a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Mała Sala



 

 Mała Sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Mała Sala   Czw Kwi 03, 2014 9:11 pm

Mała Sala w Wieży Namiestnika to długie pomieszczenie z wysokim, łukowym sklepieniem i powierzchnią zdolną pomieścić ławy, przy których zasiąść mogą dwie setki ludzi. Znajduje się dwa piętra poniżej prywatnej sali audiencyjnej i cztery piętra poniżej sypialni Królewskiego Namiestnika. Ściany komnaty zdobią misternie wyszywane arrasy, przedstawiające głównie sceny z podboju Aegona Zdobywcy, zaś dębowy stół posiada rzeźbione nogi, przywodzące na myśl wijące się wokół drzewa smoki.


Ostatnio zmieniony przez Maegor Targaryen dnia Wto Wrz 02, 2014 7:35 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Wto Wrz 02, 2014 7:35 pm

/ z niebytu

Wiele wskazywało na to, że losy Daerona, syna Jaehaerysa II Targaryena, są przesądzone.
Pióro zamarło nad pergaminem, rzucając długi, nierówny cień, raz za razem powoływany do życia przez chybotliwie płonący płomień świecy.
Od dziecięcych lat cichy, spokojny, skoncentrowany na własnym, nieco po prawdzie ubogim świecie wewnętrznym, zawsze na uboczu, od swych braci mniejszy, znacznie bardziej wyciszony.
Niewielka kropla czarnego jak nocne niebo atramentu skapnęła na wypolerowany, dębowy blat, gdy Maegor zanurzył ostrą końcówkę pióra w kałamarzu. Plamka jęła niemal natychmiast schnąć, szpecąc stół zaskakująco symetryczną, ciemnogranatową skazą przywodzącą na myśl piekielny niebyt.
Podobno jeszcze w kołysce leżał nienaturalnie spokojnie, niczego się nie domagając. W gruncie rzeczy Daeron Targaryen wydawał sie niezmienny jak głaz, ale nie miał nic wspólnego z kamienną twardością. Wręcz przeciwnie – była w nim miękkość i miałkość być może przesądzona z góry wyglądem zewnętrznym.
Z ust Namiestnika Siedmiu Królestw wyrwał się cichy pomruk irytacji, gdy podczas kreślenia kolejnych słów raz za razem zerkał na plamę po atramencie. W końcu gniew wziął górę nad zdrowym rozsądkiem - Maegor poślinił kciuk i zaczął nim trzeć okrągły ślad na blacie. Mógł być dobrym wojownikiem, Księciem Smoczej Skały, prawą ręką króla - ale nie miał bladego pojęcia o usuwaniu zabrudzeń. Atrament rozmazał się pod wpływem zabiegów Targaryena, z niewielkiej, niemal niezauważalnej plamki przeradzając się we wściekle granatową, podłużną smugę, wytartą jedynie na środku - jej postrzępione brzegi szczerzyły się do Maegora kpiąco, szpecąc szczyt długiego stołu nierówną blizną.
Za czasów młodzieńczych wystarczało Daeronowi jedno krótkie zerknięcie w zwierciadło, choćby nawet i w kałużę, by hardość natychmiast się w nim załamała – a wszystko to na skutek łagodnych, niemal dziewczęcych rysów twarzy.
Blade palce wystukały na blacie nierówny, podirytowany rytm.
Puk-puk-pukpuk.
Lawendowe spojrzenie ponownie przesunęło się na nierówną, rozmazaną plamę. Jednak tym razem wcześniejsza powściągliwość uleciała niemal bezpowrotnie - usta Namiestnika zacisnęły się w wąską linię, zaś na szyi wykwitła żyła, pulsująca w rytm uderzeń serca.
Razdwatrzycztery.
Maegor nie zdołał doliczyć do pięciu - silna dłoń zacisnęła się na kryształowym kałamarzu, poderwała go z blatu i z zaskakującą celnością posłała wprost w strzeliste, wysokie okno… które na swoje nieszczęście dziś było zamknięte. Nieprzyjemny dla ucha trzask rozbijanej szyby niemal natychmiast wypełnił komnatę, dobitnie świadcząc o tym, iż zarówno kałamarz, jak i jego przeklęta zawartość już lecą na spotkanie z brukiem Twierdzy… a przy odrobinie szczęścia spadną komuś na łeb i rozłupią czaszkę na pół.
Namiestnik przy tej okazji wcale nie pomyślał o swym starszym bracie.
Targaryen nie zdążył ponownie zająć miejsca (wstał, ciskając prowizoryczną bronią? Nie pomogło ani zmarszczenie brwi, ani usilna próba przypomnienia sobie ostatnich kilkunastu sekund - ich wspomnienie zasnuła krwawa, gęsta mgła furii), gdy  drzwi rozwarły się z potępieńczym zgrzytem metalu ścierającego się z metalem; dźwięk odciągnął uwagę wciąż dyszącego ze wściekłości Maegora od poszarpanej plamy. Do komnaty z pozorem wdzięku wsunęła się niema kobieta, która przyniosła Namiestnikowi chleb i ciemne, gęste ale. Piwo było w tym zestawie niezbędnym dodatkiem do chleba, który osiągał twardość kamienia.
Targaryen od kilku dni niemal nie odczuwał głodu, wciąż jednak zmuszał się do spożywania i bezmyślnego żucia, głównie po to, by przedłużyć swe bytowanie na tym padole łez, cierpienia, krwi i potu. Książę Smoczej Skały obojętnie skinął głową w stronę służki, nawet nie obdarzając jej przelotnym spojrzeniem. Niemowa była potwornie brzydka, miała toporne rysy twarzy, jej oczy były nieokreślonego koloru, zaś przetłuszczone włosy z trudem osiągały wątłą intensywność barwy lnu. W Maegorze wzbudziłaby zapewne uczucie litości, gdyby nie to, że od jakichś trzydziestu pięciu dni imienia nie litował się nad nikim. Czasami tylko, w przypływie dławiącej furii, Książę myślał, że bogowie są niemi, zupełnie tak jak ta
nieszczęśnica. Albo że w ogóle ich nie ma, co akurat było znacznie bliższym jego sercu. W każdym razie obie ewentualności wydawały się Targaryenowi jednako obojętne.
Kiedy kobieta opuściła komnatę, Namiestnik niemal pogardliwie odsunął od siebie grubą kronikę, którą w porywie niechęci do piętrzących się obowiązków jął uzupełniać. Na stole spoczywało jeszcze kilkanaście oprawionych w skórę woluminów, niektóre były nawet ilustrowane. Ich autorzy mniemali, że coś wiedzą, byli i tacy, którzy utrzymywali, że wiedzą, iż nic nie wiedzą. A mimo to pisali książki. Oprócz ksiąg na stole spoczywał również sztylet o ostrzu wąskim jak usta Maegora. I ostrym jak jego język.
Kiedyś kochanka Księcia Smoczej Skały porównała jego usta do szramy, sądząc zaś po dobywających się z nich słowach pełnych obelg, porównanie było uprawnione. Niewiasta ta była po trosze poetką, po trosze zaś karczemną dziewką ze skłonnościami do karczemnych awantur. Jeszcze jako bardzo młody człowiek, Maegor doszedł do pożytecznego wniosku, że kobiety są jeno puchem marnym… i niczym nadto. Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, nigdy żadnej naprawdę nie pokochał. Jedyną jego miłością była potęga. Kiedy chędożył młode i zawsze chętne dziewki z przybytku „Pod Pączkiem Róży”, o wiele bardziej interesowała go władza, jaką posiadał nad ich życiem podczas wspólnie spędzanych chwil, niż to, co oferowały mu jędrne piersi i wprawne usta.
Targaryen lubił to określać jako kontrolę nad własnymi popędami. Dość często traconą, niestety.


Ostatnio zmieniony przez Maegor Targaryen dnia Sro Wrz 03, 2014 5:39 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Sro Wrz 03, 2014 5:32 pm

Księżna Smoczej Skały stłumiła w sobie chęć położenia dłoni na brzuchu, skrytym pod suknią, wykonaną z lejącego się, złotego materiału. Przez ostatnie ręka mimowolnie podrywała się z miejsca, pomimo jej usilnych starań, by to kontrolować. Uniosła ją, jednakże nie w tym przeklętym geście, który nie mógł jeszcze zostać dostrzeżony przez czujny wzrok innych dworzan, lecz po to, by przesunąć swego smoka na zielone pole lasu na planszy do gry w cyvasse, tym samym przechwytując króla przeciwnika. Najstarsza córka lorda Rykkera nie należała do najlepszych graczy, prawdę mówiąc – nawet nie do dobrych oraz z pewnością nie do person odznaczających się wybitną inteligencją.
-Wystarczy na dziś, pani – cichy głos Dornijki, z trudem kryjącej irytację, ledwie wybił się ponad dźwięki harfy, na której grała jedna z dworzanek.
W komnacie panował okropny zaduch. Silna woń perfum dziewczyny siedzącej naprzeciw brutalnie wdzierała się brutalnie w nozdrza Ivory, nieprzyjemnie drażniąc zmysły. Wstała gwałtownie od stołu i pożegnawszy się krótko, opuściła kobiety, aby zapuścić się w labirynt korytarzy Czerwonej Twierdzy. Szła nieśpiesznie, nie zwracając najmniejszej uwagi na pałętające się po kątach koty oraz inszych mieszkańców dworu, skłaniających się jej z szacunkiem, a jeden z Białych Płaszczy podążał za nią jak cień. Niespokojny oddech unosił jej pierś, gdy mimowolnie znalazła się w pobliżu Wieży Namiestnika.
Nie, nie. Jeszcze nie teraz.
Odwróciła się na pięcie, znikając tak szybko jak się tam pojawiła, by podążyć ku komnatom, które zostały jej przydzielone niemal trzy księżyce temu, gdy tylko zjawiła się w Królewskiej Przystani.
… dwadzieścia trzy, dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć…
Nerwowe przeliczanie towarzyszyło Dornijce od dobrych kilku dni. Nie mogła przestać liczyć w myślach, choć prawdę mówiąc wątpliwości pozbyła się już wcześniej.
…dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem…
-Wezwij wielkiego maestera. – rozkazała służącej, ledwie przekroczywszy próg komnaty.
Opadła na miękkie poduszki, uparcie wpatrując się we własny brzuch, lecz zaraz zerwała się z miejsca. Jęła nerwowo krążyć po pomieszczeniu, co jakiś czas spoglądając w stronę stołu, gdzie wciąż leżała taca z cytrynowymi ciasteczkami. Gdy unosiła już jedno do ust, rozległo się ciche pukanie, a już po chwili w środku zjawiła się wątła sylwetka starca, od wielu lat służącego już rodzinie królewskiej. Na piersi, pod siwą
Ivory odłożyła ciasteczko z powrotem na złoty talerz.
-Ta rozmowa ma pozostać między nami.

Nie upłynęła godzina, a na ustach wykwitł pełen (doskonale wyćwiczonej) serdeczności uśmiech, gdy oznajmił dornijskiej księżniczce, iż pod sercem nosi dziecko. Jesteś brzemienna, pani, to nie ulega żadnej wątpliwości, te słowa przebrzmiewały w jej umyśle na długo po tym, jak starzec opuścił komnatę, pozostawiając ją samą z własnymi myślami. No, nie do końca. Choć już wcześniej miała niemal całkowitą pewność, nie wątpiła w inny stan rzeczy choćby przez chwilę, to dopiero teraz… ta nowina uderzyła w nią z całą swą mocą. Siedziała na łożu, ukryta za delikatnymi kotarami, pogrążona w całkowitej ciemności, nie odwracając spojrzenia od własnego brzucha, który gładziła ostrożnie dłońmi z niemal nabożną czcią. Księżniczka oczy miała szeroko otwarte, jakby wciąż nie dowierzając, że… pod sercem naprawdę nosi nowe życie. Spędziła tak chyba całą noc, może nawet dłużej – straciła poczucie czasu. On płynął gdzieś obok Dornijki, kompletnie jej nie dotycząc. W tamtym momencie istniała tylko ona i strach, który zagnieździł się uparcie w jej umyśle. Strach przed nieznanym, przed przyszłym bólem, przed tym, że to dziecko, jej dziecko, urodzi się w takim miejscu jak to. W samym środku piekła.
Ocknęła się dopiero, gdy słońce górowało nad horyzontem, a służąca przyniosła jej posiłek, składający się z pieczonej piersi kurczęcia z malinowymi mandarynkami oraz gotowanych szparagów. Księżniczka z trudem powstrzymała od siebie tacę, nie odczuwając głodu, lecz zaraz myśli powróciły na poprzednie tory. Do tego serca, które biło już pod jej własnym i zmusiła się do przełknięcia kilku kęsów. Była zbyt podekscytowana, aby jeść. Ręce księżnej jęły drżeć w radosnym uniesieniu, a oczy lśniły jak dwa rozżarzone węgielki. Nie mogła się na niczym skupić, a gdy skierowała się w stronę skrzyni, która kryła jej suknie, szła niemal tanecznym krokiem, na sam koniec obracając się wokół własnej osi.
Musisz urodzić mu syna, słowa Edrika, wypowiedziane podczas jednego z ich ostatnich spotkań, nim wyjechał z Królewskiej Przystani, brzęczały gdzieś na samym krańcu jej umysłu, nie zakłócając radości, lecz w pewnym stopniu zaczynając ją przytłumiać, gdy wspinała się już po schodach Wieży Namiestnika. Syna, syna, syna.
Muszę?
Pokonywała ostatni stopień, gdy ciszę panującą w wąskim korytarzu przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Księżniczce powiedziano, że jej pan mąż znajduje się w tamtym momencie w Małej Sali sam, lecz w tym momencie nabrała wątpliwości. Przystanęła przy ścianie, opierając się o nią plecami i biorąc głęboki oddech. Spokojnie. Nie wątpiła, iż stłuczone szkło było skutkiem napadu gniewu Księcia Smoczej Skały, które zdarzały mu się niezwykle często jak zdążyła się przekonać w przeciągu niemal trzech księżycy ich małżeństwa. W ciszy obserwowała niemą służącą, niosącą w rękach tacę z chlebem oraz gęstym ale. Dziewczyna wyminęła księżniczkę, wcześniej kłaniając się jej nisko, aby wsunąć się za drzwi małej Sali. Gdy wracała, Ivory złapała ją za łokieć, zatrzymując w miejscu.
-Jest sam?
Niemowa skinęła jedynie głową, po czym czmychnęła prędko po schodach w dół, chcąc jak najszybciej uwolnić się od gęstniejącej atmosfery. Dornijka wygładziła spódnicę sukni, skrojonej z myrijskiej koronki,i podszytej kremowym jedwabiem, który sprawiał wrażenie, iż dziewczyna nie ma na sobie nic… prócz owej czarnej koronki. Strój miał jednak jeszcze jedną istotną zaletę – przylegał ściśle do ciała, podkreślając w tym momencie lekko wypukły już brzuch księżniczki, lecz to mogło dostrzec jedynie wprawne, przypatrujące się jej z uwagą spojrzenie.
Odczekała jeszcze chwilę i wzięła głęboki oddech, nim sama uniosła dłoń i otworzyła drzwi małej sali, aby przekroczyć jej próg. Ciemne spojrzenie Dornijki nieśpiesznie przesunęło się po długim stole i zdobiących ścianę arrasach, by w końcu spocząć na Namiestniku Siedmiu Królestw, który…
… z pewnością nie był w dobrym nastroju. To nie jest odpowiedni moment, przemknęło jej przez myśl, lecz nie zamierzała się wycofać. Nie teraz, gdy nadarzyła się jedna z nielicznych okazji do rozmowy w cztery oczy; a ponadto – dłuższą zwłokę mógłby uznać jej za złe. A księżniczka dawno doszła już do wniosku, iż w tańcu ze swym małżonkiem musi niezwykle ostrożnie stawiać kroki. I z całą pewnością nie doprowadzać go do gniewu.
-Panie mężu – odezwała się cicho, zamykając za sobą drzwi i robiąc kilka kroków w jego stronę. Zamarła jednak w bezruchu po drugiej stronie stołu, drżącą dłonią wsuwając kosmyk kruczoczarnych włosów, opadających teraz na plecy miękkimi falami, za ucho. –Wybacz mi, że przeszkadzam, lecz… muszę Ci o czymś powiedzieć.
Ton jej słów był cichy i poważny, lecz zaraz sztywność całej sytuacji przełamał nieśmiały uśmiech, który wkradł się na pełne wargi Dornijki, rozjaśniający lico i przede wszystkim - szczerzy. Nowina, którą pragnęła mu przekazać była wszak powodem do radości, czyż nie? A ponadto... nawet pomimo częstego strachu i obaw, które żywiła wobec tego mężczyzny, nosiła również w sobie wyjątkowo... gorące doń uczucia, które niejednokrotnie przywołały na jej twarz ten uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pią Wrz 05, 2014 1:01 pm

Wszyscy ludzie są psami.
Dokładnie te słowa przemknęły mu przez głowę trzy doby temu, gdy Wielki Maester przekazał mu list, który przybył do Czerwonej Twierdzy tego samego feralnego dnia. Maegor przez długi czas nie dotykał dokumentu, miotnął go pośród stertę innych papierzysk, niemal całkowicie zapominając o istnieniu pergaminu… lecz wczorajszego wieczoru odkrył wiadomość niedbale porzuconą na krześle, a jako człek niewierzący w przypadki…
… musiał zareagować. Prawie do północy wpatrywał się w papier, jakby pragnął przeniknąć jego treść bez łamania pieczęci, nie do końca wierząc w bezinteresowność nadawcy.
Zwykły pies nie wie, dlaczego jego pan wymaga od niego szczekania na jednych ludzi i merdania ogonem na widok innych. Nie wie, dlaczego może szczać wszędzie, jeno nie w domostwie właściciela. Nie ma pojęcia, po co musi ścigać do upadłego inne stworzenia, a następnie – wbrew naturze – ich nie zjadać. W zamian dostaje gnata i wątpliwą protekcję, jednak sens praw, które musi respektować, jest dla niego tajemnicą. Respektuje, lecz nie wie dlaczego.
Na pieczęci nie było żadnego godła ani znaku. Namiestnik przez chwilę badał fakturę papieru – i tu bez  nadzwyczajności. W końcu złamał lak i przyjrzał się pismu… wprawdzie nie znał się na  kaligrafii, lecz pismo zdało mu się nieodległe od pełnej doskonałości, litery stawiała dłoń  nieomylna; forma znaków była zwiewna i zarazem zamaszysta. Targaryen uznał, że ma do czynienia z człowiekiem hardym i pełnym pogardy, a przy tym - umysłowo lotnym… co stanowi niezmiernie rzadkie połączenie. Po tych wstępnych oględzinach, które przyniosły nikły rezultat, Maegor jął czytać.
I zapewne dlatego od wczoraj wściekły jest na cały świat - bez wyjątków.
Zrazu pomyślał, że ma do czynienia z fragmentem jakiegoś teologicznego rękopisu, jakich pełno na byle pchlim targu w Starym Mieście, jednak w drugiej części dokumentu autor zwracał się już bezpośrednio do Namiestnika Siedmiu Królestw - w kolejnych zdaniach przez niego nakreślonych następował dość szczegółowy opis makabrycznych zbrodni. W miarę czytania  w Targaryenie narastał wewnętrzny dreszcz, bowiem opisy dokładnie odtwarzały jego sen. Jedyny sen, jaki mu się kiedykolwiek przyśnił… było w tym coś niewątpliwie szyderczego, bowiem wielu ludzi opowiadało mu swe mary – czasem były przerażające, lecz częściej piękne.  Maegor czasem tęsknił za sennymi wizjami; czuł się w jakiś sposób wyzuty z przywilejów  dostępnych nawet tym najbiedniejszym. No i proszę, doczekał się.
Siedmiu mężczyzn z wyłupanymi oczami i przekłutymi uszami. Szczegóły wskazywały na dużą
konsekwencję i determinację sprawcy - choćby okoliczność, że musiał podróżować po terenie  całego królestwa - od gorącego Dorne, aż po daleką Północ. Człek ów musiał być opętany jakąś niebywałą manią, która dawała mu  moc czynienia zła na znaczną skalę. A może w jego mniemaniu czynił dobro - zło było mu  środkiem wiodącym ku znakomitemu dobru?
Sposób kaleczenia ofiar musiał mieć jakieś znaczenie, lecz póki co niewiele mówił Targaryenowi. Tych biedaków zgoła nic ze sobą nie łączyło, poza okolicznościami zbrodni. Dlaczego  ktoś pozbawia ludzi zmysłów, a jeśli już poczyna sobie z nimi tak niedelikatnie, to czemu pozwala, by odnaleziono jego ofiary? Rytuał? Mania religijna?
Nikt nie dostrzegł sprawcy, nie potrafił podytkować jego opisu.
Znaki zapytania mnożyły się z każdą kolejną chwilą, którą Maegor przeznaczał na studiowanie treści listu. Książę Smoczej Skały nie lubił niedokończonych spraw - to jedno. A drugie…
… sen. Skąd ktoś, na Innych, zna mój sen?
W tym wypadku grono podejrzanych było znacznie bardziej zawężone. Kilka imion, kilka osób, które łatwo (przesłuchać) zapytać, czy przy kolejnym kielichu wina nie były zbyt gadatliwe.
Wszyscy ludzie są psami.
Namiestnik westchnął cicho, odchylając głowę na oparcie rzeźbionego krzesła i wsłuchując się w prędkie kroki służki, która niemal wybiegła z komnaty, jakby gonił ją sam Azor Ahai z płonącym mieczem w prawicy. Lawendowe spojrzenie przez długą chwilę utkwione było w bliżej nieokreślonym punkcie na suficie, zupełnie jakby Targaryen spodziewał się, że odnajdzie tam odpowiedzi na wszystkie nękające go pytania. Podobny stan pozornego spokoju, niemal zamrożenia od lat zdarzał mu się rzadko, znacznie rzadziej niż kiedyś, gdy…
Książę prychnął pod nosem z irytacją, przymykając zmęczone powieki. Brak snu dawał mu się we znaki mocniej niż przed dekadą… niż przed rokiem, na bogów.
Aerys doskonale wiedział co robi, mianując mnie Namiestnikiem.
Kąciki ust Targaryena wygięły się w ponurym uśmiechu. Po śmierci pani matki zaszła w nim, zrazu niedostrzegalna, zmiana – jakby nagle runęły tamy charakteru Maegora, prawdziwego, choć latami ukrywanego.
Jeśli ktoś nie wykończy mnie dla stanowiska… to wykończę się sam.
W Księciu Smoczej Skały gdzieś głęboko, gdzieś, gdzie nie sięgnęłaby żadna sekcja zwłok wyklętego z Cytadeli mastera, było takie puste miejsce: miejsce na wiarę - wszystko jedno w co. Do tego miejsca przez całe lata odbywał się wyścig – kto pierwszy, ten lepszy. Mówi się, że Namiestnik musi być pozbawiony duszy i sumienia – taki wymóg fachu, takie kwalifikacje zawodowe… Maegor zaś bił w tym względzie wszelkie rekordy.
Tyle, że zimny i wyrachowany intelekt równie dobrze może sprawdzić się na Żelaznym Tronie.
Drzwi szczęknęły głucho, gdy do Małej Sali weszła kolejna osoba - na pewno nie interesant, tych bowiem Targaryen od wczoraj zbywał z dziecinną łatwością. Służka także nie wchodziła w rachubę, a zatem… Książę Smoczej Skały rozchylił powieki, starając się odwlec w czasie moment, w którym będzie musiał oderwać ścięty mrozem zawziętości wzrok od sufitu i spojrzeć… na nią.
- Nie przeszkadzasz. - słowa, w zamiarze zapewne mające na celu uspokojenie stojącej po drugiej stronie stołu kobiety, zabrzmiały jak trzaśnięcie biczem, wymierzone na domiar złego zdychającej szkapie.
Wszyscy przeszkadzacie.
Maegor przetarł zmęczone oczy, prostując się w końcu i opierając łokcie o blat stołu. Wszystko jawiło mu się wyostrzone, kontury mebli były jak miecze z valyriańskiej stali, kolory jaskrawe niczym łgarstwa dziewek o dozgonnej miłości - mimowolnie zmrużył powieki, zupełnie jakby pragnął powstrzymać igiełki bólu wbijające się w źrenice. Musiała minąć irytująco długa dla Namiestnika chwila, nim zdołał przystosować wzrok do światła - i właśnie wtedy jego uwagę przykuła nie opływowość kształtów Ivory, nie kibić, nie piersi…
… ale jej oczy.
Były pełne światła.
Maegor myślał, że nigdy więcej nie ujrzy oczu tak rozświetlonych blaskiem nie rzucającym cieni.  Oczy kobiety, która odczuwa bezwiedną, irracjonalną z punktu widzenia mężczyzny radość.
Jego kobiety.
Targaryen nawet nie zauważył, gdy wyciągnął dłoń w stronę Ivory. Gest pozbawiony pośpiechu, niemal nienaturalnie spokojny w wykonaniu kogoś, kto przed chwilą miał ochotę zdemolować własną komnatę.
- Podejdź.
Być może widok żony dla innego mężczyzny nie byłby niczym nadzwyczajnym na ponad dwa księżyce po ślubie, kobieta raziłaby powtarzalnością, monotonią każdego… lecz nie Maegora.
Książę lubił widoki, rzeczy, uczucia znane i oczywiste, bo przynosiły mu one spokój, zabijały strach…
Ale nie tym razem.
Tym razem coś go wyraźnie zaniepokoiło w pozornie znajomym widoku Ivory. Nieznane w znanym. Na początku nie wiedział, o co chodzi. Jakiś szczegół, rys, drobna zmiana...
- Coś się stało? - fiołkowe spojrzenie zamarło na gładkiej twarzy Dornijki, najwyraźniej przygotowane na… najgorsze wieści. Najgorsze wieści, które z niewiadomych przyczyn miały cholernie wiele wspólnego z Aerysem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pon Wrz 08, 2014 1:44 pm

Tuż przed oczyma Ivory pojawiła się ćma. Wielka, tłusta ćma, trzepocząca swoimi skrzydełkami w zawrotnym tempie, aby w końcu spocząć na oparciu jednego z krzeseł, gdzie podążyło dziewczęce spojrzenie. Owad znieruchomiał, spokojny i pełen beztroski, a księżniczce przemknęło przez myśl, że w tym właśnie momencie, gdy zabrzmiały ostre słowa męża, pragnęłaby być tą właśnie ćmą i wylecieć przez rozbitą okiennicę, choć zaraz w duchu zganiła samą siebie za taką postawę. Nie miała wszak w zwyczaju uciekać, czy ukrywać przed tym, co stawiał przed nią los. Wychodziła temu naprzeciw, z wysoko uniesioną brodą, winna być przecież nieugięta, niezachwiana i niezłomna. Na swoje jednak nieszczęście dornijska księżniczka należała do istot wrażliwych, kochających i skłonnych do największych poświęceń, które mogą przez to zaraz zginąć w tym świecie przez zderzenie z jego rzeczywistością, może przyszła na świat po prostu z wadą serca. Za dużo czuła.
Nawet teraz pierś uniosła się w niespokojnym oddechu, gdy serce zaczęło bić boleśnie, choć nieśpiesznie, jakby czas wokół zwolnił. Mocno uderzało w żebra i dziewczyna miała wrażenie, że siedzący naprzeciw Smok zaraz to usłyszy.
-Nie. Nie stało się nic. Nic złego. – słowa Ivoy niemal brutalnie kontrastowały z wcześniejszym tonem jej męża, były ciche i miękkie, niemal kojące.
Ruszyła z miejsca, stąpając ostrożnie, choć pewnie, aby obejść stół i na chwilę przystanąć przy oknie. Słońce chyliło się ku horyzontowi, rzucając na świat smugi ciepłego, wieczornego światła, które zaigrało w ciemnych tęczówkach dziewczyny, obserwującej ruch w jednej z uliczek gdzieś w oddali. Ludzie przypominali jej maleńkie mrówki, nie rozróżniała konkretnych sylwetek, czy to męskich, czy kobiecych. Dostrzegała jednak te stanowczo mniejsze kontury, poruszające się szybko, przemykające gdzieś pod nogami – małe dzieci. Kącik ust księżniczki uniósł się w uśmiechu, a ona ponownie zwróciła się ku swemu małżonkowi, aby tym razem już bez zwłoki do niego podejść i wsunąć swą dłoń w jego. Nie spędzili ze sobą nocy przeszło od ponad tygodnia i może dopiero teraz mógł dostrzec ledwie zauważalna zmiany. Uśmiech miała jakiś bardziej promienny, brzuch delikatnie uwypuklony, piersi zaś większe. A wszystko to mogło mieć jedynie jedną przyczynę.
Oparła się o stół, przysiadając na jego brzeżku blisko Księcia Smoczej Skały, wbijając spojrzenie w ich splecione ręce. Czarne pukle opadły na piersi, skrywając po części za swą kurtyną jej policzki.
-Powinieneś odpocząć, Maegorze. – powiedziała cicho, wciąż nie poruszając tematu, który miał być treścią ich rozmowy.
Kciukiem kręciła maleńkie kółeczka po grzbiecie męskiej dłoni, przywykłej do trzymania oręża. Dopiero wtedy uniosła wzrok, by uchwycić fiołkowe spojrzenie Namiestnika Siedmiu Królestw. Budził w niej niezwykle paradoksalne uczucia, którymi sama była zdziwiona. Nie mogła zaprzeczyć, że niejednokrotnie odczuwała jakąś obawę w sercu, gdy wpadał w gniew. Plotki o jego gwałtowności nie były przesadzone, wciąż także dostrzegała te płomienie w jego oczach, które ujrzała w chwili składania sobie przysięgi przy ołtarzu Matki i Ojca. Gdy jednak zamykał ją w uścisku silnych ramion to, o ironio, czuła się w tym objęciu… bezpiecznie? Pewnie? Nie obawiała się dotyku, który może i bywał brutalny, lecz nie przynosił bólu. Wprost przeciwnie – pragnęła jego dotyku.
Wbrew wszelkiemu rozsądkowi pragnęła go obok.
-To wszystko musi być niezwykle męczące. – podjęła ponownie, unosząc drugą dłoń do twarzy Targaryena i zewnętrzną stroną palców muskając blady policzek. – Rola syna, brata, Księcia Smoczej Skały i Namiestnika Siedmiu Królestw, męża… i ojca.
Urwała na moment, zbliżając swą twarz do jego. Śledząc wzrokiem każdą zmianę, każdy grymas, czy iskrę tańczącą we wrzosowym spojrzeniu.
Tego od Ciebie chciał.
Karminowe wargi Dornijki musnęły bladą skórę lica.
-Jestem… jestem w ciąży. To już trzeci księżyc.
Głos Dornijki był cichy, niemal przechodził w szept, jakby obawiała się, że ktoś może ich podsłuchać. Nie nosił w sobie jednak smutku, choćby odrobiny…  był ciepły jak powiew pustynnego wiatru, bądź muskające skórę promienie słońca późnym popołudniem. Oczy rozbłysły jeszcze mocniej, pełne radości na myśl o noszonym pod sercem życiu, które… winno okazać się synem. Ivory głęboko wierzyła, że da Maegorowi syna, choć przez ostatnie miesiące wiary było w niej wyjątkowo niewiele.
Nim jej małżonek zdążył odpowiedzieć, stało się coś niespodziewanego… bądź wprost przeciwnie, Królewską Przystanią bowiem od kilku dni targały czy to silniejsze, czy słabsze trzęsienia ziemi. Także i teraz Czerwona Twierdza zatrzęsła się w posadach. Jeden z obrazów wiszących na ścianie spadł z hukiem, ale wylądowało na posadzce, zaś talerz z posiłkiem pobrzękiwał jak szalony. Dornijka zachwiała się, niemal tracąc równowagę.
Przypadek, czy odpowiedź Bogów?
Gdy była małą dziewczynką z przyjemnością podejmowała lekturę Siedmioramiennej Gwiazdy, odnajdując tam uspokojenie i ukojenie, że Bogowie zawsze jej pomogą, jeśli tylko będzie modlić się wystarczająco żarliwie. W tym przekonaniu utwierdzała ją zarówno septa, która nieustannie jej towarzyszyła oraz maester Jafar, na tamtym etapie pozwalający jej jeszcze na dziecięcą naiwność. Silną wiarę, że dobro zawsze pokona zło.
Jednak ostatni rok jej życia z pełną brutalnością pozbawił ją złudzeń.
Siedmiu milczało, albo… po prostu istnieli jedynie w świadomości ludzkiej, by nie tracić poczucia, że istnieje siła wyższa, która może pomóc. Obronić. Pocieszyć. To nie pozwalało do końca się załamać, dawało siłę do przetrwania, lecz Ivory nie odczuwała już potrzeby zwrócenia się ku Bogom. Stan błogosławiony wszak był zasługą natury, nie zaś... ich.
Powinnaś płakać nie dlatego, że bogowie Cię opuścili… lecz dlatego, że to ty opuściłaś ich.
Trystane być może miał rację, lecz to nie miało już w tym momencie żadnego znaczenia. Ivory zwróciła się ku… realizmowi? Być może, choć wciąż tkwiła w niej jakaś nadzieja.
Pod postacią wiary, głębokiego i silnego przekonania, że pod sercem nosi syna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Sro Wrz 10, 2014 10:31 pm

Świat był ciężkim łańcuchem uczynków i ich konsekwencji, który oplatał ludzi, krępował ich swobodę wyboru, miłosierdzie. Zdrada rodziła zdradę, cierpienie odbijało się cierpieniem. Zło nigdy nie ginęło, bowiem istota ludzka w swej ułomności nie potrafiła go pokonać… była  na to zbyt słaba. Zbyt naiwna. Maegor w takich chwilach cieszył się, że więcej ma w sobie ze zwierzęcia niż z człowieka. Już dawno temu pojął, iż jego życie było pasmem zdrad, co od ponad trzech księżycy dostrzegała Ivory, niemal bez problemu (rzecz irytująca… i na swój sposób fascynująca Targaryena) odczytując tłumioną wściekłość w twardych rysach twarzy męża, w jego zaciśniętych ustach, w zimnych oczach, których fiolet przywodził na myśl nie zabarwione zachodzącym słońcem niebo, a pokrytą starą krwią stal. Namiestnik Siedmiu Królestw wiedział, że świat rządzony jest twardymi prawami oraz że sama sprawiedliwość jest bladym cieniem tych praw - i właśnie dlatego nie mogłaby sprawdzić się w Królewskiej Przystani.
Targaryen jak zawsze czuł się zdradzony i opuszczony, uczucie to towarzyszyło mu od wczesnego dzieciństwa, to zdrada nadawała jego życiu formę. Najpierw zdradzany bywał Maegor, potem zdradzał on sam, mszcząc się w ten sposób za swój los… nigdy jednak nie personifikował zdrady - zdradzał go przecież cały świat, za niepowodzenia odpowiedzialna była rzeczywistość. Książę Smoczej Skały traktował swe pochodzenie, swoje stanowisko, swój talent jak jedną, nieustanną, monstrualną zdradę. Wyobrażał sobie, że zdradza wszystkie kobiety, z którymi kiedykolwiek miał styczność, i poniekąd tak było w istocie. Nie wziął jednak w rachubę faktu, że zdradzane przez niego wiedzą o zdradzie, godzą się z nią, płacą za nią własnym ciałem, a może nawet jej pożądają - wszystko zaś dlatego, że Maegor Targaryen, jak wszyscy mężczyźni świata, lubił się pławić w moralnych nieczystościach.
- Dobro i zło to końce jednego kija. - fiołkowe spojrzenie spokojnie śledziło wędrówkę Ivory przez Małą Salę, z niemal nabożną czcią obserwując smukłą sylwetkę Dornijki odcinającą się od wpadającego przez strzeliste okna światła. Koronka sukni przylegała do ciała tak szczelnie, iż sprawiała wrażenie niemal namalowanej…
… na nagim, odsłoniętym przed wzrokiem innych mężczyzn ciele.
- Jest z nimi jak z ogniem i mrozem: niby przeciwieństwa, a w swych ekstremach działają podobnie – skutki odmrożeń i poparzeń są jednakie, nieprawdaż?
Maegor zmrużył lekko oczy, gdy smukłe palce Ivory spoczęły na jego dłoni, obdarzając bladą skórę Księcia delikatnym dotykiem… który nie pomagał. W żadnym stopniu nie pomagał, bowiem w Targaryenie z wolna narastała w furia, z gatunku tych niebezpiecznych… bo zimnych jak Mur.
- Dlatego ludzie dotknięci monstrualnym dobrem tracą zmysły, jakby ich dotknęło zupełne zło. - Namiestnik obojętnym wzrokiem śledził kciuk Ivory kręcący delikatne kółka na jego bladej skórze. Maegor był przekonany, że rzeczywistość sprzysięgła się przeciw jego przeczulonym zmysłom, atakując je kakofonią dźwięków, potwornym bukietem zapachów… oraz pełną paletą barw, których Targaryen niestety nie zauważał - choćby dlatego, że jego spojrzenie tkwiło w oddalonym o kilkanaście cali brzuchu żony, ukrytym pod cienką koronką sukni.
Chyba się domyślił… chyba? Fiołkowe oczy nie wyrażały żadnych emocji, być może poza znużeniem wywołanym ciągle narastającym w szerokiej piersi gniewem. Powinien się cieszyć. Powinien krzyknąć z zachwytu, porwać ją w ramiona, unieść nad ziemię i okręcić wokół własnej osi. Powinien pocałować z zachłannością usta, których smaku nie czuł od ponad tygodnia.
Ale nic podobnego nie zaszło. Nawet po słowach Ivory, potwierdzających jego domysły. Nawet po pełnym czułości tonie jej głosu. Nawet po delikatnym geście, gdy to pogładziła policzek męża. Nic. Nie. Zaszło.
- Dlatego… - słowa zamarły w gardle Maegora, przeradzając się w głuchy, chrypliwy pomruk, zdradzający prawdziwe uczucia Księcia Smoczej Skały.
Uczucia, które nie miały wiele wspólnego z radością.
W chwili, w której Targaryen gotowy był podjąć przerwane zdanie… bogowie (oni? Aby na pewno oni?) postanowili zgotować Namiestnikowi kolejną niespodziankę - świat zatrząsł się w posadach, zupełnie jakby natura podzielała gniew Maegora… lecz w przeciwieństwie do niego, w końcu uzewnętrzniła swe emocje, narażając na straty wyposażenie Małej Sali. Książę Smoczej Skały nawet nie zauważył spadającego ze ścian obrazu - jego dłoń niemal odruchowo zacisnęła się na przedramieniu Dornijki, zupełnie jakby Smok obawiał się, że Ivory rozpłynie się w powietrzu, gdy tylko wstrząs przeminie i ponownie pogrąży ich w martwej ciszy.
Do diabła.
Targaryen dźwignął się z miejsca, nie poluźniając bolesnego uścisku nawet po tym, gdy ziemia pod ich stopami się uspokoiła, pozwalając na oszacowanie miernych strat. Przywodzące na myśl dzikie wrzosy spojrzenie Maegora zamarło na twarzy Ivory, zupełnie jakby pragnęło wymazać z jej ust tą głupią, naiwną radość.
- Dlatego ubierasz się jak kurtyzana? - tym razem pytanie przebrnęło przez gardło Księcia bez problemu - lodowaty ton był jednak zaledwie zwiastunem gniewu, który Dornijka najdotkliwiej mogła odczuć na przedramieniu, wciąż zamkniętym w stalowym uścisku palców Targaryena. - Nosisz moje dziecko i przyodziewasz kurewskie koronki, które narażają Cię na spojrzenia postronnych? Chcesz, by każdy zauważył większe piersi, wypukły brzuch? A może brakuje Ci uwagi, pani żono? Pragniesz wzbudzać pożądanie w innych mężczyznach? W byle psiarczyku kręcącym się po dziedzińcu? - na ustach Namiestnika wykwitł gorzki uśmiech, gdy odtrącił ramię Ivory, nawet nie starając się ukryć pogardy w spojrzeniu. Słowo, dokładnie jedno słowo dzieliło go od sięgnięcia po leżący na stole sztylet i…
- Następnym razem przyjdź do mnie nago, teraz i tak nie brakuje Ci zbyt wiele. - widoczna na szyi żyła teraz pulsowała w rytm uderzeń serca, swobodnie, niemal z radością - zwłaszcza, że ta wywołana została choć po części uwolnionym gniewem. Maegor bez słowa wyminął własną żonę, niemal dokładnie odtwarzając jej drogę do okna, przy którym zatrzymał się gwałtownie, obserwując sylwetkę Ivory w odbiciu widocznym w szybach.
- Mógłbym Cię wysłać na Smoczą Skałę aż do rozwiązania. Tam pokazywałabyś się co najwyżej szczurom w wieży zamkowej. - Targaryen z trudem przełknął gorzką ślinę, starając się choć po części ostudzić emocje. Już dawno temu uznał, że świat jest dobry wyłącznie dla ludzi silnych i wyzbytych prostych wzruszeń; porywy brał za szkodliwe dla serca, w istnienie duszy nie wierzył wcale… - Ale wolę, byś została tutaj… w swojej komnacie. Z kimś, kto będzie nieustannie testował każde danie, każdy owoc, każdy łyk soku i eliksir od Wielkiego Maestra, który tylko zechcesz wziąć do ust. Nie możesz opuszczać Czerwonej Twierdzy, zaś jakąkolwiek próbę wycieczki poza zamek odbiorę jako przeciwstawienie się woli pana męża… - Maegor uśmiechnął się kpiąco, odwracając w stronę Dornijki. - … a tego przecież się nie dopuścisz, prawda? - Targaryen nie wiedział – nikt jeszcze w jego świecie o tym nie wiedział – o mechanizmach doboru naturalnego, lecz instynktownie uważał się za nieodzowny element takiej właśnie maszynerii społecznej. Czasem myślał o sobie, nieco na wyrost, jak o prawie natury, niewzruszonym żywiole działającym poza dobrem i złem.
A jednak musiał coś czuć na wieść o poczęciu pierwszego dziecka z prawego łoża. Cokolwiek....
- Wracaj do siebie. - trzy krótkie, oschłe słowa - oto jego reakcja.
Maegor wciąż miał w pamięci przypadki, w których służki zachodziły z nim w ciążę - jeśli wiedział o podobnym przypadku, dziecko za każdym razem usuwano, płacąc za to słono znachorce z Królewskiego Lasu. Sam Targaryen mniemał, że były to jedyne akty miłosierdzia z jego strony, przykre epizody, niemal natychmiast puszczane w niepamięć.
Ale tym razem było inaczej. Tym razem pragnął tego dziecka - pragnął go z kobietą. Więc dlaczego... dlaczego skończyło się niemal tak, jak zawsze?
Dlaczego, Ty wyprany z uczuć skurwysynie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Czw Wrz 11, 2014 12:51 pm

Ivory zacisnęła mocno powieki, chcąc na chwilę odgrodzić się od rzeczywistości.
Powrócić do lat dziecięcych, do Dorne, do Wodnych Ogrodów, kiedy wszystko było przecież takie proste. Łatwe. Przyjemne. Każdy dzień zaczynał się na nowo, bez ciężaru dnia wczorajszego. Jedynym zmartwieniem była ganiająca za Tobą septa, krzycząca, że nie tak zachowuje się księżniczka Dorne. Dornijka na krótką chwilę cofnęła się w przeszłość i znów była małą i bezpieczną dziewczynką, bezpieczną tak zupełnie, tak bez reszty, jak dziecko w obecności pana ojca. Przez krótką chwilę miała go przed oczami – stał w ciemnych drzwiach komnat, cichy strażnik jej dzieciństwa dopóki ona nie zasnęła snem istoty naiwnej, niewinnej, niedojrzałej. Dopiero później, kiedy zaczęła dorastać, dotarło do niej, że to bezpieczeństwo było złudą, jeszcze jednym dziecięcym wyobrażeniem, że Wodne Ogrody to cały świat, że nie ma już nic dalej prócz Słonecznej Włóczni. Wątpiła w smoki i lasy, jakże mogły istnieć, skoro ich tam nie było?
Ale to już minęło.
Teraz była już dorosłą kobietą, zamężną, w łonie nosiła dziecko, a mimo to wciąż uczyła się dorosłości. Owej dorosłości uczyła ją przemoc, rany i rozczarowania, które towarzyszyły jej już od ponad… roku? Od momentu, w którym Alysanne Tyrell postanowiła otruć jej rodziców? Chyba wtedy roztrzaskał się dotąd bezpieczny świat, a wszystko stało się inne. Nieprzyjemne, okrutne, bezwzględne. A Ivory marzyła jedynie o tym, by powrócić do Wodnych Ogrodów, znów mieć osiem dni imienia i utonąć w objęciach pani matki, zanurzyć noc w jej kruczoczarnych włosach pachnących egzotycznymi owocami, dotknąć ciemnej, zawsze gorącej skóry. Tyle, że to nie było możliwe. Nic nie było już miękkie i bezpieczne. Miała wrażenie, że znalazła się w miejscu zbudowanym z zimnego szkła, w którym wystarczył jeden nieostrożny krok, aby wszystko zaczęło… płonąć?
A ona właśnie go nieświadomie go postawiła.
Wcześniej już dostrzegała nieprzyjazne (mówiąc niezwykle delikatnie) spojrzenia rzucane przez jej pana męża innym mężczyznom, gdy tylko pojawiali się gdzieś razem, dostrzegała naganę malującą się na jego twarzy, kiedy rozmawiała z jednym z dworzan zbyt długo – lecz nie przyszło jej do głowy, że furię wzbudzi w nim… sukienka z myrijskiej koronki.
Chciałabym móc Cię obronić przed Tobą samym.
Spodziewała się… właściwie czego? Jego uśmiechu, radości? Maegor Targaryen nie należał do mężczyzn, który z egzaltacją okazywał uczucia. Prawdę mówiąc – prócz gniewu, pogardy i znużenia z rzadka okazywał inne uczucia w jakikolwiek sposób. Ivory spoglądała na twarz męża bardzo często, częściej niż mógł to zauważyć, starając się dostrzec każdą zmianę, ruch mięśni, błysk w oku – cokolwiek, co sugerowałoby, że nie jest tylko pustą skorupą potrafiącą jedynie miotać wszystkim na prawo i lewo w chwili złości. Czasami, bardzo rzadko miała wrażenie, że coś weń dostrzega – a przynajmniej chciała w to bardzo mocno wierzyć. Może i wierzyła, kiedy unosiła twarz, aby ucałować jego usta, gdy trzymał ją w ramionach. Bo tak było wygodniej.
Teraz musiała się jednak zmierzyć z innym jego uczuciem. Zazdrością?
Przeszedł ją dreszcz. Nieprzyjemny, zimny dreszcz, gdy Maegor zamilkł, wydając z siebie chrypliwy pomruk pełen gniewu. Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu księżniczki boleśnie, mocno i brutalnie, a ona zadrżała mimowolnie, powoli unosząc na małżonka spojrzenie. Pełne zdziwienia, może nawet niedowierzania, choć w głębi ducha w pewnym sensie się tego spodziewała. Tego, że wkrótce jeden z napadów gniewu Smoka spadnie na nią. Może przez ostatnie tygodnie za mocno żyła ułudą, iż zawsze będzie przy nim bezpieczna.
Bezpieczeństwo było pojęciem, które dawno już winna pożegnać w swoim życiu.
-Ja… ja nie… – próbowała się odezwać, może nawet wytłumaczyć, a jednocześnie wyszarpnąć ramię z bolesnego uścisku – lecz nadaremno. Smok mówił nieustannie, nie mając zamiaru dać dojść jej do słowa.
-To w Tobie… – urwała cicho, być może nawet tego nie usłyszał.
Zacisnęła usta, lecz nie odwracała spojrzenia, choć wzrok Smoka był zimny jak Mur. Nie jestem winna tego, co mi zarzucasz. Nie chciała i wprost nie mogła uwierzyć, iż pierwsza kłótnia w ich małżeństwie, pierwsza tak ostre słowa dotyczyły… zwykłej sukienki, którą teraz miała ochotę rozerwać na strzępy i wrzucić w płomienie.
Dornijczycy są jednak znani ze swej gorącej krwi. Ze swej zapalczywości. Bywały chwile, gdy prędzej coś robili, niż myśleli i to przynosiło im zgubę – nie tyczyło się to jedynie spraw miłosnych, z których również przecież słynęli. Mieli opinię rozwiązłych, a kiedy temperatury osiągały rekordowe wartości… trudno było nie odkrywać ciała – w Dorne nikt jej suknią nie byłby zgorszony. Musiała jednak pamiętać, że jest w stolicy, nie swojej rodzinnej krainie. A tutaj kobieta była posłuszna swemu panu mężowi, winna być skromna i zakrywać swoje ciało.
Ale Ivory Martell o tym zapomniała.
Żmije są brane za węże krwiożercze, atakujące każdego człeka, który znajdzie się w zasięgu w ich wzroku, aby odnaleźć w tym jakąś przyjemność, lecz nie jest do prawdą. Żmija nie atakuje człowieka, jeśli nie czuje się zagrożona. Może ukąsić, gdy wyczuje, czasami niesłusznie, zagrożenie.*
Dornijka zerwała się z miejsca, czując narastającą… wściekłość? Jednak nie zimną furię, która mroziła lawendowe tęczówki jej męża, lecz tą płomienną, która sprawiała, że… człek przestawał panować nad swymi czynami i słowami, często później ich żałując. Znalazła się w kilku susach, niczym wąż gotowy, by ukąsić.
-Zamykać w twierdzy jak kanarka możesz sobie swoje bladolice służące, za którymi wodzisz wzrokiem. Myślisz, że tego nie widzę? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, spoglądając na twarz Maegora z nieukrywanym gniewem – Wysyłaj tam sobie swoje bladolice służące, za którymi wodzisz wzrokiem. Myślisz, że nie pamiętam jak podczas wesela zniknąłeś z Allyą Baratheon? A Ty śmiesz robić mi wyrzuty… o suknię? Choć wiesz doskonale, że pragnę tylko Ciebie? – oddychała ciężko, niespokojnie, niemal drżąc z nadmiaru emocji, kłębiących się w piersi, krążących po żyłach z zawrotną prędkością.
Wracaj do siebie.
Chcesz odesłać mnie jak… służkę, panie mężu?
Na chwilę straciła nad sobą kontrolę. Kompletnie zapomniała o zdrowym rozsądku, o tym, że tylko spokój może ją uratować – jak zawsze powtarzał to pan ojciec. Dłoń sama poderwała się z miejsca, chcąc uderzyć z całą mocą w twarz Księcia Smoczej Skały, lecz… zamarła o cal od bladej skóry.
Ale stał za tym instynkt samozachowawczy.
Musisz iść, tak jakby ścieżka za kolejnym zakrętem miała się wyprostować, jakbyś miała wyjść na świetlistą polanę, gdzie znajdziesz spokój i odpoczynek. To całe zaklęcie. Nie zatrzymuj się.
Czasami miała wrażenie, że od jakiegoś czasu są w niej dwie osobowości. Jedna z nich pragnęła żyć w spokoju, koić furię swojego męża, a druga… nie poddawać się dopóki nie odzyska wolności. Jednak teraz zaszła w niej zmiana. Może nawet nie zmiana, nosiła w sobie coś nowego – maleńką istotę w swoim łonie. A ona była ważniejsza niż jej złości, namiętności, czy pragnienia. Wszystko przestało być ważne, gdy tylko kierowała swe myśli ku temu maleńkiemu sercu.
Czasami milczenie jest odwagą.
-Muszę… muszę chronić moje… nasze dziecko. – wyszeptała, jakby w pijackim odurzeniu, patrząc gdzieś błędnym wzrokiem – w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Zgięła palce, dotykając ostrożnie twarzy Smoka, schyliła głowę muskając czołem potężny tors. Pierś uniósł jej głęboki, urywany niepokojem oddech, nim odsunęła się od mężczyzny i chwiejnym krokiem ruszyła ku… drzwiom.
Ale tam nie dotarła.
Złapała się za oparcie jednego z krzeseł, czując jak potężny uderza w nią ból głowy. Dornijska księżniczka… osunęła się bezwiednie na ziemię, tracąc przytomność.
A ciemność, która objęła ją swymi ramionami była ciepła, przyjemna i rozkoszna. Spokojna.


* czytała Krystyna Czubówna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Czw Wrz 11, 2014 4:20 pm

Poszukując azylu w ciasnej, cuchnącej Królewskiej Przystani, większość ludzi zwykła powracać myślami do wspomnień innych części Westeros - rzecz jasna pod warunkiem, że kiedykolwiek mieli możliwość ujrzenia czegoś innego poza murami stolicy. Maegor w tym wypadku nie stanowił chlubnego wyjątku, nie solidaryzował się z miastem, w którym przyszło spędzać mu niemal całe życie, na dobrą sprawę nawet nie lubił Królewskiej Przystani. Z nieznanych sobie przyczyn (nieznanych? Nawet Targaryen musiał mieć choć jedno, dobre wspomnienie związane ze swym ojcem) najchętniej rozpamiętywał ziemie Północy, które odwiedził wraz z Jaehaerysem w dwunastym dniu imienia. W pamięci Namiestnika na stałe odbił się obraz stepów rozległych jak morza - wszystko w tej krainie wydawało mu się
większe, obszerniejsze, intensywniejsze niż gdziekolwiek indziej. W gorące, wilgotne lata
komary tną tam niemiłosiernie, zimą mróz skuwa ziemie, jakby była jego więźniem - jednak amnestia następuję każdej wiosny. Jesienie bywają  ponure jak dusza poety, a podczas gwałtownych burz niebo piorunuje glebę wszechwidzącymi spojrzeniami – marny robal nie umknie ze swoimi sprawami jego uwadze, co dopiero ludzie i ich namiętności, które mają na Północy potworne przebiegi, a zakończenia nieoczekiwane. Jaehaerys Targaryen podczas wizyty w Białym Porcie zabrał swego drugiego syna na leżącą kilka mil od siedziby rodu Manderly plażę, zwaną przez tamtejszych mieszkańców Żuczą. Maegor już w pierwszej chwili zrozumiał, dlaczego tak, a nie inaczej ochrzczono ów spłachetek lądu. Na piaszczystym brzegu roiło się od ogromnych żuków – były ich miliony.
Drgające punkty wyraźnie odcinające się od tła.
Większość, na skutek oddziaływania silnych wiatrów, osypującego się piachu albo fal śmiało penetrujących ląd, leżała bezradnie na grzbietach. Wciąż poruszały odnóżami, wciąż – bardziej chyba instynktownie niż z jakąkolwiek celowością – próbowały zmienić niekorzystne położenie. Daremnie.
Wyobraź sobie, Maegorze. – mówił Jaehaerys, wpatrując się w swego potomka. - Że te nieszczęsne żuki to ludzie w opresji, wszystko jedno jakiej, dość, że w ostatecznym rozrachunku śmiertelnej. Jak im pomożesz? Ilu ocalisz? Życia nie starczy ci nawet na ułamek. Na którym poprzestaniesz? Który będzie ostatnim szczęśliwcem, a który nieszczęśnik pierwszym i niezasłużonym pechowcem?
Maegor tamtego dnia doskonale zrozumiał ojca. Odtąd zawsze, gdy zobaczył jakiegoś żebraka przymierającego głodem albo dziewkę bliższa dna niż sukcesu towarzyskiego, nie czynił nic. Za każdym bowiem razem przypominał sobie o żukach.
I o daremności.
To nie moja sprawa, nie moja sprawa, nie moja... – powtarzał wtedy w myślach zaklęcie chroniące go od odpowiedzialności…
… i nawet nie zauważył, gdy właśnie te słowa zaczęły tłuc mu się pod czaszką tu i teraz, w Małej Sali Wieży Namiestnika, podczas pierwszej, poważnej kłótni z kobietą, którą pojął za żonę. Zaciśnięte z wściekłości usta Księcia Dorne, jego niemal namacalny gniew, wściekłe spojrzenie - wszystko to było niczym w porównaniu z głuchą pustką, jaką odczuwał w sercu.
Zwykłą, obojętną, zimną pustką.
Nawet nie drgnęłaby mu powieka, gdyby musiał złapać za sztylet. Nawet by się nie zawahał, rozcinając nim materiał sukni. Nawet nie pomyślałby o konsekwencjach, wyrzucając Ivory za drzwi - nagą, obnażoną, obdartą nie tylko z odzienia… ale także godności. Nic z tego nie wpłynęłoby na jego emocje, ponieważ on, Maegor Targaryen, nie był zdolny do odczuwania czegoś więcej poza żądzą władzy.
Tylko tyle - i aż tyle.
Wybrał wewnętrzną śmierć, która - w jego własnym mniemaniu – stanowiła ucieczkę od problemów nękających innych, poślednich ludzi, zbyt nawinie wierzących w miłość, przyjaźń, szczęście. Namiestnikowi nawet nie przyszło do głowy, że rację mogą mieć ci wszyscy religijni narwańcy pałętający się po świecie, którzy głoszą – każdy inną – prawdy absolutnie absolutne? Jeśli śmierć - choćby i emocjonalna - nie oznacza końca, a właśnie początek? Jeśli przed nim, Księciem Smoczej Skały, dopiero otworzą się podwoje życie, a wszystko to za sprawą dziecka, które Ivory nosi pod sercem?
Lada moment okaże się, że jestem człowiekiem święcie wierzącym…
Z gardła Targaryena na dźwięk słów Dornijki niemal wyrwał się ochrypły, suchy śmiech. Jąkanina. Urocza próba przebicia się przez eskalację gniewu Maegora. I naiwna nadzieja na to, że kolejne zdania, tym razem już sformułowane - w jakikolwiek sposób urażą dumę Smoka. Że obudzą w nim poczucie winy. Że poruszą duszę - duszę doszczętnie przecież spopielałą, zupełnie jakby Książę spalił ją na ołtarzu własnej wściekłości. Człowiek jego pokroju - taki, który zawsze myślał, że wie lepiej, a w istocie nie wiedział nic - nie pozostawiał jednak spraw niedokończonych.
O czym Ivory miała lada moment się przekonać.
- Ty dornijska żmijo. - usta Targayena wykrzywiły się w brzydkim, nienawistnym grymasie.
Próbowała się przeciwstawić? Próbowała coś udowodnić?
- Ty durna, dornijska żmijo. Jeśli kazałbym wysłać Cię na Smoczą Skałę, popłynęłabyś nawet wpław, bo w chwili, w której przeciwstawiłabyś się mojej woli, szukałabyś każdej deski ratunku. Nawet, jeśli ta oznaczałaby utonięcie w Czarnej Zatoce… a w tym wypadku śmierć to najłagodniejszy wyrok. - Maegor mówił cicho, niemal szeptem, jakby byli w Wielkim Sepcie - nie musiał wrzeszczeć, by jego głos przesycony był gniewem, irytacją oraz głęboką jak wąwóz furią - wystarczyło spojrzeć w jego oczy. - I nawet nie waż się wypowiadać jej imienia, rozumiesz? - Targaryen wciąż zaciskał dłoń na jej ramieniu, wbijając palce głęboko w ciepłą, delikatną skórę - tym razem jednak między kolejnymi słowami, przepełnionymi namacalną nienawiścią, potrząsał Dornijką gwałtownie, zupełnie jakby była szmacianą lalką wyrwaną dziecku. - Nie. Wypowiadaj. Jej. Imienia! - słowa Namiestnika nawet nie zdołały przebrzmieć, gdy dłoń Ivory przecięła powietrze ze świstem, niemal zderzając się z policzkiem Maegora. Targaryen zamarł w bezruchu, najwyraźniej oczekując na cios, który jednak miał nie nastąpić - przynajmniej zaś nie dzisiaj. Książę przez krótką chwilę w niemym zdumieniu wpatrywał się w twarz swojej żony, która…
… prawie go spoliczkowała? Kobieta, która pragnęła roztaczać nad nim opiekę, kobieta, która - jak dotychczas zdawało się Namiestnikowi - wewnętrznym spokojem potrafiła gasić jak świece konflikty oraz pomniejsze swary… chciała spoliczkować jego, Maegora Targaryena?
- Jeśli jeszcze raz… - słowa Księcia Smoczej Skały zamarły w gardle, najwyraźniej całkowicie zaskoczone spokojem, z jakim zostały wypowiedziane. - Jeśli jeszcze raz podniesiesz na mnie rękę, osobiście Ci ją odetnę. I nie obchodzi mnie, czy jesteś siostrą Księcia Dorne, moją żoną czy matką mych dzieci. - Namiestnik Siedmiu Królestw z trudem przełknął ślinę, niemal czując w ustach gorzki posmak popiołu - zupełnie jakby jego słowa obróciły się w nicość, gdy tylko je z siebie wyrzucił… choć zapewne nie pozostałyby bez pokrycia. Zemsta i gniew paliły Maegora wewnętrznym żarem, czuł się, jakby wypił cały dzban dzikiego ognia - wszystko to zaś było winą jego natury, skłonnej do popadania w skrajności. Targaryen stany pośrednie duszy miał za nic, jeśli się wściekał - to tak, jak teraz, bez najmniejszych wahań. Powiadają, że nieszczęścia chodzą parami. Czasem są to pary ludzi… tak, jak w przypadku Namiestnika oraz jego żony.
Gdyby Ivory miała za grosz rozsądku, już dawno opuściłaby Małą Salę, nie wypowiadałaby słów, które mogły jedynie pogłębić gniew Księcia. Nie doprowadziłaby go do furii, nie roznieciła płomienia nienawiści…
… i nie zemdlałaby, w końcu zmierzając do wyjścia. Maegor nie zwracał uwagi na jej gesty, na palce gładzące zarost na jego policzkach, na czoło oparte o szeroką pierś - zauważył jednak moment, w którym osunęła się na ziemię. Ostatni obrót, delikatny jak muśnięcie skrzydeł ćmy… i nagle, z cichym westchnieniem, straciła przytomność. Dokładnie w tym samym momencie coś niepokojąco zatrzeszczało – Targaryen nie wiedział do końca, czy to napięte mięśnie jego szyi, czy też gwałtowność, z jaką rzucił się w stronę Ivory. Może jedno i drugie? Głuchy łoskot, z jakim Maegor odsunął zawadzające mu krzesło był niczym z hałasem, który towarzyszył mu podczas padania na kolana tuż obok żony - nawet jeśli Namiestnik czuł ból, sądząc zaś po sile uderzenia bez wątpienia dotarły do niego jakieś bodźce, nie miał czasu, by o nim myśleć. Niemal odruchowo ryknął „straż!”, ujmując w drżące dłonie
drżą? Bogowie, dlaczego tak piekielnie drżą, dlaczego ona jest taka blada, co tu się dzieje?!
twarz Dornijki - silne palce niespokojnie jęły przesuwać się po ciemnych pasmach włosów, najpewniej szukając krwi, kości, mózgu wypływających z rozbicia, roztrzaskania, rozłupania, jakie mogło powstać po upadku w czaszce. Drzwi otworzyły się już dawno, wpuszczając do środka dwóch strażników w szkarłatno-czarnych płaszczach. Ktoś krzyczał, by wezwać maestra, ktoś inny próbował odciągnąć Maegora od Ivory, której głowa spoczywała bezpiecznie (bezpiecznie?) na kolanach Księcia Smoczej Skały. Strażnik równie dobrze mógłby proponować Targaryenowi, by ten natychmiast udał sie do najbliższego leprozorium i tam zaraził trądem - Namiestnik nie drgnął nawet o cal, najwyraźniej czekając…
… na cud bądź Wielkiego Maestra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Czw Wrz 11, 2014 8:29 pm

Ty bezduszny skurwysynie. Demonie bez serca. Bogowie wyszarpali Cię z najgłębszego dna wszystkich siedmiu piekieł.
Potrząsał nią jak szmacianą lalką, a ona nie mogła uczynić nic, by go powstrzymać. Maegor Targaryen był jak skała  - wielki i potężny. Była zaledwie gałązką w jego dłoniach, kruchą i wątłą gałązką, który mógłby złamać przy silniejszym uderzeniu. Ale tego nie zrobił, choć furia we wrzosach tęczówek była jak morze podczas sztormu. Wzburzona, gwałtowna, zabójcza i przede wszystkim… bezkresna.
Gdy osuwała się na ziemię, nie myślała już o niczym. Oczy zaszły nieprzenikaną ciemnością, słodkim i ciepłym mrokiem, w który spadła. Nie poczuła nawet, gdy uderzyła głową o podłogę, a ciemne pukle włosów zlepiły krople gęstej, czerwonej krwi…
Mamo?
W oddali śpiewały egzotyczne ptaki. Niewielkie amadyny o piórach tak błękitnych jak niebo, jaskrawe papugi, naśladujące obce dźwięki, a także żółciutkie i brązowe kanarki, kryjące się na wysokich, oplecionych lianami. Padał deszcz, ciepły, tropikalny deszcz, a jednocześnie świeciło słońce. W prostych smugach światła wirowały owady, brzęcząc cicho.
Niewysoka kobieta o skórze ciemniejszej niż cera dornijskiej księżniczki, lecz nie tak ciemnej jak inszych mieszkańców Wysp Letnich, o oczach przywodzących na myśl dwa, szlifowane onyksy (które podarowała swej córce w genach) i grubym warkoczu opadającym na ramię, siedziała na kamieniu, przy wodospadzie w samym środku tropikalnej puszczy.
Jej matka.
-Widzisz, Ivory, mądra kobieta milczy, jeśli nie potrafi powiedzieć czegoś takiego, co jest mądrzejsze od tego milczenia – podjęła kobieta, jakby siedziały tutaj już bardzo długi czas, a jej słowa były po prostu odpowiedzią na zadane przez córkę pytanie.
Na ramieniu księżniczki przysiadł koliber, tak upstrzony barwami, że niemal nierealny. Fiolet jego skrzydeł przechodził w róż, a następnie jaskrawą żółć na główce i błękit na maleńkim brzuszku. Był taki piękny, taki… delikatny.
-Aby życie kwitło, czasami musi nadejść burza. – ciągnęła letnia księżniczka, obracając w palcach maleńkie mango. – Tak jak tutaj. Każdego dnia pada deszcz, Bogowie zsyłają nam grzmoty i pioruny, lecz potem powietrze jest czystsze. A wszystko inne kwitnie, znów wychodzi słońce. Po każdej burzy wstaje słońce. Tak samo jest w małżeństwie.
Gdzieś w oddali zahukała sowa.
-Nie sztuką jest zachowywanie spokoju, gdy Twój mąż nad sobą panuje, lecz wtedy – gdy tego nie robi.
-Nie może mnie tak trakto… - żachnęła się Ivory, lecz matka uniosła dłoń, chcąc zatrzymać niepotrzebny potok słów dziewczyny.
-Słowa to wiatr. Giną w niepamięci, jeśli im na to pozwolisz. Nie walcz z nawałnicą, ani pożarem, który trawi chwasty, by wyrosła na nich świeża trawa. Lękaj się suszy, która może nastać. A będzie nią obojętność.
Mamo…
Młoda księżniczka sięgnęła po dłoń matki, wplatając w nią własną.
-Jeśli nie możesz tego uczynić dla siebie… uczyń to dla swojego dziecka.
M o j e   d z i e c k o.
Nie mogę tutaj zostać.

-Księżniczko? Księżniczko, otwórz oczy. Otwórz oczy.
Powieki miała jak z ołowiu. Ciężkie i nieruchome, ani myślały się rozchylić i dać jakikolwiek znak życia. Czuła delikatne uderzenia w policzek, potem w drugi – był to jednak obcy dotyk. Szorstki i nieprzyjemny, jednak najwyraźniej chcący jej pomóc. Ivory przez jeszcze długą chwilę nie miała siły na to, aby otworzyć oczy. Tępy ból pulsował na jej potylicy. Cucił, nie pozwalając znów odpłynąć w błogi, przyjemny sen. Do matki. Na głowie ktoś musiał zacisnąć jej stalową obręcz, nie widziała innego wytłumaczenia tego bólu.
-Omdlenia się zdarzają, to z całą pewnością wina silnych emocji, wina radości – mamrotał nad jej twarzą Wielki Maester, przybyły zaledwie przed kilkoma minutami z koszem z wikliny w dłoni, najwyraźniej gotów, aby udzielić pomocy w Małej Sali.
Powoli zaczynały do niej docierać inne bodźce. Jakiś niespokojny oddech gdzieś wyżej, czyjeś dłonie spoczywały po obu stronach jej głowy, dotykały włosów.
A potem powoli, niesłychanie powoli rozchyliła powieki, walcząc z ich ciężarem. Czuła się tak, jakby przygniótł ją ogromny głaz. Bolał każdy mięsień, każde włókno ciała mrowiło nieprzyjemnie. Każda z kończyn ważyła chyba tonę. Ostre brzytwy światła wbiły się w źrenice, drażniąc dopiero co przebudzony zmysł wzroku. Obróciła głowę, z cichym jęknięciem.
-To nie zagraża życiu dziecka – dodał starzec, uspokojony odzyskaniem przytomności przez młodą dziewczynę.
Dotknął jej czoła, chcąc sprawdzić, czy nie ma gorączki – ono było jednak zimne, co sugerowało… osłabienie? Skóra Dornijki zbladła nienaturalnie, pomimo śniadego kolorytu, upodabniając ją w tym momencie do osoby chorej.
-Musisz to wypić, pani. - czyjeś dłonie dźwignęły ją do góry, do pozycji pół siedzącej, a niemal natychmiast zakręciło się jej w głowie.
Rozchyliła powieki, tym razem już do końca, z wolna odzyskując ostrość widzenia. Kontury przestały być rozmazane, a kolory nie zlewały się już ze sobą… Pierwszą barwą jaką zdołała uchwycić była lawenda.
Nie, raczej ciemny wrzos.
-To eliksir wzmacniający, wypij go.
Wielki Maester podsunął jej pod nos cynowy kubek wypełniony jakąś brązową, gęstą mazią, która cuchnęła wręcz okropnie. Jak wszystkie znane jej przyprawy, nieumiejętnie zmieszane z błotem i sokiem, który się zepsuł. To było jednak pół biedy – smakował bowiem jeszcze gorzej, lecz dłoń maestera (czy aby na pewno?), przechylając stanowczo kubek i nie pozwalając jej na uronienie choćby kropli. Zmusiła się z trudem do przełknięcia tego okropieństwa, mrużąc oczy i błądząc myślami gdzieś po tropikalnej dżungli, gdzie spotkała matkę.
To na pewno był sen.
Gdy wreszcie kubek zniknął z jej pola widzenia, a maester zajął się opatrywaniem rany na jej potylicy (wcześniej bowiem jedynie zatamował krwawienie). Przemył niewielkie rozcięcie substancją z alkoholem, a Ivory syknęła z bólu, unosząc na… swego pana męża, który jeszcze przed chwilą trzymał jej głowę na własnych kolanach.
Uniosła drżącą dłoń, aby otrzeć łzę, która mimowolnie napłynęła jej do oka.
-Musisz teraz wypocząć, pani. – kolejne słowa maestera przebrzmiały gdzieś obok, jakby w innym powietrzu. W zupełnie innym pomieszczeniu. Starzec kilkoma sprawnymi ruchami zawiązał czysty bandaż wokół jej głowy, nie chcąc dopuścić do skażenia niewielkiej, niegroźnej rany.
Ivory wcale go jednak nie słuchała. Jej dłoń poderwała się ku brzuchowi, jakby chciała go obronić przed całym złem wszechświata, jakie nieustannie ich otaczały.
Niepamięć, tego nam trzeba.
-Zostaw nas samych. – powiedziała cicho Dornijka w stronę starca.
-Księżniczko, powinnaś teraz…
-Zostaw nas.
Zapadło milczenie, a ciszę w komnacie zakłóciło jedynie skrzypnięcie starych kolan oraz dźwięk fiolek obijających się o siebie w wiklinowym koszu. Wielki Maester dźwignął się z miejsca i zaraz zniknął za drzwiami, pozostawiając małżonków samym sobie.
Słowa to wiatr.
Ciemny wzrok księżniczki przesuwał się nieśpiesznie po srebrnej czuprynie, w której igrały ostatnie promienie słońca tego dnia, po napiętych mięśniach twarzy, drobnych zmarszczkach okalających fiołkowe oczy, w których jeszcze kilkanaście minut temu czaiła się żądza krwi. Jej krwi.
-Ja… nigdy nie powinnam… - wyrzekła cicho, przysuwając się do swego małżonka i dotykając drżącą dłonią jego twarzy, ostrożnie i niepewnie, jakby obawiała się, że zaraz ją odtrąci. Rana pulsowała bólem, a jej ciało było tak ociężałe i zmęczone, jakby przebiegła wiele, wiele kilometrów.
Zacisnęła oczy, próbując odegnać ten ból, uspokoić oddech, zapanować nad emocjami.
-Wybacz mi.
Dornijska księżniczka nie należała do istot, które za wszelką cenę chciały udowodnić swoją rację, pragnęły dopiąć swego i cieszyć się triumfem nad innymi – nie. Ivory potrafiła docenić spokój i ciszę, rozmiłowała się w nich już w dzieciństwie. I właśnie ich teraz potrzebowała – nie tylko dla siebie. Konflikt zaś z mężem… nie niósł za sobą niczego, prócz napsutej wzajemnie krwi.
Mądry człowiek potrafi schylić głowę, powtarzał pan ojciec. Dornijka chyba właśnie to uczyniła, choć nie czuła się winna.
Dłoń dziewczyny drżała, gdy przesunęła ją na szyję Smoka, gładząc jej szorstką.
Pozwól mi być swoim słońcem, rozpraszającym mrok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Czw Wrz 11, 2014 10:25 pm

Słońce przesuwało się mozolnie po niebie, jego blask wpadał przez okna, lśniącą polewą pokrywał fragmenty podłogi, stołu, ścian. Precyzyjnie wycinał z cienia nieruchomy profil męskiej twarzy, niby sylwetkę z czarnego kartonu. Czasem ślad poruszał się, wydłużał, powiększał, ale nigdy nie znikał ze ściany sali. Zachód rozchlapał na wszystko czerwoną farbę, podbarwił plamy światła na różowo. Cień czuwającego Maegora wyostrzył się, odrealnił i stał podobny do opiekuńczego ducha, strzegącego wciąż nieprzytomnej kobiety - przez te kilka ulotnych chwil oboje wyglądali jak zamknięci we wnętrzu szkarłatnego klejnotu.
Kiedyś, jeszcze na samym początku małżeństwa, Targaryen pragnął opowiedzieć Ivory o swym dzieciństwie… i o swej matce. Nie znalazł w sobie jednak na tyle odwagi, by uchylić choć rąbka tajemnicy, by pisnąć choćby jedno słówko na temat dalekiej przeszłości, o której dworzanie nie plotkowali z taką zapalczywością, z jaką robili to w wypadku późniejszych lat życia Księcia Smoczej Skały. Na świecie żyły najwyżej dwie osoby, które znały szczegóły z dzieciństwa Maegora - i jedną z nich był Aerys.
Gdy młodszy Targaryen był bardzo mały, nie chciał zasypiać… nie pamiętał tego jednak. O problemie opowiedziała mu matka na kilka księżycy przed śmiercią, uśmiechając się z niejakim pobłażaniem do mężczyzny, na którego wyrósł jej synek. Organizm zmuszał Smoka do zaśnięcia, ale sam książę bronił się, płakał, popadał w histerię. We śnie jest coś ze śmierci – może niektóre małe dzieci to wyczuwają… i może Maegor był jednym z nich.
Sen to zapowiedź śmierci.
Lady Targaryen, przyszła królowa Siedmiu Królestw, nigdy nie osądziła Maegora surowo. Znała jego grube wady i aż do końca swych dni uważała, że żaden z jej synów nie był potworem. Nie świadomie. Nawet, gdy Książę Smoczej Skały opuścił Westeros i splamił ręce krwią w Essos, jego matka nie przestała ciepło o nim myśleć, może nawet darzyła go jeszcze uczuciem, miłością... ale zrozumiała, że nie potrafi już na niego patrzeć.
Podczas ich ostatniego spotkania, nie więcej niż kilka tygodni przed jej śmiercią, Maegor odprowadzał spojrzeniem sylwetkę kobiety, która wydała go na świat. Chciał pobiec za nią, krzyknąć, zatrzymać. Lecz nie mógł. Nie był w stanie prosić o wybaczenie. Nie otrzymał tego, czego najbardziej potrzebował w tamtym momencie - czasu. Zamrożonego czasu. Czasu choćby utraconego. Matka dała posmakować Targaryenowi piekła rozłąki, by wiedział, co traci wraz z duszą. By życie smakowało gorzko, by poczuł nicość doczesności, daremność, śmieszność swych czynów…
… i właśnie dlatego, że już wcześniej znał to uczucie, że już raz na własnej skórze boleśnie odczuł stratę kogoś bliskiego, nie dał się zaskoczyć. W normalnych okolicznościach podobna reakcja Maegora - pełna troski, na swój sposób nawet zabawna, jeśli ktoś wziąłby pod uwagę fakt, że zaledwie chwilę wcześniej towarzyszyły mu zupełnie odmienne uczucia - była niemożliwa. Ale po omdleniu Ivory okoliczności bardzo oddaliły się od wszelkich norm. Targaryen był zmęczony, przestraszony, winny - on, nędznik, którego matką była bezwzględność, a siostrą okrucieństwo, nagle zaczął przyjmować pomoc Wielkiego Maestra… jakby z ulgą?
Książę Smoczej skały nie wierzył, że wypadek jego żony był przypadkiem. Przez chwilę, przez krótką chwilę ujrzał albo nawet poczuł... piekło. Dokładnie to, które pokazała mu Lady Targaryen. Trwało to nie dłużej niż mgnienie oka. I nie krócej niż wieczność. Wystarczyło, by zmrozić go na wieki wieków. Bo piekło… piekło to śmiertelny mróz, o czym doskonale wiedzą wyznawcy Pana Światła. Nie ogień trawi tam dusze, lecz zimno wszelkich braków, zło niespełnień, zastoju, bezradności, daremnych oczekiwań, bezruchu. Tęsknoty – sam nie wiesz za czym. Na duszy osadza się szron bezmyśli, o którym nie możesz przestać myśleć, bezczucia z mocą odczuwanego...
Namiestnik w milczeniu wodził wzrokiem za Wielkim Maestrem - starzec pod ciągłą obserwacją Smoka poruszał się dwa razy szybciej i precyzyjniej niż zwykle, najwyraźniej przeświadczony, że jeśli nie wywiąże się z obowiązków, Maegor sam zechce doprowadzić swą żonę do stanu używalności… co w efekcie mogłoby doprowadzić do jeszcze większej tragedii. Słowa staruszka docierały jednak do Targaryena jak przez grubą ścianę, zaś sam Książę wydawał się być zmęczony… czy też może nawet udręczony? Wściekłość, gniew, furia, zimna pewność spojrzenia zwiędła. Teraz jego oczy przepełniała gorzka, bo spóźniona skrucha, wyrozumiałość… mądrość.
A mądrość zawsze oznacza brak pewności czegokolwiek - może poza tym, że niczego się nie wie.
- To nie zagraża życiu dziecka.
Nienaturalnie blade palce Maegora wciąż przeczesywały kruczoczarne włosy Ivory - lepka, gęsta krew zlepiła je w miejscu, w którym głowa zderzyła się z podłogą… i Targaryen chyba pragnął zmyć juchę z miękkich pasemek, zupełnie jakby tym samym miał wymazać własną winę.
Bo przecież… był winny. Z nich dwojga to on był winny, choć niechętnie dopuszczał do siebie tą myśl. Świat jednak nie dla wszystkich układał się podobnie. Skąd brali się szaleńcy i odmieńcy? Skąd garby na plecach? Skąd na duszach zadry? Książę Smoczej Skały dostrzegł śmieszność swego rozumowania: jeszcze niedawno nie dowierzał, że mógłby martwić się o Dornijkę, wątpił nawet w to, czy zniesie jej obecność przez kolejne pięć minut… a teraz? Teraz jej osoba, jej przytomność stanowiła dla niego argument zbijający dotychczasowe przekonania. Być może on, Maegor Targaryen, nie był wydrążonym człowiekiem, dla którego dusza stanowiła rodzaj gończego psa. Być może nie było w nim żadnych metafizycznych braków. Być może zależało mu na zakopaniu topora wojennego i… pogodzeniu się? Być może.
Być może do refleksji skłoniły go wyłącznie słowa od kilku minut obijające się echem we wnętrzu czaszki.
Syn.
Mój syn.

Drobiny kurzu tańczyły w świetle, podobne strzępom rozgoryczenia, które pozostawił po sobie Namiestnik, gdy bańka nienawiści wreszcie pękła. Wisiały na meblach, unosiły się w powietrzu. Wydawało mu się, że wdycha je wraz z tlenem, lekko chropowate, cierpkie. Nie czuł bólu, nie czuł gniewu, nie czuł nawet ulgi, choć zdawał sobie sprawę, że wszystko to krąży w nim niby żrący kwas.
W ogóle nic nie czuł.
Słyszał jedynie monotonne słowa maestra i cichy oddech swej żony, później zaś dźwięk oddalających się kroków starca. Te dźwięki wyznaczały niezbędny rytm, według którego Maegor w ogóle funkcjonował. Był pewien, że gdyby nagle zabrakło jednego z nich, dryfujący w jego w wnętrzu kwas przeżarłby mu mózg.
- Nie powinnaś. - słowa wyrywają się z jego ust z oporem, zupełnie jakby Targaryen na kilka krótkich chwil zatracił zdolność mówienia… i bogowie wiedzą, czy rzeczywiście tak nie było.  Książę popatrzył na swą żonę nieprzytomnym wzrokiem, powoli wyrywając się z odrętwienia - poruszał się jak chora, połamana kukła, wkładał wręcz nieprawdopodobny wysiłek w każdy ruch, jednak po chwili zdołał dopiąć swego i ostrożnie objął Ivory ramieniem, zamykając ją w przesyconym milczeniem uścisku. Co miał odpowiedzieć? Co mógł odpowiedzieć?
Wybaczam?
Ja również przepraszam?
To nie Twoja wina?

Targaryen słyszał własny oddech jak obcy, pozbawiony sensu dźwięk - w końcu powróciła świadoma zdolność odczuwania emocji, które zrobiły się teraz ciężkie i otępiające, zupełnie jak toczące się przez głowę fale myśli.
- Zostań… - podjął nagle Maegor, ujmując drżącą dłoń Ivory i składając na gładkiej, niepokojąco zimnej skórze krótki pocałunek. Nie miał zamiaru powtarzać błędów sprzed kwadransa, jeśli mieli w jakikolwiek sposób wybrnąć z tej kłótni… to przy współpracy obu stron.
- Zostań na noc tutaj, w Wieży. - słowom towarzyszył kolejny pocałunek, tym razem dłuższy - Targaryen uśmiechnął się blado, niemal z roztargnieniem, po czym splótł palce ich dłoni, przysuwając twarz do wciąż nienaturalnie pobladłego lica Ivory.
- Zostaniesz? - Maegor nawet nie czekał na odpowiedź - pytanie nie zdążyło przebrzmieć w obszernej sali, gdy Książę ucałował miękkie usta Dornijki, przyciągając ją do siebie z niemal przesadną ostrożnością. Doznania przypływały i odpływały jak łagodne fale zupełnie nieczytelnych bodźców. Głęboko tliła się jednak jakaś iskierka, coś w rodzaju szarego światełka świtu, który nie może zdecydować się... czy nadejść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pią Wrz 12, 2014 9:48 am

Ivory lubiła tę porę dnia. Późne popołudnie, kiedy czas zwalniał, płynął jakoś inaczej. Nawet promienie słońca były inne – o gorętszej barwie, przyjemnie ogrzewały twarz, lecz nie parzyły tak jak południowy blask. Wszystko nabierało ciepłych, rdzawo-pomarańczowych barw, nieśpiesznie przechodząc w róże i fiolety, gdy zapadał zmierzch. O tej porze wszystko wyglądało jakoś… piękniej? Być może przyczyna tkwiła w przytłumieniu zmysłów przez nadchodzący wieczór. Przestawała wtedy tak jasno, z pełną ostrością dostrzegać tego co działo się wokół – to bowiem oddalało się jak senny koszmar po przebudzeniu. Jeszcze niepokoił, ale odchodził w zapomnienie, by w końcu zniknąć bezpowrotnie tak jak dym rozprasza się w powietrzu.
Za porankami nie przepadała. Przestała je lubić wiele tygodni temu, jeszcze w komnacie wieży Końca Burzy. Wzejście słońca przypominało, że każda noc ma swój koniec – i znów trzeba radzić sobie z myślami. Z samotnością. Niepewnością. Tutaj prócz słodkich snów, niejednokrotnie jeszcze przed wschodem słońca, z jej objęć znikał także małżonek, wzywany przez codzienne obowiązki, niesione za sobą przez funkcję Namiestnika Siedmiu Królestw – czasami trudno było jej rozstać się z jego upartymi ustami, które nigdy i nikomu nie szczędziły ostrych słów, czego świadectwem była kłótnia trwająca w najlepsze jeszcze przed ponad kwadransem, której pamiątką były teraz tworzące się zasinienia na wątłych ramionach.
Może jedynie wieczory były piękniejsze. Bo czyż ciemne niebo upstrzone gwiazdami nie było fascynujące? To świetliki, czy dusze zmarłych władców?, zastanawiała się jako mała dziewczynka, wraz z innymi dziećmi leżąc na gorącym piachu plaży przy Wodnych Ogrodach. A może coś zupełnie innego? Noc niosła ze sobą tajemnicę, a gwiazdy i księżyc, od lat dzieciństwa będące źródłem jej fascynacji, były sekretem, który pragnęła zgłębić. Dotknąć, zrozumieć, poznać. Czym są gwiazdy? Dlaczego lśnią? Dlaczego są tak daleko? Czy to Bogowie ułożyli je w konstelacje? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Nie była chciwa, nie chciała posiadać ich jako swą własność – to wszak byłby grzech, były na to zbyt piękne.
I chyba podobnie było z mężczyzną, z którym na zawsze związała ją przysięga wypowiedziana w Wielkim Sepcie Baelora przed trzema księżycami. Niektóre kobiety pragnęły mieć mężczyzn jako właśnie swoją własność, władać nimi i kierować jego poczynaniami, lecz nie ta pobladła Dornijka, którą trzymał w ostrożnym objęciu. Ivory pragnęła być… obok? I zaznać tajemnicy poznania, by zrozumieć, choć czasami (tak jak dziś) to wydawało się jej niemal niemożliwe. Jakby Maegor Targaryen ukrywał się za murem, tak wysokim i grubym jak ten oddzielający Siedem Królestw od Krainy Wiecznej Zimy i dzikich, tyle, że jeszcze potężniejszym i wytrzymalszym, bo zbudowanym z furii i obojętności. Skoro jednak był zdolny do odczuwania tak płomiennego gniewu i zazdrości, skoro nie patrzył na nią z zimną obojętnością, jałową jak pustynia – to była przekonana, święcie przekonana, że za tym murem coś jeszcze jest.
A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć.
I chyba teraz to dostrzegła, a może tak po prostu się jej wydawało, lecz… jego drżące dłonie, czuły gest, wzrok nieprzytomny i zamglony od czegoś na kształt strachu, albo poczucia winy. Nie musiał nic mówić, by to dostrzegła – Ivory dawno już nauczyła się patrzeć i rozpoznawać ludzkie emocje, rozumiejąc, że słowa są czasami kompletnie niepotrzebne. Ta cisza nieraz mówiła więcej, niźli najwznioślejsza mowa. Czy niepodobnie było z patrzeniem? Czasami, żeby zobaczyć człowieka, należało po prostu zamknąć oczy.
Księżniczka zmrużyła je na chwilę, przysuwając się do Smoka – i jedynie Siedmiu mogło wiedzieć jaką ulgę odczuwała, jak ciężki kamień spadł jej z serca. Pulsujący, tępy ból potylicy zszedł na dalszy plan, ustępując miejsca innym doznaniom. Nie jedynie tym fizycznym, które zapewnił dotyk męskich warg na jej drżącej dłoni, lecz także… duchowym? Dornijka odwzajemniła blady uśmiech, przylegając do niego miękko, już bez lęku, który znów stał się mglistym wspomnieniem.
Tylko twojego spojrzenia pragnę.
Odwzajemniła pocałunek, wpierw ostrożnie, jakby obawiała się jakichś konsekwencji. Drugą dłoń uniosła do jego twarzy, kładąc ją na policzku, opuszkami palców gładząc skórę tuż pod okiem.
Czy to realne?
Miała wrażenie, że w tym ciepłym, popołudniowym świetle oderwała się od rzeczywistości.
-Zostanę. – odparła Dornijka, odsuwając się niechętnie na tę krótką chwilę, aby obdarzyć Smoka słabym uśmiechem, ucałować policzek, później drugi, czoło, żuchwę  - zasypała jego twarz kilkoma muśnięciami ust, nim znów odnalazła jego. – Zostanę tak długo, jak tylko zechcesz.
Nie czekała na to, aż miękki pocałunek po raz wtóry spadnie na jej wargi – sama wpiła się w jego usta, z dużo większą zachłannością, niż to miało miejsce przed chwilą. Mógł w niej dostrzec pewną tęsknotę, jeśli tylko zechciał – mógł też wyciągnąć po nią ręce, czego chyba w tym momencie pragnęła. Wysunęła własną dłoń z dłoni Targaryena, by ująć jego twarz, a zaraz potem objąć ramionami szyję i przylgnąć doń mocno, jakby jeszcze przed kilkoma minutami nie leżała na posadzce nieprzytomna. Obok zasychała nań jej krew, lecz zdawała się kompletnie tego nie dostrzegać – albo nawet o tym zapomnieć.
Właściwie nigdy więcej nie chciała już słyszeć o tym, co miało miejsce przed kwadransem.
-Chcesz... chcesz tego dziecka, prawda? - wyszeptała, nie odsuwając się choćby na milimetr, niemal przekazując mu swój ciepły oddech z ust do ust.
Złej krwi pozwoliła zniknąć tak szybko, jak się pojawiła, postanawiając nie spoglądać wstecz – inaczej oboje mogliby doprowadzić się do obłędu, nim Ivory zrozumiałaby jedno. Tego, że być może byli jak karty do gry. Ona mogła być asem, lecz Maegor Targaryen był w tej rozgrywce…
królem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pią Wrz 12, 2014 11:46 am

Słońce przesączało się przyjemnie przez aromatyczne gałęzie cedru, które - jak zawsze - rzucały cętkowany cień na ziemię u stóp drzewa. Wiatr powiewał łagodnie znad Czarnej Zatoki, a w koronach drzew świergotały ptaki, tak jak zawsze to robiły. Mury Czerwonej Twierdzy przez te wszystkie lata nie zmieniły się ani na jotę, wciąż były stłoczone i obrośnięte szeleszczącym bluszczem, pokrywającym ściany od strony Królewskich Ogrodów. Delikatne podmuchy wpadały przez uchylone okno, wpuszczając do sali rześkie powietrze wieczoru.
To było kameralne spotkanie dobrych znajomych… chociaż w takim towarzystwie trudno mówić o serdeczności.
Król Aerys Drugi Targaryen - siedzący u szczytu olbrzymiego stołu w gabinecie - od kilku dobrych chwil patrzył na swego rozmówcę spode łba.
Spode łba, ale nie bez czułości, śmiem twierdzić.
Choć wzrok władcy wbity był w gościa, jego uwagę przykuwało coś zupełnie innego: sto dwadzieścia arkuszy papieru, poprzyczepianych do zimnych ścian i zajmujących tym sposobem niemal połowę obwodu komnaty. Wpadający przez ogromne okna wiatr szeleścił nimi delikatnie.
Trzepoczące papierki, trzepoczące głosiki.
Na każdej karcie widniało czyjeś nazwisko.
Lord taki, lord owaki, lord jakiś tam skądś tam. Wielcy i mali. Ludzie, z których zdaniem nikt się nie liczył, dopóki Reinmar Arryn, nie sturlał się z urwiska wprost do grobu.
Wiele stronic było opatrzonych umieszczoną w rogu plamą kolorowego laku; na niektórych widniały dwie, czasem nawet trzy takie plamy. U dołu kart znajdowały się sporządzone drobnym pismem adnotacje. Z miejsca, w którym siedział, Aerys nie był w stanie ich odczytać, ale doskonale znał donosów treść.
Jego żona to dawna dziwka. Lubi młodych chłopców. Za dużo pije. W napadzie szału zabił służącą. Nie jest w stanie spłacić długów z hazardu. Sekrety. Plotki. Kłamstwa. Narzędzia naszego szlachetnego rzemiosła. Sto dwadzieścia nazwisk i tyle samo obrzydliwych historyjek, z których każdą można wyciągnąć i wykorzystać. Polityka rzeczywiście jest powołaniem ludzi prawych.
- Mam szczerą nadzieję, że nasza współpraca w przyszłości będzie równie owocna. - kąciki ust króla powędrowały ku górze, gdy opancerzona w złoty pierścień dłoń spoczęła na zimnym, wypolerowanym blacie stołu.
Ale kto to może wiedzieć, co będzie w przyszłości? Aerys z trudem powstrzymał się od szerszego uśmiechu na tę myśl. Może wszyscy, o których zdołał zebrać informacje, na których temat posiada cuchnące brudy, za rok będą już martwi? Każdy Lord dźgnięty w plecy przez sąsiada. Paskudna prawda o władzy...
- Rozmawiałeś z Doliniarzami? - zapytał spokojnie Targaryen, obracając na palcu pierścień z olbrzymim oczkiem rubinu.  Rozmówca zarzucił łysiejącą głową i posłał królowi lekki uśmiech, zupełnie jakby łączyła ich niewidzialna dla postronnych nić porozumienia.
- Lord Royce z Runestone jest rozgoryczony śmiercią swego najstarszego syna, natomiast Arrynowie z Gulltown wciąż żyją złudzeniem, że mają szansę zostać główną linią dziedziczącą całą Dolinę, mimo że nie mogą liczyć na więcej niż poparcie dwóch, może trzech pomniejszych panów. Głowa rodu ledwie znalazła czas na wysłuchanie naszej oferty, taki był zajęty desperackim poszukiwaniem nowych  zwolenników. Może za tydzień, dwa przejrzy na oczy i przychyli się do naszej propozycji, ale to nic pewnego; prędzej postanowi związać swoje nadzieje z Dorzeczem. O ile mi wiadomo, teraz jest im niesłychanie po drodze i…
Ciche skrzypnięcie zawiasów przecięło wywód królewskiego gościa, natychmiast ściągając uwagę zebranych na wejście - w drzwiach giął się w ukłonach nie kto inny jak…
- Miłościwy Panie, myślę, że to Cię zainteresuje… - kaprawe oczka Wielkiego Maestra spoczęły na skupionej twarzy władcy, którą - na dźwięk słów starca - nagle rozświetlił szczery uśmiech rozbawienia.
Psy merdają ogonem w takt szczęku złotych monet.
- Mów, przyjacielu.

~ * ~

Aerys nie miał skłonności do dramatyzowania, ale czasami nie mógł się oprzeć myśli, że nieprawdopodobny, niepokorny charakter młodszego brata wpędził wreszcie rodziców do grobu, a w każdym razie bardzo się do tego przyczynił. Ponury z natury, ale zawsze opanowany ojciec i łagodna, choć trochę nieobliczalna matka nigdy tak naprawdę nie otrząsnęli się z szoku po Maegorze, który urodził się spowity czerwonym oparem gniewu. Gniew ten objawił się w jego pierwszym przeraźliwym wrzasku, gdy tylko wychynął na świat, powalił na kolana Wielkiego Maestra i nigdy nie zdołał wygasnąć. Aerys pamiętał wystraszone, pełne popłochu spojrzenia rodziców, gdy tylko małe pacholę w rozwiązanych trzewikach i wiecznie pobrudzonym wamsie wkraczało do komnaty z dłońmi zaciśniętymi w pięść i zaciekłą, ponurą miną, zupełnie niepasującą do pięciolatka - wszystko zaś po to, by spytać, dlaczego niańka ośmieliła się zwrócić do niego słowami „śliczny książę”?
W dzieciństwie nieustanna wściekłość Maegora obracała się przeciwko wszystkim bliskim i znajomym, zaś w szczególności starszemu bratu. Gdy Smok zaczął dorastać, złość nabrała bardziej globalnego charakteru, rozszerzając się na cały świat, który według Maegora był niesprawiedliwy, złowrogi, z gruntu zepsuty i wymagał radykalnej ręki do rządzenia. A nikt nie nadawał się lepiej do tego zadania, niż on sam. Dlatego, ukończywszy dziesięć dni imienia, postanowił podjąć się wyzwania z podniesioną przyłbicą i mrocznym ogniem w oczach.
Aerysowi, który był dość pojętnym młodzieńcem, nie zabrało wiele czasu zrozumienie, że jego młodszy brat nie ma zbyt równo pod sufitem, więc naprawdę lepiej go nie zaczepiać z byle powodu. Okrążał więc zwykle Maegora jak najszerszym łukiem, żeby nie dostać się w czerwony opar gniewnej aury, buchający od niej niczym para z woka w Zapchlonym Tyłku. Ojciec i matka śledzili wyczyny młodszego Smoka z jakimś podszytym wiecznym oszołomieniem lecz jednocześnie stoickim zdumieniem. „Ach, Maegorze”, powiadali, w sposób, w jaki zwykle komentuje się tsunami, sztorm, czy osunięcie się skalnej ściany. Po śmierci rodziców Aerys jął wychodzić jednak z nieco innego założenia, wedle którego niczego nie wolno zostawiać własnemu biegowi.
I zapewne dlatego pokonywał spokojnie kolejne stopnie Wieży Namiestnika, nadal walcząc z błąkającym się po ustach uśmiechem.
Władca doskonale wiedział, że jego poddani, że jego psy, szeptacze i ptaszki - nawet jeśli pojmują królewską taktykę, nie są w stanie niczego przedsięwziąć, przyjąć na własne barki jakiejkolwiek odpowiedzialności. I dlatego za każdym razem przychodzą do niego, do Aerysa, do niego właśnie, oczekując rozwiązania problemu, pozbycia się kłopotu, usunięcia  ciernia z wygodnego, dostatniego życia, które, a jakże, również zawdzięczają jemu - królowi, i jego determinacji, jego działaniu… jego sile.
Stojący przed drzwiami strażnicy spojrzeli po sobie ze zdumieniem, gdy zza wyłomu krętych schodów wyłonił się władca Siedmiu Królestw, odziany już nie w czerń symbolizującą żałobę po śmierci królowej, lecz szkarłat oraz złoto - zupełnie jakby chwilę wcześniej wytarzał się w krwi wrogów, po czym zdrzemnął na monetach w skarbcu.
- Witajcie, chłopcy. - wyrzekł Aerys dokładnie w momencie, w którym bez jakiejkolwiek próby sprzeciwu wyminął strażników - a nawet, jeśli ci pragnęli odpowiedzieć na pozdrowienie, król nie dał im na to czasu: dłoń władcy spoczęła na klamce, po czym otworzyła drzwi Małej Sali, ukazując oczom Targaryena dość…
… nietypowy widok.
O ile Aerys doskonale znał szczegóły zajścia sprzed kilku chwil, o tyle nie spodziewał się, iż ujrzy Namiestnika Siedmiu Królestw siedzącego na ziemi jak przerośnięte dziecko, które na domiar złego jęło odkrywać tajemnice kobiecego ciała na lalce młodszej siostry. Król zatrzymał się raptownie, nie tyle zszokowany widokiem… co niemal zachwycony faktem, że zdołał przerwać małżeńską sielankę, że mdłe światło żądzy rodzącej się w żyłach jego brata, ten chorowity i blady promyk chuci zgasł zduszony ręką Aerysa, poddał się wreszcie, skapiał, osunął w zgrzybiałość.
- Maegorze, masz Dornijkę na twarzy. - zauważył rzeczowo władca, po czym bez chwili wahania podjął dalszą wędrówkę, wyminął parę małżonków szerokim łukiem i zasiadł u szczytu długiego stołu swobodnie - noga na nogę, łokieć oparty o blat, dłoń podpierająca podbródek. Usta Targaryena oszpecił brzydki uśmiech, kiedy wychwycił pełne niekrytej nienawiści spojrzenie młodszego brata.
- Dajcie znać, kiedy skończycie, chciałbym omówić dość istotną kwestię dotyczącą… zdrady.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pią Wrz 12, 2014 10:50 pm

Spędzane z Ivory noce mogły mieć wyłącznie jedną wadę - zawsze zbyt prędko dobiegały końca, przynajmniej zaś dla samego Maegora, który dzień rozpoczynał jeszcze przed wschodem. Te kilka godzin wspólnie spędzanych z żoną były znacznie bardziej… intensywne niż podczas dób, gdy to obowiązki stawały Targaryenowi na drodze do wypełniania - a jakże - obowiązków męża.  Samotne ranki, gorące, ociekające słonecznym blaskiem, zmywały nocne wspomnienia Namiestnika bez śladu, niczym  służka mokrą szmatą plamy z podłogi w jadalni. W świetle dnia Książę Smoczej Skały wcale nie był pewien, czy  niewyraźne, jak zwykle skąpane w mroku obrazy nocy spędzonych z żoną nie były wyłącznie wytworem jego wyobraźni… oraz pamięci, z którą pod wpływem zmęczenia miał coraz większe kłopoty. Mieszała mu się kolejność zdarzeń, dni ciekły  przez palce jak gorący piasek. Wkrótce Maegor zatracił poczucie czasu. Nie był w stanie powiedzieć, jak  długo przebywa w Małej Sali, ile czasu spędza na obradach, co jadł na obiad. Wspomnienia zlewały  się w blade, opalizujące jezioro niepamięci i chociaż Targaryen przy kolacji nie potrafił sobie  przypomnieć śniadania, istotne wydarzenia tkwiły w jego umyśle mocno oraz wyraźnie… czego doskonałym przykładem była noc, podczas której po raz pierwszy w życiu dotarło do niego, że nie jest bezpieczny nawet (a może przede wszystkim?) w Czerwonej Twierdzy… nawet we własnej komnacie.
Obudził go hałas. Brzęk, jakby pękała szklana tafla. Jednak gdy zaledwie ośmioletni Maegor otworzył oczy, nie dostrzegł niczego niezwykłego. Kontury znajomych mebli w ciemności przypominały uśpione zwierzęta. Najlżejszy powiew nie poruszał zasłon, więc żadne okno z pewnością nie zostało wybite. Mrok wypełniał komnatę niczym ogromne, spokojne jezioro, a łóżko zdawało się spoczywać na jego dnie, podobne do szkatułki ze skarbami.
To musiał być sen, z którego nie zapamiętałem nic poza dźwiękiem, uznał, przymykając powieki. Ogarnęła go ciepła, przyjazna ciemność. Zasypiał już, gdy dźwięk się powtórzył, tym razem o wiele cichszy. Towarzyszyło mu ledwie dosłyszalne dzwonienie i odgłos delikatnego skrobania. Zaniepokojony Maegor usiadł na łóżku, dźwięk jednak umilkł.
Może to jednak szyba, pomyślał, spuszczając nogi na podłogę. Podszedł do okna i uchylił zasłonę - szkło wydawało się nienaruszone. Przez nie ujrzał fragment ogrodu, parkan z wysokich sekwoi, postrzępione cienie drzew. Noc wyglądała jak malunek na blasze. Z nieba cyklopim okiem spoglądał na niego księżyc - wisiał nisko, niczym lampion zawieszony na lince. Wiatr nie poruszał nawet jednego listka, więc nie mógł rozkołysać gałęzi tak, żeby uderzały w okno. Targaryen oparł dłoń na framudze i wtedy trzask rozległ się znowu, tym razem zdecydowanie za jego plecami. Maegor obrócił się gwałtownie, spoglądając w głąb pokoju. Z przybitego do ściany trema sączyła się blada poświata, a dźwięk zdawał się dochodzić właśnie stamtąd. Owalne lustro, otoczone kutą w fantazyjne wzory srebrną ramą, powieszono w jego pokoju, kiedy była bardzo mały i nawet nie pamiętał, kto dokładnie je tam zamontował. Na gładkiej powierzchni, zmatowiałej nieco skutkiem upływu czasu, nie zauważył żadnego pęknięcia ani zadrapania. Mleczny poblask, który się z niej wydobywał, nie rozjaśniał mroku. Odbity obraz pokoju był dziwnie obcy, niepokojący.
Na pewno hak się obluzował i trzeszczy, próbował się uspokoić. Jutro każę to sprawdzić, inaczej lustro gotowe spaść ze ściany.
Targaryen nie chciał przyznać, że bardzo przerażało go mdłe, nienaturalne światło, bo wtedy musiałby przyjąć, że nie należy do świata zmysłów... a potem uciec z krzykiem. Z wysiłkiem odwrócił się plecami do trema i ujrzał cienki jak sztylet promień księżyca wpadający przez szczelinę w zasłonie. To jego rozproszona poświata odbija się w lustrze. Z pewnością tak. Poczuł ulgę, lecz strach go nie opuścił. Podbiegł do okna, zaciągnęła kotarę… przez co mrok znacznie się zagęścił. Maegor prędko wskoczył do łóżka. Ogromne, z baldachimem w złote smoki, wyglądało raczej jak łódź niż pudełko na kosztowności i choć Targaryen zdawał sobie sprawę, jakie to dziecinne, wydawało mu się jedynym naprawdę bezpiecznym miejscem. Otulił się szczelnie kołdrą, bojąc się, że nie będzie mógł zasnąć, ale już po chwili ciemność, znów przyjazna i cicha, zamknęła się ponad nim, niosąc w sobie sen.
Maegor dopiero następnego ranka miał odkryć, że źródłem hałasu był szczur - przywiązany za ogon do klamki, z wyłupanymi, paciorkowatymi oczkami i zdeformowanym pyszczkiem, który uniemożliwiał mu piszczenie. Zwierzę pragnęło wyrwać się z niesprawiedliwej pułapki i kilkakrotnie zachrobotało o drzwi, nim zdechło, najpewniej wykrwawione.
Książę Smoczej Skały doskonale wiedział, kto odpowiadał za podobne bestialstwo, jednak nie zdradził Aerysa przed rodzicami - odwiązał zdechłego gryzonia, ukrył w poszewce i tego samego ranka cisnął w wody Czarnej Zatoki, przysięgając sobie, że nigdy nie pozwoli, by starszy brat kiedykolwiek zaszantażował jego… bądź bliską mu osobę.
Wtedy nawet się nie domyślał, jak naiwne było to założenie.
Od tamtej pory minęło jednak wiele lat - wiele długich lat, podczas których on, Książę Smoczej Skały, stał się mężczyzną nie idącym z życiem na kompromisy. I do niedawna rzeczywiście tak było.
To ona, przemknęło Targaryenowi przez głowę z dziwnym spokojem, gdy Ivory musnęła opuszkami palców wyraźne zaznaczone zmarszczki wokół lawendowych oczu. To wszystko jej sprawka.
Maegor lubił ciszę, która zwykle panowała między nim a Dornijką w podobnych chwilach. Cisza zawsze oddalona jest od doskonałości, lecz w tych okolicznościach nie była to duża odległość - na pewno zaś nie większa od tej, jaka dzieliła ich ciała, niemal splecione w miłosnym uścisku. Usta Namiestnika rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, gdy Ivory obsypała jego twarz krótkimi, niemal niecierpliwymi pocałunkami.
Lubił to? Lubił sposób, w jaki ujmowała delikatnymi dłońmi jego pokryte szorstką szczeciną policzki? Lubił, gdy kosmyki jej włosów łaskotały go w nos, kiedy pochylała się, by czule ucałować podbródek, żuchwę, szyję? A może…
… może znacznie bardziej wolał, gdy to jemu było dane odnaleźć miękkie usta? Zupełnie tak, jak teraz, kiedy nie musiał powstrzymywać dłoni, spokojnie i z determinacją sunących wzdłuż smukłych nóg - kciuki już dawno zahaczyły o dół koronkowej sukni, przesuwając materiał wyżej… i wyżej, aż do momentu, w którym koronka zatrzymała się na ciepłych, kusząco zaokrąglonych udach. Maegor przyciągnął Ivory jeszcze bliżej, nawet nie starając się ukryć własnego podniecenia - trzy księżyce małżeństwa były okresem, podczas którego zdołali wyzbyć się początkowej wstrzemięźliwości… i podczas którego poznali własne ciała na tyle, by nie wstydzić się ich naturalnych reakcji na zewnętrzne bodźce.
- Nie chcę. - odpowiedź na pytanie Dornijki padła niemal natychmiast - słowa kobiety wciąż brzmiały w uszach Targaryena, gdy ten już formułował odpowiedź. - Pragnę. - kąciki ust Namiestnika podjechały nieznacznie do góry, gdy złożył na wargach dornijskiej księżniczki pocałunek - i kiedy tylko Maegorowi wydawało się, iż już nic nie jest w stanie popsuć tego dnia…
… drzwi Małej Sali otworzyły się z potępieńczym skrzypnięciem, niemal natychmiast wpuszczając do środka obezwładniającą woń białych róż, laku i czegoś, co z dużą dozą ostrożności nazwać można było piżmem - usta Targaryena zamarły na miękkich wargach Ivory, gdy tylko do jego przytłumionych zmysłów dotarło, kto pachnie w podobny sposób.
Imię Aerysa nie zdołało nawet przemknąć przez głowę Maegora, gdy głos starszego Smoka przerwał nienaturalną ciszę, natychmiast budząc w piersi Księcia Smoczej Skały złość… której przecież się wyzbył.
Której powinien się wyzbyć.
Palce Namiestnika zacisnęły się mimowolnie na skórze ud żony, gdy król wygłosił - zabawne w swym mniemaniu - słowa, nonszalancko zasiadając przy stole na miejscu Księcia Smoczej Skały.
- Ja mam Dornijkę na twarzy, a Ty krew Ravath w łożu. Czyż nie jesteśmy kwita? - odparł z zimnym spokojem Maegor, niechętnie odsuwając od siebie Ivory i powoli, z zaskakującym trudem podnosząc się z posadzki. Stłuczone kolana w końcu dały o sobie znać, wdzierając się do ciała ostrymi sztyletami bólu, który był jednak niczym z…
… obawą, zagnieżdżoną gdzieś pod sercem.
- Omówić czy wygłosić monolog? Zwykle zdajesz się nie zauważać zasadniczej różnicy między tymi formami wypowiedzi. - młodszy Targaryen oblizał wciąż smakujące Dornijką usta, wyciągając w stronę żony dłoń - ostatniej rzeczy, której potrzebowali, to ponowne omdlenie. Niedaleka przyszłość rysowała sie w ciemnych barwach. Jeśli któreś z ich dwójki jeszcze myślało o uprawianiu miłości, to byłaby to uprawa na ugorach - Maegor uśmiechnął się z roztargnieniem, wskazując podbródkiem drzwi, za którymi czekali gotowi do pomocy strażnicy. - Idź odpocząć, niedługo przyjdę. - Namiestnik wolał nie obserwować reakcji Dornijki - teraz znacznie istotniejsza była niepokojąca, nasycona niemal namacalną nienawiścią obecność Aerysa. Książę ruszył spokojnie w stronę stojącego najbliżej szczytu stołu krzesła i stanowczo chwycił jego oparcie, kiwając głową.
- Czuję to. Uroczy odorek zdrady. Mdły, lecz treściwy. - nogi mebla z głuchym charkotem rozdarły chwilową ciszę, gdy Maegor przesunął krzesło ku szczytowi stołu, stawiając je tuż obok zajmowanego przez króla siedziska. Po ustach młodszego Targaryena przemknął cień uśmiechu, gdy zajął swoje miejsce, marszcząc lekko brwi… i oczekując na najgorsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Pon Wrz 15, 2014 6:59 pm

W wyobrażeniu dziewcząt zrodzonych z prostych ludzi, w wątłych chatach, gdzie przecieka dach, a choroba to gość częstszy, niż porządny obiad złożony z tłustego kurczęcia, życie księżniczki, czy inszej wysoko urodzonej damy jest usłane, o ironio, różami. W ich mniemaniu nie było nic piękniejszego i rozkoszniejszego, niźli urodzenie się jako książęca córka – wtedy wszak dostajesz niemal wszystko, czego tylko zapragniesz. Suknie z drogocennych materiałów, skrojone lśniącego adamaszku, miękkiego jedwabiu, czy delikatnych jak motyle skrzydła myrijskich koronek, biżuterię wartą tyle, że można by wykarmić za to wioskę przez ponad kilka lat, miękkie piernaty, wynalazki zza Wąskiego Morza, najlepsze wierzchowce i słodkie owoce, o których większość mieszkańców Siedmiu Królestw nawet nie śniło. Służące ścielą łoże i układają włosy, w kuchniach zaś kucharze dwoją się i troją, aby to co podadzą Ci na talerzu nie tylko smakowało znakomicie, lecz również przepięknie wyglądało. Te wyobrażenia do pewnego momentu miały prawdę mówiąc wiele wspólnego z rzeczywistością, pierwsze lata życia dornijskiej księżniczki były bliskie… baśni? Ivory w pełni doceniała to, co podarował jej los – nie śmiała narzekać, gdy była zmuszona do wielogodzinnych lekcji etykiety z septą, bądź nauki rachowania. Była wdzięczna i jako maleńka dziewczynka beztroska, biegając bez zmartwień po Wodnych Ogrodach. Jednak nawet ona musiała w końcu zrozumieć, iż nikt nie dostaje zawsze tego, czego pragnie. Nawet księżniczki, nawet książęta i i niejednokrotnie królowie.
Przed pięcioma laty w Blackmont odbywał się turniej rycerski; na niewielką skalę i raczej niezbyt popularny. Zgromadził jednak dornijskich lordów, wędrownych rycerzy oraz rzecz jasna widownię złożoną głównie z dziewcząt, wśród których znalazła się czternastoletnia wówczas Ivory oraz jej o jeden dzień imienia starsza siostra, Lynette. W czasie pomiędzy rozgrywkami, które miejsce mieć musiały zazwyczaj późnymi popołudniami, ze względu na rekordowo wysokie temperatury, odbył się bal, podczas którego najstarszy syn gospodarzy, mający wówczas największe szanse na wygraną, poprzysiągł, iż uczyni ją Królową Piękna i Miłości, co niezwykle uradowało takiego podlotka, jakim była wtedy księżniczka. Nigdy nie była próżna, lecz dla której młódki podobna obietnica nie byłaby powodem do potajemnej ekscytacji i z trudem ukrywanej radości?
Zgodnie z przewidywaniami zdolny młodzian zwyciężył ten niewielki turniej, wysadzając z siodła znacznie bardziej doświadczonego rycerza, co zostało przyjęte owacjami na stojąco oraz rykiem zachwytu. Gdy nadszedł jednak moment wybrania Królowej Miłości i Piękna, mężczyzna miast podarować kwiat Ivory zgodnie z obietnicą, zbliżył się… do panny Jordayne, znacznie bieglejszej w sztuce flirtu (i jak później dowiedziała się księżniczka – chętniejszej w okazywaniu uczuć. Dornijska księżniczka chodziła naburmuszona przez niemal tydzień jeszcze po powrocie do Słonecznej Włóczni, wielce zawiedziona nie tyle brakiem tego jakże prestiżowego tytułu, lecz złamaną obietnicą, co jej matka zbywała śmiechem. Ojciec zaś pewnego razu złapał ją mocno za ramię i w cieniu rozłożystego drzewa pomarańczowego wytłumaczył, że nawet księżniczka nie dostaje tego, czego pragnie, że ludzie nie dotrzymują obietnic i powinna już dawno poznać gorzki smak życia, z którym nieodłącznie związane jest rozczarowanie i ból. Ivory dopiero później zrozumiała słowa ojca, gdy życie zaczęło wbijać jej ostre szpile bólu raz po raz. Z czasem dopiero zrozumiała, że potrzebuje… cierpliwości. Cierpliwości, by pogodzić się z tym, czego zmienić nie była w stanie i by oczekiwać na siłę, która pomogłaby jej zmienić to, co zmienić mogła.
Maegor Targaryen jednak należał do pierwszej kategorii i księżniczka zrozumiała to już podczas ich pierwszego spotkania.
Był nieustępliwy i wpadał w furię tak łatwo, jak ona odrzucała suknie proponowane przez szwaczki. Furię, która trawiła jak lodowaty płomień i niszczyła wszystko po drodze, nie zważając na konsekwencje. Plotki o jego gwałtowności nie były przesadzone choćby o jotę, lecz co mogła zrobić w tej sytuacji?
Nic.
Przed trzema księżycami przysięga złożona przez ołtarzami Matki i Ojca złączyła ich na zawsze, a zakończyć to mogła już jedynie śmierć, lecz w pewnym sensie… Dornijka nie żałowała, ze to właśnie tego mężczyznę przyszło jej poślubić. Nawet teraz, gdy na karku miała zaschniętą własną krew, a na ramionach sińce od zbyt brutalnego uścisku. Przed ceremonią zaślubin widziała poczucie winy w spojrzeniu swego najstarszego brata, w liście sprzed kilku miesięcy jeszcze prosił ją o wybaczenie – i chyba już dawno to uczyniła. Księżna nie należała wszak do osób, które pomstują na swój los i wiecznie się nad sobą użalają, lecz do tych próbujących coś zmienić. W tym jednak wypadku, to nie swego małżonka winna próbować reformować, lecz niejednokrotnie… własne postępowanie, choć nie odczuwała żadnego poczucia winy. W życiu należało mieć również nieco sprytu i bystrości, nie tylko zaś odwagi wygłaszania własnych myśli. Czasami należało zamknąć usta i pójść okrężną drogą, by osiągnąć swój cel. Trudniejszą, pełną mozolnych zmagań, lecz mimo wszystko pozwalającą dojść do celu.
W tym jednak momencie Ivory nie snuła rozważań na temat swego przyszłego postępowania w obejściu ze Smokiem, oto bowiem myślała, że właśnie… dostała to, czego pragnęła najbardziej. To, co chciała ujrzeć najbardziej, gdy wspinała się po schodach Wieży Namiestnika. Jego radość, troskę… a nawet uczucie? Teraz także i pożądanie, którego nie próbował nawet ukrywać. W sercu Ivory rodziła się ponownie niczym niezmącona, czysta radość, która zbudziła blask w jej zmęczonym spojrzeniu. Nie kontrolowała dłoni błądzących po twarzy Maegora, szyi, potężnych barkach. Nie zauważyła nawet, gdy jej palce rozpięły dwa pierwsze guziki czarnego wamsu. Nie dbała o to, w jakim miejscu się znajdują, wraz z upływem czasu zdawała się nawet o tym zapomnieć. Liczyło się to, że go pragnęła. Pragnęła go w tym momencie i dokładnie to samo dostrzegała we fiołkowym spojrzeniu, pozbawionym wcześniejszego chłodu i złości. Całowała swego męża czule, chcąc odegnać przykre chwile sprzed kwadransa, zarówno ze swego, jak i jego umysłu.
Żyli w świecie iluzji, ale to chyba było… prawdziwe?
Zdawała się w to święcie wierzyć, odwzajemniając kolejny z pocałunków, radując się w sercu, że dziecko, które nosiła pod sercem nie było mu obojętne. Nie przypuszczała, nie dopuszczała nawet takiej myśli, że ktoś mógłby im teraz przeszkodzić. Wydawało jej się, że na chwilę, tak jak każdej ich wspólnej nocy, znaleźli się w innym miejscu, gdzie postronni nie mieli dostępu. Ale jak każdy wie – nie zawsze dostajemy tego, czego w danym momencie pragniemy. I to była właśnie jedna z takich chwil.
Dźwięk otwieranych drzwi gdzieś jej umknął, wciąż trzymała twarz Smoka w swych dłoniach, lecz głos, który nie mógł należeć do nikogo innego jak tylko Władcy Siedmiu Królestw wyrwał ją z chwilowego stanu kompletnej błogości. Maegor zamarł w bezruchu, zaś ona nieśpiesznie odwróciła głowę, obdarzając króla spojrzeniem lśniących, czarnych oczu nie wyrażającym nic, prócz zdziwienia. Natychmiast oderwała ręce od bladej skóry małżonka, chwytając za materiał spódnicy i ciągnąc go w dół, by ukryć przed wzrokiem Aerysa II własne nogi. Wypowiedziane przez niego słowa miały być w pierwotnym zamiarze zabawne… bądź miały na celu jej urażenie. Dornijka milczała jednak, ujmując dłoń młodszego Smoka i dźwigając się z ziemi. Niemal natychmiast zakręciło jej się w głowie, zarówno z bólu i natłoku emocji, które jej towarzyszyły.
-Wasza Miłość.
Skłoniła się jednak dwornie władcy, okazując mu szacunek, tak jak nakazywała to etykieta. Powietrze robiło się gęste od nienawiści pomiędzy braćmi, której była cichym świadkiem od momentu zaślubin. Zacisnęła wargi, zaniepokojona na nowo rodzącym się gniewem w potężnej piersi jej męża.
A niech to szlag.
Najrozsądniejszym wyjściem byłoby zniknięcie z Małej Sali, jednakże obawiała się, że może dojść do… tragedii? Nie miała pojęcia o jakiej zdradzie mówi monarcha, lecz mimowolnie zgarbiła się i splotła ręce przed sobą, chcąc ukryć lekko wypukły brzuch. Maegor postanowił jednak pozbawić ją możliwości wyboru. Wspięła się więc na palce i ucałowała jego policzek, nim skierowała swe kroki do wyjścia, uprzednio skłaniając się władcy po raz wtóry. Nie minęła chwila, a zniknęła za drzwiami i starannie je za sobą zamknęła. Strażnicy zerwali się z miejsca, gotowi, by pomóc jej dostać się do komnaty. Jednak ku ich zdziwieniu skierowała się w stronę własnych pokoi, lecz na schody prowadzące ku komnatom jej małżonka, gdzie pragnęła jak najszybciej zmyć z siebie tę krew (w złotej wannie rzecz jasna!) i legnąć w miękkich poduszkach czekając na Maegora Targaryena, by…
… dokończył to, co zaczął.


/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Sob Wrz 20, 2014 1:04 pm

On jeszcze o tym nie wie, pomyślał Aerys spokojnie, choć nie bez cienia okrutnej wesołości. On jeszcze nie wie, że małżeństwo to grób. Za to ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
Potworna świadomość nasila się, gdy tylko mija dzień i nadchodzi kolejna noc, bezsenna noc dla Aerysa Drugiego Targaryena, gdy cała Czerwona Twierdza, mury, podłogi, ściany rozbrzmiewają echami dawnych wydarzeń, majakami oraz wspomnieniami - król wtedy zastanawia się, jak tak małej dziewczynce, jaką przed laty była Ravath, udawało się napełnić wszystkie te puste pokoje, wszystkie korytarze i schody śmiechem - tym jednym dźwiękiem, po jej śmierci tak smutnym i nienawistnym. Szyderczym, pustym śmiechem diabła, który nawiedza zamek, rządzi się w jego, Aerysa, domu i zabiera, co zechce, niczym kapryśny, chorowity, rozpieszczony, zły bliźniak Nieznajomego.
Leżąc w łożu, szerokim, małżeńskim łożu będącym częścią historii jego rodu, władca przypomina sobie Ravath. Jej straszną, zwierzęcą żądzę życia, te przerażające chwile, gdy dotykał młodego ciała w rozpaczliwej próbie zaznania jeszcze czegoś, jakichś uczuć, jakichś doznań normalnych dla każdego innego męża i żony, ale już nie dla nich, dla nich już nie, przez to piętno, ten wyrok, wszystkie chowane, zakopywane, palone urazy naznaczone smutnym obowiązkiem ciążącym na nich przez wzgląd na urodzenie. I choć Aerys rozumiał, że ona chce się oszukiwać, zapomnieć choć na chwilę, na jedną krótką część nocy, pragnie rozpaczliwie odgrodzić się od rzeczywistości, to on, władca Siedmiu Królestw, nie potrafił. Bo zawsze pod maską jej twarzy, bladej, z ceglastymi plamami wypieków na policzkach, okolonej posklejanymi, wilgotnymi od potu włosami, widział uśmiechnięte szyderczo oblicze kostuchy, a usta, rozchylone i miękkie, miały słony, żelazisty posmak posoki.
Nie pamiętam jej, myśli z dziwną rozpaczą Targaryen, obracając w palcach gęsie pióro, wciąż mokre od ciemnego, lepkiego atramentu. Nie pamiętam jej sprzed małżeństwa, zanim stała się tym wiecznie głodnym życia upiorem, tą złą, pełną goryczy wychudłą marą, gotową pochłonąć nas wszystkich, skazić, zarazić swoją nienawiścią, swoją niezasłużoną tragedią.
Wzrok króla przesunął się po zapisanych przez Maegora stronnicach i w końcu zamarł na stężałej w napięciu, pełnej niemal namacalnej złości twarzy Księcia Smoczej Skały.
Nie umiem sobie przypomnieć, jaka była, co robiła i mówiła takiego, że wtedy, tak dawno temu, byłbym gotów umrzeć dla niej, mając jednak to buńczuczne, harde przeświadczenie młodości, że właśnie my będziemy żyć, żyć wiecznie, szczęśliwi, całkowicie uodpornieni na wszelkie nieszczęścia świata.
Aerys ostrożnie odłożył pióro do kałamarza i splótł ze sobą palce dłoni, odchylając się nieznacznie na rzeźbionym krześle.
Nie pamiętam jej, powtarza i nawet wtedy, nawet wtedy nie potrafi zapłakać. Fiołkowe spojrzenie obojętnie przesuwa się po czarnookiej Martellównie, nawet nie zauważając jej częściowej nagości - gdyby on - król - zechciał pooglądać opalone uda i skórę ciemniejszą niż nakazuje cywilizowany zwyczaj, udałby się do pierwszego lepszego burdelu w Królewskiej Przystani. Dla władcy Siedmiu Królestw wszyscy Dornijczycy byli jednakowi i Ivory nie stanowiła w tym względzie żadnego, chlubnego wyjątku… choć powinna - była wszak żoną jego umiłowanego brata.
Brata, który wciąż nie wie, że małżeństwo to ułuda.
Aerys w milczeniu obserwował znikającą za drzwiami kobietę, dopiero po dłuższej chwili odrywając wzrok od wejścia i ponownie przenosząc go na Maegora, który nie byłby sobą, gdyby nie podkreślił rzekomej równości, jaka między nimi panowała - przynajmniej zaś tutaj, w Wieży Namiestnika.
Naiwny, naiwny człeku…
Na ustach króla powoli, niemal leniwie znów wykwita ten paskudny, koci uśmiech, który tak zbija z tropu. Jakby władca sugerował jakąś wspólnotę, tajne porozumienie, które Maegor Targaryen zawiązał gdzieś u zarania dziejów, wieki temu, na dzikiej i niespokojnej ziemi z tym człowiekiem, demonem, swym starszym bratem, choć wcale o tym nie wie, nie pamięta i pamiętać nie chce. Jakby Aerys, wyczekawszy się nieskończenie długo, wracał teraz na scenę dramatu, w ostatnim akcie, oczekując od Namiestnika, że przypomni sobie tę nieprawdziwą, nigdy nieprzypieczętowaną umowę i będzie się do niej stosować.
- Lepiej mieć krew w łożu… - fiołkowe spojrzenie zamigotało niespokojnie, gdy król obrócił głowę w stronę okien, mrużąc lekko oczy. - … niż na rękach - Twoje zaś unurzane są w niej po łokcie. - po rozpłomienionym, bursztynowym zachodzie zmierzch jął barwić się fioletem, poszarpanym kruchymi pasmami czerni, podobnym strusim piórom w wachlarzu kurtyzany… ciemność nie przyniesie jednak wytchnienia żadnemu z zebranych w Małej Sali. Powoli zapadający mrok broczy tym lepkim, słodkim zapachem wistarii, nieznośnym aromatem konających z gorąca powojników, przytłumiającym zmysły… oraz paradoksalnie wyostrzającym głód.
Głód zemsty. I być może również… sprawiedliwości?
- Skończmy z tymi grzecznościami, czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. - Aerys westchnął, nadal bez zniecierpliwienia, jak człowiek nieprzywykły do kontaktów z dziećmi, który musi coś wytłumaczyć liczącemu kilka dni imienia pacholęciu.
- Nie od dziś wiadomo, że najwięksi zdrajcy chowani są na własnej piersi... - król uniósł lekko brwi, najwyraźniej zaskoczony… prostotą własnego wyznania. - Tak, jak powszechnie znanym jest, iż to kobiety bywają najbardziej podstępnym oraz bezwzględnym wrogiem. - kąciki ust władcy opadły nieznacznie w dół, gdy w roztargnieniu potarł kciukiem lewą brew, najwyraźniej ważąc w myślach swe kolejne słowa. Ten gorący mrok, te duszące wyziewy wistarii, te ćmy w beznadziejnym, ostatecznym przejawie szaleńczej odwagi spopielające się w ukropie świecy, wszystkie zupełnie zwykłe, oczywiste symptomy letniej nocy zdają mu się być nienawistnymi omenami…
… nieszczęścia.
- Nasza siostra Naerys oraz Starsza Nad Monetą, Soviria… - wzrok Aerysa zamarł na chybotliwym płomieniu - ćma podleciała zbyt blisko ognia, jej skrzydła niemal natychmiast zapaliły się z sykiem, zaś cieniutkie odnóża owada rozpaczliwie jęły drapać w miękki, nadtopiony wosk świecy. Po twarzy władcy przemknął niepokojący cień, zupełnie jakby jego umysł natchnęła niezdrowa, lecz fascynująca myśl, wymagająca niemal natychmiastowej realizacji. - … od długich miesięcy snuły plany, których celem było strącenie mnie z Żelaznego Tronu i pozbawienie Cię praw do dziedziczenia. Zajmowane przez nie stanowiska w Małej Radzie zapewniały całkowity dostęp do najściślej strzeżonych tajemnic Korony, Naerys przekazywała informacje za Wąskie Morze, a Soviria pragnęła spieniężyć część aktyw w Żelaznym Banku. - kąciki ust Aerysa podskoczyły nieznacznie do góry, gdy władca wyprostował się energicznie na swym miejscu, odrywając wzrok od płomienia świecy. - Nasza ciotka, Rhaena, przypadkowo stała się świadkiem rozmowy między spiskowcami. Pieniądze miały zostać przeznaczone na opłacenie Człowieka Bez Twarzy.  - Targaryen podniósł się ostrożnie z krzesła, ruszając powoli w stronę okna - dopiero teraz zauważył wybitą szybę, niewielki uszczerbek w samym środku szkła, szczerzący się kpiąco do Aerysa.
- Przyjaciele w Żelaznym Banku potwierdzą winę Sovirii, zaś triarcha Tygrysów z Volantis posiada dowody obciążające Naerys… - król odwrócił się od okna, ruszając gwałtownie w stronę zamkniętych drzwi - cokolwiek nim kierowało… najwyraźniej nie cierpiało zwłoki. Władca zatrzymał się dopiero przy wyjściu, z dłonią na zimnej, mosiężnej klamce.
- Jeszcze dziś zostaną wtrącone do lochów, gdzie Mordred zadba o ich… przesłuchanie. Jeśli zaczną mówić, sąd odbędzie się za trzy dni… jeśli zaś będą uparcie milczeć… - Aerys uśmiechnął się lekko, otwierając cicho drzwi i nawet nie odwracając się w stronę Maegora - doskonale wiedział, że Namiestnik usłyszy kolejne słowa króla. - … sprawię, że zaczną krzyczeć. - cichy trzask zamka był jedynym dźwiękiem zwiastującym wyjście władcy, który - rzecz pewna - nie rzuca słów na wiatr.

/ zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Mała Sala   Nie Paź 12, 2014 7:11 pm

Na Królewską Przystań spływa noc. Gdzieś w oddali, poza Czerwoną Twierdzą zapalają się światła w oknach, porozdzielane ciemnością. Wiatr nasila się i przez wybitą szybę przynosi zapach dymu oraz kurzu. W księżycowej poświacie pochyłe budynki przyoblekają maskę śmierci, przestają być sobą, są tylko cichymi tonami. To miejsce dla Maegora - wbrew wszelkiemu rozsądkowi - jest definitywnym końcem świata, z którego jedyną ucieczką dla człowieka jego pokroju… może być śmierć.
Ciężko było uwierzyć, że zaledwie przed godziną sprzedawca warzyw wystawił na dziedzińcu skrzynki jabłek, cebuli, bakłażanów i dyń. Natychmiast obsiadły je osy. Nie dalej niż kilka jardów dalej, już poza Czerwoną Twierdzą, na zbitym z drewnianych desek straganie wisiał lep pełen muszych trucheł i stała deska z twardymi podpłomykami, dwie sztuki za brązową gwiazdę. Stoisko od murów oddzielało drzewko oliwne. Passiflora oplotła się na nim, zapalając w gałęziach niebieskie iskierki - z daleka mogło się zdawać, że oszalała oliwka rzuciła się w ogień.
Służki w kupieckiej dzielnicy powychodziły na balkony i zdejmowały z balustrad pościel, którą rano tam pozostawiły, by pozbyć się zapachów nocy. Poduszki i pierzyny przydawały ulicy dojmującej frywolności, nie sposób było odegnać myśli o nocy i żonach kupców w nocy wśród piernatów.
Może tak się zaczyna powolne staczanie się z bólu w smutek.
Wzrok Namiestnika Siedmiu Królestw z trudem oderwał się od zapadającego za oknem zmroku i zamarł na bladej, poznaczonej zmarszczkami twarzy Aerysa. W psiarni zaczęły ujadać psy, tym razem wściekle, zawzięcie. Szczekały na podwórzach i pustych placach, proszę, nawet od strony murów miasta i dalej, z dalekiej ciemności, z plaży słychać psy portowych handlarzy, i te bezpańskie kręcące się po Zapchlonym Tyłku. Szczekanie po chwili przechodzi w wycie, następne mu odpowiada, przenikliwe, pełne rozpaczy: wszystko stracone. Taka jest właśnie Królewska Przystań w jesienną noc: Odwieczna. Obojętna. Szklista. Nie martwa i nie żywa. Obecna.
Słysząc pierwsze słowa władcy, Maegor powoli podnosi się z miejsca, spokojnie pokonując kilka kroków, które dzielą go od okien. Krew. Wina. Zbrodnia. Zlepek kilku liter, zupełnie nieistotny, nic nie znaczący dla Targaryena, który w obecnej chwili całą uwagę pozornie poświęca temu, co dzieje się na zewnątrz.
Twoje zaś unurzane są w niej po łokcie.
Książę Smoczej Skały spogląda na miasto ze środka, zza szklanych drzwi balkonu i zza kamiennego muru, odgraniczającego Warownię Maegora od reszty Czerwonej Twierdzy. Patrzy… i czuje wdzięczność, nie do końca wie za co.
Czy dziękuje stolicy? Ma trzydzieści pięć dni imienia i twarz, na której już odbiło się piętno życia. Stale gości na niej podejrzliwy grymas niedowierzania, z odcieniem skrywanej chytrości, zupełnie jakby w każdym rozmówcy dostrzegał coś, co człowiek za wszelką cenę pragnie ukryć.
Tajemnicę. Sekret. Najbardziej cuchnące brudy.
Jest postawny i w każdym wnętrzu robi wrażenie, jakby wypełniał sobą większą przestrzeń, niż w rzeczywistości zajmuje jego ciało. Prawie zawsze mruży lewe oko, nie porozumiewawczo, tylko jakby w skupieniu wpatrywał się w owada lub drobny przedmiot. Słucha słów Aerysa rześki i odprężony, jakby mowa była o pogodzie, nie zaś... planowanej egzekucji.
Maegor Targaryen uznaje ciche związki Królewskiej Przystani i ciemności. Przechodzi z nimi do porządku dziennego - tak, jak w pełni rozumie… a na swój sposób także akceptuje szaleństwo swego starszego brata.
- Władza. - kąciki ust Namiestnika uniosły się w grymasie rozbawienia, gdy odwrócił się od okien, wbijając zimne spojrzenie we władcę królestwa. - Jak widać, nie tylko Ciebie pozbawiła zdrowych zmysłów… - … i nie tylko Ciebie zaślepiła. Książę ruszył w stronę stołu, za wszelką cenę starając się ukryć prawdziwe emocje, które tliły się w szerokiej piersi - usiadł na poprzednim miejscu, splótł ze sobą palce dłoni i zmrużył oczy, kręcąc lekko głową.
- Kobiety w Małej Radzie były błędem, który Ty przypłaciłbyś życiem. Który ja przypłaciłbym życiem. - … który moja żona i nienarodzone dziecko przypłaciliby życiem.
Jak myślisz, bracie? Byłbym wtedy zdolny, aby znienawidzić Cię jeszcze bardziej?

- Ich głowy zaprzątają rozrywki, krzątanina i fałszywa skrucha. Naerys od dziecka była zaślepiona religią… i, jak na ironię, jedynie bogowie wiedzą, dokąd królestwo doprowadziłby jej fanatyzm. Natomiast Soviria… - … była piekielnie dobra w alkowie. Wiedziałeś, bracie?
Jasne, że nie. Wolałeś obsypywać ją pieniędzmi, nie własnym nasieniem.

- … jest zbyt inteligentna, by podejmować ryzyko na własną rękę. Warto zastanowić się, czy tutaj, na dworze, siatka nie została spleciona jeszcze gęściej. - słowa Namiestnika - choć rozsądne - odbiły się echem od ścian i z trudem przedarły przez dźwięk otwieranych przez króla drzwi. Maegor wbił wzrok w wychodzącego z Sali brata, doskonale wiedząc, że jakakolwiek rada, jakakolwiek próba ostudzenia pragnienia krwi spotka się z oschłym milczeniem.
Jakbym mówił do ściany.
Targaryen powinien obawiać się obietnicą złożoną przez Aerysa. Powinien próbować ją ukrócić. Powinien zażądać przesłuchania przy świadkach.
Powinien?
Powinien raczej cieszyć się, że Naerys się potknęła. Że popełniła błąd…
… i za niego zapłaci. Tak, jak płaci Targaryen.
Ogniem i krwią.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Mała Sala   

Powrót do góry Go down
 

Mała Sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Wieża Namiestnika-