a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Saltpans



 

 Saltpans

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Liczba postów :
465
Join date :
23/03/2013

PisanieTemat: Saltpans    Nie Kwi 21, 2013 5:14 pm


Miasto Saltpans położone jest nad Zatoką Krabów i stanowi siedzibę dla Domy Cox. Saltpans to teoretycznie miasto portowe, jednak statki przybijają do jego portu jedynie od czasu do czasu. Mały zamek jest dominującym elementem w mieścinie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
124
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Saltpans    Pią Cze 06, 2014 9:39 am

Z pewnością to miejsce wygląda na zapuszczone, uznał niechętnie Brynden Rivers, gdy żeglarze zabrali się za cumowanie niewielkiej kogi. Wzdłuż szarej zatoki tłoczyły się budynki o wąskich oknach i zapadających się dachach. Ze ścian odłaził barwnik, popękany tynk pokrywały plamy soli, zielony mech i czarna pleśń, a nad oślizgłym brukiem ściany pozabijano deskami. Przytwierdzone pod przypadkowymi kątami i porozdzierane, zakrywały się nawzajem, a ich drzazgi szczerzyły się groźnie do przechodniów. Na nabrzeżu kłębili się ludzie, którzy wcale nie wyglądali na szczęśliwych. Ani zdrowych. Ani bogatych. W powietrzu unosił się silny zapach. A raczej straszliwy smród. Zgniłe ryby, stare zwłoki, dym z palonego węgla i pełne latryny. Jeśli tak wygląda dom nowego człowieka, którym Rivers miał nadzieję się stać, to trudno nie być zawiedzionym.
Przez chwilę Brynden rozważał wydanie większości pieniędzy, jakie mu zostały, na podróż
powrotną do Bliźniaków, jednak odpędził tę myśl. Miał dosyć wojny, prowadzenia ludzi na śmierć, zabijania i wszystkiego, co się z tym wiąże. Zamierzał stać się lepszym człowiekiem. Chciał czynić dobro… cóż, powiedzmy, i wybrał w tym celu to miejsce.
- No dobra. - skinął wesoło głową najbliższemu marynarzowi. - Zbieram się.
W odpowiedzi usłyszał zaledwie mruknięcie, ale jego ojciec, Walder Frey, kiedyś powiedział mu, że liczy się to, co dajesz, a nie to, co otrzymujesz w zamian. Dlatego uśmiechnął się, jakby spotkało go życzliwe pożegnanie, po czym zbiegł po stukoczącym trapie na spotkanie swego nowego życia w Solankach. Postawił zaledwie tuzin kroków, unosząc wzrok ku budynkom ciągnącym się po jednej stronie i masztom kołyszącym się po drugiej, gdy nagle ktoś wpadł na niego i niemal go przewrócił.
- Bardzo przepraszam. - wyrzucił prędko Rivers, próbując zachować się w cywilizowany sposób. - Nie zauważyłem cię, przyjacielu.
Mężczyzna pobiegł dalej, nawet się nie oglądając. To nieco podrażniło dumę Bryndena. Wciąż mu jej nie brakowało, choć przyszedł na świat jako bękart. Nie po to jednak przeżył oblężenie Riverrun, potyczki, budzenie się z końskim łajnem na kocu, gówniane jedzeniei jeszcze gorsze pieśni, by teraz ktoś go potrącał. Jednakże bycie draniem to zarazem zbrodnia i kara. „Daj temu spokój”, powiedziałby jego brat, naturalnie noszący nazwisko Frey i będący dziś Lordem pierdolonych Bliźniaków. Brynden miał spoglądać na słoneczną stronę życia. Dlatego opuścił nabrzeże i szeroką ulicą wszedł w głąb miasta. Minął grupę żebraków siedzących na kocach i machających kikutami oraz wysuszonymi kończynami.  Zapach gotowanego jedzenia sprawił, że zaburczało mu w brzuchu, i zwabił go do straganu, na którym ponadziewane na patyki kawałki mięsa smażyły się nad rusztem skleconym prawdopodobnie ze starych, zardzewiałych mieczy.
- Poproszę jeden. - powiedział Rivers, wskazując palcem. Wydawało się, że to wystarczy, więc nie komplikował spraw, by zmniejszyć ryzyko pomyłki. Gdy kucharz podał mu cenę, Brynden omal nie udławił się własnym językiem. W Dolinie kupiłby za to całą owcę, może nawet hodowlaną parkę. Mięso w połowie składało się z tłuszczu, a w połowie z chrząstek. Smakowało o wiele gorzej niż pachniało, ale już go to nie zdziwiło. Najwyraźniej tak było z większością rzeczy w Solankach. Wiatr przybrał na sile, zawiewając jedzącemu bękartowi oczy. Nic wielkiego, ale wystarczyło, by dodatkowo pogorszyć mu nastrój i sprawić, że zaczął się zastanawiać, gdzie, do licha, spędzi noc. Wyszedł spomiędzy ciasno stojących budynków nad szeroki brzeg rzeki, zabudowany i ogrodzony kamieniami. Przystanął na chwilę, zastanawiając się, którędy pójść. Nagle stęknął, gdy kolejny przechodzień uderzył go ramieniem prosto w żebra. Tym razem gwałtownie się obrócił, warcząc i ściskając w garści patyk z mięsem jak ostrze. Zanim zdążył pomyśleć, chwycił kogoś za szyję, przegiął ponad balustradą nad spienioną wodą i ścisnął, jakby dusił kurę.
- Uderzyłeś mnie, draniu. - warknął twardo, wbijając blade spojrzenie w wykrzywioną w zaskoczeniu bladą twarz okoloną ciemnymi, nieco zbyt przydługimi włosami. - Wytnę ci oczy, kurwa!
- N-nie! - zaoponował prędko przeciwnik, z trudem dobywając głos ze ściśniętej krtani. Młody mężczyzna czuł, że jego twarz zaczyna płonąć z braku powietrza  - Jam Lancel T-Tully, dziedz… - ostatnie słowo przerodziło się w cichy świst kurczowo nabieranego powietrza, gdy Rivers na moment poluźnił uścisk. - …iic Riverrun! - dokończył prędko ciemnowłosy, panicznie rozglądając się za towarzyszącymi mu strażnikami. Brynden , nie zwracając uwagi na krzyki młodziana, wyszarpnął sztylet zza paska, drugą ręką cały czas trzymając go za nadgarstek. Ostrze cofnęło się, lśniąc w promieniach słońca. A wtedy Lancel z całą siłą, jaka mu pozostała, nadepnął Riversowi na stopę. Bękart stęknął i poluzował uchwyt, co Tully wykorzystał, próbując odskoczyć od balustrady, gdy Brynden spróbował go zasztyletować. Ostrze nie trafiło w cel, wślizgując się pod dolne żebro. Zimny metal palił jak ogień, przeszywając Lancela bólem od brzucha do pleców. Tully  wciągnął powietrze do płuc, zawył jak obłąkany i zdzielił łokciem przeciwnika, odrzucając go do tyłu. Zaskoczony Rivers niezdarnie wyciągnął nóż z jego ciała; ostrze, wirując, potoczyło się po drewnianych belkach. Lancel kopnął go, ale nie trafił w krocze tylko w biodro… i wtedy rozległ się chrzęst, a głowę Tully’ego wypełniło światło. Brynden opuścił pięść, którą zdzielił czerep przeciwnika, zaś deski zderzyły się z czaszką Lancela, gdy ten grzmotnął o ziemię. Młodzian splunął krwią, a jego wściekłe krzyki zmieniły się w długi skrzek, gdy zaczął drapać paznokciami drewniany pomost. Obcas Riversa spadł na jego prawą dłoń, przeszywając bólem przedramię i wyrywając z ust Tully’ego paskudne westchnienie. But ponownie zachrzęścił na knykciach, potem palcach, a wreszcie nadgarstku.
- Całuj mnie w dupę, pojebie. - warknął może niezbyt mądrze, ale prosto z serca Brynden, nachylając się nad Lancelem. - Wiem, jak wygląda dziedzic Riverrun i ty na pewno nim nie jesteś. - silnie słonie Riversa chwyciły młodziana za gardło i lekko uniosły. Tully usiłował złapać bękarta lewą ręką, ale cała siła wyciekła z niego przez dziurę w boku. Niezdarne opuszki palców tylko rysowały czerwone ślady na nieogolonej twarzy Bryndena. Głowa Tully’ego bezwładnie się kołysała, gdy przeciwnik przeturlał go w stronę końca pomostu, od którego się odsunęli podczas walki. Oddech drapał go w nos, drżał mu w piersi. Wił się i wierzgał. Jego ciało walczyło na próżno, by pozostać przy życiu. Lancel chciała napluć Riversowi w twarz, ale tylko wypuścił strużkę krwawej śliny na brodę.
- Pieprz się...
Stęknął cicho… a potem poleciał w dół, do głębokiej, zimnej wody, której nurt miał uniemożliwić jakąkolwiek szansę na ratunek. Ratunek, który nadszedł dopiero, gdy Rivers wyprostował się, dysząc ciężko - zaciśnięte, zakrwawione pięści drżały lekko, gdy próbował wytrzeć knykcie o ubiór. I kiedy odwrócił się w stronę nabrzeża, by czym prędzej opuścić Solanki - powietrze przeszył syk mogący zwiastować wyłącznie nadchodzącą śmierć.
Strzała wbiła się w precyzją w środek piersi bękarta, zagłębiając w ciele przy akompaniamencie głuchego stęknięcia i prędkich kroków strażników, biegnących przez pomost. Napierśniki z wygrawerowanymi nań pstrągami błyszczały w promieniach słońca, gdy czterech mężczyzn, w tym jeden wciąż trzymający łuk, dopadli do Riversa. Brynden, z pochyloną głową opadającą na pierś, klęczał na mokrych deskach powoli żegnając się z życiem. Jeden z ludzi Tully’ego zdzielił go pięścią w twarz, wzbijając w powietrze krwawą mgiełkę, która buchnęła z nosa bękarta. Coś krzyczeli, pytali, jeden nawet jął zrzucać z siebie odzienie, by rzucić się do wody za Lancelem…
… ale Riversa to nie obchodziło. Zmierzał do innego miejsca, gdzie będzie mógł stać się lepszym człowiekiem i naprawdę już nic go nie obchodziło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Saltpans

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-