a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnata Allyi



 

 Komnata Allyi

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Komnata Allyi   Sro Lut 05, 2014 8:04 pm

Tu wkrótce pojawi się opis (tylko Edmund wypuści mnie z kuchni)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Komnata Allyi   Sro Lut 05, 2014 8:08 pm

/ sala turniejowa

W momencie, w którym piekło upomniało się o ciebie, wychynęło nagle z głębokości i pozostawiło z twojego życia tylko dymiące zgliszcza pokryte siwym dymem, nie masz tak naprawdę wiele do roboty. Bo w końcu na cholerę ci pieniądze, uroda czy przyjemności. Możesz je sobie wetknąć gdzieś, na nic ci się nie zdadzą. Pył na wietrze. Marność. I wszystko to marność. Niewiele pozostaje. Leżeć w ciemności. Pić w samotności. Wzywać litości. Mazać na świstkach i karteluszkach portrety wroga. Albo wstać wreszcie, wytrzeć łzy i smarki, umyć się, wystroić, wściec odpowiednio i ruszyć w głąb zamku, robić rozróbę. Drakę, jakiej nie widziało królestwo. I choć Allya czuła się jak zagubiona kometa, meteor w skutej lodem pustce, odprysk zamarzniętej osobowości, postanowiła działać.
Na twoim miejscu bym tego nie robił, pani. Słowa jednego ze strażników, wystawionych przed drzwi komnaty Aylwarda, odbiły się w jej myślach głośnym echem. Baratheonówna wbiła jasne spojrzenie we własne odbicie, starając zapanować nad nerwami. Ciemne włosy opadły na ramiona lekkimi falami, a jasna skóra w mroku nocy wyglądała jak rozlane mleko. To nie jest groźba ani ostrzeżenie. Ja nie grożę ani nie ostrzegam. Długie, blade palce zapięły na nadgarstku srebrną bransoletę, skupiając całą uwagę Allyi na tym jednym zajęciu. To proste stwierdzenie faktu, pani. Nie możesz zobaczyć go w tym stanie. Baratheonówna czuła się brudna. Zdruzgotana, brudna i słaba. Nie wpuścili jej do komnaty brata. Zamknęli pod strażą w i pilnowali, by...
… nie wyruszyła do lochów, aby wymierzyć sprawiedliwość? A jednak - musiała spróbować coś zrobić. Uratować brata. Uratować, kogo się da. Bo dla siebie samej pomocy już nie oczekiwała.
Gdy przesunęła po obojczyku opuszkiem palca, wcierając w skórę wonny olejek z Myr, drzwi otworzyły się cicho, a do komnaty wsunęła jasna głowa jednej ze służek.
- Moja pani… s-ser Aylward zerwał się… z łóżka i pakuje podróżne kufry… by wyruszyć na Północ. - Allya powoli, jakby z obawą oderwała wzrok od własnej dłoni, przenosząc go na służkę. Niebieskie oczy zalśniły ze wściekłości, gdy napotkały przerażoną twarz dziewczyny.
Boi się. Boi się, jak wszyscy tutaj.
- A powodem, dla którego mu w tym nie pomagasz, jest…? - zapytała spokojnie Baratheonówna, powracając do poprzedniego zajęcia. Drżącą dłonią sięgnęła po flakonik - jak się okazało, tylko po to, by nieostrożnie go przewrócić i rozlać zawartość na ciemne drewno stolika.
- P-pragnie, byś płynęła… z nim. Do Winterfell. Na ślub dziedzica rodu Stark. - Allya pokiwała głową na znak zrozumienia. Jej nozdrza zaczął wypełniać gryzący zapach myrijskiego olejku, ciężkiego, prawie duszącego w podobnej ilości.
Odór śmierci. Czy na Północy też go czują?
Czuła w duszy gorycz i ból, choć od powrotu Aylwarda spychała te uczucia na same rubieże swych myśli. Zdawała sobie sprawę z jednego - kiedy straci wyczucie, pomyli się, po prostu popełni błąd, czasem, w niektórych przypadkach, wszystko rozejdzie się po kościach, a nawet w konkluzji dobrze się kończy. Ale znacznie częściej za błędy przychodzi zapłacić. Słono. I nic tu nie zmieni, że czujesz się rozgoryczona, potraktowana z góry, odrzucona i skrzywdzona. Nie ma sensu niczego rozpamiętywać, szukać na siłę winnego czy użalać nad sobą. Lepiej kornie pochylić głowę i zacząć działać.
Co będzie dla Winterfell boleśniejsze, braciszku? Wiadomość o Twej śmierci i pogodzenie się z nią… czy nagły powrót do świata żywych? Pomyślałeś nad tym choć przez chwilę?
Allya nie wiedziała, co jeszcze da się zrobić, zapewne niewiele. W ferworze nawałnicy niechcianych emocji, największą przykrość sprawiała jej myśl o Aidanie. Jeśli cierpiał, robił to dłużej, mocniej, bardziej trwale od Baratheonówny… bowiem nie miał choćby cienia nadziei.
Ocalić, co się da. Posklejać rozbite skorupy.
- Skoro mój brat pragnie płynąć na Północ… - zaczęła cicho Allya, obracając się w stronę cierpliwie wyczekującej dziewczyny. - … lepiej, byście przygotowali statek. W przeciwnym razie skleci tratwę i będzie odpychał się od dnia krzywym patykiem, aż do momentu, gdy sam tam nie trafi. - dokończyła spokojnie Baratheonówna, podnosząc się z krzesła. - Gisella płynie z nami. - dodała, gdy drzwi zaczęły zamykać się za służką. Jasne spojrzenie spoczęło na obszernej szafie, a z piersi Allyi wydobyło się ciche westchnięcie rezygnacji.
Nie mam odpowiednich szat...
Pomyślała mimowolnie, zapominając na pół uderzenia serca nawet o zmęczeniu i strachu.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Komnata Allyi   Wto Cze 21, 2016 8:45 pm

Na początku było marzenie. Marzenie o nowych horyzontach - pobudzało ono eteryczną wyobraźnię i naoliwiało niezliczone szufladki w umyśle, dokładnie uporządkowane i opisane. Niegdyś wszyscy ludzie bali się śmierci. Była niczym nieustający odgłos w tle, o którym nawet przez chwilę nikomu nie udawało się zapomnieć. Każdy doskonale wiedział, że u kresu wszystkich działań on sam przestaje istnieć - ten właśnie lęk potrafił zatruć każdą przyjemność i to właśnie on wydawał się drugiej córce Lorda Końca Burzy wyjątkowo nierzeczywisty, zupełnie jakby Allya Baratheon zdołała zapomnieć o strachu, złości, bezsilności i paraliżującej bezradności, jaka towarzyszyła jej przed dwoma laty.
Jaka towarzyszyła j e m u przed dwoma laty.
Niektórzy powątpiewali w mistyczną nić, która rzekomo łączyła bliźnięta – te opowieści o wspólnym odczuwaniu bólu i gwałtownych, udzielających się emocjach wkładali między bajki na równi z grumkinami, snarkami i Innymi. O ile jednak istnienie tych drugich było bardziej niż wątpliwe, o tyle ta cieniutka, zdawałoby się pajęcza niteczka łącząca serca, dusze i umysły bliźniąt naprawdę istniała. Wszyscy mogli w to wątpić. Wszyscy, poza nimi.
Allya doskonale pamiętała pierwszą chwilę, gdy na cieniutkim rusztowaniu łączącym ją z Aylwardem zatańczyły iskierki - podobnie jak w wypadku wszystkich innych dzieci, także dla niej nastąpił dzień X, w którym odkryła, czym jest śmierć. Jej (ich) pierwszym nieboszczykiem był człowiek nawykły do życia w otoczeniu trupów. Był nim rzeźnik Końca Burzy, który zaopatrywał ród w mięso od lat – jego dewiza, wypisana wielkimi literami na witrynie w pobliskiej wiosce, brzmiała: „U Dorwella wszystko dobre". Jednak pewnego ranka Allya podsłuchała, jak służka obwieszcza Pani Matce, że nie będą już mogli kupować u niego polędwicy na niedzielę, bo pan Dorwell umarł. Przygniotła go tusza wołu, którą niechcący strącił z haka. Bliźniaki Baratheon musiały mieć wtedy jakieś cztery dni imienia – Allya natychmiast pobiegła do brata, pytając, co też oznacza to słowo „umarł". Aylward wtedy odłożył ostrożnie figurkę rycerza, za której pomocą w tamtym okresie namiętnie podbijał Siedem Królestw, zmarszczył brwi (podpatrzył ten gest u Orysa i zaciekle go naśladował), po czym poważnie odparł to znaczy „już nie być tutaj". Allya natychmiast odparła „to jak wyjść z pokoju?”, co tylko wzbudziło irytację Aylwarda, który powiedział, że kiedy ktoś umrze, to już się nie rusza. Być może właśnie przy tej nieudolnej próbie zrozumienia śmierci pana Dorwella w Allyi zrodziła się nieodparta ciekawość poznania tego, co pozornie niepojęte – jednocześnie doskonale czuła poirytowanie własnego brata, zupełnie tak, jakby to ona denerwowała się, że z tak błahego powodu przerwano jej podbój Westeros.
W każdym razie tak jej się przynajmniej wtedy wydawało.
Dopiero kolejne lata przyniosły nieco bardziej precyzyjną definicję śmierci – Allya dowiedziała się, że jest ona absolutnym tabu, nie mówi się o niej, nawet się nie wspomina, a jeśli już słowo to padnie, wypowiadane musi być z lękiem i szacunkiem. W żadnym razie nie należy wypowiadać go bez powodu, bo to sprowadza nieszczęście. Dowiedziała się, że kiedy ludzie umierają, trzeba płakać  - tyle, że w dniu śmierci babci nie mogła się na to zdobyć, w przeciwieństwie do swych dwóch sióstr. Jedynie Aylward, dostrzegając kamienną twarz bliźniaczki, pochylił się w jej stronę i szepnął, że ze  śmiercią nie ma żartów i że od tej chwili za każdym razem gdy powiadomią Allyę o czyjejś śmierci, zawsze ma starać się na siłę myśleć o czymś bardzo, ale to bardzo smutnym… na przykład o gotowanych liściach szpinaku.
O tak, gdy bliźniaki Baratheon myślały o liściach szpinaku, bez żadnych trudności łzy same napływały im do oczu.
Mijały jednak lata i z dzieci wyrośli na dwójkę dorosłych ludzi, którzy – nawet na myśl o znienawidzonym warzywie – zaciskali mocno usta, za wszelką cenę ukrywając własne słabości. Nikt nie mógł zatem winić Allyi za chłodny dystans, jaki okazywała już po przybyciu do Końca Burzy, zupełnie jakby przez ostatni rok pobytu poza domem nie odczuwała tęsknoty. Kogo jednak próbowała w ten sposób oszukać – innych… czy siebie?
- Czy ona wciąż nalega, by się ze mną spotkać? – pytaniu towarzyszyło lekkie uniesienie brwi, gdy panna Baratheon – dotychczas obserwująca własne odbicie w lustrze – przeniosła wzrok na stojącą przy drzwiach służkę.
- Tak, pani.
Dziewczyna splotła nerwowo palce dłoni, gdy Allya podniosła się gwałtownie z miejsca – jej celem nie była jednak służąca, a nocna szafka, na której spoczywał niewielki, obły flakonik barwy ciemnego turkusu. Po odetkaniu buteleczki i przechyleniu jej, na wyciągniętą dłoń panny Baratheon leniwie spadła jedna, dwie, trzy krople gęstego płynu o intensywnym, bursztynowym kolorze.
- Wezwij ją zatem. Podobno stres źle wpływa… - wystarczyło kilka kolistych ruchów nadgarstkiem, aby rozsmarować ciecz na skórze – komnatę natychmiast wypełnił słodki zapach wonnego jagodlinu i piżma. - … na kobiety brzemienne.
Odpowiedzią na ostatnie słowa było ciche trzaśnięcie zamykanych za służką drzwi, która z niejaką ulgą pomknęła wykonać polecenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Stonehelm
Liczba postów :
259
Join date :
07/09/2014

PisanieTemat: Re: Komnata Allyi   Sob Cze 25, 2016 10:01 pm

Lord Stonehelm mawiał przy różnych okazjach: ludzie silni mogą uczynić niemal wszystko, czego zapragną, lecz nawet najsilniejszym nie wolno pragnąć tego, czego chcą.
A jego córka nie należała do najsilniejszych.
Odkąd tylko do Końca Burzy przybyła Allya Baratheon, Yvienne czuła ucisk w gardle, jakby zawisło nad nią nieznane niebezpieczeństwo, wrogi zamysł, którego nie potrafiła odczytać. Jakby podejmowała bezcelowy wysiłek, by przypomnieć sobie koszmarny majak rozproszony w niepamięci. Nieuchwytny jak fabuła snu powracającego z natręctwem godnym muchy lgnącej do plastra miodu. W jej ciele zagnieździł się kłębek strachu, który przeciągał się leniwie tuż pod zaokrągloną linią brzucha – dłoń panny Swann podrywała się wtedy do znajomej, umiłowanej krągłości, jakby samym dotykiem pragnęła złagodzić chłód niepokoju. Tyle, że w nocy nie mogła uczynić nic, by wyrwać się z koszmarów. Bezradnie padała ofiarą własnych obaw, przenikał ją pusty, północny krajobraz – szkliste płaszczyzny pod niebieskawą skorupą mrozu, odbijającą promienie dzikiego księżyca. We śnie nieodmiennie pojawiały się sanie, było niedźwiedzie futro, ciemny grzbiet opatulonego woźnicy i pęd spienionych koni, i wilcze ślepa jarzące się wokół, i samotne umarłe Czardrzewo stojące na białym zboczu, i noc pośród nocy, i gwiazdy czujne, pełne zamysłów. Woźnica zwracał ku Yvienne nagle masywną twarz. Jak gdyby wyszła spod dłuta pijanego rzeźbiarza – sopelki lodu zwisają u końców gęstego wąsa, usta ma rozchylone, jakby to z nich wydobywał się jęk mroźnego wiatru. Martwe drzewo nie darmo tkwi samotnie na pustkowiach Północy, ma zadanie, którego w półśnie Yvienne nie potrafi nazwać. Ale kiedy się budzi, też pamięta, że je ma, więc wraca do jaźni z nie całkiem pustymi rękami.
Nawet nie zauważyła, gdy za oknami Końca Burzy zaczął siąpić drobny deszczyk przeplatany szarą, gęstą mgłą. Mury potężnej twierdzy zdawały się nic nie ważyć, świat z kolei jawił się jako odrealnione widmo samego siebie – Yvienne przycisnęła nos do zimnej szyby, nie zważając na ciche echo kroków, które niosło się po ciemnych korytarzach. Nie potrafiła odgadnąć znaczenia własnego snu, bała się szukać jego przyczyn – dlatego uciekała poza mury Końca Burzy, starała się ukryć przed własnymi obawami i wciąż tlącym się w umyśle pytaniem.
Dlaczego on nie wraca?
Zadrżała na myśl o własnej bezsilności, a potem kolejny raz na dźwięk słów służki, która wyłoniła się zza ostrego zakrętu korytarza.
- Pani, lady Allya zgodziła się na rozmowę w swej komnacie – coś w oczach służącej – niewiele zresztą starszej od Yvienne – sprawiło, że panna Swann ponownie położyła dłoń na krągłości brzucha, jakby spodziewała się powrotu zimnego kłębka strachu.
Nic podobnego jednak nie nastąpiło, choć czuła, jak jej mięśnie sztywnieją przy każdej próbie poruszenia się – gdy skinęła lekko głową, niemal słyszała skrzypienie dolatujące od napiętego niby cięciwa ciała. Mimo wszystko zsunęła się z chłodnego parapetu i, nie zważając na zesztywniałe kończyny, ruszyła w ślad za służką. Obiecała sobie, że w trakcie bezpośredniej, pozbawionej świadków rozmowy z Allyą Baratheon nie okaże choćby cienia strachu i przez cały czas będzie próbowała odnaleźć w niej jak najwięcej podobieństw… do niego.
To wiele ułatwiało, choć nie stanowiło rozwiązania problemu – jak określiła to lady Rhaelle - który Yvienne nosiła pod sercem.
Tyle tylko, że dla panny Swann nie był to problem… lecz błogosławieństwo. Dar, niekoniecznie chciany, ale dobry, niewinny i zasługujący na opiekę. Zasługujący na matkę, która przestanie obawiać się własnego cienia. Zasługujący na ojca, który będzie przy nim.
I ciotkę, która stanie się oparciem.
Gdy przekroczyła próg komnaty Allyi Baratheon, w jej nozdrza natychmiast uderzyła intensywna woń perfum – poszczególne wonie najpewniej idealnie się z sobą komponowały, lecz dla Yvienne zapach był…
Duszący.
Jak owijający się wokół twarzy szal z jedwabiu, który ktoś zaciska coraz mocniej, mocniej… i mocniej. Panna Swann mimowolnie cofnęła się o krok, napotykając plecami zamknięte przez służkę drzwi. Nie mogła uciec, nie mogła zbliżyć się do źródła woni, nie mogła złapać oddechu, nie mogła się poddać, tak od razu, bez walki, bez słowa. Czas przestał płynąć miarowo, równą strugą. Rozgałęził się na kilka nerwowych nurtów, jak gdyby Yvienne powróciła do czasów swego dzieciństwa. Albo do snu. A może do jakiejś straszliwej opowieści niańki? Nagle zaczęła się bać tej smukłej, pięknej postaci, która patrzyła na nią zimnymi oczami barwy błękitu – były dokładnie takie, jak u Aylwarda, i jednocześnie zupełnie inne, pozbawione wesołości, obdarte z przekory, puste, chłodne odłamki lodu w idealnej twarzy o pełnych ustach. Yvienne nigdy nie czuła się równie brzydka, ociężała, napuchnięta, głupia i bezradna. Nagle pojęła, że to nie jej świat, że to nie jej przyjaciele, że powinna już dawno temu powrócić do Stonehelm i zapomnieć o tym wszystkim. Zapomnieć o nim.
Tyle, że noszony pod sercem dar nie pozwalał jej na ucieczkę. Lubiła myśleć, że upór i odwagę ma po ojcu. Że jest w stanie dodać swej matce sił.
Zupełnie jak teraz.
- Pani, nie uczynię Ci afrontu, jeśli siądę przy uchylonym oknie? Zapach deszczu jest wybawieniem od… od bólów głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnata Allyi   

Powrót do góry Go down
 

Komnata Allyi

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Komnata Rozkosz (wieża)
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Komnata Odyna Tragaryena
» Komnata Małej Rady
» Komnata Viserysa Targaryena

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-