a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Sala audiencyjna



 

 Sala audiencyjna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Sala audiencyjna   Czw Kwi 03, 2014 9:18 pm

Prywatna sala audiencyjna Namiestnika Siedmiu Królestw jest znacznie mniejsza od sali tronowej, jednak pod innymi względami niczym jej nie ustępuje. Przyozdobiona została misternie tkanymi, myrijskimi dywanami, tapetami o stonowanych barwach oraz okrągłymi, przyciemnionymi na złoto oknami, co zapewnia zebranym poczucie prywatności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Kwi 04, 2014 9:26 am

/ Wielki Sept

- … i niech nikt inny nie waży się przeszkadzać! - głuchy odgłos trzaskających drzwi rozniósł się echem po korytarzu, milknąc dopiero po dłuższej chwili, przerywanej jedynie chrapliwym oddechem Namiestnika i nerwowym postukiwaniem palców jego gościa o blat stołu. Lawendowe oczy zatrzymały się na wysokiej sylwetce, odpierając spokojnie natarczywe, błękitne jak bezchmurne niebo spojrzenie. Cisza, głucha cisza, cisza prawie doskonała dłużyła się w nieskończoność, sprawiając wrażenie, jakby obydwaj mężczyźni w niewyjaśniony sposób wyzionęli ducha i zamarli niczym posągi po dwóch stronach komnaty, wpatrując się w siebie szklącymi, martwymi jak u śniętej ryby oczami. Targaryen - wciąż zmęczony po pogoni za swym gościem przez tłumy zebrane przed Wielkim Septem oraz Baratheon - utrzymujący swą wściekłość na równie wysokim poziomie co w chwili, gdy Książę Smoczej Skały bez słowa wyjaśnienia zaprosił go do Wieży Namiestnika, gdzie obecnie ma zamiar przetrzymywać wbrew woli. A jednak cisza nie mogła trwać wiecznie i pierwszym, który ją przerwał, mógł być naturalnie tylko Smok…
- … milczysz. Masz rację, wyrzut w Twoim spojrzeniu jest wystarczająco czytelny, kuzynie. - Maegor wykrzywił usta w lekkim grymasie, ruszając powoli przez salę audiencyjną do dębowego stołu, na którym przezorna służba postawiła dzban zimnego wina.... i tylko jeden kielich. Targaryen przechylił wypełnione trunkiem naczynie, aby napełnić puchar krwiście czerwoną cieczą. Zimne wino przyjemnie zakotłowało się na dnie kielicha, już po chwili wypełniając go do połowy wysokości. - Wzruszasz ramionami i myślisz: „cóż on może mi zrobić”… A przecież ślepy traf nie ma już władzy nad Twoim losem, gdyż to ja określam go swoją wolą… i splatam w taki węzeł, którego nie będziesz potrafił rozplątać. - na ustach Księcia Smoczej Skały zaigrał lekki uśmiech, gdy podał puchar Orysowi Baratheonowi, twardym spojrzeniem nie przyjmując odmowy picia trunku przez dziedzica Końca Burzy.
- Przecież wiesz, że moje rozumowanie jest tylko inercją logiki zrodzonej na przestrzeni całych lat. Jeśli tak długo czekałem na ten moment, na chwilę, która będzie najbardziej optymalną dla moich zamiarów, czyż mogę - przy pierwszej oznace i tak zdeterminowanej gry - powiedzieć: „Chcę, aby stało się tak, jak chcę”? - Maegor zacmokał cicho, kręcąc lekko głową, po czym spokojnie zasiadł za stołem, zakładając ręce za głowę i z tej pozycji przyglądając się swemu gościowi. - Na wszystko przyjdzie swój czas. Mówię Ci o tym dlatego, że… Ty również potrafiłeś wybrać odpowiednią chwilę. Poznałeś się na wartości wiedzy znacznie prędzej, niż ktokolwiek na królewskim dworze. Zadbałeś o to, by nic nie wychodziło poza Twój ród, nawet stanowiska w szeregach armii Burzy. Stworzyłeś idealny, niezawodny system i pozwalałeś urzeczywistniać swemu bratu najkarkołomniejsze plany… i po co to wszystko? - Targaryen uśmiechnął się lekko, przypatrując złotym refleksom rzucanym przez przyciemnione szyby na twarz Baratheona. - Bo potrzebowaliście bohatera. Człowieka, którego będą wielbić tłumy, kogoś, dla kogo tysiące skoczą w ogień, a kolejne tysiące… cóż, do łoża. Najjaśniejsza gwiazda na firmamencie Siedmiu Królestw. - Książę potarł delikatnie podbródek, kiwając w końcu głową z uznaniem. - I udało się. Wszyscy pragną Aylwarda. Nie przez zwyciężone turnieje i przetańczone bale, nie przez tysiące smoków utopione w dziwkach i kolejkach wina… nie. Chcą go, bo zwycięża. Chcą, bo potrafi nawet sromotną klęskę zamienić w wielką wygraną. Lecz pośród całego blichtru umknęło wam coś, co wydawało się oczywiste od samego początku. - Maegor nachylił się w stronę Orysa, marszcząc jasne czoło. Lawendowe spojrzenie zalśniło pod wpływem tłumionych emocji, które najpewniej wywołane zostały jednym - Targaryen po prostu świetnie się bawił.
- Aerys. - Książę Smoczej Skały zniżył głos do szeptu, mającego w sobie więcej z konspiracji niż, jakby wydawało się początkowo, z rozbawienia. - W chwili, gdy Aylward przekroczy jedną z bram Królewskiej Przystani, mój uroczy brat zrobi wszystko, by go dostać. W innym przypadku skończyłoby się zapewne na aresztowaniu, oskarżeniu o zdradę stanu i skróceniu o głowę… ale taka decyzja pociągnęłaby za sobą lawinę tragedii, z czego sprawę zdaje sobie nawet król. Dlatego zrobi coś, czemu nie sposób odmówić. - Maegor zamilkł na chwilę, wbijając dziwnie poważne spojrzenie w Baratheona. - Zaoferuje mu służbę w Gwardii Królewskiej. W elitarnej jednostce, dla której mąż zabiłby własną żonę i potopił dzieci w studni. Takiej propozycji się nie odmawia… zwłaszcza, jeśli składana jest przez Aerysa. Z chwilą przyjęcia białego płaszcza, Aylward wypada z gry. Wyrzeka się dziedzictwa, nie weźmie żony, może jedynie pomarzyć o tym, by przekazywać wam rady związane z dobrem rodu. A miłościwie panujący? Cóż, poza satysfakcją i unieszkodliwieniem jednego z najlepszych wojowników Westeros… posiądzie Gwardzistę, który po złożeniu przysięgi będzie go strzegł jak nikt dotąd. - Targaryen westchnął cicho, prostując się na krześle i rozkładając ręce w geście bezradności. - Smok ma nienasycony apetyt, czasem musimy powalczyć między sobą o soczyste kąski… dlatego postanowiłem uprzedzić brata i zaoferować Ci pierwszorzędną zabawę. Wybór należy do Ciebie, a co ważniejsze - zanim go podejmiesz, chcę, abyś kogoś przywitał... - Maegor podniósł się z werwą, ruszając powoli w stronę bocznych drzwi, za których klamkę po chwili złapał.
- Zacznijmy przedstawienie, przyjaciele. - rzucił z lekkim uśmiechem, uchylając ciężkie skrzydło bocznej komnaty, gdzie - jak okazało się już po chwili - czekał kolejny aktor...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Kwi 04, 2014 12:41 pm

Za murami Królewskiej Przystani było tłoczno jak na polu bitwy i nie mniej groźnie. Między wysokimi budynkami wiodła brukowana ulica obsadzona bezlistnymi drzewami, a na niej kłębili się ludzie wszelkich kształtów i kolorów. Bladzi mężczyźni w stonowanych strojach, wąskookie kobiety w jaskrawych jedwabiach, czarnoskórzy ludzie w białych szatach, żołnierze i najemnicy w kolczugach i zbrojach płytowych. Służący, robotnicy, handlarze, dostojni panowie, ludzie bogaci i biedni, eleganccy i cuchnący, arystokraci i żebracy. Bardzo wielu żebraków. Piesi i jeźdźcy przemykający tam i z powrotem, konie, wozy i karoce, kobiety o wysoko upiętych włosach, obwieszone biżuterią, niesione na kołyszących się krzesłach przez pary spoconych służących.
Martell sądził, że w Słonecznej Włóczni roiło się od dziwaków, ale stolica Siedmiu Królestw okazała się pod tym względem znacznie gorsza. Miejsce ze snu, z którego człowiek pragnie czym prędzej się wybudzić. Aby dotrzeć do Czerwonej Twierdzy niezauważonymi, musieli skręcić w węższą ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sklepy i stragany. Zapachy jeden po drugim atakowały nozdrza - ryby, chleb, środki czyszczące, owoce, olej, przyprawy i tuzin innych, których Edric nie znał i najwyraźniej nie chciał poznać - zapierając dech w piersi i wywracając żołądek. Chłopiec jadący na wozie niespodziewanie podsunął towarzyszowi Księcia Dorne pod nos wiklinową klatkę, a siedząca w środku małpka zasyczała i opluła Dornijczyka, niemal strącając z siodła. Zewsząd ogłuszały ich wrzaski, w których o dziwo próżno było doszukiwać się przekleństw. Ponad tym wszystkim unosił się zaśpiew, coraz głośniejszy, dziwny, ale piękny, który sprawiał, że mimowolnie powstawały włoski na rękach. Przez całą Królewską Przystań wszędzie rozciągały się niedopasowane dachy o różnorodnych kształtach i kolorach - czerwone dachówki, szare płytki, biały ołów, gnijąca słoma, gołe krokwie pokryte mchem, zielona miedź naznaczona brudem, łatana płótnem i starą skórą. Plątanina pochyłych szczytów, strychów, belek, z których obłaziła farba i wyrastały chwasty, kołyszących się rynien oraz powykrzywianych odpływów powiązanych łańcuchami i uginającymi się sznurami z praniem, spiętrzonych pod wszelkimi możliwymi kątami, w każdej chwili grożących ześlizgnięciem się na ulicę. Z niezliczonych kominów bił dym, tworząc mgiełkę rozmywającą słońce. Gdzieniegdzie, ponad ten chaos wzbijała się wieża, wybrzuszała kopuła bądź wyrastała kępa drzew, którym udało się przezwyciężyć trudności i sięgnąć ku niebu. Morze było szarą smugą na horyzoncie, las masztów w odległej zatoce kołysał się niepewnie na falach. I dopiero po dotarciu na wzgórze Aegona Martell mógł dojść do jednego wniosku: z tej wysokości wydawało się, że miasto głośno syczy. Rozlegały się hałaśliwe odgłosy pracy i zabawy, ludzi i zwierząt, nawoływania sprzedających i kupujących, grzechotanie kół i stukanie młotów, odpryski pieśni i strzępy muzyki, radości oraz rozpacz, wymieszane jak zupa w wielkim kotle. Gdyby mieli choć chwilę do stracenia, Edric najpewniej utonąłby w tych dźwiękach, przysłuchując im się niestrudzenie aż do zachodu słońca… lecz jeszcze nim dotarli do dziedzińca Czerwonej Twierdzy, po raz kolejny musieli zrezygnować z głównego szlaku i okrążyć zamek, pozostawiając konie pod opieką chłopca stajennego, który za pomocą słowa-klucz utwierdził Dornijczyków w przekonaniu, iż  wyczekiwał ich z rozkazu Namiestnika. Rumaki, niezbyt rzucające się w oczy i kupione w drodze z Reach, mogły należeć do wędrownego rycerza, nie zaś Dornijskiego księcia… co samemu Martellowi było na rękę. Ich obecność w stolicy powinna zostać tajemnicą jak najdłużej, dlatego zdecydowali się na przybycie w dniu największego zamieszania ogarniającego Królewską Przystań… czyli podczas ceremonii pogrzebowej. Odziani w proste wamsy wyszyte na modłę całego królestwa aż do Warowni Maegora mogli poruszać się niepostrzeżenie i dopiero tam napotkali pierwszą oraz, miejmy nadzieję, ostatnią przeszkodę - człowiek, który miał wprowadzić ich do wieży namiestnika nie zjawił się na czas. Edric oraz towarzyszący mu Oberon spędzili blisko dwa kwadranse na czynności, która wymaga znacznie więcej wysiłku niż karczemna bójka - musieli postarać się, by nikt nie zwrócił na nich uwagi. Służba pogrążona była w przygotowaniach do uczty wydawanej w sali balowej, zatem nie stanowiła żadnego zagrożenia… lecz nieliczni strażnicy prędzej czy później mogli zauważyć dwóch intruzów, prażących się na słońcu jak kukurydza. I kiedy już wydawało się, że w rzeczy samej - jeden z członków załogi Warowni zmierza w ich kierunku - u boku Dornijczyków pojawił się szczupły, niski mężczyzna, który dość obcesowym wrzaskiem zasugerował, że doradca Namiestnika nie ma całego dnia i czym prędzej poprowadził ich ku wieży, gdzie - nie tracąc ani chwili - ruszyli bocznymi korytarzami ku szczytowi.  Samo pomieszczenie, gdzie nakazano czekać Martellowi, przypominało rozbrzmiewającą echem jaskinię z czerwonego porfiru i czarnego marmuru. Charakteryzowało je ponury splendor mauzoleum; minimalna potrzebna ilość światła sączyła się do środka przez małe, wysoko umieszczone okna poprzecinane grubymi kratami, które rzucały krzyżujące się cienie na lśniącą posadzkę. Edric nie wiedział, jak wiele czasu przyjdzie spędzić mu w niewielkiej komnacie - wszystko bowiem sprowadzało się do długości trwania ceremonii pogrzebowej oraz kroków, jakie podejmie Orys Baratheon po zakończeniu modlitw. W podobnych miejscach czas dłużył się niemiłosiernie, zaś o jakichkolwiek rozmowach z Oberonem nie mogło być mowy. Ich obecność w Wieży Namiestnika była tajemnicą znaną przez okrojone do minimum grono osób, a każde nieopatrznie wypowiedziane słowo mogło zdradzić ich obecność…
… trwali zatem w milczeniu przez kolejne minuty, nasłuchując krzątające się po sali audiencyjnej służki oraz wyczekując głosów, które poświadczyłyby o przybyciu Targaryena. Jak okazało się wkrótce, kolejne wydarzenia zaczęły następować po sobie jedno za drugim, z prędkością nadlatującej salwy strzał - trzask otwieranych z rozmachem drzwi, donośny głos Maegora biegnący po długich korytarzach, dźwięk przekręcanego zamka… oraz słowa. Z początku niezrozumiałe, przytłumione przez ściany słowa, których zrozumienie zajmowało Martellowi dłuższą chwilę.  Ich wydźwięk uspokoił Księcia Dorne, podejrzewającego, że Baratheon nie zgodził się udać z Namiestnikiem do sali audiencyjnej i posłał go do wszystkich diabłów.
Zamiary. Aerys. Bohater. Aylward. Zabawa.
Och, tak - zabawa…
Dornijczyk zmarszczył ciemne brwi, wychwytując przydługi monolog Maegora oraz odpowiedzi Orysa, na tyle stonowane, że nie docierały do bocznej komnaty sali. Dopiero, gdy sam Targaryen, tuż przy drzwiach wypowiedział znamienite „zacznijmy przedstawienie”, Martell wypuścił cicho powietrze z płuc, obserwując, jak zabarwione na złoto światło z chwili na chwilę coraz bardziej wdziera się do bocznej komnaty, ukazując Baratheonowi obecność Księcia Dorne… nieszczególnie książęcego w wypłowiałym przyodziewku, mającym odwrócić uwagę od ciemnej karnacji.
- „Przyjaciele”? - głos Edrica odbił się echem od ciszy, jaka na krótką chwilę zapanowała w sali audiencyjnej. Typowej ciszy przed burzą… - Przesada to Twoje drugie imię, Maegorze. A właściwie to trzecie, tuż po „wyrafinowany zdrajca”. - dodał spokojnie Martell, zatrzymując się na środku pomieszczenia, w dostatecznej odległości, by ewentualnie rzucony przez Baratheona kielich co najwyżej go drasnął.
- Nie takich okoliczności się spodziewałeś, ser. Na dobrą sprawę ja również, lecz mianowanie Księcia Smoczej Skały Namiestnikiem wymagało… pewnej korekty pierwotnego planu. - Edric zawiesił ciemne spojrzenie na dziedzicu Końca Burzy, zupełnie jakby pragnął odgadnąć, jak wiele przekleństw w myślach miota Orys pod adresem Martella…
- Zdaje się, że masz coś mojego, przyszły Lordzie Baratheon. - Dornijczyk zmrużył lekko oczy, splatając ze sobą palce dłoni. - Młodą, dumną księżniczkę o imieniu Ivory. Narzeczoną Maegora, choć to akurat mniej istotna sprawa. - Edric westchnął cicho, ruszając w stronę stołu, za którym zgromadzeni byli jego rozmówcy. Zamiast usiąść na jednym z krzeseł, oparł się o dębowy blat, nachylając w stronę Orysa z kamiennym wyrazem twarzy, mogącym równie dobrze wyrażać radość, co głęboki smutek.
- Zjawiłem się tu nie po to, by toczyć walki, ale zatwierdzić pokój pomiędzy naszymi rodami… oraz, naturalnie, zapewnić swojemu rodzeństwu bezpieczeństwo. Ivory i Trystane. Te dwa imiona będą królować w naszej małej pogawędce. Będą królować tak długo, aż na sam ich dźwięk zechce Ci się rzygać. -  zapowiedział z niezmąconym spokojem. Jedyną oznaką zdenerwowania mogły być palce zaciśnięte na brzegu stołu oraz kącik ust opadający delikatnie w grymasie… delikatnie mówiąc - niezadowolenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Kwi 04, 2014 5:39 pm

/ Wielki Sept Baelora

Wściekłość.
Spadła na niego jak, nie przymierzając, grom z jasnego nieba.
Komnata audiencyjna przypominała pełną przeciągów jaskinię. Zabarwione na złoto światło odnajdywało szpary w mętnych szybach i rysowało jasne kreski na podłodze wyłożonej drogocennymi dywanami. Wieża Namiestnika, w przeciwieństwie do Królewskiej Przystani, była cicha. Samotna. Wyobcowana. Przeklęta.
… i przez to budząca jeszcze większą złość Orysa, który w tak prosty sposób dał się zwabić tu przez Maegora. Bez słowa sprzeciwu, jedynie z lekkim wykrzywieniem ust podążył za Targaryenem, pragnąc uniknąć przedstawienia, do jakiego mogłoby dojść przed Wielkim Septem Baelora, gdyby tylko zechciał odrzucić zaproszenie Księcia Smoczej Skały… a od pewnego czasu - także Namiestnika.
Baratheon wygładził spokojnie rękaw koszuli, przemierzając salę audiencyjną i kierując się prosto ku oknom komnaty wychodzącym na dziedzińce Czerwonej Twierdzy. Ciemny jedwab, guziki z polerowanej kości i zgrabne obszycia wokół mankietów. Irytował go ten strój, sam nigdy nie wybrałby czegoś równie eleganckiego, ale odzienie spodobało się pani matce… zaś jej Orys nie potrafił się sprzeciwić. Dziedzic Burzy zatrzymał się przy oknach, w milczeniu obserwując dziedziniec zamku, powoli zaczynający tętnic życiem. Służba. Jeźdźcy. Strażnicy. Kupcy. Oraz żałobnicy - zwłaszcza oni. Wszyscy powracali do nie cierpiących zwłoki prac, które musieli porzucić na czas ceremonii pogrzebowej. A Baratheon? Cóż…
Gdy dotarły doń pierwsze słowa Maegora, zmarszczył ciemne brwi, nadal jednak obserwując krajobraz za oknem. „Kuzynie”. W innych okolicznościach zwrot ten najpewniej wywołałby na ustach Orysa uśmiech pobłażania, jednak obecna sytuacja nie sprzyjała zbytniej wylewności w okazywaniu jakichkolwiek uczuć. Bezpieczniej było stać plecami do rozmówcy, nawet jeśli ten należy do kategorii ludzi, którzy gotowi są wbić nóż w plecy.
I niejednokrotnie to czynią.
- Strzępisz język po próżnicy… kuzynie. - padło cicho ze strony Orysa, gdy ten odwrócił się powoli od okien, wbijając spojrzenie w Targaryena. Dopiero po chwili milczenia, opadł na misternie rzeźbione krzesło, czując na łydce rękojeść sztyletu. Dotkliwe przypomnienie, w jakim mieście się znajduje.
- Próbujesz udowodnić mi, że nic się przed Tobą nie ukryje. Że doskonale znasz wymagający system rozgrywki… że posiadasz asa w rękawie, podczas gdy ja zostałem go pozbawiony wraz z chwilą, w której postawiłem nogę w Królewskiej Przystani. - spojrzenie Baratheona prześlizgnęło się z tej wystrojonej gnidy Maegora na pełny kielich z trunkiem, następnie na pusty stół, z niechęcią wróciło na twarz Księcia Smoczej Skały, by wreszcie spocząć na dzbanie wina stojącym na blacie, gdzie utknęło, jakby schwytane w rozpalone szczypce. Wystarczy jeden szybki ruch i będzie ją miał. Jak wiele zdoła przełknąć, zanim Targaryen odbierze mu i tą przyjemność? Niewielu ludzi potrafi pić szybciej od Orysa, gdy wymagają tego okoliczności...
- Skoro jednak jesteśmy ze sobą szczerzy… pozwól, że przybliżę Ci prawdziwe oblicze mego młodszego brata, którego barwnie określiłeś „najjaśniejszą gwiazdą Siedmiu Królestw”. - tym razem Baratheon nie mógł powstrzymać kpiącego uśmiechu, który leniwie wpełznął na jego usta, gdy dziedzic Burzy wziął do ręki kielich, nie maczając jednak ust w winie. - Aylward to notorycznie destrukcyjny, szalony i kapryśny desperat pozbawiony skrupułów, myślący tylko o cipkach. Pijaczyna, hulaka i kobieciarz, nieopanowany jak wściekły pies. Pełen pychy łobuz mający zbyt duże mniemanie o swoich umiejętnościach. Wypił w życiu tyle, że nawet trucizna Dornijczyka nie była w stanie jeszcze bardziej skazić jego organizmu. A jednak, z niewiadomych przyczyn całe królestwo zaakceptowało ten nieprzewidywalny element i uznało go za wzór do naśladowania. Co więcej, są tacy, którzy wtajemniczają go w swoje plany, wręcz oddają cześć tej rozdygotanej ludzkiej skorupie. I to dlaczego? - Orys uśmiechnął się brzydko, wykrzywiając usta w grymasie mogącym wzbudzić niepokój nawet u samego Aerysa. - Bo jak słusznie zauważyłeś, zwycięża. A przecież nikt nie lubi przegranych. Jego życie stało się znacznie bardziej mroczne i niebezpieczne niż za Murem, zaś on, zamiast dążyć do zostania lepszym człowiekiem, zawrócił na tej drodze i stale przyśpiesza. Jeśli nazywasz go bohaterem… to wyraźny znak, że ludzkość upadła. - Baratheon odstawił kielich z winem na stół, chociaż po raz pierwszy od tak wielu lat myśląc wyłącznie o kolejnej porcji alkoholu. Powstrzymywało go tylko jedno - Orys wiedział, że najwyższy czas poszerzyć horyzonty. Co najmniej na dwie kolejne porcje. Ale niełatwo jest się zmienić. Niemal czuł pot występujący mu na skórę, jego głowa pulsowała i huczała bólem. Aby choć częściowo uśmierzyć ból, sięgnął po ukryty na łydce sztylet i wysunął go ostrożnie ze skórzanej pochwy, kładąc je na lśniącym blacie stołu.
- Chcesz, bym miał poczucie długu wobec Ciebie, dlatego dzielisz się zamiarami swego brata. - Baratheon sięgnął spokojnie po chustkę, raczej stwierdzając, niż zadając pytanie. - Sądzisz, że odwdzięczę się równie istotną wiadomością lub, o zgrozo, podziękuję… - kąciki ust Orysa podjechały nieznacznie do góry, gdy sięgnął po sztylet i przesunął po jego ostrzu delikatnym materiałem.
- Zapominasz tylko o jednym, Maegorze. - dziedzic Burzy zamarł na moment w bezruchu, z dłonią na błyszczącej rękojeści oręża. - Jeśli ktokolwiek chce się ze mną układać, musi mieć kręgosłup moralny... a Twój został skręcony wraz z chwilą, gdy opuściłeś łono matki. - Baratheon opuścił wzrok na sztylet, mrużąc lekko oczy.
A więc dlaczego wciąż tutaj jesteś, na Innych? Zapytał w myślach samego siebie, obserwując, jak Targaryen rusza ku bocznym drzwiom, sprytnie zlewających się z tapetą komnaty. Ponieważ pragniesz pieniędzy? Ponieważ potrzebujesz rozrywki? Ponieważ to lubisz? Orys zmarszczył brwi. Niektórzy ludzie nie są stworzeni do czynienia dobra, a on właśnie zaczynał podejrzewać, że jest jedną z takich osób. Z każdym dniem coraz bardziej wątpił, czy bycie lepszym jest warte zachodu. Oraz życia. Wraz z momentem, gdy drzwi bocznej komnaty skrzypnęły, a w wejściu pojawił się człowiek, którego Baratheon spodziewał się jako ostatniego w tym miejscu… dziedzic Burzy już wiedział, że jest za późno, aby się wycofać. Prędzej czy później musiał spotkać się z Księciem Dorne, dlaczego więc nie miałby zrobić tego teraz? W obecności prawej ręki króla? Jak najbardziej legalnie? Mięśnie szczęki Orysa zadrgały nerwowo, gdy Edric Martell zabrał głos, powoli ruszając ku środkowi sali audiencyjnej. Przyłapał się na tym, iż kurczowo zaciska dłoń na rękojeści sztyletu, wbijając jasne spojrzenie w ciemne i bezdenne jak studnia tęczówki Dornijczyka. Choć w jednym Targaryen się nie pomylił: zabawę czas zacząć…
- Nie uczciliśmy odpowiednio awansu Maegora. Najwyższa pora naprawić to uchybienie… - Baratheon przesunął koniuszkami palców kielich wina w stronę Martella, który już zdążył podejść do stołu i oprzeć ręce na jego blacie. Nozdrza Orysa zadrgały nerwowo, gdy Książę Dorne wspomniał o swej młodszej siostrze, jednak zamiast wyrazić głośno cisnącą się na usta opinię, spokojnie powrócił do trzymanego w dłoni sztyletu. Ostrze błyskało i migotało w słabym świetle, poddając się ruchom chusteczki. Dwadzieścia pociągnięć w jedną stronę i dwadzieścia w drugą. Baratheon zdawał się nie słyszeć słów Martella, choć to akurat było niezwykle trudne…
- Twe rodzeństwo żyje, jeśli o to pytasz. - powiedział w końcu Orys, przerywając na moment czyszczenie sztyletu. - Choć nie obiecuję, że stan ten utrzyma się przez nadchodzące tygodnie. - dodał po chwili namysłu, obracając broń w rękach. Niewiele jest rzeczy gorszych od tępego noża i niewiele lepszych od ostrego, dlatego Baratheon uśmiechnął się, gdy dotknął ostrza i poczuł na opuszce palca jego zimną, twardą krawędź.
- Porozmawiajmy, dobrze. - ciche westchnięcie towarzyszyło ponownemu wsunięciu oręża do niewielkiej pochwy przymocowanej do łydki. - Na osobności. Namiestnik Siedmiu Królestw jest zaangażowany w ten problem… cóż, emocjonalnie, dlatego jego funkcja ograniczy się wyłącznie do zatwierdzenia paktu własnym podpisem oraz pieczęcią. - Orys wbił ostre spojrzenie w Martella i dopiero po chwili przesunął je na Targaryena. Jeśli sądzili, że zatańczy, jak zagrają… czeka ich sporo rozczarowań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Kwi 04, 2014 9:32 pm

Kiedy Bóg chce pokarać człowieka, zsyła mu głupich przyjaciół i mądrych wrogów, mawiał zwykle Aegon Piąty, starając się wpoić cokolwiek do jasnych łbów dzieci swego najstarszego syna. Maegor doskonale pamiętał słowa dziadka - co więcej, powtarzał je za każdym razem, gdy tylko jęły nękać go wątpliwości. Sytuacja, w której znajdował się obecnie, była jednak drobnym precedensem, nie przewidzianym ani przed Targaryena, ani tym bardziej przez bogów - zarówno realny wróg jak i domniemany przyjaciel nie byli głupcami. Z jednej strony dla samego Księcia Smoczej Skały stanowiło to ogromny atut… z drugiej zaś - przekleństwo, przez które może upaść na samo dno. I nigdy się nie podnieść.
- Nasza chwała blednie. - stwierdził cicho Namiestnik ze spokojnym uśmiechem na ustach, tak niepasującym do słów, które właśnie wypowiedział. - I zmienia się w nudne anegdoty, równie nieprzekonujące jak kłamstwa innych drani. - Maegor przyjrzał się uważniej Orysowi, zupełnie jakby dotychczas coś mogło umknąć jego wytężonej uwadze. Wraz twarzy Baratheona, jego spojrzenie, gesty, nawet najmniejsze drgnięcie powieki - wszystko znajdowało się pod doskonałą kontrolą. Dokładnie wystudiowane, ostrożne, skrywające dziedzica Końca Burzy za grubą kurtyną. Targaryen przechylił lekko głowę w bok, zupełnie jak drapieżny ptak obserwujący swoją kolejną ofiarę. Łudził się, że zmiana perspektywy będzie lekarstwem na tajemniczość Orysa, pozwoli dostrzec to, co dotychczas pozostawało niewidoczne dla oczu… jednak zamiast odpowiedzi na pytanie, Książę Smoczej Skały dostał sztylet. Lśniący, ostry i bardzo namacalny sztylet, położony na lśniącym blacie dębowego stołu, zupełnie jakby Baratheon prezentował mu swe największe trofeum.
I tak jest. Daje mi do zrozumienia, że przez jedno, nieostrożne słowo… trofeum mogę stać się ja.
- … porażki, rozczarowania i wyrzuty sumienia cały czas pozostają świeże. - podjął Maegor, nie dając się zbić z tropu, choć przez zatrważającą chwilę balansował na samym brzegu swego stanowiska. - Uśmiech ładnej dziewczyny, który zlekceważyliśmy. Wina, którą zrzuciliśmy na kogoś innego. Anonimowe ramię, które potrąciło nas w tłumie i napełniło tłumioną złością na kilka dni albo miesięcy. Na zawsze. - skrzywił się nieznacznie, obserwując jak Orys odstawia nietknięty kielich na stół. - Właśnie z tego zbudowana jest nasza przeszłość. Takie paskudne chwile czynią nas tym, kim jesteśmy. I możesz mi uwierzyć, każdy z nas ma coś za kołnierzem. Ty, ja, Aerys, Aylward. Prawdziwa sztuka w takim wypadku polega na tym, by stać się wielkim nie przez coś… ale pomimo czegoś. - Targaryen uśmiechnął się lekko, wsłuchując w kolejne słowa Baratheona. Nie były one miodem lanym na usta, nie były nawet czymś, co można wziąć za obietnicę… Orys po prostu okazał się szlachetnym. Jednym z nielicznych.
Bardzo nielicznych.
- Dziewięć dziesiątych wojny to czekanie, powiedział kiedyś mój ojciec… a ja odnoszę wrażenie, że zaniżył swoje szacunki. Nie ma nic gorszego od bezczynności, drogi kuzynie, dlatego oferuję Ci działanie. Nic ponadto. Masz czas, aby to przemyśleć, zapewne Aerys sam wysunie propozycję… i wyłącznie od Ciebie zależy, kogo wybierzesz. - Maegor splótł ręce na piersi, dopiero po chwili odrywając wzrok od Orysa. Mówienie o większym lub mniejszym źle nie miało sensu… bowiem nie istniało coś takiego jak „mniejsze i większe zło”. Jedynym grzechem w tych realiach był niewykorzystany potencjał.
Targaryen podszedł powoli do okna, gdy tylko grono zebranych w sali audiencyjnej zostało zasilone przez Edrica. Docinek Księcia Dorne skwitował lekkim uśmiechem, nawet nie próbując wyprzeć się przytyku, który… cóż, trafiał w sedno. Zaś „wyrafinowany zdrajca” to znacznie lepsze odkreślenie niż „zasrany zdrajca”, co także wkrótce znajdzie swoje zastosowanie… Maegor wbił wzrok za okno, wsłuchując się jednak uważnie w każde słowo padające pomiędzy Baratheonem a Martellem. Podczas gdy Książę Dorne wspominał o swej siostrze a także - Maegor byłby prawie zapomniał - narzeczonej Targaryena, daleko w dole dziedzińcem przeszedł mężczyzna pchający taczki wyładowane słomą, Namiestnik śledził wzrokiem służącego, dopóki jego sylwetka nie rozpłynęła się za zakrętem i dopiero wtedy zerknął na Baratheona, jakby spodziewając się, że dokładnie polerowany sztylet lada moment ponownie będzie potrzebował czyszczenia - tym razem z krwi Martella.
- Za moje zdrowie wypijecie na weselu. - rzucił spokojnie, powracając do obserwowania życia w cieniu wieży. - Pod warunkiem, że przyrzeczona mi kobieta opuści Koniec Burzy... cała. W każdym znaczeniu tego słowa. - Targaryen uśmiechnął się lekko, poruszając językiem w wyschniętych ustach. Starał się odpędzić myśli związane z Dornijką, której nawet nie miał okazji ujrzeć, ale były jak drzazga tkwiąca pod paznokciem. Bolesne, cudowne ukłucie w płucach, smak dymu wypuszczanego z ust, kończyny coraz cięższe, świat coraz bardziej miękki. Wątpliwości, gniew, strach, wszystkie się mieszają, gdy tylko przez głowę przemknie krótkie, wciąż bezosobowe „Ivory Martell”. Dopiero, gdy Baratheon zażądał, aby rozmowy pokojowe odbywały się bez interwencji członka rodziny królewskiej - Maegor odwrócił się energicznie od okna, zauważając zniknięcie sztyletu z rąk Orysa. Mimowolnie zerknął na Martella, szukając w jego piersi ziejącej, ciemnej dziury, w której utkwiło ostrze, ale dostrzegł jedynie napięty wyraz twarzy dornijskiego Księcia. Wciąż żywego Księcia.
- Chłopcy, chłopcy… jeśli zostawię was samych, będę musiał zrobić generalny remont. Nikt nie chciałby mieszkać w pokoju pełnym zakrwawionych dywanów i plam juchy na ścianach. - Targaryen wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, zerkając to na Edrica, to na Orysa. Dziwni towarzysze. Szaleńcy, których obłędu nikt nie dostrzega. Sam Baratheon - był człowiekiem niewahającym się sprzeciwić Namiestnikowi - czyli szaleniec albo desperat. Którym z nich jest? Odpowiedź znajdowała się w zasięgu ręki…
- Godzina, nie więcej. Gdy wrócę, dokument ma być gotowy, obietnice w trakcie realizacji, a dzban wina pusty. - Maegor ruszył powoli w stronę głównego wyjścia z komnaty. Wbrew pierwotnym oczekiwaniom, został wykluczony z planowania, ale nie miał o to żalu. Czas był dla nich na wagę złota, nie mogli tracić go na sprzeczaniu się, kto zostanie w sali, a kto przypilnuje wychodka… poza tym, Targaryen już dawno pojął, że życie staje się znacznie prostsze, gdy ignorujemy to, czego nie mamy akurat przed oczami.
Dlatego w tej chwili Księcia Smoczej Skały obchodził jedynie gulasz przygotowywany w prywatnych kuchniach Namiestnika.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sob Kwi 05, 2014 1:22 pm

Martella wcale nie dziwiło nerwowe drżenie w piersi, które wybudziło się z drzemki dokładnie w momencie, gdy spojrzenie Dornijczyka napotkało sztylet w dłoni dziedzica Burzy. Zagrożenie, strach, niepewność, czy przeżyje kolejną chwilę. Podobne uczucia towarzyszyły Edricowi od… cóż, od zawsze. Jego ojca zamordowano, matkę psychicznie złamano i doprowadzono do śmierci, zniszczono wszystko, na co pracowali. Ból, wyniszczające pragnienie zapalenia plew, nieufność wobec wszystkich, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. A także ogrom śmierci, którą Martell spowodował wypowiadając wojnę Końcowi Burzy, wszystko to ciążyło na jego ramionach jak ołów. Ostatnie kilka miesięcy wystarczyło, by każdy podupadł na zdrowiu... choć istniało również drugie wytłumaczenie podobnego stanu - po śmierci rodziców wszystko, co było w Edricu ciepłe, szlachetne i ludzkie, pozostało pomiędzy piaszczystymi wydmami Dorne i zgniło niczym ścierwo zdechłego ptaka. Przez długie lata swojego życia był wieloma postaciami. Uczniem. Posłańcem. Złodziejem. Żołnierzem. Dowódcą. Mężem. Ojcem. A teraz?
Wygląda na to, że teraz Edric Martell jest człowiekiem, który wyrównuje rachunki.
Ciemne spojrzenie Księcia przesunęło się powoli z twarzy Orysa na kielich, podsunięty przez Baratheona opuszkami palców. Gęsta ciecz w naczyniu zafalowała leniwie, zniekształcając obraz odbijającego się w niej sufitu i budząc tym samym w Dornijczyku znajome, wręcz swojskie pragnienie w ustach, które od samego świtu nie zaznały smaku trunku.
- Oto, co nazywam szczęśliwym zrządzeniem losu. - palce Martella ujęły ostrożnie nóżkę kielicha, zupełnie jakby mężczyzna obawiał się, że może uronić choć kroplę wina podarowanego przez wroga. Uniósł powoli puchar do ust, poruszając delikatnie dłonią i wprawiając trunek w płynne, niespieszne falowanie, które przerwane zostało dopiero, gdy Edric przechylił naczynie, upijając z niego głęboki łyk. Nim Martell wlał alkohol we własne gardło, uniósł kąciki ust w lekkim grymasie rozbawienia, wbijając wzrok w Baratheona… i dopiero wtedy przełknął wino, odstawiając niespiesznie kielich na blat stołu.
- Jedna na trzy osoby w tej komnacie jest zbyt szlachetna, by otruć dwie pozostałe. - rzucił Książę Dorne, odsłaniając w uśmiechu zaczerwienione od gęstego trunku zęby. Krew rodzi krew, jednak nigdy nie jest za późno, by stać się lepszym. Stać się dobrym człowiekiem. Orys Baratheon do tego typu ludzi. Przez całe życie pozostawał wierny dawnym zasadom i nigdy nie wybierał łatwej drogi, jeśli podejrzewał, że wiedzie na manowce. Martell na swój sposób był dumny z tego, że walczyli w przeciwnych obozach i mógł nazywać go swoim wrogiem... cóż jednak zyskał dziedzic Burzy dzięki swej honorowej postawie? Kilka łzawych opowieści przy ognisku oraz ciężkie życie człowieka noszącego niewyobrażalne brzemię. Edric usiadł na jednym z krzeseł, wypuszczając cicho powietrze z płuc. Kątem oka dostrzegł, jak Maegor zerka nerwowo na polerowany przez Baratheona sztylet, sam Dornijczyk wychodził jednak z założenia, że jeśli Orys chciałby go zabić - już dawno by to zrobił. Martell powinien czuć ponurą satysfakcję, że tak łatwo przewidział zachowanie dziedzica Burzy, ale nienawiść, którą obudziła w nim jego obecność, wszystko przyćmiła.
- Żyjemy w krwawych latach. Każdy szuka zemsty. Nie przeczę, że wojna wymaga ofiar, w boju ginie część żołnierzy… ale reszcie pozostają pieniądze, pieśni i ogniska, wokół których mogą przesiadywać. - Książę Dorne przesunął opuszkiem palca po brzegu pucharu, zbierając z niego kroplę wina. - Ginie tam także mnóstwo rolników, ale tym, którzy przetrwają, zostają tylko popioły. - brwi Martella ściągnęły się w wyraźnym grymasie zaskoczenia, gdy Baratheon zażądał opuszczenia przez Maegora komnaty. Przez chwilę nawet podejrzewał, że Targaryen wyśmieje ten pomysł, ostentacyjnie zasiadając u szczytu stołu, ale zamiast tego…
- Znacznie trudniejsze do sprania nie będą plamy naszej krwi z dywanów… lecz winy z Twego imienia. Trup Księcia Dorne i dziedzica Burzy w Wieży Namiestnika? Aerys musiałby ponownie zwołać całą stolicę na królewski sąd… - … a wszyscy wiemy, jak ostatnio skończył się ten nad Lordem z Dorzecza, dodał w myślach Martell, odwracając wzrok od kierującego się ku wyjściu Maegora.
Dokument, obietnice, pusty dzban wina… bez wątpienia to ostatnie Edric jest w stanie zapewnić.
Gdy za Targaryenem trzasnęły drzwi, w sali audiencyjnej na dobre kilka chwil zapadła głucha cisza, przerywana jedynie oddechami dwóch tkwiących naprzeciwko siebie mężczyzn. Książę Dorne w zamyśleniu obracał między palcami puchar wina, z którego raz za razem pociągał drobne łyki, by rozprowadzić po języku kwaśny smak trunku. Słowa, które lada chwila miały paść z jego słów, posiadały gorzki posmak. Jeden z tych nie dających się zabić nawet najlepszym winem.
- Wasza armia stacjonuje na Pograniczu, pół dnia drogi od Vulture’s Roost. Szlak Kości nie jest broniony, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście uderzyli od północy i w tydzień oderwali cały cypel. - Martell podparł dłonią podbródek, postukując opuszkami palców po policzku, porośniętym ostrą, ciemną szczeciną. - Dlatego moja propozycja jest następująca: obejmiecie zwierzchnictwo od Wyl po wschodnią część Książęcej Przełęczy i dalej, na południe, aż po Królewski Grób w linii poziomej do Ghaston Grey. Aby wcielenie tych ziem do Burzy miało… wydźwięk prawny, ktoś z waszego rodu zostanie mianowany Namiestnikiem Pogranicza. Nie twierdzę, że ród Manwoody przyjmie tą decyzję z pokorą, jednak Westeros zawszy było bliższe niż Dorne, choćby przez wzgląd na prezencję… inaczej sprawa ma się z rodem Wyl, niezbyt przyjaźnie nastawionym do Lordów Pogranicza… lecz to zdaje się nie być już moim problemem. - Martell zacisnął usta w wąską kreskę, wpatrując się uważnie w kielich z winem. Optymalna propozycja, którą złożył, nie podlegała najmniejszej negocjacji, o ile Szlak Kości mógł trafić pod zwierzchnictwo Końca Burzy o tyle Książęca Przełęcz musiała pozostać w granicach Dorne. A gdyby nie pokój, na pewno tak by się nie stało…
- Przegrałem jedną bitwę. - ciemny wzrok oderwał się powoli od pucharu i spoczął na twarzy Baratheona - odzwierciedleniu osobistej porażki Edrica. - Ale jedna bitwa nie oznacza wojny. Mój brat trafił do niewoli po swej klęsce… gdzie najpewniej płaci za czyn, którego dopuścił się podczas walki. Nie przysporzył sobie w Dorne zbyt wiele sympatii wpadając w pułapkę wroga. - Martell sięgnął po dzban, napełniając winem pusty już kielich. - Paradoksalnie w Końcu Burzy jest bezpieczniejszy niż w Słonecznej Włóczni, dlatego też… proponuję kolejny układ. Wniosę okup za Ivory oraz Trystana. Trzydzieści tysięcy złotych smoków, dzięki którym moja siostra zostanie zwolniona z Końca Burzy i bezpiecznie przewieziona do Królewskiej Przystani, gdzie osobiście odbierze ją Maegor. Jeśli zaś o mojego brata chodzi… - Edric urwał na moment, zanurzając usta w trunku. Bezustannie spoglądając w przyszłość, stracił z oczu to, co go otacza. Istotę wielkiej wojny, w której uczestniczył. Naturę ludzi, którzy są mu najbliżsi. - Trystane nie był nikim więcej, jak ostrzem w  moim ręku, jego bezlitosnym czubkiem. Wciąż kłuł, wciąż zabijał, ale nigdy nie zastanawiał się dlaczego… to jednak już bez znaczenia. Dla niego walka się skończyła. - Martell odstawił puchar na stół czując, jak wino nie może przelecieć przez ściśnięte gardło. - Musi zostać w Końcu Burzy. Jako gość, nie jeniec. Stanie się namacalnym i pewnym świadectwem pokoju. Dopóki będziecie posiadać żywego, zdrowego i traktowanego z godnością Trystana, możecie mieć pewność, że ze strony Dorne nic wam nie grozi. Biorąc jednak pod uwagę, że tym razem to Burza może okazać się agresorem, sam potrzebuję… gwarancji podpisanego paktu. Na dobrą sprawę to warunek, od którego zależy powodzenie wcześniejszych postanowień, zaś cena... nie wydaje się zbyt wysoka. - Edric podniósł się powoli z miejsca, doskonale wiedząc, jaką reakcję wywoła jego… żądanie. Zatrzymał się dopiero przy oknie, odwracając do niego plecami. Ciemne oczy zalśniły niezdrowo, kiedy wychwycił pełne napięcia spojrzenie Baratheona.
- Chcę… - usta Martella przez chwilę napawały się imieniem, które Dornijczyk miał na końcu języka, które powoli było formowane na głos, aby w końcu dotrzeć do uszu Orysa… - … chcę kobiety, która nie kocha na świecie niczego i nikogo poza swoim bratem. Tej, która płonie z żądzy odwetu na Trystanie. Tej, która pozwoli Ci zrozumieć, czym jest utrata członka rodziny. - Książę Dorne uśmiechnął się lekko, splatając za plecami dłonie i unosząc delikatnie podbródek. - Chcę Allyi Baratheon.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Kwi 11, 2014 11:21 pm

Wzrok powoli przesuwający się po smagłej twarzy, dokładnie badający każde drgnięcie, nawet najmniej istotny tik przeciwnika - jak długo musiał czujnie obserwować Martella, starając się zgłębić czające w Dornijskim Księciu pierwsze oznaki szaleństwa, utraty zmysłów, nieprawdopodobnej przemyślności? W nienaturalnej ciszy, jaka nagle zapadła wokół, nie słychać było nawet odgłosów z dołu, z tętniącego życie dziedzińca - można było odnieść wrażenie, że cały świat na kilka chwil zniknął gdzieś za zasłoną tej ciszy, ustępując miejsca twardemu, zachrypniętemu akcentowi Edrica, który wciąż pobrzmiewał w głowie Orysa. Baratheon zakasłał, kiedy wciągane cicho przez nos powietrze zadrapało go w gardło; miało w sobie coś gryzącego, nieprzyjemnego jak spalenizna; czegoś, czego jeszcze chwilę temu nie było. A potem to poczuł; nie tak jak czuje się czyjś dotyk, ale raczej podskórnie, jak niechętne, wrogie spojrzenie rzucane za plecami. Pulsowanie. Monotonne, ciężkie, zgrane z rytmem jego serca, ale wyrwane z jego ciała i osadzone gdzieś poza nim. Nagle, z przerażającą jasnością zdał sobie sprawę, że słowa Martella są dla niego jak ciosy zadawane płazem miecza - bolesne, lecz nie mogące zranić. I jednocześnie budzące niezwykłą… irytację? A przecież rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, tak oczywiste, tak proste. Zmusić go do mówienia, wycisnąć z Edrica każdy sekrecik. Wiedza, zwłaszcza w sytuacjach podobnych do tej, która właśnie miała miejsce w Wieży Namiestnika - była walutą bezcenną. Czymś o wiele bardziej przydatnym od ostrzy z valyriańskiej stali i smoków, zarówno złotych, jak i prawdziwych. Doprowadzić do tego, by wróg nic nie zdołał przed Tobą ukryć - to winno być nadrzędnym celem mądrego dowódcy. A kiedy już wszystko potulnie wyśpiewa, kiedy przyzna, jak głupio postąpił wypowiadając wojnę, że z własnego brata zrobił takie pośmiewisko, będzie błagać o wybaczenie na kolanach, a wtedy… cóż, o tym, co stanie się wtedy, jeszcze się pomyśli.
- Z kolei dwie na trzy są zbyt ostrożne, by otruć jedyną pozostałą… - odparł spokojnie, obserwując, jak Martell opróżnia kielich z winem, którego wyrzekł się Baratheon. Niesłuchanie tego, co mówił Książę Dorne, było znacznie trudniejsze niż Orys początkowo zakładał. Dziedzic Burzy walczył z samym sobą, starając się przypomnieć sobie coś, co mu umknęło, ale wcale nie dlatego że tak naprawdę nigdy nie istniało, bo przecież musiało, na litość boską, musiało istnieć! Wszystkie gładkie słowa wypowiedziane przez Edrica, barwne porównania, modulacja głosu… Dornijczyk był mistrzem meandrowania wokół tematów drażliwych, ale nade wszystko - pragnąć za wszelką cenę odbiec od tematu najbardziej palącego. Tematu, który nijak miał się do pięknego planu zarysowanego przez Martella. Baratheon już po chwili pojął, o co na dobrą sprawę chodzi w tej drobnej potyczce…  im Edric bardziej desperacko starał się utrzymać na powierzchni swych przekonań, złapać równowagę pośród stosu kłamstw, ponownie ujrzeć wszystko wyraźnie, tym głębiej zapadał się w grząski grunt po którym kroczył, patrząc z odwagą w milczącego Orysa, przez cały ten czas nie zdradzającego się choćby jednym ruchem zaniepokojenia. To było jak wir, jak ruchome piaski; im mocniej którykolwiek z rozmówców się szarpał, tym szybciej pożerały go żywcem.
- Nie przeczę, iż nasze wojska przebywają na granicy… choć uznałbym to raczej za oznakę przezorności, niźli planów inwazji. - po ustach Baratheona przemknął lekki uśmiech, gdy splótł ze sobą palce dłoni, nie spuszczając oka z Martella. - Nie masz w sobie za krzty dobrotliwości, Książę. Ochłapy, które rzucasz, mają być dla wystarczającą przekąską, która odciągnie uwagę od właściwego problemu. Ewentualnie bunty na nowo nabytych terenach skupią nasze siły w jednym miejscu i nie pozwolą, by jakakolwiek wyprawa wyruszyła w sukurs do miasta, którego nazwy tak zręcznie unikasz. - Orys westchnął cicho, o dziwo nie wyzbywając się teatralności w tej drobnej oznace braku aprobaty, po czym podjął ponownie wątek… z właściwym sobie spokojem.
- Starfall. Oraz ród Dayne. - Baratheon widział to wyraźnie. Widział, jak oczy Edrica wypełnia coraz bardziej narastające rozdrażnienie i niewiele już brakuje, by ten wybuchnął, ale… dziedzic Burzy smakował to z rozkoszą. Chciał zobaczyć, chciał ujrzeć, jak pęka maska Księcia Dorne, odsłaniając jego prawdziwe, plugawe, gnijące od grzechu oblicze. Spoglądał na Dornijczyka niewzruszony, starając się przybrać najbardziej beznamiętny wyraz twarzy, na jaki mógł sobie teraz pozwolić, choć jego duszą targała furia, której nie powstydziłby się Aylward na polu bitwy.
- Twoje słodkie słowa są jak trucizna, w której zanurzył ostrze Trystane. Nie przeczę, iż jego obecność w Końcu Burzy jest na swój sposób pożądana, lecz chyba… znacznie zaniżasz cenę swego rodzeństwa. - Orys przez chwilę spodziewał się, że Martell zaprzeczy i z tym swoim niepojętym, ponurym błyskiem w oku wyjaśni mu, że ujął to w swych planach… zaś Baratheon z utęsknieniem na to czekał. Gdyby tak się stało, roześmiałby się dziko, ale w prawdziwie zdrowy sposób i wszystko może potoczyłoby się ku lepszemu.
Lecz nic takiego nie nastąpiło.
- Wolność i bezpieczeństwo. To prawdopodobnie dwie najbardziej pożądane w całym królestwie rzeczy, których ja, mając na uwadze… cóż, dobro rodu oraz ewentualne nakłady finansowe niezbędne do utrzymania Trystana w godziwych warunkach… nie mogę podarować Twemu rodzeństwu za cenę niższą niż pięćdziesiąt tysięcy złotych smoków. - jak zawsze w podobnych sytuacjach, choć ta bez wątpienia była okolicznością precedensową, wokół Księcia Dorne oraz dziedzica Burzy powietrze zgęstniało, wręcz utrudniało mu ruchy, lecz ciężkie pulsowanie niezdrowych, lecz fascynujących emocji nie ustawało, przyciągając Orysa zbyt silnie i zbyt nęcąco, by odwrócił się i zboczył z tematu. U jego źródła bowiem czekało coś niesamowitego, co chciało ukazać się jemu i tylko jemu, nie mógł więc tak po prostu tego odrzucić...
… i tego nie zrobił, wyczekując na ostatni warunek postawiony przez Edrica Martella. Na słowa, które z lubością smakował w ustach, aby nareszcie wypowiedzieć je na głos.
Oraz obudzić w Orysie coś, czego do tej pory udało mu się unikać.
„Chcę Allyi Baratheon”.
Na pół uderzenia serca wokół dziedzica Końca Burzy zapanowała absolutna, nieprzenikniona ciemność, pochłaniająca nawet nieznaczne, padające zza okien światło. Nieprzyjemne drżenie w piersi pojawiło się znikąd, narastając coraz bardziej z każdym oddechem. Orys wiedział, skąd dobiegało. Nie mógł się mylić, ponieważ przez miniony czas zbyt dobrze zdążył je poznać. Jak wiele razy kroczył tą ścieżką co teraz… chociaż przeciwko temu marszowi buntował się każdy skrawek jego ciała i świadomości? Nie potrafił powiedzieć i tak naprawdę wcale go to nie obchodziło. Teraz znaczenie miał tylko głos, płynący w jego stronę przez przestrzeń w zgodnym, pulsującym rytmie.
„Chcę Allyi Baratheon”.
Podniósł się, na wpół tylko świadomy, że to robi…
(podejdź bliżej, wiesz, że nie masz wyboru)
O dziwo, nie czuł wściekłości, lecz jedynie fascynację; dziecięcą ekscytację, że za chwilę uczyni coś, co w obliczu zaistniałej sytuacji nie wydaje się niczym szczególnym.
…zabij go…
Przestało się dla niego liczyć cokolwiek innego. Teraz chciał tylko dokonać swej powinności, obronić siostry, zażegnać konflikty. Nic więcej.
…zabij tego skurwiela…
…na co czekasz… to wszystko jego wina…
(musisz dokończyć to, co zacząłeś)

„Muszę?”
Dłoń Baratheona przesunęła się powoli po blacie stołu i zamarła dopiero na uchu dzbana, zaciskając na nim silne, poznaczone bliznami palce. Orys uśmiechnął się do Edrica tak, jak uśmiechać się może wyłącznie przyjaciel do przyjaciela (szwagier do szwagra?)
- Chcesz mojej siostry… - powtórzył powoli, unosząc naczynie do połowy napełnione gęstym winem. W niebieskich oczach zalśniły dzikie iskierki, gdy uniósł dzbanek w geście pozdrowienia. - Cóż… w takim razie wypijmy za to. - zajście nie trwało długo - zapewne zaledwie kilka uderzeń serca, lecz dla Baratheona czas nieposkromionej radości dłużył się w nieskończoność. Gdy tylko wypowiedział ostatnie słowa, ręka, w której dzierżył dzban, zastygła tuż nad głową Martella i powoli, z wręcz furiastyczną premedytacją, przechyliła się spokojnie…
… pozwalając, by zawartość naczynia wylała się wprost na ciemne włosy Dornijczyka. Wino dzikim potokiem pomknęło wprost na kark, twarz i dalej - do miękkiego wamsu, wsiąkając w niego błyskawicznie. Orys, upewniwszy się, że w dzbanie nie została choćby kropla trunku, wyprostował się dumnie, ciskając pustą skorupą o ziemię.
- Oto moja odpowiedź na Twoje żądanie, Książę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sob Kwi 19, 2014 3:27 pm

Pustynia patrzy na Dornijczyków czerwoną, wyschłą kataraktą spękanej ziemi. Wędrując na zachód od Yronwood  można dostrzec majaczące w oddali blade, błękitne i fioletowe masywy gór Pogranicza. Wyglądają jak uśpione wielbłądy. Dróg z kolei prawie nie widać - nimi bowiem mieszkańcy Dorne nazywają rzadko spotykane, spękane, cienkie tasiemki wypłowiałego burego kamienia, rzucone na rudy lateryt gleby. Edric lubi to miejsce - który Martell by nie lubił? Ruiny pośrodku czerwonej pustki zaledwie kilkanaście mil od Słonecznej Włóczni odprężają go, wywołują typowy dla Dorne nastrój - lekko nostalgiczny, przesycony zapachem kwaśnawego aromatu zatęchłego pomieszczenia. Próbując przywołać w myślach wspomnienie domu, wyobraża sobie najlepsze wspomnienia z dzieciństwa - gdy podnosił głowę, przymykał powieki i na własnej skórze czuł, jak wiatr się wzmaga, niosąc z rozpalonego wnętrza kontynentu drobiny piasku. Można się nim upić, tym wiatrem. Zachłysnąć, oszołomić, do głębi nałykać zwierzęcym szaleństwem, zapomnieć. Nafukać lepiej niż jakimkolwiek winem, który miałeś w wilgotnych, słabych dłoniach dzieciaka ze szlachetnego rodu. Wiatr. Pachnie pustynią. Siłą, dzikością, szaleństwem. Groźbą, gniewem i aktami desperacji. Zbrodnią. Od lat zamykał z lubością oczy, chłonął każdy suchy, gorący powiew.
Nie lubię cię. Pomyślał Martell, wpatrując się w twarz Baratheona, jasną, choć poznaczoną wiatrem i ciężkim losem marynarza. Wkurzasz mnie. Przeszkadzasz. Zaburzasz mój niespokojny odpoczynek, moje niecierpliwe wyczekiwanie. Moją chwilę ciszy przed sztormem.
Edric splótł ze sobą palce dłoni, próbując po raz kolejny powrócić w myślach do swego gorącego, piaszczystego Dorne - lecz zamiast tego w jego uszach wciąż głucho odbijały się słowa dziedzica Końca Burzy, brzmiące niczym trzaśnięcia bata.
Powtarzasz w kółko to swoje bezmyślne credo, honorowy kodeks, zasady, słowa o sprawiedliwości. Coś mi się zdaje, że wybrałeś się w niewłaściwe miejsce o bardzo niewłaściwej porze, lecz skoro już tu jesteśmy, dokończmy naszą wspólną partię.
Niewiedza w zasadach rozgrywki niczego nie usprawiedliwia. Przeciwnie. Jeśli jesteś za dumny, żeby się domyślić reguł gry, to pewnie nie masz prawa żyć. Bezlitosna matka podstępu już o to zadba.
- Pomiędzy przezornością a obsesją jest niezwykle cienka linia. Cienka i nierówna. - znużony głos Martella odbijał się od wysokich ścian sali audiencyjnej, wnikając w grube arrasy i drogocenne dywany. Książę Dorne zmarszczył ciemne brwi, unosząc kącik ust w grymasie rozbawienia.
- Dam Ci pewną radę, Orysie. - Edric wyprostował się nieznacznie na krześle, podpierając dłonią podbródek. - Władca nie ma być dobrotliwy. Władca nie ma być też lubiany. Dobry władca to taki, który będąc miłowanym… potrafi wzbudzać strach. Atawistyczny, pierwotny strach. - … prawdziwą sztuką zaś jest, by wywoływać go bez rozprutych brzuchów ciężarnych matek, bez rozdeptanych główek niemowląt, bez rąk, nóg, cycków odrzynanych wprawnym pociągnięciem noża, bez spalonych w smole trupów, bez ciał poszatkowanych strzałami. Strach ma być zasiany w sercach, nie na zmasakrowanym ciele.
- Ród Dayne ze Starfall to zdrajcy. Powie Ci to każdy mieszkaniec Dorne, każdy wieśniak w Reach, każdy owinięty w skóry człek z Północy… powie Ci to także król. - Martell obrócił w palcach puchar wina, przechylając się nieznacznie do przodu i odstawiając go na blat z cichym brzękiem. - Możesz udawać, że jest inaczej. Możesz się obrazić. Możesz ubrać to w swój spokój i starać się być ponad to. Możesz popaść w manię religijną.  Możesz z oburzeniem wystękać: „Nieprawda!”. Możesz bawić się w durne filozofie naszpikowane takimi głupstwami, jak byty i ontologie. Ale prawdy nie zmienisz. - Edric przesunął opuszką prawego kciuka po wyraźnie zaznaczonych żyłach, wykwitłych na zaciśniętej pięści lewej dłoni. Nikt na północ od Pogranicza nie potrafi pojąć tego, czego obecnie chce Dorne. A przecież pragnie rzeczy oczywistej - Dorne chce śmierci. Dorne chce wojny. Pragnie każdym oddechem ludzkich płuc. Rodzi pokolenia wojowników i przyciąga szumowiny z całego królestwa. Istoty, które nie mieszczą się we własnej krainie, kulturze, wiosce. Padlinożerców. Bękarty.
Dorne chce zemsty na tych, którzy zdradzili. I Dorne ją dostanie.
- Pięćdziesiąt tysięcy złotych smoków, ustępstwa terytorialne, drugi co do starszeństwa dziedzic Słonecznej Włóczni pod protekcją Burzy… oraz moja gwarancja, że Starfall nie legnie w gruzach. Ugryzłeś więcej niż jesteś w stanie przełknąć. - Martell przesunął dłoń po gładkim blacie dębowego stołu, sięgając po pergamin oraz atrament z piórem, przezornie zostawiony tu przez Targaryena - a może po prostu spoczywający w oczekiwaniu na nagłą potrzebę sporządzenia przez Namiestnika raportu.
- I to za jaką cenę? - zapytał spokojnie, maczając zaostrzoną końcówkę pióra w gęstym płynie. Już po chwili pergamin jął powoli zapełniać się pochyłym pismem Księcia Dorne, wyglądającym na tle jasnego papieru niczym ślady skorpiona przemykającego po równym, rozgrzanym piasku pustyni. W myślach Edric przyznał, iż ostatnimi czasy stanowczo zbyt często podpisuje pakty… które, gdyby nie drobne rozdania wśród najbliższych, nie byłyby niczym więcej jak kartką papieru, jaką w razie potrzeby można podetrzeć się w wychodku. Stawiając kolejne wyrazy nawet nie zauważył, gdy Baratheon sięgnął po dzban z winem i powoli podniósł się z krzesła - ni to za potrzebą wlania w siebie reszty trunku, ni to z ochoty ujrzenia treści umowy. Dopiero po chwili ciemny wzrok Księcia Dorne podniósł się znad pergaminu, by napotkać roziskrzony błękit spojrzenia należący do Baratheona.
- To nie zachcianka. To kwestia umowy. - odparł ostrożnie, ostro odpierając irracjonalną myśl, która pojawiła się w jego umyśle, gdy ujrzał we wzroku Orysa coś na wzór… obłędu?
W jego żyłach płynie krew Targaryenów.
Martell odsunął gwałtownie kartę papieru od brzegu stołu dokładnie w momencie, w którym dzban z winem przechylił się spokojnie, opróżniając swą zawartość wprost na…
Książę Dorne najpierw uczuł chłód, zastąpioną po chwili gęstą wilgocią i przyjemnym, choć zaskakująco intensywnym zapachem wina. Trunek barwy krwi pomknął po jego włosach, twarzy, szyi, wsiąkając w podróżny wams, zalewając na moment usta.
I nagle stało się coś dziwnego.
Rzeczywistość, przesycona wonią cieszy, jęła się zakrzywiać, zamykać, skręcać w spiralę. Martell wciąż siedział przy stole, ociekając winem, ale już nie było w nim początkowego zaskoczenia. Wyparowało w pół uderzenia serca. Teraz powolutku zaczęła rodzi się wściekłość. Nie jego. Dzika, zwierzęca. Ktoś zabrał zdezorientowane, bijące na alarm serce Dornijczyka i wsadził w to miejsce wypchany adrenaliną, agresją i mocą worek mięśniowy wielkiego drapieżnika. Gest Baratheona w rzeczy samej, zrobiłby wrażenie na każdym, kto by go ujrzał… tylko nie na rozwścieczonym lamparcie, który obudził się w Martellu.
Oj, chłopie, będziesz miał kłopoty, coś mi się widzi. Teraz pobawimy się po mojemu.
Edric uśmiechnął się lekko, przesuwając dłonią po mokrych policzkach i ścierając z nich kwaśne wino. Czuł zapach ofiary, słodki zapach ludzkiego mięsa. Czas płynął wolniutko, ledwo cieknął, tak jakby chciał się zaraz zatrzymać. Wtem Książę Dorne przypomina sobie, że chyba trzeba znów zacząć oddychać. Czas trochę przyspiesza, płuca Martella ostrożnie nabierają powietrza, adrenalina kotłuje się w żyłach jak woda w rzece - i nim do końca Edric zdołał opanować pierwotną wściekłość…
… wystrzelił jak z katapulty, odpychając się prawą nogą od ziemi i przewracając krzesło z łoskotem, który odbił się echem od ścian. Ni to rzut, ni to pad, masa całego ciała włożona w cios, zwinność kobry. Nie przeklinał, nie groził. Delikatne zagranie pod publiczkę, której nie mieli - znał swoją siłę, wiedział, że mógłby pozbawić dziedzica Burzy kilku zębów - i wtedy stało się.
Cios przeciął powietrze, rękaw boleśnie drasnął róg stołu i pięść łupnęła z impetem w brzuch Baratheona. Martell musiał sobie przyznać - to był wspaniały czyn, kierowany wyłączne jedną zasadą: trzeba bić tak, żeby ręka przechodziła na wylot.
I tak właśnie uderzył - całą mocą swojego ciała. To nie był cios zadany ręką, lecz półobrót całego korpusu, taki, że prawe ramię runęło daleko wprzód, a lewe obróciło się i odskoczyło w tył. W ten cios włożył całą siłę mięśni piersiowych, barku, pleców, torsu, bioder... człowiek tak jest skonstruowany, że organizm lepiej radzi sobie z bólem w stanie nieświadomości. Jeszcze sekunda i Martell otworzyłby drogę kolejnej wojnie, gdyby nie jego dłoń, kurczowo zaciskająca się na kołnierzu Baratheona i zadzierająca głowę Orysa do góry. Edric nawet nie zauważył, że knykcie jego dłoni pokrywa zakrzep krwi, wypływającej ze zdartego naskórka. Duże krople skapują po zaciśniętych palcach, lepkie, tłuste, krzepiące.
Co za uczucie!
- Jeśli o mnie chodzi… - warknął cicho Książę Dorne, wbijając wściekłe spojrzenie w oczy przeciwnika. - … to mógłbym co najwyżej wgnieść słodką buźkę Twojej siostry butem w piasek i zobaczyć, co z tego wyniknie. - Martell uśmiechnął się szeroko, odpychając od siebie Baratheona pogardliwie. - Nic specjalnego, obawiam się.  
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Kwi 27, 2014 8:15 pm


MG


W Czerwonej Twierdzy pałętało się mnóstwo niechcianych gości, które dzięki budowie ciała mogły wcisnąć się w każdy zakamarek, a tam słysząc kolejne plotki, snute intrygi, jęk zdradzającej męża żony. Goście Ci byli wszędzie, jednakże nikt specjalnie nie zawracał sobie głowy tym, aby starać się ich pozbyć. Można powiedzieć, że się do nich wręcz przyzwyczajono, mimo że bystre oczy widziały niemal wszystko każdego dnia i każdą noc. Mieszkańcy zamku przechodzili obok nich obojętnie, nic nie robiąc sobie z ich obecności.
Jeden z takich gości przebywał w sali audiencyjnej królewskiego namiestnika, który był tej obecności kompletnie nieświadomy. Jakże mógłby być? Przez lata ignorował obecność tych gości, tak jak inni. Być może kilka razy połamał kilku z nich kręgosłupy, aby kazać swemu giermkowi zanieść ich do kuchni, gdzie zadaniem najlepszych kucharzy w Siedmiu Królestwach było zrobienie z nich wybornego gulaszu i podanie go chłopcom stajennym.
Krzyki i straszliwe kłótnie bynajmniej gościa nie zbudziły. Rzut dzbankiem o podłogę wyrwał go ze snu. Niezadowolony poniósł wzrok, aby przekonać się kto przeszkadza właśnie jemu. Jak śmią?! Jakim prawem?! W jego spojrzeniu można było dopatrzeć się jedynie czystej nienawiści i pogardy dla tych niegodnych jego obecności mężczyzn. Prychnął i chciał dyskretnie udać się w inne miejsce, przechodząc bezszelestnie tuż przy ścianie, gdy... Ciężka noga Orysa Baratheona przygniotła jego delikatny ogon.
Koci kwik wypełnił komnatę. Tak dramatyczny i głośny, że musiał zbudzić zapewne wszystkich Innych za Murem. Czarny kocur czmychnął, gdy tylko puszysty ogon został uwolniony spod stopy olbrzyma. Wystrzelił jak z procy! Jego celem było uciec jak najdalej, jak najszybciej! Wspięcie się po delikatnych zasłonach uszytych z drogiej, myrijskiej tkaniny było wyjątkowo nietrafnym pomysłem. Ledwie nań skoczył, a zadziała grawitacja, ciągnąc go ku górze. Biedne zasłony stały się... strzępami. Kocur spadł oczywiście na cztery łapy, po czym skoczył na krzesło namiestnika, a następnie na stół, który okazał się mniejszy, niż mu się wydawało. Przebiegł przez stół tak, jakby był uosobieniem piękna i gracji, pozostawiając na kawałku nic nie znaczącego dla niego pergaminu, brudny odcisk kociej łapki tuż przy górnym, lewym rogu dokumentu. Po kilku sekundach już go nie było. Zeskoczył ze stołu, aby ukryć się gdzieś za drugą zasłoną.
Oj, kot, panie Namiestniku, kot, kot,
narobił Ci w pokoiku łoskot!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sro Kwi 30, 2014 1:53 pm

Orys bardzo nie lubi tej pory dnia, która tkwi zawieszona między samym południem a zmrokiem, nawet jeśli należy do grona tych normalnych i do bólu zwyczajnych. Niestety obecne późne popołudnie zdecydowanie nie było normalne i to nie dlatego, iż następowało po pogrzebie królowej - coś wisiało w powietrzu i nie był to tylko wszechobecny odór Królewskiej Przystani. Baratheon wyczuwał takie rzeczy instynktownie, dopiero teraz poczuł przenikające go zimno - nie fizyczne, bynajmniej. Zrozumiał, że chłód zrodził się w sercu, wraz z chwilą, w której dotarło doń, że w stolicy Siedmiu Królestw zawsze jest tak samo, że w samym gnieździe os, gdzie na własne życzenie wylądował, wszystkiego brakuje: miłości, szczęścia, szczerości… i honoru. A przecież nawet panująca tu nicość ma swoją cenę. Jedyną rzeczą jaka może cię uratować to setki myśli zamkniętych we własnej czaszce, tworzących jeden scenariusz wydarzeń za drugim. Nauczony wieloletnim doświadczeniem Orys przeprowadził ostrożną operację wyłuskiwania najbardziej racjonalnych, najostrożniejszych pomysłów i robił to na tyle delikatnie, aby zmęczone zmysły nie doznały nagłego szoku. Nie cierpiał tych fatalistów, którzy obawiali się możliwości oferowanych im przez ich własny umysł…. pan ojciec nieraz powtarzał, że można być panem swego losu. Zawsze. Jest tylko cena, którą nieodmiennie przyjdzie zapłacić za obranie własnej ścieżki. Dla Orysa taką drogą miał być spokój - zimny racjonalizm, zachowywany w każdej, nawet najbardziej drastycznej okoliczności. Bywały jednak chwile kiedy i jego opuszczała cierpliwość. Zwłaszcza wtedy, gdy patrzył w puste, nieobecne oczy tych, którzy na próżno starali się zrozumieć czego od nich chce… a przecież pytanie, które zadawał, nie było trudne.
Kto nakręcił sprężynę, nieprzerwanie pchającą ludzkość ku zagładzie?
Mimo, iż Baratheon znał odpowiedź, wydawała mu się zbyt okrutna, by podzielić się nią z innymi. Wciąż szukał dowodów swej pomyłki, wciąż daremnie...
- Nie jestem kimś, kto przyjmowałby rady od… cóż, Ciebie. - brwi Orysa ściągnęły się w brzydkim grymasie szczerego niezadowolenia, gdy tylko dziedzic Burzy usłyszał kolejne słowa dornijskiego Księcia. - Zatem tak brzmi przepis? Wzbudzać w swych poddanych strach? - Baratheon wbił jasne spojrzenie w Martella, próbując powstrzymać wypływający na usta smutny uśmiech.
Ile to jeszcze potrwa? Kończ sukinsynu, albo odejdź w cholerę. Wielka kropla potu stoczyła się po czole Orysa, znajdując drogę do oka. Następna pobiegła jeszcze dalej, spływając ku kącikom ust. Pobielałe palce wciąż zaciskały się kurczowo na brzegu stołu, walcząc ze szczerą ochotą sięgnięcia po sztylet. Słony posmak potu przypomniał mu o głodzie. Otarł rękawem czoło, przełknął gęstą ślinę i w końcu pokręcił głową, najwyraźniej w geście dezaprobaty.
- Będziesz w takim razie rządził długo, Książę. Długo i nieszczęśliwie. - dodał cicho Baratheon, obserwując Edrica sięgającego po pozostawiony przez Targaryena pergamin oraz pióro. Choć w jednym oboje mogli się zgodzić - ta rozmowa trwała stanowczo zbyt długo, a im prędzej ją zakończą… tym lepiej. Dla obu stron. I choć gwarancja Martella dotycząca Starfall mogła być jedynie pustą obietnicą - Orys mimowolnie pokładał nadzieję w zdrowym rozsądku Dornijczyka. Książę nie był głupcem, nie był nawet opętanym żądzą władcy szaleńcem - jego największą wadą okazał się… brak honoru. Podświadomość nie dawała Baratheonowi spokoju, szepcząc cicho wciąż te same zarzuty krążące wokół Ariesa i całego rodu Dayne. Orys nie potrafił się przed nią ukryć. Zawsze, gdy go dopadła wił się w męczarniach, przeklinając swój zawieszony w niebycie żywot. Na początku sądził, iż tak właśnie wygląda czyściec - lecz potem domyślił się, iż nie zasłużył nawet na siódme piekło. Tutaj, w tej komnacie, był tylko niemym obserwatorem, obdarzonym świadomością i to stanowiło jego największe przekleństwem. Nie sądził, iż można zasłużyć na gorszą karę.
- Przy odpowiedniej ilości wina można przełknąć wszystko… Książę. - usta Baratheona rozciągnęły się w kpiącym uśmiechu, gdy Martell na pół uderzenia serca przed tragedią uratował przed zalaniem trunkiem sporządzany dokument. Jeśli Orys przeżyje ten koszmar będzie miał o czym opowiadać. Tylko komu? Dziedzic Końca Burzy uśmiechnął się do siebie, odganiając obraz wszystkich tych twarzy, które uważał za najbliższe... nie, im nie musiał o tym opowiadać. I kiedy Baratheon już sądził, że jego występek pozostawiony zostanie bez odzewu - Martell poderwał się z miejsca, rzucając na Orysa z wściekłością, której nie powstydziłby się sam Aylward. Dziedzic Burzy nawet nie zdążył pomyśleć o tym, żeby wykonać unik - było już za późno, dobrze o tym wiedział. Teraz jedyną jego szansą było to czym zawsze pogardzał. Bezruch i ślepy los. Ktoś już za niego zdecydował, pozostało mu jedynie patrzeć jak toczą się kostki, jak balansują szalki jego wagi. Na jednej tkwiło życie, na drugiej zaś...
Kiedy pięść Martella gruchnęła Baratheona prosto w brzuch, ten jedynie dzięki niewielkiemu łutowi szczęścia nie zgiął się w pół, walcząc z nudnościami - Książę Dorne nie zostawił bowiem czasu na okazywanie jakiejkolwiek słabości. Orys przez zatrważająco krótką chwilę czuł się jak kaczka w sobotni poranek tuż po rozpoczęciu sezonu łowieckiego, kiedy ci wszyscy śliniący się myśliwi kończą ładować kusze i sięgają po rogi.
- … kinsynu. - wykrztusił cicho, czując, jak dłoń Edrica podrywa go do góry i kieruje jasne spojrzenie wprost w dwa rozżarzone węgielki swych oczu. Baratheon wciąż czuł pulsujący ból tuż pod żebrami, ale nie mrugnął nawet powieką - na dobrą sprawię nie był pewien, czy jeszcze oddycha. Policzył szybko do trzech. Tak jak go kiedyś nauczono, całe wieki temu. Wsłuchał się w bicie swego serca, skupił się, uspokoił oddech i dopiero po dłuższej chwili, kiedy usta Orysa rozchyliły się w uśmiechu, nie zwiastującym bynajmniej niewyobrażalnego cierpienia - w komnacie wydarzyła się kolejna nieprzewidziana okoliczność, odrywająca myśli dziedzica Burzy od przekleństwa, które cisnęło się na wargi.
Coś przeraźliwie zamiauczało, najpewniej pod wpływem chwilowej nieostrożności zbyt zajętych szarpaniną mężczyzn, a potem rzuciło się na zasłony, z równie wielką desperacją i wściekłością, co przed momentem Martell. Brwi Baratheona podjechały do góry w wyrazie zaskoczenia, gdy kątem oka wychwycił niewielki kształt, czmychający na stół i z pełną gracją plamiący tak strzeżony przez Księcia Dorne dokument.
Następnym razem Ci się nie uda. Założymy się? Wzrok Orysa z trudem oderwał się od kota i spoczął na Edricu. Spojrzenie, wyprane z dotychczasowej wściekłości, powróciło na tak właściwą dla dziedzica Końca Burzy ścieżkę. Spokój. Teraz najważniejszy był spokój. Gdyby chcieli się z zimną krwią pozabijać… najpewniej już dawno by to zrobili.
- Przyjdzie dzień, gdy sam zechcesz schować głowę w piasek, Książę. I to tak, byś już nigdy nie powstał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sro Kwi 30, 2014 6:16 pm

Oczekiwanie było najgorszym z możliwych scenariuszy… bowiem to czas, gdy pojawiają się wątpliwości. Kąsają celnie, szepczą zarzuty, mnożą wątpliwości. Cena realizowania swych ambicji jak zwykle okazała się wysoka, to Maegor wiedział najlepiej spośród wszystkich obecnych w Czerwonej Twierdzy, lecz nie miał pewności co do jednego: czy była warta celu. Cały czas spędzony w garkuchni spędził na automatycznym pochłanianiu zawiesistego gulaszu a gorączkowym rozmyślaniu nad tym, co dzieje się zaledwie kilka pięter wyżej. Wyczekiwanie stawało się nie do zniesienia. Targaryen był bliski obłędu szamocząc się zamknięty w niewidzialnej klatce. Złapany w sidła własnej próżności. Ścigany przez resztki sumienia. Dotychczas nie chciał się przyznać do ewentualnej porażki w realizacji planu, nawet przed samym sobą… a może przede wszystkim przed sobą. Teraz zmuszony był uznać swą klęskę za prawdopodobną. Upokorzony własnym pożądaniem, stracił resztki pewności, że czyni właściwie. I po tej krótkiej refleksji nad miską z gulaszem, po rachunku sumienia, którego nawet nie planował - niespodziewanie poczuł się znacznie lepiej. Przez chwilę, jakże ulotną...
Lecz pokusa była zbyt wielka. Leżała na wyciągnięcie ręki. Jego umiłowany brat Aerys nie przysparzał mu ostatnio zbyt wielu okazji do ucztowania. Przeto pragnienie nieomal wyżerało Maegorowi myśli, zagłuszając wszystkie inne odczucia. Jednak tym razem było coś jeszcze. Chyba niepokój... uczucie zupełnie mu obce, niemalże mistyczne. Jeszcze nie wiedział co może być jego powodem, jednakowoż był pewien, iż niedługo przyjdzie mu wyczekiwać w nieświadomości. Wyczekiwać na co?
Na śmierć?
Czy Targaryen w ogóle bał się śmierci? A czyż istnieje stworzenie, które nie bałoby się nieznanego? Wystarczyło przypomnieć sobie, jak umiera wierny pies, gdy oczy jego zachodzą bielmem, albo gdy kona kruk śmiertelnie ranion, trzepocący się w bezradnych rekach. Tak, Maegor chyba się bał ewentualnych konsekwencji. I jednocześnie odczuwał wielki żal, albowiem tyle jeszcze mógłby dokonać, gdyby tylko nie parł pod prąd z uporem godnym… cóż, pstrąga. Póki co jednak Książę Smoczej Skały nie miał czasu na wahania i wątpliwości - należało czym prędzej zakończyć konflikt między Dorne a Ziemiami Burzy oraz… czerpać korzyści z małżeńskiego pożycia, gdy tylko siedzibę Baratheonów opuści jego nieszczęsna narzeczona. Nękany złym przeczuciem, opuścił kuchnię Wieży Namiestnika i ruszył ku Sali Audiencyjnej, walcząc z niechcianymi myślami, wciąż nękającymi udręczoną, smoczą duszę. Obecnie jego największymi wrogami mogli się okazać dwaj mężczyźni, których opuścił w tak bezkonfliktowy sposób. Mężczyźni, których podniecała nie tyle możliwość posiadania dóbr materialnych, co wizja nieograniczonej władzy. Mężczyźni, którzy zrozumiawszy, iż sami nie mogą korzystać ze wszystkiego w sensie czysto fizycznym, żyją świadomością, iż są panami losu nieprzebranych legionów poddanych. Maegor niemal widział ich jak rozdygotanymi łapami rozkładają mapę świata zastanawiając się czego jeszcze nie zdobyli, nie posiedli, nie ujarzmili...
Zatrzymał się raptownie przy drzwiach Sali Audiencyjnej, wstrzymując kurczowo oddech. Panująca po drugiej stronie cisza była na tyle nienaturalna, że Namiestnik nie mógł zrzucić pełnej winy na grube drewno uniemożliwiające podsłuchanie cicho prowadzonej rozmowy. Im dłużej Targaryen nasłuchiwał, tym dziwniejsze mu się to wszystko wydawało - i tym bardziej go niepokoiło. Dzięki napiętej uwadze posłyszał pięć razy szurające, niepewne kroki, trzy razy głębokie głosy wypowiadające słowa, których znaczenia nijak nie dało się zrozumieć… i raz histeryczny krzyk dziecka, co było dla Maegora wystarczającym powodem, by otworzyć drzwi z impetem… oraz stać się świadkiem najbardziej kuriozalnej sytuacji kilku ostatnich tygodni. Bowiem kiedy we własnej komnacie zastajesz lepkiego od wina Martella, lekko poturbowanego Baratheona, smętnie rozdarte zasłony, rozbity dzbanek oraz kota, którego przeraźliwie miauknięcie wziąłeś za wrzaski dziecka, czmychającego po gładkim dębowym blacie możesz poczuć się niezręcznie. Dziwnie. Niekomfortowo. Możesz również odczuć wściekłość…
… albo wybuchnąć śmiechem. Zamykane gwałtownie drzwi huknęły głucho a Namiestnik Siedmiu Królestw, Książę Smoczej Skały, syn Jaehaerysa Drugiego i obecny następca tronu, przynajmniej dopóki Aerys nie wprawi w ruch swych lędźwi - oparł się o ścianę jakby pchnięty przez niewidzialnego wroga i zaniósł niepohamowanym rechotem… który ze względu na intensywność oraz natężenie poprawniej byłoby nazwać rykiem. Smoczym rykiem, uściślając. Lawendowe spojrzenie przesuwało się to na Baratheona, to na Martella, najwyraźniej szukając odpowiedzi na jedno, nurtujące Targaryena pytanie, które po chwili zostało wypowiedziane na głos i brzmiało ni mniej, nie więcej jak…
- Co tu się, do chuja Innego, stało? - Maegor odbił się energicznie od ściany kręcąc głową, jakby pragnął za wszelką cenę pozbyć się z ust szerokiego uśmiechu. Kilka kroków wystarczyło, by znalazł się tuż przy stole, depcząc przy okazji po skorupach naczynia. Przysunął ku sobie dokument sporządzony przez Księcia Dorne i jął studiować treść paktu, co chwilę zerkając na Martella i Baratheona, jakby chciał się upewnić, że żaden z nich nie postanowił opuścić komnaty.
- Kiedy mówiłem o pustym dzbanie… - podjął Namiestnik, wciąż tłumiąc cień uśmiechu błąkający się na ustach. - … sądziłem, że jego zawartość zostanie wypita. Chociaż chrzczenie winem Księcia Dorne też musi należeć do przyjemnych zajęć. - Targaryen postukał ostrożnie palcem w odcisk niewielkiego, kociego opuszka widniejącego u góry dokumentu. - Ser Pchlarz już się podpisał… Jeleń i Słońce nie mogą być odeń gorsi, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Maj 01, 2014 7:16 pm

Zmęczone słońce słało ostatnie słabe promienie, z trudem przebijające się przez stężałe purpurowe chmury, obficie oblepiające zachodni widnokrąg. Zmierzch nadchodził wielkimi krokami, niosąc z sobą zimny, kąśliwy wiatr. Rosły mężczyzna owinął się szczelniej resztką wypłowiałej onucy, uważając jednocześnie na srebrną tacę nakrytą polerowanym wiekiem, którą trzymał w prawej ręce. Pospólstwo nieraz szeptało za jego plecami. Mimowolnie słyszał wiele zabobonów na swój temat. Także ten, iż nigdy nie porusza oczyma. Nieśmiały cień uśmiechu przemknął przez jego umęczone oblicze, nadając mu niemal łagodny wyraz. Trwało to krótko, niczym nerwowy dotyk błyskawicy łaskoczący zaskoczoną ziemię.
- Olbrzymia to dla mnie przyjemność,
Prosić was na objadanie!
Lada chwila zapadnie ciemność,
Pora więc na konsumowanie…
I oto piękna maksyma myśl cieszy:
Kto je, ten tyje, a jedząc - nie grzeszy.

Dźwięk kroków odbijał się echem od pnących się ku górze schodów Wieży Namiestnika, jednak śpiew mężczyzny zmierzającego ku Sali Audiencyjnej zagłuszał  uderzenia butów o wyślizgane stopnie, skupiając całą uwagę służby a także strażników na słowach przyśpiewki, nie zaś na tym, co nieznajomy taszczył w rękach. Jego zwalista sylwetka, przyodziana w bure, niedbale wyprawione skóry, przypominała niedźwiedzia, a gęsta ruda czupryna i krzaczaste, niemal zrośnięte brwi nadawały mężowi wygląd dzikiego zwierza, co pozwalało dojść do dość prędkiej konkluzji: jegomość zmierzający ku sali audiencyjnej stanowił wybitne zaprzeczenie wszystkiego, co znaleźć można było w Królewskiej Przystani. Gdy próbowano go zatrzymać przy wejściu do wieży, nonszalancko okazał glejt z podpisem samego Aerysa i żaden z wartowników nie śmiał stawać mu na drodze prowadzącej wprost do Sali Audiencyjnej. Do jasnej cholery, szarża w ciemno. Świetny sposób na samobójstwo. Mogłem zostać kowalem, jak ojciec przykazał, przemknęło mu przez głowę w momencie, w którym nacisnął klamkę i wbrew wszelkim oczekiwaniom - zdołał otworzyć ciężkie, dębowe drzwi. Skrzypnięcie zawiasów było ostatnim dźwiękiem, jaki rozległ się w komnacie tuż przed zapadnięciem nienaturalnej ciszy, wywołanej pojawieniem się niespodziewanego (czy aby na pewno?) gościa.  
- Wielce umiłowany Namiestnik zechce wybaczyć. - mężczyzna przekroczył ostrożnie próg, nie zamykając jednak za sobą drzwi i skłonił się lekko. Taca zalśniła w promieniach zachodzącego słońca, wpadających przez strzępy rozdartych zasłon. Przybysz zdawał się nie zauważać tego drobnego szkopułu i naturalnie nie dał po sobie poznać zdziwienia na widok dwóch mężczyzn goszczących u Księcia Smoczej Skały.
- Przynoszę podarek od Miłościwie Panującego. - jegomość bez chwili wahania ruszył ku stołowi, balansując nad rozbitymi łupinami dzbana i w końcu postawił na blacie srebrną tacę. -  Król Aerys prosił, bym przekazał następujące słowa… - mięsiste wargi gościa rozciągnęły się w niedbałym uśmiechu, ukazując lekko pożółkłe zęby. -  „Życie zdrajcy jest pyszne, lecz jego śmierć gorzka. Czasami więc należy ją osłodzić. Życzę Twym gościom smacznego.” - ostatnie słowo nawet nie zdołało przebrzmieć, gdy mężczyzna uniósł lśniącą pokrywę tacy, ukazując zarówno Namiestnikowi, jak i jego gościom…
… głowę. Ludzką głowę, co ważniejsze. Skronie otulone siwymi pasmami włosów, szeroko otworzone z przerażenia, wodniste oczy, wychudła twarz oraz usta, w które ktoś wepchnął niewielkie jabłko, rozchylając posiniałe wargi - żaden z obecnych nie mógł mieć wątpliwości co do tego, że na stole spoczywa czerep, który ongiś na szyi nosił nie kto inny jak Walder Frey, nestor Bliźniaków. Odcięty łeb, pieczołowicie otulony liśćmi kapusty i obłożony malinowymi, słodkimi pomarańczami wbijał spojrzenie wprost w Maegora Targaryena, zupełnie jakby Frey miał lada moment zabrać głos i wyśpiewać Namiestnikowi balladę z Pogranicza. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Głowa milczała, tak, jak milczał posłannik króla, ponuro wpatrujący się w zebranych.
- Drugiego ostrzeżenia nie będzie. - wyrzekł mężczyzna, skłaniając się krótko i ruszając czym prędzej ku wyjściu. Odpowiedź Namiestnika również mogłaby zawierać w sobie ludzkie czerepy, a niespodziewany gość przynoszący dość nietypowy podarek lubił własną głowę. Już po chwili drzwi zamknęły się za mężem, zostawiając w Sali Audiencyjnej trzech żywych… i jedną ósmą trupa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Maj 15, 2014 7:13 pm

Gigantyczny, wrzący, zakurzony, cuchnący śmietnik.
Mrowienie ledwo tlącego się w ciele bólu nadal nie ustawało, zmuszając Baratheona do zawieszenia wzroku na poszarpanych zasłonach oraz odsłoniętym przez strzępy materiału oknie, które powoli pochłaniało kolejne promienie zachodzącego słońca. Widok z Wieży Namiestnika znacznie wybiegał poza mury Czerwonej Twierdzy, pozwalając spojrzeć na Królewską Przystań z perspektywy krążącego nad miastem kruka. Budynki, im dalej znajdowały się od siedziby Tararyenów, tym bardziej były nędzne i w złym stanie: koślawe jednopiętrowe rudery, pochyłe zwałowiska glinianych, na wpół wysuszonych cegieł. Mieszkańcy najpewniej odznaczali się bez wyjątku śniadą skórą, byli ubogo odziani, bez wątpienia wygłodniali. Z jakiegoś progu być może teraz spoglądała na ulicę koścista kobieta. Obok przechodził stary człowiek, kuśtykając na wykrzywionym kosturze. W głębi wąskiej uliczki, między stosami odpadków, bez wątpienia biegały dzieci. I nikt z nich nie miał pojęcia, co obecnie dzieje się w sali audiencyjnej Namiestnika Siedmiu Królestw. Powietrze było ciężkie od smrodu zgnilizny i ścieków, skutecznie pozwalało zapominać o wielkich planach wielkich ludzi…
Wszędzie bzyczały muchy. Tłuste, gniewne muchy.
Jedyne istoty, którym się tu powodzi.
Pojawienie się Targaryena… a nawet jego zaskakujący wybuch śmiechu był dla Orysa jedynie tłem do czujnej obserwacji Królewskiej Przystani, powoli pogrążającej się w późno popołudniowym, upalnym lenistwie. Potężne mury Czerwonej Twierdzy rzucały długi cień na budynki bogatych kupców, cisnące się w dzielnicach położonych najbliżej zamku. Gdzieś wokół Warowni Maegora szeroki rów, wykopany i chroniony zaostrzonymi palami, bronił nie tyle przed wrogiem, co przed problemami plebsu. Do wysokiej bramy, usadowionej między groźnymi wieżami, prowadził wąski most. Ciężkie wrota były otwarte, ale pilnowało ich dwunastu ludzi: spoceni żołnierze Targaryenów w stalowych hełmach i nabijanych ćwiekami skórzanych płaszczach; na ich mieczach i włóczniach połyskiwał trójgłowy smok. Tuzin dowodów na królewską sprawiedliwość. Baratheon odwrócił się od okna i oparł o rzeźbiony filar, obejmując wzrokiem twarze swych towarzyszy. Prawie słyszał, jak wiercą się niespokojnie, chcąc pozbyć się go jak najprędzej. Maegor stał przy ogromnym, nagim stole, wpatrując się w dokument i studiując go dokładnie. Twarz miał bladą i zapadniętą, jego szata była zmięta i poplamiona, jasne włosy w nieładzie. Orys jako młodzieniec często słyszał w Końcu Burzy, zwłaszcza od pani matki, jak mówiła o swym bratanku : silny przywódca, wielka osobowość, niezmordowany obrońca własnych wartości. Teraz wyglądał jak strzęp człowieka przygniecionego ciężarem wielkiego łańcucha – oznaki stanowiska Namiestnika, równie pustego i zimnego jak ziejący lodowatym chłodem kominek. Ruszając powoli ku stołowi i sięgając po pióro unurzane w atramencie, Baratheon zmarszczył czoło. Robił to bezustannie przez ostatnie miesiące. Wydawało się, że jego twarz jest niezdolna do niczego innego. Marszczył czoło, wyrażając tym samym nadzieję, zadowolenie, zdziwienie. Tym razem był to najgłębszy gniew. Orys przerzucił ciężar ciała ze zdrętwiałej stopy na drugą, starając się pobudzić krążenie krwi. Pragnął być gdzie indziej. I jedynie prędki podpis dzielił go od tego celu.
- Zanim zrobię to co powinienem, nie tylko dla siebie czy Burzy, ale dla całego królestwa… chcę powiedzieć tylko jedno, Maegorze. - Baratheon podrapał lewy policzek równo przyciętą końcówką gęsiego pióra. - Miałem pozwolić, by ci dornijscy barbarzyńcy, te zwierzęta najechały bezkarnie moje ziemie? Niszczyły wielkie dzieło moich przodków? Rabowały, paliły, gwałciły i zabijały do woli? Miałem siedzieć za murami Końca Burzy, kiedy oni zapragnęli wyciąć poddanych mego ojca w pień? I to w imię zemsty za zbrodnię, której nie byliśmy winni? - usta Orysa wygięły się w smutnym uśmiechu, gdy lekko pokręcił głową. - Mój młodszy brat mawia, że walczy się dobrze tylko wtedy, kiedy się wygrywa. Zapamiętaj te słowa, Namiestniku, bowiem wkrótce mogą okazać się niezwykle… pożyteczne. - dłoń Baratheona zamarła na moment nad kawałkiem pergaminu, na którym sporządzono traktat pokojowy, po czym zamaszystym ruchem postawiła pod treścią dokumentu podpis. Schnący atrament lśnił ponuro w świetle zachodzącego słońca dokładnie w chwili, w której drzwi sali audiencyjnej otworzyły się z donośnym hukiem, a do środka wszedł nieznany Orysowi i nader charakterystyczny mężczyzna. Baratheon wyprostował się mimowolnie, zupełnie jakby przygotowany na odparcie ewentualnego ataku - wszak nikt nie dał mu gwarancji, że ludzie Targaryenów nie wtargną do sali i nie poczęstują gości przystawką z bełtów kusz… jednak król postanowił zadbać o wyżywienie gości w nieco inny sposób. A inny nigdy nie oznacza lepszy.
Dziedzic Burzy obserwował, jak obcy mężczyzna stawia na stole srebrną tacę, po czym zamaszystym gestem zdejmuje lśniącą pokrywę, ukazując oczom zebranym najbardziej nietypową potrawę, na jaką tylko mógł pozwolić sobie królewski… kucharz? Lub kat? Z ust Orysa wyrwało się ciche westchnięcie, jakby stłumione przekleństwo, gdy pośród liści kapusty i słodkich mandarynek dostrzegł ludzką głowę. Niewątpliwie ludzką, nie trzeba było długo się przyglądać, by odkryć jej przynależność… a także właściciela. Oczy Waldera Freya, wbite w pustkę, miały prawdopodobnie zastąpić wszelką potrzebę doprawienia dania - to i tak było wystarczająco gorzkie.
I mdlące.
Drzwi zatrzasnęły się głucho za obcym mężczyzną, gdy ten czym prędzej opuścił komnatę, zostawiając Namiestnika oraz jego gości w towarzystwie ludzkiego czerepu. Baratheon z trudem przełknął ślinę, powoli sięgając za pazuchę lekko rozpiętego wamsu i wyciągając zza niej pieczołowicie złożoną, kremową chustę ze złotym haftem na brzegach.
- Nigdy nie lękaj się swego wroga, ale zawsze go szanuj. - głos Orysa przerwał martwą ciszę panującą w komnacie i stanowił jedynie preludium do jego kolejnego czynu - Baratheon rozprostował ostrożnie szeroką chustkę i zarzucił ją na twarz zmarłego, zakrywając zarówno blade, stężone w wyrazie przerażenia lico, jak i siwe, połamane włosy na czubku głowy. - Przypuszczam, że właśnie tak brzmiałaby moja rada… gdybym zamierzał jakiejkolwiek wam udzielić. - dziedzic Burzy zerknął na Martella, po czym przeniósł wzrok na Targaryena, zaciskając usta w wąską kreskę niezadowolenia.
- Ivory Martell za tydzień będzie w Królewskiej Przystani. Jeśli zamierzasz zamienić jej życie w piekło, a wiem, że to uczynisz, pamiętaj jedynie, że będzie matką Twoich dzieci. I już za to jesteś jej winny dozgonny szacunek oraz wdzięczność. - Baratheon ukłonił się sztywno, ruszając do wyjścia bez słowa pożegnania. Przeczucie podpowiadało mu, że zapewne wkrótce ponownie się spotkają…

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Maj 16, 2014 6:18 pm

Maegor był jednym z tych ludzi, którzy głęboko wierzyli, że natura drugiego człowieka jest nieodwołalnie i dogłębnie zepsuta. Sam wiedział to najlepiej, każdego dnia ryzykując własne życie i każdego dnia mając okazję obserwować bliźniego na granicy śmierci. Unikał jednak dzielenia innych na kategorie. Nikt nie był „dobry”, nie było też ludzi doszczętnie „złych”. Istniały jedynie odcienie szarości, mniej lub bardziej jasne. To właśnie one sprawiały, że każdy mógł być wrogiem - i to czasami wrogiem śmiertelnie niebezpiecznym. Targaryen na dobrą sprawę od dziecka żył w przekonaniu, że człowiek może być dobry tylko do określonej granicy. Jeżeli życie przyciśnie, ludzie pozornie dobrzy staną się źli, i może to nastąpić w najbardziej niewłaściwej chwili. Dlatego lepiej mieć przyjaciela w tym, który dzisiaj jest zły - wtedy wiesz przynajmniej, czego możesz oczekiwać, gdy fortuna kły wyszczerzy. A jednak, z każdym mijającym dniem, sam zaczynał wątpić w swoją zepsutą duszę. Coś było mocno nie w porządku. Budził się w środku nocy i długo gapił w sufit. Gdyby wysłali go gdzieś umierać w obronie czyichś interesów, zostałby bohaterem. Nie żal mu życia, zupełnie go nie potrzebował. Był za to gotów walczyć. Był gotów gryźć gardziele. Tylko po co to wszystko? Walka o władzę, to bynajmniej nie bitwa w obronie królestwa. W obronie królestwa? Maegor bronił już, królestwo, twoich interesów w Essos. Nieprzyjemne zajęcie, powiedzmy wprost. Z dystansem obserwował to, co działo się na południu i dość prędko doszedł do jednego wniosku - Westeros jest ciężko chore. Nie wiedział tylko, co je trawi. Może szaleństwo. Może obłęd. Może chciwość. Może wszystko po trochu.
Targaryen usiadł ciężko na krześle, jak przez grubą ścianę słysząc słowa Baratheona, który podszedł do stołu i złożył na dokumencie odpowiedni podpis. Zaraz też w jego ślady poszedł Martell - w chwili obecnej nie miało to jednak choćby najmniejszego znaczenia. Maegor bowiem nagle zdał sobie sprawę z tego, że… nadszedł koniec. Westchnął pod nosem ciężko. Było to przeciągły, bolesny dźwięk z głębi krtani. Dobre czasy dla niego dopiero się zaczynały, bez wątpienia, ale pozostały gdzieś daleko, w słonecznych dolinach przeszłości. Dopiero teraz swój zarodek rozwinęła prawdziwa rozgrywka. Gra. Gra o tron, tak. Jego obawy zmaterializowały się w chwili, gdy drzwi komnaty z hukiem zostały otwarte a do środka wtargnął człowiek, którego Książę Smoczej Skały kojarzył jedynie z widzenia - rosły, rudowłosy mężczyzna wyrzucił z siebie słowa, które postawiłyby na karku Maegora włoski…
… gdyby tylko wierzył w słowa swego brata. Gdyby jakikolwiek czyn, gest, rozkaz Aerysa robił na nim wrażenie. Gdyby tylko Aerys był słowny i dotrzymywał swych obietnic… palce Namiestnika zacisnęły się kurczowo na oparciach krzesła, gdy pokrywa tacy została odsłonięta i ukazała wszystkim zebranym to, co dotychczas skrywała. Maegor nie odwrócił głowy, gdy ujrzał głowę Waldera Freya podaną na srebrnym naczyniu niczym najprzedniejszy indyk. Wciąż siedział na swym miejscu, z łokciami opartymi na kolanach, z dłońmi
splecionymi jak do modlitwy. Oczywiście przyjął tylko taką pozę, bo przecież nie było do kogo się modlić. Wiedział o tym, wiedział dobrze jak mało kto teraz na tym szalonym, pogrążonym w chaosie świecie. Więc tylko siedział. I patrzył.
- Naiwni, łatwowierni głupcy. - zacharczał cicho Targaryen, dopiero teraz czując, jak bardzo miał ściśnięte gardło. Lawendowe oczy zalśniły niebezpiecznie, gdy wychwyciły ze strony Baratheona ruch. Jasna chusta Orysa zakryła twarz zmarłego Freya, budząc w Maegorze jedynie irracjonalną wściekłość. Zaraz też Namiestnik zamachnął się lewą ręką, jakby pragnął odgonić natrętną muchę. Kałamarz z atramentem potoczył się po stole, znacząc swą drogę granatową, lśniącą ścieżką i przez moment zawisł na brzegu blatu, po czym w końcu spadł. Sądząc po dźwięku rozbił się w drobny mak. Targaryen szarpnął cisnący, gryzący wams, przez co palce trafiły na złotą broszę Namiestnika tkwiącą na piersi. Książę pogłaskał ozdobę. Najpierw z lewej, potem z prawej...
- Nadejdzie dzień, gdy wspomnisz swe słowa, Orysie. I spluniesz sobie w brodę, że uwolniłeś ją z Końca Burzy. Twoja wina będzie nie mniejsza od mojej… czy Edrica. - usta Maegora wykrzywił lekki uśmiech, gdy drzwi sali audiencyjnej zatrzasnęły się za Baratheonem. Targaryen bardzo powoli, jakby niechętnie, oderwał wzrok od zakrytej chustą głowy Freya, po czym przeniósł spojrzenie na Martella.
- Edric, spieprzaj stąd. - powiedział cichym, ledwie słyszalnym szeptem. - Spieprzaj, póki jeszcze można, i opowiedz wszystkim, co tu zaszło. Bez ogródek, dokładnie to opowiedz. Niech ludzie wiedzą, na co stać Aerysa. - Maegor poderwał się z miejsca, sięgając po podpisany przez obie strony pakt i zwijając po pieczołowicie. To była właściwie ostatnia chwila na wymyślenie jakiegokolwiek innego planu, nie tak złożonego i opartego na tym, co zrobią inni, za to szybszego i pewniejszego. Problem w tym, że Targaeryenowi podobało się to całe szaleństwo, jakie miał zamiar wywołać, ten chaos i zamieszanie, które zapanują, gdy tylko dopnie wszystko na ostatni guzik. I wreszcie ta przewrotność grand finale, odwlekającego się z każdym kontratakiem Aerysa. To była akcja z rodzaju tych, które mogły go zawieść na olbrzymią skalę, ale czyż nie po to człowiek rodzi się Targaryenem…? By ryzykować? Maegor sięgnął ostrożnie po srebrną tacę, przyciągając do siebie naczynie z odciętym czerepem Waldera Freya.
Przeliczyłeś się, bracie. I wkrótce boleśnie to odczujesz.

/ Edric, Maegor - zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sro Paź 08, 2014 10:27 pm

// z próby zespołu akordeonowego.

Uzyskanie audiencji u drugiego po królu z założenia nie mogło być najprostsze. Ba, Trevet był przygotowany na to, że aby mieć pewność, że jego petycje dotrą gdzie trzeba to będzie musiał rozstać się z pewną sumą pieniędzy, które zasilą fundusz burdelowy jakiegoś maluczkiego, poplamionego inkaustem pisarczyka. Mallister gardził takimi praktykami, ale nie mając możliwości wypalenia tej zarazy musiał chcąc nie chcąc sam się do nich zastosować. Tymczasem wszyscy ci sekretarze i rycerze służebni, którzy na ogół pośredniczyli w organizowaniu audiencji bezradnie rozkładali ręce i opowiadali jak to zajęty jest namiestnik, a na wsparte kpiną i pogróżkami nalegania Mallistera, żeby chociaż wyjaśnili przyczyny takiego zabiegania księcia odpowiadali najróżniej. A to, że żona w połogu, a to że jego ulubiona kochanka nie wygadza mu tak dobrze jak powinna inni opowiadali o olbrzymiej nawale spraw wagi poważnej. Ta ostatnia wymówka tylko rozsierdzała rycerza, który z takim właśnie interesem przybył na dwór. Kończyło się to na ogół wściekłymi zarzutami o kłamliwość i o brak zdolności do odróżnienia własnej dupy od pory śniadaniowej. W każdym razie przed seagardczykiem jawiły się tylko dwie perspektywy. Albo miał wracać bezproduktywnie do siebie albo sięgać po środki rozpaczliwe. A ponieważ nie zwykł wracać bez tego po co przyjechał, ruszył w stronę Czerwonej Twierdzy uzbrojony w tupet i rycerskie ostrogi.
Szło mu zdumiewająco dobrze. Na zamek dostał się przez nikogo nie zatrzymany, straż wolała nie kłopotać dostojnie odzianego rycerza i jego przybocznych. Nikt też nie przeszkadzał mu do momentu kiedy dotarł pod samą wieżę namiestnika. Tam na drodze stanął mu strażnik o twarzy ofiary zarazy dodatkowo kopniętej przez wyjątkowo wściekłego byka. Ta aparycja pewnie nie raz pomogła mu odstraszyć nazbyt natrętnych interesantów, ale Mallister nie był byle pomazanym gównem kupczykiem by dać się zastraszyć jakiejś parszywej mordzie.
- Przekaż księciu Maegorowi, namiestnikowi Siedmiu Królestw, że ser Trevet Mallister prosi o posłuchanie w związku nie cierpiącą zwłoki sprawą.
Wartownik skrzywił się tak paskudnie, że jego poprzednia mina zdała się nagle atrakcyjna jak wymalowana kurtyzana, ale najwyraźniej nie miał zamiaru przedsięwziąć tego po co go wysłano, bo dalej stał jak kołek i podpierał się halabardą.
- Zrobisz to co poleciłem czy mam wybić tobą drzwi, a tego kija użyć do upiększenia twojej nieszczęsnej twarzy pamiętającej jeszcze czasy Aegona Drugiego? - zainteresował się Mallister tonem chłodnym i odrobinę jakby zirytowanym. - Uwierz mi chamie, że wykonując polecenia lepszych od siebie oszczędzisz sobie problemów.
- Jaśnie książę nie przyjmuje gości... - wartownik lekko pobladł, ale najwyraźniej miał ochotę zginąć śmiercią męczeńską.
- Ale ja nie pytam ciebie - Treveta tak rozbawiło poświęcenie strażnika, że aż zapomniał skląć go za oporność - Tylko samego księcia, więc jeśli łaska w podskokach udaj się po jego pozwolenie, bo inaczej moje groźby staną się smutnymi faktami.
Wartownik najwyraźniej zrezygnował z palmy męczeńskiej po pięścią zastukał w drzwi, których tak zacięcie pilnował, zza nich wychyliła się kudłata głowa, zamieniła ze strażnikiem kilka cichych, szybkich zdań i zaraz schroniła się za ciężkimi dębowymi wrotami. Teraz Mallisterowi przyszło ponownie ćwiczyć się w cnocie cierpliwości. W końcu jednak drzwi stanęły otworem.
- Jaśnie oświecony książę zaprasza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Paź 12, 2014 8:18 pm

- Dawno temu orientowałem się trochę w mapie gwiazd.
Zimny i cichy jak gekon, kamiennym wzrokiem wodzący w ciemności za pstrym owadem, brzęczącym w kręgu światła - tak ją przyjmuję.
Szelest spódnicy, przepływ energii woli poprzedzający ruch, jej ruchy, stukot obcasów między progiem a drzwiami i już obrót zamka: bez chwili wahania klucz w dłoni trafia prosto do dziurki.
- Nauczyłem się tego w armii, a nawet wcześniej, jeszcze jako giermek. W bezchmurne noce wciąż potrafię rozpoznać Lodowego Smoka i Koronę Króla.
Obeszła salę naokoło, mówiąc do Maegora tym swoim dźwięcznym, dziewczęcym głosem, nie kończąc zaczętych zdań. Przeszła całe pomieszczenie, pozapalała świece w ściennych kandelabrach i nawet tą stojącą w świeczniku przed Targaryenem, rozsnuła delikatny tren perfum z fiołków, wytyczyła przed sobą aleję świateł, jakby wskazywała statkom port, żeby mogły zacumować. Cała sala mrugała oślepiona.
Kiedy dotarła do Namiestnika, rzuciła na stół kilka opasłych woluminów, krytycznie zerkając na Księcia, po czym zapytała spokojnie: Czemu siedzisz tu cały dzień, Maegorze? I sama sobie odpowiedziała: Znowu nie spałeś, przepraszam, że pytam. Chociaż właściwie powinieneś mi podziękować, inaczej nie położyłbyś się i ten nocy.
Nachyliła się, musnęła wargami srebrne włosy w przelotnym pocałunku i zaraz zdjęła ze stołu nogi Targaryena i zamierzała usiąść, ale nie, zrzuciła buty, okręciła się, a wraz z nią cienka sukienka w błękitne ornamenty, sięgnęła po dzban, nalała do kielichów zimnego wina, po czym powiedziała: Umieram z pragnienia, wypiła, otarła usta grzbietem dłoni, jak mała dziewczynka, i spytała: Co nowego? Znów się zerwała, sięgnęła po jeden ze zwojów, podała go Namiestnikowi i dopiero wtedy na moment spoczęła na poręczy rzeźbionego krzesła, już miała przytulić się do Maegora, a jednak się nie przytuliła, tylko jakby unosząc kurtynę, odrzuciła na bok jasne włosy barwy księżycowego światła, żeby nie zasłaniały jej oczu, i powiedziała: Mów.
- Zauważyłem, że interesuje się astronomią. - szorstki pergamin zaszeleścił w palcach Targaryena, gdy rozprostował cenny wolumin, na którym jeden z maestrów z Cytadeli skreślił mapę południowego nieba. - Gdyby chciała ze mną o tym porozmawiać, a ja nie potrafiłbym podchwycić tematu, byłoby…
- … głupio? - dokończyła ze śmiechem i nagle puknęła się dwoma palcami w czoło, odskoczyła na drugie krzesło.
Jej ręce są jakby starsze od niej samej, a spracowane palce lekko już pokurczone. Skóra się marszczy, a grzbiety dłoni, które przywodzą na myśl grudki ziemi, pokrywa mozaika plamek pigmentu i niebieskawych żyłek. Tak jakby jej wiek został na razie wyparty z ciała do rąk, gdzie gromadzą się cierpliwe efekty wykonywanej pracy, czyhając na moment słabości.
- Padam z nóg, jestem wykończona, porozmawiamy jutro rano, a teraz czytaj, co przyniosłam.
Nie wydawała się Maegorowi zmęczona, tylko lekka, dobrze się czuła w swoim ciele, jej biodra żyły, oddychały i ożywiały cienki materiał sukni. Powiedziała: Dobranoc, wuju, nie gniewaj się, Ty też nie kładź się późno. I znowu: Ależ to był zwariowany dzień. Zamknęła za sobą boczne drzwi dokładnie w chwili, w której skrzydło głównego wejścia rozwarło się, wpuszczając do środka jednego ze strażników. Targaryen zmarszczył lekko brwi, nie zwracając uwagi na wymianę zdań między dwoma zbrojnymi…
… i całkiem nieźle mu to szło - przynajmniej do momentu, w którym ciche chrząknięcie nie odwróciło jego uwagi od studiowanego woluminu. Fiołkowe spojrzenie niechętnie oderwało się od dzieła traktującego o astronomii, z wyraźnym zniecierpliwieniem spoczywając na osamotnionym strażniku.
- No?
Zbrojny wydobył z siebie coś, co ponownie brzmiało jak chrząknięcie (tym razem Maegor nie miał wątpliwości - było godne świni), po czym zabrał głos, bardziej ponaglony, niż zachęcony wzrokiem Namiestnika.
- Przed drzwiami czeka dziedzic Seagardu, ser Trevet Mallister, syn Jaso… - dłoń Księcia wystrzeliła w powietrze, ucinając wywód w pół słowa, zupełnie jakby to, kto czyim synem był stanowiło ostatni punkt zainteresowania Targaryena (co nie mija się z prawdą).
- Gość z Dorzecza? - palce Namiestnika ostrożnie wygładziły wolumin, zaś sam Maegor powoli kiwnął głową, zupełnie jakby pragnął oswoić się z obecnością… niezapowiedzianego przybysza. - Wpuścić… i mieć na oku. - Książę Smoczej skały rozparł się wygodniej na krześle, wbijając obojętne spojrzenie w drzwi, w których po chwili pojawił się dziedzic Seagardu.
We własnej osobie.
Targaryen bez słowa wskazał jedno z krzeseł po prawej stronie stołu, nie spuszczając z gościa wzroku - jak to mówią, pierwsze wrażenie jest najistotniejsze, i o ile sam Maegor kojarzył Mallistera z ceremonii pogrzebowej… a później ślubnej, nigdy nie miał przyjemności, by poprowadzić prywatną audiencję.
- Wina? Piwa? Obawiam się, że o tej godzinie jeszcze nie mamy świeżych dziewek, ale jeśli sobie życzysz, ser… - kąciki ust Księcia uniosły się w lekkim uśmiechu, jednak nieruchomy, lawendowy wzrok nie wyrażał rozbawienia.
Ani odrobinę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Wto Paź 14, 2014 11:42 pm

Mallister na chwilę zatrzymał się w drzwiach i ogarnął szybkim spojrzeniem zarówno samą salę jak i siedzącego w centralnym jej miejscu mężczyznę. Samo pomieszczenie urządzone było z przepychem graniczącym ze zbytkiem. Trevet skrzywił się ledwo dostrzegalnie. W Seagardzie podobna rozrzutność była źle widziana  jako świadcząca o słabości ciała i ducha. Ale gospodarz bynajmniej nie wyglądał na słabego. Czytał wprawdzie jakiś traktat, a chociaż Mallister słowo pisane traktował jako kompletnie oderwane od rzeczywistości, to zdecydowane ruchy, władcza postawa kogoś kto wie, że jego polecenia zostaną niezwłocznie wykonane nie nastarczała problemów z klasyfikacją nawet nie nazbyt sprawnemu obserwatorowi. "Ten człowiek dokładnie wie czego chce i co więcej ma plan i nerwy, żeby to osiągnąć" kołatało się w głowie Treveta, kiedy uprzejmym lecz nie nazbyt uniżonym ukłonem powitał Maegora Targaryena Namiestnika Siedmiu Królestw i Ksiecia Smoczej Skały.
Mallister zajął wskazane gestem miejsce nie pokazując po sobie jak dużej doznał ulgi, kiedy został przyjęty. Nie był bowiem pewien czy jego zdeterminowana postawa nie zostanie potraktowana wrogo lub zwyczajne zignorowana. Doprawdy czegóż się obawiał. Nie był może rycerzem największego rodu, ale jako Mallister miał prawo domagać się królewskiej sprawiedliwości, byle nie nazbyt często.
- Dziękuję Książę - zaczął śpieszenie, chociaż był dość wyraźnie zaskoczony tym jak posłuchanie się zaczęło. Czyżby namiestnik zdecydował się nie traktować go poważnie? Udał jednak, że bierze to za dobrą monetę - Wino w zupełności wystarczy - o dziewkach nic nie wspominał. Nie był Baelorem Błogosławionym czy jakimś kandydatem na septona, ale doprawdy są miejsca gdzie należy unikać karczemnych tematów, a sala audiencyjna jest jednym z nich. Książę mógł sobie na to pozwolić, ale Trevet nie miał zamiaru mu w tym pomagać.
- Przechodząc do rzeczy - spróbował nakierować rozmowę z powrotem na spodziewane tory. - Zdecydowałem się kłopotać waszą książęcą mość ze względu na dość niejasną sytuację jaka panuje teraz na Dorzeczu. Lord Edmund Blackwood zakończył swój żywot w dość nieprzyjemnych okolicznościach, a wypadki które do tego doprowadziły sprawiły, że na pograniczu "ziem nabytych" przez Arrynów z tym co pozostało z włości Tullych panuje chaos. Inaczej mówiąc, kto panuje teraz w Raventree Hall? Z rozkazu mego pana ojca podjąłem pewne drobne działania mające uspokoić sytuację, ale moja pozycja jest o tyle niezręczna, bo chociaż jestem legalnym dziedzicem to nie zostałem oficjalnie wprowadzony w te włości. A ponieważ formalnie mają innego seniora niż ja nie mogę sam sobie pomóc.
Mallister czuł się dogłębnie podle. To co mówił było zgodne z prawdą i nawet chyba słuszne, a mimo to czuł się jak żebrak dopraszający się jałmużny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Paź 19, 2014 7:08 pm

Wyjątki potwierdzają wszak reguły, pomimo paradoksalności tego stwierdzenia.
Książę Smoczej Skały nie należał do grona ludzi, którzy wnioski o drugim człowieku wyciągali wyłącznie w oparciu o pierwsze, powierzchowne znaczenie. Poznanie, w każdym znaczeniu tego słowa, uzależnione było od szeregu czynników, sytuacji, uwarunkowań. Świat jawi się Maegorowi Targaryenowi jako potężna machina, w której koła zębate obracają jedno drugie, ząb w ząb. w zgodzie z prawami nacisku i impetu. Od niedawna obserwowane gwiazdy, komety, księżyc przetaczały się po niebie po kolistych orbitach - kolistość bowiem rządziła w niepojęty sposób naturą świata - które można było obliczyć i określić, jak czynili to mędrcy z Cytadeli Starego Miasta. Taki sposób myślenia zgodny był z naturą Namiestnika Siedmiu Królestw, wszystko miało wedle niego swe przyczyny; skutki nie wynikały z niczego, wystarczyło śledzić łańcuch, by dociec prawdy. Trzeba przyznać, że metoda ta rzadko go zawodziła.
I zapewne dzisiaj spełni swą podstawową funkcję.
Książę w milczeniu obserwował dziedzica Seagardu - Targaryen najwyraźniej uznał za stosowne, by zaoferować gościowi kilka cennych chwil, podczas których będzie mógł rozeznać się w sytuacji i zapoznać z terenem, na którym przyjdzie stoczyć mu ewentualną bitwę. Maegor ani myślał przesadnie podkreślać swej przewagi - nie błyskał rubinowymi pierścieniami na palcach (bowiem ich nie posiadał), nie wypinał przesadnie piersi (bolały go plecy), nie mierzył Treveta Mallistera spojrzeniem pełnym pobłażania bądź wyższości (lawendowe tęczówki wyrażały zaledwie lekką naganę wywołaną tak nagłym zakłóceniem spokoju… i ciekawość, która w obecnej sytuacji była czymś naturalnym). Po prostu wpatrywał się w swego rozmówcę, dziwnie spokojnie, z woluminem wciąż dzierżonym w silnych, szorstkich palcach, z marsem na czole świadczącym o najwyższym stopniu skupienia i w końcu z nastawieniem… które nie przekreślało z góry sprawy, z jaką do Królewskiej Przystani przybył dziedzic Seagardu. Przez kilka krótkich, nadchodzących chwil Książę Smoczej Skały był gotów nie tylko wysłuchać Mallistera, ale nawet rozważyć jego słowa i przychylić się ku ich rozwiązaniu.
Jednak i to mogło ulec zmianie, szybko, znacznie szybciej niż pragnąłby tego gość - najwyraźniej po prostu nie istnieje społeczno-polityczne rozwiązanie kwestii różnic, dostrzegalnych nawet wśród szlachetnie urodzonych. Możemy spróbować zlikwidować zależności w sensie materialnym, bezpośrednim, możemy starać się usunąć, ukryć zbędną pogardę dla poddanych. Targaryen poniekąd jest dumny, że nie zrezygnował, że wytrwał w tej walce, dowiódł, że nie jest z góry przegrana. Do tej pory wszystko pięknie, ale teraz powstaje trudność.
Nikt nie zgłasza się do Namiestnika Siedmiu Królestw ze sprawami błahymi. Za podobną fatygą, za uporem, stanowczością, nawet swego rodzaju bezczelnością Treveta Mallistera stała przyczyna, która wymagała bezpośredniej konfrontacji z Maegorem Targaryenem - zaś fakt, iż szlachetnie urodzeni w miarę możliwości unikali go jak dzikiego ognia, nie był żadną tajemnicą.
A zatem co? Co jest tak istotne? Co wymaga równie wielkiego zainteresowania, równie olbrzymiego zaparcia, równie dużej odwagi?
Namiestnik uniósł kąciki ust w (dość marnej) imitacji uśmiechu, lekkim, niemal niedbałym gestem nakazując młodej służce napełnienie gościowi kielicha - dziewczyna bezszelestnie wyłoniła się z cienia sali, przemknęła tuż obok Targaryena, usilnie próbując uniknąć książęcego spojrzenia, i w najgłębszej ciszy nalała do pucharu ciemnego, dornijskiego wina.
Którego ostatnimi czasy jest w Czerwonej Twierdzy więcej niż wody.
- O ile nie myli mnie pamięć, tragicznie zmarły Lord Edmund posiadał zamężną kuzynkę… - głos Namiestnika odbił się echem w ciszy, jaka zapadła po słowach dziedzica Saegardu. Maegor ostrożnie złożył wolumin i przesunął go ku stercie nietkniętych ksiąg, z których przestudiowaniem Targaryen będzie musiał chwilę poczekać. - … co prawda nie znam jej obecnych losów, lecz w żyłach tej kobiety również płynie krew rodu Blackwood. - po ustach Księcia przemknął cień uśmiechu, gdy Smok rozparł się wygodniej na zajmowanym przez siebie krześle. - Jednak nie od dziś wiadomo, iż szlachetnym damom znacznie łatwiej przychodzi obalanie władzy… niż jej sprawowanie. - dłoń Namiestnika potarła w roztargnieniu porośnięty jasną szczeciną podbródek, zupełnie jakby Maegor uważnie ważył w myślach swe kolejne słowa.
I, na bogów, rzeczywiście tak było.
- Mój brat, miłościwie panujący król Aerys Drugi Targaryen, na mocy pokoju przekazał Raventree Hall pod protekcję rodu Arryn. Po zakończonej bitwie pod Stone Hedge do siedziby rodu Blackwood oddelegowany został oddział wojsk Doliny… i przebywa tam po dziś dzień. - Maegor dźwignął się z miejsca, z niejaką ulgą rozprostowując zmęczone kości. Po twardym obliczu przemknął cień zniecierpliwienia, gdy Książę ruszył w stronę okien - za szybami wciąż panowała słoneczna, jesienna pogoda, zaś niewielki dziedziniec pozostawał skąpany w złotych promieniach…
… podobnie jak prawa część obszernego tarasu książęcej sypialni, widoczna z sali w zaledwie niewielkiej części.
- Stawiasz mnie w dość niejasnej sytuacji, ser. Musiałbym podważyć wolę mego brata i rozkazy wydane przez… świętej pamięci Reinmara Arryna. Nie wątpię, iż sytuacja w Raventree Hall pozostaje niejasna i jestem pewien, że ze względu na pochodzenie Twej szlachetnej pani matki posiadasz niepodważalne prawa do twierdzy, ale… - Targaryen spokojnie odwrócił się w stronę dziedzica Seagardu, wbijając zimne spojrzenie w mężczyznę. - … czego tak naprawdę oczekujesz, ser? Ze zmianą warunków pokoju musiałbyś zgłosić się do mego brata, z prośbą o przekroczenie bram Raventree Hall do rodu Arryn. Ja mogę jedynie zadbać o to, by nikt nie podważył Twych praw… i o to, by prawa te zostały respektowane. - jasne brwi Namiestnika uniosły się nieznacznie, zupełnie jakby Smok nie do końca był pewien, czy odpowiednio rozczytał... intencje Treveta Mallistera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Paź 24, 2014 2:09 am

Trevet dawno wypracowaną metodą wbił wzrok w punkt będący około stopy nad głową rozmówcy i przybrał najbardziej nieprzenikniony wyraz twarzy na jaki był w stanie się zdobyć. Takiej taktyki używał od dawnych czasów, kiedy jako mały chłopiec wysłuchiwał długich i barwnych w detale przemów ojca o tym jak zgubne są skutki włażenia na drzewa i zrywania niedojrzałych śliwek. Jason Mallister nie miał w zwyczaju krzyczeć, więc niską ekspresyjność swoich połajań kontrował ich porażającą rozwlekłością. Nie raz zdarzało się, że ojcu schodziło tyle czasu, że chłopak miał wrażenie, że wypadają mu włosy i zęby, a świat kołysał się przed oczami. Jedynymi ratunkiem była wtedy pasja jaką ojciec darzył wszystko co związane z rybołówstwem, jeżeli wracał po udanym połowie, to był tak wyrozumiale nastawiony do świata, że pewnie wybaczył by potomkom nawet najechanie ziem Freyów, spalenie trzech wsi i zagnanie ich mieszkańców na niewolnicze galery. No chyba że statki spłoszyłyby mu dorsza. Maegor Targaryen prawdopodobnie nie odróżniłby zanęty od kurzego gówna, ale metoda była uniwersalna. Ożywił się dopiero kiedy nalano mu wina. Służka wyglądała też zupełnie przyjemnie dla oka, a chociaż zalękniona twarz odbierała jej nieco na powabności to nadal przez była nie najgorszą reklamą dla życia na królewskim dworze.  
- Kuzynka Elenor - potwierdził kiwnięciem głową Trevet na wzmiankę o możliwej dziedziczce Blackwoodów - Mam złe zdanie o jej mężu. To skrajny przypadek konformisty, nie zdolny do podjęcia działań, które wymagałyby od niego choćby najmniejszej aktywności. Nic dziwnego, że nadal nie doczekali się potomstwa. No a ona sama... Nie sądzę, żeby dbanie o to co zostało z Raventree Hall było zadaniem odpowiednim dla kobiety. Niech toczą swoje walki w połogu.
Posłuchanie nie przybrało tego kierunku na jaki z początku liczył. Faktem było, że jego kuzynka miała lepsze prawa do Raventree Hall i Mallister nawet czuł się trochę jak uzurpator. Dlaczego zdecydował się działać? Może dlatego, że Elenor nadal nie zdecydowała się nawet spróbować przejąć miejsce po Edmundzie Blackwoodzie. Czego by o nim nie powiedzieć, ten to przynajmniej był zdecydowany. Może dlatego, że Trevet nienawidził jej męża, tej nędznej, zapijaczonej i tchórzliwej kreatury, nadającej się najwyżej na parodię prawdziwego lorda. A może dlatego, że ten drugi syn, turniejowy rycerz i birbant zrozumiał i był gotów przyjąć na siebie odpowiedzialność za przyszłość swoją i tych prostaczków, którzy mieliby zostać jego poddanymi.
- Wasza książęca mość - zaczął formalnie - Oto już na wejściu otrzymuję to czego pragnąłem. Nie jest bowiem moim celem zmieniać traktaty pokojowe podpisane przez większych ode mnie czy próbować mazać po mapach i zmieniać granice. Mając teraz tą gwarancję wiem już przynajmniej na czym stoję. Mam taki zwyczaj, że nie jak już gdzieś się zatrzymam to nie łatwo daję się wypędzić. - Mallister uśmiechnął się niepewnie nagle upodobniając się do wielkiego dziecka z głową pełną baśni i legend. Takiego co to jeszcze nie zaznało bólu i upokorzenia i nadal myśli, że jak twardo będzie iść przed siebie to dojdzie do celu. Bo przecież najważniejsze jest być nieugięcie stanowczym.
- Dziękuję - Mallister skłonił się nieco głębiej i uprzejmiej niż poprzednio. I chociaż czuł się trochę jak to duże dziecko to zdawał sobie sprawę z kilku istotnych spraw. Pierwsza - słowna obietnica nie daje mu całkowitej pewności i należy działać spiesznie, żeby nie dać czasu niepożądanym reperkusjom, a namiestnikowi okazji do zmiany zdania. Druga - cała ta skupiona na nim uwaga oznacza chyba, że nie powinien przeciągać swojej obecności tutaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Paź 31, 2014 4:57 pm

Niebo za oknem powoli przybierało barwę popiołu, zwiastując kolejny nużący, długi dzień jesieni dwieście sześćdziesiątego trzeciego roku po lądowaniu Aegona Smoka. Wpatrzony w prostokąt sufitu Maegor odetchnął głęboko, wsłuchując się w słowa dziedzica Seagardu. Choć Namiestnik Siedmiu Królestw polegał przede wszystkim na swym intelekcie, fakt, że wciąż żyje zawdzięczał także wrodzonej zdolności do… uznawania każdego rozmówcy za potencjalnego przeciwnika? Targaryen niejednokrotnie wychodził cało z wielu poważnych opałów głównie dlatego, że nigdy nie lekceważył przeczuć. Subtelnych, irracjonalnych drgnień podświadomości, które ostrzegały go, żeby oczekiwał pułapki tam, gdzie w żadnym wypadku nikt nie mógłby jej zastawić, lub nie skręcał w absolutnie bezpieczną, znajomą uliczkę, bo może się tam czaić niebezpieczeństwo.
Zwykle bezzasadne podejrzenia okazywały się słuszne.
A teraz jego wyczulona intuicja nie tyle krzyczała, co darła się na cały głos, że coś tu jest bardzo nie w porządku. Książę Smoczej Skały próbował odnaleźć racjonalną przyczynę podobnego stanu , szukał czynnika, który nakazywał mu szczególną ostrożność w dialogu z Trevetem Mallisterem.
Sen? Męczący majak, w którym gonił jakieś postaci bez twarzy, żeby w końcu sam zostać ściganą ofiarą?
Nie, na Innych, nie chodziło wcale o głupi sen.
To na jawie działo się coś paskudnego. Bardzo paskudnego. Przykrego jak ten ledwie uchwytny, słabiutki fetor unoszący się w pokoju. Zapach zgniłego mięsa. Zupełnie jakby nad Królewską Przystanią zawisł wór pełen gnijących trupów.
Wór, który w każdej chwili może pęknąć, wyrzucając na światło dzienne cały smród nagromadzony w Czerwonej Twierdzy.
- Niektórzy sądzą, iż bezczynność w pewnych sytuacjach jest oznaką siły… - kąciki ust Namiestnika wykrzywiły się w lekkim grymasie, zupełnie jakby w nozdrza Targaryena po raz kolejny uderzył wyimaginowany odór.
Głupstwo. Po prostu za dużo stresu.
- … jestem rad widząc, iż masz do tej sprawy zgoła inne podejście, ser. – knykcie zachrzęściły nieprzyjemnie, gdy Książę Smoczej Skały zacisnął lewą rękę w pięść, zamykając ją w stanowczym uścisku palców prawej dłoni. Sprawy obrały zupełnie nieoczekiwany obrót - Maegor nawet nie mógł się spodziewać (pomijając fakt, iż nawet nie miał czasu, by przygotować się na wizytę dziedzica Seagardu), że dziś przyjdzie mu…
dzielić i rządzić, w dość dosłownym tego słowa znaczeniu. Wizyta Mallistera, jakkolwiek niespodziewana, determinowana była potrzebą działania… co sam Namiestnik doskonale rozumiał. Śmierć Reinmara Arryna, bunt górskich klanów, choroba Lorda Doliny – ani wcześniej, ani później nie nadarzyła się równie dogodna okazja do przedsięwzięcia odpowiednich kroków w sprawie Raventree Hall.
I tylko głupiec sądziłby, że sprawa rodu Blackwood będzie ostatnią, w której interweniować będą Lordowie Dorzecza. Jakkolwiek nie brzmiały pobudki dziedzica Seagardu, jakkolwiek nie wyglądałyby jego dalsze plany, stało się dość jasne, iż nie ma zamiaru zwlekać z realizacją swego przedsięwzięcia. Opieszałość w tym wypadku mógł przypłacić czymś więcej, niźli tylko utraconą szansą na poszerzenie wpływów rodu. Mallister sporo ryzykował…
… ale mógł zdobyć jeszcze więcej.
- Upór jest cechą, która znacznie ułatwia życie mężom ambitnym. – Namiestnik uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie, obserwując umiarkowany pośpiech, z jakim ukłonił się dziedzic Seagardu. Naturalnie, Targaryen mógł podjąć taką a nie inną decyzję kierowany poczuciem sprawiedliwości. Mógł uważać, iż ze względów czysto dziejowych ród Blackwood winien leżeć w granicach Dorzecza. Mógł sprzeciwiać się jawnej niesprawiedliwości, jaka zapanowała podczas podziału ziem po wojnie z Doliną. Mógł też być dogłębnie znużony rozmową z Mallisterem i chciał czym prędzej pozbyć się niespodziewanego gościa, przychylnie spoglądając na jego prośbę…
… ale tylko człek łatwowierny sądziłby, iż Maegor Targaryen działał kierowany szlachetnymi pobudkami bądź czystą próżnością. Dziedzic Seagardu z kolei nie należał do ludzi naiwnych – przynajmniej zaś nie do ich skrajnego odłamu... i zapewne w chwili, w której Namiestnik Siedmiu Królestw ruszył w drogę powrotną do stołu , bardzo szybko pojął, że to jeszcze nie koniec.
Zawsze jest jakieś ale. I w tym wypadku niestety nie chodzi o napitek.
- Doceniam Twoje poczucie… obowiązku, ser. Doceniam także potrzebę dbania o dobro rodu. – Namiestnik ujął w dłoń ciężki puchar, wpatrując się w Mallistera ze spokojną, chłodną obojętnością człowieka, który doskonale wie, że kontroluje sytuację.
Uczucie to tylko po części zapewniała sprawowana władza – tak naprawdę despotyzm był nierozerwalną częścią Targaryena. Płynął w jego żyłach, wraz z gorącą krwią i - jeśli wierzyć opowiadanym przez prostaczków bajdom – ogniem.
- Dlatego też jestem pewien, iż zrozumiesz moje pobudki. W polityce najbardziej cenię sobie spłacanie długów. Nie lubię, gdy jestem komuś winien przysługę… i zapewne Ty też nie przepadasz za tym stanem, ser. – Książę uniósł puchar do ust, upijając niewielki łyk dornijskiego wina. Trunek przyjemnie podrażnił podniebienie Maegora, sprawnie gasząc narastające, suche pragnienie. – Liczę przeto, że pewnego dnia uda Ci się spłacić ten niewielki dług. Nie oczekuję deklaracji, wszak sam jej oficjalnie nie złożyłem… - Targaryen odstawił kielich na blat, zasiadając na swym poprzednim miejscu u szczytu stołu.
Warunek był prosty – jeśli Mallister pragnie poparcia Namiestnika… sam musi wykazać się pewną dozą lojalizmu.
W przeciwnym razie Książę dość sprawnie zapomni o właśnie odbytej rozmowie.
- Bezpiecznej drogi, ser. – Maegor sięgnął po wytarty wolumin, dość jasno dając swemu gościowi znać, że audiencja dobiegła końca. Z jakim skutkiem? W tej chwili… zależało to wyłącznie od dziedzica Seagardu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   

Powrót do góry Go down
 

Sala audiencyjna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Wieża Namiestnika-