a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Komnata gościnna



 

 Komnata gościnna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Komnata gościnna   Sob Lut 01, 2014 1:06 pm

Znajdująca się na zamku komnata przeznaczona dla gości odwiedzających Koniec Burzy, najpewniej nie należała do najbardziej wytwornych w Siedmiu Królestwach, lecz spełniała niezbędne minimum, dzięki któremu strudzony wędrowiec mógł znaleźć godny odpoczynek. W jedną ze ścian wbudowany został kominek, ogrzewający zimne, smagane wiatrem mury zamku, zaś wygodne łoże z czystą pościelą wypchaną gęsim pierzem, pozwalało na twardy, spokojny sen. Ściany ozdabiały zarówno arrasy przedstawiające sceny polowań, jak i same trofea z łowów - jelenie poroża, a nawet łeb dzika zawieszony tuż nad dębowymi drzwiami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Lut 03, 2014 6:44 pm

Kolejna bezsenna noc. Niepokój czaił się w kątach komnaty, uśmiechał szyderczo i delikatnymi skinieniami palca zapraszał do całkowitego pogrążenia w strachu. Zielone, błyszczące jak u kota oczy odpierały demony umysłu, bez cienia lęku przeczesując pogrążoną w mroku izbę. Płomiennie rude włosy maegi opadały na szczupłe, nagie ramiona, przy każdym ruchu głową wymykając się spod kontroli. Ten zamek… w jego murach zaklęta była magia, Gisella czuła to od momentu, gdy tylko przejechała przez ponurą bramę. Potężna, zapomniana magia, czekająca na bodziec, który wyrwałby ją z letargu. Być może z tego powodu wiedźma czuła się jak barbarzyńca zamknięty w celi. Pragnęła czym prędzej wydostać się z Końca Burzy, zaszyć pośród zielonych traw i po raz pierwszy od dawna wyspać. Bez cienia obawy o własne życie oraz pozbawiona najmniejszego wspomnienia na temat człowieka, z którego powodu się tu znalazła.
Aylward. Baratheon. Aylward. Baratheon.
Imię, wielokrotnie powtarzane w myślach, nabrało specyficznego, kwaśnego posmaku. Bała się, że gdy tylko powtórzy je po raz kolejny, nagle przestanie przywoływać obraz przystojnej twarzy i pochmurnego spojrzenia, które i tak z dnia na dzień traciło na ostrości. Napięcie panujące w zamku udzielało się także maegi, która mimo wszystko wolała nie opuszczać aż nazbyt przestronnej komnaty. Przyzwyczajenie się do czterech kątów, szerokiego łoża, rzeźbionej szafy i trofeów z polowań było znacznie łatwiejsze od błądzenia po potężnej, mrocznej twierdzy, gdzie nikt nie był jej przyjacielem… nawet, a być może zwłaszcza kobieta, która zabrała ją z mniejszego zamku, w którym choć ogród stanowił gwarant ustronności.
Dzisiejsza noc nie miała różnić się niczym szczególnym od poprzednich. Przetrwałaby ją, wpatrzona w mrok, zamykając oczy zaledwie na kilka chwil. Nad ranem zapewne zaoferowaliby jej posiłek, którego i tak nie mogłaby przełknąć. Na szczupłej szyi maegi pętla zaciskała się coraz ciaśniej i ciaśniej, aż w końcu osłabiona Gisella poddałaby się wszechogarniającemu strachowi. Z jakichkolwiek powodów rozgorzała wojna, była znacznie bardziej wyniszczająca niż powszechnie sądzono. Cierpieli nie tylko walczący mężczyźni, ich matki, siostry oraz żony, lecz również… zupełnie obcy ludzie. Tacy, jak maegi. Ludzie, którzy w jakiś sposób poczuli przywiązanie do tych, którzy wyruszyli w bój. Strach nabrzmiewał jak stłuczone kolano, stawał się nieznośny, dławiący i gorzki w smaku. Jednak o wiele gorsza od przerażenia… była niewiedza. Gisella nie miała pojęcia, czy, jak i przede wszystkim - kiedy nadejdzie moment, w którym stanie nad łożem umierającego… lub martwego Aylwarda. Nie mogła być pewna, że jego siostra nie poprosi o przywrócenie mu dawnego życia, że nie zażąda od maegi użycia magii, której sama zainteresowana obawiała się mocniej od śmierci. Siły, nad którą ktoś młody i niedoświadczony może nie zapanować…
Rudowłosa podskoczyła nerwowo na miejscu, gdy do jej uszu dotarł pierwszy dźwięk, zakłócający nocną ciszę. Jakby… krzyk…? Zielone oczy zalśniły w ciemności, gdy Gisella zeskoczyła bezszelestnie z łóżka, podchodząc do niewielkiego okna. Dziedziniec, znajdujący się daleko w dole, pogrążony był w mroku, jednak ludzkie sylwetki jak upiorne cienie przemykały w pośpiechu z jednego końca placu na drugi. Na skórę maegi wpełzła leniwie gęsia skórka, gdy żelazna brama zaszczękała głucho, a pierwsze pochodnie oświetliły wyślizgany bruk. Ogień odbijał się od ciemnych kamieni, sprawiając wrażenie, jakby dziedziniec skąpany był w krwi… gęstej, wpływającej w każdą szczelinę, świeżej krwi. Ciepły oddech Giselli zaparował gładką powierzchnię szyby, jednak rudowłosa zdawała się tego nie zauważać. Trzepoczące w piersi serce wybijało równy rytm, aż do znużenia powtarzając:
Wrócił! Żyje... Wrócił! Wciąż żyje... Wrócił! Jeszcze żyje… Wrócił! Umiera!!
Dziewczyna odsunęła się od okna z przerażeniem, obracając głowę w stronę drzwi. Jeśli istniał powód, dla którego przetrwała brutalność Dothraków w Lhazarze, dla którego sprzedali ją na targu niewolników, dla którego trafiła do Dorne, dla którego uciekła przed brutalnością mężczyzn tylko po to, by wkrótce właśnie w mężczyźnie znaleźć ratunek…
… to wkrótce te drzwi otworzą się, a w progu stanie człowiek, który pozwoli jej zawalczyć o ludzkie życie.
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Lut 17, 2014 8:31 pm

Minęło wiele długich i trudnych dni dla księżniczki, noce natomiast były jeszcze gorsze. Przepełnione sennymi marami i strachem, kradły jej nadzieję, tlącą się ostatkami sił w sercu dziewczyny. Jedynie ona sprawiała, że w tych rozpaczliwych okolicznościach potrafiła posłać swym służkom uśmiech. Bywały chwile, gdy to właśnie ona je pocieszała. A w nocy, gdy dzieliły jedno posłanie w kajucie, w której zostały zamknięte, leżały blisko siebie, kradnąc sobie ciepło, Ivory wpatrywała się w sufit z szeroko otwartymi oczyma. Zasłuchana w szum fal i krzyki mężczyzn na pokładzie zastanawiała się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swą małą ojczyznę. Dorne. Czy dane jej będzie poczuć pod stopami gorący piasek i czy popołudniowy żar skradnie oddech? Może już nigdy nie zanurzy się w kojącym chłodzie sadzawek w Wodnych Ogrodach, bądź nie spróbuje ich pomarańczy. Zapewne nie zatańczy już z małymi dziećmi, których zawsze było tam pełno.
Obok wspomnień gorących i słodkich, pojawiały się myśli mroczne i wtrącające ją w otchłań rozpaczy. Zamierzają ją zabić? A jeśli tak, to czy śmierć dla niej wybrana będzie łagodna? Czy może wpierw przysporzy jej wiele cierpień tak okrutnych, że sama będzie błagać o łaskę zaświatów? Nie wiedziała i bała się tego. Trwoga jeszcze okrutniejsza odbierała jej oddech, gdy wyobrażała sobie swe następne lata spędzone w lochu ciemnym i wilgotnym, gdzie miała wyczekiwać jedynie na śmierć. Jakby to zniosła?
Bywały chwile, gdy nadzieja lekka i ulotna znów mieszkała w jej duszy. W wyobraźni wznosiła ją na swych skrzydłach i podsuwała obrazy Edrica, teraz lorda Słonecznej Włóczni, który przybył ją ratować za wszelką cenę. Nigdy nie wątpiła w miłość swego najstarszego brata, choć był osobą powściągliwą w okazywaniu uczuć. Zawsze coś... mrocznego czaiło się w jego oczach, co napawało ją niepokojem. Ivory wielokrotnie próbowała sobie wmówić, że musiał urodzić się nocą, więc jego duszę pochłonął mrok. To było dobre wytłumaczenie dla małej dziewczynki, którą niegdyś była. Teraz pozostawała jej wiara, że Edric przybędzie jej z ratunkiem. Ta wiara była jak powietrze, pozwalała jej oddychać.
Nastał dzień, gdy żeglarze ujrzeli na horyzoncie twierdzę rodu Baratheon, zwaną Końcem Burzy. Służka księżniczki usłyszała krzyki mężczyzn, stojąc blisko wyjścia i podglądając przez szparę.
-Obudź księżniczkę - wyszeptała dziewczyna do drugiej Dornijki.
I tak skradziono Ivory słodkie marzenie senne o ciepłych ramionach matki i jej cichym głosie z silnym, obcym akcentem. Ostatnia noc na "Morskiej Furii" była dlań łaskawa, choć może była to jedynie cisza przed prawdziwą burzą. Ivory była tego niemal pewna, dlatego też oczekiwała chwili, gdy dobiją do brzegu z rosnącym niepokojem, a jednocześnie z ulgą. Być może wreszcie jej los stanie się dla niej jaśniejszy. Miała ponadto dość żeglugi, i choć na statku dziedzica niczego jej nie brakowało, prócz wolności i spokoju ducha, pragnęła wreszcie poczuć grunt pod nogami. Chciała tego i jednako obawiała się. Podróż dobiegała końca, czy jej życie także? Nie wiedziała, była młodziutką dziewczyną i nic nie wiedziała ani o polityce, ani o wojnie. Przez całe swe życie mówiono, że jest rozsądną i mądrą dziewczyną, jednakże w obliczu niewoli traciła całą trzeźwość umysłu i stawała się przerażoną dziewczynką, niepewną swej przyszłości i pełną strachu przed śmiercią.
W końcu po nią przyszli. Czterech strażników z posępnymi minami, a spojrzeniami tak nienawistnymi, że natychmiast się zlękła i straciła cały pozorny spokój, który próbowała osiągnąć. Złapali ją pod ramiona i wyprowadzili z kajuty, podczas gdy statek dobijał już do portu. Światło dziennie raziło w oczy, a nogi stawały się miękkie. Księżniczka zamrugała kilkakrotnie, a odzyskawszy ostrość widzenia, ujrzała niemały tłum gromadzący się w porcie. Powietrze już było gęste od nienawiści, czuła to doskonale. Choć nie było gorąco, księżniczce zrobiło się duszno, a uszach zaszumiało mocno.
Opadał mostek, a tłum wciąż trwał ponury i milczący. Strażnicy pociągnęli Ivory w stronę mostku, aby poprowadzić ją zapewne do lochu. Nie stawiała oporu do momentu, gdy tłuszcza ją ujrzała. Wiedzieli już kim jest, wiedzieli doskonale. Hałas, który nagle wybuchł, był nie do pojęcia. A Ivory zapragnęła odwrócić się i wskoczyć do wody, nogi jej zmiękły i próbowała się zaprzeć.
-Nie... - wyszeptała, lecz nikt nie usłyszał jej słów. Nikt nie przywiązałby do nich nawet najmniejszej wagi.
Tłum ryczał coraz głośniej, ich furia nasycała powietrze. Strażnicy prowadzili ją przez pomost bez litości, prosto między ludzi spragnionych jej krwi. Zaparła się po raz ostatni, starała nie słuchać. Wszystko na nic. Nagle otoczyli ją ze wszystkich stron.
-ŻMIJA!
Wyzwiska padały ze wszystkich stron, nie była w stanie rozróżnić głosów, było ich tak wiele, wydało się, że prawie tysiące. Żmija było najłagodniejszym z epitetów, inszych księżniczka winna wstydzić się przytoczyć. Ivory kręciło się w głowie, czuła się tak, jakby wpadła do gniazda rozwścieczonych szerszeni. Tyle, że ich jadem były słowa, a żądłami ręce, próbujące ją dosięgnąć. Jednej z kobiet udało się uderzyć ją w twarz, nim odepchnął ją strażnik; inna pociągnęła ją za włosy. Na piersi księżniczki wylądował zgniły pomidor, a przed drugim zdołała uchylić głowę. Ta podróż była najdłuższą w jej życiu. Tłum wydawał się nie mieć końca, a jego wściekłość żadnych granic. Nigdy nie widziała tak ogromnej nienawiści, niż w oczach tych ludzi. Chcieli rozerwać ją na strzępy.
Gdy przekroczyli bramy siedziby Baratheonów, a one zamknęły się za nimi, Ivory wzięła głęboki oddech. Mocno zbladła i przypominała cień samej siebie, a spodziewała się jedynie gorszego. Strażnicy ciągnęli ją za ramiona po schodach, co wzbudziło w niej zaskoczenie. Czy nie zamierzali wtrącić ją do lochu? Może od razu zamierzali skraść jej głowę z ramion? Szła na drżących nogach, oddychając płytko i niespokojnie. Za sobą słyszała szloch swych dwóch służących, obejrzała się więc przez ramię. Twarz jednej z nich była zakrwawiona.
Szli korytarzami, przerażającymi swą surowością, aż w końcu zatrzymali się przed jednymi z drzwi. Strażnik otworzył je i wprowadził do komnaty wpierw księżniczkę, a później jej dwie służące, po czym wszystkie trzy starannie zamknął.
Dwie Dornijki szlochały, a Ivory złapała się najbliższego krzesła, aby nie zemdleć. Nie tyle z wrażenia, lecz emocjo towarzyszących jej podczas przeprawy przez wściekły tłum. Wciąć słyszała ich ryk. Wziąwszy kilka głębokich oddechów, rozejrzała się po komnacie, budzącej weń zdziwienie. Bynajmniej nie przypominała ciemnego, wilgotnego lochu, który sobie wyobrażała. Ta skromna komnata wydała się jej w tamtym momencie niemal luksusowa, kusząca swymi wygodami. Ivory bez słowa podeszła do wiadra z czystą wodą i przemyła nią twarz, a uczucie temu towarzyszące było przyjemniejsze niźli kąpiel w marmurowych basenach Słonecznej Włóczni, pełnych wonnych olejków i ciepłej wody. Po chwili opadła na posłanie, wbijając wzrok w sufit.
I czekała. Czekała bardzo długo, a każda minuta dłużyła się niemiłosiernie. Dornijki kuliły się w nogach łoża, natychmiast zasypiając, udręczone podróżą. Ivory nie zaznała jednak łaski snu. On nie chciał przyjść. Nie mogła nawet zamknąć oczu, które były szeroko otwarte. Często spoglądała na drzwi, jakby spodziewała się, że zaraz ktoś miał wpaść do komnaty i poderżnąć jej gardło. Śmierć mogła przecież wziąć ją w swe ramiona w każdej chwili, lecz Ivory wolała, aby nastąpiło to jak najszybciej. Nie mogła znieść niewiedzy i niepewności. Chciała wiedzieć. Chciała wiedzieć, co z nią uczynią.
Nikt jednak nie przychodził. Nastała cisza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Lut 21, 2014 7:07 pm

/ Port

Zimne, spływające pianą ale stało się odpowiednikiem snu, wypoczynku, lenistwa… oraz pokoju. Kufel, ciężki, ceramiczny i w milczeniu wyczekujący, aż ktoś wypije jego zawartość, był jedyną rzeczą, jakiej potrzebował teraz Orys. W ciepłym pomieszczeniu dwulitrowe naczynie natychmiast pokryło się drobnymi kropelkami. Gdyby to zależało od Baratheona, wprowadziłby dwulitrowy kufel do królewskich standardów miar i wag. Nie zamierza dowodzić, że ich wprowadzenie w skali całego Westeros rozwiązałoby od razu wszystkie problemy polityczne, ale jest przekonany, że połowę na pewno.
Dziedzic Końca Burzy pociągnął pierwszy haust piwa. Większość rozterek, trapiących jego rogatą duszę z miejsca straciło swą ostrość i złagodniało, jednak świadomość, iż to nie czas na odpoczynek, na popijawy oraz inne przyjemności nadal nie opuszczała umysłu Orysa. Żadnych uciech, żadnych kobiet, żadnej radości. Na dębowym blacie, tuż obok jego dłoni, spoczywał list z Królewskiej Przystani. Pochyłe, zamaszyste pismo było odzwierciedleniem uczuć, które targały duszą człeka piszącego kolejne słowa wieści.
Królowa nie żyje.
Jasne spojrzenie Baratheona raz za razem przesuwało się po linijkach tekstu, nie potrafiąc przyswoić treści zawartej w liście. Królowa? Nie żyje? Jak to - nie żyje? Wojna dotarła do Czerwonej Twierdzy? Bogowie postanowili zadać cios wprost w serce Westeros? Z piersi Orysa wyrwało się ciche westchnięcie, gdy opuścił głowę, pogrążając w całkowitym bezruchu.  
O jutrze się nie mówi. I nie myśli. Bo do jutra trzeba jeszcze dożyć.
Zachrypnięty od wydawania poleceń głos Aylwarda przerodził się w cichy śmiech. Baratheon jak żywo widział w myślach wesołe oblicze młodszego brata, gdy ten siodłał konia, nawet nie wiedząc, co czyha na niego za zakrętem. Młody, silny, nieustraszony… jeszcze cały i zdrowy. W głowie wciąż rozbrzmiewały mu natchnione, gorące jak płomień słowa, ideały, do których dążył, marzenia, jakie spełniał. I nikt, nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wysoką cenę zapłaci za własny indywidualizm... a wystarczyło wyłącznie ostrze. Zatrute ostrze znajdujące słaby punkt w zbroi. Jedno, rozpaczliwe uderzenie pokonanego już wroga... i koniec. Najgorsza  z tego wszystkiego była jednak bezradność. Kłąb ssącego niepokoju, złożony z niejasnych, ale bardzo złych przeczuć, bezmyślne wpatrywanie się w ścianę, obracanie w palcach pióra, którym należało skreślić list… Orys naiwnie sądził, że proste, do bólu zwyczajne czynności zrekompensują mu tłumione wyrzuty sumienia, zasypywane dziesiątkami pilniejszych spraw. Gdy jednak choć na chwilę opuszczał gardę i pozwalał, by myśli po raz kolejny zaczęły nękać go najczarniejszymi spośród możliwych scenariuszy. W końcu pojął, iż musi zająć się czymś konkretnym, wymagającym interakcji między ludźmi… czymś, a raczej - kimś, kogo nakazał umieścić w komnacie jako jeńca honorowego.
Nawet nie zauważył, gdy zamyślony i do głębi poruszony, opróżnił kufel zimnego ale. Z tego, co robi, zdał sobie sprawę dopiero w momencie, gdy wciąż dzierżąc w dłoni pergamin oraz pióro z kałamarzem, szedł w górę korytarzem, nie czekając na asystę strażników. Wszystko wskazywało na to, iż królowi zaczyna się palić grunt pod  nogami, skoro posunął się do tego, by wezwać na prywatną audiencję Lorda Końca Burzy oraz jego dziedzica. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że jeszcze chwila i miłościwy władca swe panowanie zakończy w sposób nie tyle spektakularny, co... druzgoczący. Wśród zwolenników Czerwonej Twierdzy trwa więc gorączka szukania szalup na tonącym okręcie. A tych jednak jest bardzo mało i na pewno nie każdy znajdzie na nich miejsce…
Wiele wskazuje na to, iż prawdziwa rozgrywka dopiero się rozpocznie, powtórzył po raz kolejny w duchu Orys, popychając lekko drzwi do komnaty, pilnowanej dotychczas przez trzech uzbrojonych strażników. Nie spodziewał się, iż po przekroczeniu progu, przywita go pełne wdzięczności spojrzenie dornijskiej księżniczki, która miast podzielić los swego brata, umieszczona została w wygodnym, choć minimalistyczne urządzonym pomieszczeniu… na dobrą sprawę, Baratheon gotów był przyjąć stek obraźliwych bluźnierstw, wywołanych głównie zamieszkami w porcie. I jak zawsze w podobnych, kryzysowych sytuacjach - popisał się wręcz nienaturalnym spokojem, odzwierciedlonym w jasnych oczach, niewzruszonych niczym górski strumień i przywodzących na myśl raczej ślepia zwierzęcia. Nie było w nich ani śladu tryumfu, ani krztyny poddania czy rezygnacji. O nie. Tylko ta straszna, spokojna pewność…
- Napisz list do Edrica Martella. Poinformuj go, gdzie zostałaś pochwycona, kto to uczynił... i zapewnij, że nic Ci nie grozi, póki dostrzegam możliwość zawarcia pokoju. - rozkazał cicho Baratheon, kładąc na blacie pergamin oraz pióro z kałamarzem. Jak do tej pory, skutecznie unikał ujrzenia napiętego, najpewniej udręczonego przez setki domysłów lica Dornijki, jednak i to nie mogło trwać wiecznie - Orys oderwał w końcu wzrok od własnej dłoni, na której lśnił pierścień z rodowym herbem i spojrzał na Ivory Martell. Z twarzy dziedzica Końca Burzy nie dało się wyczytać nic, poza dość krótkim przekazem, nie będącym zresztą w jego przypadku zjawiskiem nadzwyczajnym: Baratheon się nie martwił. Nigdy się niczym  nie martwił. Wiedział, że w tych czasach, w podobnych okolicznościach i równie sprzyjającym splocie wydarzeń… nie liczą się prywatne animozje. Główną rolę odgrywają tylko i wyłącznie szalupy ratunkowe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Sob Lut 22, 2014 10:36 pm

Mówią, że czekanie jest rzeczą najcięższą i najbardziej wyczerpującą. Księżniczka Ivory doświadczyła tego na własnej skórze. Wciąż siedziała na miękkim łożu i czekała. Nie wiedziała na co, miała jedynie przeczucia, które sprawiały, że dostawała gęsiej skórki. Siedziała wyprostowana i wtrącona w otchłań smutku, milcząc i nie zaszczycając swych służek nawet jednym spojrzeniem. I czekała, choć sekundy trwały minuty, minuty godziny, a godziny całe lata. Czas dawał jej pstryczka w nos, igrał na nerwach. Podobno leczył on rany. Podobno. Wewnętrzne rany Ivory wyłącznie poszerzał i sypał w nie sól, zamieniając jeden dzień w całą wieczność. Osoby starsze wiekiem i mądrzejsze doświadczeniem powiedziałyby zapewne, że dzień w niewoli jest niczym. W szczególności, gdy zostajesz umieszczona w wygodnej komnacie razem ze swymi służkami, jednakże Ivory Martell miała zaledwie osiemnaście lat i nic nie wiedziała o wojnie. Wciąż dręczyły ją myśli o potwornościach, które mogą z nią uczynić, jeśli tylko zechcą. Lękała się tego i obawiała, była jedynie młodą dziewczyną, na której istnienie spadł czarny głaz nieszczęść. Nie miała już ojca, ani matki, jej bracia wyruszyli na wojnę, a ona sama miała wyjść za mężczyznę od niej starszego i niebezpiecznego... Gdyby tylko nie trafiła do niewoli.
Życie księżniczek jest wolne od trosk i pełne szczęścia jedynie w pieśniach. Od momentu narodzin uczone są wypełniania woli i tańczenia jedynie do taktu muzyki, którą grają inni. Życie księżniczki to wolność jedynie pozorna. To złota klatka, która może zamienić się w żelazną, jeśli tylko los nie sprzyja jej ojcu, czy bratu. Tak wysoko urodzona dama jest jedynie pionkiem w rękach innych i cierpi, gdy popełnią błąd. Wystarczyłoby jedynie więcej wolnej woli, więcej zbuntowania przeciwko własnemu losowi. Gdyby tylko nie wypłynęła ze Słonecznej Włóczni...
Niemal cały dzień spędziła na czekaniu, tłumacząc sobie, że ma jeszcze szansę. Żyła w niej maleńka iskierka nadziei, że jeszcze może być dobrze. Gdyby przestała przecież czekać, gdyby poddała się ostatecznie wszystko straciłoby sens, a wypełniłoby się po brzegi rozpaczą.
O zmierzchu usłyszała szczęk klucza w zamku. Zerwała się natychmiast na nogi, drżąca i pobladła, spodziewając się jedynie najgorszego. Był to jedynie strażnik. Ponury i milczący obdarzył ją nienawistnym spojrzeniem. W wyciosanych jakby z dębu dłoniach trzymał dwa wiadra z czystą wodą. Pozostawiwszy je na ziemi, cofnął się po talerz z chlebem i ser. Zostawił to na posadzce i natychmiast wyszedł bez słowa, drzwi zamykając za sobą starannie. Ivory stała nieruchoma, śledząc go wzrokiem i miała nadzieję, że coś powie. Cokolwiek, choćby to miałaby być wiadomość o jej egzekucji.
Chlebem i serem podzieliła się z dwoma Dornijkami. Czuła jak każdy kęs pieczywa obija się o jej przełyk i żołądek, jakby był kamieniem. Był czerstwy, lecz Ivory czuła się tak, jakby w życiu nie jadła lepszego. Gdy już wszystkie zwilżyły spierzchnięte wargi wodą, Ivory zapragnęła zmyć z siebie kurz. Kurz, uderzenie i nienawiść Końca Burzy. Czuła ją na sobie doskonale, jakby była grubą warstwą brudu. Czuła wrogie dłonie i ich spojrzenia, które natychmiast musiała z siebie zmyć, choć do komnaty mógł wejść każdy. W każdej chwili.
Gdy słońce już zaszło, a świat noc wzięła w swe ramiona, Ivory zsunęła ze swych suknię i stanęła nad misą, chwytając mydło i szorując się nim zawzięcie, aż poczerwieniała jej skóra. Jakby ten proces miał sprawić, że zapomni o zamieszkach i wrogości tych ludzi; jakby mógł zmyć grzechy jej braci.
Zara wytarła jej ciało znalezionym płótnem i opatuliła księżniczkę prześcieradłem, aby wyprać jej jedwab, który pozostawiła przy uchylonej, niedużej okiennicy.
Ivory zasnęła niemal natychmiast, a sen, który przyszedł był głęboki i słodki. Spacerowała w nim z matką wśród drzew pomarańczowych w Wodnych Ogrodach. Badriyah uplotła jej wianek z kwiatów lotosu i szeptała jej baśnie zza Wąskiego Morza, choć sama wyglądała tak, jakby pochodziła z pięknej pieśni. Myśl o matce towarzyszyła Ivory przez cały poranek oraz kolejny dzień. Gdy Zara ją obudziła i pomogła ubrać się w suchą już suknię, słońce dopiero wschodziło. Gdy ten sam strażnik wszedł z kolejnym talerzem chleba, sera i dzbanem wody, Ivory siedziała na krześle, a Amira przeczesywała jej włosy palcami. Znów wbiła w mężczyznę niecierpliwe spojrzenie, lecz po raz wtóry pozostawił ją bez żadnej wiadomości, pozostawiając po sobie jedynie wrogość w powietrzu.
Księżniczka znów więc czekała, a dzień wcale nie mijał szybciej, jednakże Ivory starała się oszukać czas. Rozmawiała z Zarą i Amirą, opowiadała im o królowej Nymerii, bądź tłumaczyła zasady gry słownej, którą zajmowały się całe popołudnie. O zmierzchu jednak straciła ochotę, znów nie stało się nic. Nikt nie przyszedł, a Ivory traciła wiarę w lepszy los.
Lecz wiary w Siedmiu nie straciła nigdy. Nawet gdy do Słonecznej Włóczni przybyła Mellario z Braavos, a razem z nią Pan Światła. Bóg obcy, który skradł jej braci i pragnął spalić sept. Ojciec nie wyraził na to zgody, pozostał wierny swym Bogom, którym dziękował za zdrowych synów i córki, za piękną żonę i pomyślność. Do końca swego żywota jedynie dla nich padał na kolana, pomijając miłościwie nam panującego władcy. Uczyniła to jego córka, jego krew, klękając przy okiennicy i wbijając spojrzenie w ciemniejące niebo. Nie wiedziała do którego z Siedmiu powinna się zwrócić, modliła się do wszystkich. A jednako do jednego, septon z Wodnych Ogrodów spędził przed kilkoma laty długie godziny na tłumaczeniu dornijskim księżniczkom, iż bóg jest jeden, a Ojciec, Matka, Starucha, Dziewica, Kowal, Wojownik i Nieznajomy to jedynie siedem jego aspektów.
Ivory splotła dłonie na znak pokory i zamknęła oczy, modląc się w duchu gorąco. Prosząc o dobrą przyszłość dla jej rodziny, o koniec wojny i pomyślność. Prosiła o darowanie jej życia i możliwość spełnienia swej powinności księżniczki i kobiety, bezpieczna przyszłość u boku Księcia Smoczej Skały wydała jej się teraz bajką, choć zaledwie przed pojmaniem uroniła z tego powodu kilka łez. Modliła się i modliła, gdy usłyszała szczęk klucza. Orys Baratheon ujrzał ją klęczącą przy oknie, a jej cichy śpiew, głos słodki jak owoc południa, nie stek obraźliwych bluźnierstw, wypełniał komnatę.

Dobra Matko, siło kobiet,
pomóż córkom przetrwać trwogę,
ugaś gniew i ucisz furię,
wskaż nam wszystkim lepszą drogę.

Gdy podnosiła się z kolan, kończąc tym samym swą modlitwę, Orys przemówił, wprawiając księżniczkę Dorne w osłupienie. Spodziewała się niemal wszystkiego, lecz nie tego. Kiedy na nią spojrzał na jej śniadej i młodziutkiej twarzy malował się wyraz zdziwienia i widniało zasinienie pod okiem, na kości policzkowej, po mocnym uderzeniu. I spokój jak gdyby była pogodzona ze swoim losem. W rzeczywistości ukrywała trwogę głęboko w sercu, powtarzając sobie, że jest niezachwiana, nieugięta i niezłomna. Nie okaże wprost swego lęku. Wytrzymała jego nienaturalnie spokojne spojrzenie, a jej własne oczy wydawały się nieprzeniknione. Przypominały nocne, czarne niebo z którego wielu starało się czegokolwiek doczytać. Bezskutecznie. Księżniczka Dorne przywdziała teatralną maskę spokoju.
Wedle jego życzenia podeszła do stołu i usiadła na krześle, biorąc w dłoń pióro. Czuła niepokój będąc tak blisko. Niemiłe uczucie ścisnęło jej żołądek, a ona zadrżała mimowolnie.
-Czy... Czy mój brat... czy Trystane żyje?
Słowa te padły z jej ust mimowolnie, gdy zaczęła pisać. Nie mogła się wręcz powstrzymać. Niepokój o Trystane dręczył jej duszę od wielu dni, a Orys Baratheon z pewnością był jedną osobą mających świadomość co się z księciem stało. Wątpiła, aby udzielił jej takich informacji, lecz nie potrafiła zapytać. Nosiła w sercu wielką miłość do wszystkich swych braci i sióstr. A niepewność i niewiedza są rzeczami najgorszymi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Lut 24, 2014 3:05 pm

Dni późnego lata nad Końcem Burzy były niezapomnianym widokiem. Ponura twierdza, nie bez powodu, kojarzona jak Westeros długie i szerokie wyłącznie z huraganami pustoszącymi wybrzeże i potężnymi wichurami, posiadała jednak swoje drugie oblicze. To, które dostrzec potrafią jedynie mieszkańcy nieprzyjaznych Ziem Burzy.
W takie dni jak dzisiejszy, dni ciszy morskiej oraz wszechogarniającego spokoju, można było stać się świadkiem prawdziwego uroku tutejszych okolic. Podnosisz głowę i dostrzegasz nieskalany, dziewiczy błękit. Niebo, mówisz, wzdychając z podziwem i tęsknotą. Piękniejsze niż nad Królewską Przystanią. Piękniejsze niż gdziekolwiek indziej. Na co dzień wygląda to zupełnie odmiennie. Wichry wiejące z prędkością dziesiątek mil. Cumulonibusy, piękne z daleka, zabójcze z bliska. Wściekle zawirowane prądy wznoszące w powietrze drobne kamienie i nadłamane drzewka, sypiące dotkliwym gradem odłamków. A nad tym wszystkim górująca bezlitosna, lodowata czerń Końca Burzy.
Skrywając się w murach siedziby Baratheonów, wydaje ci się, że złożysz przelotną wizytę w niebiosach… a trafiasz na samo dno piekieł. Pomiędzy byty, które rządziły Ziemiami Burzy od zawsze. I które nie posiadają się z radości, że nowy pokarm sam pcha im się do rąk... Dornijska księżniczka musiała się czuć tu obco. Wrogo. Nieswojo. I miała ku temu wszelkie powody. Pomimo bliskości geograficznej, Burza oraz Dorne znajdowała między sobą więcej różnic, niż podobieństw. Samo południe Westeros było niegościnne. Dzikie. Spomiędzy nagich wydm z białego piachu raz za razem wyrastały kamienne ściany zrujnowanych sadyb, postawionych być może jeszcze za panowania Morsa Martella.  Czasami wiatr wiejący od pustyni przynosił miałki piasek i ciskał go wprost w oczy nieostrożnego wędrowca, lecz zwykle panował tam niczym nie zmącony spokój. Żółty krąg słońca wytrwale wspinał się po nieboskłonie, aby osiągnąwszy zenit, naznaczyć upadkiem miejsce zachodu.  Dni mijały jednakowo słoneczne, jednakowo upalne, niezmiennie znaczone szelestem piasku i szmerem gruzu kruszejącego w ukrytych przed dziennym światłem zapadliskach.
Każdy szanujący swe umiejętności dowódca wiedział, że wojna toczona na terenie Dorne zwyciężona mogła być wyłącznie przez samych Dornijczyków. To nie było miejsce dla zakutych w zbroje rycerzy z Westeros, ani tym bardziej dla odzianych w skóry, zimnolubnych wojowników Północy. Przetrwać tam mogli jedynie pustynni ludzie, w swych zwiewnych szatach, ujeżdżający wytrwałe, piaskowe rumaki… zatem jak walczyć z podobnym wrogiem na jego terenie?
Rozsądkiem.
Rozsądek jest ostatnią deską ratunku przed rzuceniem się wprost w rozżarzone gardło Dorne. Rozsądek jest jedynym uczuciem, które pozostało Orysowi, gdy nocami w koszmarach słyszy krzyki swego brata, zatrutego przez niegodziwe, dornijskie ostrze. I kiedy Baratheonowi już zaczyna się wydawać, że pierwotna, zwierzęca wściekłość bezpowrotnie mija, ustępując miejsca zimnej kalkulacji…
Otruli go, rozumie w nagłym olśnieniu Orys, między kolejnymi, pokonywanymi przez siebie krokami. Skurwysyny. Bękarty. Bydlaki! Otruli jak kojota. Jak zwierzę...
Dziedzic Końca Burzy wciągnął głęboko powietrze do płuc, starając się ukoić napięte niczym okrętowe liny nerwy. Nie zauważył nawet, iż jego pojawienie się przerwało modlitwę Dornijek - słowa kierowane do Matki były dla Baratheona jedynie pustymi frazesami. Bezmyślnie powtarzanymi, pozbawionymi głębi wersami. Jeśli jednak modlitwy do kogoś docierały, jeśli rzeczywiście stanowiły podwaliny zjednoczenia Siedmiu Królestw… jeśli bogowie mieli wpływ na ludzkie życie, jedno było pewne. Słyszeli prośby. Ale ich nie słuchali. Nigdy.
Pochmurne oblicze Orysa najpewniej nie było twarzą, którą pragnęła ujrzeć księżniczka Martell po dniach spędzonych w niewoli. Małomówny, pogrążony we własnych myślach Baratheon stanowił idealnie wyważoną esencję tego… co obecnie było zbędne pojmanej Dornijce. Nieruchomy, w cieniu komnaty, uważnie śledzący każdy ruch młodej kobiety dziedzic, nawet najmniejszym grymasem nie zdradzający zaniepokojenia obrażeniami, jakie odniosła Martellówna podczas zamieszek. Orys doskonale znał miejsca, w których czas się zatrzymuje. I komnata, w której przebywała Ivory, właśnie nim była. Wyłączona spoza czasu. W najczarniejszych zakamarkach przystają pędzące dotąd minuty. Poranny pośpiech zastyga, ty zastygasz, zastyga każdy mięsień i każda myśl. Gdy się skulisz w sobie, gdy się w sobie zapadniesz i przestaniesz oddychać – możesz nawet dotknąć wieczności. Jednym wyjściem od popadnięcia w obłęd jest uciekanie od światła. Światło to sztylet w oku. Nie ma boleśniejszej prawdy niż ta, że po nocy przychodzi dzień. Kolejny dzień w niewoli.
Wnętrze komnaty rozmyło się na krótką chwilę w jedną, błękitną smugę. Dla Baratheona jednak przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, czy patrzy wystarczająco uważnie na dwie służki księżniczki, przeniósł więc wzrok na samą Martellównę, pragnąc wyczytać cokolwiek z jej oczu. Cokolwiek oprócz obojętności.
- Czy Twój brat wierzy w Siedmiu? - Orys zacisnął dłoń na brzegu stołu, śledząc wzrokiem zgrabne litery stawiane przez Ivory. Ciemne brwi podjechały nieznacznie do góry, gdy pokręcił lekko głową. - Nie, oczywiście, że nie… - Baratheon obrócił na palcu pierścień z herbem swego rodu, wyraźnie ważąc w myślach kolejne słowa, które miałyby paść z jego ust. Dopiero po chwili, nie starając się nawet ukryć swej złości, wypuścił cicho powietrze z płuc i wbił spojrzenie w przeciwległą ścianę.
- Żyje. I niech modli się do swego Pana Światła, by nie trwało to zbyt długo. - dokończył cicho Orys, postukując niecierpliwie palcami o blat stołu. Nie znał męża, który chciałby wieść owocne życie po czynie, jakiego dopuścił się Trystane. A przynajmniej nie męża, który ma choć odrobinę honoru… Baratheon przeniósł spojrzenie na pergamin,  z zadowoleniem zauważając, iż księżniczka kończy pisać wiadomość. Wciąż poorana ranami, pokaleczona od wiosłowania dłoń Orysa wyszarpnęła spod pióra Dornijki list, gdy ta tylko złożyła na nim swój podpis.
- Pozwoliłem komuś, by Cię odwiedził podczas mojej nieobecności. - wyrzekł nagle dziedzic Burzy, studiując jednocześnie treść skreślonej przez Martellównę wiadomości.  - Nim rozmowy z Twym najstarszym bratem oraz… narzeczonym dobiegną końca, może minąć wiele dni. Cierpliwość jest teraz Twoją jedyną bronią, pani. - Baratheon wsunął za pazuchę złożony na pół list i ruszył do wyjścia, nawet nie informując księżniczki,  kto lada dzień odwiedzi jej komnatę.
Wszak niepewność i niewiedza są rzeczami najgorszymi.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Mar 10, 2014 9:39 pm

Modlitwa przynosiła księżniczce niejakie ukojenie. Dawało siłę, aby podnieść się z kolan i spojrzeć Orysowi prosto w oczy. Gdyby tylko przestała wierzyć, że Siedmiu tam, na górze, są obojętni na jej los; gdyby tylko nie miała gdzie szukać pocieszenia... Najpewniej wpadłaby w szaleństwo w ciągu kilkunastu nadchodzących dni.
Siedziała przy stole bardzo sztywno, jakby połknęła kij. Bliskość Orysa Baratheona była dlań nieprzyjemna i niepokojąca. Dłoń, którą oparł o krawędź stołu uznała wpierw za zmierzającą ku jej szyi, aby odebrać oddech. Gdy uniosła spojrzenie dostrzegła gniew i włożyła całą swą siłę, aby zachować spokój. Maska obojętności na księżniczki twarzy nawet nie drgnęła, choć strach mroził krew w żyłach. Mógł z nią zrobić absolutnie wszystko, a ona nie miała choćby najmniejszej możliwości obrony. Była jedynie młodą dziewczyną i lękała się dziedzica Końca Burzy, nic nie wiedząc o polityce.
Chciała odpowiedź, lecz Baratheon nie oczekiwał odeń odpowiedzi. Wiedział, że Trystane oddał się z zapałem wierze w Pana Światła, który był częścią posagu Mellario z Braavos. Księżniczka Ivory nie porzuciła jednak wiary, która ją wychowała, lecz nie potępiała też brata. Była gotowa paść na kolana i błagać jego boga, aby dał Trystane siłę coby przetrwać niewoli.
-Mam nadzieję, że bogowie będą litościwi dla nas wszystkich - odpowiedziała drżącym głosem, kończąc pisać list. Złożyła swój zgrabny podpis, a Baratheon natychmiast wyrwał pergamin spod jej pióra.
Wiadomość o odwiedzinach zaskoczyły księżniczkę, która uniosła brwi. Odwiedzić? Kat, czy może żołnierz, który miał za zadanie odebrać jej niewinność? Przyszłość jawiła się księżniczce w czarnych barwach, nie przyszło jej więc nawet na myśl, że może to być przyjemna wizyta. W jej mniemaniu po prostu nie mogła.
Księżniczka pożegnała Orysa Baratheona milczeniem, a gdy tylko zamknęły się za nim drzwi wybuchnęła głośnym płaczem. Nie potrafiła powstrzymać drżenia, ani łez spływających gęsto po pustynnych policzkach.
-Och, Trystane... - załkała cicho, gdy Amira objęła ją swymi pulchnymi ramionami.
Nie potrafiła przestać myśleć o starszym bracie, którego z całą pewnością nie umieszczono w takiej komnacie. Dziedzic Końca Burzy dał jej jasno do zrozumienia, że Dornijczyk winien się modlić o śmierć. A to sprawiło, że w Ivory coś pękło i nie mogła powstrzymać łez.
Kiedy tylko noc wzięła świat w swe objęcia, księżniczka wypłakała ocean łez, aż w końcu zasnęła niespokojnie, zmęczona własną rozpaczą. A dni, które nastąpiły po tym spotkaniu były jednymi z najgorszych w jej życiu. Nigdy nie czuła się tak samotna i wyobcowana.
Świat miał cztery strony, lecz nie było jej w żadnej z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Czw Mar 27, 2014 9:27 pm

Racje człowieka w niewoli pozostają w pozycji adekwatnej racjom robactwa deptanego przez but oprawcy… zwłaszcza, gdy sam więzień czuje się jak insekt. Ludzie dobrze zapamiętują miejsca swych zwycięstw i porażek, czasami wracają… tak, ja winien powrócić Baratheon. Martell czekał na Aylwarda długo. Czekał, nie wiedząc, jak wiele czasu pozostaje w martwym trwaniu. W życiu ludzi na wolności mogły minąć długie lata, lecz dla Trystana czas odmierzany ich istnieniem nie miał tak wielkiej wagi. Jak dawno temu wylądował w tym miejscu? Dzień? Tydzień? Miesiąc? Wiek? Byłoby znacznie lepiej, gdyby poświęcano mu uwagę. Gdyby kat nachodził go w lochu, jak nękająca starca podagra, i sprawiał ból. Gdyby wyciągano go stąd, prowadzono na tortury, po czym ponownie wpychano pomiędzy zatęchłe, mokre ściany, pokryte liszajami wodorostów. Gdyby robiono cokolwiek. A jednak…
… a jednak, ktokolwiek wydał podobny rozkaz, ktokolwiek stanął za przeklętą decyzją - doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak na ludzką psychikę działa nic. Puste, duszące nic, urozmaicane jedynie głuchym hukiem morza, pod którego powierzchnią znajdowały się lochy Końca Burzy.
Nie róbmy nic, niech zwariuje.
Nie, nie bijmy go, nie róbmy nic, poczekajmy, aż ser Aylward wróci, to jego więzień i jego zemsta…
Nic, nie czyńmy nic.
Nic. Nic…
O tak, Martell był na swój sposób wolny. Od tych, których poprowadził na śmierć, i od tych, którzy nie uwierzyli mu, nie chcieli podążyć za jego rozkazami, lecz - będąc ludźmi niżej urodzonymi - milczeli. Problem polegał wyłącznie na tym, iż Trystane nie był tylko wolny od siebie. Więc pielęgnował nadzieję, że kogoś jeszcze dręczy samotność. Czasem samej nadziei nie starcza… dlatego pragnął się upewnić. Przez pierwsze dni pobytu w lochu starał się pogodzić z zaistniałą sytuacją, przyjąć ją z godnością, oschłą wyższością, nie dać wrogowi satysfakcji swymi krzykami… lecz nie wziął pod uwagę tego, iż przeciwnik przybierze podobną taktykę. Nikt go nie nachodził. Nikt nie nękał. Trwał przez doby w całkowitym milczeniu, przerywanym jedynie raz dziennie, gdy przez wąską klapę w drzwiach wsuwano pożywienie o bliżej nieokreślonym smaku oraz konsystencji. Wody nie dawali każdego dnia.
Trzy, cztery razy w tygodniu. Nigdy więcej, nigdy mniej.
Chcesz pić? Śmiało, ściany cały czas są wilgotne - pij. Czujesz, że język przysycha ci do podniebienia? Spójrz, miły, na lśniącą od wody powłokę murów, nic nie stoi na przeszkodzie, aby…
… porzucić ludzką dumę, walcząc z wycieńczeniem nieśmiało musnąć opuszkami palców mokrą ścianę, powoli zlizać z nich niewielką kropelkę wody i w końcu, dłużej nie mogąc walczyć z pragnieniem, przejechać po zimnej skale językiem. Gdybyś mógł - zapłakałbyś ze szczęścia, ale wody w tobie tyle, co na pustyni, więc jedynie zanosisz się suchym kaszlem, jak zwierzę, jak skończone bydle scałowując z murów lochów to, co uważasz za zbawienie… podczas gdy jest wyłącznie powolną agonią.
Bo kiedy zaspokajasz w ustach suchość, powoli dociera do ciebie, że to nie była łaska Pana Światła, który nie ma dostępu do pogrążonych w mroku więzień.
Że to nie była woda pitna.
Że razem z wilgocią zlizałeś morską sól.
I zanim jesteś w stanie cicho zaoponować, zakląć, wypluć to, co tak łapczywie odbierałeś murom - może być za późno. Nie masz sił, pragnienie wzrasta jeszcze bardziej, nie wiesz, czy jest dzień, czy noc, zima, wiosna, lato, jesień, początek czy koniec świata… po prostu nie wiesz. Bo oprawcy milczą. Oprawcy nie robią nic. Przez godziny, dni, tygodnie - nie robią nic.
Aż pewnego dnia zaczynasz majaczyć. Halucynacje z początku nie są groźne - ot, w kącie lochu widzisz kota, wydaje ci się, że słyszysz śpiew zza grubych, nabijanych żelazem drzwi… a potem, bardzo powoli, z prędkością kropelek krwi skapujących leniwie z rany… zabierasz głos. Mówisz o swojej przeszłości, życiowych błędach, rozterkach i sukcesach. Wspominasz dawne czasy, zmarłych przyjaciół i żyjących wrogów. Nic groźnego, prawda? Prawda. Aż do chwili, gdy nie dostrzegasz w lochu swego brata. I kiedy nie zaczynasz prowadzić z nim konkretnych, ożywionych dyskusji, na tyle głośnych, iż do wnętrza celi raz za razem zaglądają strażnicy. Mógłbyś przestać - lecz ich obecność powoduje, że czujesz, jak istotna jest twoja mowa, jak wiele możesz osiągnąć rozmawiając z Edrikiem, który w końcu przybył po swego młodszego brata, który wybaczył mu porażkę i postanowił uwolnić…
- … tak dziwnie patrzysz. Wiem, że przyszedłeś sprawdzić, na ile ja się zmieniłem. Przyszedłeś wysłuchać moich wynurzeń, obelg i przekleństw.
Głos Martella odbija się echem od ścian lochu, ginąc bezpowrotnie w odległym huku morza. Nikt poza strzegącymi go ludźmi nie usłyszy, może wrzeszczeć, jeśli tylko zapragnie…
- Odezwij się i powiedz: czy już? Czy znalazłeś z taką zachłannością wypatrywane oznaki obłędu?
Po ustach Trystana przemyka cień uśmiechu, gdy dostrzega w ciemnych jak noc oczach brata wesoły błysk. Dornijczyk jest święcie przekonany, że gdyby tylko zechciał - mógłby wyciągnąć rękę i dotknąć Edrica, uścisnąć jego ramię, poczuć ciepło nagrzanej słońcem skóry.
- Rozpoznałeś symptomy szaleństwa, jakie zostawiła we mnie samotność? Wystawiłeś diagnozę?
Martell przerywa na moment, czując, jak wyschnięte na wiór wargi po raz kolejny pękają, gdy tylko stara się uśmiechnąć. Usta wypełnia posmak krwi, który Trystane przyjmuje z cichą wdzięcznością.
Półtora dnia bez wody.
- Milczysz. Wahasz się… chcesz poznać, czy ja się zmieniłem, a przecież widzę twoją twarz. Zestarzałeś się - czas nie omija żadnego z nas… jesteś zmęczony. Może wiele nocy nie spałeś?
Książę czuje, jak powoli opuszczają go siły. A może po prostu nie ma ochoty rozmawiać ze swym bratem, niechże będzie i tak! Nie ma ochoty - i już. To nie kwestia drżących z przemęczenia dłoni, zaschniętego gardła…
Przecież musiałeś pamiętać, że gdzieś daleko od domu, pod wzburzonymi wodami, ktoś myśli… I ta pamięć spędzała ci sen z powiek, nie pozwalała stanąć rankiem twarzą w słońce i powiedzieć mu: - „Jestem wolny”…
Zapada milczenie. Nie tak długie jak dotychczas, na dobrą sprawę - znacznie krótsze. Znacznie bardziej niepokojące, bo po chwili przerwane zostaje szczękiem żelaznych zawiasów i hukiem otwieranych drzwi. W lochu rozlegają się sprężyste kroki, coraz bliżej, bliżej… ktoś pochyla się, łapie Martella za ramiona, podnosi do góry i wciska do dłoni przyjemnie ciężki puchar wody.
- Pij.
Rozkazali - więc spełnił ich życzenie. Trystane zaczął pić na tyle łapczywie, iż pierwsze kilka łyków spłynęło po brodzie, zamiast do gardła. Lecz zaraz po nich nastąpiła kolejna porcja wody. Jeszcze jedna. I następna.
Zwymiotował tylko po to, by móc ponownie napełnić żołądek zimną cieczą. Oddychał słabo, ale dość równo, gdy w końcu odebrali mu puchar i wyprowadzili z celi. A zatem - to koniec. Długo wyczekiwany koniec. Krokom skazańca i oprawcy towarzyszyło milczenie. Tuż za progiem pierwsze stopnie spirali wąskich, wyślizganych stopni. Schody prowadzą jeszcze dalej w dół, skąd przeciąg podnosi zapowiedź stęchłej wilgoci i chłodu przesiąkniętego wonią morskiego dna oraz soli. Gdzieś w połowie szybu Trystane zadarł do góry głowę. Jaśniejszy krążek u wyjścia z lochów rósł, nadal jednak gubiąc się w półmroku. Przez moment poczuł żal, że ludzie właściwie nie poznali, jaki był naprawdę. Nie poznali jego twarzy. Razem z tymi, którzy odeszli w Wąwozie, tworzył anonimową grupę. Bezimiennego. Dopiero, gdy droga jęła dłużyć się niemiłosiernie, prowadząc po schodach, Martell zdołał się otrząsnąć. Westchnął, zamrugał i spróbował otworzyć oczy. Błysnęły białka i szare tęczówki, niezdrowo zamglone, przekrwione… na swój sposób martwe.
- Taki długi korytarz... - wymamrotał. - Długi. I ciemny. Niewygodnie iść.
Skrzypnęły cicho drzwi. W porównaniu z lochami, pomieszczenie było jasne, dla Trystana aż za jasne - i przyjemnie świeże. Przewietrzone. Pozbawione liszajów na ścianach, soli, wody, huku morza…
… posiadające za to kogoś, kto nie odwiedził księcia w celi ani razu. Martell przez chwilę trwał w bezruchu, przyglądając się bez cienia zrozumienia młodej kobiecie, którą doskonale znał z wyglądu, jednak jej imię nie chciało przejść mu przez gardło, kotłowało się pod czaszką, ale za żadne skarby…
- … przyjechałaś z Edrikiem? - zapytał cicho, przesuwając wzrokiem po gładkiej twarzy swej młodszej siostry.
Ivory. Ivory. IvoryIvoryIvory… uciekaj. Uciekaj, zanim zajmiesz moje miejsce.
Uciekaj.

Trystane przesunął ostrożnie dłońmi po twarzy, jakby pragnął się upewnić, że na pewno opuścił lochy i znajduje się w tym miejscu. Pokoju? Komnacie? I to ze swą siostrą?
Kłamstwo. Chcą, aby doszczętnie zwariował. Chcą, by poczuł się jak Aylward. By tak jak on uwolnił tkwiące w duszy demony. I tym samym skazał się na potępienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Czw Mar 27, 2014 10:54 pm

Minuty zamieniały się w godziny, godziny w doby, a dnie w tygodnie. Mijał tydzień za tygodniem, a może nawet miesiąc? Ivory nie wiedziała, po kilku dniach przestała nawet liczyć. Straciła poczucie czasu, on się dla niej zatrzymał. Chyba tylko dla niej. Przez okiennicę widziała żyjących ludzi, żyjących naprawdę. Rozmawiających z innymi, widujących swoje dzieci i śmiejących się. Oni żyli, dla nich czas toczył się dalej, pędził jak szalony, przysparzając im radości i zmartwień. Gdzieś tam za oknem panna wychodziła za mąż, kilka komnat dalej może matka całowała w czoło swe dziecko przed snem. A w tych czterech ścianach komnaty gościnnej czas się zatrzymał w miejscu i kpił z dornijskiej księżniczki.
Nawet powietrze było tu zbyt gęste, po kilku dniach zaczęło księżniczkę niemal miażdżyć. Brakowało jej powietrza i brakowało jej życia, ludzi, wszystkiego. Brak zaczynał rozrywać ją na strzępy, a ona popadała to w apatię, to w gniew.
Chwile, kiedy noc dotykała spieczonych warg księżniczki rosą ciemności i słyszała w ciszy jedynie bicie własnego serca, niby kroki odmierzające nieskończoność, przywracały jej pewność własnego istnienia i czasu. Tylko nocami samotność zdawała się być do zniesienia, gdy miała za towarzystwo gwiazdy i księżyc na niebie; każdej z nich siadała przy okiennicy, wpatrzona i zamyślona. Nieraz spoglądała na oddalone ulice i małe postaci, aby uświadomić sobie jedynie własną samotność. Dwie Dornijki spały skulone w łożu, pochrapując cicho; dawno przestały z nią rozmawiać, nie potrafiąc młódki pocieszyć.
A mimo wszystko te cztery ściany z okiennicą, przez którą wpadał słoneczny blask i księżycowa poświata, a wraz z nimi życie i namiastka czasu, były niemal luksusem, tak rzekłby każdy więzień, z wyjątkiem jej samej. Wychowanej w bogactwie i dobrobycie, traktowanej jak najdelikatniejszy kwiat.
Teraz przypominała go bardziej, niźli kiedykolwiek przedtem. Straciła na wadze i jakby zapadła się w sobie. Była jak wątły kłos, chwiejący się na wietrze, mogący złamać się przy mocniejszym podmuchu. Nie miało to jednak znaczenia, każdego dnia strażnik, pełen milczącej nienawiści, przynosił do tej komnaty pajdę czerstwego chleba i wodę. Była wychudła, lecz czysta i niespragniona, głodna jedynie trochę, jeszcze daleka od prawdziwej choroby głodowej. Ścisk żołądka był dotkliwy, lecz nie bardziej niż niepewność i niewiedza. Nie bardziej niż niecierpliwość.
Pozwoliłem komuś, by Cię odwiedził podczas mojej nieobecności.
Czekała. Czekała od świtu do zmierzchu przez pierwsze dni, wciąż gotowa i niepewna. Któż miałby ją odwiedzić? Kat? Łotr, mający odebrać jej niewinność - tego pragnęli? Czekała z lękiem. Przez pierwsze siedem dni mając nadzieję, że nie nastąpi to szybko. Czekała z ulgą. A potem ze złością. Nikt nie przychodził, komnata była pusta, a cisza doskwierająca. Czekała z gniewem i obojętnością. Niechże już przyjdzie i uczyni co mu kazano, niech nie każą mi więcej czekać. Wciąż nikt nie przychodził, a księżniczka przestała czekać. Skoro nie mieli zamiaru odbierać jej życia - najwidoczniej czekali, aż uczyni to sama, bądź zrobi to czas.
Miewała chwile furii. Waliła wtedy pięściami w drzwi, krzycząc słowa, których po chwili nie pamiętała. Krzyczała na dwie służące, które wydawały się trupioblade i martwe za żywota. Krzyczała na księżyc i gwiazdy, do ścian i samotności. Nikt nie odpowiadał. Jedynie Amira łapała ją za ramiona i kładła do łoża, sprawdzając, czy księżniczka nie gorączkuje. Ciepło pod dłonią poczuła dwukrotnie, nie pozwalała więc się dziewczynie ruszać spod piernatów i kładła mokrą szmatkę na jej czoło. Bogowie uznali jednak, że jej cierpienie jest dostateczne; podwyższona temperatura była więc winą chłodnych nocy.
W mniemaniu księżniczki były chłodne, a może wręcz zimne. Potęgowane ciszą i samotnością. Tęskniła za żarem Dorne i lekkim chłodem nocy, które inni nazywali wciąż upałem. W Końcu Burzy wszystko wydawało się jej szare i ponure, tak inne od Słonecznej Burzy, pełnej barw i jasności. Zazwyczaj pełnej radości, a teraz żałoby. W Końcu Burzy nie było dla niej radości, ani nic pięknego. Nie potrafiła dostrzec uroku barw nieba nad ziemiami rodu Baratheonów. Potrafiła jedynie przeklinać ich wszystkich w myślach, lecz mimo to nie prosiła bogów o zemstę. Samolubnie błagała ich o łaskę, dla siebie i braci.
Braci, których nie widziała od wielu już miesięcy. Czuła się tak, jakby minęły niemal lata. Czas, gdy ostatnio widziała ich wszystkich, wydawał się jej niemal prehistorią. Jej podróż w stronę Królewskiej Przystani miała swoje miejsce dziesięciolecia temu, a może nawet wieki. Myślała codziennie o każdym z piątki swego rodzeństwa, starannie pielęgnując w wyobraźni ich twarze, tego nie mogli jej przecież odebrać. Nigdy im się nie uda. Obraz Edrica, podsadzającego ją, aby sięgnęła po najpiękniejszą pomarańczę zostanie weń na zawsze. Tak jak Lynette, gdy po raz pierwszy zwierzała się pod piernatami właśnie jej, a nie Alysanne. Każdego dnia widziała malującą w skupieniu Esthię i Trystana, pełnego żarliwej miłości do Pana Światła. Nie uratowała ani jego, ani Edrica. Siedmiu jednak także jej nie uratowało. Nie odpowiadało jej, nie chciało tego uczynić. W ostatnich dniach księżniczka modlitwę porzuciła.
Może właśnie z tego powodu zesłali nań kolejną torturę, pod przykrywą nieopisanej radości. Szczęk rygla wyrwał ją z zamyślenia w samo południe. To było dziwne, nieodpowiednie - nie pasowało do jej dnia. Nikt nie przychodził popołudniu. Jedynie o brzasku, nigdy nie wtedy, gdy słońce stało wysoko na niebie. A oni weszli tu ciągnąc za sobą cień. Cień człowieka, którym niegdyś był.
Nie poznała go, musiało minąć kilka sekund, aby ujrzała swego brata. Niegdyś jednego z najprzystojniejszych mężów w Dorne, dziś jedynie swój cień.
Co oni Ci zrobili...
Wstała z krzesła i chciała do niego podejść, lecz zatrzymała się w połowie drogi. Nie potrafiła, ból sparaliżował każdy jej mięsień. To była najgorsza z tortur, najokrutniejsza i najsłodsza zarazem. Trystane żył, ale [i]jak?[i] Wyobrażenia o tym doprowadzały ją do stanu nie pozwalającego wykrztusić słowa. Do czarnych oczu napłynę łzy, ale księżniczka nie pozwoliła im popłynąć. Ujęła dłonie brata i wtuliła w jedną policzek, zamykając oczy.
Tak bardzo chciała, aby to była prawda, aby ich najstarszy brat rzeczywiście tu był. Ocalił ich oboje, ich ostatnia nadzieja. Ale go nie było, a Ivory musiała zgasić iskrę, którą dostrzegła w oczach brata.
-Nie ma go tutaj - odpowiedziała głosem drżącym, ocierającym się o granicę słyszalności.
Mógł dostrzec w jej oczach rozpacz. Bezkresną i najgłębszą, a ona kurczyła się w jego oczach. Zapadała się w sobie. Odebrano jej rodziców, odebrano jej wolność, a teraz brata odbierali jej kawałek, po kawałku i kazali na to patrzeć. Widok Trystane był rzeczą słodką, przerażającą i tragiczną. Nigdy nie czuła większej ulgi i rozpaczy jednocześnie.
-Nie wiem gdzie jest, nie wiem jak długo ja tu jestem, nic już nie wiem - szeptała, spoglądając bratu w oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Kwi 11, 2014 12:45 pm

Na pograniczu jego świadomości zrodziła się bolesna myśl, kołacząca nerwowo jak natrętna osa w upalny dzień. Atakowała z zaciekłością, każdym kolejnym ukłuciem budząc coraz większy ból, lecz Trystane stłumił ją z rozmyślną premedytacją, zanim zdołała nabrać realniejszych kształtów. Niosła ze sobą coś, co mu się nie podobało, czemu nie chciał i nie mógł uważniej się przyjrzeć, chociaż wszystko podpowiadało, że powinien.
Jego siostra w niewoli.
W niewoli.
Nie zdając sobie sprawy, że w zaciśniętych dłoniach trzyma drobne palce Ivory, Trystane patrzył jak zahipnotyzowany na młodą księżniczkę Dorne, lawirując pomiędzy gniewem, a rozpaczliwą próbą odrzucenia faktów, instynktownego zaprzeczenia oczywistego, które pojawia się zawsze, kiedy obraca się przeciwko nam ukochana osoba.
Skoro ona tu jest, musieli zdobyć Słoneczną Włócznię.
Przeze mnie.

Jeszcze nigdy, nawet przez całe tygodnie spędzone w lochach Końca Burzy nie czuł się tak oszukany i poniżony jak teraz; wtedy tliła się w nim jeszcze odrobina nadziei, nachalnie powracająca wizja Edrica, który rusza na odsiecz, racjonalna przecież myśl, że przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Ale w tej chwili, czując ciepło siostry na własnej skórze, nie miał już żadnych wątpliwości. Wspomnienie domu malowało się niewyraźnie w jego pamięci, jakby widział Dorne dawno temu, co wszak nie mijało się z prawdą. Senna mara będąca tylko wyrwanym z kontekstu obrazem, a mimo to niosąca ze sobą pewne emocje; poczucie zagrożenia, przed którym nie potrafił się obronić, strachu i bólu. Lecz poza tym to było wszystko; cała reszta wspomnień związanych z Wodnymi Ogrodami, Słoneczną Włócznią, nawet rodzicami - tonęła w mroku, którego nie potrafił zgłębić. Wpadające przez okno promienie słońca pozwalały wyciągnąć komnatę z niezdrowego, przytłaczającego cienia i wydobyć z niej nagie, surowe ściany, przyozdobione scenami z polowań i trofeami łowieckimi. Wzrok Martella przez chwilę dokładnie badał wnętrze pomieszczenia, jakby w obawie, że to tylko okrutny, niezwykle realistyczny sen, z którego Trystane lada moment zostanie wyrwany… po czym powróci do zimnej, wilgotnej celi w samych trzewiach twierdzy. Cień Ivory padał smukłą, podłużną plamą na podłogę, utwierdzając księcia w przekonaniu, że żaden sen, nawet ten przedśmiertny - nie może zawierać tak wiele detali, być równie kolorowy, namacalny… i mimo wszystko radosny, aż do bólu, aż do przyspieszonego bicia serca. Drżąc na całym ciele, z plecami zroszonymi kropelkami zimnego potu, Trystane wpatrywał się z czytelnym napięciem w kolorowe, krwawe arrasy na jednej ze ścian. Jego usta, suche i spierzchnięte, poruszały się lekko, wypowiadając bezgłośnie jakieś słowa, których znacznie z początku nie rozumiał nawet Martell - i dopiero gdy pełen niepokoju oraz rozpaczy głos Ivory wytrącił go z otępienia, odwrócił głowę i spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem.
- Moja mała siostra… - zaczął łamiącym się, cichym głosem i urwał, kiedy słowa uwięzły mu w krtani. Księżniczka miała nieruchomą, bladą twarz, a w jej oczach widać było lęk, co obudziło w Martellu na wpół obumarłe uczucia i pozwoliło, aby jego ciało zalała gwałtowna fala emocji, których do tej pory musiał się wyzbywać, by nie złamać się już po pierwszym tygodniu niewoli. Trystane objął Ivory, z początku nieśmiało, jakby walczył z wciąż realnym ryzykiem wyrwania się ze snu. Dopiero po chwili, gdy tylko nabrał pewności, że nic, nic nie jest ich w stanie w tym momencie rozdzielić - przywarł do jej ciała jak dziecko, przez cienki materiał sukienki siostry wyczuwając, że także zaczęła drżeć. Nie do końca wiadomo, jak długo trwali w uścisku - jednak przez cały ten czas żadne z nich nie odważyło się nawet odezwać.
- Nie wiem, co się stało… - podjął na nowo Martell, przesuwając ostrożnie palcami po ciemnych włosach siostry, pragnąc się nasycić każdym, nawet najbardziej lekkim muśnięciem.. - Nie jestem w stanie pojąć tego do końca. - mówił powoli, słowa z trudem przeciskały mu się przez gardło, jednak nie miał zamiaru złożyć broni. - Wszystko, co się wówczas wydarzyło, jest dla mnie jakąś niewyraźną, czarną plamą. Jak obraz, który ktoś zachlapał smołą i widać tylko jego fragmenty. Niewiele pamiętam, wyłącznie luźne strzępy…- na samo wspomnienie ucisku więzów na nadgarstkach, szaleńczego kwiku koni, Głuch bębnów, wrzasków ludzi, tętentu kopyt i tego jednego, konkretnego, przesyconego furią głosu - głosu wroga, wrzeszczącego tuż za jego plecami, głosu Baratheona - wściekłego, niepohamowanego, bezwzględnego. Głosu człowieka, który nie zawaha się przed straceniem wszystkiego… w imię chwały? Bohaterstwa?
Honoru.
- Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy. - wykrztusił cicho, zatrzymując dłoń na gładkim policzku Ivory i uważnie wpatrując się w jej ciemne, piękne oczy. - Zadałem mu ostatni cios. Ostatni, cholerny cios. I Pan Światła wie, jak to by się skończyło, gdyby na mnie nie upadł… - Trystane uciekł spojrzeniem gdzieś w górę, ponad głową siostry i zapatrzył się w wiszące u sufitu kandelabry, jakby szukając w nich ukojenia. Wciąż jednak widział tylko zimny, głęboki mrok spojrzenia Aylwarda i ciemną, przesiąkniętą trucizną krew skapującą z nadłamanego ostrza. Martell poczuł lekkie pieczenie w górnej części oczu i przymknął je na moment, wciągając kurczowo powietrze do płuc.
- Musiałem… musiałem to zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Kwi 11, 2014 2:53 pm

Ivory wiedziała o pojmaniu starszego brata w niewolę wiele dni przed wypłynięciem ze Słonecznej Włóczni. Myśl ta już wtedy tkwiła jak kolec w jej sercu, wwiercając się w nie coraz mocniej i boleśniej, nie dając chwili spokojniej. Prześladowały ją wizje lochów, tortur, bądź nawet szafotu na którym właśnie mógł stać. Świadomość, że mógł już być martwy, bądź właśnie odbierano mu życie odbierała jej oddech i przyprawiała o zawroty głowy. To były jednak jedynie obawy, senne mary i lęki, które nijak miały się do tego, co widziała w tym momencie.
Rzeczywistość okazała się o stokroć gorsza od wyobrażeń, choć Trystane żył i stał właśnie przed nią.
Żył. Oddychał, a jego serce biło, lecz w jasnych oczach księcia nie dostrzegała życia. Nie dopatrzeć się tej iskry, tego błysku, którym żegnał ją w Słonecznej Włóczni, odjeżdżając na północ, po zemstę i sprawiedliwość. Ivory myślała wówczas, że najgorsze, co może się stać, to śmierć w bitwie. Dopiero stojąc w tej komnacie, po wielu tygodniach, zrozumiała, że najgorszą i najokrutniejszą karą jest być martwym za żywota. Odebrać człowiekowi godność i honor, sprawić, aby zapadł się w sobie. Odebrać mu pewność i sens, a nawet cel. A to strażnicy uczyli dornijskiemu księciu, przyprowadzając go do siostry, aby zrozumiał, że wszystko jest już stracone, że nie ma na co czekać. A nie można przecież żyć i czekać, nie wiedząc dla czego chcesz trwać i kurczowo trzymać się życia.
Nie mogło być nic gorszego.
A oni uczynili to Trystanowi, jej ukochanemu bratu, wbijając tym samym kolec w serce jeszcze głębiej, powodując paraliżujące cierpienie.
Trwała nieruchomo nie odrywając od brata wzroku. Jego łamiący się głos nie pozwolił jej wypowiedzieć choćby słowa. Wargi księżniczki zaczęły drzeć, a oczy zaszkliły się od łez, gdy objął ją ramionami. Wtuliła policzek w zagłębienie szyi brata, ostrożnie i z delikatnością, jakby bojąc się, że go zrani. Przez jej ciało przetoczyła się fala ciepła, gdy słyszała bicie jego serca i oddech nad uchem. Milczała, bo słów nie potrzebowali. Żadne z nich nie byłoby odpowiednie, żadne nie potrafiłoby opisać tego, co kotłowało się w sercu dornijskiej księżniczki.
Nie potrafiła też odnaleźć słów pocieszenia, które mogłyby podnieść brata na duchu. Ludziom dobrze jest mówić o nadziei, gdy sami czegoś oczekują, ale jeśli i ona straciła cel, jak mogłaby natchnąć nią człowieka jeszcze słabszego?
Słuchała słów brata z uwagą, spoglądając nieustannie w jego jasne oczy, jakby bojąc się, że zaraz zniknie, że strażnicy wpadną do komnaty wykorzystując moment nieuwagi i zamkną Trystane z powrotem w lochach. Słuchała, lecz nie potrafiła wyobrazić sobie tego, co czuł. Ivory każdą chwilę pogoni i pojmania pamiętała tak, jakby miały one miejsce tego poranka. Odtwarzała je w pamięci codziennie, szukając swego błędu, rozmyślając nad tym, czy to co uczyniła, było słuszne.
Do słuszności czynów brata nie miała najmniejszych wątpliwości.
-Musiałeś to zrobić - szepnęła, lecz w jej głosie nie było już drżenia z rozpaczy.
W Ivory narastała wściekłość, a potężna jej fala przetoczyła się przez jej ciało, powodując jeszcze większe drżenie i bolesne napięcie w mięśniach. Wyrwała się z objęć brata.
-Musiałeś to zrobić dla naszych rodziców - powtórzyła głośniej, głosem twardym i stanowczym. -Ja Ci wszystko wybaczę, lecz nie mów mi o Panu Światła. Nie mów o żadnym z bogów.
Podeszła do okiennicy i przystanęła w blasku słońca, obejmując je spojrzeniem. Nawet ono wydawało się jej tutaj obce i wrogie, nie tak gorące jak w Dorne. Nawet ono podsycało w niej gniew.
-Gdzie byli bogowie, gdyśmy wypowiedzieli wojnę niesłusznie, popełniając pomyłkę? Gdzie byli bogowie, gdy chwast, pielęgnowany w naszych ogrodach od maleńkości, zamordował naszych rodziców? - Ivory mówiła coraz głośniej, nie hamując furii, która zawładnęła jej duszą. -Gdzie byli? Gdzie byli, gdy błagałam ich jedynie o wiatr? - Odwróciła się gwałtownie w jego stronę. Wszystkie mięśnie twarzy miała napięte, a po pustynnych policzkach spływały łzy.
-Nie ma bogów, Trystane. Ani Pana Światła, ani Siedmiu, ani nikogo innego. Jesteśmy zdani jedynie na siebie. - Księżniczka zaczęła krzyczeć, nie potrafiąc się już powstrzymać. Narastająca przez ostatnie tygodnie rozpacz przemieniła się w gniew, a teraz potrzebowała ujścia. Teraz, natychmiast, gdy w pobliżu był ktoś, kto potrafił to zrozumieć.
-Tylko na siebie - nie przerywała ani na moment, gdy doskoczyła do stołu zwinnie jak rozjuszona kotka, chwytając jeden z dwóch dzbanów. Puste naczynie roztrzaskało się o ścianę, a Ivory mówiła cały czas, jakby istniała tylko ona i jej gniew -Gdzie jest Edric? Ile już czasu minęło odkąd wie?
Oczyma wyobraźni widziała już tylko dziewczynę. O bladej skórze i brązowych włosach, która zawsze trwała przy Lynette, będąc powierniczką jej sekretów. Ivory nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ojciec przyjął Różę pod swóch dach. Każda róża, choćby nie wiadomo jak piękna, miała kolce, jednakże nigdy nie spodziewałaby się, że kolce tej róży były zatrute.
-To żaden z synów Burzy, Trystane. To Róże.
Ostatnie słowa wykrzyczała, drżąc z gniewu i niemocy. Czuła nienawiść rozpalającą jej żyły, której nie potrafiły ugasić łzy. Miała wrażenie, że się dusi. Komnata stała się za mała, zbyt ciasna, aby pomieścić ich dwoje oraz służki kulące się w kącie, udające, że nie istnieją. Potrzebowała świeżego powietrza, przestrzeni, żaru dornijskiego słońca. Chciała poczuć jedynie sok pomarańczy na palcach i chrzęst piasku pod stopami, tylko to mogło dać jej ukojenie, lecz nie mogła go dostać. Nie teraz. Była pewna, że już nigdy, dlatego w kilku susach znalazła się przy bracie, aby chwycić poły brudnej koszuli kurczowo i rozpaczliwie, jakby miał zaraz stąd odejść. Oparła czoło o jego obojczyk, wciąż drżąc ze złości.
-Bałam się, że już Cię nigdy więcej nie zobaczę - rzekła cicho, pozwalając płynąć łzom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Sob Kwi 19, 2014 10:03 pm

W głębi snu, w które zapadał podczas niespokojnych nocy w niewoli, zawsze cuchnęło spalenizną. Nie było w nich nic prócz gęstego, ciemnego swądu, ale Trystane i tak zaczynał się miotać po dnie swego koszmaru, od ściany do ściany i na  powrót, bo wiedział dobrze, co zaraz nastąpi.
Czerwoni Kapłani uważają, że w snach przemawiają do ludzi demony.  Albo czarownicy. Jeśli dobrze się wsłuchasz, rozróżnisz, czy woła do ciebie dobro, czy zło.
Martell za każdym razem, gdy zapadał w niespokojny sen, słuchał krótkiego, suchego klekotu i czuł tylko nasilający się smród palonego mięsa. To dlatego, że bóg, który mówił do niego nocą, przyjmował w podobny sposób składane sobie ofiary. Niektórzy wierzą, że mieszka w nim dusza, wojowniczy duch, fetysz. Ale to wszystko gówno prawda. Pan Światła nie ma nic wspólnego z fetyszem. Jest wielkim przełomem, krokiem ewolucji, cywilizacyjnym postępem lepszym niż budowa miast, portów, okrętów i maszyn oblężniczych. Pogrążeni w głębi snu prawdziwi wierni R’hllora - spoceni, zszargani, przerażeni - kompletnie nic nie mogli zrobić z nękającymi ich koszmarami. I kiedy już zdawali sobie z tego sprawę, tak jak uczynił to Trystane, zawsze nadchodziło zimno. Zimno Innych. Przerażone oczy zachodziły szklanymi łzami, a na rzęsach skrzyły się diamenty - oto bowiem człowiek rozumiał, że walka pomiędzy dobrem a złem nie ma miejsca w wielkich bitwach i pośród dworskich zagrywek.
Prawdziwa walka rozgrywa się w ludzkich duszach.
Martell skostniał w jednej chwili, przypominając sobie chwile swego przerażenia, gdy rozdygotany budził się nocami z niespokojnego snu - oddalając się od swego boga, od R’hllora, od ciepłego, zapewniającego bezpieczeństwo światła - zamarzał. Podobno ludzkie ciało w większości składa się z wody. Kiedy tylko dornijskiego księcia nachodziły wątpliwości dotyczące  wiary, jej kryzysy i zawahania - miał wrażenie, jakby ta woda ścina się na srebrzyście lodowy kamień. Z a m a r z a ł. W jednej chwili zamieniał się w sorbet o smaku krwi. Nie miał zresztą za dużo czasu, żeby o tym myśleć, bo zaraz przychodziły dreszcze. Pośród gorących nocy w Dorne i długich dni niewoli w Końcu Burzy nieraz trząsł się jak epileptyk, a serce i reszta podrobów podrygiwały w nim w zupełnie innym, własnym rytmie. A on wciąż wiedział, co zaraz nastąpi, i pocił się strachem, oddychał z paniką. Był podrygującym z zimna i przerażenia krwistym sorbetem.  
- … przestań. - rzucił cicho, obserwując, jak jego siostra rusza gniewnie ścianie, niczym lwica miotająca się w klatce. - Gdy minie wściekłość, przyjdzie namysł… a wraz z nim zrozumienie. Bluźniąc obrażasz bogów, czy to swoich, czy mojego. Furia jest dobrym doradcą tylko na krótką metę i wiedzą o tym nawet ci, którzy się na nią powołują. - Martell zacisnął dłonie w pięści, wpatrując się w swą siostrę. Nie powinien mieć jej za złe gniewu, który nią kierował, jednak…
Przez cały okres spędzony w niewoli Trystane stał się właściwie wrakiem człowieka. Wypaloną, dymiącą skorupą z kości i wspomnień. Jego twarz przypominała warzywo, którego zapomniano w spiżarni. Zwiędła, sinawa, pomarszczona. Pośrodku tkwiły dwa zgniłe zagłębienia oczodołów. Resztę stanowiła miękkawa bulwa bez kształtu i barwy. Zdumiewające, jak można spuchnąć po soli, niewielkich porcjach wody oraz żywności. Spuchnąć wewnętrznie. Na zewnątrz był chudy jak zapałka, bo nieustannie gorączkował, a na widok jedzenia zbierało mu się na wymiotne skurcze. W środku jednak czuł się napompowany jak beczka dornijskiego. Po brzegi rozdęty smutkiem i lękiem. Zdruzgotany postępowaniem Ivory. Trystane w życiu nie przypuszczał, że to może się stać. Że się zupełnie zawali, jak wieża pod wpływem pocisku z katapulty.
- Powinnaś płakać nie dlatego, że bogowie Cię opuścili… lecz dlatego, że to Ty opuściłaś ich. -Martell potarł dłonią zapadnięty policzek, gdy jego siostra rzuciła się w stronę stołu i poderwała z niego dzban, miotając nim o przeciwległą ścianę. Na twarzy Dornijczyka nie drgnął nawet jeden mięsień, gdy wpatrywał się w poszarpane skorupy naczynia, które rozbryzgnęły się po komnacie niczym… niczym wnętrzności ranionego wojownika.
- Edric nam pomoże. - powiedział w końcu, odrywając wzrok od pozostałości po dzbanie. W jego oczach po raz pierwszy od początku pojawiła się lekka iskra, jakby… nadziei? - Wiesz, jaki… jaki zawsze był. Nie rzuca się w ogień, by spłonąć razem z nami, lecz łapie za wiadro i biegnie po wodę. - Trystane wypuścił cicho powietrze z płuc, zupełnie jakby te słowa miały przynieść mu niewysłowioną ulgę - i być może tak też się stało. Martell doskonale wiedział, że gdyby nagle zniknął z powierzchni ziemi, świat wcale nie zachwiałby się w posadach. Paru jego bliskich posmarkałoby w chusteczkę przez jakieś kilka miesięcy, przypomniawszy sobie nagle, jak marnie opowiadał dowcipy albo jak irytująco rozrzucał dokoła siebie ubrania, ale to wszystko. I jedynie myśl, że choć jego siostra będzie w stanie przeżyć tą niewolę…
- Róże więdną na słońcu, siostro. - odparł cicho, jak przez grubą ścianę słysząc swój zachrypnięty z emocji głos. Gdy Ivory powróciła na wcześniejsze miejsce, znajdując w jego koszuli chwilowe oparcie, Trystane mimowolnie przesunął palcami po jej drżącym ramieniu, czując wzbierającą w sercu gorycz. Doskonale wiedział, że wszyscy żyją w krótkich przebłyskach adrenaliny, reszta zaś to tylko śpiączka codzienności. Nudna koma, w której ludzie tkwią pogrążeni, aż nagle ze zdziwieniem stwierdzają, że monotonny hałas dochodzący z góry od jakiegoś kwadransa to ziemia sypiąca się na wieko ich trumny…
- Jeszcze znudzi Ci się mój widok. - Martell pochylił się, by złożyć na czubku głowy siostry krótki pocałunek i przygładzić ciemne, jedwabne pasma drżącą dłonią. - Iv. - powiedział w końcu, odsuwając siostrę od siebie na odległość ramion. - Dlaczego… dlaczego tu jesteś?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Nie Kwi 20, 2014 9:05 pm

Niektóre obrazy pozostają w pamięci na zawsze. Pojawiają się nagle. Niespodziewanie jak grom z jasnego nieba, z mocą podobną gwałtownej nawałnicy letniej zagnieżdżając się w sercu. I trwają tam, cały czas, gotowe, aby zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie, ciąć głębiej niż miecze. Są jak rany, które nigdy się nie zabliźniają i krwawią przy najmniejszym nawet zadrapaniu. Nie możesz się ich pozbyć, nieważne jak bardzi tego pragniesz. Nieważne jak mocno byś się starał i ile wody upłynęłoby w rzece. Będą tam tkwić już wiecznie. Obraz martwego za żywota brata, którego miłowałeś najczystszą, siostrzaną miłością, jest jednym z nich. Jego cierpienie staje się Twoim, choć nie masz pojęcia jak jest ogromne i wszechogarniające. Nie potrafisz sobie wyobrazić ciężaru, który przygniata barki w najgorszych koszmarach. Nie zrozumiesz tego. Nigdy. Mimo to cierpisz, mimo że nie jesteś w stanie tego pojąć, jeśli nie przeżyłeś podobnego bólu.
Cierpienie najbliższych jest Twoim. Zapominasz o każdej z własnych tragedii, zapominasz o gniewie, niepokoju i strachu, którymi była wypełniona każda sekunda twego żywota przez ostatnie miesiące.
Zapominasz. To już nieistotne.
To odległy koszmar, uwaga skupia się na nich. Na oczach bez życia, na spuchniętej twarzy i kościach rysujących się wyraźnie pod szarą skórą. Możesz dostrzec to dopiero po chwili, gdy minie już Twoja furia. Ale nadejdzie taki moment, kiedy tylko cierpienie bliskich się liczy. Szukasz w odmętach pamięci słów pocieszenia, ale wszystkie piękne sentencje o nadziei, o lepszym jutrze, o przyszłości oddalają się ze złośliwym uśmiechem, pozostawiając po sobie jedynie milczenie, którego przecież chciałeś uniknąć.
Możesz jedynie patrzeć, kiedy już widzisz naprawdę.
Widzisz te mętne oczy i ciało bez życia. To moment, kiedy ból jest tak duży, że nie możesz oddychać. To taki sprytny mechanizm, wielokrotnie przez naturę wyćwiczony. Dusisz się, instynktownie nabierasz powietrza i zapominasz na chwilę o bólu. Boisz się nawrotu bezdechu i dzięki temu możesz przeżyć. Dzięki temu zaczynasz znów mówić. O bogach, którzy już dla Ciebie istnieją, o własnej nienawiści, która przed chwilą rozpalała twe żyły, a teraz dogasa gdzieś w oddali.
-To już nieistotne, braciszku - szepnęła Ivory, zastygając w bezruchu.
Ze wspomnień toni pełnej słońca i lepkiego soku pomarańczy wyłoniła się Siedmioramienna Gwiazda. Stara księga, którą podarował księżniczce septon na ósmy dzień imienia, uważając, że winna jak najwcześniej poznawać zasady wiary. Nikt jej jednak nie powiedział, że wiara przychodzi łatwo w dni letnie i radosne, nikt nie przygotował księżniczki na nadchodzącą zimę. Ani septon, ani ojciec, ani matka nie mówili o zwątpieniu. O błądzeniu w ciemnościach i poszukiwaniach w otchłani własnej duszy iskry nadziei.
Dla dornijskiego księcia wciąż płonął płomień i to on pozwalał mu żyć, lecz dusza jego siostry pogrążyła się w ciemnościach zwątpienia, gdzie po omacku próbowała odnaleźć ścianę, na której mogłaby się wesprzeć. Szukała swojego deszczu, ludzkie dusze bowiem tak jak rośliny potrzebują deszczu, lecz innego rodzaju. Nadziei, wiary, sensu. Gdy tego brak, wszystko w duszy umiera, choć ciało nadal funkcjonuje.
-Jeśli wybierzesz zbyt odległą studnię, pożar pochłonie wszystko, co chciałeś uratować - odpowiedziała księżniczka, dostrzegając iskrę w oczach brata, lecz nie potrafiąc wzniecić z niej płomienia nadziei i wiary.
Zrezygnowanie.
Teraz to ono malowało się na pustynnej twarzy dziewczyny, pojawiając się nagle jak kolejny obraz w kalejdoskopie. Rozbuchana emocjonalność nastoletnia była rzeczą nieprzewidywalną, szczególnie kiedy traciło się sens czekania, gdy samotność nie była już jedynie wędrówką w głąb samego siebie, lecz powodem głębokiego cierpienia, powoli przeistaczającego się w apatię. A później zrezygnowanie, kiedy nagłe, silne emocje przestawały szargać duszą jak wiatr wątły kłos.
-Edric napisał do mnie list - zaczęła cicho, patrząc w punkt znajdujący się gdzieś nad ramieniem brata, a jej oczy wydawały się nieobecne, jakby znalazła się znów gdzieś daleko, na morzu - Chciał, abym jak najszybciej wyruszyła drogą morską do Królewskiej Przystani, gdzie miałam poślubić księcia Smoczej Skały, Maegora Targaryena.
Tu dziewczyna urywała na moment. Godność narzeczonego w ostatnich dniach pojawiała się w jej umyśle coraz rzadziej. Wcześniej budziła strach i niepewność, przed nieznanym, co było całkowicie naturalne w przypadku, gdy młoda panna poślubiła mężczyznę sporo od niej starszego. Później rodziła jakąś nadzieję, że dzięki temu mariażowi wróci Trystane, wróci Edric, ból po stracie rodziców zostanie ukojony, lecz teraz... Miano Maegora Targaryena nie budziło w niej już nic, oddalało się. Znikało w odmętach niepamięci jak we mgle.
Czy Trystane pamiętał ich rozmowę w cytrynowym gaju tak wiele miesięcy temu? Powiedziała mu wtedy o swoich podejrzeniach co do planów ojca. W głowie pojawiła się myśl, że jeden z letnich książąt już brodzie zostanie jej mężem. Powiedziała, że się boi. Nie samej osoby męża, lecz opuszczenia Wodnych Ogrodów, Słonecznej Włóczni, Dorne. Samotności.
-Edric pisał, ze to małżeństwo ma być gwarantem pokoju, wypłynęłam więc jak najszybciej, lecz... Nie miałam szans, Trystane. Nie miałam szans, aby uciec - Ivory przeniosła spojrzenie na twarz brata, spoglądając w jego oczy, a dłonią gładząc zarośnięty policzek z największą czułością. Delikatnie, jakby był ze szkła. Jakby mógł rozbić się przy mocniejszym dotyku. - On miał wojskowe okręty. Ja podróżowałam maleńkim statkiem i chciałam uciec, kapitan bardzo się starał, lecz bogowie mieli dla nas inne plany. Najwidoczniej zgrzeszyłam, Trystane, nie wiem czym i nie wiem jak, lecz nastała cisza. Cisza na morzu i cisza w niebiosach.
Przerwała ponownie, nie potrafiąc powstrzymać łamiącego się głosu. Kilka łez spłynęło po policzkach, a Ivory zaczęła drżeć. Znów tam była. Wśród palącej nienawiści i lubieżnych spojrzeń, wśród pragnienia śmierci i chęci zemsty. Wśród szumu fal i drażniącej woni soli. Wszystko widziała i czuła wyraźnie. Zakręciło się jej w głowie, jakby kołysanie przyprawiało ją o mdłości.
-Orys Baratheon zajął mój statek i...- zawahała się, jakby nagle poczuła ogarniające zawstydzenie, tak bardzo pozorne. Sugerujące coś trwożącego braterskie uczucia, dramatycznego dla samej księżniczki, lecz ona kontynuowała bez potoku łez. -Zamknął mnie tutaj. Kazał mi napisać list do Edrica.
Ostatnie słowa były pełne banalnej złości, choć mówiły jedynie o liście. Kawałku papieru i słowach nakreślonych atramentem. Nic strasznego, nic okrutnego, ale mimo wszystko czuła się zła. Na samą siebie,  bo nie mogła nawet wypowiedzieć  rodowej dewizy. Poddała się, oddała statek, napisała list. Złamano ją jak gałązkę. Nie mogła już mówić o sobie niezachwiana, nieugięta, niezłomna, skoro błądziła w ciemnościach i czuła pęknięcia na duszy, które już nigdy nie znikną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Nie Kwi 27, 2014 9:25 pm

MG

Delikatnie, niemal pieszczotliwie przeciągnął dłonią po gładkiej ścianie korytarza, zmierzając prosto ku komnacie, w której przetrzymywana była dornijska księżniczka. Wszystkie te wypustki w murze Końca Burzy były dla niego uosobieniem tej drugiej strony lustra. Świata, do którego chciał znaleźć klucze, świata przez który tu trafił. Niewiele pamiętał z dzieciństwa. Parę czarno-białych slajdów ciągle tkwiło w jego głowie. Właściwie to sam nie wiedział dlaczego nie było w nich kolorów, jakby ktoś specjalnie pozbawił je części przekazu. By były uboższe, by zajmowały mniej miejsca? Bardzo dobrze pamiętał za to szkolenie. Niemal każde słowo, gest czy zapach. Nie było tego wiele, trudno mu było zresztą znaleźć punkt odniesienia. Czas był tu odliczany spłoszonymi uderzeniami serca. On po prostu opływał ich zewsząd i nikt nawet nie próbował go mierzyć. "Nie zadawaj pytań - znajduj na nie odpowiedzi". To były ostatnie słowa jakie Gartrand pamiętał ze szkolenia. Wypowiedział je człowiek ubrany w nieskazitelnie czarny płaszcz, sięgający mu do kolan. Miał bystre błękitne oczy oraz szybkie, urywane ruchy w czym przypominał mu muchę. Na wiele lat później Gartrand zastąpił tego mężczyznę w fachu, którego się imał.
Był katem Końca Burzy.
Kiedyś spędzał mnóstwo czasu w lochach, ucząc się coraz to nowszych sztuczek. Z biegiem czasu kompletował bogatszy zestaw narzędzi. Nawet rozmaite kawałki żelaza użyte w odpowiedni sposób potrafiły zdziałać cuda… Gartrand wciągnął cicho powietrze do płuc, wpatrując się w łagodne mleczne światło prześwitujące przez uchylone drzwi docelowej komnaty i zalewające niemal sterylnie czysty korytarz wąską smugą. Przywołał go dźwięk, który nie powinien rozlec się w Końcu Burzy. Dźwięk rozbijanego dzbanka, budzący nader sporą irytację… wiedziony głosami Dornijczyków mężczyzna z każdym krokiem coraz spokojniej zbliżał się do pomieszczenia, z trudem tłumiąc niepokojący uśmiech na ustach. Zostało nie więcej niż dwa jardy. Dwa… półtorej… jeden i…
- Słowa, słowa… - wyrzekł spokojnie Gartrand, przekraczając próg komnaty. - Gdyby tylko mogły leczyć rany. - blade usta rozciągnęły się w grymasie rozbawienia, jeszcze bardziej szpecąc twarz poznaczoną śladami po ospie. Kat Końca Burzy, stojący dotychczas z rękoma ukrytymi za plecami, pochylił się nieznacznie do przodu, niwelując tym samym odległość, jaka dzieliła go od Trystana Martella i…
- Gdyby w twierdzy był ser Aylward, za rozbity dzban nakazałby jednej z waszych służek w ten sam sposób rozbić głowę, tak, tak… - Gartrand zmarszczył gniewnie jasne, prawie srebrne brwi i wyciągnął zza pleców to, co dotychczas dzierżył w dłoniach. - … na wasze szczęście i mój szczery zawód Lord Baratheon nakazał jedynie przekazać owy… podarek. - kat Burzy z hukiem postawił na stole wiklinowy kosz. Wypełniony po brzegi świeżym pieczywem, malinowymi mandarynkami i gotowanymi na twardo jajami roznosił po komnacie nieprzyzwoicie cudowną woń jedzenia. Nawet stojąca pośrodku niego kanka z mlekiem zdawała się tchnąć niesłychanym zapachem.
- Tym razem jakikolwiek uszczerbek w zastawie przypłacony zostanie… - Gartrand kiwnął lekko głową w stronę księcia Dorne. - … częścią jego ciała. Częścią, którą sam wybiorę. - powiedziawszy to, mężczyzna ze spokojem odwrócił się ku wyjściu, już po chwili znikając za drzwiami.
Tacy jak on nie rzucają słów na burzowy wiatr.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Maj 09, 2014 12:00 pm

Jest takie miejsce, na wschód od Pentos, gdzie pośród rozległych rozlewisk Rhoyne nawet wiatr zdaje się milknąć. Miejsce, w którym dniami i nocami nic nie mąci wszechogarniającej ciszy. Martwej ciszy.
Ponad tonami mułu, ponad warstwami coraz większych kamieni rozciąga się widok, jakiego próżno szukać gdziekolwiek w znanym świecie. Ściany i sufit nikną w duszącej ciemności, tworząc iluzję otwartej przestrzeni, ciągnącej się we wszystkie strony szarej, jałowej równiny, która wznosi się łagodnie ku środkowi, jej brzegi zaś toną w oleistej cieczy o cierpkim posmaku, nazywanej nie inaczej jak… Rhoyne. Im dłużej wędrujesz wraz z nurtem Matki Wszystkich Rzek, tym teren na jej brzegach staje się bardziej poszarpany, nierówny, pokryty dziesiątkami, a później setkami głazów o wszystkich możliwych kształtach i kolorach. Jedne są czarne i popękane, inne porowate, w najrozmaitszych odcieniach żółci i czerwieni, inne znów szare i gładkie, tak bardzo gładkie... Nienaturalnie gładkie.
To cmentarzysko kamieni zwano kiedyś Ny Sar.
I jakże majestatycznym Ny Sar było! Pod zalegającym grubą warstwą mułem tu i ówdzie biegły spękane, kręte, brukowane drogi, mosty nad nieistniejącymi od stuleci strumykami i akwedukty obrócone w ruinę upływem czasu. Dalej jeszcze, tam, gdzie nienazwany kataklizm, który rzucił miasto w najgłębsze odmęty ziemi, okazał łaskę, wznosiły się pomniki i fontanny, termy i świątynie o asymetrycznych, łamiących prawa geometrii kolumnach, o łukowatych i kopulastych sklepieniach, zbudowanych na długo, zanim ludność w Westeros postawiła swój pierwszy, majestatyczny zamek… Budowle zdawały się trwać niewzruszenie, rzucając wyzwanie mijającym wiekom. Jakby stały tu na długo przed zaraniem dziejów i ascedencją człowieka i miały stać nadal, kiedy bieg Rhoyne usunie ostatni ślad istnienia ludzkości.
Czekając.
Martell nigdy nie odwiedził miasta swych przodków, których Nymeria wywiodła do Westeros, uciekając przed niosącymi zagładę Valyriańczykami. Niewiele zresztą zapowiadało, by i w przyszłości miał możliwość ujrzenia na własne oczy ruin Ny Sar, a przecież jego marzenie zdrodzone jeszcze w dzieciństwie, nie było aż tak nieprawdopodobne - miast na wojnę, mógł wyruszyć do Pentos, by stamtąd udać się do zrujnowanej stolicy Rhoynarczyków… stolicy opanowanej przez ludzi, których wyrzekł się cały świat, zrzucając ich na margines istnienia. Tych, którzy zostali dotknięci nieuleczalną chorobą, tych, których skóra pod wpływem zarażenia zamienia się w kamień. Ludzi, do których obecnie Trystanowi było znacznie bliżej niż do członków własnej rodziny…
- Ivory. - imię siostry w ustach Martella zabrzmiało jak suchy, beznamiętny rozkaz, rzucany w stronę nieruchomej rzeszy wojowników. Kiedyś słodkie, niosące ze sobą wspomnienie gorących, dornijskich dni słowo mogłoby przynieść mu ukojenie. Uspokoić nerwy. Pozwolić, by choć myśli opuściły ponure mury Końca Burzy, oderwać je od smutnej rzeczywistości. Jednak dzisiaj, wbrew wszelkim nadziejom i oczekiwaniom, nic podobnego nie nastąpiło. Imię dornijskiej księżniczki nie różniło się w uszach Martella od zwykłego „piękną mamy dziś pogodę”. Było… suche, jak spieczona słońcem pustynia. Było gorzkie w smaku, bo wraz z nim przyszła świadomość losu, jaki wkrótce spotka dziewczynę, która je nosi. Jej kolejne słowa, jak smagnięcia batem, odbijały się echem w umyśle Trystana, kumulując z każdą kolejną chwilą i wywołując na jego ustach grymas, którego nawet nie próbował powstrzymać.
Targaryen. Pokój. Bogowie. Orys. Statek. Bogowie. Bogowie. Bogowie…
Przez chwilę wszystko było inne. Na pół uderzenia serca koszmar ponownie wrócił, ze zdwojoną siłą, z właściwą sobie brutalnością. Z realizmem, wypełniającym nozdrza swądem palonych ciał. Niebo, niebo nad wąwozem nie było niebieskie, tylko jasnozielone, zgniłe, a ziemia czarna, zwęglona. W oddali, z kłębów czarnozielonych chmur wyłaniały się kształty... jak wstążki na wietrze. Wibrujący krzyk wypełniający powietrze, z początku niezrozumiały, zaczął w końcu przybierać określoną formę, znaczenie, które wprowadziło Trystana w zdumienie wraz  z chwilą, w której dotarło do niego, że wypowiedział je na głos.
- Nie! - roziskrzone oczy zalśniły niezdrowo, gdy palce Martella zacisnęły się na szczupłych ramionach siostry, skupiając całą jej uwagę na bracie. Bracie, który przez choć krótką chwilę nie wyglądał jak skazaniec zmierzający na szafot. Przypominał raczej węża, brutalnie zamkniętego w ciasnym dzbanie po oliwie… węża szykującego się do ataku, gdy tylko wróg zechce uchylić wieko naczynia.
- Nie. - powtórzył twardo, przesuwając kciukiem po gładkim policzku siostry, jakby pragnął się upewnić, że ta nie jest tylko upiorną marą. - Nie, nie może Ci tego zrobić, on nie ma pojęcia, nie wie, nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co Cię tam czeka. Nie rozumie! - do tej pory wszechobecna apatia, będąca dla Trystana jak miękki kokon, w którym mógł ukryć się przed cuchnącą, zimną rzeczywistością, zaczęła przeradzać się we wściekłość. Wściekłość na Edrica, na Orysa Baratheona, na przeklęty wiatr, na okręty… na Maegora Targaryena.
Tak, na niego zwłaszcza.
- Posłuchaj mnie. - jasne oczy, przywodzące na myśl spienione fale uderzające o skały wysokiej zatoki, wychwyciły błyszczący, ciemny jak bezchmurna noc wzrok siostry.  - Są dwa rodzaje snów, Ivory. Te, które kończą się wraz z przebudzeniem, i te, które się wtedy zaczynają. - kąciki spierzchniętych ust opadły nieznacznie w dół, gdy tylko ostatnie wypowiedziane przez niego słowo przebrzmiało we wszechogarniającej rodzeństwo ciszy. Martell przesunął drżącą dłonią po policzku siostry, z niejasnym przeczuciem, że… że już nigdy nie będzie miał ku temu okazji?
- Nie ważne, czy zamkniesz oczy, czy je otworzysz. Twój sen będzie koszmarem. Brutalnym koszmarem, z którego nikt nie będzie w stanie Cię wybudzić. - palce Trystana ponownie spoczęły na ramieniu siostry dokładnie w momencie, w którym drzwi komnaty otworzyły się, a do środka wtargnął obcy mężczyzna. Martell, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, odwrócił się do Ivory plecami i zasłonił ją własnym ciałem. Tak, jakby pragnął ustrzec ją przed złem całego świata. Tak, jakby wierzył, że potrafi to zrobić…
- Lord Baratheon wydaje się jedynym rozsądnym człekiem w tej twierdzy. - odparł Trystane, wpatrując się w lekki gest mężczyzny. - Zapewne odbierze dwukrotność tego, co zechcesz zabrać mi. - dodał ciszej Martell, walcząc z nieprzemożoną ochotą rzucenia się na kosz postawiony na stole. Niewykluczone, że świeże mleko mogło zawierać nie mniej świeżą truciznę… co byłoby zemstą, na którą zapewne porwałby się niejeden człek w Końcu Burzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Maj 09, 2014 9:40 pm

Można by rzec, iż księżniczka Ivory wychowała się w Wodnych Ogrodach. Wielkim pałacu oszałamiającym swą wspaniałością każdego i to za każdym razem. Całe mile labiryntu pełnych światła korytarzy, niezliczona ilość chłodnych basenów i sadzawek z unoszącymi się liliami na powierzchni spokojnej wody. Szum fal rozbijających się o biały piasek nieustannie pieści ucho, a cienie drzew pomarańczowych kuszą ukojeniem. Widok pałacu mógłby zakrawać na obraz z baśni, z dziecięcych marzeń, których było tu przecież najwięcej. Potomstwo prostych ludzi oraz wysoko urodzone małe damy i przyszli lordowie biegali po piasku razem, śmiejąc się do rozpuku i częstując mandarynkami. Im dziecię młodsze, tym więcej miało tych marzeń. Ivory pamiętała pełne fantazji chłodne noce spędzone na piasku pod jesiennym niebem, kiedy pragnęła dotknąć jednej z gwiazd. To świetliki, które się przylepiły do tego tam granatowego w górze - powiedziała kiedyś jedna z dziewczynek leżąca obok. Nieprawda. To dusze zmarłych władców - odpowiedziała księżniczka. Tak zawsze mówiła jej matka, kiedy opowiadała o swej ojczyźnie, Wyspach Letnich. Jawiły się one w oczach maleńkiej Dornijki jako kraina swobody i niezwykłości, które chciała poznać, koniecznie! Chciała wiedzieć, czy były tak piękne jak matka. Jak ciemniejsza od jej własnej skóra i te błyszczące czarne oczy. Badriyah spełniła to marzenie zabierając córkę w podróż, gdy ta ukończyła ósmy dzień imienia. To było jedyne i ostatnie marzenie, które się spełniło, choć w Wodnych Ogrodach dziecięce umysły karmiono pięknymi sentencjami, że szczęście nie jest jedynie mglistym pragnieniem, wystarczy wierzyć i nigdy nie porzucać marzeń. Nie wystarczy. Przekonywało się o tym każde dziecko, które ledwie odrosło od ziemi, a musiało opuścić Wodne Ogrody, aby stawić czoło prawdziwemu życiu. Ivory, choć mogła spędzać w pałacu tyle czasu, ile tylko zapragnęła, także wiedziała, że nie wolno go trwonić na marzenia. One nigdy się nie spełnią, jeśli urodziłaś się jako dornijska księżniczka. Od samego momentu narodzin kartę Twego życia zapisuje ojciec, bądź matka, a może nawet starszy brat lub siostra, gdy nie jesteś pierworodną. To oni decydują, a Ivory mogła zaledwie cieszyć się ułudą swobody. Uciec z Słonecznej Włóczni, wybrać inny kolor sukni, bądź poświęcać czas na rozmowy z maesterem o gwiazdach, zamiast spotkać się z potencjalnym kandydatem do jej ręki. Każde marzenie starała się dusić w sobie i odsuwać daleko, jak najdalej, aby nie żałować. Wmawiała sobie przecież, że pogodziła się ze swoim losem i musi przyjąć go z uśmiechem. Nawet, gdy jej rękę oddano jednemu z najbardziej niebezpiecznych mężczyzn w Siedmiu Królestwach i kazano wyruszyć z domu natychmiast. Pożegnała Słoneczną Włócznię uśmiechem, tak jak wypadało księżniczce.
Człowieczy los nie jest bajką, ani snem. Jest zwyczajnym szarym dniem, więc uśmiechaj się do każdej chwili, uśmiechaj, na dzień szczęśliwy nie czekaj... - mówiła matka, a gdy Ivory myślała o tym w ostatnich tygodniach dodawała jedynie: bo nigdy go nie doczekasz.
-Może. I to właśnie uczyni - odpowiedziała, chcąc położyć palec na wargach brata i ukoić jego wściekłość, lecz mówił dalej i dalej.
Ivory zastygła w bezruchu, nie wiedząc co ma mu odpowiedzieć. Miał rację, cholerną rację, lecz cóż mogła uczynić? Sprzeciwić się, odmówić, uciec? Nie, nie zrobiłaby tego. Tkwiło w niej jakieś poczucie obowiązku, którego zawsze brakowało ich siostrze, Lynette. Ona czuła się beztroska i bezkarna, pragnęła swobody i... wszystkiego. Robiła jedynie to, na co miała ochotę, w przeciwieństwie do drugiej córki dornijskiego księcia, która choć bywała swawolna nigdy od obowiązków nie uciekała, nie czując usilnej potrzeby buntu, aby pokazać własne ja. Ivory urodziła się księżniczką, co było w mniemaniu większości tego świata było losem godnym zazdrości. Przyjęła z uśmiechem wszystko co niósł ze sobą ten los, nawet jeśli miała wkroczyć teraz w koszmar, który nigdy się nie skończy. Dobrowolnie, w słodkiej niewiedzy co tak naprawdę ją czeka. Ale to nie szkodzi, może to nawet lepiej... Niewiedza jest przecież słodka. Do czasu.
-W takim razie już zasnęłam i nigdy się nie obudzę, wiem, lecz co mogę zrobić? Zawsze wiedziałam... I Ty także, że zarówno ja, jak i nasze siostry opuszczą Słoneczną Włócznię, aby kogoś poślubić. Najlepszą kartę w tej rozgrywce, Trystane, a nie słodkie marzenie - powiedziała Ivory, a w jej głosie kryła się niepewność, jakby nie była przekonana co do prawdziwości własnych słów - Edric napisał, że to... to pomoże zapewnić pokój na południu. Być może wrócisz do domu. Za najmniejszą szansę na to, skoczyłabym w ogień. Małżeństwo z bratem miłościwie nam panującego króla wydaje się być przy tym rzeczą niemal łatwą.
Chciała wtulić policzek w jego dłoń, lecz drzwi ponownie zaskrzypiały. Zadrżała, a jej umysł zaczęły nękać straszliwe wizje. Chcieli ich zabić po kolei, aby patrzyli na swoją śmierć...? Oddychała ciężko, a serce łomotało jej jak szalone. Boleśnie. Widok mężczyzny sprawił, że krew w żyłach zmroziła jej trwoga... Na krótki moment.
Wypuściła głośno powietrze wpatrując się w koszyk.
Oniemiała, nie ruszała się z miejsca. Nie zauważyła, gdy mężczyzna wyszedł z komnaty. Księżniczka zdołała jedynie chwycić dłoń brata, w razie potrzeby powstrzymując go przed podejściem do stołu. Trucizna, trucizna, trucizna, trucizna. Jedynie to tłukło się w jej głowie. Nie widziała inszego powodu dla którego przyprowadzili tutaj Trystane... a później przynieśli swój podarek, jeśli nie chęć widowiska. Niech wygłodzeni Dornijczycy pokuszą się o spróbowanie zawartości koszyka, a później niech brat patrzy na śmierć siostry, a ona na jego... Świat przez chwilę wydawał się być zbyt okrutny. Zbyt okrutny, aby można było w nim egzystować.
-Zara - powiedziała nagle księżniczka, unosząc zamglony wzrok na jedną ze służek. Żołądek bolał ją tak niemiłosiernie, jakby wielka dłoń zacisnęła się na jej wnętrznościach i coraz mocniej ściskała.
Dornija kuliła się w kącie, obejmując ramionami Amirę.
Patrzyła prosto w oczy dziewczyny, która wiedziała już co będzie musiała uczynić. Przecież uczono ją służyć w każdej sytuacji, choć teraz kręciła głową, a łzy zaczęły spływać po policzkach. Ale Ivory nie odwracała wzroku, który przybierał na intensywności. W jej wnętrzu toczyła się wewnętrzna walka. A co jeśli nie ma tam trucizny? A Trystane dalej będzie głodzony? Jeśli miała przypłacić ten eksperyment życiem Zary - była na to gotowa, choć... kto mógłby się tego po niej spodziewać?
Zara podniosła się z miejsca i chwiejnym krokiem podeszła do koszyka, sięgając po kawałek sera, aby unieść go do ust i po długiej chwili wahania ugryźć, dopiero teraz czując jak naprawdę dręczył ją głód.
Jedna minuta.
Druga.
Trzecia.
Wszyscy trwali nieruchomo, gdy dziewczyna uniosła dzban i upiła nieco mleka. Nic się nie stało.
Czwarta minuta.
-Jest... jest w porządku - powiedziała Dornijka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pią Maj 16, 2014 12:18 pm

Wodne Ogrody w rzeczy samej były jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym miejscem w Siedmiu Królestwach, gdzie wytchnienie znaleźć mogli potomkowie dumnych lordów… jak i ich bękarty. Dorne nie rozgraniczało swych mieszkańców, nie oceniało ich ze względu na status urodzenia, nazwisko, szlachetne pochodzenie. Najistotniejsze były umiejętności - i to one pozwalały wycenić człowieka, choć moment ten nadchodził dopiero, gdy do tej pory beztroskie dziecko zaczęło nieuchronnie zmierzać ku dorosłości. Nim jednak nadszedł ta chwila, potomkowie Dornijczyków przez lata sycili się dobrodziejstwem, które oferowały Wodne Ogrody, z ich zimną wodą, słodkimi owocami i poczuciem bezpieczeństwa. Sam Trystane doskonale pamięta, że podczas całych dni spędzanych w położonym zaledwie kilka mil od Słonecznej Włóczni azylu, nie potrafił zgoła określić czasu, który upływał wśród fontann i słodkich drzewek owocowych. Wtedy, jeszcze jako kilkuletnie pacholę, nawet nie podejrzewał, że w kilkanaście dni imienia później jego ulubione miejsce zabaw zamieni się w synonim bólu oraz cierpienia. Nikt nie wiedział, nawet w największych koszmarach nie zdawał sobie sprawy z tego, że to właśnie w Wodnych Ogrodach otruty zostanie Książę Dorne, co w konsekwencji przyniesie nie tylko przegraną wojnę, ale pojmanie dwójki książęcych dzieci i… złamanie ich. Złamanie ich dumy, ducha, ugięcie woli, zachwianie pewności siebie. Ani Ivory, ani tym bardziej Trystane nie mogli szczycić się mottem swego rodu, bowiem pod każdym względem, w każdym aspekcie mu zaprzeczyli. I choć najpewniej nikt nie miałby im tego za złe, wszak wojna robiła z ludźmi rzeczy o wiele gorsze, w dumnych duszach dornijskich książąt niesmak pozostanie już na zawsze. Będzie jak znamię, jak plama na szacie, której nie da się sprać, jak blizna za każdym razem przypominająca o chwilach hańby… a choć każde z nich wykonywało jedynie swój obowiązek, pieprzone rozkazy, potrzebę posłuszeństwa - nienawiść do siebie samego nadal pozostaje. A wystarczyło jedynie, by każde z nich miało odwagę pójść własną drogą, nie wykonać choć jednego polecenia, przestać z potulnością przyjmować polecenia. Trystane przez lata, ku zmartwieniu i przerażeniu bliższej rodziny wcale nie zamierzał zostać przykładnym mężem, ojcem, dowódcą. Nie tylko nie chciał nikim zarządzać, ale z całą świadomością starał się nie dopuścić do sytuacji, w której ktoś zarządzałby nim, a to, oczywiście, wyklucza wszelką uczciwą pracę. Wielu zarzucało mu niegodną księcia postawę… a sam Martell dziękował Panu Światła, że uchronił go od tej właściwej. Wszystko jednak zmieniło się w momencie, gdy otruto ojca. Wtedy ani indywidualizm Trystana, ani jego przekonania, nawet wrodzona niechęć do zbrojnych rozwiązań problemu nie miała prawa bytu. Wyruszył na wojnę, bo tego właśnie oczekiwali poddani. Rzucił rękawicę diabłu, bo tak postąpiłby każdy syn chcący pomścić ojca. Przegrał, bo pokładał zbyt wielką nadzieję we własne umiejętności. A teraz cierpiał… bo musiał cierpieć. Za swoje własne grzechy i przewinienia.
- Jesteś Dornijką. - odwarknął cicho Martell, wpatrując się w oczy swej siostry z dziką złością, która miast przygasać, z każdą chwilą rosła coraz bardziej. - Nikt nie będzie mówił Ci, co masz robić. Nawet Edric. Przede wszystkim Edric. - Trystane zmarszczył brwi, starając się nie dopuścić do siebie świadomości, że po raz pierwszy od… od zawsze sprzeciwił się decyzji starszego brata. Przez całe lata żył w jego cieniu, z lubością przyjmował każde słowo, pozwalał mu praktycznie na wszystko - aż do teraz. Aż do chwili, kiedy zapomniał o własnej rodzinie i postanowił sprzedać Ivory jak zamkniętego w klatce kanarka, nawet przez chwilę nie biorąc pod uwagę jej uczuć. Obaw. Nie pytając o zdanie. Bez wątpienia do reguł zabawy w Słonecznej Włóczni należało zachwycanie się potencjalnymi narzeczonymi dornijskich księżniczek, tymi śliskimi dupkami w nienagannie skrojonych szatach, którzy błyskali bielą zębów podczas uczt wydawanych przez pana ojca, wachlujących się pakietami listów z banku Braavos zaświadczającego o ich stanie majątkowym i tańczących tak, jakby mieli w środku sprężynę nakręcaną kluczykiem. Na widok takiego stwora w źrenicach Trystana zapalały się dziwne ognie, głos przeradzał się w przesycony sarkazmem szczek a ruchy w każdym najmniejszym geście nakazywały czym prędzej odpuścić próby poślubienia jakiejkolwiek Martellówny. Dornijczyk wsłuchiwał się w słowa swej siostry, z szaleńczą determinacją próbując odnaleźć w niej choćby najmniejszą oznakę oporu, niewielką iskrę złości, pod którą Trystane będzie mógł podłużyć suchych drew i pozwolić, by w sercu siostry rozgorzał bunt przeciwko podobnemu obrotowi spraw… lecz nic takiego nie nastąpiło. Ivory zdawała się być pogodzona ze swoim losem, bez cienia sprzeciwu przyjmowała każde polecenie, które prędzej czy później mogło doprowadzić do jej zguby. Po raz kolejny Martell boleśnie przekonał się, że sądy człowieka są naiwne, zaś wiedza o sobie samym i ogląd wydarzeń ograniczone… Dornijczyk zamilknął, zupełnie jakby przed chwilą ktoś boleśnie go spoliczkował i sprowadził do parteru. Tak naprawdę jednak chodziło o coś zupełnie przeciwnego - Trystane w milczeniu obserwował, jak jego siostra ryzykuje życiem jednej ze swych służek i nakazuje jej podejść do stołu. Drżąca na całym ciele dziewczyna, udręczona, przerażona i przede wszystkim - za wszelką cenę pragnąca przetrwać starała się odmówić, stawić choć minimalny opór, ocalić swoją marną egzystencję… ale wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu. Szczupłe palce służki już po chwili niepewnie uszczknęły kawałek sera, wsuwając go do ust i pozwalając by na kilka krótkich minut, dłużących się dla wszystkich zebranych w nieskończoność, jej życie zawisło na bardzo cienkim włosku. Trystane zacisnął gniewnie pięści, przenosząc wzrok na Ivory, gdy tylko służąca zapewniła o nieszkodliwości stojących w koszyku produktach.
- To chore. - rzucił ostro, ruszając w stronę stołu. Każda część jego ciała, każdy organ, nawet włoski na karku, paznokcie, pory skóry, dosłownie - wszystko - pragnęło czym prędzej rzucić się na żywność i zapełnić nią skurczony, obolały żołądek, pozwolić, by głód po raz pierwszy od niepamiętnych czasów został ukojony. Jeść, po prostu jeść. Aż do pęknięcia, aż do zwrócenia wszystkiego na blat stołu. Po prostu j e ś ć.
- Nie ważne, jak wysoką cenę przyjdzie nam zapłacić, jeśli Baratheonowie zechcą, zgniję w lochach Końca Burzy i ani nasz brat, ani pierdolony Książę Smoczej Skały nie będą mieli nic do powiedzenia. Chcesz wiedzieć, dlaczego? - Trystane złapał za dzban z mlekiem, zaciskając kurczowo kościste palce na jego uchu. - Dlatego, że nikogo nie obchodzi truciciel. Dlatego, że dla Edrica byłoby znacznie wygodniej, gdybym umarł. Dlatego, że jako jedyny w całym cholernym królestwie nie mam już nic do stracenia. - Martell przechylił lekko dzban z mlekiem pozwalając, by ciecz pomknęła ku ziemi niepohamowanym wodospadem, zostawiając na zimnej posadzce śnieżnobiałą plamę. Mięśnie szczęki Trystana zadrgały nerwowo, gdy zacisnął mocno zęby, wykonując zamaszysty zamach…
… i ciskając dzbanem prosto w ścianę. Naczynie poszło w ślady poprzedniego i rozbryzgło się w zetknięciu z murem na kilkadziesiąt ostrych, nierównych kawałków. Huk na pewno został usłyszany na korytarzu i lada moment Martell będzie miał możliwość przekonania się, czy kat Burzy rzeczywiście dotrzymuje słowa, lecz póki co…
- Niezachwiani, Nieugięci, Niezłomni, siostrzyczko. Żaden Targaryen tego nie zmieni. - Trystane ruszył w stronę drzwi, mimowolnie uśmiechając się pod nosem. Skoro Ivory była w stanie przypłacić swą wolnością za uratowanie życia swego brata… to ten sam brat jest w stanie przypłacić krwią, by jego siostra nie pozwalała sobą pomiatać. By nie zapomniała o swej dumie i odwadze... a także pochodzeniu. Martell nacisnął klamkę drzwi, otwierając je cicho i prawie natychmiast napotykając ostrze miecza strażnika, wycelowane prosto w swoją pierś. Teraz wystarczyło nie pozwolić, by Ivory musiała patrzeć na to, co stanie się za moment…
- Prowadźcie do mojej komnaty, panowie. Zmęczyłem się tą gadaniną.
To nie jest pożegnanie, siostro. To tylko nowy rozdział.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Maj 19, 2014 2:50 pm

/ Królewski Trakt

Fala przyboju jest czerwona jak krew. To nie odblask zachodzącego słońca, tylko głęboki, niepojęty szkarłat w głębinie, widoczny na powierzchni niczym ścieżka wiodąca wprost ku zapadającej za horyzont pomarańczowej kuli światła. Kusi, żeby na nią wstąpić. Wypłynąć w morze, pozwolić, by zapach soli ponownie przesiąknął ubrania, skórę, włosy…
Baratheon z trudem oderwał wzrok od widoku za oknem, kręcąc lekko głową. Przybył do twierdzy nie dalej jak przed kwadransem i prawie natychmiast udał się do własnej komnaty, by zmienić odzienie i odświeżyć się po podróży. Gdy wraz z towarzyszami dotarł do Końca Burzy, już zapadł zmrok. W komnatach, korytarzach i kuchniach zamku kładła się ciemność, a mimo to wszędzie panowało nienaturalne poruszenie. Już na dziedzińcu kasztelan twierdzy natychmiast jął przekazywać Orysowi najświeższe nowiny, głównie z Pogranicza… lecz przyniósł również list z samej Królewskiej Przystani.
Kruk był ode mnie szybszy.
Matea, stara gospodyni, posapując z wysiłku, truchtała korytarzem drugiego piętra. Ściskała kurczowo świecę, lękliwie rozglądając się na boki. Wiele by dała, żeby znajdować się teraz w bezpiecznej, jasno oświetlonej, pełnej gwaru kuchni. Każdy cień, każdy załom muru sprawiał, że serce kobiety wpadało w histeryczny galop. Pod schludnie upiętym czepkiem włosy lepiły się od zimnego potu. Chłodny powiew zerwał się nie wiadomo skąd, zatrzepotał szeroką spódnicą staruszki. Lampa w dłoniach Matei zadrżała. Gospodyni zatrzymała się, rzuciła trwożne spojrzenie w głąb korytarza, po czym z cichym westchnięciem ulgi wtargnęła do komnaty Orysa, odnajdując dziedzica Burzy za szerokim stołem, zasłanym pergaminem oraz zaschniętymi kroplami wosku.
- Panie, mam przynieść kolację? - po ustach staruszki przemknął pobłażliwy uśmiech, gdy Baratheon poderwał głowę, wpatrując się z zaskoczeniem w kobietę. Dopiero po chwili błękitne oczy zalśniły spokojnie, a na ustach Orysa pojawił się lekko uśmiech. Dziedzic pokręcił lekko głową, pocierając lekko porośnięty ciemną szczeciną policzek.
- Nie mam zbyt wiele czasu… ale jeśli możesz, poproś Dereka, by stawił się na dziedzińcu za godzinę. Czeka nas krótka podróż. - jego ostatnie słowa jeszcze nie przebrzmiały, gdy ponownie przeniósł wzrok na pergamin trzymany w dłoni. Baratheon obracał zaproszenie na ślub Maegora Targaryena i Ivory Martell w długich, smukłych palcach. Trzeba przyznać, że zareagowałem szybko, pomyślał spokojnie Orys. Ale Namiestnik jeszcze prędzej... dziedzic Burzy wsunął ozdobiony pieczęciami list za pazuchę, po czym podniósł się z miejsca, ruszając ku jedynemu, właściwemu miejscu w obecnej sytuacji… i nie była to niestety karczma.
Brudna, podjazdowa, wyniszczająca partyzantka, oparta głównie na atakach poniżej pasa.
Przemknęło mu przez głowę, gdy pokonywał kolejne stopnie dzielące go od komnaty gościnnej, w której zamknął dornijską księżniczkę. Jak dawno temu? Miesiąc? Dwa…? W Królewskiej Przystani czas płynął zupełnie inaczej, Baratheon miał wrażenie, jakby minął tydzień, na pewno nie więcej, lecz dla dziewczyny zamkniętej za drzwiami, pośród samych wrogów… mogły równie dobrze minąć dziesięciolecia. Wysokim, łukowato sklepionym przejściem dotarł do ciemnego korytarza, rozbrzmiewającego echem jak królewski grobowiec. Światło spływało z góry w postaci zakurzonych kolumn i rozlewało się po kamiennej posadzce. Stare lśniące zbroje stały w milczeniu na baczność, ściskając w stalowych pięściach wiekowe bronie a panująca ciszę zakłóciło dopiero skrzypnięcie drzwi, gdy Orys nacisnął klamkę i po chwili wkroczył do doskonale znanej sobie komnaty. Jasne spojrzenie przesunęło się po jej wnętrzu, dopiero po dłuższej chwili napotykając szczupłą sylwetkę księżniczki Martell. Ciemne brwi Baratheona zmarszczyły się nieznacznie, gdy powoli sięgnął za pazuchę wamsu i wysunął zza niej złożone zaproszenie.
- Muszę przyznać, że Twój brat Trystane potrafi dowodzić żołnierzami, ale jak na mężczyznę, który ssie fiuty, brakuje mu poczucia humoru. Dlatego nasz kat właśnie zastanawia się, który palec mu odciąć… a znając jego fantazję i tak wybierze inną część ciała. - spokojny głos Orysa odbił się echem od ścian, a dłoń wysunęła się powoli w stronę Ivory, dzierżąc między palcami zdobiony pergamin. - Gratuluję, księżniczko. Nie dalej jak za dwa tygodnie wychodzisz za mąż... to cakiem miło ze strony Maegora, że postanowił Cię zaprosić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Pon Maj 19, 2014 3:47 pm

Ivory czuła złość do siebie samej. Ile razy przez ostatnie tygodnie pluła sobie w brodę, że Edrica posłuchała, że wypłynęła na wody Wąskiego Morza, zamiast pozostać w Słonecznej Włóczni? Ileż razy budził się w niej gniew, że tak łatwo dała się złapać? Niezliczenie wiele. Rozpacz mieszała się ze złością i apatią, którymi żyła w tej komnacie. Czterech ścianach, których znienawidziła równie mocno, co jej właścicieli. Czuła złość do nich, lecz również samej siebie, a zarazem wstyd, jednakże... Na Bogów, dlaczego Trystane nie potrafił tego zrozumieć? Widziała płomienny gniew w martwych dotychczas oczach, jednakże nie potrafiła odnaleźć w nich zrozumienia. Miał jej za złe, że posłuchała Edrica, lecz czy dostrzegał czym się kierowała? Dlaczego to uczyniła? Księżniczka poczuła zimną złość. Paraliżującą i i nie pozwalającą się odezwać, gdy łzy cisnęły się do oczu. Zastygła w bezruchu z zaciśniętymi pięściami i zaciętą miną, obserwując Trystane. Do tej chwili była niemal pewna, że go... Nie poznaje? Gdy się rozstawali, oboje byli innymi ludźmi. Noszącymi honor równie wysoko, co inne wartości. A teraz? Kim się stali?
-Mnie obchodzi - wycedziła przez zaciśnięte zęby, obserwując to szaleństwo.
Chciała powiedzieć masz wiele do stracenia. Samolubnie chciała mu wmawiać, że musi żyć, a ona zrobi wszystko, aby tak było. Wszystko, choć o to widziała wyrzut w jego oczach. Samolubnie chciała, aby żył, chociaż dla niej. Ale nie zdążyła powiedzieć nawet słowa, a kolejny dzban rozbił się o ścianę. Wpatrywała się w niego pustymi oczyma, nie odnajdując odpowiednich słów. Nie wiedząc, co sama czuje. Wszystko w niej krzyczało, lecz... Przez chwilę miała wrażenie, że to dawnego Trystane widziała. Niepokornego i dumnego, a przede wszystkim - niezłomnego. Nim się spostrzegła, jej brat opuszczał już komnatę, choć chciała zaprotestować. Zostań ze mną, nie zostawiaj mnie samej. Ale drzwi zatrzasnęły się za dornijskim księciem, rozległ się szczęk klucza.Ivory energicznie podeszła do kosza wypełnionego pachnącym pieczywem i kuszącym serem. Chwyciła za rączkę.
Po kilku chwilach koszyk uderzył w skalisty brzeg.

Czuła zmęczenie. Przytłaczające zmęczenie, które sprawiało, ze ciążyła jej każda część ciała. Ręce wydawały się ważyć tony, a powieki miała z ołowiu. Zmęczona dusza nie myślała o niczym. Ivory pogrążyła się w apatii, siedząc przy oknie i wpatrując się jedynie w gwiazdy, które kolejno zaczynały lśnić na niebie. Niebo, było jedynym pięknem, które odnalazła w Końcu Burzy, jednakże gwiazdy były piękne zawsze i wszędzie. Jedne z najpiękniejszych widziała na niebie Letniaków, lecz te najbliższe jej sercu miała w Dorne. Kiedyś wierzyła, że w układu ciał niebieskich można wyczytać przyszłość. Astrologia stała się jej pasją, a Ivory wierzyła, że kiedyś ujrzy najprawdziwszą kometę. Kometę, która powie jej co ją czeka w życiu. Teraz jednak patrzyła w gwiazdy bez nadziei w oczach na wyczytanie z niej przyszłości. Dawno przestała w to wierzyć.
Gdy zaskrzypiały drzwi poruszyła się, a niespokojne spojrzenie spoczęło na... Orysie Baratheonie. Kiedy ostatnio go widziała? Ile czasu już tu spędziła? Nie wiedziała. Dla niej to była wieczność. Ciągnąca się z najwyższym okrucieństwem, czas z niej szydził. Dzień zlewał się z następnym dniem. Ile czasu minęło?
Dziedzic Końca Burzy ujrzał dornijską księżniczkę wątlejszą i szczuplejszą, jakby... zapadłą w sobie, gdy odwróciła spojrzenie, znów patrząc w niebo z obojętnością. Spodziewała się, że zaraz oznajmi jej, że to koniec. Nadszedł już kres. Przez głowę przemknęło jej, że nie dojrzy już świtu, lecz nie czuła lęku. Nie w tym momencie, kiedy pragnęła, aby to wreszcie się skończyło. Chciała opuścić te cholerne cztery ściany, nie budzić się w nocy z wrażeniem, że dzik znad drzwi patrzy na nią z nienawiścią.
Wstała z krzesła a zmęczone spojrzenie spoczęło na mężczyźnie. Jego obraźliwe słowa wzburzyły jej krew w żyłach, oczy zalśniły niebezpiecznie, a na usta cisnęły się niegrzeczne słowa. Niech mówi. Nic nie odpowiedziała. Zamiast tego sięgnęła po pergamin i rozwinęła go w szczupłych palcach. Spojrzenie szybko przesuwało się po linijkach tekstu. Czytała treść kilka razy, wciąż mając wrażenie, że czegoś nie rozumie. Nogi, które wydawały się dotychczas ciężkie jak ołów, ugięły się teraz pod księżniczką. Krem zaszumiała w uszach, a w głowie się zakręciło. W ten cholernie nieprzyjemny sposób, kiedy dostajesz gęsiej skórki i musisz zamknąć oczy, aby sobie uświadomić jeszcze raz. Z pełną mocą. Ivory oparła się jedną ręką o krzesło, nieustannie wpatrując w się w zaproszenie.
Zaproszenie na swój własny ślub.
-Czarujący gest - odparła, a na usta przybłąkał się pozornie kpiący uśmiech -Byłoby szkoda, aby tak piękne zaproszenie się zmarnowało z powodu nieobecności panny młodej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   Wto Maj 20, 2014 9:09 pm

Po rozpłomienionym, bursztynowym zmierzchu noc zabarwiła się fioletem, poszarpanym
kruchymi pasmami czerni, podobnym strusim piórom w wachlarzu kurtyzany. Jednak ani dla Baratheona, ani tym bardziej dla młodej Dornijki ciemność nie przyniosła wytchnienia. Broczyła jedynie tym lepkim, słodkim zapachem wistarii, nieznośnym aromatem konających z gorąca powojników, zmuszając Orysa do przymknięcia oczu nie dłużej niż na pół uderzenia serca. Był zmęczony. Właściwie nie pamiętał już, kiedy porządnie odpoczywał. Nigdy, chyba
nigdy, odkąd zachorował pan ojciec. Odkąd usłyszał kaszel. Ten straszny kaszel, głuchy, dudniący, jakby gdzieś w środku w piersi Harberta Baratheona obluzowały się tryby wozu i tłukły o siebie rozpaczliwie, coraz bardziej zepsute, rozpadające się z każdym oddechem. Orys doskonale wiedział, że w Końcu Burzy powinien zostać ktoś, kto sprawowałby pieczę nie tyle nad twierdzą, która znajdowała opiekę w osobie kasztelana zamku… lecz nad rodzicami. A zwłaszcza nad matką. Nad Lady Rhaelle i jej cierpliwością, wystawianą w ostatnich miesiącach na ciężką próbę. W akcie czystej desperacji Orys byłby w stanie oddać własny okręt za obecność Aylwarda w Końcu Burzy. Tylko on potrafił uspokoić wzbierającą w pani matce furię… czy też raczej - tylko on był w stanie skupić ją wyłącznie na sobie, ściągając wściekłość Lady Baratheon nad własną głowę. Ileż razy twierdzę wypełniał karcący ton małżonki Lorda, raz za razem ciskającej w swą latorośl coraz to wymyślniejsze obelgi. Aylward, ten amoralny, nieugięty, śmiały i zuchwały hultaj całymi latami ratował swe rodzeństwo przed smokiem, który budził się w Lady Rhaelle. Pił, szalał i bałamucił, bo całe życie nie zaznał strachu ani wahania, ani żałości, a kiedy opuszczał Koniec Burzy - opuszczał go z honorem, ze śmiechem na ustach, z pogardą w sercu. I właśnie to sprawiało, że Lady Baratheon mogła poczuć się raźniej.
Wiedziała bowiem, że prędzej czy później powróci syn marnotrawny, któremu będzie mogła wytykać błędy młodości.
Orys przez krótki moment walczył z uśmiechem, który zapragnął wtargnąć na jego usta, gdy tylko Ivory Martell jęła studiować treść zaproszenia. Chwilowy przypływ rozbawienia, wywołany ni to wspomnieniem brata, ni faktem, że ta urodziwa, mimo wszystko pełna determinacji dziewczyna zostaje poinformowana o własnym ślubie przez wroga, stłumiony został w zalążku. Baratheon zachował kamienną twarz, zamkniętą niczym zatrzaśnięty kufer, zalana lakiem szkatuła. Gdyby pozwolił sobie ją otworzyć, ukazać pełne obaw, irracjonalnej troski, nawet lekkiego zaniepokojenia wnętrze… nie umiałby spojrzeć Dornijcie w oczy. Dlatego zaciska usta, zimny, marmurowo blady, jak zwykle nieprzystępny.
- Czarujący, tak… - mimo wszystko pozwala sobie na krótki, odrobinę tylko kpiący uśmiech. Baratheon mógł tylko domyślać się, co zachodziło w duszy Martellówny. I być może całkiem słusznie domniemywał, że chciała się schować, zapaść w głębi lekkiej sukienki, żeby nie uczestniczyć w czymś, czego nie pragnie i nie umie zrozumieć… - Zapewne żadne z nas nie chce zawieść niecierpliwego pana młodego. Dlatego wyruszamy do Królewskiej Przystani… - ciemne brwi zmarszczyły się nieznacznie, gdy Orys zerknął za okno. Tej nocy, pierwszej od miesięcy łagodnej, ciepłej nocy, dającej nieco wytchnienia od upału, kiedy wiatr wreszcie zdaje się wiać z góry, od zimnych, srebrzystych gwiazd, a nie gdzieś z samego piekła, Ivory Martell miała wyruszyć prosto w paszczę przeznaczenia. - … cóż, lada chwila. Twoje kufry, uszczuplone jedynie o zawartość książęcych błyskotek, już czekają na dziedzińcu. Konie osiodłane, goście weselni gotowi do podróży… - Baratheon wykonał w stronę drzwi kilka kroków, otwierając je na oścież. - … pozostaje jedynie przekroczyć próg komnaty.
A kiedy tylko to zrobisz… nie będzie odwrotu.

/ Ivory, Orys - dziedziniec
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Komnata gościnna   

Powrót do góry Go down
 

Komnata gościnna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Komnata Rozkosz (wieża)
» Sypialnia Gościnna
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Komnata Odyna Tragaryena
» Komnata Małej Rady

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy :: Koniec Burzy :: Siedziba rodu Baratheon-