. Bo gdy szedł pośród różnobarwnego i różnokształtnego tłumu ludzi o strojach i ciałach ukształtowanych według tysięcznych mód, obyczajów oraz religijnych nakazów, wiedział, że stanowi symbol jedynej siły budzącej grozę ich wszystkich – Honoru.
- Ty cuchnąca padlino.
Jasne tęczówki nawet nie drgnęły, utkwione w Aidanie z wyjątkowo przejmującym, zimnym wyrazem swojego błękitu. Sam głos Starka wprawiał Aylwarda w istne zażenowanie. Patrzenie na Baratheona, słuchanie Baratheona, oddychanie z Baratheonem jednym powietrzem - było nie tyle męką, co zaskakującą trudnością. Sprawiało psychiczny ból bliżej nieokreślonego pochodzenia. Był zbyt dobry w zabijaniu, żeby wierzyć w cud. Jest też zbyt  trzeźwy, żeby wierzyć w bogów. Przez jakiś czas wierzył tylko w siebie. Zbyt wiele razy upadał i zbyt wiele razy się podnosił, żeby nie zauważyć, że w człowieku jest tylko jedna siła - on sam.
On sam.
Jak więc uzyskać wiedzę o sobie - spoza siebie? Im cięższym spojrzeniem tonął w tej odwróconej astronomii, tym wyraźniej rozpoznawał pląsy psyche. Wydawało mu się, że to tak wielka sprawa - że tak trudna. Przyjaźń. Wierność. Miłość. Że uszlachetnia go i wywyższa i daje przepustkę do człowieczeństwa.  A uczucia to przecież najbanalniejsza rzecz na świecie. Postawił je na ołtarzu, ponieważ nie potrafił ich zrozumieć.
Fałszywy bożek - miłość!
- Żyłem, cierpiałem i kochałem wspólnie z wami… - brzydki, brzydki grymas ust, rozpełzający się po całej twarzy z chwili na chwilę, przybierając kształt maski.  Błękit spojrzenia zamigotał nienaturalnie, kiedy dłonie zostały pozbawione oparcia, brutalnie oderwane od znajomej faktury, zamknięte, zniewolone, zmuszone do poddania się silnym objęciom.
- … obiecałem, że wypiję na Twoim weselu i naszczam na kryptę, jeśli będziesz miał czelność umrzeć przede mną. I o ile drugiej przyjemności mogę sobie odmówić, o tyle pierwszą wykonam z niekrytą satysfakcją. - ręce rozłożone w bezradnym geście, a może wręcz przeciwnie - w otwartości, w przygotowaniu, w gotowości na wszystko, co lada chwila padnie z ust Starka.
Chce uderzyć? Niech bije. Chce obrazić? Niechże nie szczędzi słów!
Aylward bowiem już dawno poniżył własną inteligencję. W chwili, gdy ujrzał przyjaciela w drzwiach, wątpiącego, wściekłego, przerażonego - złożył ją w ofierze przed reliktami zwierzęcej biologii, czyli emocji. A przecież tu, w tej chwili, w tej komnacie, w tym czasie i tylko tym życiu - nie ma nic do rozumienia. Możesz tylko doświadczyć lub nie, nakierunkowując się w dowolne uczucie.
Na dotyk Aidana. Zapach Aidana. Ciepło Aidana. Szept Aidana.
Opanowanie, które przejawiał Baratheon do chwili, gdy przyjaciel nie przekroczył progu komnaty - dawało mu jedno. Dawało mu władzę nad nimi - nad emocjami. Bo te nie mały racji bytu - przez całe życie się ich wyzbywał. Zawsze sądził, że może mieć je na zawołanie, na każde wezwanie więcej. Więcej, więcej nieskończenie więcej. Ile zechce. Na rozkaz. Ustawione karnie jak ciężka jazda gotowa do ataku.
Lecz tymczasem Aylward postawił nad sobą kata przybierającego formę przyjaciela, brata krwi, który karze go bezlitośnie za najmniejszy uczuć niedobór: o, jaki nieludzki! jaki zimny! psychopata! Pozbądź się tych przesądów! Który z dwóch porządków przystoi człowiekowi?
Czuję to, co nakazuje rozum. Rozumuję tak, jak nakazują uczucia.
I Baratheon nie może już zbyć problemu wzruszeniem ramion. Nie może odłożyć odpowiedzi na później. Nie może powstrzymać się od dokonania wyboru.  Samo istnienie przyjaźni stawia go pod ścianą. Korzystasz? - czy nie korzystasz? Rozum? - czy małpa?  Odmówiłeś? Wracaj do domu. A wybór jest tuż, tuż - Aidan i Aylward, Aylward i Aidan. Spoglądają na siebie, odnajdują się nawzajem wzrokiem. Jeleń przechyla lekko głowę, nadal patrząc na Wilkora. A ten patrzy na Jelenia, patrzącego. Odbicia odbić odbić - piękno przychodzi zawsze z zewnątrz, nie istnieje poza światem fizycznym: mimo wszystko wyobrażenie piękna nie jest pięknem, tak samo jak wyobrażenie strachu nie jest strachem, a wyobrażenie zła nie jest złem. Jak więc odróżnić prawdę od fałszu? Proste - poprzez poznanie.
- Jestem nieracjonalny.
Przerywa mu w pół słowa, chłonąc jednak z uwagą każdą uwagę, każdy zwrot, nie ważne, jak ostry i bolesny. To bowiem było poznanie. Poznanie.
Ach, jak wspaniale - żyć!
I wprost z dzbana wino pić!

- Bywa ze mną jest jeden, odwieczny problem.
Niewielka zmarszczka w kąciku zaciśniętych kurczowo ust, kolejna - pomiędzy brwiami, wyraz najgłębszej determinacji. I jeszcze jeden drobny defekt, jak pęknięcie w najszlachetniejszej porcelanie, jak rysa na diamencie - biegnąca przez blade czoło zapowiedź rozpaczliwego namysłu.
Przemierzać cały świat,
nie bacząc na upływ lat…

- Wspinam się na wyższe i wyższe szczeble, i wiem, że pewnego dnia któryś z nich okaże się zbyt stromy.
Odczuwał niepokój, brak stanowczości, a za tym wszystkim natrętny dyskomfort psychiczny, którego nie potrafił nazwać po imieniu. Tymczasem wyjaśnienie kryło się pod bardziej prowizorycznymi pobudkami. Cieplutkie rączki łatwego życia pochwyciły Baratheona za szyję i z wolna poczynały go dusić. Był człowiekiem wojny, a kiedy zmuszano go do odpoczynku, nie ważne jak istotnego dla jego własnego zdrowia - zaczynał więdnąć.
Zobaczyć miejsc tysiące,
a w nich panny z rozkoszy drżące…

- Jednak nie rezygnuję... bo przecież tak przyjemnie oddycha się powietrzem ze szczytów.
… chociaż wiem, że zginę, spadając.
Długi, wychudły palec, jak szpon sępa zatapiający się w ciele ofiary - przeciął powoli powietrze, by w końcu zatrzymać się na szerokiej klatce piersiowej, tym razem jednak nie szukając oparcia… lecz wytykając błędy. Pełne oskarżenia dźgnięcie, niczym nieszkodliwe, ale bolesne użądlenie komara oraz wychudła twarz promieniejąca radością, tak nie pasująca do pełnego nagany gestu.
- Chyba źle się zrozumieliśmy, dziedzicu Północy, przyszły Lordzie Stark oraz panie na Winterfell… - błękitne spojrzenie, wbite w szare tęczówki i głowa kręcąca się w geście dezaprobaty - cały spektakl będący zaledwie preludium do nadchodzących słów… - … otóż żaden z nas nie opuści tej komnaty, co dopiero o Winterfell mówiąc, jeśli stojący na stole dzban ale będzie pełny, a urocza pomoc kuchenna nie zostanie przeobracana! - kolejny gest, tym razem wykierowany wprost w stół, gdzie pogrążone w milczeniu, pokryty zimnymi kroplami naczynie świadkowało słowom Baratheona.
Odmawiasz? Uciekaj.
Zostajesz? Nie myśl, że na jednym dzbanie stanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnaty gościnne    

Powrót do góry Go down
 

Komnaty gościnne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Komnaty Królowej
» Komnaty Władcy (Zamek Pyke)
» Komnaty Maestra Edvyna
» Komnaty księżnej Ivory Targaryen
» Pokoje gościnne

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Północ :: Winterfell :: Wielkie gody Północy-