a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Grassy Vale



 

 Grassy Vale

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Grassy Vale   Pią Wrz 20, 2013 9:30 am

Miejsce rychłego spotkania dwóch wielkich armii. W pobliżu znajduje się niewielka twierdza we władaniu rodu Meadows.

.....


UWAGA!

Tutaj rozegra się spotkanie dwóch armii. Czy będą do siebie wrogo czy pozytywnie nastawione, zobaczymy!
Kolejność:
Martell
Tyrell

Ja, jako MG, mogę wtrącić swój post w dowolnym momencie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Grassy Vale   Wto Paź 01, 2013 10:10 pm

/ Blackmont

Lirnik zaciąga gdzieś za plecami Martella. Do sporego chóru głosów przyłączają się kolejne, lira zostaje powoli zagłuszana śpiewem Dornijczyków. Zwyczajnych ludzi. Romantyków. Bezimiennych bohaterów. Wykonują odpowiedzialne zadanie. Będą zabijać wrogów. Im więcej przeciwników pozbawią życia, tym szybciej nadejdzie świetlana przyszłość. Ich niezauważalny, codzienny heroizm jest walką o szczęście ludzkości. Walką o pokój w królestwie. Edric zmarszczył ciemne brwi, odwijając z szyi szeroką chustę, która jeszcze w Dorne chroniła go przed piaskiem. Od kilka chwil obserwuje, jak słońce szybuje niepewnie ponad koronami drzew, posyłając przez gęste listowie jedynie niewielkie smużki światła. Lirnik jadący z tyłu zwiadu zmienił rytm, bo nagle zamiast nostalgicznej dumki zahuczały dziarsko struny, a tłum podchwycił: Był tam niedźwiedź, dokładnie tam, cały w czerni i brązie…
Uśmiech Księcia Dorne poszerzył się nieznacznie, gdy obok niego przegalopował Yronwood, którego wojska podążały z siłami Martellów. Edric doskonale pamięta, jak zmuszony był argumentować wyprawę na wojnę, byleby chorąży nie miał wątpliwości co do racji ich wyprawy…
- Gerold, wiesz, kogo zwą w Słonecznej Włóczni Gromem? - zapytał nagle książę, zrównując się ze swym towarzyszem. Ogorzała od słońca twarz Martella wyrażała najgłębszy namysł, zupełnie jakby Edric już zmagał się z wrogiem, tym razem jednak w myślach. - No tak, nie wiesz. Więc opowiem Ci pewną historię. - tu jednak zamilkł i ponownie zerknął w niebo. Dopiero po dość długiej chwili, trwającej dobrych kilka chwil, oderwał wzrok od bezchmurnego bezskresu.
- A może i nie. - zdecydował, przeniósłszy nagle spojrzenie na twarz chorążego. - Obejdzie się. Wystarczy krótkie wprowadzenie. Zdajesz sobie sprawę ze strategicznego znaczenia Ziemi Burz, prawda? Granice wpływów Martellów i Baratheonów na pograniczu są od wieków płynne, trudno tu o jakiekolwiek wiążące ustalenia, zwłaszcza że Koniec Burzy i jego mieszkańcy uparcie odmawiają ratyfikowania jakichkolwiek traktatów, oprócz tymczasowego paktu o nieagresji. - Edric rozejrzał się spokojnie, jakby oczekując, że zza krzaków wyjedzie armia Tyrellów na samo słowo „traktat”. Zamiast tego w niebo wzbiło się jedynie stado dzikich ptaków, które na widok zbliżającej się grupy trzech tuzinów jeźdźców postanowiło znaleźć spokojniejsze miejsce. - Gdybyśmy sami się jakoś nie dogadywali, dawno by już poszły w ruch miecze i włócznie. Oczywiście element zastraszenia odgrywa pewną rolę… aktualny stosunek sił nieuchronnie odbija się na tych negocjacjach. I nie wątpię, że nadal niewiele trzeba, żeby to wszystko trzasnęło... Przede wszystkim bowiem nikt tu nikomu nie ufa. Jedno, czego możemy być pewni, to swej wzajemnej przeniewierności. - Martell uśmiechnął się delikatnie pod nosem, zerkając przez ramię. Kilkadziesiąt jardów za nim znajdowała się reszta jeźdźców, zaś dzień drogi od zbliżającego się nieuchronnie Grassy Vale - ponad dziesięć tysięcy… czyli odrobinę więcej. Cała potęga Dorne, włączając w to siły takich rodów jak Yronwood oraz Uller, wkroczyła do Reach zmierzając na spotkanie ze swym sojusznikiem w działaniach. Drugi trzon armii, nieco mniej liczny, znajdował się pod dowództwem młodszego Martella. I właśnie to nękało duszę Edrica. Trystane nie należał do typu wojowników, już sama podróż do Wodnych Ogrodów była dla niego niebotycznie nudna, co dopiero o przebyciu całego południa mówiąc… jednak młodszy brat miał też niezastąpioną zaletę. Bez szemrania wykonywał rozkazy Księcia Dorne i wyszedłby z siebie, by sprostać swemu zadaniu. Edric był dzięki temu pewien, że nic nie powstrzyma drugiego wojska na drodze do zwycięstwa… chyba, że coś pójdzie niezgodnie z planem. - Burza stanowi obszar, gdzie zbiegają się granice najsilniejszych rodów, to idealna trasa do Królewskiej Przystani a i Essos ma do niej dojście przez Wąskie Morze. W każdym razie nasi ludzie donoszą, w Burzy rządy przejmuje Aylward Baratheon, drugi co do starszeństwa syn, pomimo iż dziedzic wciąż jest żyw. - grymas obrzydzenia wykrzywił na chwilę usta Martella, który jednak szybko się opamiętał i ponownie podjął temat rozmowy. - Raz, że mam przez niego potworne kłopoty natury, mhm… podnoszenia morali żołnierzy; dwa, że ozłociłbym każdego za wyciągnięcie z Gromu choćby połowy tego, co wie o polityce Targaryenów. - Edric uśmiechnął się w sposób, w jaki uśmiechać się mogą jedynie ludzie przeświadczeni o winie bliźniego. A wina Baratheona w oczach Martella była ogromna - Aylward prawdopodobnie otruł jego ojca. Zaś tego typu zniewaga… krwi wymaga. - Nie mam tu maestra znającego się na zwyczajach zwierząt, więc trudno coś prawomocnie wnioskować, ale mało kto zaprzeczy, że odjebało Baratheonowi nielekko.  - książę wstrzymał konia, gestem dłoni nakazując to reszcie swych ludzi. Nieco ponad trzydziestu jeźdźców dosiadających szybkie i zwrotne dornijskie rumaki zatrzymała się w miejscu, wyczekując na dalsze rozkazy. To było dobre miejsce, by rozproszyć zwiad. Martell nakazał szóstce swych ludzi ruszył traktem wprost do Grassy Vale, kolejnym sześciu - podążyć na zachód od miasta, zaś tuzinowi innemu - na wschód. Rozkazy były proste - rozeznanie, ocenienie sił Tyrellów, szybki powrót. Edric z pozostałymi jeźdźcami także ruszył w stronę Grassy Vale, pozostając jednak od pierwszej grupy w kilkuset jardowej odległości. Przecież nie mogli pozwolić sobie na nawet najdrobniejsze potknięcie… a wszelki rozsądek nakazuje, by Róże powitały ich już na trakcie, wskazując miejsce do rozbicia obozu. -  Najważniejsze, by na wojnie pamiętać, że któraś strona monety zawsze musi być na dole. I nie ma dla niej żadnego „dlaczego". - dodał pod nosem, sprawdzając, czy klinga delikatnie zakrzywionego, dornijskiego miecza gładko wychodzi z pochwy. Kiedy wyruszał ze Słonecznej Włóczni, jego pan ojciec wciąż żył. Zaś teraz sam Edric, będąc krok od zwycięstwa, musiał sprostać jeszcze jednemu, nowemu zadaniu. Musiał być godnym następcą. I wyciągnąć rękę do Tyrellów, choć w głębi duszy wzbraniał się przed tym krokiem - róże mają kolce, które potrafią dotkliwie zranić…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Grassy Vale   Wto Paź 15, 2013 9:15 am

MG


Nie od wczoraj było wiadomo, że wojna to nie tylko machanie mieczem. Właściwie, to... machanie mieczem było tylko ułamkiem nieodzownych działań, które zostawiało się zwykłym żołnierzom. Nie da się ukryć, że to właśnie ci zwykli żołnierze wygrywali bitwy, lecz byli oni jedynie motłochem kierowanym przez większe umysły dowódców. To dowódcy właśnie musieli brać pod uwagę tuziny, jak nie setki czynników takich jak morale czy ukształtowanie terenu, rozsyłać szpiegów, zwiadowców, zawierać sojusze i decydować po której stronie stanąć. Bez dwóch zdań, to dowódcy musieli wykazać się prawdziwym kunsztem i przebiegłością. Bez niej, nawet najpotężniejsi z wojowników padali niczym muchy, o czym niedawno przekonały się wojska Żelaznych, które uderzyły na Zachód bez opracowania solidnego planu działania. Biorąc to pod uwagę, ogrom ich porażki nie dziwił. Nawet na odległe południe powoli docierały wieści o wojnie na ziemiach Lannisterów, choć nie wiadomo było jeszcze ile w nich prawdy, a ile bajania.

Tymczasem jednak, rody Południa miały ponad sobą znacznie bardziej doświadczonego dowódcę od nieszczęsnego rodu Greyjoy. Liczący sobie 29 dni imienia Edric Martell działał zgodnie z ustalonym wcześniej planem, jednocześnie biorąc pod uwagę każdą, najbardziej choćby zaskakującą ewentualność...

...i bardzo dobrze robił, gdyż w Grassy Vale nie spotkał choćby jednego członka rodu Tyrell! Czyżby mieli się spóźnić? Lecz nie, nadejście wielkiej armii musiało by być dobrze widoczne, tymczasem zaś nic nie zwiastowało nadejścia ludzi Tyrellów. Niech to Inni! Nie, Tyrellowie nie nadchodzili, a jeśli nadchodzili, to byli jeszcze dość daleko, na tyle daleko, by nie zostali jeszcze dostrzeżeni przez zwiadowców. Ci jednak mieli inne, dość ciekawego informacje. Ponoć na zachodzie od Grassy Vale poruszała się jakaś armia. Tak mówili ludzie. Sami jej nie widzieli, lecz ludzie mówili, że z pewnością nie powiewa nad nimi sztandar rodu Tyrell. Czyżby jakiś chorąży? A może jakiś zupełnie nowy gracz na wojennej planszy?




Jeśli Tyrellom zechce się to przeczytać, to proszę o kontakt ze mną. Póki co, zostają wykluczeni z kolejki, zakładam, że są w znacznej odległości od Grassy Vale.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Grassy Vale   Pią Lis 01, 2013 10:56 am

Edric Martell czekał. Tego akurat nauczył się całkiem nieźle. Cały ten czas był dla niego czekaniem. Na tę właśnie chwilę. Gdy dotarły do niego wieści o nieobecności Tyrellów na miejscu spotkania, uśmiechnął się jedynie pod nosem, kiwając głową ze zrozumieniem. Zupełnie, jakby ta opcja mu odpowiadała - i Pan Światła raczy wiedzieć, czy tak właśnie nie było. O wiele bardziej niepokojące okazały się wieści o obcej armii poruszającej się na zachód od Dornijczyków. Kto, jeśli nie Tyrellowie, mogli poruszać się w tak licznej sile w samym sercu Reach? Skoro zaś to nie oni, jeśli wierzyć słowom prostaczków… czyżby wróg próbował ich oskrzydlić? Książę zmarszczył lekko brwi, rozważając wszystkie „za” i „przeciw” rozkazów, które lada moment padną z jego ust…
- Niech tuzin jeźdźców czym prędzej wyruszy w stronę tamtego wojska. Nie bierzcie naszego sztandaru, już sam ubiór dobitnie świadczy, kim jesteśmy. Użyjcie chorągwi Siedmiu. - Edric spiął konia, ruszając przed siebie. Jako władca Dorne musiał znać, zabawne dla niego, zwyczaje reszty Westeros. Jedna z setek nudnych lekcji prowadzonych przez maestra okazała się przydatna. Książę zapamiętał, iż sztandar, na którym widnieje siedem gwiazd symbolizujących nowych bogów traktowany jest jako chorągiew pokojowa, zwykle używana przez posłów. I tym właśnie miał być wybrany tuzin - posłami. - Weźcie najbardziej rącze rumaki i dostańcie się do dowódcy. Zaproponujcie mu w moim imieniu spotkanie, pośrodku dzielącej nas drogi, w pobliżu koryta Blueburn. I najważniejsze… dowiedzcie się, do kurwy nędzy, co to za wojsko i jak liczne jest. Jeśli tylko pojawi się taka możliwość, wyślijcie kruka z informacjami. Chcę wiedzieć wszystko. Liczba, rodzaj, pochodzenie armii. Czy ich dowódca jest stary i gruby czy młody i prężny. Wszystko. A teraz jazda, kończy się nam czas! - koń Edrica z majestatem godnym książęcego rumaka przestąpił szarą granicę pomiędzy drzewami a odsłoniętym terenem i wkroczył na szeroką drogę wiodącą do Grassy Vale. Rosnący za plecami las pożegnał go cichym westchnieniem i błyskiem kropel na liściach skąpanych w słońcu. Martell jednak nie dostrzegł w tym nic urzekającego. Z cienia drzew wyjechali kolejni jeźdźcy. Po czterech, ze zwieszonymi głowami, jakby pogrążeni w płytkiej drzemce. Wprawny obserwator mógłby jednak dostrzec dłonie delikatnie zaciśnięte na drzewcach włóczni i rękojeściach mieczy. Po dłuższej chwili, podczas której dało się słyszeć jedynie miarowy stukot kopyt na ubitym trakcie, ostatnia z blisko dwudziestu czwórek wjechała na drogę. Edric zatrzymał konia obracając go w stronę jeźdźców i obrzucając ich uważnym spojrzeniem. Po chwili lustrowania swych towarzyszy, zaczął wydawać pierwsze rozkazy, które natychmiast zaczęły być wdrażane w życie. Zaledwie po kilku chwilach z prawie osiemdziesięciu jeźdźców zostało zaledwie dwudziestu. To właśnie oni mieli towarzyszyć Martellowi w podróży… na zachód, nie zaś na wschód, jak dotychczas przewidywał plan.
Pora na zmianę zasad gry.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Grassy Vale   

Powrót do góry Go down
 

Grassy Vale

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Reach-