a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Zamkowe wrota



 

 Zamkowe wrota

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 2:48 pm


Forteca Dreadfort od pokoleń stanowi siedzibę rodu Bolton. Ulokowana została nad Łkającą Wodą, we wschodniej części kontynentu, a jej wysokie, ozdobione trójkątnymi, przypominającymi zęby blankami mury oglądać można już z daleka, jadąc w jej kierunku. Tak samo jak wywieszone na owych od czasu do czasu pozbawione skór ciała tych, którym ostatnimi czasy zupełnie się w życiu nie poszczęściło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 5:18 pm

Dni mijały niczym odtwarzana na okrągło piosenka mistrala. Znacie ten typ, zaczyna się od jednego wersu, kończy tym samym i tak w kółko. W nieskończoność. W cholerną i irytującą nieskończoność. Pobudka rano, szybkie śniadanie i na koń. Nawet nie ma do kogo gęby otworzyć, co dopiero nawiązać interesującą konwersację. Lasset Hawick był najgorszym towarzyszem z nich wszystkich, chociaż wiekowo był mi najbliższy. Przemądrzały dupek, który zazdrości mi urodzenia. Myśli, że lepiej poradziłby sobie gdyby miał tak wspaniałych przodków jak moi. Pff. Zazdrośni ludzie są tacy irytujący. Tacy prostaccy. I aż zadziwiająco zbyt głupi.
Byłem pewien, że moi towarzysze na pewno nie wpadli na pomysł poprowadzenia mnie do Dreadfort okrężną drogą zupełnie uniemożliwiając mi ucieczkę. Wymyślił to ten stary Frey, zmora mojego życia, pokryty mchem spróchniały pieniek. Na dodatek tępy. Ale jednak wciąż potrafiący mi tak wspaniale
umilić życie. Niech go wilki rozgryzą na strzępy. Pierdoleni Freye.
Han rzeczywiście dotarł do Dreadfort kilka dni później niż z góry zakładał. Właściwie w ogóle nie zakładał takiego obrotu sprawy, bo miał nadzieję, że będąc na Królewskim Trakcie prowadzącym do Winterfell natknie się na jakiś swoich sprzymierzeńców. Chorążych, wujów, stryjów. Kogokolwiek. Niestety nie. Poprowadzono go drogą przez White Harbor i Las Hornwood. Freyowie, jak ich Han w tej chwili nienawidził. Wszystkich. Wliczając nawet te najmłodsze, które jeszcze nie zdążyły zarazić się brzydotą Bliźniaków. Oczywiście zewnętrznie, bo wewnętrznie wszystkie były puszczalskimi zołzami.
Torrhen Stark przeszedł w towarzystwie swojej straży przez otwarte bramy twierdzy uważnie rozglądając się wokoło. Ostatni raz w tym mieście był jakieś sześć lat temu jak nie więcej. Pamiętał, że Aidan nastraszył go wtedy tak, że przejechał przez miasto z zamkniętymi oczami. Byle tylko nie zobaczyć powywieszanych trupów obdartych ze skóry robiących za firanki w oknach. No cóż. Aidan sobie żartował i niedługo potem Han zdał sobie z tego sprawę. Trauma jednak nadal pozostawała.
Jedynym uczuciem jakim w tej chwili czuł młody Stark była ciekawość, kto wyjdzie go powitać. Może jednak ktoś z rodziny dowiedział się o jego wygnaniu z Bliźniaków i podróży tutaj? Może przybyli go stąd zabrać? Zapewne nie, ale jednak. Han czasami lubił pomarzyć.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 6:54 pm

Sposób, w jaki wieści nadesłane przez Waldera Frey'a trafiły w ręce Reda, a co za tym idzie także i jego brata, wcześniej niż w ojcowskie, dla których w teorii były przeznaczone. Grunt, że szanowny panicz Bolton wiedział o przybyciu niejakiego Torrhana Starka do Dreadfort wystarczająco wcześnie, by przygotować się do spotkania owego jak należy. Prośba ułożona przez staruszka z Bliźniaków sprawiła, że Rodrickowi na wiele dni poprawił się znacząco humor. Nawet pomimo faktu, iż nie mógł wprowadzić jej chwilowo w czyn, niestety, niezależnie od tego jak nieznośnym młody giermek był i w jak wielką złość zdążył już wpędzić dziadka Frey'a przez ten krótki okres czasu, jaki spędził na terenach Dorzecza.
Grupka straży prowadząca im młodego Starka na wzór jeńca tudzież upolowanej zwierzyny była jeszcze daleko przed murami twierdzy, kiedy bracia usłyszeli, że oto zbliża się ich wyczekiwany gość. Kochany tatuś jak zwykle miał ważniejsze sprawy na głowie, o ile w ogóle został koniec końców o wizycie poinformowany zawczasu, trzeba więc było osobiście pofatygować się, celem przywitania Hana w ponurych murach fortecy. Żadnych dodatkowych Starków akurat na stanie nie mieli, toteż nie było szansy, coby takowi zabrali dzieciaka do domu, gość musiał więc zadowolić się widokiem dwóch identycznych paszcz braci Bolton, którzy przybyli odebrać go z rąk strażników.
- Stark! Widzę, że wbrew gdybaniom starego Frey'a udało ci się dotrzeć do nas szczęśliwie. - szeroki uśmiech przyozdobił twarz Reda, prawie całkiem neutralizując uszczypliwe tony w głosie. Przekomarzanie się z dumnymi wilkorami Północy po prostu leżało w jego naturze, niczego nie mógł na to poradzić.
- To zbyt wcześnie, by pytać jak podoba ci się w Dreadfort?
Ciekawe, czy zdążyli już wywiesić na blankach ostatniego złapanego w mieście złodzieja..?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
4
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 7:55 pm

Dziś jest dobry dzień na przywitanie Starka, kiedy Rod powiadomił mnie o zamiarach Frey'a nie mogłem marzyć o lepszych okolicznościach na to zdarzenie. Mam nadzieję że nasz nowy gość zrozumie przekaz pomyślał Aegon kończąc rozmawiać ze strażnikiem w sprawie złodzieja którego ostatnio złapano. Wyjrzał przez okno i zobaczył grupę jeźdźców powoli zbliżającą się do zamku. Bez wątpienia była to przesyłka wysłana przez starego Frey'a. Uradowany z idealnego wyczucia czasu, skinął głową w stronę rozmówcy i wyszedł doskonale wiedząc że jego polecenia zostaną wykonane tak jak sobie tego zażyczył. Schodząc po schodach słyszał wspaniały metaliczny zgrzyt ostrzonego ostrza i pojękiwanie więźnia. Czy słyszał to naprawdę czy uszami wyobraźni nie miało znaczenia, doskonale zdawał sobie sprawę co zaraz się stanie.
Gdy już był u podstawy schodów, ruszył w stronę wyjścia obserwując trofea wiszące na ścianach. Już wkrótce będzie o jedną więcej pomyślał zadowolony. Przez jeszcze chwilę podziwiał arcydzieła wiszące na ścianach, a następnie ruszył na dziedziniec.
Ledwo wyszedł na zewnątrz, przyjrzał się swojemu odbiciu i powiedział - Przygotowałem naszemu gościowi mały prezent powitalny- po czym uśmiechnął się do brata i zamilkł czekając aż Stark podjedzie.
- Witamy w naszych skromnych progach. Dzięki uprzejmości mości Frey'a już przygotowaliśmy twój lo.. pokój. Mamy nadzieję że miło spędzisz tutaj czas.- stwierdził uśmiechając się pod wąsem.

-Zaraz się zacznie- powiedział do brata, widząc strażników ciągnących ciało po dziedzińcu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 8:12 pm

Oprócz pamiętnej opowieści Aidana podczas przejazdu przez Dreadfort sześć lat temu, Han nasłuchał się jeszcze kilkadziesiąt innych przypowiastek na temat pobytu najstarszego Starka tutaj podczas kiedy był jeszcze giermkiem, a co za tym idzie i usłyszał wiele o jego przyjacielu Redzie Boltonie. I choć w większości były to zwykłe humorystyczne anegdoty, to i tak Han niezbyt za nimi przepadał. Słuchanie tego wszystkiego przypominało mu o tym jak bardzo różnił się od Aidana oraz to, że jakiś tam Bolton z Dreadfort, obdzierający ludzi ze skóry, jest w o wiele lepszych stosunkach z jego bratem niż on sam. Zazdrość? Nie, przecież Han gardził zazdrośnikami. Nie było nic gorszego. Może poza Freyami.
- Red, Ageon - przywitał się pochylając na chwilę głowę. Nie brzmiał za szczęśliwie. Nawet w tych dwóch słowach dało się wyczuć jak bardzo poirytowany i zdegustowany jest obecną sytuacją. Znacie ten typ ludzi, co wiecznie się na wszystko krzywią chociaż nie mają powodu. To Han. - Powiedzmy - dodał jeszcze nawiązując do podróży i po raz kolejny potwierdzając swój ponury nastrój. - Przemiłe miejsce... - oznajmił na koniec.
Oczywiście Hanowi nie uszły uwadze trochę dziwne słowa powitania Aegona (chyba, w zasadzie Han nie był do końca pewien, który jest który). Loch? Serio? Czy oni robią sobie z niego żarty? Po chwili sam odpowiedział sobie na to pytanie kiedy jego wzrok powędrował za spojrzeniem Aegona i dostrzegł ciągniętego więźnia. Zdecydowanie nie robią sobie z niego żartów. Są poważni jak cholera. Cholera.
- Chciałem powiedzieć, że pomysł przybycia tutaj wcale nie wyszedł ode mnie i wcale się nie rozgniewam jeżeli mnie nie ugościcie. Winterell jest niedaleko, z chęcią wyruszę tam jeszcze dziś - powiedział szybko wypluwając z siebie słowa jakby ktoś go pośpieszał.
Jednak nie było to przemiłe miejsce.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
4
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Kwi 28, 2013 9:51 pm

-Ależ jakże moglibyśmy odmówić ugoszczenia brata mojego przyjaciela Aidana, zwłaszcza że bardzo sobie chwalił swojego ukochanego młodszego Hana. Ile ciekawych historii o tobie słyszałem w trakcie naszych wspólnych nocy przy piwie.- powiedział mocno gestykulując w trakcie rozmowy, następnie po przyjacielsku poklepał Starka po plecach. -A i nie przejmuj się zbytnio moim drobnym przejęzyczeniem, często w ten sposób z Aidana sobie żartowaliśmy. Pewnie ci opowiadał o tym. - W momencie kiedy spojrzał na złodzieja. Strażnicy akurat wciągali go po schodach na szczyt muru. -Zaraz powinna dołączyć do nas Kyra, proponuję zaczekać tutaj na nią, przy okazji możemy podziwiać ten niecodzienny widok. Zgodzisz się ze mną Redzie ?- uśmiechając się, wskazał głową strażników na murach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Pon Kwi 29, 2013 8:53 am

Dzień był piękny. Nie można go było zmarnować na bezczynne siedzenie w zamku, zamierzała więc wybrać się na polowanie. Co prawda słyszała, że niedługo ma się u nich pojawić młody Stark, ale to niedługo wciąż się przedłużało. A ona nie lubiła, gdy coś szło nie po jej myśli. Mimowolnie zerknęła przez okno w swojej komnacie. Nie, żeby bardzo obchodziło ją, kogo tam zobaczy. Tym razem jednak dostrzegła coś, co pokrzyżowało jej dotychczasowe plany.
Młody wilkor był prowadzony w obstawie kilku Freyów. Zauważyła, że bracia wyszli mu na powitanie. Wtedy też poczuła, że musi do nich zejść. Nie pozwoli im przecież mieć całej zabawy dla siebie.
Przy powitaniu gości, szczególnie tak wpływowych, powinna być ubrana w najlepsze sukna. Tymczasem miała na sobie jakąś jasną, prostą suknie. Chciała jak najprędzej być na dworze, więc nie przebrała się. Włożyła tylko pospiesznie swój Boltoński płaszcz.
Przechodząc przez główne wejście rzuciła okiem na strażników wieszających ciało. Co prawda obiło jej się o uszy, że złapali złodzieja. Teraz nie bardzo przypominał człowieka. Za to pasował do jej płaszcza. W końcu zauważyła braci. Zmierzała w ich stronę z uprzejmym uśmiechem na twarzy, ale na widok Starka rozciągnęła wargi jeszcze szerzej. Nie da się zaprzeczyć, uroczy był, mimo, że młodziutki.
- Wybaczcie, że tak późno. Byłam zajęta – powiedziała przepraszająco, łącząc obie dłonie. Chciała wyglądać jak ucieleśnienie dobroci i niewinności. Przez chwile przypatrywała się Starkowi z ciekawością, chcąc dostrzec, jak zareagował na prezent Aegona. Nie wymiotował. To już coś. Chociaż z drugiej strony chciałaby to zobaczyć.
- Przepraszam cię za braci, czasami się zapominają. – Nie, żeby ona była lepsza. Ale dziś się postara. W końcu, specjalni goście wymagają specjalnego traktowania. Nagle zmarszczyła lekko brwi, jakby coś nie dawało jej spokoju.
- Mam nadzieje, że nie przestraszy cię ten widok. Chcę, żeby pobyt u nas był dla ciebie przyjemnością.I żebyś zapamiętał go na długo, młody Wilku. Będę bardzo zawiedziona, jeśli się tak nie stanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Pon Kwi 29, 2013 7:39 pm

- Tak, Aidan mi opowiadał. Wiele - potwierdził Han niezbyt obecnym głosem i na pewno nie za bardzo swoim. Wzrok nadal miał utkwiony w człowieku na schodach, do tego nawet stopnia, że zupełnie nie zauważył przybycia Kyry. Drgnął przestraszony kiedy po raz pierwszy się odezwała, czego nie dało się przeoczyć.
Han był czasami naprawdę niepodobny do reszty Starków. Jego zachowania, jego priorytety zupełnie nie pokrywały się z tymi na przykład posiadał Aidan. Aidana cenili nawet Boltoni. Z drugiej strony Aidan nie wystraszyłby się przybycia damy na dziedzińcu. Nie przestraszyłby się przywitania. A Han tak zrobił. Marny jego los Dreadfort.
- W... Witaj Kyro - odezwał się w końcu.
Czuł się zawiedziony, że jego wymyślony na szybko plan z wyjazdem zupełnie nie wypalił. Z drugiej strony... Może rzeczywiście nie powinien przesadzać? Przecież Boltonowie zachowywali się względem niego poprawie. Uprzejmie. Właśnie tak jak powinni zachowywać się podwładni. No może poza wyjątkiem zabronienia mu wyjazdu do domu. No i tym człowiekiem.
- Wszystko... jest w porządku - dodał jeszcze na jej pytanie, a potem spojrzał na jednego z bliźniaków (jak mu się źle kojarzyło to słowo). Nie wiedział jednak już zupełnie na którego patrzy. Eh. Ludzie nie powinni mieć bliźniaków. Powinno się zabijać jednego od razu po porodzie i świat od razu byłby prostszy. - Chociaż z zasady wolę jednak odrobinę bardziej ludzkie kary - dodał jeszcze. Bo przecież nie on osobiście zajmował by się wybijaniem bliźniąt. Od tego są ludzie.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
12
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Pon Kwi 29, 2013 11:05 pm

No i proszę jak pięknie rodzeństwo zajęło się gościem. Red był z nich dumny, naprawdę, a w takiej konfiguracji nieczęsto się to zdarzało. Młody Stark nie wyglądał na specjalnie radosnego z powodu takiego przyjęcia, ale co poradzić? W końcu nie wysłano go do Dreadfort na piwo i dziewki, tylko coby "życie poznał", a jak wiadomo wszem i wobec, życia nikt w sposób wesoły i pogodny poznawać nie jest w stanie.
Sam Rodrick nie mógł jednak dłużej stać i siać zamętu swoim ryjem praktycznie identycznym z bratowym, ani nawet patrzeć jak nieszczęsny Han jest gnębiony przez kochaną Kyrę, bo radosna scenka rodzajowa przerwana została przez jednego ze służących. Dyskretnie, rzecz jasna, coby całościowego klimatu powitalnego nie psuć.
Informacje zostały nabyte, Red skinął krótko głową i wymieniwszy z bratem krótkie spojrzenia, ukłonił się, życzył freyowej przesyłce udanego pobytu w zamku, po czym oddalił się do swoich spraw. Bardzo istotnych spraw, zresztą. Poczta sama się nie odbierze, o odpisaniu nie wspominając. Na tej samej zasadzie przygotowania do drogi nie potrwają chwili, choćby się chciało, a czasu nie zostało wiele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
4
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Wto Kwi 30, 2013 3:29 pm

Ehh, Stark za Boltona, cóż za nieuczciwa wymiana. Niby wiem że jedzie do stolicy tylko po to żeby pić z Aidanem, ale mam nadzieję że uda mu się zapić Starka na śmierć. Inaczej ten wyjazd będzie strasznie nieopłacalny dla nas. taka myśl przeleciała mu przez głowę gdy napotkał wzrok brata. Potwierdził skinieniem głową że zrozumiał co Red ma zamiar uczynić i na powrót skupił się na wieszanym złodzieju, przez chwilę delektował się widokiem jak świeżo upieczony gwardzista z bladą twarzą i trochę nieobecnym uśmiechem niesie jeszcze ciepłą skórę. Dobrze, spodobało mu się, jeszcze będą z niego ludzie.
-Widzę że już kończą- zwrócił wzrok na gościa -proszę przyjmij ten oto prezent jako dowód naszej gościnności- zabrał skórę z rąk strażnika, który już do nich podszedł i wręczył ją Starkowi. Przez chwilę z zaciekawieniem przypatrywał się twarzy Hana, notując w pamięci każdy szczegół wyrazu który się na niej malował. Po czym zadowolony z tego co zobaczył powiedział -Nie widzę sensu żeby dalej tutaj stać. Zapraszam do środka. Służba zajmie się twoim bagażem.- przywołał machnięciem ręki służkę, nie czekając na innych, odwrócił się i udał do wnętrza zamku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
42
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Wto Kwi 30, 2013 11:35 pm

W chwili, gdy usłyszała najnowsze wieści, wszystkie dotychczasowe rozrywki spadły na dalszy plan. W końcu z gościem będzie jeszcze miała czas się pobawić, czyż nie? A tak ważnej uroczystości nie powinna przegapić. I nie chciała. Kusiła ją interesująca wizja przyszłych wydarzeń.
Już chciała się ulotnić, ale coś jej przeszkodziło. Dokładnie prezent Aegona. Cóż, dla wilczka musiało być to szokiem. Sporym zresztą. Była nieco podirytowana tym gestem, w końcu starała się rozegrać to wszystko inaczej. Co jednak mogła zrobić? Nic. Nie przejmowała się tym tak bardzo, jak zazwyczaj, bo była strasznie zdekoncentrowana słowami służącego. Musiała szybko wziąć się w garść. Jako, że sytuacja nie poszła zgodnie z jej planem, postanowiła, że po powrocie rozegra ją ponownie.
Przemilczała wypowiedź brata. Rzuciła mu tylko karcące spojrzenie, po czym przeniosła wzrok na Starka, uniosła lekko kąciki ust i zaczęła:
- Muszę już was opuścić, niestety. Dokończymy tą.. interesującą rozmowę kiedy indziej. - Uśmiechnęła się jeszcze do niego szeroko i oddaliła pospiesznie w stronę zamku, chcąc się jak najszybciej spakować i w końcu ruszyć w drogę.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??

avatar

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Sro Maj 01, 2013 10:12 am

Na brzegach Weeping Water stała twierdza. Silna twierdza z wysokimi murami i trójkątnymi blankami, przypominającymi ostre kamienne zęby. Te zęby powinny być ostrzeżeniem dla każdego strudzonego przybysza przekraczającego progi tej zacnej siedziny rodu Boltonów (pod przymusem, czy też nie). Powinny jednoznacznie kojarzyć się z bestią o ogromnym psyku, której ulubioną rozrywką jest atakowanie nieposłusznych i nieposkromionych (choć zapewne zupełnie niewinnych) człeków, a potem kawałek po kawałeczku zajmować się ich skórą. Wykorzystując zęby. Ostre zęby przejeżdżające ci po kręgosłupie niczym najgorsze z najgorszych ciarki. Rozdzierające skórę powoli, niemal z lubością rozkoszując się zarówno widokiem, jak i zapachem świeżej krwi, a także krzykami pokrzywdzonych zdolnymi pobudzić wszystkich umarłych z okolicy i wybawić ich z grobów.
Torrhen Stark był w szoku. Tak najlepiej, najkrócej i najdokładniej można by opisać jego stan po tym jak jeden z bliźniaków Boltonów podarował mu skóry. Ale jeżeli pragniecie więcej szczegółów (a jestem pewna, że tak właśnie jest) to Han stał przez chwilę jak zamrożony patrząc przed siebie albo wszędzie byle nie tylko na swoje ręce trzymające te okropieństwo. Kiedy miną pierwszy szok szeroko otworzył buzię (po Torrhen miał buzię, w żadnym wypadku twarz, a co dopiero mordę) z zamiarem odpowiedzenia Boltonowi, ale żaden dźwięk z niej się nie wydobył. Przynajmniej na początku. Nie wiem ile czasu minęło zanim to się jednak stało, ale młody Stark miał wrażenie, że minęła wieczność.
W końcu jednak pisną. Pisną nie jak młodzieniec z rodu Starków, nawet nie jak jakaś dziewka. Pisnął tak jak mają w zwyczaju przestraszone myszy, kiedy orientują się że nie mają drogi ucieczki. Myszy jednak zawsze próbują uciec, nawet jak nie mają szans. Nawet jeżeli próby ich ucieczki kończyłyby się w żołądku kota. Han naprawdę był myszą. Powinien to objąć na swój herb, pewnie Boltonowie (i Freyowie) zarywaliby wtedy boki. Ale ten się śmieje kto się śmieje ostatni.
Han nadal trochę piszcząc, przekazał skóry, z wymalowanym obrzydzeniem na twarzy, pierwszemu lepszemu mężczyźnie ze służby, który akurat przechodził. Dopiero potem odważył się spojrzeć na swoje dłonie, ale i tak był to dla niego traumatyczny widok. Jedyne z czego się cieszył to to, że Boltonowie nareszcie dali mu spokój i pozwolili udać się do swojego pokoju. A raczej celi, bo w niczym to nie przypominało pokoi, które zamieszkiwał w Winterfell, nawet tych z Bliźniaków.
Z deszczu pod rynnę, naprawdę, z deszczu pod rynnę.

-*-

Kiedy Hanowi pozwolono w końcu wysłać kruka do domu, kiedy w końcu nadleciała odpowiedź specjalnie dla niego, chłopiec doznał kolejnego szoku. Naprawdę myślał, że gorzej już być nie może. Znajdował się w Dreadfort gdzieś ponad tydzień i w czasie tego tygodnia unikał Boltonów jak tylko potrafił. W zasadzie był ogromnie wdzięczny, że mu na to wspaniałomyślnie pozwalają. Co jakiś tylko czas przelotem widział jedynie jednego z bliźniaków (nie wiedział tylko którego). Myślał, że tym sposobem próbują go przeprosić za te skóry, ale to były jedynie jego głupie domysły, które przybycie kruka od maestra z Winterfell rozwiały się na wietrze. Zarówno Boltonowie jak i Starkowie wyruszyli do Królewskiej Przystani by oddać hołd nowemu królowi. Wyruszyli. Do. Królewskiej. Przystani. Bez. Niego. Jego zostawili na pastwę Boltonów i ich okropnych zwyczajów na nie wiadomo jak długi okres. W końcu podróż z Północy do Królewskiej Przystani i z powrotem to nie byle co. NIE BYLE CO to też sam pobyt w Królewskiej Przystani! Han od dziecka marzył by ją zobaczyć, by móc poznać jakiś innych ludzi poza tymi poddańczykami z jakimi miał styczność na północy. A nie tkwić w lochach, gdzie za ścianą obok ludzie przeżywają gorsze tortury niż w piekle!
Za co? No za co? Han Stark nie miał bladego pojęcia czym sobie zasłużył, ale chyba już za niedługo się dowie. Bo Boltonowie, a przynajmniej ten bliźniak który został nie daruje sobie dalszych psychicznych tortur na chłopcu?
Aegon?
Powrót do góry Go down

avatar
Północ
Skąd :
Biały Port
Liczba postów :
16
Join date :
07/01/2016

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Sro Sty 13, 2016 5:37 pm

Podróż przez północny trakt nie była dla Margot zbyt łaskawa. Dwuosobowa kareta, którą eskortowało pięciu zbrojnych nie należała do najwygodniejszych a drogi prowadzące do Dreadfort bezlitośnie podrzucały osobą siedzącą wewnątrz. Ponadto chłodny klimat dawał się we znaki podróżującym, którzy co jakiś czas byli zmuszeni do rozpalania ogniska, żeby trochę się ogrzać przed dalszą wyprawą.
Przez pewien czas Manderly podziwiała widoki przez okno karety. W oddali widziała mury Dreadfort, które w niedalekiej przyszłości stanie się jej nowym domem. Perspektywa spędzenia reszty życia w obcym miejscu nie cieszyła jej tak bardzo, jak starała się pokazać. Moment, w którym prawdopodobnie ostatni raz widziała Biały Port, wyrył się na stałe w jej umyśle. Pamiętała, jak przed wyjazdem rodzice wyszli jej na pożegnanie. Stary Lord zamknął swoją córeczkę w żelaznym uścisku, życząc jej przy tym spokojnej drogi i przypominając o krukach, których będzie wypatrywał w oczekiwaniu na wiadomość od niej. Matka podarowała Margot złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie litery "M".
- Niedługo przyjmiesz nowe nazwisko, jednak musisz pamiętać, gdzie są twoje korzenie i któremu z rodów jesteś winna posłuszeństwo.- rzekła, całując córę w czoło. Przyszła panna młoda popatrzyła ostatni raz na Biały Port, po czym odwróciła się napięcie, coby nie rozkleić się na oczach wszystkich. Z jakiegoś powodu czuła się przegrana...
Tak długo odwlekała ten dzień, że prawie sama uwierzyła, iż ten nigdy nie nadejdzie. Wszak kobieta licząca dwadzieścia sześć dni imienia, dawno powinna być mężatką najlepiej z trójką dzieci i czwartym w drodze. A skoro tak się nie stało, to należało przyjąć to jako sukces.
Pokręciła głową z dezaprobatą, jakby chciała w ten sposób przegnać wspomnienia, żeby nie zakłócały logicznego myślenia o przyszłości.
- Hadrian Bolton...- westchnęła pod nosem. Nie wiedziała zupełnie nic o swoim przyszłym małżonku. Spotkała go tylko raz, na przyjęciu w Białym Porcie, ale nawet wtedy nie zamieniła z nim słowa. Zamiast tego, obserwowała go bardzo uważnie, próbując wyciągnąć wnioski z jego zachowań, które ułatwiłyby jej dostosowanie się do jego potrzeb jako żona. Niestety, młody Bolton pozostawał dla niej tajemnicą. Dlatego wybrała właśnie jego spośród innych kandydatów. Ambicja nakazywała jej rozwiązanie zagadki Hadriana i zrobienie z niego kukły, niezdolnej do podjęcia jakichkolwiek decyzji bez zgody małżonki. Margot brała pod uwagę fakt, że być może mężczyzna okaże się jej drugą połówką i będą się razem uzupełniać, tworząc szczęśliwe małżeństwo. Scenariusz rodem z bajek, które opowiadała Morgana... i niech tam pozostanie .
- Dojeżdżamy!- warknął stangret, przyspieszając karetę.
Na dźwięk tych słów, Margot zaczęła się przygotowywać do wyjścia. Wiedziała, że musi zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie, wszak to ono najdłużej pozostaje w pamięci. Przeczesała ręką włosy, przywracając je do ładu. Następnie ścisnęła mocno sznurki w gorsecie sukni, pozostawiając sobie odrobinę miejsca na oddech. Na koniec spryskała włosy i szyję jaśminowymi perfumami, które wypełniły wnętrze karety, przejeżdżającej przez wrota Dreadfort.
Jeden ze zbrojnych otworzył drzwi, podając przy tym kobiecie dłoń, ułatwiając jej wyjście z pojazdu. Oczom mieszkańców ukazała się Margot- córka Lorda Manderly i przyszła żona Hadriana Boltona. Nie wiedzieli jeszcze, kogo wpuścili do Dreadfort.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
135
Join date :
14/04/2014

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Wto Sty 19, 2016 6:06 pm

Kiedy odnaleźli obozowisko dzikich, zapadła już noc, na dodatek nieprzyjazna. Zimny deszcz przetykany śniegiem chłostał zarośnięte podwórze, śmierdzące chwasty oświetlone delikatnym blaskiem księżyca, rozpadające się ściany śliskie od wilgoci. Za pochylonym płotem rosły bezlistne drzewa, a ciemność zbierała się pod ich konarami.
Chłodny wiatr siekący po twarzy oraz smak czystego powietrza sprawiły, że po raz pierwszy od dwóch tygodni Bolton poczuł się żywy – wychodził z założenia, że lepiej zamarznąć z bronią w ręku niż spędzić bezczynnie choćby chwilę dłużej pośród ciepłych murów zamku i być może właśnie dlatego wyruszył z Dreadfort w towarzystwie tuzina ludzi ledwie dzień po przybyciu do twierdzy. Minęły cztery doby, nim napotkali pierwsze ślady dzikich i kolejne dwie, zanim zdołali ich dogonić – Bogowie najwyraźniej postanowili okrutnie zażartować ze zbrojnych spod chorągwi człeka obdartego ze skóry, w sądną noc zsyłając na Północ deszcz ze śniegiem (co mimo wszystko nie powinno dziwić u samego przedsionka zimy). Gdy obozowisko oddalone było ledwie o milę, ludzie Boltona pozostawili konie pod opieką i zagłębili się między lśniące pnie drzew, po czym zeszli ze szlaku, nie oglądając się za siebie. Nisko pochyleni brnęli w górę długiego zbocza, chwytając się błotnistej ziemi i podciągając. Krople czarnego deszczu skapywały z czarnych gałęzi, bębniły o opadłe liście, pełzły przez włosy, przyklejając je do twarzy, przenikały ubranie, które przywierało do ciał. Ciepły oddech przybierał w chłodnym powietrzu formę siwej mgiełki, rozpływającej się leniwie pośród mroku lasu.
Właśnie wtedy powietrze przeszył świszczący dźwięk.
Pierwsza strzała wbiła się w konar drzewa ledwie pół dłoni od ucha Boltona, wyraźnie świadcząc o tym, że dzicy wiedzieli o ich obecności. Hadrian nawet nie zauważył, gdy z jego gardła wyrwało się zachrypnięte „do broni!” Nie musiał tego mówić, ale dobry wódz zawsze dużo krzyczy – tak przynajmniej mówią ballady. Dość prędko stało się jasne, że byli otoczeni ze wszystkich stron – świat zmienił się w pasek blasku widziany przez szparę w hełmie, wypełniony wymachującymi ludźmi i błyskającymi ostrzami. Ręka Hadriana poruszała się instynktownie, blokując, tnąc i dźgając – powalił jednego z dzikich na ziemię, a powyginane kółka zdobycznej kolczugi posypały się jak kurz z trzepanego dywanu. Sparował uderzenie miecza, ale końcówka ostrza odbiła się od jego hełmu, aż Boltonowi zadzwoniło w uszach. Zanim właściciel broni zdążył ponownie się zamierzyć, dostał cios w plecy i z wrzaskiem runął do przodu. Dziedzic Dreadfort w zamieszaniu stracił krótkie ostrze, które utkwiło w czyichś plecach. Niespecjalnie o to dbał - słyszał jedynie własny oddech, swoje postękiwanie, swoje przekleństwa, gdy raz za razem wymachiwał bronią, wgniatając czaszki, miażdżąc kości, rozcinając ciało, z każdym ciosem czując w ręku palące drżenie.
Nie miał pewności, jak długo trwała walka – kilka chwil, całą noc, wieczność? Mógł być przekonany jedynie o wyniku starcia – tuzin trupów, z czego ośmiu dzikich. Powiązany ze starciem hałas ustał tak prędko, jak się rozpętał. W lesie nagle zapanowała idealna cisza nocy, przerywana jedynie ciężkim oddechem ocalałych i…
… i wściekłymi warknięciami dwóch pojmanych.
Krew, która osiadła na rzęsach Boltona niczym zbłąkane łzy, nie zdążyła jeszcze wyschnąć, gdy dziedzic Dreadfort nakazał jak najszybszy powrót do obozu – opierający się dzicy jęli współpracować dopiero wtedy, gdy Hadrian drżącymi ze zmęczenia dłońmi wyłuskał zza pasa lśniącą brzytwę. Ostrze zalśniło ponuro w bladym świetle księżyca, które z najwyższym trudem przebijało się przez korony drzew – widoczność była jednak wystarczająco dobra, by ludzie Boltona zauważyli zadziwiająco szybkie, wykonanie niemal od niechcenia cięcie: o tym, co zaszło, przekonali się jednak dopiero po chwili, gdy z głowy jednego z dzikich trysnęła krew. Poniżej na cienkim, bladym pasku skóry wciąż wisiało precyzyjnie odcięte ucho – splamiona juchą małżowina przywodziła na myśl zgniłą ostrygę, którą okrutne dziecko uwiązało na sznurku i wykorzystywało do straszenia młodszego rodzeństwa.
Ochrypły, wibrujący wrzask dzikiego był jedynym dźwiękiem, jaki towarzyszył ludziom Boltona do obozowiska.


Powrót do Dreadfort zajął niecałe dwa dni – dwa dni, w trakcie których Hadrian nie miał najmniejszego pojęcia o przybyciu gościa z Białego Portu: najprawdopodobniej nie słuchał Pana Ojca, gdy ten przy ostatniej okazji rozwodził się na temat przedłużenia linii krwi i obowiązkach Hadriana wobec rodu – w podobnych sytuacjach dziedzic zwykle przytakiwał lekko, myślami krążąc wokół dwóch dziesiątek innych spraw.
Wtedy jednak winien słuchać… i nie czyniąc tego, mógł popełnić olbrzymi błąd.
Błąd krytyczny, o czym przekonał się już przed bramą Dreadfort – zwykle spokojna okolica zawrzała nagle, zupełnie jakby ktoś kapryśny wetknął w mrowisko gruby kij. Bolton posiadał wystarczająco spore doświadczenie życiowe, by wiedzieć, że niezdrowe ożywienie wśród motłochu nigdy nie świadczy o niczym dobrym i zwykle jest przejawem… egzekucji.
Hadrian spiął mocno konia, przekraczając bramę zamku kilka chwil wcześniej od swych kompanów oraz bitewnych zdobyczy: pod nogami ogiera natychmiast zaroiło się od pół tuzina psów, które najpewniej wyczuły wyraźną woń krwi bijącej od Boltona – dziedzic Dreadfort zatrzymał rumaka, zupełnie jakby w obawie przed stratowaniem jednego z ogarów, po czym sam zeskoczył na bruk dziedzińca, bez większego wysiłku dostrzegając karetę, która stanowiła przyczynę ogólnego ożywienia. Gdzieś za jego plecami przez bramę jęli wjeżdżać kolejni jeźdźcy, sam Hadrian jednak już kierował się ku pojazdowi – z trudem ściągnął z dłoni wytarte, skórzane rękawice, czyniąc to dokładnie w momencie, w którym drzwi karety zostały otwarte…
… i właśnie wtedy Bolton przywołał w myślach echo słów ojca.
Lady Margot Manderly.
Zatrzymał się na moment, zupełnie jakby w obawie, że brudny i zmęczony podróżą nie sprawia wystarczająco dobrego wrażenia... po chwili uznał jednak, iż czysty i wypoczęty również nie stanowi ideału: dlatego kilka ostatnich jardów pokonał swobodnie, nie zważając ani na krople błota bogato ścielące dolną część podłużnego płaszcza, ani tym bardziej na plamy krwi zdobiące skórzany kaftan.
- To zaszczyt gościć Cię w naszych progach, Pani. – głos Boltona bez problemu wzniósł się ponad szemrzącą wrzawą niewielkiego tłumu – Hadrian zatrzymał się tuż przed córą Lorda Białego Portu, po czym – nie zważając na pozwolenie bądź jego brak – ujął dłoń panny Manderly, składając na białej, zimnej skórze krótki, szorstki, być może nieco zbyt silny pocałunek: zupełnie taki, jak on sam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Biały Port
Liczba postów :
16
Join date :
07/01/2016

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Czw Sty 21, 2016 11:00 pm

Opuszczając karetę, Margot poczuła, jak chłodne powietrze obejmuje ją ze wszystkich stron, rozwiewając burzę czarnych loków. Każdy powiew wiatru uwalniał z kosmyków jej włosów aromat jaśminu, który przyjemnie rozchodził się w nozdrzach. Nos Manderly był już przyzwyczajony do woni tych perfum i otwierał się na nowe doznania. Z oddali dobiegł ją metaliczny zapach krwi, który przywodził na myśl przyjemne wspomnienia z okresu praktyk medycznych. Wciągnęła łapczywie powietrze, jakby delektowała się przyjemną wonią, która pojawiła się wraz z przybyciem Hadriana Boltona.
Margot rozejrzała się po zbiegowisku, które wywołało jej nadejście. Ciekawskie spojrzenia wylądowały na nowoprzybyłej, a szepty rozbijały się o mury Dreadfort. Manderly nie czuła się speszona faktem, że znalazła się w centrum zainteresowania. Uniosła dumnie głowę, jak na damę przystało, po czym wyłapała kilka zbyt nachalnych spojrzeń, odpowiadając tym samym. Jadowity uśmiech zdobiący twarz "Królowej Śniegu" świetnie współgrał z jej surowym obliczem, wzbudzając w ciekawskich nieprzyjemne uczucie nieopisanego lęku. Nie potrzebowała wiele czasu, by obserwatorzy opuścili głowy w dół pod wpływem jej bezwzględnego wzroku.
Kątem oka zauważyła mężczyznę, który zmierzał w jej kierunku. Początkowo nie rozpoznała swojego przyszłego małżonka. Stan, w którym się znajdował, nie wskazywał na tytuł dziedzica Dreadfort. Jednak warstwa kurzu, brudu i zakrzepłej krwi nie odbierała Hadrianowi tego "szlachetnego pierwiastka", który umożliwił Margot rozróżnienie go wśród tłumu. Osoby z wyższych sfer miały w sobie coś takiego, czego nie posiadł żaden nisko urodzony człowiek. Badała uważnie każdy, nawet najdrobniejszy krok Boltona, jakby czekała na potknięcie. Spojrzenia przyszłych nowożeńców skrzyżowały się, wywołując szczery uśmiech na twarzy Margot.
Kobieta również ściągnęła rękawiczki, jak nakazywała etykieta. Manderly uwielbiała gierki związane z kurtuazją, którą opanowała do perfekcji. Pozory grzeczności świetnie skrywały prawdziwe intencje, dodając "graczom" klasy i powagi. Margot wyciągnęła dłoń w kierunku Hadriana, przyzwalając tym samym na powitalny gest. Jej gładka skóra zetknęła się z twardym zarostem mężczyzny. Wargi Hadriana dosłownie na moment dotknęły jej ręki, zbyt krótki, żeby upewniła się w przekonaniu, że jej uroda spełnia wymagania dziedzica Dreadfort. Nawet to pozostawało dla niej zagadką...
- To zaszczy gościć w Waszych progach, Panie - powiedziała, kłaniając się przy tym lekko. Jej matowy głos brzmiał teraz bardzo kusząco, chociaż był pozbawiony ładunku emocjonalnego. Wciągnęła głęboko powietrze, chcąc poczuć zapach Hadriana. Rozpoznała mieszankę potu, brudu i krwi... Polowanie? Woń była zbyt intensywna i wskazywała na kilkudniowy pobyt poza murami ciepłego domostwa. Prędzej czy później dowie się, jaki był cel tej wyprawy.
- Czy zechcesz oprowadzić mnie po swoich włościach, Panie? - spytała, uśmiechając się enigmatycznie. Nie przeszkadzał jej fakt, że jej dłoń ciągle spoczywała w rękach Boltona. Jego dotyk był szorstki i przyjemny zarazem. Kątem oka dostrzegła psy, krążące wokół ofiar polowania Hadriana. Metaliczna woń krwi, zdobiącej kaftan przyszłego małżonka pobudzała jej ciekawość. Jednak wyuczona klasa zabraniała jej zadawania zbyt wielu pytań, nakazując cierpliwość. Odpowiedź przyjdzie z czasem...
Wraz z ruchem ręki Margot, którym odgarnęła włosy na jeden bok, powietrze znów wypełnił słodki zapach jaśminu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
135
Join date :
14/04/2014

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Nie Sty 31, 2016 8:30 pm

Nie nawykł do woni kobiety.
Mało istotne, jak daleko sięgnąłby pamięcią – jego nozdrza jeszcze nigdy nie miały okazji zetknąć się z podobnym zapachem; słodkim, choć nie mierżącym, lekkim i jednocześnie na tyle trwałym, by nie uchodzić za ulotny. Zwykle dziewki, które brał, pachniały wiatrem, słomą, dość często krwią, łzami i potem.
Mimo wszystko czuł wobec siebie irracjonalny, niczym nieuzasadniony wyrzut. Najpewniej perfumowany lord z południa bez problemu odgadłby z jakim kwiatem wiąże się woń towarzysząca pannie Manderly – wciągnąłby w swe delikatne, nawykłe do ciepła płuca zapachową gamę i bez wahania oświadczył fiołki, różany olejek, wrzosy. Niestety: jedyne, co potrafił wyczuć Bolton, to jego własny smród, do którego i tak zdążył przywyknąć. Doskonale wiedział, że śmierć zawsze miała inny zapach – dajmy na to, w Dorne, gdzie zwłoki nieraz leżą nie pogrzebane, słońce zwykle operuje szybko. Nocą wiatr przynosi ckliwy, duszący i ciężki zaduch – trupy pęcznieją od gazów i unoszą się w świetle obcych gwiazd niesamowicie, jakby jeszcze walczyły, w milczeniu, bez nadziei, każdy z osobna, ale już następnego dnia zaczynają się kurczyć, tulić do ziemi, nieskończenie zmęczone, jakby chciały się w niej ukryć – a gdy później się je zbiera, są lekkie i wysuszone; z tych zaś, które gdzieś odnajdzie się po tygodniach, pozostają niemal tylko szkielety klekocące w zbyt obszernych nagle szatach. To sucha śmierć – w piasku, słońcu i wietrze. Tutaj jednak, na Północy, jest mazista i cuchnąca.
Dokładnie taka, jakim jest teraz Bolton.
W rzeczy samej nie prezentował się niczym lordowski syn – na dobrą sprawę nie prezentował się wcale. Padało od wielu dni – na przemian gradem oraz śniegiem. Teraz jednak wszystko tajało, najpewniej w ostatnim westchnięciu umierającej jesieni, przez co świat przybrał formę rozmiękłej, wilgotnej brei. Stając naprzeciw czystej, zdawałoby się – nieskalanej - Margot Manderly, dziedzic Dreadfort przywodził na myśl na wpół obłąkanego Reeda, który od tygodni przedzierał się przez błotnisty Przesmyk. Nie był to jednak powód wystarczający, aby pokornie skłonił głowę, starając się ukryć własne zakłopotanie – zadziwiająco spokojne, wyrażające jedynie umiarkowane zainteresowanie spojrzenie spoczęło na twarzy córki Białego Portu, zupełnie jakby Bolton pragnął odczytać z niej myśli panny Manderly.
Co – jak się okazało – było niemożliwe.
Goszczący na jej ustach uśmiech zdawał się uśmiechem szczerym, sam Hadrian posiadał jednak na tyle zdrowego rozsądku, bo doskonale wiedzieć, iż w otaczającym go świecie gra pozorów stała się społecznie akceptowalną taktyką przetrwania. Nawet, jeśli chciałby sądzić, że kobieta cieszy się na jego widok (i choć tego nie przyznawał, poniekąd właśnie takiej reakcji oczekiwał), nie mógł mieć całkowitej pewności, iż tak właśnie jest. Wielka Niewiadoma pod postacią lady Manderly w przeciągu ledwie kilku uderzeń serca stała się nową, nieświadomą jeszcze swej roli ofiarą.
Nie w sensie dosłownym, rzecz jasna.
Na swój sposób rozbawiła go gra słów, jaką został uraczony przez Margot – dopiero w momencie, w którym unosił kąciki ust w lekkim uśmiechu, pojął, w czym mogła tkwić tajemnica kobiety (choć wiele wskazywało na to, iż to ledwie wierzchołek Muru).
Była magnetyzująco piękna w ten zimny, wyrachowany sposób.
Uroda panny Manderly nie była urodą pospolitą – brakowało w jej twarzy choćby najmniejszego uszczerbku, nawet najdelikatniejszego pęknięcia w chłodnej tafli cery, tak jasnej, jakby była szczególnie cienkim pergaminem. Bolton - najpewniej jak żaden inny człowiek w królestwie – potrafił docenić piękno ludzkiej skóry. Potrafił ocenić jej wartość, potrafił dokładnie przeanalizować miejsca, w których mogła tracić na jędrności.
Potrafił również odnaleźć najbardziej czułe punkty i właśnie to czyniło go na swój sposób… niezastąpionym.
- Najpewniej jesteś zmęczona po podróży, Pani… jednak nic nie mogłoby uczynić mojego dnia piękniejszym, niż Twoje towarzystwo – tym razem kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej – zaskakujące, z jaką łatwością przychodziło mu używanie pustych, wyuczonych przez lata frazesów. W takich momentach miał wrażenie, że jest zupełnie innym człowiekiem – opętanym przez demona dobrego wychowania pańczykiem, którego największym wyzwaniem było zorganizowanie polowania (i to takiego, by nadmiernie się nie spocić). Nie potrafił jednak odmówić sobie satysfakcji, z jaką podobne słowa opuszczały jego usta: wiedział, że początki znajomości wymagają właśnie takiej postawy i że na szczerość oraz pokazanie prawdziwego oblicza… jeszcze nadejdzie pora.
- Spotkajmy się w głównej sali jeszcze przed zachodem słońca. Służba zaprowadzi Cię do komnaty gościnnej, Pani, będziesz mogła wypocząć… a ja wykorzystam ten czas, by zmyć z siebie… - krew, bardzo dużo ludzkiej krwi - … trudy podróży. Poznasz Dreadfort o najkorzystniejszej dla twierdzy porze dnia – słowa Boltona jeszcze nie zdołały przebrzmieć, a mężczyzna już przywoływał dłonią jedną ze zgromadzonych wśród gapiów służek, nakazując jej, by wskazała pannie Manderly jedną z gościnnych komnat. Jego wzrok na moment pomknął w stronę dwóch pojmanych Dzikich, których jego ludzie właśnie ciągnęli ku zejściu do podziemi.
Co się odwlecze, to nie uciecze, jak zwykła mawiać szalona Regina...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Dreadfort
Liczba postów :
135
Join date :
14/04/2014

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Sro Sie 31, 2016 6:48 pm

Schyłek pierwszego księżyca 264 AL

Dreadfort wnosiło się nad nimi złowieszczo, kiedy – spowici mgłą zimnego poranka – zatrzymali się tuż przed główną bramą. Czarne sylwetki murów i wież były jak olbrzymie, posępne dziury w ciężkim, białym niebie. W górze kołowało kilka ptaków z wystrzępionymi piórami, parę innych skrzeczało z poszczerbionych blanków. Pod wpływem zimna mogło odnieść się wrażenie, że krew w żyłach gęstniała, przybierając formę zawiesiny barwy głębokiego burgundu.
Hadrian zmarszczył nieznacznie brwi, kiedy jego wzrok oderwał się od końskiej uprzęży i powędrował spojrzeniem ku szarej ścianie murów. Proces rozkładu był tak zaawansowany, że nie od razu przypomniał sobie, że widzi ludzkie szczątki. Nieszczęśnicy zostali przybici - z rozkrzyżowanymi rękami i nogami - do murów po wewnętrznej stronie każdej z wież, wysoko nad kamiennymi zabudowaniami dziedzińca. Z ich brzuchów zwieszały się kłęby gnijących wnętrzności, zroszone poranną powłoczką mrozu. Widać było jeszcze postrzępione resztki grubych futer, trzepoczące na wietrze w masie gnijącego mięsa.
Dzicy, pomyślał ze znużeniem dziedzic Dreadfort, obserwując, jak pięciu z jego ludzi przejeżdża pod uniesioną kratą głównej bramy i opuszcza zamkowe mury.
Nie ludzie. Zwyczajni dzicy. Sześciu kolejnych zbrojnych właśnie wskakiwało na siodła, bez zbędnego pośpiechu, lecz z pełną świadomością zbliżającej się nieuchronnie podróży. Jedynie Bolton – dziwnie opieszały, próbujący odwlec moment wyjazdu – wciąż poprawiał żelazne sprzążki u siodła, raz za razem kierując spojrzenie na pogrążony w mlecznej poświacie dziedziniec.
- Panie.
Wypływający z nicości głos brzmiał jak echo dobiegające za uchylonych wrót zaświatów – dźwięk jeszcze nie zdążył rozpierzchnąć się we mgle, gdy w ślad za nim pojawiła się chuda, przygarbiona sylwetka, która z każdym krokiem przybliżała się do Hadriana. Dziedzic Dreadfort, trwający przy koniu ze stałością właściwą wyłącznie kamiennym gargulcom, obserwował jak zamkowy maester wyłania się z siwej poświaty, dzierżąc w dłoni rozwinięty pergamin.
- List z Winterfell, panie.
Szary lak spajający papier rozpękł na pół pod naciskiem palców – Hadrian nie musiał zadawać zbędnych pytań, w tej grabieżczej niedbałości poznając ojcowską rękę. Lord złamał pieczęć, przeczytał list i zapragnął podzielić się wiedzą z synem – oznaczało to informację, która nie cierpiała zwłoki, coś na tyle niespodziewanego, by przerwać przygotowania Hadriana do podróży i…
- Możesz odejść – Bolton rozprostował w palcach pergamin, nawet nie zauważając pożegnalnego ukłonu maestra – wzrok dziedzica Dreadfort spoczął na równym, choć drobnym piśmie, które ciągnęło się przez kilka linijek, by w końcu zostać podpisanym przez Lorda Winterfell, Namiestnika Północy, a także…
Pogrążonego w żałobie ojca.
Wystarczyły trzy delikatne ruchy kciukiem, by szary lak z odciśniętą weń podobizną wilkora skruszał posłusznie i by upadł na zimny bruk dziedzińca, lądując pośród błota i zasklepionego końskiego łajna.
Tam, gdzie jego miejsce.
Hadrian Bolton poczuł, że się uśmiecha. Po raz pierwszy od dawna – stanowczo od zbyt dawna – na jego ustach zagościł grymas wesołości, którego nie starał się ukrywać, który był równie naturalny co śnieg zalegający na przydrożnych polanach, który wyrażał niemal dziecięcą radość kogoś, kto otrzymał od losu jeden z najwspanialszych darów, jakie tylko można sobie wyobrazić.
Aidan Stark nie żyje.
Przesycony żałobą, smutkiem i przygnębieniem list zasługiwał na podsumowanie nie dłuższe niż cztery, dobitne, zatrważające w swej nieodwołalności słowa.
Aidan Stark nie żyje. Dostał to, na co zasługuje cały wilczy pomiot.
Bolton nawet nie zdawał sobie sprawy z faktu, że w zaciśniętych palcach wciąż trzyma list. Jego spojrzenie ponownie powędrowało na ulegające rozkładowi trupy Dzikich i przez chwilę – przez zabawnie realistyczną chwilę – dziedzic Dreadfort miał wrażenie, że jedno z trucheł zadziwiająco wiernie oddaje sylwetkę i rysy twarzy Starka. Był to jedynie figiel wyobraźni, równie nierzeczywisty co grumkiny i snarki, lecz dla Boltona oznaczający niewielką – choć naniesioną z ochotą - zmianę planów podróży.
W dniach, kiedy dziedzicem całej Północy jest ślepy, bezbronny wilk, nie mogło być mowy o opieszałości… ani tym bardziej o choćby cieniu wahania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Biały Port
Liczba postów :
16
Join date :
07/01/2016

PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   Sob Wrz 24, 2016 6:37 pm

Gdy tylko Hadrian ogłosił, że opuszcza zamek i udaje się na wyprawę, Margot postawiła sobie za punkt honoru umocnienie swojej pozycji w oczach przyszłego małżonka. Wiedziała doskonale, w jaki sposób mężczyźni spędzają czas wolny w namiotach, a wizja Boltona w ramionach innej kobiety przyprawiała ją o gęsią skórkę. Lady Manderly była realistką, więc zdawała sobie sprawę, że w chłodne wieczory znajdzie się chętna osoba, która ogrzeje łoże dziedzica Dreadfort. Dręczyło ją tylko jedno pytanie- "czy kilka zgrabnych ruchów biodrami może mnie wyeliminować z listy kandydatek na przyszłą żonę?".
Czas przed wyprawą pędził nieubłaganie, pierwszy raz działając na szkodę Margot. Nauczona cierpliwości nie wychylała się poza ramy klasy, utrzymując ich relacje na tym samym poziomie, od którego zaczęła podczas pierwszej kolacji. Każdego dnia pokazywała Hadrianowi tę samą kamienną twarz, częstowała wyuczonymi gestami i formułkami grzecznościowymi, chcąc go upewnić, że bierze za żonę kobietę godną tytułu Lady Bolton, która będzie idealnym partnerem w walce o władzę. Dopiero w przeddzień wyjazdu dotarło do niej, że jeżeli nie utrzyma względów Hadriana na dłużej, to jej miejsce szybko zajmie ktoś inny. Miała wrażenie, że z dnia na dzień staje się kandydatką na ładny posąg zdobiący główną salę, aniżeli towarzyszką, z którą można spędzić resztę życia, długo i szczęśliwie.
I krwawo.
Stukot wysokich obcasów towarzyszył każdemu krokowi Margot, która wkroczyła na dziedziniec Dreadfort. Jej twarz nie zdradzała cienia niepokoju, choć w jej wnętrzu coś się gotowało. Bała się tego rozstania, a jeszcze bardziej obawiała się powrotu. Jakby jeden dzień spędzony bez towarzystwa Hadriana mógłby ją całkowicie skreślić w jego oczach. Musiała coś zrobić, żeby pozostać w pamięci Boltona na dłużej. Jednocześnie nie chciałaby się posunąć do czegoś upokarzającego ani naruszyć intymnej granicy. Morgana często jej powtarzała, że im później odda się mężczyźnie, tym dłużej zachowa jego względy.
Z każdym krokiem czuła przyspieszone bicie serca i coraz cięższy oddech. Gdy tylko znalazła się w bramie i ujrzała swojego narzeczonego, poczuła się jeszcze gorzej. Stał przy koniu, dzierżąc w ręce pergamin, który bez wątpienia był przyczyną wyjazdu i przeszkodą w planach Margot. Skrzyżowała spojrzenie z Boltonem, zauważywszy wyraźny uśmiech na jego twarzy, który tym razem wywołał w niej jeszcze większy niepokój. Wiedziała już, jak zatrzyma jego uwagę, jednak nie potrafiła zebrać w sobie odpowiedniej ilości odwagi, by przełamać barierę klasy.
Odwróciwszy głowę w kierunku murów, Margot dostrzegła trupy wiszące na ścianach niczym trofea, dodające grozy Dreadfort. Ich widok oraz niezbyt subtelny zapach sprawił, że Lady Manderly przypomniała sobie ostatnią podróż do lochów w towarzystwie Hadriana, który przygotował tam dla niej wiele cieszących oko atrakcji. Te wspomnienia dodały kobiecie otuchy, której teraz tak bardzo potrzebowała. Nie czekając, aż jej myśli znów wypełnią obawy, ruszyła w kierunku przyszłego małżonka.
Wiatr rozwiewał kruczoczarne włosy Manderly, uwalniając z nich słodki zapach jaśminu.
- Mój Lordzie - zaczęła, zbliżając się do Hadriana na wyciągnięcie ręki. Nie czekając na pozwolenie, objęła się jego ramionami w akompaniamencie subtelnego śmiechu wydanego przez zaciśnięte usta. Sama splotła dłonie na jego karku, zaciągając się przy tym zapachem Boltona.
Zapachem krwi.
- Życzę Ci udanych łowów - powiedziała, przybliżając swoje wargi do jego warg. Świat na moment się dla niej zatrzymał, dokładnie w momencie, w którym poczuła smak Hadriana na języku. Delikatnie pieściła wnętrze ust mężczyzny, wbijając przy tym paznokcie w jego kark. Powietrze wypełniał zapach krwi i jaśminu. Włosy Margot co jakiś czas muskały twarz Boltona, rozwiewane przez wiatr na wszystkie strony. Po kilku uderzeniach serca, gdy Manderly wydawała się rozkręcać w tym skromnym wydaniu sztuki ars amandi, stało się coś niespodziewanego. Zęby kobiety zacisnęły się na dolnej wardze Hadriana, wypełniając ich usta metalicznym posmakiem osocza. Margot zakończyła pocałunek, gdy fragment skóry przyszłego małżonka znalazł się na jej języku. Dolną wargę Hadriana zdobiła plama krwi, która zaczynała leniwie płynąć w kierunku podbródka. Rozbrajający uśmiech Margot również barwił się intensywną czerwienią, zapewne pochodzącą z tego samego źródła.
- To na pamiątkę. Ilekroć będziesz chciał coś powiedzieć, przypomnisz sobie o kobiecie, która codziennie wypatruje twojego powrotu w komnatach Dreadfort - rzekła, przełamując granicę klasy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Zamkowe wrota   

Powrót do góry Go down
 

Zamkowe wrota

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Witajcie przybysze, co przekraczacie wrota czasu~
» Wrota (Zamek Pyke)
» Ogrody Zamkowe

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Północ :: Dreadfort-