a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Rossel Whent i Lelia Mallister



 

 Rossel Whent i Lelia Mallister

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Rossel Whent i Lelia Mallister   Wto Sie 02, 2016 9:13 pm


Rossel Whent i Lelia Mallister


    

Rok 263 AL
Harrenhal







Ostatnio zmieniony przez Rossel Whent dnia Wto Sie 23, 2016 7:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Wto Sie 02, 2016 10:15 pm

Było stanowczo zbyt głośno.
Narastająca wrzawa przywodziła na myśl morze, które z głuchym łoskotem uderzało o nadbrzeżne skały i przy akompaniamencie donośnego huku atakowało ląd. Pole poza zamkiem zamieniło się w zaatakowany przez niedźwiedzia ul – nieznośne brzęczenie tysięcy głosów docierało nawet do Sali Stu Palenisk i roznosiło się echem po obróconych w ruinę bądź zwyczajowo pogrążonych w mroku murach Harrenhal, które na czas turnieju musiały poddać wszechobecnemu hałasowi. Zwyczajowo opustoszałe komnaty zamku zapełniły się żywymi duszami szlachetnie urodzonych gości – przynajmniej zaś tej części przyjezdnych, która miękkie piernaty przekładała ponad turniejowe namioty i twarde sienniki. Do tego grona zaliczały się głównie kobiety i młode panny, przez co sam Rossel skazany był (nie potrafił określić swej sytuacji inaczej) na mniej bądź bardziej natarczywe towarzystwo piękniejszej płci. Te poniekąd przymusowe kontakty ograniczały się głównie do wydawanych w Sali Stu Palenisk śniadań, na których obecność dziedzica rodu Whent była wręcz wymagana, choć ten sam dziedzic nie należał do osób szczególnie rozmownych i towarzyskich. Swoją przejściową gehennę przyjął jednak z godnością właściwą komuś, kto po jednym małżeństwie przygotowany był na wszystkie oferowane przez życie doczesne pułapki – nawet jeśli zaliczało się do nich smarowanie chleba w rytm wyjątkowo nużących opowieści lady Pinkmaiden, kobiety, która lata świetności i jędrność ciała widniejącą na herbie Pipierów miała dawno za sobą.
Odstępstwo od tej tradycji nastąpiło dopiero trzeciej doby, kiedy Rossel w Sali Stu Palenisk stawił się również na kolację, czy też: na wyjątkowo późną wieczerzę, w której uczestniczył wyłącznie on, kielich wina i półmisek cuchnących serów z Doliny. Podobne osamotnienie nieszczególnie mu przeszkadzało, o czym świadczył dzban z trunkiem i głęboka cisza późnego wieczora, mącona odległymi, stłumionymi przez mury dźwiękami muzyki dobiegającej z pól namiotowych. Gdyby jego dusza była choć odrobinę romantyczna (bądź gdyby w ogóle ją posiadał), najpewniej uznałby dzisiejszy wieczór za wyjątkowo ujmujący – ciemne jak atrament niebo upstrzone było piegami lśniących, malutkich gwiazd, które blakły przy chorobliwym blasku księżyca dobiegającego pełni. Przesycony emocjami dzień odchodził w zapomnienie, zostawiając zwycięzców i przegranych minionych potyczek ich własnemu bólowi – bo w to, że mocno cierpieli od przyjętych ciosów, nie wątpiłby nawet romantyk. Jeśli zachowali wystarczająco wiele sił, mogli dołączyć do jednego z ognisk bądź udać się do wielkich, biesiadnych namiotów, gdzie uroda kurew była wprost proporcjonalna do ilości wypitego wina – i choć większość z nich dzisiejszej nocy zaciekle poszukiwała zwycięzcy walki na kopie, musiały obejść się smakiem, bowiem ten konkretny rycerz skrywał się za bielą płaszcza królewskiego Gwardzisty. Niektóre z kolei – te bardziej empatyczne i rezolutne – pragnęły odnaleźć wielkiego przegranego, jakim był dziedzic Seagardu, i nieco ulżyć mu w ogólnych cierpieniach (w czym innym zapewne również). Tam, poza murami Harrenhal, życie dopiero nabierało tempa, o czym świadczyła muzyka i wznoszone okrzyki. Rossel nie miał żadnych podstaw, by spodziewać się czyjejkolwiek wizyty w Sali Stu Palenisk, choć ta pozostawała przez całą dobę otwarta i wyposażona we wszystko, czego tylko mogli zapragnąć powracający z nocnych wojaży bądź wstający wyjątkowo wcześnie goście. Na długich, rozświetlonych nielicznymi kandelabrami stołach stały półmiski owoców, serów i słodkich wypieków, obok nich pyszniły się pełne tace pasztetów, puddingów a nawet mięs w galarecie – ponad tym wszystkim górowały jednak wysokie dzbany z wodą i winami, co świadczyło o dwóch rzeczach: zdumiewającej gościnności oraz rozrzutności panów na Harrenhal. Nic nie spędzało snu z powiek równie skutecznie, co piętrzące się rachunki, pełne zestawienia wydatków oraz poniesionych kosztów – to właśnie ich Rossel za wszelką cenę pragnął uniknąć, odwlekając powrót do swej komnaty na wszelkie znane sobie sposoby… zaś przesiadywanie w opustoszałej sali o zmroku zaliczało się do jednego z nich, może nieszczególnie pilnego, lecz spełniającego swą rolę. Wino nieco ułatwiało nieodpowiedzialną ucieczkę przed obowiązkami, choć w żadnym stopniu nie rozwiązywało czekających na Whenta problemów – tego wieczora jednak miał w sobie coś z nihilisty, co napawało go irracjonalnym, trudnym do wyjaśnienia samozadowoleniem, tak obscenicznie niepasującym do człowieka pokroju dziedzica Harrenhal.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze - Seagard
Liczba postów :
92
Join date :
25/05/2016

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Sro Sie 03, 2016 12:43 pm

Opuszki palców delikatnie muskają szorstką fakturę kamiennych ścian, nieśmiało sunąc po ich powierzchni badają każde załamanie, każdą rysę nań widniejącą. Chłód bijący od ponurych murów zamczyska jest dojmujący, wprawia w drżenie smukłe ciało, wywołuje dreszcze które lodowatymi pocałunkami roszą odsłonięty kark. A mimo to nie cofa dłoni, nie pozwala by ciepła jesienna noc otuliła ją swym oddechem, by przywróciła gładkiej skórze naturalny brzoskwiniowy koloryt. Nawet jeśli serce trzepoce w piersi niczym spłoszony ptak, pragnący za wszelką cenę wyrwać się na wolność i uderza o pręty swej klatki z mocą, o którą nikt nie śmiałby go posądzać - nie ustępuje, nie kuli ramion w wyrazie zrezygnowania, a gorycz porażki nie rozlewa się na języku. Stawia więc uparcie każdy krok nadzwyczaj ostrożnie, krzywiąc się co i rusz kiedy obcas jednego z pantofelków zbyt głośno zderzy się z posadzką i echem rozerwie ciszę, jaka zaległa nad jednym z niezliczonych korytarzy pogrążonego w półmroku Harrenhal. Tęczówki tak czarne, że między nimi a źrenicami nie zaistniała żadna granica mogąca je od siebie oddzielić, pragną uparcie przeniknąć wijące się wokół ciemności. W bladym świetle księżyca chcąc dostrzec zarys, ulotny kontur sugerujący iż tej nocy przyjdzie jej ujrzeć coś niezwykłego, coś co sprawi że będzie z przejęciem wspominać pobyt w siedzibie Harrena Czarnego. Tak też przemyka pośród cieni, zręcznie i z niepodobną sobie gracją - całkowicie pogrążona w myślach, rozbrzmiewających opowieściami snutymi przez jedną z zaskakująco licznych piastunek. Szuka chociażby śladu po ogromnym nietoperzu, gotowym porwać na rozkaz swej pani czyjąś dziatwę. Wyglądając przez okno ma nadzieję dostrzec płonące postacie przemierzające dziedziniec, jednak widzi w oddali zaledwie ogniska wokół których zgromadzili się goście Wielkiego Turnieju. Żadna z udręczonych dusz - za sprawą jakże płodnej wyobraźni niezwykle szkaradna - nie wynurza się znikąd by wprawić w osłupienie przypadkowego przechodnia. Zamek owiany wieloma legendami, w obliczu tak licznych gości zdaje się tracić swoją grozę oraz tajemniczość, wywołując tym samym niemały zawód. Zaraz jednak dostrzega jakiś ruch, mignięcie równie dobrze mogące być figlem spłatanym przez umysł spragniony nadnaturalnych - jakkolwiek by to nie brzmiało - doznań i kiedy już chce udać się w tamtą stronę, ujawnić swą obecność - cienki nadgarstek chwyta czyjaś dłoń, zmuszając młodziutką pannę Mallister do zatrzymania się. Różane wargi rozchylają się w zaskoczeniu, oddech zamiera a przekleństwo tak plugawe, iż u niejednej dobrze wychowanej damy wywołałoby soczysty rumieniec na policzkach oraz ogólne zgorszenie, niemalże wymyka się z jej ust i tylko resztki rozsądku cudem powstrzymują język, przed ujawnieniem swego jakże odrażającego oblicza.
Lady Terric skąpana w blado żółtych falbankach oraz koronkach - przez co wygląda niczym przerośnięty kurczak, tak swoją drogą - spogląda na nią z troską. Jest niemal o dziewięć lat starsza od Lelii i z niezrozumiałego dlań powodu, wyjątkowo dla niej miła. Miła w sposób tak natrętny oraz przytłaczający, iż Lelek skłonny jest niemal natychmiast odwrócić się i uciec czym prędzej do swej komnaty, gotowa wysłuchać tyrady co i rusz omdlewającej septy Veviny na temat zachowania - jakiegokolwiek, czy przykładnego czy też nagannego - Mallisterówny. Pulchna kobieta zdaje się być tak przejęta do żywego porażką dziedzica Seagardu, iż nie posiadała tego wieczoru wystarczająco sił by mogła uczestniczyć w wieczornych zabawach pilnując jednocześnie swą podopieczną. Sama zaś młódka nie miała nawet szans się ulotnić, żelazny uścisk  lady nie pozwalał na to.
- Nie widziałam panienki na wieczerzy, troska o zdrowie septy oraz niefortunny wynik starcia nie powinien być przyczyną głodzenia się - protekcjonalny ton oraz zaskakująca siła tkwiąca w drobnym ciele szlachcianki, zmusiła ptaszynę do podążania za nią. Uczucie nagłego zagubienia oraz całkowitego niezrozumienia dla zaistniałej sytuacji przenikało na wskroś ciemnowłosą i nad nim zdawało się górować jedynie pragnienie obdarowania kostki starszej niewiasty `przypadkowym` kopnięciem. Zamiar ten został jednak skutecznie udaremniony, kiedy panna Terric w swoistym zadowoleniu wepchnęła ją do Sali Stu Palenisk pozostawiając biedne dziewczę samej sobie. Poczucie zagubienia pogłębiło się, kiedy stojąc niemalże na progu pomieszczenia, z zaciśniętymi dłońmi na materiale sukni, odprowadzała zaskoczonym spojrzeniem niedawną towarzyszkę. I dopiero, gdy odwróciła się w stronę stołów zdołała dostrzec, iż ku jej zgrozie nie jest sama.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Wto Sie 23, 2016 8:36 pm

Nie wymagał zbyt wiele, pragnąc odnaleźć ciszę pośród murów własnego zamku, chwilę wytchnienia bądź zwyczajową obojętność wszystkich tych, którzy kiedyś zmarli w trzewiach Harrenhal. Było to prozaiczne życzenie człowieka na tyle zmęczonego (i nie odnajdującego przyjemności w hucznych zabawach) trwającym turniejem, by z niemal całkowitą pewnością oraz bez większego trudu mogło zostać spełnione. Rossel Whent był z natury pragmatyczny i jak każdy pragmatyk odnajdował w otaczającym go świecie punkty odniesienia – jednym z nich była symfonia ubiegającego czasu, składająca się z trzech części o odmiennym tempie: dużo ludzi, mało ludzi i brak ludzi. Choć najchętniej oś własnego życia skupiłby wokół ostatniego aspektu, należna mu od urodzenia pozycja niemal wykluczała podobną opcję – dziedzic Harrenhal balansował zatem pomiędzy zbitą, ludzką masą a pojedynczymi jednostkami, tak cichymi i kruchymi wobec czarnego masywu, że zdawały się być jedynymi duchami tego zamku. Próbując odnaleźć samotność, zwabiał do siebie – pomimo niezachęcającego charakteru i jeszcze mniej zachęcającej aparycji – kolejne jednostki, które odnajdywały towarzystwo Whenta przez przypadek i zwykle nienaumyślnie, prędko też pragnęły jak najszybciej opuścić jego obecność, dom, a najlepiej – życie. I choć jedne decyzje można odłożyć, inne należy podjąć natychmiast, o czym dobitnie przekonał się Rossel w momencie, w którym ulotna chwila bezsprzecznego spokoju, skrawek błogiej samotności, boski pierwiastek nieistnienia ustąpiły przed zjawieniem się żywej duszy.
Każdy dziedzic wie, jakie ma powinności i zobowiązania. Nie może się ich wyprzeć, nie może przed nimi uciec, nie zawsze też ma sposobność je ignorować - jednak w symfonicznej części brak ludzi wszystko, co pojawia się w jego życiu, zdaje się dalekie jak chłodna bryła Muru. Musi minąć długa, przesycona doskonałą ciszą chwila, nim ponownie odnajdzie rytm „dużo” lub „mało” ludzi. Nie inaczej było teraz – teraz, kiedy świat na powrót skurczył się do Sali Stu Palenisk i dwóch osób, które – przypadkiem, całkowicie od niechcenia – odnalazły swoje towarzystwo, szukając w nim prędzej wyroku niźli okazji do dialogu.
Zadziwiające, jak w przeciągu kilku uderzeń serca można znaleźć się w dwóch tak odmiennych światach.
Panna Mallister szukała w Harrenhal duchów, ale nie wiedziała – nie mogła wiedzieć – że jedynymi zjawami w zamku są jego mieszkańcy. Każdego poranka znikają pośród korytarzy i komnat twierdzy, odnajdując się dopiero wtedy, kiedy sami tego zapragną. Przez cały dzień jedyną żywą, napotkaną duszą może być nietoperz bądź imponujących rozmiarów szczur – ale nigdy przypadkowy człowiek, nie ktoś obcy, kto prędzej naprawdę zabłądzi, niż odnajdzie cel swej podróży. Niektóre z obranych przez niego ścieżek mogą prowadzić do zamkniętych od dziesięcioleci komnat, inne do tętniących życiem, przepastnych kuchni, wiecznie pełnych garnizonów, zasypanych kamieniami, niewyjaśnionych korytarzy lub… do niego. Człowieka, który  - choć tytularnie nie mógł zwać się panem tego zamku – był nim w praktyce od kilku lat. Kogoś, kto mógł uchodzić za ducha równie ponurego, co synowie Harrena Czarnego – kogoś, kto przed laty zgubił się pośród nadtopionych smoczym ogniem, milczących, martwych murów i wciąż nie odnalazł drogi powrotnej.
Jakże zatem dziwnym zjawiskiem musiała być dla niego jasna plama sukni, którą miała na sobie Lelia Mallister – pomimo nikłego światła i długich cieni zalegających w kątach sali, materiał zakrawał o surrealność, nierzeczywistość godną smoków i dawnej magii. Rossel pomyślał, że tkwi w tym pewna obsceniczność, zaraz jednak skarcił się w myślach – jeśli chodziło o bratanicę Lorda Seagardu, nie mógłby znaleźć określenia mniej trafnego i posądzić ją o zamiar bardziej niegodny niż pełne premedytacji zakłócanie spokoju. Do tego w równie jasnej sukni.
- Nie spodziewałem się gości o tak później porze – słowa Whenta – choć prawdziwe – wydawały się jawnym kłamstwem w obliczu suto zastawionego stołu, który niemal nawoływał do biesiadowania i drwił ze sztucznej kurtuazji dziedzica Harrenhal; sam Rossel – być może nieco wyolbrzymiający rzekome przesłanie milczącego mebla – podniósł się z zajmowanego przez siebie miejsca tylko po to, by uchwycić oparcie krzesła obok i przy akompaniamencie głuchego szurania, odsunąć je nieco od blatu.
- Byłbym jednak miernym gospodarzem, gdybym odmówił damie wiktu – zachęcającym gestem wskazał krzesło, przy którym wciąż stał i którego oparcie nadal trzymał – kurczowo i uparcie tak, jakby obawiał się, że za moment zrobi użytek z czterech nóg i ucieknie szybciej, niż panna Mallister.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze - Seagard
Liczba postów :
92
Join date :
25/05/2016

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Nie Sie 28, 2016 2:02 am

Wystarczy tylko jedna, krótka chwila.
Wystarczy tylko jedna, krótka chwila trwająca nie więcej niż trzy uderzenia płochliwego serca oraz ciche westchnienie, wymykające się spomiędzy wąskich warg by mogła powrócić do rzeczywistości. Cienie zalegające w sali tracą raptem na swej głębi, nie kryją już w sobie tej niewypowiedzianej grozy wprawiającej ciało w drżenie, zmuszającej do ostrożnego poruszania się pośród posępnych murów Harrenhal. Mrok dotąd nieprzenikniony nie posiada tej nuty tajemniczości, zaciskającej lodowate palce na gardle i szeptem podsuwającej prawdziwie potworne obrazy spragnionej wrażeń wyobraźni. Niewyraźny szmer towarzyszący jej od dłuższego momentu, nie jest ledwo słyszalnym echem istnień przepełnionych rozgoryczeniem, których żywot zgasł zbyt wcześnie. Zaczyna nabierać na ostrości, a tysiące ludzkich głosów oraz muzyka dobywają się od strony pól zamkowych, mieszając się ze sobą. Nawet powietrze dotąd ciężkie, wręcz przytłaczające zdaje się być jakby bardziej rześkie. Bo wystarczy tylko jedna, krótka chwila oraz ciche westchnienie, by sekrety zamczyska niegdyś należącego do Harrena Czarnego - zamknęły się przed nią z głuchym trzaskiem, pozostawiając Lelię Mallister na łaskę nie tyle rzeczywistości, co samych mieszkańców owianej jakże złą sławą twierdzy.
Ostatnie zdziwione, acz podszyte sporą dawką irytacji spojrzenie zostaje posłane w ciemność, w której zniknęła ubrana w żółć lady Terric. Ciemne brwi marszczą się delikatnie, podczas gdy długie palce owijają się wokół cienkiego nadgarstka i pocierają łagodnie zaczerwienioną skórę. Siła ucisku kruchej szlachcianki była zastanawiająca, choć niechęć odczuwana w tym momencie wobec niej - tłumiła wszelkie zalążki podziwu. Przygryzając wnętrze prawego policzka, kieruje się w końcu ku zastawionym jadłem stołów. Krok jej pozbawiony jest lekkości, ulotności z jakiej zdaje się słynąć niemalże każda panna gotowa rozpłynąć się w powietrzu, gdy tylko muśnie ją silniejszy niż zwykle podmuch wiatru. Nie, każdy krok Seagardzkiej ptaszyny zdaje się być nad wyraz pewny a stanowczy stukot niewielkich obcasów burzy obraz wiotkiego dziewczęcia, lękającego się dźwięku głośniejszego od zwykłego szeptu. Nie kuli trwożliwie ramion czując na sobie wzrok mężczyzny, na widok którego nawet co sędziwsze matrony wydają się wzdrygać targnięte nagłym uczuciem zaniepokojenia. Ostrożny, jakby z lekka nieśmiały uśmiech wykwita na jej twarzy i tylko odrobinę zdradza on odczuwane przezeń głębokie zażenowanie dotyczące sytuacji, jaka miała miejsce przed chwilą .
- Nie spodziewałam się być gościem o tak późnej porze... - przyznaje szczerze Lelia, racząc kolejnym - tym razem pełnym wyrzutu - spojrzeniem drzwi przez które została jakże podstępnie wepchnięta. Głos ma zaskakująco przyjemny dla ucha, nie wzbudza on przedwczesnej irytacji czy też znużenia u słuchacza, nawet jeśli ten jest zalewany prawdziwym potokiem słów padającym od strony rozświergotanej potomkini obrońców zachodniego brzegu - ...ser - dodaje zaraz, pamiętając mimo wszystko o dobrych manierach wpajanych odkąd tylko nauczyła się chodzić...no, w jej przypadku biegać. Oczy tak czarne, iż nie sposób było weń nawet szukać źrenic - patrzą na Rossela łagodnie, podczas gdy myśli Lelka wyłapują ze wspomnień wszelkie informacje dotyczące dziedzica Harrenhal. Człowieka nad wyraz ponurego, stroniącego od wszelkiego - sądząc po jego powściągliwym zachowaniu podczas śniadań - towarzystwa. Gargulec mający we władaniu zastępy nietoperzy, gotowy posłać zarówno swych wrogów jak i przyjaciół na zatracenie. Dziwny, niepokojący oraz poniekąd odrobinę ciekawy - przynajmniej ze strony młodej i niedoświadczonej przez życie pannicy. Dosyć skąpe informacje opierające się na plotkach krążących wśród pospólstwa, przekazywanych bojaźliwie - acz wciąż jakimś cudem piskliwie - przez Mishę, rudowłosą osobistą służkę Mallisterówny.
- Dziękuję za waszą uprzejmość, panie - mówiąc to, chwyta dłońmi za materiał sukni i dyga grzecznie przed Whentem. Zębami chwyta dolną wargę, powstrzymując się przed wylewnymi przeprosinami za zakłócenie spokoju. Wszak zorganizowanie tak wielkiego wydarzenia jak Turniej jest czynem pracochłonnym oraz niewątpliwie męczącym, a złapanie choćby chwili oddechu w samotności wydaje się potrzebą dosyć naturalną, przez co wyrzuty sumienia poczęły dawać o sobie znać niemal natychmiast. Potrząsa zaraz głową, przez co w ruch zostają wprawione miękkie pukle ciemnobrązowego koloru, między którymi zaplątało się kilkanaście pasm o miodowej barwie i rusza ku odsuniętemu krzesłu, by z cichym podziękowaniem mogła zająć wskazane przez dziedzica miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Sob Paź 15, 2016 7:46 pm

Świat, w którym przyszło im żyć, był światem złudzeń – to, co brane było jako pewnik, niejednokrotnie przynosiło ze sobą gorzkie rozczarowanie, zaś sprawy traktowane jako błahostki okazywały się czymś po stokroć bardziej wartościowym niż początkowo uważano. Balansowanie pomiędzy prawdą, kłamstwem i drobnym oszustwem nie stanowiło szczególnie trudnego wyzwania – wmawianie sobie, że pośród murów zamczyska snują się ponure cienie przeszłości, które po śmierci nie mają nic lepszego do roboty jak tylko straszyć żywych mieszkańców twierdzy, było właśnie tego typu oszustwem.
Nieszkodliwe, choć świadczące o pewnej dozie naiwności kłamstewko – coś, czym lepiej nie przechwalać się w towarzystwie, by nie zostać potraktowanym protekcjonalnie.
Niewykluczone, że życie spędzone w Harrenhal pozbawiło Rossela swego rodzaju obiektywizmu; być może zamek rzeczywiście był nawiedzony, być może budził grozę, niepokój bądź przynajmniej niejasne poczucie osaczenia w każdym, kto trafiał tu bardziej lub mniej z własnej woli. Gdyby jednak duchy rzeczywiście kryły się w mrocznych zakamarkach twierdzy Harrena Czarnego, Whent najpewniej spotkałby przynajmniej kilka z nich – kto wie, przy odpowiednio ponurej aurze zdołałby zamienić z udręczoną duszą parę krótkich zdań? Mimo to lata mijały, zaś Rossel napotykał jedynie szczury, nietoperze oraz odchody obu tych zwierząt, co mogło oznaczać wyłącznie to, że jedynymi demonami w Harrenhal byli ludzie.
I szczęśliwi ci, którzy pojęli to odpowiednio szybko.
Lelia Mallister nie wydawała mu się płochą, infantylną kobietą (a przynajmniej nie tak płochą i infantylną jak większość kobiet), dlatego nawet przez moment nie posądzał jej o bezowocne poszukiwanie dusz zmarłych rzekomo nawiedzających Harrenhal – winą za tak późną wizytę na wieczerzy obarczył turniejowe potyczki oraz sromotną klęskę jej kuzyna, po której raczej żaden członek rodziny Mallisterów nie chciałby narażać się na spotkania z potomkami szlachetnych rodów. W obliczu niespodziewanej wizyty Lelii w Sali Stu Palenisk oraz nieprzygotowania Rossela na towarzystwo, nie pozostało im nic innego, jak tylko przybrać odpowiednie maski i wyrazić wystarczająco wiele skruchy za początkowe zaskoczenie. Podążanie utartymi schematami nie wymagało zbytniej kreatywności, gdy zaś ktoś posiadał odpowiednio wiele uroku osobistego – jak panna Mallister – bądź doświadczenia życiowego – jak Whent – takie sytuacje nie stanowiły żadnego wyzwania, a czynności były wykonywane niemal mechaniczne.
Czy zastanawiała się, z kim na dobrą sprawę ma do czynienia? Czy wykorzystała te kilkanaście kroków, które dzieliły ją od dziedzica Harrenhal, na intensywne, być może nieco rozpaczliwe poszukiwania wszelkich informacji dotyczących Rossela? Plotki, pogłoski, powtarzane półszeptem informacje, oficjalne doniesienia – na opinię o człowieku składała się cała rzesza urywanych zdań, przekazywanych z ust do ust słów, urywków podsłuchanych rozmów. Gdy ktoś był osobą na tyle kontrowersyjną bądź nietypową, by budzić dodatkowe zainteresowanie, na jego temat pojawiały się coraz to rozliczniejsze, niejednokrotnie wyssane z palca historie – zupełnie jak o Whencie.
Nie zauważył momentu, w którym zaczęto szeptać, iż to on stoi za śmiercią swojej żony – choć wszystko wskazywało na nieszczęśliwy wypadek, szepty jęły przybierać na sile, zaś sam Rossel – początkowo bezradnie – obserwował, jak plotka przybiera coraz bardziej monstrualne rozmiary. Pomówienia umilkły tak samo, jak się rozpoczęły – gwałtownie. Dokładnie wtedy, gdy kuchcik – szczególnie lubujący się w mieleniu jęzorem po próżnicy – ten język stracił.
Drastyczne czasy wymagają drastycznych środków, choć nic nie wskazywało na to, by dziś miało dojść do jakiejś tragedii – Whent w milczeniu skinął głową, gdy panna Mallister popisała się nienagannymi manierami i w końcu, po całej serii uprzejmych „serów” oraz dygnięć, zechciała zasiąść za stołem. Rossel utracił wtedy pewną część suwerenności i zmuszony został do zmienienia miejsca, na którym zasiadał dotychczas – gdy tylko Lelia usiadła, Whent dosunął krzesło nieco bliżej i na moment pozostawił ją samą sobie, by dopiero po chwili powrócić z opróżnionym do połowy kielichem.
- W jakim stopniu turniej zawiódł twoje nadzieje, pani?
Jego pytanie – tak bezpośrednie, tak zdumiewająco uformowane – było jak przeszywający mrok nocy bełt. Nie pytał o to, jak podoba jej się turniej, czy lubi jarmarczny zgiełk, czy przypadły jej do gustu toczące walki pary.
Starym zwyczajem pragnął usłyszeć to, co mogło doprowadzić do udoskonalenia – czyli krytykę.
Usiadł na krześle obok, tuż po jej prawicy, i – najwyraźniej tracąc zainteresowanie wieczerzą – zwrócił ku niej spojrzenie, unosząc do ust kielich w niespiesznym, na wpół leniwym geście. Dopiero po chwili, jak gdyby rażony własną nieuprzejmością, odstawił puchar na stół przy akompaniamencie cichego stuknięcia.
- Zechcesz napić się wina... pani?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze - Seagard
Liczba postów :
92
Join date :
25/05/2016

PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   Sro Gru 07, 2016 3:03 am

Ha! To nie duchy nawiedzają Harrenhal głuptasie, tylko Whentowie! Pamięta tą niezwykłą pewność rozbrzmiewającą w wypowiedzianych słowach, jak i również nieco protekcjonalny ton jakim były one podszyte. Szorstki głos, ciche z lekka zniecierpliwione westchnienie oraz pełen pobłażliwości wzrok septy Veviny, gdy po raz pierwszy odważyła się zadać pytanie dotyczące twierdzy owianej jakże ponurą sławą. Pamięta też, że w odpowiedzi roześmiała się jedynie jakby właśnie usłyszała wyjątkowo pyszny żart, którego nie powinno się traktować w żadnym wypadku poważnie. Teraz jednak, gdy od tamtego momentu zdążyło już upłynąć wiele lat - nie potrafiła powstrzymać nieśmiałej myśli, że w tym zaskakująco popularnym powiedzeniu może kryć się niewielkie ziarnko prawdy. Lecz skąd to nagłe przeświadczenie? Wszak maniery dziedzica rodu Whent były nienaganne, nawet jeśli sam zwykł stronić od wszelkiego towarzystwa mącącego jego spokój ducha, na dłużej niż trwa opróżnienie jednego kielicha wina. Nie mogła więc odmówić mu uprzejmości, choć tą zdawał się być przesycony każdy komu dane było urodzić się w jednej ze szlacheckich rodzin. A jednak, a jednak było coś co dręczyło aż nazbyt dociekliwy umysł panny Mallister, przywołujący z pamięci fragmenty wspomnień jakby to mogło jej w czymkolwiek pomóc. Coś co nakazało czarnym niczym smoła tęczówkom podążać spojrzeniem w ślad za Rosselem, który opuścił jej jakże skromne towarzystwo na krótką chwilę. Obserwować, badać, wyciągnąć wnioski z tych kilkunastu sekund spędzonych w zadziwiająco zimnej samotności. Zrozumieć.
Ach. Czy to przez aurę, jaka otaczała postać jedynego syna lorda Bryndena? Aurę człowieka, którego każdy ruch oraz gest zdaje się być starannie zaplanowany i nic co uczyni, nie będzie przypadkowe. A może przez surowość tkwiącą z zaciśniętych ustach, niezachwianą chłodną pewność goszczącą w nieruchomym i zapewne po wielokroć niepokojącym spojrzeniu? Zupełnie tak jakby każdy jego rozmówca był poddawany surowej ocenie, by wreszcie mógł zostać przydzielony do odpowiedniej grupy osób przydatnych, bądź całkowicie mu zbędnych. Było to jednak tylko wrażenie, nadinterpretacja poszczególnych zjawisk mogących wprowadzić do całkowicie błędnych wniosków. Podobna rzecz miała się z plotkami, których zazwyczaj wszelkie próby drastycznego uciszenia kończyły się w sposób przeciwny do zamierzonego, podsycały jedynie tajemnicę a coś co początkowo było brane za historie wyssane z palca nagle nabierało zupełnie innego znaczenia. Tylko były one inaczej przekazywane, bardziej...ostrożnie. Ale ptaszyna o dziwo nie zwykła pokładać w nich zbyt wielkiej wiary, choć lekceważenie ich również nie leżało w jej naturze. Dlaczego więc właśnie teraz śmiała w myślach przywoływać fragment nieistotnej z perspektywy czasu rozmowy, czyniący z jej gospodarza postać mogącą śmiało konkurować z legendarnymi zjawami Harrenhal? Nie wiedziała. Jeszcze nie.
- Przede wszystkim w stopniu rodzinnym, ser - mruczy z westchnieniem Lelia, zaraz jednak drga zaskoczona orientując się, iż właśnie wypowiedziała swe myśli na głos. Knykciem palca wskazującego przysłania usta, jakby tym samym mogła powstrzymać słowa jakie wymknęły się spomiędzy warg. Jest jednak na to za późno, pozostaje więc uśmiechnąć się jednym z tych nieco przepraszających uśmiechów głoszących ` no cóż, stało się, no bywa - ktoś musiał to w końcu powiedzieć, nieprawdaż?`  - Proszę wybaczyć, mój kuzyn zwykł z wielką dumą opowiadać o swych umiejętnościach a jego...um, porażka sprawiła iż nie wiem czy powinnam odczuwać zażenowanie, rozczarowanie, czy też zwyczajne rozbawienie. Póki co więc, nie jestem w stanie inaczej odpowiedzieć na wasze pytanie, panie. Proszę mi wybaczyć - powtórzyła raz jeszcze, nie wiedząc jak inaczej powinna wybrnąć z jakże przedziwnego tematu dotyczącego krytyki Turnieju. Dłonią którą ledwie moment temu zakrywała twarz, teraz odgarniała za ucho niesforny kosmyk włosów jaki opadł na jej czoło i ta prosta czynność, niedoskonałość krytykowana przez jej opiekunkę nieprzyzwoicie często odegnała skrępowanie, jakie zalęgło się gdzieś na skraju umysłu Mallisterówny. Pozwoliło to jej rozluźnić się nieznacznie i spojrzeć bezpośrednio w oczy niespodziewanego towarzysza, bez lęku a ze stonowanym - oby, inaczej byłoby to wyjątkowo żenujące i niegrzeczne! - zainteresowaniem.
-Czy posiadacie swojego faworyta pośród uczestników obu konkurencji, czy też jako gospodarz nie pozwalacie sobie na taką stronniczość, ser? - pozwolił sobie zapytać Lelek, nie chcąc całkowicie skazywać mężczyzny na mękę podtrzymywania uprzejmej rozmowy, dopóki któraś ze stron nie uzna że czas najwyższy na taktyczny odwrót - I tak, poproszę - dodała zaraz, zapytana o wino. Uwagę swoją przeniosła na suto zastawiony stół, wychodząc z założenia iż skoro już się przy nim znalazła to grzechem byłoby nie skorzystać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Rossel Whent i Lelia Mallister   

Powrót do góry Go down
 

Rossel Whent i Lelia Mallister

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Trevet Mallister
» Kronika domu Mallister

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Karczma :: Strefa Mistrza Gry :: Retrospekcje-