a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Stajnie



 

 Stajnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Stajnie   Pią Gru 26, 2014 11:50 am

Jak sama nazwa sugeruje, stajnie są miejscem, gdzie na czas turnieju zapewnione zostało schronienie rumakom rycerzy, którzy przybyli do Harrenhal z najdalszych zakątków Siedmiu Królestw. Konie biorące udział w walce na kopie swe boksy posiadają w środkowej części drewnianego kompleksu, gdzie doglądane są przez koniuszych oraz giermków. Swobodne poruszanie się po stajniach jest wyłącznie teorią - wielu zawodników w obawie o swe zwierzęta pozostawiło przy nich czujne straże, których zadaniem jest zapobieganie przejawom zazdrości bądź braku honoru przeciwników.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Stajnie   Pią Gru 26, 2014 11:50 am

To był piękny dzień. Piękny, choć nieco pochmurny i wietrzny. Szare obłoki sunące po
niebie przypominały ciężkozbrojną konnicę w natarciu. Stalową sforę złaknionych krwi jeźdźców ciągnących na bezbronny konwój. To wszak był dzień walki i chwały… choć wieści z pola turniejowego nie okazały się dla Quentyla szczególnie pomyślne. Musiał ukrywać własne podenerwowanie przed oczami ciekawskich – a choć na początku beztroskie uśmiechanie się wychodziło całkiem nieźle, z biegiem czasu silna wola jęła odmawiać posłuszeństwa i książę musiał uciec się do planu awaryjnego… który zakładał zmianę towarzystwa ludzi na towarzystwo zwierząt. I właśnie tak Martell znalazł się w stajniach, gdzie poza koniuszymi, zajętymi mnożącymi się obowiązkami, nie było nikogo. Nie licząc rzecz jasna samych rumaków – już na pierwszy rzut oka można było ocenić, który z koni należy do wędrownego rycerza utrzymującego się z drobnych, karcianych oszustw, który zaś jest pupilem dziedzica co silniejszego rodu chorążego. Spacerując wzdłuż kolejnych boksów, Quentyl radował się niepewną pogodą wiszącą nad jego głową – nawet zmienna jesień na ziemiach Dorzecza miała w sobie pewien urok, którego podczas męczącej podróży do Harrenhal książę nie był w stanie dostrzec. Podobna zmienność oferowała Martellowi możliwość ciągłej czynności i odrzucała wizję leniwej stagnacji; Dornijczyk lubił działać i czuć się potrzebny. Zniósł cierpliwie (choć niechętnie) wiele miesięcy przymusowego odosobnienia po śmierci swej żony…. a teraz mógł już spokojnie wypełnić zadanie, które sam sobie wyznaczył.
Zwyciężyć turniej, uwolnić brata.
Plan, choć niemal heroicznie głupi, podszyty był szlachetnymi pobudkami… co w pełni wystarczało Quentylowi, który przedkładał dobro swej najbliższej rodziny nad własną wygodę. Jeśli zapewnienie Trystanowi wolności powiązane było z obrażeniami, a kto wie, może i trwałym uszczerbku na zdrowiu – Martell był gotowy na złożenie podobnej ofiary… zwłaszcza, że okazja nadarzyła się znacznie szybciej, niż by tego pragnął. Być może z woli Siedmiu, być może z woli demonów już w pierwszej rundzie turnieju miał zmierzyć się z człowiekiem, który jako jedyny w Siedmiu Królestwach mógł zwrócić wolność przetrzymywanemu w Końcu Burzy Dornijczykowi.
Jeśli tylko znalazłby konia zdolnego dorównać zdolnościom piaskowemu rumakowi, który obecnie był przygotowywany do nadchodzącego pojedynku po drugiej stronie pola turniejowego, to w zasadzie mógłby się zbierać już teraz na poszukiwania Aylwarda Baratheona - w końcu czas działał na niekorzyść Quentyla, którego obecność w stajniach nie była tak przypadkowa, jak początkowo się wydawało.
Szukał drugiego syna Lorda Końca Burzy, to oczywiste… i musiał pożegnać się z kilkoma srebrnymi jeleniami, by rozwiązać języki tych, którzy znali miejsce jego przebywania. Martell spodziewał się spotkać Baratheona w boksie przeznaczonym dla należącego do niego potężnego, bojowego rumaka… ale dość gorzko się rozczarował, zastając w stajni puste miejsce i śpiącego w stogu siana giermka. Książę miał tylko nadzieję, że uda mu się porozmawiać z Młodym Jeleniem jeszcze przed pojedynkiem oraz, co istotniejsze, że zdoła skusić go na zawarcie paktu, który pragnął zaoferować. Quentyl już przygotowywał się na długotrwałe wyczekiwanie na swego rozmówcę…
… lecz wtedy właśnie usłyszał tętent. Z początku brzmiało to raczej, jakby wiatr zagrał na poluzowanych sztachetach płotu po drugiej stronie podwórza. Z każdą chwilą jednak dźwięk przybierał na sile i wyrazistości. A potem na linii horyzontu zamajaczył jeździec.
Wyglądał jak nonszalancja w pełnym galopie – gęste, czarne włosy rzucone na pastwę wiatru ułożyły się pod pływem podmuchów w niemożliwą do powtórzenia kompozycję; efektu dopełniała biała koszula wystająca spod niezawiązanego kaftana oraz skórzane spodnie do jazdy konnej. Usta i kawałek nosa skrywała jedwabna chusta, ale z niebieskich oczu - gdy tylko zbliżył się na tyle, by można je było dojrzeć – biło znudzenie. Jazdą, misją czy światem w ogóle... trudno powiedzieć. Martell przesunął językiem po spierzchniętych wargach, nagle zdając sobie sprawę z tego, jak żałośnie musi wyglądać, wpatrując się w milczeniu w zeskakującego z siodła Baratheona.
On – ogar wojny.
I ty, bracie, ty wyglądający jak brudny, ześwirowany menel.
Wcale nie jak książę.
Nie jak dzielny, niezłomny wojownik pustyni.
Ani piękny, dumny, ironiczny Dornijczyk.
Masz teraz w sobie coś ze ściuchranego, ale groźnego i niepoczytalnego świra.
Quentyl Martell, dornijski szaleniec.
Wariat.

Błękitne spojrzenie zamarło na ogorzałej od słońca twarzy księcia – musiała minąć jednak długa, niemożebnie długa chwila, nim Dornijczyk zdołał przypomnieć sobie cel swej obecności… w tym przeklętym, cuchnącym końskim potem miejscu.
- Ser Aylward, jak mniemam. – wydobywający się z gardła Martella głos brzmiał zupełnie jak drobiny piachu ze zgrzytem wdeptywane w posadzkę. Nieprzyjemny, suchy dźwięk wprawiany w lekkie drżenie irracjonalnymi obawami. – Jestem… - jest trochę jak dawniej. Jak za czasów, kiedy onieśmielony Quentyl milknął w obecności Lordów Dorne. Ale nie, niezupełnie jak dawniej. Wydawało mu się, że czas się cofnął, nic szczególnego nie zaszło. Lecz zaraz potem tutaj, w stajniach Harrenhal, zapadła długa, krępująca cisza. Ciężka. Dotkliwa.
Naładowana niewysłowionymi pretensjami i żalem skierowanymi pod adresem człowieka, który zniewolił dornijskiego dziedzica.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stajnie   Pią Sty 02, 2015 9:24 pm

Wysoka, łamliwa trawa szeleściła i chrzęściła pod miarowymi uderzeniami końskich kopyt. Z jękliwym brzęczeniem nadleciała chmara jakichś komarów, pokręciła się koło twarzy i odleciała – Baratheon nie zdążył nawet unieść dłoni, by leniwym gestem odgonić owady i powrócić do wpatrywania się w równy, jednostajny horyzont.
Poważni, dorośli ludzie nie tracą czasu na turniejach.
Kąciki ust podjechały do góry w imitacji wesołego uśmiechu – zupełnie, jakby Aylward próbował naśladować samego siebie sprzed… nieco ponad roku.
Dorośli, poważni ludzie mają swoje własne poważne, dorosłe sprawy i w dodatku wiedzą, że te wszystkie festyny, rauty, bale są w gruncie rzeczy jednakowe i tak samo nużące. Jednostajnie nużące. Nużąco jednostajne...
Niewiele brakowało, a jego uwadze umknąłby marny, zarastający gęstwiną strumyczek – woda mozolnie przedzierała się przez kolejne załomy, wypłukując żyzną ziemię i porywając ze sobą co mniejsze kamienie.
Co innego, jeżeli się ma piętnaście dni imienia, jeżeli właściwie niczego porządnie się nie umie i na dobrą sprawę nie wie, co by się chciało umieć, jeżeli nie potrafi się cenić swego największego skarbu - czasu, jeżeli dominantą piętnastoletniej osobowości, tak samo jak dziesięć lat temu, pozostaje chęć sławy.
Koń prychnął cicho, kręcąc spokojnie łbem – najwyraźniej i jego zaatakowały uskrzydlone insekty, budząc irytację nie mniej ludzką, niż u człowieka. Baratheon zmarszczył ciemne brwi i postanowił uważnie obserwować zachowanie suki, która podążała za nim od samego Harrenhal. Wychudła psina, już dawno mająca za sobą lata świetności, uparcie przedzierała się przez wysokie trawy, cudem dotrzymując kroku rumakowi. Zlepiona błotem i zaschniętą ropą sierść prawdopodobnie miała kremową barwę, która w obecnej chwili jedynie gdzieniegdzie wyzierała spod warstwy brudu. Suka oddaliła się od dziurawej drogi obranej w końcu przez Aylwarda i biegła równolegle do niego, przedzierając się przez gąszcze traw, cierni i dzikich krzewów, wśród rosnących bezładnie oleandrów, wpadając głęboko w wilgotny, mroczny lasek, znikając z oczu, szeleszcząc tu i ówdzie przy niewidocznym gruncie, może węsząc, grzebiąc łapami, goniąc jakąś ukrytą zdobycz, wydając lękliwe szczeknięcia, które kończyły się wilczym skowytem, odskakując z gniewnym przestrachem, obiegając coś w kółko lub starając się czemuś odciąć drogę ucieczki. Być może była to polna mysz, a może tylko żółw, jeż bądź zwykła, psia wyobraźnia – wystarczyło, by sukę w pełni pochłonęło upozorowane polowanie. Baratheon zatrzymał konia, starając się dostrzec wśród traw uniesiony ogon – i dopiero, gdy próby wypatrzenia zwierzęcia spełzły na niczym, gwizdnął przeciągle, wbijając spojrzenie w pobliski rów, skąd dobiegł go gwałtowny szelest - pies nagle wypadł na drogę wielkim susem, jakby łono wilgotnego listowia wydało go właśnie na świat, z sierścią porytą fragmentami paproci i rzepami, i nim Aylward zdołał zaśmiać się pod nosem, suka znów skakała w głąb, z szelestem i drapaniem łap, wydając krótkie, gniewne szczeknięcia, które kończyły się spłoszonym wyciem.
Baratheon zacmokał cicho i spiął konia, zatrzymując się dobre kilkaset jardów dalej na szczycie pokaźnego pagórka. Poza nim to poruszała się, to prostowała przydeptana trawa, koślawe drzewa czerniały na tle nieba i świecił malutki krążek jesiennego słońca. Wszystko, oględnie mówiąc, wyglądało bardzo powszednio i na dobrą sprawę zupełnie nic nie trzymało tutaj Aylwarda…
… poza próbą odcięcia się od głośnego turnieju, gdzie nie mógłby pozwolić sobie na zdjęcie z twarzy niewygodnej maski. W pewnym momencie uśmiech na ustach stał się rzeczą na tyle bolesną, iż myśli Młodego Jelenia zaprzątało wyłącznie pragnienie zaszycia się jak najdalej od Harrenhal.
I proszę, oto jest. Pośrodku pustkowia.
Nie mógł jednak – wbrew swym szczerym chęciom – zniknąć z zamku tak prędko, jak planował. Po pojedynku Dereka musiał upewnić się, że jasnowłosy Baratheon nie stracił resztek mózgu wystawionego na szwank pod ciosami dziedzica Bliźniaków. Choć kunszt Devona zasługiwał na głośne uznanie, podczas walki Aylward był zbyt zajęty cichymi modłami o przetrwanie nagiej łepetyny kuzyna i wrzaskliwymi przekleństwami skierowanymi pod adresem wściekłego, rudego charta, jakim okazał się Frey.
Odpoczynek od zgiełku panującego w rodowej siedzibie Whentów mimo wszystko nie przyniósł wyczekiwanej ulgi… i był stanowczo zbyt krótki – słońce ledwo zdążyło zmienić położenie na niebie, gdy Baratheon już zawracał konia, kierując się w drogę powrotną do olbrzymiej twierdzy, z tej odległości będącej zaledwie czarnym punkcikiem na horyzoncie. Aylward nie ujechał kilkunastu jardów, gdy tuż po lewej usłyszał charakterystyczne dyszenie pędzącego za nim psa – co zabawniejsze, tylko i wyłącznie obecność starej suki powstrzymała Młodego Jelenia przed powrotem do Harrenhal w pełnym galopie… choć Baratheon nie mógł odmówić sobie gwałtownego wjazdu do stajni, gdzie czekały nań dziesiątki ciekawskich spojrzeń.
Nie on.
Errath zarzucił łbem energicznie, gdy właściciel ściągnął spokojnie lejce, zwalniając tym samym znaczny impet, który osiągnął na kilkudziesięciu ostatnich jardach jazdy – brudne psisko zostało przez podobny manewr znacznie z tyłu, jednak nim Aylward zeskoczył z siodła, zdołało w pełnym pędzie wpaść do stajen…
… po czym minęło Baratheona bez cienia zainteresowania, dochowując tym samym sekretu wspólnej wycieczki. Silne palce mężczyzny zsunęły z twarzy przepoconą chustę, niespiesznie wędrując do bukłaka przytroczonego do siodła – błękitne spojrzenie już w drzwiach stajen wychwyciło obecność człowieka, który znacznie odstawał od koniuszych, jednak nic nie wskazywało na to, by Młody Jeleń miał zamiar wejść w jakąkolwiek konfrontację ze swym… cóż, przeciwnikiem.
Na całe szczęście Dornijczyk nie był równie uparty, przynajmniej zaś nie w tej chwili. Aylward ledwo zdołał odetkać bukłak, gdy panującą między szlachetnie urodzonymi ciszę przerwały słowa wypowiedziane z charakterystycznym dla południowego wybrzeża akcentem – Baratheon bez problemu rozpoznał nosowość głosek, którą zdołał zgłębić… a nawet podchwycić od człowieka aktualnie przetrzymywanego w Końcu Burzy.
- Minimalizm tytularności. – w błękitnych tęczówkach zaigrał cień rozbawienia, gdy Młody Jeleń uniósł manierkę do ust i pociągnął zeń odważnie. – A sądziłem, że Dornijczykom obca jest praktyczność. – kolejne słowa Baratheona, tym razem wypowiedziane nieznacznie przystępniejszym tonem zwiastowały wyciągnięcie przezeń dłoni – Martell zamilkł nagle, oszczędzając tym samym słuch Aylwarda, który został wystawiony na szwank przez nieprzyjemny (z powodu stresu? Zaskoczenia? Nienawiści?) głos Dornijczyka.
- Wiem, kim jesteś… ser. Czy też: książę, jeśli wolisz. – u boku Baratheona bezszelestnie zjawił się giermek, którego mężczyzna przywitał lekkim skinięciem głowy – młodzieniec ujął spragnionego po wycieczce rumaka za uzdę i poprowadził go ku wodopojowi, by później zacząć przygotowywać konia do walki… zbliżającej się wielkimi krokami. Aylward odprowadził Erratha wzrokiem aż za róg stajni i dopiero później przeniósł wzrok na Quentyla Martella – stał tak dłuższą chwilę, patrząc na Dornijczyka z góry na dół. Jedno warte drugiego, pomyślał.
Wszystko obliczył, przeanalizował i spokojnie postanowił nie informować rozmówcy o rezultacie oględzin.
- Tracimy czas w jakimś konkretnym celu? – zagadnął w końcu Baratheon, zsuwając z dłoni skórzane rękawice, które niemal odruchowo wsunął za szeroki, nabijany żelazem pas. Nie spieszył się, skąd…
… po prostu bezczynność w wypadku Aylwarda zwykle miała skutki uboczne. Rzadko kiedy pozytywne dla osób trzecich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
118
Join date :
08/11/2014

PisanieTemat: Re: Stajnie   Czw Sty 29, 2015 4:57 pm

Oczywiście, miał wszelkie powody ku temu, by się denerwować, by odczuwać lekką, ledwie wyczuwalną woń własnego strachu, podsycaną zapachem końskiego potu przetykanym gdzieniegdzie nutami suchego siana…
… oraz świeżego, polnego wiatru. Powietrza przywiezionego gdzieś zza potężnych murów Harrenhal, schwytanego w załomu ubrania i wypuszczonego na wolność dopiero tutaj, pośród wybuchowej kompozycji duszności. Nozdrza Martella to rozszerzały się, to znów zwężały, zupełnie jakby książę pragnął wywęszyć intencje swego przeciwnika, który chwilowo zdawał się znacznie bardziej zainteresowany oporządzaniem konia niż konwersacją z Dornijczykiem.
Drobne uszczypliwości, lekkie uniki, ukłucia głęboko skrywanej niechęci.
Kąciki ust Quentyla podjechały nieznacznie do góry, gdy Baratheon odetkał skórzany bukłak – do feerii zapachów dołączył jeszcze jeden, tym razem szczególnie przyjemny dla zmysłu powonienia. Wino… rozcieńczane, z przyprawami, wyraźną nutą goździka i czegoś jeszcze, gorzkiego, zapewne znacznie obniżającego wartość smakową trunku… ale wspierającego zdrowie.
Coś z Essos.
Ostatnie kilkanaście miesięcy na linii Słoneczna Włócznia-Koniec Burzy nie należały do szczególnie spokojnych; przepływ informacji między Dorne a Burzą utrudniały zaostrzone w twierdzach oraz na granicach kontrole i nawet dawni szpiedzy milczeli jak zaklęci, najpewniej obawiając się o własne życia. Mimo to do siedziby rodu Martell zdołała dotrzeć wieść, jakoby drugi syn Lorda Końca Burzy i tryumfator Bitwy w Wąwozie po uroczystościach weselnych na dalekiej Północy wyruszył do Essos… a konkretniej – Lys. Powszechnie znane Siedmu Królestwom upodobanie Baratheona do kobiet pozwalało przypuszczać, że mężczyzna udał się do samych źródeł swej niewątpliwie ulubionej rozrywki w ramach kuracji leczniczej -  jedynie ci mniej liczni zapewniali, iż Sztuka Siedmiu Westchnień nie będzie jedynym czynnikiem pozwalającym wrócić Młodemu Jeleniowi do zdrowia. Gdyby ktoś popierający tą drugą opinię ujrzał teraz Aylwarda Baratheona, uśmiechnąłby się zwycięsko, dostrzegając namacalne dowody swych założeń.
Namiestnik Pogranicza nawet w przepoconej koszuli sprawiał wrażenie bohaterskiego zdobywcy - niezwykle młody jak na dowódcę tak istotnej formacji jak ciężkozbrojna konnica i obdarzony uśmiechem, który mówił, że jest gotowy na wszystko. Ubrany z podziwu godną bezpretensjonalnością w przykurzoną skórę, w siodle czuł się równie pewnie jak na ulubionym fotelu. Tymczasem naprzeciwko niego stał najmłodszy brat Księcia Dorne – żaden wielki bohater, żadne imię zapisane na kartach Westeros złotymi zgłoskami. Quentyl wyłącznie dzięki interwencji Edrica został awansowany znacznie powyżej stanowiska, na którym potrafi skutecznie działać, przez co czasami brakuje mu pewności siebie… co paradoksalnie sprawia, że zachowuje się tak, jakby miał jej zbyt wiele. Czasami podejmuje nieprzemyślane decyzje, bezrefleksyjnie odrzuca niektóre pomysły, a innych broni wbrew wszelkim argumentom, uważając, że poprzez zmianę decyzji okazałby słabość. Zajmuje się detalami, które lepiej zostawić podwładnym, obawiając się zaangażowania w poważniejsze kwestie, co sprawia, że podwładni pytają  go o każdy drobiazg, a Quentyl partaczy każdą decyzję.
Tak, najmłodszy książę Martell jest porządnym, uczciwym i odważnym człowiekiem. A także głupcem.
Dlatego wciąż stoi naprzeciwko Baratheona, z głową nabitą ideałami… i ani myśli odejść z kwitkiem – choć mogłoby to dla niego okazać się zbawienne. Dotychczasowa nieśmiałość (strach?) wywołana tak bliską obecnością człowieka, który zdołał rozbić w puch dornijską konnicę, pojmać w niewolę kilka tysięcy wojowników i do tej pory przetrzymywać jako honorowego gościa Trystana, uleciała z Quentyla, pozostawiając go wyłącznie z brzęczącą pustką w głowie. Ironiczne zdystansowanie Aylwarda, przesycone na domiar złego celnością uwag było jednym z powodów, dla których ludzie go nienawidzili… bądź wręcz przeciwnie – darzyli nieocenionym szacunkiem.
Książę często myślał o tym, jak bardzo człowiek potrafi być głupi. Starzy pijacy. Kobiety na wioskowym targu. Chłopcy rzucający kamieniami w ptaki. Takie jest życie. Głupota i próżność, samolubstwo i marnotrawstwo. Małostkowość i śmieszność. Martellowi wydawało się, że na wojnie musi być inaczej. Lepiej. Gdy śmierć czai się za rogiem, a ludzie jednoczą się w obliczu trudności i sprytu wroga, na pewno więcej i szybciej myślą, są... lepsi. Bardziej bohaterscy.
Tylko że to nieprawda. Szczerze mówiąc, z powodu tej całej presji, zmartwień i strachu jest jeszcze gorzej. Niewielu ludzi myśli logicznie, gdy gra toczy się o najwyższą stawkę. Dlatego podczas wojny zachowują się jeszcze głupiej niż przez resztę czasu. Myślą o tym, jak uniknąć winy, zyskać sławę albo ocalić skórę, a nie o tym, co naprawdę okaże się skuteczne. Nikt tak często jak żołnierze nie pozwala sobie na głupotę. U nikogo innego nie jest ona tak pożądana.
I Quentyl Martell  nie stanowił żadnego chlubnego wyjątku.
- Naprawdę sądzisz, ser, że spotykałbym się z Tobą w ramach rozrywki? – odparł z zaskakującym spokojem książę, starając się zminimalizować własny akcent – z dość miernym skutkiem, zniwelowanym na domiar złego przez stanowczy krok wykonany w stronę Baratheona. Ciemne, onyksowe oczy zalśniły niespokojnie, gdy Dornijczyk pochylił się nieznacznie w stronę burzowego syna – ogorzała od słońca oraz wiatru twarz wyrażała całkowite skupienie… wywołane najpewniej powagą słów, jakie miały paść lada moment.
- Pragnę przedstawić Ci…ofertę, ser. Propozycję nie do odrzucenia. – Quentyl splótł dłonie za plecami, dla postronnego obserwatora wyglądając najpewniej niczym pogrążony w dyspucie kadet Cytadeli Starego Miasta – gdyby jednak ten sam obserwator zbliżył się do dwójki mężczyzn na tyle blisko, by móc usłyszeć padające słowa, dość prędko zmieniłby zdanie. Cichy głos Martella, który teraz nawet nie starał się zniwelować nosowego akcentu, artykułował kolejne zdania z niepohamowaniem człowieka mogącego lada moment zginąć; książę mówił szybko i zaskakująco składnie, zupełnie jakby wielokrotnie odbywał w myślach tą rozmowę – i Siedmiu raczy wiedzieć, czy rzeczywiście tak nie było. Z kącików ust bezpowrotnie zniknął uśmiech, zaś na czoło zstąpił mars, zwiastujący najgłębsze skupienie – Quentyl przestąpił nerwowo z nogi na nogę, przerywając dopiero w momencie, w którym zabrakło mu tchu. Ciemne spojrzenie nieustannie spoczywało na twarzy Baratheona, starając się dostrzec na jego licu choćby cień zamiarów… zanim jednak Aylward zdołał zabrać głos, Martell wyciągnął ku niemu prawicę, dość wyraźnie sugerując…
… że mówił całkowicie poważnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stajnie   

Powrót do góry Go down
 

Stajnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Stajnie
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Stajnie Carrowów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze :: Harrenhal :: Pole turniejowe-