a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Hak Masseya



 

 Hak Masseya

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Hak Masseya   Sob Kwi 20, 2013 6:22 pm

Hak Masseya jest to pas ziemski niedaleko Królewskiej Przystani który żeglarze muszą opłynąć by się dostać na brzeg. Z góry przypomina haka, stąd ta nazwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Czw Lip 18, 2013 2:19 pm

Odjechali od tych przeklętych zbieraczy trupów. Celestine zatrzymała się w tym uroczym miejscu tak uciążliwym dla żeglarzy. Ci musieli opływać ten kawałek lądu, ale z lądu... cóż było tu pięknie. Zsiadła ze swojego konia i puściła go by zwierze napiło się wody i poskubało suchawej trawy. Sama też bez słowa podeszła do brzegu, uklękła i pochyliła się nad wodą i zaczęła się obmywać z krwi, nim wrócą do miasta musieli choć nieco wrócić się do porządku, bo straż ich nie przepuści. -Dlaczego w każdej części tego zawszonego świata muszą znaleźć się takie cholerne menty? - Warknęła pytanie, obmywając sobie obszerny dekolt gorsetu.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pią Lip 19, 2013 11:45 am

Tak, mogli już odetchnąć świeżym powietrzem, bo zaiste w tym "trupowisku" nie dało się tego zrobić. Ale na szczęście odjechali już stamtąd i Orkwood miał nadzieję, że na razie nie będzie miał przyjemności oglądać, ani wąchać żadnych trupów. Tak naprawdę miał ochotę już odpocząć, wypić trochę rumu, albo wina. Czegokolwiek co mogło choć troszeczkę zagłuszyć dzisiejsze spotkanie. Owszem Ben lubił walczyć. Nie koniecznie zabijanie było jakąś czynnością, która go cieszyła, ale na pewno był zadowolony, gdy dawał sobie radę z większą ilością przeciwników niż tylko jednym. Nawet jeśli jego broń nie była jakoś specjalnie zaawansowana, ani on sam nie był super wojownikiem. W pewnych momentach działała adrenalina i to go pobudzało do dalszych reakcji.
Orkwood owszem też był troszeczkę oblany krwią, ale chyba nie aż tak bardzo jak Celestine. Jednakże postanowił zrobić to samo co ona, kucnął przy brzegu i zaczął czyścić sobie części zbroi. U niego odsłonięta była tylko twarz i kawałek szyi, także bardziej ubabrana była zbroja.
- Najwyraźniej tak... - Powiedział wzdychając. Po chwili spojrzał na nią i uśmiechnął się. - Ale nie złość się tak, złość piękności szkodzi. - Mrugnął lewym okiem, a z jego twarzy nadal nie schodził uśmiech.
Może nie była to najlepsza okazja do śmiechu, ale trzeba jak najszybciej o tym zapomnieć.
Ben postanowił zrobić coś, aby kurtyzana z Asshai szybko zmieniła swoje nastawienie i rozchmurzyła się trochę.
Orkwood zagarnął troszkę wody i po chwili oblał kobietę. Zastanawiał się czy ona zaraz mu odda, a to było dosyć prawdopodobne.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pią Lip 19, 2013 3:15 pm

-Gdyby zaiste tak było, w tym wieku byłabym pomarszczoną, zgarbioną babuleńką, nie rześką, pełną życia i chyba nie taką brzydką kurtyzaną. - Odpowiedziała z uśmiechem. Jak krew z siebie zmyła od razu zaczęła wyglądać nieco bardziej zachęcająco. Wydatne, ale nie duże piersi, wąska talia, długie, kruczoczarne włosy, ciemne brwi i bystre ślepia nisko osadzone nad oczami kreowały dziki i egzotyczny wygląd. Nie musiała się odzywać i zaciągać śmiesznym, nieznanym akcentem, by każdy wiedział, że pochodzi z bardzo daleka.
Gdy ochlapał ją woda znieruchomiała i spoważniała. -Ta zniewaga krwi wymaga. - Warknęła, ale zamiast rzucić go sztyletem, chlusnęła mu w twarz garścią wody i sama ponownie się zaśmiała porzucając poważny i groźny wyraz twarzy. -Nie sądziłam, że Żelaźni po mordowaniu lubią chlapać się w wodzie. - Rzuciła siadając na piasku i kończąc wojnę na chlapanie. Należało się chwile oddechu po tej jatce no nie?...
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Sob Lip 20, 2013 12:51 am

- Oj, nie wiedziałem, że moja ulubiona kurtyzana jest tak bardzo nerwowa. - Ben zaśmiał się. Jemu niewiele było trzeba, aby zmyć całą krew ze swojego ubioru i kawałka szyi. Wprawdzie z niektórych zadrapań na twarzy popłynęło trochę krwi, jednak było tego tak niewiele, że Orkwood praktycznie się tym w ogóle nie przejął. Jednak obmył trochę twarz, gdyż kurzawa obecna podczas walki trochę go zanieczyściła.
Wiedział, że mu odda, ale nie spodziewał się, że tak szybko będzie pragnęła zakończyć zabawę. Chociaż w sumie z drugiej strony to nieco się zmachała, tym bardziej, że była przygnieciona przez dużą kupę mięsa. A jakoś musiała się spod niego wydostać.
- Nie zapominaj, że żywiołem Żelaznych jest woda. - Orkwood się uśmiechnął i spojrzał w stronę wody. To rzeczywiście była prawda, ale chyba każdy wiedział, że ludzie z Żelaznych Wysp są urodzonymi żeglarzami, prawie na pewno najlepszymi w Westeros. - Ale mamy też inne ciekawe zabawy, a przynajmniej ja. - Tu Ben puścił jej zawiadiacko oko. - Jeżeli pozwolisz. - Powiedział, jednak nie czekał na odpowiedź. Wnioskował, że tego nie potrzebuje.
Zaszedł jej za plecy, położył obydwie dłonie na jej barkach i zaczął masować Celestine. W końcu to on ją wpakował we walkę. To Orkwood zaatakował tego rudowłosego, chyba lekko opóźnionego młodzieńca. Trochę czuł się winny z powodu siniaków i tego jej naruszonego nosa.
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pon Lip 29, 2013 6:05 pm

-No tak... woda. - Zaśmiała się krótko. -Nieznani mi jesteście jeszcze tak jakbym tego pragnęła. Potrafią mnie zaskoczyć najbardziej prozaiczne i zwyczajne dla was rzeczy. - Dodała. Oczywiście miała na myśli ludzi Westeros, nie tylko Żelaznych, a wszystkich lordów, ze wszystkich królestw. -Ulubiona kurtyzana? Oj nie wiesz jeszcze o niej wielu rzeczy. - Odpowiedziała i śledziła go wzrokiem kiedy zachodził za jej plecy. Dopiero gdy zniknął jej z pola widzenia przeniosła spojrzenie na wodę i rozluźniła się. Kiedy zaczął ją masować jęknęła z rozkoszy. -Poza zabijaniem też dobrze masujesz. - mruknęła, przymykając oczy, jedną ręką zgarniając czarne włosy, by mu nie przeszkadzały. -Dłużej zabawisz w stolicy, czy wracasz na wodę albo wyspy? - Zapytała spokojnie. Lubiła towarzystwo, lubiła poznawać nowych ludzi i dowiadywać się nowych rzeczy. Z tym piratem połączyła ją przelana krew, mogła z nim porozmawiać otwarcie i wprost, przynajmniej w jej mniemaniu.

.:
 
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pon Lip 29, 2013 7:40 pm

Szczerze mówiąc to Benowi też niektóre zachowania niektórych ludów z krain Westeros wydawały się dziwne i jakieś obce. Sam dorastał na Żelaznych Wyspach, a generalnie w każdej krainie ludzie różnili się mniej czy bardziej od innych. Orkwood już wiele razy spotykał się z reakcjami ludzi, którzy na tę samą rzecz, słowo lub gest reagowali w zupełnie odmienny sposób. Niektórzy się oburzali, niektórzy cieszyli. Generalnie tylko w karczmach, których spędzał czas pomiędzy wyprawami ludzie byli prawie tacy sami. Zmęczeni życiem, tacy, którzy tylko chcą odetchnąć od swoich rodzin, przyjaciół, albo władców czy też przełożonych. Gdy jego ludzie wyładowywali towar to on ze smutku, że nie jest na morzu, to siedział w oberży i pił, dopóki ktoś z jego załogi nie przyszedł i nie powiedział, że już można wyruszać. Wtedy z największą chęcią zwlekał się ze stołka i ruszał w stronę statku, aby jak najszybciej wypłynąć w pełne morze.
- Powiem Ci szczerze, że nie licząc Żelaznych Wysp to dziwi mnie zachowanie większości ludzi z regionów Westeros.- Spojrzał w niebo. - Także nie jesteś sama. Mnie jeszcze dziwią ludzie z Essos, chociaż jakoś bardziej mi się tam podoba. - Rzeczywiście, Essos było dla niego jeszcze bardziej niezwykłe i piękne. Pewnie dlatego, że nigdy nie zagłębił się w środek tego kontynentu.
- Nie wiem o Tobie wielu rzeczy? Wystarczy, iż mam pewność, że dobrze się kochasz, Celestine. - Orkwood szepnął jej do ucha nieco zadziornie. - Chyba, że chcesz mi wyjawić jakieś sekrety z Twojego życia. Chętnie posłucham. - Wbrew pozorom, mimo, że pokazywał tak jakby średnie zainteresowanie to jednak ciekawiła go jej osoba. W końcu gdzieś musiała nauczyć się wymachiwać tym swoim sztylecikiem.
Sam nie wiedział, czy zabawi dłużej w stolicy. Wszystko zależało od tego, czy jakiś statek nie będzie go chciał zwerbować do załogi.
- Nie wiem, szczerze mówiąc. Na wyspy raczej nie planuję wracać. Myślałem, żeby popłynąć na Północ, albo do Dorne. Sam nie wiem. Pewnie wszystko będzie zależało od tego, gdzie będzie płynąć jakiś statek. Dopóki mam jeszcze trochę pieniędzy to mogę zostać tutaj. W sumie nigdzie mi się nie spieszy. - Fakt, nie miał statku na który musiałby pracować, ani załogi, której musiałby regularnie płacić. Można powiedzieć, że w tej chwili był wolnym człowiekiem. Przed nikim nie odpowiadał, nie miał żadnych obowiązków. Raj, po prostu raj.

s:
 
Powrót do góry Go down
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Czw Wrz 05, 2013 7:01 pm

Czas leciał szybko, słońce zaszło już niemal za taflą wody, racząc wszystkich niezwykłą plejada kolorów i niech chłodniejszym powietrzem. Celestine w końcu wstała, zdążyła się już osuszyć po pluskach z towarzyszem, ale czas był się zbierać. -Dziękuję za towarzystwo w tym szalonym dniu. Pomyśleć, że wyjechałam z miasta by zwyczajnie pojeździć konno. Mordować nikogo w planach nie miałam. - Zaśmiała się podchodząc do swojego konia i odwiązując go od drzewa by zaraz wrócić do rozmówcy. -Cieszę się z nowej znajomości. Gdybyś potrzebował towarzystwa, wiesz już gdzie mnie szukać, pierwszy raz masz gratis. - Zaśmiała się, ale mówiła poważnie. Podeszła do mężczyzny, wspięła się na palce i cmoknęła go w policzek, po czym wskoczyła na konia z kocią, drapieżną gracją. -Do zobaczenia Żelazny Benie - Rzuciła, puściła mu oczko i spięła wierzchowca, który zarżał i skoczył do przodu.

//zt//

...:
 
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Nie Lut 09, 2014 5:39 pm

/ Koniec Burzy

Dawno nie widzieli jej w stanie takiego wzburzenia. Allya, odkąd tylko wraz z maegi wkroczyła na pokład statku prawie spóźniając się przed odcumowaniem kogi z portu, nawet nie opuszczała kajuty. Przyczyna, z pozoru skomplikowana i leżąca na gruncie strachy lub, nie dajcie bogowie, urażonej dumy, okazała się… cóż, prozaiczna. Baratheonówna po prostu nienawidziła wody. Odrazą napełniał ją widok galer dryfujących po morzu, na samą myśl o żeglowaniu czuła narastającą irytację, a jeśli dochodził do tego przymus podróżowania drogą morską… dość szybko można było otrzymać obraz Allyi, która dla dobra załogi nie powinna wstępować na deski pokładu. Przez pierwsze dwa dni po prostu miotała się po kajucie, blada, z podkrążonymi oczami, na przemian dziko wściekła i zupełnie zrozpaczona. Za wszelką cenę starała się zapomnieć o bujanym falami statku, o łagodnie szumiącym morzu, gdzie na srebrzystej powierzchni wody niczym pierzaste, obłoczne skrzydła wydymały się żagle dalekich okrętów. Było bardzo spokojnie, cicho i kojąco. A przynajmniej do momentu, w którym Baratheonówna postanowiła nie opuścić ciasnego pomieszczenia.
Surowy krajobraz i posępne klify Haku Massey’a pasowały do jej obecnego nastroju. Allya, zaciskając kurczowo palce na drewnianej poręczy wyprowadzającej ją po obślizgłych schodkach spod pokładu, sprawiała wrażenie więźnia opuszczającego lochy po latach niewoli. Mało brakowało, by przysiadła na ostatnim ze stopni tylko po to, żeby zaraz się zerwać i rozpaczliwie rzucić się w drogę powrotną… ale wtedy jej wzrok spoczął na przygarbionej postaci, opartej o burtę statku. Ciemne włosy w promieniach słońca paradoksalnie sprawiały wrażenie jeszcze ciemniejszych, zupełnie jakby pochłaniały światło. Allya nie do końca pamiętała chwilę, w której z jej gardła wyrwał się cichy jęk i gdy ona sama w końcu chwiejnym krokiem ruszyła w stronę Aylwarda.
Do grobu, do grobu, tam go wrzućcie, tam wszystko ma po prostu swój koniec!
Stara piosenka śpiewana przez rycerzy Burzy. Stara piosenka w sam raz dla jej brata.
Baratheonówna zagryzła wargę, gdy zatrzymała się zaledwie o kilka kroków od wciąż pochłoniętego obserwowaniem odległego brzegu Aylwarda. Próbowała zapanować nad sobą. Zapanować nad nieuchronną katastrofą. Zatrzymać burzę. Zebrać w otwarte dłonie jej kolące ziarna, ostre jak odłamki szkła. Zebrać plon wzbierającej wichury. Chociaż zdawała sobie sprawę, rozpaczliwie, boleśnie, że już dawno na to za późno.
Powinna odwiedzić go w kajucie, gdy tylko wyruszyli… ale nie była w stanie. Bała się. Bała tego, co ujrzy, bała, że gdy tylko ich spojrzenia natkną się na siebie, pęknie jej serce, rozpłacze się przed własnym bratem, po czym ucieknie, nie wytrzyma tego, co ujrzy. Gniew i determinacja dawno minęły, ustępując miejsca jedynie strachowi. Nie mogła okazywać przed nim słabości. Musiała… poczekać. Aż do teraz. Aż do chwili, gdy spojrzała na niego jasnymi jak niebo oczami, w których pojawił się żal i zdumienie. Zrobiła dwa kroki, a potem znów się zatrzymała, jakby uderzyła w twardą, niewidzialną barierę, która wyrosła między nimi tak nagle, w przeciągu jednego uderzenia serca. Olbrzymi lodowy wał zamrożonego czasu. Zapora nie do przebycia.
Wrzućcie go, wrzućcie!
- Aylward? - zapytała w końcu cicho, przełykając z trudem ślinę. Tak łatwo wszystko teraz zepsuć. Tak rozpaczliwie łatwo. Allya wykonała nieokreślony ruch ręką, jakby chciała dotknąć brata przez grubą warstwę lodu, jaka ich rozdzielała, ale w końcu jej dłoń opada bezwładnie wzdłuż ciała.
Wszystkie rzeczy tak kończę ponuro, więc wrzućcie go, wrzućcie go w dziurę! I niech
dobrych Siedmiu was broni łzę choć jedną, łzę choć jedną uronić!

- Ayl… - dodaje ciszej, z rozpaczą, której nawet nie próbowała ukryć. Po raz pierwszy od lat, od wielu długich lat nie wiedziała, co powiedzieć. Co zrobić…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Nie Lut 09, 2014 8:35 pm

/ Koniec Burzy

Prozaiczność. Czy nie wokół tego przez ostatnie dni sprowadzało się życie Aylwarda? Był prozaiczny. Prozaicznie dłubał rybę na śniadanie, prozaicznie przepłukiwał usta winem, prozaicznie pozwalał na zmienianie bandaży i równie prozaicznie odlewał się za burtę. Był też prozaicznie zmęczony. Właściwie nie pamięta już, kiedy odpoczywał. Nigdy, chyba nigdy, odkąd tylko przejął obowiązki dowódcy. Odkąd przestał zwracać uwagę na własne potrzeby.
W grobie, Baratheon. Odpoczniesz sobie w zimnej ziemi, obok swych przodków, mówi cichy, zjadliwy głos w umyśle. Ale najpierw spoczną tam Twoi wrogowie. Już niedługo. Bardzo niedługo. A ty dopiero potem, za długie, puste, pełne znużenia lata. No, no i cała rodzina będzie leżeć cichutko razem. A to ci dopiero. Wzruszający obrazek, co?
Aylward otarł twarz rękawem, wpatrując się w błyszczące fale. Coraz częściej przyłapywał się na popadaniu w odrętwienie, rodzaj zamyślenia podobnego do transu, jakby był bezwiednie, bezwolnie medytującym maestrem, pozbawionym jednak siły płynącej z wiary. Po prostu odpływa, nie myśląc o niczym, podobny skałom i jaszczurkom, jałowy jak pustynia.
To przez ten skwar, myśli. Przez ten cholerny żar.
Tęsknił do ochłody, którą przynoszą jesienne wiatry, do zimnych wieczorów, gdy niebo robi się takie wysokie i szklane, po brzegi wypełnione gwiazdami. To nie zimno, lecz upał właśnie  przypominał mu chwile grozy. Moment, kiedy w wąwozie dziwnie lekki, bezcielesny i pozbawiony siły spadł z konia. Myślał wtedy, że to z gorąca, że nabawił się lekkiego udaru, nic poza tym. To tylko trochę za dużo słońca. Przecież nic więcej. Nic, czym dorosły mężczyzna powinien się przejmować. Tyle razy w życiu bywał ranny, chory, bliski śmierci, iż w tamtej chwili, jeszcze nim stracił przytomność, uśmiechał się, kiedy zrozumiał, że nie potrafi zliczyć. A zmógł go upał. To nawet trochę zabawne. Nie żelazo, a gorące, rozpłomienione lato.  Nie umiał powiedzieć, ile czasu minęło, odkąd zwalił się z siodła. Sam wydawał się sobie dziwnie oczadziały, obojętny, pozbawiony woli. Pomyślał mętnie, że nie może tak leżeć, że powinien zająć się koniem, zabezpieczyć broń, wydać rozkazy. Przez chwilę, przez jedną chwilę uczuł strach i bezradność, ale te odczucia natychmiast odpłynęły. Jego myśli spowalniały, miękły, jakby otaczała je warstwa bawełny. Postanowił, że później będzie się martwił o rzeczy, teraz musi odpocząć… że wystarczy poleżeć chwilę wśród poległych.
Ale nie wystarczyło. Dziś wiedział, że nie wystarczyło.
Upał nad głową, ogromny, ciężki, wzniesiony do ciosu metalicznym, bladym błękitem nieba, był młotem. Młotem, który opadał, żeby go zmiażdżyć. A sucha, spękana ziemia, twarda jak kawał żelaza, to kowadło. Aylward nawet nie zauważył momentu, gdy zemdlał. I choć trucizna opuściła jego ciało, ślady jej działania wciąż pozostawały widoczne... w oczodołach zaległy cienie, upodobniając je do dwóch brudnych bajor sinego błota, a pod kośćmi policzkowymi zarysowały się plamy niebieskawych wybroczyn, sieci żyłek jak pęknięcia w lustrze. Jad Martella pozostawił po sobie pożogę. Straszliwy, szalejący w środku płomień, przepalający od wewnątrz płuca, serce, żebra i skórę, kiedy tylko Baratheon próbował jeść i pić. Czuł się, jakby połknął w Wąwozie to rozpalone, zamazane słońce, które teraz mozolnie, bezlitośnie przebijało się przez warstwy ciała, żeby uwolnione wrócić znów na nieboskłon.
Aylward nie wiedział, co było gorsze. To, przez co przechodził… czy widok Allyi, bladej jak zjawa, wyglądającej równie tragicznie, jak on sam. Wpatrzony w fale mógł sprawiać wrażenie nieobecnego, jednak jego uszy wychwytywały każdy dźwięk, nawet najmniejsze zakłócenie na milczącym morzu. Odwrócił się w stronę siostry, gdy zatrzymała się raptownie. Zatrzymała, mierząc Baratheona tym zdumionym, zaskoczonym wzrokiem. Nie podbiegła ku niemu, nie padła w ramiona, nie śmiała się, nie płakała, nie cieszyła. Po prostu stała.
I on stał, choć nagle zabrakło mu oddechu, jakby bogowie wyssali całe powietrze świata. Tylko czuł, jak dłonie bezwiednie zaciskają się w pięści, gniotąc brudne zwoje bandaży. Piękna i bestia. Milczący naprzeciwko siebie, jak lustrzane odbicia. Twoja własna siostra nie chce cię objąć, nie chce przytulić. Nie umie. Pragnie, by upiór odszedł. Tyle że to teraz niemożliwe. Niemożliwe, bo ten upiór to naprawdę ty.
- Otruli mnie... odrobinę. -  zaczął po chwili milczenia, zupełnie jakby chciał się usprawiedliwić. Pokonał ostatni krok dzielący go od Allyi i zawiesił na niej zbolałe spojrzenie. Jeśli pomiędzy bliźniaczym rodzeństwem naprawdę istnieje więź, jeśli ona choć przez moment czuła to, co Aylward… - Czas nigdy nie był naszym przyjacielem. To podstępny wróg, najeźdźca, który zabiera swój haracz bez litości, bez chwili wahania… Ally, ja… - urwał nagle, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego dłoń powędrowała do nadgarstka siostry i zacisnęła się na nim delikatnie. Od miesięcy nie mieli czasu, aby spokojnie usiąść, po prostu porozmawiać… by powiedzieć dwa proste słowa, których bał się cały świat, zupełnie jakby były przekleństwem, a nie wyrazem… szczęścia?
- Kocham Cię, mała wiedźmo. - na ustach Baratheona wykwitł delikatny uśmiech, zupełnie taki, jak za czasów, gdy byli kilkuletnimi podlotkami a Allya przez własną niezdarność upadła prosto w kałużę. - Nie ważne, co się stanie. Nie ważne, rozumiesz? - jasne spojrzenie zabłyszczało niezdrowo, gdy Aylward przyciągnął siostrę do siebie i zamknął ją w uścisku, czując, jak pod zamkniętymi powiekami zbierają się piekące łzy. Kiedyś obiecał, że nigdy jej nie zostawi bez pożegnania. I jedynie bogowie wiedzieli, jak mało brakowało, by złamał dane słowo…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pon Lut 10, 2014 9:18 pm

Gdy czujesz się bardzo nieszczęśliwy, okrutnie rozbity, rozłupany na kawałki niczym nagrobna płyta z piaskowca, możesz płakać, kląć, spróbować się komuś wyżalić, pisać rzewne listy albo wiersze lub w milczeniu spacerować po deszczu, najlepiej w kierunku cmentarza. Możesz też popaść w histerię, desperować i grozić, że odbierzesz sobie życie. Istnieje także prawdopodobieństwo, iż urżniesz się na smutno, pozwalając, żeby alkohol zalał cię niczym gorycz.
Gdy jesteś Baratheonem, zwykle wybierasz ten rodzaj żałoby. To chyba po prostu kwestia charakteru.
Allya spodziewała się, że wyrwany z zadumy Aylward wpadnie w furię, bez chwili namysłu da upust swym emocjom i pozwoli, by wypłynęły z niego jak wino z rozbitego dzbana. Jednak… nic takiego nie zaszło. Baratheon trwał przez moment w milczeniu, posępny, lecz zupełnie spokojny. Aylward z kamienną twarzą, Aylward z rysami zastygłymi jak lawa, Aylward - posąg z marmuru, tylko powoli, zdecydowanie wykonał ciężki krok w jej stronę. Allya zacisnęła usta, bo dobrze znała ten uparty, niezłomny, nieznośny grymas u swego brata.
Nie.
Nie.
Nie.
Z tępym, zaciekłym uporem wołu nie miał zamiaru pokazywać, że cierpi. Przemyślał to na długo przed tym, nim zjawiła się Baratheonówna - każdy jego gest, nawet ten najmniejszy i z pozoru nic nieznaczący, był dokładnie nakreśloną mapą ruchów. Przez całe lata ukrywania swych słabości przed światem, stał się mistrzem kłamstwa, władcą drewnianych marionetek. Z nich dwojga w tej chwili to właśnie Allya opuściła tarczę. Wpatrując się w pobladłą, wychudzoną twarz własnego brata, czuła się całkowicie odsłonięta, niemal obnażona, jakby paradowała po ulicy, zapomniawszy włożyć sukni. Sterczy przed Aylwardem niczym karcony giermek, który waha się, czy ulec pokusie i nie zostać korsarzem. Nie ma żadnego planu. Nie ma pojęcia, co w ogóle robić. Ta chwila znajduje się poza czasem, zawieszona gdzieś w upale popołudnia, nierealna, ale konieczna, nieuchronna niczym przeznaczenie. I dopiero gdy docierają do niej pierwsze słowa brata, czuje, że choć świat oszalał… oni jedynie cudem oparli się, by nie postradać zmysłów razem z nim. Jeszcze.
- Powinnam wiedzieć. - odparła cicho, starając się nie zauważać, iż głos drży jej nienaturalnie. Zimna obojętność, jaką zwykła przybierać, nagle opadła z hukiem na deski pokładu i pozostawiła Allyę zupełnie bezbronną. - Powinnam wiedzieć… że kiedyś do tego dojdzie. Powinnam chociaż brać pod uwagę taką ewentualność… - dodała, jedynie z trudem przełykając narastającą w gardle, duszącą kulę nienawiści do samej siebie. Dlaczego sądziłam, że coś takiego nigdy nie nastąpi? Czemu czuję się teraz, jakby znów mnie oszukano, jakby wrogowie nie dość jeszcze naszkodził wszystkim, którzy noszą nazwisko Baratheon? Allya, blada niczym śnieg, otwierała usta, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, umysł już powoli generował kolejne słowa, język formował ciche „przepraszam”, by wypuścić je na świat… ale wtedy, pośród popołudniowej ciszy spowijającej pokład statku,  dłoń Aylwarda spoczęła na jej nadgarstku. Słońce odcinało na ich ciałach cienie ostre jak nóż i nawet najmniejszy dźwięk nie zakłócił trwającego kilka uderzeń serca milczenia.
To nie rzeczywistość, pomyślała z rozpaczą Baratheonówna, kiedy po jej bladym policzku potoczyła się pierwsza łza, pozostawiając na skórze mokry ślad. To akwarela.
- Ty… Ty… - wykrztusiła cicho, gdy Aylward zamknął ją w uścisku. Zwinięta w pięść dłoń Allyi bez przekonania uderzyła go w szeroką pierś, kiedy jej ciałem wstrząsnął kolejny, z trudem tłumiony szloch. Biedne, paskudne, ściśnięte jak pięść serce Baratheonówny dostało nerwowych drgawek, bo tylko jedna istota była w stanie skruszyć otaczający je lód. Tylko jedna w całym cholernym królestwie. I właśnie ta osoba o mały włos nie wyzionęła ducha, przechodząc wcześniej przez najgorsze piekło, jakie jest w stanie wyobrazić sobie istota ludzka.
- Ja Ciebie też… - odparła w końcu Allya, nerwowo ocierając widoczne ślady po swej dziecinnej reakcji. Z trudem zdobyła się na odwzajemnienie uśmiechu brata i zrobiła to tylko dlatego, że po chwili zdołała przyłożyć dłoń do jego policzka, pokrytego stanowczo zbyt długim zarostem. - … naczelny bałamucie królestwa. - Baratheonówna przejechała kciukiem po poprzecznym, gojącym się już zadrapaniu nad lewą brwią Aylwarda. Jej skupione, niebieskie spojrzenie nazbyt mocno wyrażało krążące po głowie myśli. Chciałbym być w domu. Chciałbym jak najszybciej wrócić do domu, powtarzała raz za razem, jakby to mogło pomóc, popchnąć do przodu sprawy, nad którymi znowu straciła, jeżeli kiedykolwiek miała, kontrolę.
- Ayl… - palce Allyi zamarły na moment na ranie brata tylko po to, by po chwili opaść i spocząć na jego lewym barku. - Ta dziewczyna, którą pochwyciliście na południu… Gisella… - Baratheonówna przerwała, zaciskając delikatnie dłoń na przedramieniu Aylwarda. - Powiedziała, że może Ci pomóc... co więcej, ona chce Ci pomóc. Pewnie urzekłeś ją gładkimi słówkami albo uroczym uśmiechem… a ja jej ufam. Pozwól, by spojrzała na ranę. Lhazar to przeklęte miejsce, jednak ich wiedza medyczna… - a raczej magia, której nikt w cywilizowanym świecie nie akceptuje, dodała w myślach, splatając ręce na piersi i wpatrując się w Aylwarda bez cienia wcześniejszego uśmiechu na ustach. - … na pewno nie będzie gorzej niż jest. Zajrzyj do kajuty, powinna już czekać. - Allya odgarnęła za ucho kosmyk włosów, marszcząc delikatnie brwi. Każdy, kto teraz by ją ujrzał, nigdy nie uwierzyłby, że zaledwie kilka chwil wcześniej płakała jak dziecko, nie mając pojęcia, jak może pomóc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Wto Lut 11, 2014 11:43 am

To zawsze była niepokojąca wizja. Dręcząca jak uporczywy ból głowy. I sprawiająca, że Aylward podejmował działania bez chwili wytchnienia. Każdy jego czyn, każda decyzja determinowane były jedynie przez wzgląd na bliskich. Przez wzgląd na ich dobro, wygodę, szczęście… i przetrwanie. Gdy ktoś ściągał z jego barków ten ciężar, nieświadomie pozbawiał Baratheona oddechu, wydzierał życiowy cel, zamykał w ciasnym lochu, odbierał broń… a co najgorsze - pozostawiał go na pastwę własnych rozterek. Uwolnionych demonów umysłu, przystępujących do ataku za każdym razem, gdy tylko zamykał oczy. Odkąd przymusowo opuścił pole walki, czuł się… niepełny. Nagi. Bezużyteczny. Obdarty z własnej tożsamości. Znów uwięzili go w niebycie. Błąka się wśród perłowej mgły, samotny i opuszczony. Tu nie ma czasu. Nie ma przestrzeni. Jest opalizująca, pusta wieczność. Aylward po prostu w niej płynie. Krąży. Trwa.
Gdzieś tam, na samym dnie wypieranych wspomnień, widać rozorane końskimi kopytami pola walk. Zburzone zamki, połamane sady, spalone lasy. I trupy. Tysiące trupów. Może nad nimi przepływać jak obłok, jak chmura kobaltowych i złotych oparów. Ale nie chce. To zbyt przygnębiające.
Pustka. Pustka. Nicość.
Wie, że w nocnych koszmarach i tak powrócą. Twarze poległych przyjaciół oraz zamordowanych wrogów. Obłęd w ich oczach, kwik umierających koni, a nade wszystko, wiecznie powracające, wciąż powtarzane i najbardziej zapadające w pamięć: „błagam. Nie. Proszę. Mam dzieci. Mam żonę. Litości, bogowie, litości…”
Problem w tym, że bogowie nigdy nie słuchają. Bowiem jedynym bogiem na polu walki jest twój wróg.
Właśnie dlatego Aylward nie znosi tego skurwysyna, który ukrywa się w nim przez większość życia i zjawia dopiero, gdy Baratheon chwyta za broń. Uśpiony wojownik ma na rękach tyle krwi, że przy tym Wąskie Morze wydaje się małą kałużą. Gdyby młody Jeleń miał wybór, śmieć by dawno wisiał. Tak, zadusiłby ścierwo gołymi rękami, bez mrugnięcia powieką. Najgorszy z tego wszystkiego był jednak wstyd. Wstyd, że nie potrafi zapanować nad samym sobą. Wstyd.
- Ally, przestań. - jego głos, na myśl przywodzący dębową trumnę ciągniętą po żwirze, zabrzmiał jak bluźnierstwo wypowiedziane w świątyni. Zupełnie nie ma miejscu, plugawie. Aylward przesunął nerwowo dłonią po włosach siostry, jakby pragnął upewnić się, że ta nie jest ponurym mirażem, zjawą, która ma obwieścić mu śmierć. - Nie bierz na siebie winy za coś… na co nikt z nas nie miał wpływu. Szaleństwu nie można zaradzić. A Martell… on… ma w sobie coś z szaleńca. Groźnego i niezahamowanego szaleńca. - z piersi Baratheona wyrwało się ciche westchnięcie, gdy dostrzegł, jak jego siostra walczy z samą sobą i brnie pod prąd własnych uczuć. Ale czego innego mógł oczekiwać? W końcu jest damą. Damą, która otrzymała bardzo staranne wychowanie. Umie się znaleźć w każdej sytuacji. Nawet takiej, gdy wszystko, co kochałeś, za co oddałbyś życie, wali się w przepaść, ot tak, po prostu, bez specjalnego powodu, jedynie z winy tego zamrożonego czasu.
I może przydługich włosów brata.
I jego brudnych bandaży.
I niezbyt starannego stroju. Pamiętaj, strój jest bardzo ważny!
Aylward dostrzegał to w oczach Allyi. Lęk. Lęk i zagubienie. Łzy. Rozpacz, którą pragnie stłumić. Jest oszołomiona i zdruzgotana. Wszystko, co zobaczyła, odkąd opuściła Koniec Burzy, wydaje jej się obrzydliwe i przerażające. Brat też. Też, bo jest częścią rzeczywistości, która jawi się jako koszmar. Sen zbyt straszny, by nie mógł być prawdziwy.
- Bałamucie? - powtórzył cicho, wpatrując się w bladą, piękną twarz. Prawdziwa potęga jego siostry tkwiła w urodzie… i Allya doskonale o tym wiedziała, choć nigdy nie użyła swych atutów w niewłaściwym celu. Była ponad tym. Ponad zwykłą cielesnością. Ponad każdą istotą ludzką, jaką Aylward kiedykolwiek poznał. Jednak nawet ona nie mogła oprzeć się, by za wszelką cenę postawić na swoim. Ambicja, jasna jak słońce i równie wysoko zawieszona, zawsze była nieodłączną cechą jej charakteru. Baratheon zmarszczył ciemne brwi, gdy dotarły doń pierwsze słowa siostry.  A zatem o to chodziło. Życie wcale nie jest powieścią idioty. To paskudna, wredna, zasrana tragedia napisana przez cynicznego szaleńca. I jak byś nie kombinował, w końcu zawsze lądujesz w bagnie.
- Jest wiedźmą. - zauważył ostro, wbijając czujne spojrzenie w Allyę. - Kimś, kto nie robi podobnych rzeczy ze względu na gładkie słówka i uroczy uśmiech. Doskonale o tym wiesz. - mięśnie Aylwarda napięły się nieprzyjemnie, gdy przez jego głowę przemknęła krótka, przytłumiona emocjami myśl.
Mogła już zapłacić.
- Wracaj do kajuty, Ally. - rzucił cicho Baratheon, odsuwając delikatnie dłoń siostry od własnego ramienia. - Nie powinnaś jej zabierać. Nie powinnaś z nią rozmawiać. Nie powinnaś robić nic, czego mogłabyś żałować. - Aylward potarł nerwowo czoło palcami, wyraźnie starając się nie wpaść w złość, co przez ostatnie dni zdarzało mu się zbyt często. Był jak nadkruszony dzban dzikiego ognia, który w najmniej oczekiwanym momencie może po prostu… pęknąć. Baratheon nachylił się nad Allyą i z roztargnieniem musnął ustami czubek jej głowy, wpatrując się z niezadowoleniem w schodki prowadzące pod pokład.
Ukrywała Giss przede mną. Aż do teraz.
Aylward bez słowa wyminął siostrę i ruszył w stronę swej kajuty, zaciskając gniewnie pięści. Jakkolwiek nie brzmiał układ dwóch kobiet, unieważni go. Choćby siłą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Sro Lut 12, 2014 9:37 am

/ Koniec Burzy

Są miejsca, które nie należą do nikogo. Domy, których nikt nie kocha. Karczmy, w których nikt nie pije ale, aż wreszcie bankrutują. Niektórzy powiedzieliby, że te miejsca mają złą aurę. Inni upieraliby się, że to jakieś nieznane czynniki zewnętrzne. Zła lokalizacja, odpychający wystrój. Prawda wygląda jednak inaczej.
Za dużo tam magii.
Prawdziwa magia bowiem odpycha ludzi z Westeros. Przeraża ich, zdumiewa, odstręcza. W miejscu pełnym czarów i starożytnej mocy czują się zwykle nieswojo. Dziwnie przytłoczeni. Podenerwowani. Przygnębieni. Niepewni i słabi. Większość ludzi odnosi po prostu wrażenie, że dane miejsce jest ponure, odpychające, brzydkie. Ci, którzy mają czulsze zmysły, uważają, że dziwnie nieprzyjemne albo nawet niebezpieczne. Gisella, wszak nawykła do magii, w Końcu Burzy czuła się nieswojo. Jak obcy na terytorium strzeżone przez wściekłe psy. Kiedy więc przysłano po nią, by udała się na statek, ogarnęła ją ulga… typowa ulga w końcu schwytanego zbiega. Choć nigdy nie przepadała za morzem, tym razem biała koga była dla niej zwiastunem wolności, obietnicą rychłego powrotu na łono natury, do zwykłych ludzi, bezpiecznego azylu pośród drzew i ziół. Przyjmowała polecenia ze spokojem, każdego dnia żeglugi nasłuchując jedynie, czy ku jej kajucie nie zmierza ten, dla którego pozwoliła… lub co więcej - chciała się zniewolić. Świat jednak milczał. Milczał tak aż do chwili, w której jeden z marynarzy nie nakazał jej zmienić kajuty i nie zaprowadził do miejsca, jakie bez problemu przypisała Aylwardowi.
Smród choroby, ledwo wyczuwalny. Zakrwawiony bandaż. I wino. Sporo ciemnego wina. Mężczyźni na całym świecie, w każdym znanym Giselli mieście, wiosce oraz porcie tak naprawdę się nie różnili. Przyświecał im jeden cel, wpojona myśl, coś, czego kurczowo trzymali się podczas życiowych zawirowań. Każdy z nich po prostu prędzej umarłby z bólu, niż poprosił o pomoc.
Maegi usiadła niepewnie na samym brzegu wąskiego łoża, wpatrując się czujnie w zakrwawiony kawałek materiału. Szczupłe, blade palce nerwowo skubały skórzany pasek torby spoczywającej na kościstych kolanach wiedźmy. Atmosfera nerwowego wyczekiwania gęstniała w kajucie z chwili na chwilę coraz mocniej, aż w końcu, gdy za drzwiami rozległy się energiczne kroki, osiągnęła punkt kulminacyjny. Gisella poderwała głowę w momencie, w którym do środka wtargnął człowiek, którego śmierci tak bardzo obawiała się przez te wszystkie miesiące. Człowiek, który jako jedyny potrafił wzbudzić w niej tak wiele mieszanych uczuć. Człowiek… którego spojrzenie nie wyrażało radości, jaką maegi pamiętała jeszcze z lasów Pogranicza. Stojący w przejściu Aylward był po prostu… wściekły.
- Nie krzycz. - powiedziała prędko, nim mężczyzna zdołał zabrać głos. Drobne ciało Giselli poderwało się z brzegu drewnianej wnęki i wyprostowało nerwowo, jakby oczekując na bezwzględny cios. Szmaragdowe oczy lśniły z ledwo tłumionych emocji, gdy maegi dostrzegła szkody, jakie wywarła na Baratheonie choroba. Nie, nie choroba…
- Nie pragnął Twej śmierci. - płomiennie rude włosy opadły na lewe ramię, gdy Gisella przechyliła lekko głowę, unosząc wysoki brwi z zaskoczenia. Dopiero teraz zrozumiała, skąd ta woń w zatęchłym powietrzu kajuty. - Otruł Cię… ale nie chciał zabić. - szczupłe palce zamarły w bezruchu na skórzanym pasku, gdy maegi wykonała w stronę Aylwarda trzy szybkie i ciche jak u kota kroki. Blada dłoń powędrowała na lewe przedramię mężczyzny, zaciskając się na nim lekko, prawie nieodczuwalnie. Do tej pory przerażony wzrok wiedźmy wyrażał tylko jedno: determinację. Dziką determinację.
- Usiądź. - powiedziała cicho, odwracając się plecami do Baratheona. Jej brwi ściągnęły się delikatnie w grymasie namysłu, kiedy ostrożnie otworzyła sfatygowaną torbę i wyciągnęła z niej niewielki sztylet z wyślizganą, drewnianą rączką oraz niewielkie, przelewające się między palcami zawiniątko. - Zdejmij odzienie… tylko górną część. - dodała spokojnie Gisella, przelewając z powrotem do dzbana wino z drewnianego kielicha, który osuszyła skrawkiem własnej koszuli. Już po chwili rozsupływała niewielki mieszek, zerkając przez ramię, czy mężczyzna wykonuje jej polecenia. I dopiero, gdy wnętrze kajuty wypełnił gryzący zapach wymieszanych ze sobą, ususzonych i zmielonych ziół, które maegi przesypała do kielicha, odważyła się odwrócić w stronę Aylwarda. Zielone oczy błyszczały niezdrowo, kiedy obróciła w dłoni nóż. - Krwi. - wyjaśniła cicho, wskazując podbródkiem na kielich. - Potrzebuję… krwi.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Sro Lut 12, 2014 1:35 pm

Z każdym kolejnym krokiem przypomniał sobie mrok i chłód choroby. Przypomniał smród szaleństwa i wiecznego gniewu. Przypomniał pałające wiecznym głodem ślepia. I swą własną furię. Furię, od której drżały potężne kamienne ściany. Uśpiona wściekłość. Niewygasły ogień nienawiści do wszystkiego, co jest mu wrogie. Szał zabijania. Czysta, bezmyślna śmierć. Czy tak miało wyglądać jego życie?
… tak. Chyba tak. Od dziecka pan ojciec wciąż i wciąż wpajał mu jedno: ”Pokaż im wszystkim. Nie bój się. Zagraj w tę od początku ustawioną grę. Albo kopnij w stolik, na którym leżą pionki do cyvasse. Nie czas na wątpliwości. Wątpliwości nie są godne członka naszego rodu.”
Inaczej miała się sprawa z panią matką. Była Targaryenem. Była Smokiem, choć uśpionym. Trzymała swe dzieci blisko, zupełnie jakby obawiała się, że pewnego dnia straci je wszystkie na raz. Aylward doskonale pamięta jej bladą skórę bez jednej zmarszczki, długie, opadające na plecy włosy, zupełnie jakby skradła z nocnego nieba poświatę księżyca, oraz lśniące w świetle świec fiołkowe oczy. Była młodsza od ojca, decyzję o zamążpójściu przyjęła z godnością i równie godnie trwała przez te wszystkie lata u boku Harberta Baratheona. Gdy na świat przyszły dzieci, dopiero wtedy poczuła się częścią Burzy. I wnet zrozumiała, że musi nauczyć swych synów gry, jaką prowadzą Targaryenowie.
Chociaż raz w życiu rusz pod prąd. Potrząśnij światem. Uśmiechając się, wypuść chaos. Czyń to, co powinieneś oraz tak, jak powinieneś. I nie waż się mieć skrupułów. Od teraz obowiązuje jedna zasada. Jeśli czegoś pragniesz, musisz to zdobyć.”
Pomny słów rodziców Aylward, przemierzając wąski korytarz prowadzący do kajuty, podjął decyzję.  Decyzję, która namiesza w tym głupim, skostniałym królestwie. O tak… namiesza jak diabli.
Drzwi do kajuty otworzyły się z trzaskiem. Nie był to jednak zwykły trzask od zbyt zamaszystego szarpnięcia za klamkę, tylko ten serdeczny, od porządnego kopnięcia. Baratheon wtargnął do niewielkiego pomieszczenia, wciąż mając nadzieję, że nie zastanie tam maegi - jak okazało się już po chwili, było to jedynie pobożne życzenie. Od samego wejścia padł ofiarą oczu, lśniących jak szmaragdy, wielkich jak u kota i czujnych niczym u skrytej w leśnej gęstwinie łani. Aylward zacisnął mocno usta, czując, jak nerwowo drgają mięśnie mocno zarysowanej szczęki, jak dłonie zaciskają się w pięści coraz mocniej, by w końcu wyrwać go z otępienia tępym bólem wbijanych w skórę paznokci.
- Nie zwykłem krzyczeć… bez powodu. - wyrzucił z siebie cicho, zamykając za sobą drzwi kajuty. Tym razem jednak posiadał powód. I to dość poważny. Baratheon odruchowo wytarł ręce o spodnie, jakby się obawiał, że gdy tylko dotknie Giselli, mógłby ją skazić… zarazić śmiercią i zbrodnią. - Wróg zawsze pragnie mojej śmierci, mała. Jestem solą w oku. Wrzodem na tyłku, który chcą usadzić na tronie. Zawsze pragną mojej śmierci. - jasne spojrzenie przesunęło się po blacie stołu i zatrzymało dopiero, gdy maegi wyciągnęła z torby sfatygowany sztylet.
Gdyby teraz wbiła mi ostrze w serce… umarłbym z uśmiechem na ustach.
Pomyślał z dziwnym spokojem, wpatrując się w każdy ruch Giselli. Czy w momencie, gdy rzucił się za nią w pogoń po leśnych ostępach podejrzewał, że znajdą się w tym miejscu? On - ranny? Ona - odprawiająca nad pucharem po winie rytuały, o których wolał nawet nie myśleć? Aylward przesunął palcami po guzikach koszuli, dopiero po chwili decydując się na rozpięcie pierwszego z nich.
- Jeśli Allya… - zaczął cicho, ściągając odzienie przez głowę i rzucając je niedbale w kąt kajuty. - … cokolwiek Ci obiecała, podarowała lub pragnie to zrobić, nie przyjmuj zapłaty. To wyłącznie mój problem. Moje życie. I nikt nie ma prawda podejmować decyzji w mym imieniu.  - determinacja. Skupienie. I tłumiony gniew. Baratheon podniósł wzrok na Gisellę oraz kielich, który trzymała w ręce. Ciemne brwi podjechały do góry, gdy napotkał spojrzenie maegi. Równie nieustępliwe, co jego.
- Krew. - powtórzył mimowolnie, pokonując odległość kilku kroków, jaka dzieliła go od dziewczyny. - Zapach krwi. Smak krwi. Gorąca, pulsująca, lepka czerwień. Która płynie. Która barwi myśli. Przynosi ulgę. Oszałamia. - Baratheon zatrzymał się tuż przed Gisellą, zaciskając palce na ręce, w której trzymała sztylet. Nie tylko maegi potrzebowała juchy, nie tylko jej myśli wypełniało pragnienie ujrzenia szkarłatu...
- Wszak do tego sprowadza się ludzki żywot. Rodzimy się umazani krwią i, jeśli mamy szczęście zginąć na polu bitwy, w krwi unurzani odchodzimy. - przez jego usta przemknął cień uśmiechu, gdy zacisnął dłoń na sztylecie, zawieszając ją w powietrzu tuż nad pucharem.  Ostrze. Miażdży je w palcach, zwija w supeł, zgniata w jedną kulę. I wie już, kto wygra. Kto musi wygrać.
Śmierć.
Jak zawsze.
Śliskie żelazo. Śliskie od krwi. Zimno. Ból. Groza. Sztylet zagłębia się w skórze, tnie, wbija w środek niczym okropne, tępe żądło. A tam przecież jeszcze jest życie. Bije. Pulsuje. Kurczy się i otwiera w spazmach emocji. Tłoczy skażoną trucizną posokę. Baratheon zacisnął i rozluźnił uścisk, wpatrując się w szkarłatne krople skapujące do kielicha.
Nie! - dobija się ktoś w głębi jego głowy. Ktoś mały i słaby. Niegdyś zwany Aylwardem. Dość! Przerwij to, draniu!
Młody Jeleń uśmiecha się, bo dobrze wie, że na to już za późno. Śmierć już go dostrzegła. I wcale nie ma zamiaru okazać łaski. Fala wzbiera. Jest lepka, dławiąca, czerwona i wściekła. Ofiara musi się dopełnić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Nie Lut 16, 2014 12:26 pm

Bała się. Okropnie się bała. Czuła, jak serce wpada w paniczne wibracje, dłonie się pocą, w uszach gwiżdże wicher lęku. Przycisnęła ręce do brzucha, bo zrobiło jej się niedobrze, ale sama twarz maegi nadal pozostawała nieruchoma. Nieodgadnięta. Gisella wiedziała, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, czuła to każdym mięśniem, każdą częścią swego ciała, że magia nie może być ani dobra, ani zła.
Ani jasna, ani mroczna.
Ani ważna, ani błaha.
Ani miłosierna, ani rozumna.
Tylko ostateczna.
Przepełniona całkowitą nicością.
Nieodwracalna.
Rudowłosa posłała Baratheonowi lekki, pełen roztargnienia uśmiech i pokręciła jedynie przecząco głową. Zapłatą miała być jej wolność, to wszystko. Gdyby maegi musiała wyrwać Aylwarda z ramion śmierci, gdyby musiała przypłacić zapłacić życiem za życie, wtedy żadne prośby nie mogłyby wpłynąć na jej decyzję. Już dawno przekroczyli granicę. Nie było czasu na grzeczności, na sympatie. Gisella zacisnęła mocno palce na nadgarstku Baratheona, przez co krew prawie natychmiast spłynęła do kielicha gęstą strużką.
- Dawno jest za późno. Dla nas. - wymruczała pod nosem Gisella, wpatrując się w gesty mężczyzny. Gdy zacisnął dłoń na sztylecie, w zielonych oczach maegi zamigotały niespokojne ogniki. - Przygotuj się. To nie będzie miłe doświadczenie. - dodała ciszej, obserwując, jak pierwsze krople krwi skapują do kielicha. Z każdą mijającą, przesyconą milczeniem chwilą, dno naczynia na którym tkwiła mieszanka ziół, przybierało rubinowy kolor. Gisella poczuła przyjemne dreszcze w palcach, gdy obróciła delikatnie kielich. Trzymała w rękach życie i śmierć. Trzymała czule, delikatnie niczym najpiękniejsze istoty na ziemi. Bo takie były. Słodkie. Kruche. A maegi, krwawa wiedźma, dobrze wiedziała, ile są warte. I jakie złudne.
- Prawdziwa władczyni jest tylko jedna. - szepnęła, wysuwając sztylet z zakrwawionej dłoni Baratheona. - Życie nigdy nie pokona śmierci. To jedyna wartościowa prawda. - rudowłosa przesunęła ostrzem po własnym nadgarstku, nachylając krwawiącą ranę nad krawędzią naczynia. Jasna posoka zaczęła opuszczać cienkie żyły, już w kielichu mieszając się z gęstą juchą Aylwarda. Lśniącą krew już zakryła nierówne listki pokruszonych ziół, gdy maegi odsunęła nadgarstek od pucharu.
- Patrz w taflę. Nie rozpraszaj się.
Jej głos jest ostry, pełen napięcia.
W mroku nieruchoma powierzchnia na dnie naczynia wygląda jak rozlana smoła. Gisella stoi nieruchomo z kielichem krwi w dłoni, jej skóra zbrukana jest posoką. Dotychczasowe milczenie przerywa jej szept. Majaczy w ciemności kajuty niby paskudny posąg. Unosi rękę z naczyniem w górę, mamrocze coś do siebie, po chwili jej monotonny głos zakłócony zostaje przez słaby odgłos skrobania, jakby paznokcie szurały po czymś twardym i gładkim. Gisella spod przymkniętych powiek widzi, jak Baratheon odruchowo porusza się, nasłuchuje.
- Patrz na krew! - tym razem głos maegi drży, przypomina wysilony jęk. - Patrz albo oboje zginiemy! - ostatnie słowa jeszcze nie przebrzmiały, gdy do tej pory gładka tafla sadzawki wzburzyła się, jakby od dna odrywały się bąble trumiennego gazu. Albo jak gdyby podłużne cielsko prześlizgiwało się pod powierzchnią. Na skórę Giselli wstąpiła gęsia skóra, zaledwie na pół uderzenia serca przed tym, gdy martwą ciszę przerwał krzyk. Krzyk. Rozdzierający wrzask konającego w męczarniach. Ktoś, ktoś daleko stąd, daleko od niewielkiego statku dryfującego po Wąskim Morzu, umiera z rozprutym brzuchem. To jednak właśnie w kajucie czuć smród rozerwanych wnętrzności. Trzaskają pękające kości. Ktoś umiera! Ktoś umiera i krzyczy!
Nie sposób pozostać głuchym na ten okropny dźwięk. Gisella czuje szum i ucisk w skroniach. Kielich ciąży w dłoni, jakby wykonany był z kamienia, zaczyna ciągnąć jej rękę ku ziemi, pragnie wylać zawartość na drewniany pokład. Maegi dostrzega oblicze Baratheona. Zmartwiałe. Martwe. Trupie.
Zawodzące, potworne wycie. Jakby kogoś obdzierali ze skóry. Jakby? Robią to właśnie! Teraz. Robią!
- Tak. - szepcze czule głos wiedźmy, przepełniony słodyczą i drżeniem. - Tak!
Ryk. Wrzask. Krzyki. Eksplozja czerwieni. Krynica. Uzdrawiająca krynica, w której człowiek obmywa się i odradza. Kajutę wypełnia obca woń. Pachnie śmiercią i strachem.
- Pij. - zachrypnięty głos maegi przerywa milczenie, gdy Gisella podaje Aylwardowi kielich. Ciecz w naczyniu jest piękna. Straszna. - Nie chcesz jej. Pragniesz jej. Musisz, musisz wlać ją w własne, drżące z pożądania ciało. Teraz!
Rudowłosa obserwowała, jak usta mężczyzny przysuwają się do brzegu pucharu. Do dna. Do dna, do królestwa śmierci, mój miły.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Hak Masseya   Pon Lut 17, 2014 3:31 pm

Ciemność. Wilgoć. Zapach krwi.
Słowa maegi docierają jak zza grubej ściany. Strach ściska gardło i uniemożliwia ucieczkę. Krople posoki przywodzące na myśl rubiny wypełniające dno kielicha to zaledwie początek. Początek koszmaru. Nawet gdyby Baratheon chciał się wycofać, nawet gdyby mógł to uczynić… Gisella miała rację.
Było za późno. Dla nich wszystkich.
Słuchał jej głosu, cichej intonacji, która z każdą chwilą przekształcała się w groźne, nieokreślone, nieludzkie warknięcia. Czerwień krwi, w którą wbił wzrok, oszałamiała. Na bogów, ależ oszałamiała! Nie potrafił, nie mógł… lub po prostu nie chciał uwierzyć w to, co z każdą mijającą chwilą zachodziło w cichej, ciasnej kajucie. Jasne spojrzenie zaszło mgłą od nieruchomego wpatrywania się w taflę krwi, a blade usta stały się ledwie wąską, mocno zaciśniętą kreską w stężałej od skupienia twarzy. I dopiero gdy milczenie przerwał wrzask, obcy, nieznajomy, na pewno nie jego, Aylward zrozumiał, że zginą. Zaraz. Teraz. Już! Ohydny fetor wypełniający nozdrza, wibrujący dźwięk wbijający się w uszy jak tysiące sztyletów, krew, wszędzie krew, czerwona, lepka posoka… nie potrafił tego wytrzymać. Nie potrafił. Gdy zielone, jasne jak u kota spojrzenie maegi spoczęło na jego twarzy, a głos wiedźmy nakazał opróżnić kielich, Baratheon nawet nie śmiał pomyśleć, że nie odważy się przełknąć tego, co trwało nieruchomo w pucharze, zupełnie jak ciało topielca unoszące się na wodzie.
Sięgnął po naczynie, aż do bólu zwyczajne.
Przysunął do brzegu pucharu usta i niepewnie, z wahaniem, niekrytą odrazą zamoczył je w rubinowej cieczy.
I kiedy sądził, że już po wszystkim, że nic mu nie grozi, że to zwykła, gęsta i cuchnąca mikstura…
Zrozumiał, jak wielkim, egoistycznym głupcem był przez całe życie. Wraz z chwilą, gdy pierwszy łyk przedarł się przez jego usta i dotarł aż do gardła, cierpienie kryjące się w naczyniu wniknęło w nań, wlało się, spłynęło niczym potworne wyładowanie elektryczne, budząc w sercu nieprzytomny, niemożliwy do zniesienia ból. Baratheon nawet nie zauważył, nie poczuł, gdy zwalił się na kolana, wciąż dzierżąc w jednej dłoni ciężki puchar. Twarz, biała jak całun trupa, wykrzywiła się w nieludzkim cierpieniu, gdy druga, wolna ręka, sięgnęła do opatrunku na przedramieniu.
Umieram. Znowu umieram, zdołał zrozumieć, zanim gęsta ciecz wypaliła wszelkie myśli.
Poczuł, jak zadana przez Martella rana rozdziera się powoli, niczym za mocno naciągnięty
materiał. Krew ciekła z dłoni zranionej przez sztylet, płynęła także z rozdziawionej jak roześmiane usta blizny na drugiej ręce, sączyła się gorącą strugą z barku, otwartego niczym list ze złamaną pieczęcią laku.
I wtedy pojął, że dopiero zaczyna rozumieć, czym jest życie. Spacerem przez mękę. Wyczerpującą podróżą przez bagno bólu. Dławieniem się strachem. Przemierzaniem pustyni smutku. Pustelni samotności.
Jesteś u źródeł rozpaczy, Aylwardzie. Pastwisz się nad wszystkim, co żyje. Obchodzi cię tylko ekstaza śmierci. Kochasz cierpienie. Nie własne. Innych. Innych. Całego królestwa.
Stajesz się nosicielem zarazy, zarzewiem wojny, sprawcą mordu. Chcesz krwi. Nie dla ostatecznego zniszczenia. Nie dla triumfu apokaliptycznego zła. Dla siebie. Podtrzymujesz swoje istnienie dzięki euforii wywołanej zadawaniem bólu wrogowi. Dzięki temu rośniesz. Czujesz. Uczysz się. Odczuwasz coś na kształt zimnej, stężałej radości. Nie możesz już oddzielić swej jaźni od jaźni tego, który przez lata ukrywał się w twym ciele. Toniesz w olbrzymim, chmurnym, chorym umyśle swej drugiej, mroczniejszej natury. Odrzuconego, kalekiego, niedorozwiniętego brata-bliźniaka.
Znajdujesz tam tylko zło i radość płynącą ze zła.
Giniesz, pochłonięty przez ocean własnej niemocy. Rozpływasz się niczym masło nad ogniem. Twoje myśli rozrywają się, odsuwają coraz dalej od siebie. Wiesz, że nie przetrwasz, jeśli nie pozwolisz rządzić instynktom. Wir wciąga cię coraz głębiej.
Do studni pełnej krwi.
Nie masz pojęcia, kim lub czym byłeś. Szybujesz w czerni. W bagnie. W ciemności. Pojedyncze okruchy, przebłyski świadomości trzymają jeszcze twoją rozciągniętą, zmaltretowaną, rozdartą osobowość mniej więcej w jednym kawałku.
On nie wie. Aidan nie wie, że żyjesz!
Musisz, koniecznie musisz wyprowadzić go z błędu. Pożegnać się. Potem umrzesz, tak, jak należy. Potem roztopisz się w nieskończonej nirwanie zła i nienawiści. Ale teraz musisz walczyć.
Opierasz się, ale równie dobrze źdźbło mogłoby przeciwstawiać się sile huraganu. Potężne tornado niesie cię coraz głębiej w szaleństwo. Jest jak światło. Oślepiające, czarne światło, które wysysa z ciebie duszę. Eksplozja bezradności oślepia cię, miażdży, pozbawia życia.
Umierasz.
Nie wolno! Musisz wyrwać się i zanieść wiadomość. Jaką? Komu? Nie pamiętasz. To
teraz nieważne. Walczysz.
Bęk! Bęk! Bęk! Wszystkie twoje wspomnienia, odczucia, pragnienia, marzenia zrywają
się niczym liny drewnianego mostu. Pęka i wali się w ciemność cały zrąb twojej osobowości. Ślepy, głuchy, tknięty amnezją umiesz już tylko bezmyślnie, po zwierzęcemu, opierać się zaklęciu.
Jego szaleństwu.
Jak przez mgłę pamiętasz oczy, zielone jak szmaragdy.
- Aylwardzie. Wstań. - szepczą miękkie usta, tuż przy twoim uchu.
Potęga spokoju maegi dodaje ci sił. Czujesz uderzenie prymitywnego szczęścia, przemożnej woli życia. Razem, napieracie razem, żeby przetrwać. Wtem mrok rozdziera się na moment, a ty wyrywasz się, wypadasz z wiru czerni i szybujesz poprzez niebyt, zbyt słaby, by odczuć radość. Blada dłoń maegi zaciśnięta na twoim ramieniu. Leżysz na twardych deskach, dysząc z trudem, nierówno, płytko. Nie masz siły myśleć. Słyszysz jedynie swój słabiutki, zamierający puls. Stuk, stuk. Stuk. Stuk…
Jesteś.
Jesteś...

/ cała trójka - zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Hak Masseya   

Powrót do góry Go down
 

Hak Masseya

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony-