a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Las



 

 Las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Las   Nie Paź 06, 2013 3:39 pm

Południowa część Królewskiego Lasu w dużej mierze znajdująca się w granicach Ziem Burzy to miejsce idealne nie tylko na huczne i wystawne polowania. Mieszkańcy pobliskich wiosek doskonale wiedzą, że okolice często odwiedzają potomkowie Baratheonów, szukając wśród leśnej kniei wytchnienia... lub przygód. Drogę od Końca Burzy do Królewskiego Lasu pokonać można konno zaledwie w dwa dni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Las   Sob Paź 19, 2013 7:18 pm

- Chodź tu, głupie ptaszysko! – warknęła zniecierpliwiona Sybille do kruka siedzącego na ułamanej gałęzi. Jasne, długie włosy splecione niegdyś w warkocz przypominały teraz ptasie gniazdo - słomiane kosmyki sterczały na wszystkie strony, a drobne gałązki podczas jazdy przez las wplątały się w strzechę i tam już zostały. – Chcę tylko zobaczyć, co masz na nóżce. Zaraz cię puszczę! - kruk był jednak nieprzejednany. Posłał pannie Tarth wymowne spojrzenie znane dobrze wszystkim, którzy odwiedzili kiedykolwiek jakąkolwiek ptaszarnię. Tylko kruki potrafią patrzeć jednocześnie groźnie i z przestrachem, jakby mówiły: No spróbuj, spróbuj. Ale jeśli coś mi zrobisz, to po mnie przyjdą inni i tak cię obsrają, że będziesz mógł robić za goblina na dachu Czerwonej Twierdzy! Ten konkretny kruk nie ograniczył się zresztą do spojrzeń, tylko zacisnąwszy szpony na krawędzi gałęzi, posłał w dół porcję białego ładunku. Sybille zmarszczyła delikatnie brwi, starając się nie zakląć szpetnie. Stężenie niewiarygodności tak na Ziemiach Burz, jak i pewnie całym królestwie w połączeniu z okolicznościami, w których Sybille razem z Allyą zjawiły się w środku królewskiego lasu doprowadzało tą drugą do szewskiej pasji. Zwłaszcza, że panna Tarth musiała kłócić się z ptakiem, a lady Baratheon w międzyczasie oddawała się ulubionym zajęciom… czyli strzelaniem do wyimaginowanych wrogów.
Sybille westchnęła i splótłszy dłonie za plecami, zaczęła przechadzać się wzdłuż linii drzew otaczających polanę. W końcu po raz ostatni rzuciła gniewne spojrzenie krukowi i zawróciła w stronę namiotów, delikatnym ruchem głowy prosząc jednego ze strażników o przyprowadzenie konia. Najwyższa pora porozmawiać z Allyą poważnie, wszak… wszak musiał istnieć powód, dla którego ta ściągnęła najlepszą przyjaciółkę do boru w towarzystwie ponad dwudziestu zbrojnych i przy każdej nadarzającej się okazji wyładowywała swoją furię na niewinnych owocach. Choć Syb miała pewną teorię na temat zdenerwowania lady Baratheon, musiała znaleźć potwierdzenie w jej słowach - jak zwykle cierpkich i nasączonych sarkazmem… ale szczerych.
Wszystkie odchodzimy od zmysłów przez wieści z Południa.
Ta myśl była tak głośna, tak wyraźna, że nie mogła pozostać tylko myślą, musiała zostać wypowiedziana. Do tej pory Sybille zawsze trzymała się w cieniu, zawsze była tylko tą ładną, pocieszną Szafirową Panną, która chcąc nie chcąc ładowała wszystkich w kłopoty.  A teraz? Nagle przyszło jej nie tylko realizować coś za plecami Lorda Baratheona, a nawet jego synów, ale i stworzyć własny plan. A że właśnie wraz z Allyą zrealizowała pierwszy etap, było za późno, by mogła się wycofać. Pozostawał jej już tylko jeden kierunek, nieważne, dokąd prowadził. A gdy już dotrą na miejsce… Panna Tarth przy pomocy jednego ze swoich ludzi wspięła się na konia i po chwili wahania ruszyła powolutku w głąb lasu, by stanąć twarzą w twarz z… Allyą.
- Jak długo będziemy kryć się wśród drzew? - słowa Sybille, które padły natychmiast po tym, jak ta odnalazła Baratheonównę, z założenia miały wywołać u przyjaciółki złość. Jedynym sposobem, by powalić tą Łanię było oderwanie jej myśli od racjonalnego toku podejmowania decyzji… a to najłatwiejsze okazywało się zwykle, gdy Allya wpadała w szał. Lady Tarth zatrzymała konia zaledwie kilka jardów od klaczy Baratheonówny, najwyraźniej oczekując, że lada moment dłoń szatynki z szybkością błyskawicy powędruje do kołczanu i pośle w stronę Syb strzałę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Las   Sob Paź 19, 2013 8:47 pm

Niepewność to paskudna cholera. Pod pewnymi względami łudząco podobna do nadziei, przypomina staruszkę, która przeciska się przez tłum na targu i pyta, czy można jej pomóc przejść. Gdy już raz ją wpuścisz, opowie ci o swoich dzieciach, podagrze, podagrze dzieci i głupocie polityków. Nie opuści cię do końca pobytu  i nie pozwoli na chwilę wytchnienia. Allya westchnęła cicho pod nosem, zawieszając łuk przy siodle. Cóż, kochana – pomyślała, powoli obracając klacz w stronę dochodzącego od strony polany tętentu końskich kopyt  – im szybciej się nauczysz, że życie to pasmo rozczarowań, tym łatwiej będzie ci zrozumieć, dlaczego musisz poświęcić własne ideały. Więc może ucz się szybko, żeby nie odchodzić z tego świata z posmakiem goryczy.
Gdy spomiędzy drzew dobiegł ją głos Sybille, uśmiechnęła się… skromnie, czy może raczej przepraszająco? Nieważne, jej oczy i tak mówiły wszystko, czego wcześniej nie powiedział strój. A to znaczyło, że pierwsza cegiełka planu jest już w murze. Allya rozluźniła uścisk palców na grzywie konia i przyjrzała się dziewczynie. Dostrzegła, że ściąga usta w cienką kreskę, że marszczy czoło. Choć jej słowa brzmiały jak wyrzut, przekaz wiadomości był raczej pozytywny… i poniekąd umożliwił poruszenie Baratheonównie kwestii, dla której wyruszyły z Końca Burzy w stronę królewskich włości.
- Nie lubisz śpiewu ptaków, szumu liści i owadów zakradających się tam, gdzie zwykle zaglądają wyłącznie mężowie? - gdy tylko Allya spojrzała na Syb, na jej ślicznej, zadbanej twarzy nie sposób było dostrzec gniewu. Przeciwnie, uśmiechała się szeroko, a niebieskie oczy nie tyle się szkliły, co karmelizowały od nadmiaru radości w spojrzeniu. - Wyruszymy, kiedy zmusisz kruka do zejścia z drzewa. Czyli najpewniej za tydzień, kiedy runie na ziemię wygłodzony. - Baratheonówna posłała przyjaciółce przeciągłe spojrzenie i delikatnie spięła klacz, ruszając w stronę Sybille. Uparte ptaszysko posiadało istotną dla dalszej podróży informację, a jeśli nie sfrunie z drzewa po dobroci… Allya zrobi użytek z łuku i strzał. Do prawdopodobnego celu podróży zostały im dwa dni, czyli wystarczająca ilość czasu, by zorganizować małą, obozową powtórkę z rodów, ich koligacji, ambicji i obaw. Baratheonówna miała nadzieję, że po wojnie na Zachodzie o której Koniec Burzy dowiedział się w dzień jej wyjazdu z zamku, nic się tak naprawdę nie zmieniło i każdy aktor na dzisiejszej scenie politycznej nadal gra swoją rolę tak, jak powinien.
- Syb. - szatynka spojrzała na pannę z Tarth spokojnie, zatrzymując klacz tuż przy boku jej konia. - Wiem, że masz ochotę udusić mnie za uparte milczenie… ale im mniej osób wie o osobie, z którą mamy się spotkać, tym lepiej. - po twarzy Allyi przemknął dziwny cień, jakby sama myśl o nieuchronnym starciu napawała ją… lękiem? Tak, najwyraźniej o to chodziło. Po raz pierwszy od… właściwie od zawsze Baratheonówna robiła coś za plecami Aylwarda. Nie miała wsparcia w starszym bracie, który stawał za nią murem nawet wtedy, gdy podejmowała szkodliwe dla niego decyzje. Bycie swego rodzaju ateistką nie przygotowuje specjalnie dobrze do osamotnienia. Ani się pomodlić, ani wykląć bogów, spowiadać się w powietrze też jakoś tak głupio, bo co człowiekowi po tym, że opowie, jakie popełnił błędy kiedyś, skoro i tak wszystko, co zrobił, nie może się równać z tym, co nastąpi za chwilę…
- Nie robię tego dla siebie. - powiedziała nagle, patrząc poważnie na Sybille. Szafirowe oczy blondynki, zupełnie jak woda obmywająca brzegi Tarth, patrzyły uważnie i łagodnie. To tym oczom Allya postanowiła zaufać, gdy Aylward wyruszył na Południe…
Skąd może nie wrócić.
W Dolinie odniósł sukces. Został zwycięzcą, bohaterem, pół-bogiem opiewanym w balladach i kochanym przez tysiące dziewek w królestwie. Tym razem jednak czekało go starcie z innym… groźniejszym przeciwnikiem. Baratheonówna doskonale pamiętała każde swoje spotkanie z członkami rodu Martell… zwłaszcza z Edrikiem. To nie był człowiek, który się mylił i podejmował pochopne decyzje. Allya wyczuła to doskonale, bowiem poniekąd była taka jak on.
I ta świadomość przerażała ją najbardziej.
- Nigdy nie robiłam niczego dla siebie, choć wszyscy sądzą inaczej. - dodała cicho, wciąż wbijając czujne spojrzenie w Sybille. Zrozumie. Zawsze rozumiała. - Odkąd pamiętam, nawet przy narodzinach, najpierw był Aylward, później ja. Przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. Nadal stawiam jego dobro ponad swoim, jego szczęście wyżej od mojego… - urwała na moment, odrywając w końcu wzrok od Szafirowej. Musiała to powiedzieć, uzewnętrznić usprawiedliwienie, którym tłumaczyła swoje decyzje. - … i jeśli poniesie na Południu klęskę, zrobię wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Wszystko, Syb. Dlatego jedziemy sprzedać jego duszę. - Allya zacisnęła delikatnie pełne usta, spinając klacz i ruszając w drogę powrotną do obozu, jakby starając się umknąć przed setką pytań Sybille, które ta zaraz wygeneruje. Problem w tym, że przed Lady Tarth i jej przenikliwym spojrzeniem nie ma ucieczki. O upartości nie mówiąc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Tarth, Evenfall Hall
Liczba postów :
95
Join date :
12/09/2013

PisanieTemat: Re: Las   Wto Lis 19, 2013 4:13 pm

Ludzie mawiają, że miłość, jaka łączy bliźniaki, jest znacznie mocniejsza od tej, którą odczuwają zwykłe rodzeństwa. Może coś w tym było. Może nawet nie zwykłe „coś”. Może, dzięki wieloletniej obserwacji, Sybille najlepiej wiedziała, że niepowtarzalna więź łącząca dwoje potomków którzy dzielili wspólnie miejsce w łonie matki, była czymś więcej niźli przymusem spędzania ze sobą pierwszej połowy życia. Allya i Aylward. Aylward i Allya. Nie ważne, jak wieloma obelgami się obrzucali jako dzieci - jedno zawsze stało na straży drugiego. Sami sobie byli najlepszymi wartownikami i bohaterami, z zaskakującą sprawnością zastępowali maestrów, septy… a nawet rodziców. Spośród tylu dowodów łączącej ich miłości, najbardziej czytelne były te najdrobniejsze, z pozoru najmniej istotne gesty ufności. Sybille nie pamięta, jak wiele razy Aylward chronił Allyę przed wyimaginowanymi niebezpieczeństwami, jak wiele razy ściągał ją z drzewa, gdy bezkarnie z Syb wspinały się na najwyższy wierzchołek w poszukiwaniu ptasich gniazd. Ally wtedy obejmowała go z całych sił za szyję, przytulała się doń spazmatycznie, jakby istotnie ratował jej życie. Jemu też w gruncie rzeczy się zdawało, iż zatrzymał ją na skraju przepaści, wydobył z topieli, wyniósł z płonącego domu. I jak to Aylward: najpierw mu się wydawało, potem zaś, w miarę zbliżania się do zamku, coraz bardziej zaczynał wierzyć we własne przywidzenia. Tarthówna jednak najdoskonalej pamięta słowa, które skierował do niej Baratheon, gdy podczas jeden z wizyt na Szafirowej Wyspie wpinali się na zielone pagórki, jak zwykle znacznie wyprzedzając straże i nieodłączne podczas podobnych spacerów przyzwoitki. Ona kiedyś umrze - powiedział spokojnym do granic rozsądku tonem. - To niemożliwe, ale pewne, za dziesięć, za dwadzieścia albo za czterdzieści lat ona umrze i trzeba będzie ją pochować.
A potem stanął w miejscu, ponieważ kilkadziesiąt lat, jakie miała przeżyć jeszcze jego siostra, wydały mu się czasem przerażająco krótkim, tak krótkim, jak jeden rok, który przecież jest krótki jak mgnienie oka pomiędzy kolejną zimą. I przerażony Aylward tamtego dnia postanowił uczynić wszystko, aby przedłużyć życie swojej siostry.
Właśnie dlatego deklaracja Allyi, bladej jak kość i lodowatej jak ciało niebieskie, ani trochę nie zaskoczyła Sybille. Rodzeństwo było gotowe zrobić wszystko dla własnego dobra - nawet, jeśli miałoby sprzedać duszę Innym. Aylward był powodem wszystkich nieszczęść Baratheonówny, a ona zaś - pierwszą przyczyną wszystkich jego tragedii. Jak zwykle sami sobie byli winni.
- Mogę Cię nazwać despotką… ale nigdy nie powiem, że jesteś egoistką. - Syb doskonale wiedziała, że podobne momenty wylewności u Allyi mają miejsce raz na dziesięciolecie - i zwykle spowodowane są nadmierną ilością złotego arborskiego potajemnie spożytego przez obie damy. Teraz jednak chodziło o coś znacznie więcej. Nad jej bratem po raz kolejny krążył cień Nieznajomego, zupełnie jakby sam fakt, że Aylward wciąż żyje, szczególnie mocno grał bogowi na nerwach. Baratheonówna zaś, zgodnie z niepisaną zasadą, robiła wszystko, by odwlec moment jego śmierci… najlepiej w nieskończoność. I Sybille była pewna, że Allya nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego.
- Jest dorosły. - ciche mruknięcie, które wydała z siebie Tarthówna, miało w sobie coś z… nagany? Syb oderwała od własnych dłoni jasny wzrok i skierowała go na przyjaciółkę. - On jest dorosły, kochanie. Już dawno przestaliście być dziećmi a… a waszym największym wrogiem nie jest dowódca straży przybocznej, któremu wciąż uciekaliście, tylko uzbrojony po zęby człowiek dysponujący wielką armią i jeszcze większym majątkiem. A jednak Aylward potrafi o siebie zadbać sam, podobnie jak Ty doskonale radzisz sobie bez niego. - Sybille wypuściła z ręki lejce i zacisnęła kruchą dłoń na nadgarstku Allyi. Tarthówna była jak ostatni płomyk rozsądku pośród tej… wichury szaleństwa. Nie mogła pozwolić, by jej najlepsza przyjaciółka pod wpływem nad wyraz olbrzymiej troski zrobiła coś… głupiego. Ryzykownego. Albo nie dajcie bogowie - bezpruderyjnego!
- Wracajmy do Końca Burzy, najpewniej Orys wysłał już pierwsze kruki… poza tym Twój Pan Ojciec nie powinien zostawać w zamku sam. Wszystkie jego dzieci rozjechały się po całym królestwie niczym kompania żołdaków po pobliskich domach uciech. Odpoczniemy, wygrzejemy zmarznięte kości… i nim się obejrzysz, Aylward będzie męczył nas swoją wersją „Niedźwiedzia i dziewicy cud”. Kto wie, może nawet zaprosi Starków? - na ustach Sybille pojawił się delikatny uśmiech, gdy dostrzegła w oczach Allyi niezdrowy błysk zafrapowania. Lepsze to od iskier szaleństwa. - Nie chciałabyś poznać przyszłej pani żony swego brata? Oby miała nerwy równie mocne i potężne, co daleki Mur… - Tarthówna zawiesiła wymownie głos, wpatrując się prosząco w przyjaciółkę. Jeśli nie z ciekawości, to ze względu na lśniące niczym u szczeniaka spojrzenie Sybille, która ostatniej rzeczy jaką pragnie, jest spotkanie z tajemniczym współpracownikiem Baratheonówny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Las   Sob Lis 23, 2013 1:43 pm

Lęk przed śmiercią. Któż jest od niego wolny? Podskórna rzeka tocząca swe wody pod skorupą zwyczajnych dni, w których nie ma czasu na myślenie o rzeczach ostatecznych. Rzeka wypływająca w chwilach choroby, zwątpień lub wówczas, gdy odchodzą najbliżsi: I jeszcze podczas tych bezsennych nocy, kiedy w absolutnej ciszy i mroku wsłuchujemy się w nierówny łomot serca lub nieudolnie pragniemy zbadać własny puls. Równocześnie z owym lękiem od dawien dawna egzystuje marzenie o wiecznym życiu, i to możliwie ziemskim, zawsze młodym. A niechby zresztą starczym. Ale żeby żyć, żyć!
Allya pod tym względem nie różniła się od tysięcy innych ludzi - pragnęła przetrwać. Czy tak naprawdę nie o to chodziło w tej grze? Przeżyć. Niech inni giną - ale nie my. Nie, nie… my musimy trwać wiecznie. Aylward był bliżej tego celu niż którekolwiek z rodzeństwa Baratheonów. Problem w tym, że swą nieśmiertelność miał okupić krwią wroga… lub swoją. Zapisać się na kartach historii szkarłatnymi literami, przez wieki trwać żywym w opowieściach i pieśniach, zginąć w bitwie - a mimo to żyć nadal, wiecznie młodym i niezwyciężonym. Tak brzmiał plan Ayla. Jego przepis na nieśmiertelność, zaskakujący w prostocie i piekielnie trudny w wykonaniu, miał jednak pewną skazę, drobne pękniecie, które trudno było zauważyć… a nosiło ono imię Allya.
Wszelkie starania Sybille miały jednak spełznąć na niczym. Dokonało się, już trwa - powolny upadek w głąb zranionych uczuć. Baratheonówna nie miała się już czego bać. Zapadły wyroki. Aylward oraz Orys wyruszyli na kolejną wojnę. Teraz każdy dzień, który przetrwają, to cud. Z chwili na chwilę sukcesywnie wyciekała z Allyi wola, traciła wszelką chęć, siłę do choćby rozpaczy. Nawet gdy słowa Szafirowej Damy zaczęły uświadamiać jej, w jak wielu kwestiach się myliła, nie miała zamiaru przyznawać jej racji. Baratheonównie pozostawała kontemplacja niemocy i ciągła walka z własną rezygnacją, którą poddawała ciągłej walce z determinacją.  Piekielne lato! Allya przygryzła wargi, usiłując całą uwagę skupić na palcach Sybille oplatających jej nadgarstek. Z trudem panowała nad nerwami. Przegranie tego starcia przez kogoś, kto nie lubi przegrywać, nie umie przegrywać, nie chce przegrywać… byłoby ostatecznym wyrokiem na wolę przetrwania Łani. Nie mogła ulec namowom przyjaciółki, musiała iść w zaparte i wierzyć w prawo serii.
- „Dorosły” nie znaczy „odpowiedzialny”. - odparła gniewnie Baratheonówna, wyswobadzając dłoń z uścisku Sybille. Ostatniej rzeczy, której pragnęła, to kłótnia z panną z Tarthu… jednak wszystko, jak na złość, do tego prowadziło. - Popełnił w życiu więcej głupstw niż Koniec Burzy razem wzięty. Nie mam zamiaru pozwolić, by kolejne z nich doprowadziło do jego śmierci. - Allya zacisnęła usta w wąską, pełną determinacji kreskę. Była gotowa posunąć się do wszystkiego, by jej słowa nie były wyłącznie pustymi frazesami?
Ależ oczywiście, że tak.
- Nie próbuj odwrócić kota ogonem, Syb. - Baratheonówna spięła delikatnie klacz, ruszając w drogę powrotną do obozu. Smukła sylwetka, podskakująca miarowo przy każdym ruchu konia, była najlepszym dowodem na to, że Allya uważa rozmowę za skończoną. Ciemne włosy zaplecione w ciasny warkocz odrzuciła na plecy, zerkając przez ramię na Sybille. Spojrzenie jasnych jak wody Tarthu oczu przepełnione było niemymi wyrzutami, jednak Baratheonówna nie miała zamiaru się ugiąć. Najwyższy czas, by zrobić użytek z drobnej przewagi, którą mogli mieć nad śmiercią…
- Naprawdę sądzisz, że ktoś jest w stanie wytrzymać z Aylwardem? - jej rozbawiony ton, tak odmienny od wcześniejszego napadu wściekłości, bez trudu przedarł się bez miarowy szum puszczy. - Nie mocnych nerwów, ale silnej liny będzie potrzebowała panna Stark. Głównie po to, by przywiązać mojego brata do stołu, gdyby próbował wymknąć się do domu uciech. - na ustach Allyi wykwitnął delikatny uśmiech rozbawienia. Znała Baratheona na tyle dobrze, aby wiedzieć, że w sytuacji pełnej determinacji wziąłby stół na plecy i tak wyposażony ruszył na podbój pobliskiego burdelu…
- Syb, nie ociągaj się, chcę dotrzeć na miejsce przed zmrokiem!

/ obie panny zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Las   

Powrót do góry Go down
 

Las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-