a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Trakt



 

 Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Trakt   Czw Sty 23, 2014 10:43 pm

***
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Czw Sty 23, 2014 11:10 pm

Nihil kolejny dzień rozpoczęła w siodle. Jeszcze chwila i zacznie się przyzwyczajać, a każda nos spędzona w spokoju w łożu okaże się jakaś dziwnie obca. Zbudzona jeszcze przed świtem, w pośpiechu przygotowała się do zwinięcia obozowiska oraz wyruszenia. Monotonne kołysanie się końskiego grzbietu, tętno kopyt uderzających o w miarę uklepane podłoże, parcie do przodu naprzeciw silnym podmuchom wiatru towarzyszyło jej po raz kolejny. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie miejsca, do którego zmierzali. Nie wspominała najmilej Królewskiej Przystani. Przerażał ją dwór zamknięty w twierdzy i wszechobecna czerwień będąca wizytówką Targareynów. Tam nie można było być sobą. W duchu prosiła bogów, aby nie skazywali ją na wiele tygodni, które zmuszona będzie spędzić w stolicy Westeros.

Spięła konia, wymijając kilku jeźdźców, tak że zrównała się z Reinmarem i jego ogierem. Nie pytała co znajdowało się w treści listu nakreślonego przez Aerysa II do Arryna, nie mniej domyślała się, iż nie pozwalało to na siebie czekać, stąd ten cały narzucony pośpiech. Dziś wyglądała lepiej, a już na pewno zniknęła na bladość, na którą uwagę ostatnio zwrócił Reinmar, w trosce czy aby żadna choroba nie trapi Nihil.
- Byłeś kiedykolwiek na Smoczej Skale? Myślisz, że ile jest prawdy w tym, że Ci codziennie wypatrują wyklucia się kolejnych smoków w jajach, które pieczołowicie strzegą tam, na Smoczej Skale?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Sty 24, 2014 12:12 pm

Reinmar spojrzał na Nihil, unosząc lekko brwi.
- Nie, nie byłem - odpowiedział - Smoków nie ma od wielu lat. Myślę, że nie musimy obawiać się ich powrotu.
Spojrzał w niebo. Gdzieś wysoko nad nimi kołował majestatycznie wyglądający orzeł. Lecz czym byłby ten królewski ptak w porównaniu do latającej bestii plującej ogniem?
- Jeśli jednak jest szansa, że kiedyś odrodzi się smocza magia, wtedy biada nam i całemu Westeros. Nikt do tej pory nie był zdolny przeciwstawić się potędze Targaryenów, którzy dosiadali smoków. Ich władza była zbyt wielka. Królestwo było silne, lecz lud żył w strachu.
Oderwał wzrok od szybującego orła.
- Powiada się, że największe ze smoków potrafiły połknąć w całości mamuta. Trudno wyobrazić sobie podobną potęgę.
Spojrzał na Nihil.
- Skąd do pytanie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Sty 24, 2014 1:48 pm

- Z czystej ciekawości. Jedziemy prosto do ich włości. Do dworu pełnego intryg. Zgaduje, że gdyby smoki nadal żyły, Lord Edmund Blackwood skończyłby jako przekąska dla jakiegoś pupilka.
Nihil sama zadarła głowę, aby móc spojrzeć na niebo. Oczywiście smoki nadal istniały w historiach opowiadanych przez stare niańki.
- Ragnar zawsze lubił słuchać opowieści o tych skrzydlatych bestiach. Pamiętam, jak mu się wtedy zawsze świeciły oczy z zachwytu. To ciekawe czy gdyby nie smoki, mielibyśmy teraz taką a nie inną rodzinę królewską.
Oczywiście nie należało się tutaj doszukiwać jakichkolwiek podtekstów w słowach Nihil. Były to luźne spostrzeżenia, gdybanie. Zawsze fascynował ją świat fikcji literackiej.
- Nie mniej myślę, że prawie tak samo bylibyśmy zgubieni, gdyby Mur padł pod naporem tego, co się tam tam może czaić. Straszą nas odrodzeniem się magii smoków, a przecież ciągle się powtarza na północy, że zimna nadchodzi i nie po to, aby podkreślić, jaki ród tam panuje.
Zaczepnie dźgnęła Reinmara w bok. Widać było, że wrócił także humor oraz nastrój Nihil, która bezlitośnie wymuszała na małżonku włączenie się w dyskusję.
- Skoro już mówimy tak wiele o pogłoskach, myślisz, że rozczarują mnie wasze otwarte cele? Przecież tyle razy się groziło, że ktoś trafi do tego więzienia w Orlim Gnieździe, z którego ześlizgnie się po posadce prosto w szczelinę górską.
Nie czekając na odpowiedź, Nihil puściła Reinmarowi oczko i pozwoliła sobie popędzić konia, który z radością wyrwał się do galopu, po chwili będąc już gonioną przez małżonka. Nie jechali na ścięcie, nie musieli więc maszerować w korowodzie żałobnym.

zt oboje
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Nie Mar 02, 2014 2:29 pm

Sytuacja była niepojęta dla naszego Lisa, a pytania kiełkujące w jego głowie nie spotykały się z żadną odpowiedzią. Był zmuszony szukać odpowiedzi sam, na własną rękę, w miejscu gdzie bije serce pełnego konfliktów Westeros, w Królewskiej Przystani. Jeszcze tak niedawno zbroił swą armię na spotkanie z wrogiem i cieszył się nadchodzącą walką. Ale ktoś mu to odebrał. I ten ktoś za to zapłaci. Zapłaci za ośmieszenie się w Starym Mieście i próbę przekabacenia Hightowera na swoją stronę. Bo nic nigdy nie idzie po jego myśli.

Wraz ze swoją eskortą złożoną z zaufanych wojowników, maestera i giermka postanowił obrać do Królewskiej Przystani nieco dłuższą drogę. Pokonywał właśnie Czerwone Widły. Chciał na własne oczy ujrzeć Dorzecze, czyli miejsce gdzie cokolwiek się działo. Mijał kolejną już spaloną wieś i ludzi próbujących ją odbudować. Sypnął im groszem za informacje i popędził przed siebie. W głowie kiełkował mu cichy plan, aczkolwiek absurdalny i nad wyraz ambitny, jakby tu zagarnąć dla siebie zniszczone wojnami ziemie Dorzecza. W końcu w Westeros intryga goni intrygę, a kto nie knuje tu spisków ten sam jest ich celem. Takiego życia miał wkrótce doświadczyć Florent, takie życie czekało na niego u celu podróży. Tymczasem podróż zdawała się już być nieznośna. Gdzie podziali się ludzie, poddani, mieszkańcy tych okolic. Czy wojna naprawdę tak dotknęła te tereny, że spotkać tu żywą duszę można mijając spalone wsie. Taki jest ten świat. Mijając złote góry Lannisterów na zachodzie natknął się na wiele pożarów, tam też ciężko było dostrzec człowieka. W Riverrun gdzie zatrzymali się na jeden dzień także nastroje nie były najlepsze. Wszyscy mówili o buncie jednego z chorążych. Z pijanych rozmów nie udało się wychwycić nic więcej. Pognali więc dalej na wschód.

Kolejny dzień wędrówki Rzecznym Traktem przyniósł ze sobą coś nowego. Mijana od czasu do czasu po lewo rzeka zaczęła się rozszerzać. W południe gdy w oddali widać było miasto lorda Harrowaya, rzeka wpadła do nurtu łączącego się z Zielonymi i Niebieskimi Widłami. Ylvis nigdy dokładnie nie studiował geografii, ale z zabranych ze sobą map prędko wywnioskował, że mijając Darry powinien kierować się prosto na południe. Kilka dni drogi i ujrzy przed sobą kamienne mury stolicy Siedmiu Królestw. W tych okolicach był bardzo dawno temu, jeszcze jako giermek lorda Tyrella wyruszył z nim by towarzyszyć mu w jakimś turnieju. Nazwy, okazji ani miejsca nie pamiętał, tak samo jak zwycięzcy. Z tym, że na pewno nie był to jego pan. W pamięć zapadły mu tereny jako urocze miejsce o przepięknych krajobrazach rolniczych. Ostatnie wydarzenia sprawiły jednak, że poruszał się właśnie na granicy Dorzecza i Doliny, gdzie widoki przestały być już takie malownicze. Gdyby był chłopem na wycieczce z pewnością mógłby zawitać w Harrenhall, podziwiając klejnot Dorzecza. Nie sądził jednak żeby był tam mile widziany. Czas na zwiedzanie jeszcze przyjdzie, teraz nadchodzi pora załatwić pewne niecierpiące zwłoki sprawy, które nadal pozostawały zagadką dla postronnych. Z taką myślą skierował konia na południe, wprost na spotkanie przeznaczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Nie Mar 02, 2014 8:59 pm


MG


Czas w Dorzeczu płynął dziwnie wolno, jak gęsta melasa wylana z przechylonego dzbana. Aby pojąć, co tak naprawdę miało miejsce na znękanych wojną terenach, należało udać się w okolice, które tak niedawno po raz kolejny stały się świadkami eskalacji śmierci oraz okrucieństwa. Wojna. Wszędzie wokół panuje strach. Wielkie umieranie. Jednoczesne oddawanie ducha w męce i zgrozie. Dziesiątki, setki istnień krzyczą z przerażenia w poczuciu końca. Najbardziej porażający jest widok tutejszych mieszkańców; ludzi-widm. Szlakami podążają korowody bladych, zamazanych postaci, które utraciły swoje domy, rodziny, pola uprawne. Odór śmierci wciąż unosił się w powietrzu, od czasu do czasu materializując w formie poległych... lub zamordowanych. I tak oto gdzieś zaledwie kilka mil od traktu - dziewczynka, nieledwie dziecko. Leży gdzieś w lesie, nieruchoma, biała. Oczy wpatrzone w bezkres nieba. Na szyi zasiniałe ślady silnych, szerokich palców. Ileż mocy dała mężczyźnie, który ją zabił. Jaką siłę, jaką ekstazę. Niemal równą tej, którą wniosła do królestwa śmierci. A to zaledwie jedna ofiara, są wszak i inne trupy. Wiele. Zabite, zmaltretowane, zakatowane na śmierć. Ulubione lalki wojny. Kto ma czas, by zatrzymać się, pochować obcych? Ciała rozrywają wilki, wnętrzności wydłubują kruki... lecz nie wolno się zatrzymywać. Dalej, podążajmy dalej.
Im dalej na południe, tym natłok obrazów, natłok ciężkich, przytłaczających emocji był coraz bardziej wyraźny. Wraz ze zbliżaniem się w okolice Harrenhal zjawiają się kolejne widma. Coraz więcej. Zmierzają tam, gdzie kieruje się orszak dziedzica Florentów - do Królewskiej Przystani. Gromadzą się niczym mgła, chmura, zapowiedź sztormu. Ludzie. Jedni po drugich, migający w tempie szalonej burzy. Jednak z każdym kolejnym krokiem, z każdą mijaną milą jest bezpieczniej, bardziej zielono. Schludne, białe, sterylne namioty nad Okiem Boga. Szopy naprędce wzniesione z desek. Wędrowni kapłani Siedmiu niosący ukojenie wędrowcom.
Gdy Ylvis wraz ze swymi ludźmi dotarł ku granicom Dorzecza oraz Doliny, panował piękny dzień. Piękny, choć nieco pochmurny i wietrzny. Obłoki sunące po niebie mogły zwiastować równie dobrze nadchodzące gwałtowne, lecz krótkotrwałe oraz ciepłe ulewy, co przejściowe zachmurzenie. Dla Florenta, pomimo warunków pogodowych, mógł być to jednak wspaniały dzień. Wspaniały, wesoły dzień pełen nowych możliwości. Stukot końskich kopyt wygrywał na trakcie monotonną melodię i nic nie zwiastowało nadchodzących wydarzeń. Ot, dzień jak co dzień, w którym ciężko było doszukiwać się złowrogich znaków wskazujących na nadejście Innych, powrót smoków czy nawet na złowrogie, krowie placki ścielące gęsto okoliczne pastwiska... co nie ulegało zmianie aż do chwili, gdy do jeźdźców z Reach nie jęły docierać pierwsze chóralne, podniesione głosy. Dobiegały z daleka, niosły się po równinach oraz wodzie z dziwną lekkością, jednak każdy kolejny jard pozwalał zarówno Florentowi, jak i jego ludziom na rozpoznanie pojedynczych słów. Wystarczyło jedynie nadstawić ucha...
- ... steś od nich... epszy! Mądrzejszy! ... ardziej wartościowy! - głęboki, męski głos unosił się oraz opadał w nieruchomym powietrzu, jednak jego wypowiedzi wnet zawtórowało kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt innych osób:
- Bardziej wartościowy! - ludzie, nadal oddaleni o dobrą milę, najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z nadjeżdżające oddziału - podobnie jak sam oddział nie wiedział, co tak naprawdę czeka na niego za zamaszystym zakrętem pośród niewielkich pagórków. Wątpliwym było, aby czekali tam zbójcy... a przynajmniej nie tacy, którzy mieliby wystarczająco wiele rozsądku, by ukrywać swą obecność. Dla Ylvisa dalsza podróż mogła oznaczać zarówno udanie się w tamtym kierunku, jak i próba ominięcia niespodziewanej przeszkody, która równie dobrze mogła oznaczać wyłącznie niewinną przygodę...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Mar 03, 2014 4:45 pm

Oczy Florenta z wolna poczęły mu ciążyć coraz bardziej. Przymknął je jedynie na chwilę, a już zbudził go jeden z jego ludzi. Otworzył oczy szeroko, słyszał jakieś odgłosy, ba hałasy, ale nie widział winnego całego zamieszania. Jego ludzie stanęli by nasłuchiwać dziwnych dźwięków.
- Zbójcy, panie - rzekł jeden z giermków, zapewne Oldflowers, wnioskując z niskiego wzrostu i wątłej postury.
- Ylvis, nie jest teraz pora na ingerencję w sprawy tych ziem, zostawmy to za sobą i ruszmy czym prędzej do Królewskiej Przystani by załatwić to po co tam zmierzamy - powiedział Ateas zbliżając się do wpatrującego się przed siebie bratanka.
- A cóż nas tam czeka, intryga, spisek, walka o władzę... to zamierzasz powiedzieć? Czemu by już teraz nie spróbować chociaż trochę się rozerwać? - mówiąc to dziedzic Jasnej Wody zwrócił wzrok na swojego wuja, wzrok przejęty, wzrok szaleńca. - Alaric pójdziesz ze mną sprawdzić z czym też mamy do czynienia.
Młodszy brat Ylvisa spojrzał niepewnym wzrokiem na wydającego mu polecenie Florenta. Z pewnością wzięty na tę wyprawę z Wysogrodu, rzec można na siłę, przerywając kwitnący romans z jedną z dworek Tyrellów, nie był zachwycony. Dawno już jednak wytrzeźwiał i teraz czekały na niego obowiązki wobec starszego w prawach brata.
Obaj zeszli z koni. Ylvis polecił swojej bandzie rozstawić niewielki obóz rozpalając małe ognisko, będąc gotowym do walki lub ucieczki... jeżeli przeciwnicy okażą się być w przewadze. Chwilę później szedł już w ciszy obok swojego brata, z pleców zdejmując krótki łuk, dla ostrożności. Obeszli szeroko zakręt i wdrapując się na pagórek starali się zorientować w całej sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Sro Mar 05, 2014 9:17 pm


MG

Rozległa, zielona równina, porysowana tu i ówdzie niewielkimi szczelinami i powydymana w obłe, niewysokie, podłużne garby, ciągnące się w kierunku
północno-wschodnim nie była widokiem nadzwyczajnym w tej części Dorzecza. Hen, na wschodzie, widać niewielkie, ale nadzwyczajnie strome wzgórza, nad którymi w północno-zachodniej stronie króluje niebotyczna, poszarpana piła jakiegoś szczytu. Od północy grunt wznosi się powoli, do nieznacznej jednak, jak się zdaje, wysokości. Mnóstwo szczelin, garbów, wyrw i małych kotlinek, podobnych do dołków sztucznie wygrzebanych to idealny teren dla tych, którzy pragnęliby zgubić pościg...
... lub spędzić dzień pośród malowniczych krajobrazów, niedotkniętych pożogą wojny. Podczas, gdy Ylvis wydawał swym ludziom polecenia, ludzie oddaleni od oddziału Jasnej Wody nadal niestrudzenie wykrzykiwali początkowo niejasne, niezrozumiałe oraz nader nieadekwatne do sytuacji słowa.
- ... gliną w twoich rękach! Łajnem pod nogami! Pyłem na wietrze...! - wibrujące echo niosło się po okolicy, odbijając od pagórków i ulatując dalej, ku zielonym pastwiskom. Ktokolwiek by się nie krył za zakrętem, najpewniej sztuka kamuflażu była mu zupełnie obca. Podobnie jak podstawowe umiejętności dowódców... oraz co większych grup szabrowników. Podczas gdy bracia Florent wspinali się na pagórek, za wszelką cenę starając ukryć swoją obecność, niecałe piętnaście jardów dalej...
- Bogowie, kto tam? Hej, Stellan! Zobacz no!
Stellan podniósł się niechętnie ze swojego miejsca przy ognisku i, przewieszając łuk z pleców na ramię, ruszył posłusznie przez wysoką trawę. Wystarczyło jednak kilkanaście kroków, by zatrzymał się raptownie... tylko po to, by jak tylko umiał głośno i sugestywnie, ochryple zawołać:
- Stać! Hasło!
Z drugiej strony szerokiego pagórka, z którego szczytu chwilę wcześniej rozległ się dziwny szmer i głuche pomruki, nie dało się słyszeć zupełnie nic. Narastający chór głosów był jedynym źródłem dźwięku, a jeśli nawet coś lub ktoś przestraszyło się mocnego głosu Stellana, najpewniej dla spokoju zmieniło miejsce położenia... młodzieniec szybko wrócił do ogniska i rzucił do swego towarzysza:
- No i nic, nie pokazał się. Nic nie powiedział, tylko zwiał. - chłopak podrapał się po piegowatym nosie, marszcząc lekko ciemne brwi. Siedzący do tej pory nieruchomo Luthor zerwał się z miejsca, wbijając przerażone spojrzenie w młodszego towarzysza.
- Ty ofermo! Miałeś rozkaz: nie odpowiadają - strzelać od razu, ale tak, żeby nie zabić! Skąd ty wiesz, co to było? Może to zbrojni się podkradają?! - starszy mężczyzna złapał się za głowę, wplątując palce w siwe, sterczące we wszystkie strony włosy. Stellan westchnął cicho i machnął ręką, wsłuchując się w chór głosów dobiegających zza pagórka.
- Nie... cóż to ja, kroków rycerza nie słyszałem? Gdyby to byli wojowie jakiegokolwiek lorda, czy od razu by uciekali? - chłopak uśmiechnął się lekko, zajmując miejsce przy ognisku. Podobnie jak swój towarzysz, ubrany był w bury wams oraz spodnie nieokreślonego koloru. Ich talie oplatał zwykły, lniany sznurek, za którym nie było ani sztyletu, ani nawet zwykłego noża. Także buty, połatane i rozchodzone, nie mogły stanowić kryjówki dla ostrza. Jedyną bronią obydwu mężczyzn był łuk Stellana... oraz dwie strzały, wetknięte niedbale w żyzną ziemię.
- Pięknie, Stellan! Za dużo mędrkujesz! Masz rozkaz, to działaj według rozkazu i się nie zastanawiaj. Może to zwiadowca? Zobaczył, że nasi nieuzbrojeni - teraz przyjdzie ich więcej i... może nas tu zaraz lekko i przyjemnie ukatrupią, ciach nożem po gardle i całe stado wyrżną - a wszystko dlatego, że tyś gada na czas nie zatrzymał... - wymamrotał pod nosem Luthor, kręcąc głową i niespokojnie spoglądając za niewielki pagórek. - Lepiej pójdę sprawdzić, czy wciąż przemawia… - rzucił cicho, już pokonując kilka kroków. Jak na staruszka, Luthor był żywym i energicznym mężem, w którym znać było ślady dawnego wojownika. Bogowie wiedzą, pod jakim sztandarem walczył i za czyją sprawą… lecz jakkolwiek wyglądałaby jego przeszłość - teraz był jeno staruszkiem, wspinającym się na niewielki pagórek, położony jednak niżej od tego, na którym znajdował się Ylvis. Gdy Luthor dotarł na szczyt wzniesienia, ujrzał dokładnie to, co Florentowie z Jasnej Wody…
… rzesza ludzi. Rzesza szaroburych ludzi, pięćdziesięciu, sześćdziesięciu - nie! Blisko stu, zgromadzonych wokół licznych ognisk, w grupkach dwu- trzy- sześcioosobowych. Kobiety, mężczyźni, młodzieńcy i dziewice, stojący ramię w ramię, z głowami zwróconymi w sam środek tego nietypowego obozowiska… tam to bowiem właśnie znajdował się punkt centralny zbiorowiska. Ognisko. Niewielkie, lecz jarzące się niebieskawą, zimną poświatą, niczym nieludzkie oczy Innych. A obok niego - rosły niczym dąb mąż. Ubrany jak otaczający go ludzie - w spraną tunikę, dziurawe spodnie oraz znoszone buty. Wyróżniał go jednak nie tylko wzrost, lecz i biała szarfa obwiązana wokół pasa… oraz donośny głos, wzbijający się ponad głowy.
- Choroba. Zaraza! Wyniszczone, konające ciała. Trupi odór! Trupi jad! Należy skończyć z szaleństwem! Opamiętanie! Wojna ludzi nie żywi, jeno morzy!- mężczyzna uniósł rękę w górę, jakby pragnąć pogłaskać zebranych. - Naszą bronią jest nie oręż, lecz niesienie dobrego słowa znękanym duszom! Pamiętajcie o tym! Pamiętajcie, niosąc prawdę!
Jakież można było wyciągnąć wnioski po tej krótkiej obserwacji? Cóż, wszystko wskazywało na to, iż Ylvis trafił w sam środek... religijnego zbiorowiska. I to jedynie od niego zależało, jak potoczy się ta historia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Mar 10, 2014 9:46 pm

No tak, takie nadzwyczajne sytuacje mogą zdarzać się jedynie tak nadzwyczajnym ludziom. A problem był, i to nie w postaci grupy, nie... rzeszy ludzi, problemem było to, co Ylvis ma teraz zrobić. Ryzyko może się wiązać z dużą stratą, ale może także opłacić się nad stukroć. Tylko o co tu chodzi?, zadawał sobie to pytanie Florent. Jakoś zareagować musiał, a że był z niego pewny siebie i odważny chłop od razu ruszył przed siebie na pobliski pagórek gdzie stacjonowało dwóch strażników.
- Osłaniaj mnie - rzekł do brata, spoglądając na drogę by nie narobić hałasu jak idiota nadeptując na jakiś patyk - Spoglądaj na tych dwoje, jeden niepożądany ruch i strzelaj. Zamierzam z nimi porozmawiać, ale nie zamierzam zginąć... jak zapewne wiesz.
Jak powiedział, tak zrobił... idąc w stronę ognia i niepewności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Mar 14, 2014 3:32 pm


MG

Niezbadane są ścieżki losu człeka. Ciężko za każdym razem popadać w zadziwienie, gdy żywot po raz kolejny spłata figla, rzucając na naszą drogę zdarzenia lub ludzi, którzy mogą przyczynić się do całkowitej zmiany postrzegania świata. Czy mężowie, ku którym zmierzał Florent byli tego rodzaju jednostkami? Czy w jakikolwiek sposób mogliby sprawić, by młody dziedzic Jasnej Wody swe przyszłe decyzje podejmował przez pryzmat spotkania, ku któremu właśnie kieruje kroki? Wątpliwe...
... lecz czy ktokolwiek wcześniej podejrzewał, iż Ylvis napotka w Dorzeczu podobną przygodę? Bynajmniej! Jego losy przeto nadal pozostawały zagadką, tak, jak zagadkowe było zbiorowisko obdartych ludzi, tak zapalczywie powtarzających słowa człowieka, który wyglądał na ich duchowego przewodnika. W myślach jedna za drugą rodziły się domniemania - czy to odłam wiary w Siedmiu, Starych Bogów lub, a dlaczegóż by nie, Utopionego? Czy może sekta, wyrosła na popiołach wsi i kościach poległych w wojnach Dorzecza? Co zaś ważniejsze, jedno wcale nie wyklucza drugiego... Florent mógł zmierzać na śmierć, wychodząc z założenia, iż dwójka praktycznie nieuzbrojonych mężczyzn nie stanowi dlań żadnego zagrożenia. Mógł jednak równie dobrze kierować się na zwykłą rozmowę z prostaczkami, którym ktoś nieostrożny wcisnął do ręki łuk i nakazał ślęczeć przy ognisku. Jakkolwiek nie przedstawiałyby się sprawy - dziedzic Jasnej Wody brnął wprost ku swemu przeznaczeniu. To zaś bywało niezwykle kapryśne...
- P-psia mać! - padło z ciemności, gdy Ylvis wraz ze swym bratem znajdował się zaledwie kilka jardów od miejsca, gdzie przebywali strażnicy nietypowego obozu ukrytego za pagórkiem. - Znowu naszczałem na nogawkę! Wiatry w tych terenach są kapryśne jak portowe dziwki. - wymamrotał młody Stellan, stojąc plecami do niewielkiego ogniska i twarzą... wprost do Florentów, którzy z kroku na krok coraz bardziej zbliżali się do niewielkiego kręgu światła rzucanego przez ogień. Chłopak westchnął z rezygnacją, zawiązując sznurówki spodni i w chwili, gdy miał powrócić na swe wcześniejsze stanowisko, jego wzrok przykuł ruch, którego nijak nie mógł pomylić z czmychającym zwierzęciem...
- Luthor. - rzucił cicho, odwracając energicznie głowę w stronę starszego kompana. - Luthor, na miłość Matki, łap za kuszę, ktoś t... - nim Stellan dokończył zdanie, w zasięgu jego wzroku pojawili się bracia Florent. Starszy, idący przodem, bez obnażonej broni... oraz młodszy, z łukiem przygotowanym do strzału. Gdyby nie fakt, że zaledwie przed chwilą Stellan użyźnił ojczyste Dorzecze swym moczem... najpewniej zlałby się w portki. Dla zasady. Wielkie, orzechowe oczy chłopaka wlepiały się w dwójkę intruzów bez cienia zrozumienia, zupełnie jakby pytały: "skądżeście się tu, na Innych, wzięli?!", a rozdziawione w dezorientacji usta wykrztusiły jedynie:
- S-stójcie! Ani kroku dalej!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Sob Mar 15, 2014 8:23 pm

Chłód dawał się wyraźnie we znaki. Z dala od ogniska, od swojej grupy. W ciemnym lesie, w ciemnej dupie. Skórzana kurtka jaką nosił Florent nie dawała wystarczającej ochrony przed zimnem. Nie tylko jemu, spoglądając w prawo mógł zobaczyć drgającego brata. No cóż, ogień-ciepło się zbliżało. A z nim nieznane i dwaj strażnicy, których zachowanie było naprawdę dość komiczne jak na takie ewentualności. Musieli wylosować najkrótsze słomki, albo po prostu byli wioskowymi głupkami. Drugą opcję dałoby się jeszcze poprzeć dowodami, podczas gdy pierwsza z nich pozostawała jedynie w sferze domysłów.
- Witajcie panowie. Oczywiście, oczywiście. Stoję w miejscu, nie ruszam się! - rzekł dość niecodziennym dla siebie tonem, wyrażającym ciekawość, jaka cechuje dzieci dotykając rozżarzonych węgli.
- Ale tak szczerze, co tu się do siedmiu dzieje? - zapytał po chwili dziwnej wymiany spojrzeń pomiędzy strażnikami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Mar 21, 2014 12:22 pm


MG

Chłód wieczora nie był największym wrogiem Ylvisa. Nie byli nim również ludzie zgromadzeni przy wątłym ognisku. W rzeczywistości, pośród żyznych gleb Dorzecza, jedynym wrogiem był Czas. Jedynym i nieubłaganym. Płynął powoli, z każdym uderzeniem serca, z każdą kroplą krwi w żyłach, z każdym krokiem stawianym przez młodego Florenta odmierzając chwile, po których przeminięciu ludzki żywot miał dobiec końca. Czas nie zna ani przyjaciół, ani przeciwników. Jest jedynie sędzią. Sprawiedliwym sędziom, któremu nie straszni królowie, rycerze, lordowie czy czarnoksiężnicy. Nie sposób go przekupić czy ubłagać, można jedynie popłynąć z jego prądem...
... i tylko bogowie wiedzieli, czy ów prąd nie poprowadzi Ylvisa wprost na wyciągnięty przez Nieznajomego miecz. Mężczyźni przy ognisku mogli sprawiać wrażenie głupców, co więcej, istniało spore prawdopodobieństwo, iż nigdy nie grzeszyli intelektem... jednak tak jak najlepszego wojownika pokonać może jedna strzała, tak i stado głupców stanowi zagrożenie, którego nie należy bagatelizować. A choć przy ognisku zgromadzeni byli wyłącznie dwaj zwiadowcy, do tego najwyraźniej nie do końca pewni, jak należy używać łuku, tuż za pagórkiem byli ich towarzysze. Dziesiątki towarzyszy, pośród których kilku na pewno wiedziało, iż wroga należy kłuć ostrym końcem miecza. Stellan, do tej pory przerażony jak mysz w płonącej gospodzie, w końcu ruszył się z miejsca, cofając o kilka kroków w stronę ogniska. Zgodnie z jego przewidywaniami, Luthor zdołał już chwycić za łuk i wycelować w stronę intruzów, trzymając strzałę napiętą na cięciwie.
- Najpierw wyznajcie, coście za jedni. - rzucił ponuro starszy mężczyzna, nadal trzymając broń wcelowaną wprost w pierś Florenta. Wystarczył jeden ruch, jedna nawet najmniejsza chwila nieuwagi, by doszło do tragedii... - Czort wie, kto was tu przysyła. Skoroś taki ciekawski, pewnikiem nie masz nic do ukrycia i możesz się przedstawić. - powiedziawszy to, Luthor splunął soczyście na ziemię, marszcząc siwe brwi. Stellan przytaknął słowom towarzysza z powagą, zerkając przez ramię na oddalone o kilkadziesiąt jardów zgromadzenie. Wraz z zapadnięciem zmroku zbiorowisko ucichło, kobiety najwyraźniej jęły przyrządzać kolację i tylko patrzeć, aż jedna z nich pojawi się u zwiadowców, by poczęstować ich strawą...
- Tak jest! Informacja za informację, m-my nie robimy tu nic złego. - dorzucił Stellan z powagą, na jaką może zdobyć się wyłącznie kilkunastoletni chłopak, przezywający właśnie najwspanialszą przygodę w swym życiu.
I byle nie ostatnią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Czw Kwi 03, 2014 11:11 pm

Cała sytuacja była ciężka do pojęcia, o tyleż ciężka o ileż trudne było do zrozumienia, co wyprawia się na tych terenach. Wiedza Florenta nie pozwalała mu dokładnie stwierdzić, kto... lub co... sprawiło, że ci ludzie się tak zachowują. Organizują jakiś ruch pospolitego chłopstwa, buntują się przeciw koronie, planują rozruch w którejś z dzielnic siedmiu królestw. Jeżeli na przynajmniej jedno z tych pytań, odpowiedź brzmiała "Tak", to w tym głowa Florenta, aby ich jakoś wykorzystać. Ale jak tu zdobyć ich zaufanie, i spróbować porozmawiać z szefem, czy tam guru, o ile słychać było religijne wezwania.
Słowa, słowa... prawda, kłamstwo. Co w czasach niepokoju było lepszym wyborem i zapewniało przyszłość? Florent wiedział już co.
- Hola, hola. Nie celuj we mnie panie, jeżeli chcesz zachować sumienie. Jeśli łaska, mam zamiar powiedzieć wam kim jestem. Otóż na imię mi Dareon i jestem przewodnikiem karawany wracającej z mroźnej północy, gdzie zaopatrywaliśmy szykujące się do wesela Winterfell w Dornijskie wina. - Ylvis uśmiechnął się skromnie do brata, kontynuując świetne kłamstwo - Jeżeli panowie chcą możemy trochę podwędzonych butli otworzyć i wyjaśnić kim są PANOWIE i co tu robią. Bo wygląda mi na to, że dzieje się coś ciekawego. A ja do ciekawskich ludzi należę. - ukłonił się nisko i ze spokojem czekał na reakcję chłopów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Kwi 04, 2014 11:38 am


MG

Zaciekły wyraz twarzy, badawcze spojrzenie oraz ciche chrząknięcia zwiastujące namysł - tak pokrótce można by określić to, co obecnie reprezentowali sobą dwaj dość nietypowi strażnicy. Najwyraźniej nijak uśmiechało im się wprowadzenie do obozu tych dwóch jegomościów, bowiem nie drgnęli nawet o pół cala, wsłuchując się w słowa przybysza, jednak... jak długo można trwać w patowej sytuacji, wykłócając się o to, kto ma więcej racji w obstawaniu przy swoim stanowisku? Niektórzy powiedzieliby, że w nieskończoność, ale ani Luthor, ani Stellan, ani tym bardziej Ylvis Florent przedstawiający się sprytnie (jak na lisa przystało) jako kupiec powracający z Północy, nie mieli na tyle czasu. Należało więc... zacząć zdziałać. I to szybko, bowiem każdy moment zwłoki mógł oznaczać dla jednej bądź drugiej strony wyrok śmierci.
- Módl się, jegomość, żeby mi ręka nie zadrżała. - odburknął jedynie Luthor, spod przymrużonych powiek obserwując przemawiającego mężczyznę. - ... a gdzież ta karawana, panie? Tak im się spodobało na Północy, że postanowili porzucić południowy handel i obracać skórami fok? - zapytał po chwili milczenia, obrzucając domniemanego Daerona tak podejrzliwym spojrzeniem, że mogłoby skwasić nawet najsłodsze, arborskie wino. Dopiero na wzmiankę o beczułkach trunku odkaszlnął cicho, reflektując, że być może wozy zostały dalej, a tych dwóch tutaj wyruszyło na zwiad... wszak takie wytłumaczenie jest dobre jak każde. Luthor zerknął w stronę Stellana i w końcu kiwnął lekko głową, powoli opuszczając kuszę.
- Ciekawość pierwszym krokiem ku Innym, drogi panie. - odparł starszy mężczyzna ostrożnie, zapraszającym gestem wskazując miejsca przy ognisku. - Pić nam nie wypada, bo misja zbożna... ale nie dać się ogrzać wędrowcom to grzech! Zasiądźcie przy nas, mamy pieczoną cebulę, o głodzie i chłodzie rozmawiać nie będziem. - dodał Luthor, siadając na miejscu, które dotychczas zajmował, nim przybysze zakłócili jego spokój. Po chwili wahania obok niego przycupnął Stellan, obserwujący czujnie dwóch mężczyzn. Nieufność pozostała, lecz już samo zezwolenie na wspólną wieczerzę mogło stanowić milowy krok...
- Jak wiele chcecie wiedzieć? - zapytał w końcu Luthor, drapiąc się po szczeciniastym policzku. Sam nie wiedział, ile może wyjawić, w takich sprawach może rzeczywiście byłoby lepiej udać się do Wiodącego... lecz nim to nastąpi, mężczyźni muszą udowodnić swe pokojowe zamiary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Kwi 07, 2014 6:29 pm

Nadeszło i porozumienie... a zaraz za nim zrozumienie. Wydawałoby się, że Florent trzymał już wróbla w garści, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo co mogło pójść nie tak. Czterech chłopa przy ognisku -  podróżników, strażników... a może i kogoś więcej. Lis spojrzał na brata, któremu całą sytuacja wcale się nie podobała, co więcej ujrzał na jego twarzy znużenie, niż jakiekolwiek oznaki zaskoczenia czy irytacji. Trzeba więc było rozpocząć rozmowę. Spoglądając w rozżarzony ogień rzekł pokrótce:
- Głównie interesuje nas całe to wydarzenie? My ludzie prości, nigdy nie słyszeli o takich obrządkach. - połknął kęs dziwnej strawy strażników - Okropne rzeczy dzieją się teraz w Westeros. Wojna na południu, wojna na zachodzie, wojna w Dorzeczu. Najnowsze wieści głoszą o śmierci królowej. Gdzie i kiedy następna wojna... ? Tylko takie pytania możemy sobie zadawać my prości ludzie. A kto na tych wojnach cierpi? My. Prości ludzie pracy. Nie dziw mnie bierze, że w tych godzinach ludzie zwracają się do bogów. Lecz do JAKICH bogów, to już mnie interesuje. - Florent miał nadzieję, że zainteresował rozmową strażników, którzy mogli, lecz nie musieli wyjawić mu całej prawdy. Choć tylko niewielkie ziarenko mogłoby rozjaśnić mu w głowie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Kwi 18, 2014 10:05 am


MG

Cóż jest naganne w wojnie? Czy to, że z jej powodu giną ludzie, którzy i tak kiedyś umrą, by ci, którzy ocaleją, żyli w pokoju? Wyrzucanie tego jest cechą ludzi tchórzliwych, a nie ludzi religijnych. Chęć wyrządzania krzywdy, mściwość i okrucieństwo, duch nieprzejednany i bezwzględność buntownika, nadto żądza panowania – oto, co zasługuje w wojnie potępienie. Jest rzeczą szlachetną bronić z mieczem w ręku swojego mienia, honoru i religii. Jeszcze szlachetniej postępuje ten, który broni ich, starając się nie wyrządzać krzywdy złoczyńcy. Ale czymś amoralnym i uwłaczającym ludzkiej godności jest opuszczanie towarzysza oraz wydanie swego majątku, swojej religii i swego honoru na łup złoczyńcy dla ratowania własnej skóry... Luthor, który był mężem w sile wieku, niejedno widział, niejednego doświadczył i zapewne niejedno wie - gdy przyszło wsłuchiwać mu się w słowa mężczyzny, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi nie ma do czynienia z prostym kupcem...
- Wojna, przyjacielu, wychowuje do wolności. - odparł ostrożnie starzec, mącąc drewnianą łychą gęstą, cebulową potrawkę. - A wolność wymaga poświęceń. - dodał po chwili milczenia, kiwając głową w zamyśleniu. Tik ten po chwili podchwycił Stellan, który najwyraźniej odznaczał się znacznie mniejszą przemyślnością od swego kompana, bo gdy tylko usłyszał pytanie o bogów, jasne iskierki w jego oczach jęły zwiastować żywe zainteresowanie.
- Romero wciąż powtarza, że jest Siedmiu Bogów, którzy są jednym jak... jak siedem aspektów łączących się w całość. - wypalił młodzieniec, wymachując nieostrożnie drewnianym sztućcem i pochylając się w stronę Florenta. - Romero jest naszym duchowym przewodnikiem. Wiedzie nas aż spod Stone Hedge prosto d--...
Wywód przerwało głuche stęknięcie chłopaka, wywołane kuksańcem Luthora, który zmarszczył brwi gniewnie, wpatrując się w dwóch przybyszy.
- To, kto w co wierzy, jest tylko i wyłącznie jego sprawą... przyjaciele. Tak, jak tylko i wyłącznie naszą sprawą jest cel i powód migracji. - staruszek przemielił w ustach przekleństwo, pocierając porośnięty siwą szczeciną podbródek. Stellan łypnął na Luthora z niezadowoleniem, gdy ten odłożył powoli miskę i zwrócił się do podróżników. - Spożyliście nasz pokarm i ogrzaliście się przy ognisku, nic nie stoi na przeszkodzie, byście ruszyli w dalszą drogę. - starszy mężczyzna kiwnął lekko głową, wyczekując, aż kupcy się oddalą. I tylko Stellan sprawiał wrażenie kogoś, kto pragnie podzielić się z nieznajomymi czymś jeszcze, lecz przy drugim strażniku było to w pełni niemożliwe...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Kwi 28, 2014 7:39 pm

Nic nie wydawałoby się w porządku. Zachowanie starszego z mężczyzn było podejrzane. Jego tajemniczość i dyplomatyczne odpowiedzi. Wszystko wskazywało na to, że chce się pozbyć wędrowców. Florent wiedział, że teraz już i tak wiele ryzykuję. Gdyby wydało się kłamstwo i miałaby rozpocząć się walka, może i powaliłby z kompanami dwudziestu czy trzydziestu mężczyzn. Ale w końcu wykorzystaliby przewagę liczebną, rozbroiliby i powiesili ludzi Florenta, a jego samego poświęciliby bogom. Właśnie, jakim bogom. Jedynym bogiem w jakiego starał się wierzyć Ylvis była Hraenna. Łagodna pani natury i porannego ciepła. Ludzie mają prawo wierzyć w co im się podoba. A wiara w sprawiedliwego i karzącego za zło boga była po prostu głupia. A jaki był ten bóg. W rozmowie padło słowo migracja, co też kombinują ci ludzie. Jeżeli szukają po prostu ucieczki od problemów ruszając gdzieś indziej. Florent, jako właściciel urodzajnych ziem w Reach, mógł im pomóc. Musiał wiedzieć jednak więcej, aby nie okazało się, że zdradzając swoje prawdziwe "ja" nie został złapany i zabity. Musiał dowiedzieć się nieco więcej.
- Panowie, może jesteśmy w stanie wam jakoś pomóc. Wędrując z północy wieziemy ze sobą wiele wspaniałej dziczyzny. Z chęcią zaoferujemy ją wam, tak jak wy nam strawę. Prędzej, wasi ludzie z pewnością zjedliby coś smacznego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Sob Maj 24, 2014 3:21 pm


MG


W świecie tak groźnym, w czasach równie niepewnych i niebezpiecznych, zwłaszcza na terenach Dorzecza, które przez całe miesiące zmagało się ze zbrojnymi konfliktami, jedynie ostrożność mogła stanowić broń na tyle skuteczną, by zachować życie. Zdradzanie obcym swego imienia, pochodzenia, tytułu, ba, nawet nazwy wioski z której się pochodzi w wielu przypadkach mogło oznaczać rychłą śmierć. Ludzie migrujący przez żyzne ziemie nad których winien czuwać ród Tully nie mieli nic poza drobną iskrą woli przetrwania - i to ją chronili najmocniej, jak tylko potrafili. W podobnych przypadkach ostrożność była nie tyle wskazana, co konieczna... a choć pozbawieni domu wędrowcy nie mieli zamiaru uciekać się do siłowych rozwiązań, w razie palącej potrzeby mogliby sięgnąć po prowizoryczną broń - wszystko to zaś w imię swej wolności, suwerenności... i bezpieczeństwa, którego z taką rozpaczą poszukiwali przez dziesiątki mil pieszej drogi. Na dźwięk słów Florenta, Luthor zmarszczył siwe brwi, najwyraźniej węsząc spisek w tonie głosu mężczyzny. Kupiec, który bezinteresownie chciał podzielić się swą żywnością...? Czy jakikolwiek głupiec potrafiłby w to uwierzyć? Starzec gestem nakazał milczenie swemu młodszemu kompanowi i w końcu pokiwał lekko głową, czujnie obserwując Ylvisa.
- Jest nas ponad setka. By ukoić głód wędrujących z nami mężczyzn, kobiet i dzieci trzeba by wszystkich dzików z Królewskiego Lasu. - mruknął cicho Luthor, pochylając się nieznacznie w stronę Florenta, który czas utrzymywał, iż jest nikim więcej jak tylko kupcem wędrującym z Północy. - Powiedz mi, miły towarzyszu, skąd u Ciebie podobna empatia do nieznajomych? Jeszcześmy gotowi pomyśleć, że chcesz coś osiągnąć... - starzec zawiesił głos, wpatrując się we Florenta. Tak, to był najwyższy czas, by padły wyjaśnienia, w przeciwnym razie sytuacja może się znacznie zaostrzyć...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Maj 26, 2014 10:52 pm

Starszy mężczyzna od początku trwania rozmowy wydawał się być podejrzliwy i nieprzychylnie nastawiony do znikąd pojawiających się wędrowców. Cóż, mentalność mieszkańców Dorzecza odbiła się na tym człowieku, zmuszając Florenta do wyjawienia prawdy? Cóż ryzykował, cóż mu zatem pozostało?
- Pora zatem na prawdę? - ton Lisa zdawał się emanować spokojem, chociaż i on był już poddenerwowany rozwojem sytuacji - Nazywam się Ylvis Florent i jestem dziedzicem Jasnej Wody. Przybywam tutaj, aby przyjrzeć się z bliska stratom jakie poniosła ze sobą wojna, ba... nawet nie jedna... o ile mnie plotki nie mylą. Jestem tu jednak wraz z drużyną, jakby to powiedzieć... - Ylvis spojrzał wyczekująco na brata, który jak gdyby nigdy nic stał, kończąc jeść zimną już strawę ... incognito, a raczej byliśmy. Tak, przybyliśmy tu z przyjaznymi zamiarami, by w nieprzychylnych czasach dać mimo wszystko coś od siebie, podczas gdy władza zajmuje się organizowaniem kolejnych wesel, knuciem kolejnych spisków i czym tam jeszcze zajmują się wysoko urodzeni w Czerwonej Twierdzy. Ktoś jednak musiał wziąć w swoje ręce los mieszkańców tych ziem. Nie dane mi było jednak przez całą podróż, aż z zachodu napotkać ani jednej mniejszej wioski, w której znajdowaliby się ludzie. Niepokojące odgłosy zwabiły mnie zatem tutaj, liczba oraz zamiary was, jeżeli mogę tak określić, zainteresowały mnie tak bardzo, że postanowiłem zaryzykować i dowiedzieć się czegoś więcej. Czasy są niebezpieczne, a ja stoję tutaj przed tobą, nie by żądać wyjaśnień, ale prosić o możliwość pomocy sobie nawzajem.
Florent pamiętał, aby w takich chwilach nie tracić kontaktu z adresatem słów. Musiał wyczytać z jego twarzy jak najwięcej, aby przygotować się na wszelki rozwój wypadków. Śmiałość Lisa, kiedyś będzie musiała go zgubić. Dobra Pani, aby to nie było dzisiaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Nie Cze 01, 2014 7:41 pm


MG

Prędzej czy później wszystkie karty muszą zostać odsłonięte - trzymanie ich w zanadrzu aż do ostatniej chwili często przynosi skutek wręcz odwrotny do zamierzonego... czy jednak w tym wypadku było podobnie? Nieufność, trwoga, gniew - wszystko, co tliło się w duszach oraz sercach uciekinierów ze spalonych oraz splądrowanych wiosek było następstwem wojen, które przez ostatnie miesiące zakłócały spokój Dorzecza. Nikt nie mógł winić ani Stellana, ani tym bardziej Luthora o to, że odczuwali żal wobec całego świata. Czasem ostrożność była nieodzownym narzędziem, zwłaszcza w zetknięciu z obcym człowiekiem, który od początku dialogu ukrywał coś przed swymi rozmówcami... jednak nawet najbardziej skrzywdzona wojną istota prędzej czy później będzie musiała wyzbyć się swej nieufności i zawierzyć los w ręce kogoś potężniejszego. Bardziej wpływowego. Bogatszego. Na pewno zaś - silniejszego. Luthor skinął lekko głową, wsłuchując się w słowa domniemanego kupca z coraz większym zdumieniem malującym się na pomarszczonej niczym suszona śliwka twarzy.
A zatem przeczucie po raz kolejny go nie myliło, rzeczywiście miał do czynienia z człowiekiem, który podawał się za kogoś innego... tylko po co? Po to, by chronić swą tożsamość, jak sam się zarzekał? Czy może wręcz przeciwnie - aby móc wdrożyć w życie kolejny, nikczemny plan, tak właściwy dla wielkich tego świata? Luthor westchnął cicho, nie do końca czując się pewnym tego, co mógłby zrobić. Jasne brwi ściągnęły się w lekkim grymasie, by w końcu podjechać nieznacznie do góry z hardym kiwnięciem głowy starca.
- Zatem... Lordzie Florent. - mężczyzna dźwignął się z trudem z ziemi, uspokajająco unosząc dłoń w stronę Stellana. - Nie ja podejmuję tu decyzje, musisz rozmówić się z naszym... duchowym przywódcą nim ktokolwiek Ci zawierzy i podąży za Twą osobą. Pójdź za mną, ser.
Powiedziawszy to, Luthor wsparł się na sękatym kosturze i poprowadził Ylvisa oraz jego brata ku ukrytemu za wzgórzem obozowi. Od momentu, gdy bracia z Jasnej Wody obserwowali panującą tam sytuację niewiele się zmieniło - ogniska wciąż płonęły, kobiety gotowały strawę i sporo osób wciąż modliło się do Siedmiu Bogów, błagając o łaskę dla tych członków rodziny, którzy wciąż żyli. Luthor oraz Stellan w milczeniu mijali kolejne grupy swych towarzyszy, by w końcu doprowadzić Ylvisa do największego spośród płonących ognisk, przy którym przebywał rosły, silny mężczyzna, mający nie więcej niźli trzydzieści dni imienia. Opalona twarz oraz stwardniałe od pracy ręce wyraźnie wskazywały na chłopskie pochodzenie, jednak błysk w oku świadczył o pewnej inteligencji, która nie tylko pozwoliła mu przeżyć wojnę, lecz także zgromadzić pod sobą ponad setkę ludzi... rozmowa, która odbyła się pomiędzy dziedzicem Jasnej Wody a Bemilem, takie bowiem imię nosił rosły mąż, dobiegła końca dopiero przed północą, gdy rozgrzani rozcieńczonym winem oraz pożywieni warzywami mężczyźni odnaleźli rozwiązanie dla patowej sytuacji - Bemil wraz ze swymi ludźmi miał przed sobą długą drogę do Reach, do nowego domu, zaś Ylvis Florent, gdy tylko zdoła osiedlić na swych ziemiach uchodźców, będzie mógł liczyć na wsparcie pięćdziesięciu silnych mężów w swej armii... czasem wystarczył ślepy łut szczęścia, czasem wskazówki bogów - jakkolwiek nie brzmiałaby przyczyna, dzięki której dziedzic Jasnej Wody znalazł się w tym miejscu o tym konkretnym czasie, mógł mówić o sporym szczęściu.
Zresztą - nie tylko on.


    Podróż Bemila trwać będzie miesiąc czasu realnego - do tego czasu Ylvis powinien postarać się o wydzielenie dla poddanych ziemi, oddanie im pola pod uprawę i zagwarantowanie wiktu oraz opierunku. Gdy wszystkie kryteria zostaną spełnione, do liczby armii Jasnej Wody zostanie dodana liczba 50 wojowników.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Zachód
Skąd :
Casterly Rock
Liczba postów :
142
Join date :
28/06/2014

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Wrz 19, 2014 9:14 pm

/ teoretycznie - ze stolicy

Wóz kołysze się na wybojach, koła podskakują, obijając się o kamienie. Jest tak upalnie, że blade, bezchmurne niebo zdaje się rozpływać jak woda, parować niczym wrzątek wylany na rozgrzaną blachę. Eleyna od dobrej godziny wachlowała się leniwie rubinowo-złotą chusteczką, w drugiej dłoni odważnie dzierżąc pęk kwiatów, blaknących, więdnących w rozpalonym powietrzu niczym zmazana porannym słońcem tęcza. To łąkowe, swojskie rośliny, nazrywane o świcie w schludnym, wesołym ogródku wiejskiej dziewczyny.
Zupełnie jak jętki czy motyle, stwierdza bez smutku, obojętnie. Są świeże tak krótko. To całkiem bez sensu, wieźć je tutaj, w głąb tej upalnej pustki. Zupełnie bez sensu. Tak samo jak śmierć. Jak śmierć Maureen.
Ale nic nie mówi. Nie odzywa się ani słówkiem. Poprawia tylko czarną wstążkę obwiązaną wokół smukłego, bladego nadgarstka. Siedzący obok na koźle woźnica także milczy. Pod szerokim rondem kapelusza ukrywa pospolitą, nieco obwisłą, źle dogoloną twarz człowieka, który przekroczył już sześćdziesiąt dni imienia. Dwa dorodne, ładnie utrzymane kasztany idą spokojnym stępem. Mężczyzna ich nie popędza.
Widać, że nigdzie się nie spieszy.
Młoda Lwica wzdycha, mości się wygodniej na twardym siedzeniu. To jedyny przejaw
zniecierpliwienia, który pozwala sobie okazać.
Napiłabym się zimnej lemoniady, pomyślała nagle, obracając w palcach na wpół zeschnięty kwiat stokrotki. Bardzo zimnej. Najchętniej na ocienionym, chłodnym tarasie Casterly Rock.
Mężczyzna zdaje się czytać w jej umyśle, bo obraca ku Lannisterównie głowę, unosząc delikatnie brwi.
- Jesteś spragniona? Chcesz wody? - zachrypnięty, nieprzyjemny dla ucha głos przerywa gęstą ciszę panującą zarówno na wozie, jak i wśród tuzina strażników w eskorcie, ponuro podążających po obu stronach wozu. Eleyna powoli podniosła wzrok znad mlecznych płatków, mrużąc delikatnie szmaragdowe, niepokojąco przygaszone oczy.
- Nie. Na razie nie. - odparła w końcu, na samą myśl o ciepłej, cuchnącej skórą cieczy z bukłaka czując skurcz żołądka. - Daleko jeszcze? - jasne brwi Lwicy podjechały nieznacznie do góry, gdy przesunęła wzrokiem po karminowych płaszczach strażników i ponownie powróciła spojrzeniem na wiązankę kwiatów trzymanych w dłoni. Doskonale znała drogę, ale pytała i tak, głównie po to, by zaakcentować swoje znużenie, niechęć i złość. Zwłaszcza złość - nie skierowaną na konkretne persony… trudno bowiem nazwać Bogów „osobą”. Jeśli ktoś ponosił odpowiedzialność za śmierć bratanicy Eleyny, to właśnie tych siedmiu ślepych na los człowieka, bezwzględnych… bożków.
- Trzy dni drogi, pani. - odpowiedź woźnicy dociera do Młodej Lwicy jak przez gruby, zamkowy mur - Lannisterówna już dawno zapomniała o zadanym pytaniu, wpatrując się w niewielkie, siwe obłoki przewijające się nad jej głową. Powożący mężczyzna pozwolił sobie na krótki, odrobinę tylko kpiący uśmiech, gdy Eleyna kapryśnie wydęła usta i znów zawierciła się na siedzeniu, jakby na znak dezaprobaty chciała się schować, zapaść w głębi lekkiej, jedwabnej sukni, żeby nie uczestniczyć w czymś, czego nie pragnie i nie umie zrozumieć.
Między skałami było chyba jeszcze goręcej niż na równinie. Powietrze wydawało się równie ciężkie i nieruchome jak otaczające podróżnych kamienie. Kwiaty na kolanach Lannisterówny zamieniły się w wiotkie, wyssane z koloru zjawy. Duchy roślin, żałosne wspomnienia o wesołym wiejskim ogródku.
To niedaleko. Niedaleko, myśli spokojnie Młoda Lwica, obrywając powoli, z niemal skandalicznym uporem śnieżnobiałe, nadwiędłe płatki stokrotki. Jeszcze trochę i wszystko się skończy. Będziemy mogli powrócić do dawnego życia. Do zimnej lemoniady i ocienionego tarasu. Do sensownych, zrozumiałych czynności, jakże innych niż ta absurdalna, niezrozumiała sytuacja.
Mężczyzna powoził spokojny, niewzruszony, zdawałoby się, zadowolony. Jakby upał go nie dotyczył. Nawet się nie spocił.
To tak jakby miał misję, przychodzi do głowy Eleynie, gdy stokrotka pozbawiona zostaje ostatniego płatka, a łodyżka wylądowała na nierównym, zakurzonym trakcie. Jakbyśmy naprawdę udawali się do tajemniczego, świętego miejsca. Sanktuarium, które zna tylko on. Bo nie ja. Nie ja.
Jeden z koni potyka się, chrapie nerwowo. Woźnica łagodnie ściąga lejce. Jego ciche, pełne skupienia opanowanie udziela się zwierzętom. Wyrównują krok, żwawy i miarowy, jakby to była wieczorna przejażdżka po mieście.
To już wkrótce, już wkrótce będziemy musieli pogodzić się ze śmiercią, myśli wyczekująco Eleyna... a potem się uśmiecha. Trochę gorzko, trochę drwiąco. Myślałby kto, że jadę się zobaczyć z dawno niewidzianym przyjacielem. No, no, naprawdę można by tak sądzić.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Reach
Liczba postów :
75
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Pon Lis 10, 2014 10:34 pm

Florent jechał już jakiś czas. Podróż taka jak ta z pewnością go nużyła. Nie tak dawno, bo przed miesiącem ruszał się tym traktem. Wtedy jednak echo wojny odcisnęło swój ślad na tych krainach, tym razem jednak ludzie pomału podnosili się ze zgliszczy. Gdy tylko Lis usłyszał o turnieju w Harrenhall, musiał się tam udać. Nie można było zaniedbywać szlacheckiej roli spotykania się z innymi rodami, a turnieje zawsze były idealnym miejscem do poznania nowych osób i wypracowania sobie lepszej sytuacji politycznej. Głównie z tego względu drużyna z Jasnej Wody zmierzała przez Dorzecze ku ciemnej twierdzy lorda Whenta. Miał jednak też zamiar wziąć udział w walkach prowadzonych podczas tego wydarzenia. Ylvis spodziewał się być tam już niedługo.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Trakt   Nie Cze 26, 2016 10:13 pm

Stał pod wiatą przed karczmą z szarych pustaków. W drewniany daszek bębniły krople deszczu. Zaczęło padać z samego rana i teraz Aidan Stark spoglądał na zamazującą się w deszczu, coraz mniej wyraźną panoramę Dorzecza. Kucnął i wyciągnął przed siebie dłoń, włożył ją pod cieknącą z nieba wodę. Zdawało mu się, że wszystko widział w nienaturalnej wyrazistości. Wszystko było ostre, kolory bardziej intensywne niż te, które zapamiętał sprzed wejścia do brzydkiej oberży. Patrzył na dłoń, widział każdą kroplę deszczu, wiedział, że gdyby chciał, mógłby je policzyć. Policzyć krople deszczu na swojej dłoni i te bębniące w wiatę. Ale mu się nie chciało, nie dbał oto.
Wiedział, że był w stanie zrozumieć wszystko, naturę rzeczy, świata, ludzi, mógłby wiedzieć wszystko, jeżeli miałby takie życzenie. Ale tego też nie chciał. Był zwyczajnie zmęczony. Patrzył więc na dłoń ociętą od reszty ciała kurtyną kropli spadających z drewnianego daszku i nie myślał nic.
Ktoś stanął obok.
-Niedobrze, niedobrze. Błoto może je przykryć.
Poczciwy Red zawsze odzywał się w najmniej pożądanych momentach.
Dziedzic Winterfell dźwignął się z miejsca, prostując zbolałe od długiej konnej jazdy kości. Nawet noc spędzona na sienniku w niczym nie pomogła. Być może dlatego, że był od cholery niewygodny i gryzły go w tyłek pchły, lecz było to najlepsze co mógł dostać w tej części Dorzecza. Poza ale rzecz jasna.
Tak, to była prawda, Red oczywiście miał rację. Tyle tylko, że w tamtym momencie naprawdę niewiele go to obchodziło. Nie miał pojęcia w jaki sposób kamień, który spadł z nieba, miałby wynagrodzić stratę ukochanych dzieci. Nie wiedział jak twardy kawałek skały jemu miałby zastąpić zmarłą żonę.
-Posilmy się, deszcz już słabnie.
Zastanawiał się nad pustką w nim, skąd się wzięła i czy zostanie, czy nie; czy tak będzie trwał i nic już go ani nie rozbawi, ani nie przestraszy, ani nie wzruszy. Nad mocnym, ciemnym ale nawiedziło go wspomnienie jak przed kilkoma laty Aryanę ugryzł osioł. To wspomnienie go rozbawiło i parsknął śmiechem. Śmiał się do siebie i było mu z tym dobrze.

W południe dosiedli koni i ruszyli w las: nie wiedząc ani tego, w którą iść stronę, ani tego jak szukać. Krążyli po lasach Dorzecza bez ładu i składu, a psy pałętające się między końskimi kopytami były skrajnie nieprzydatne. Nie wiedziały czego mają szukać, tak samo jak ich właściciele.
-Gdzieś tu widziano dym, muszą tu być! – powtarzał uparcie Red, a dziedzic Winterfell odpowiadał jedynie kiwnięciem głowy i spokojnym spojrzeniem.
Podobno cierpliwość była cnotę, lecz jemu zaczynało jej brakować – zwłaszcza, że gdy przed kilkoma dniami, kiedy odwiedzili Kamienny Sept, a Lancel Cerwyn podsłuchał w karczmie, że komuś już udało się odnaleźć meteoryt. Wiele mil dalej w stronę gór na zachodzie, lecz udało mu się dotrzeć z nim tutaj, aż do miasta. Szczęśliwiec cieszył się nim całą noc.
Nad ranem znaleziono go z poderżniętym gardłem, bez cennego kruszca.
To utwierdziło ich jednak w przekonaniu, że nie krążą bez celu i (być może) w końcu im się uda.
Pogoda była paskudna. Wilgotna i zimna, lecz na nich, ludziach północy, nie robiła większego wrażenia. Nadeszła zima, lecz to była wciąż jej nędzna namiastka. Ogołocone z liści drzewa kołysały się nieśpieszne pod wpływem chłodnego wiatru,
Trafili na bagno, gdy nagle spośród ciężkich chmur wyłoniło się słońce. Kto wie, czy nie ostatni raz tej zimy? Podczas najsroższych z nich, które pamiętała jedynie najstarsza służąca w Winterfell, słońce nad połnocą mogło nie wschodzić długie tygodnie. Czy taka właśnie zima ich czekała?
Cuchnęło tu starym truchłem, którego nie mogli zlokalizować. Stark słyszał za plecami, jak Reda męczą odruchy wymiotne.
I nagle błysk.
Dostrzegł go kątem oka, to była zaledwie chwila, gdzieś daleko, kilkaset metrów dalej. Smagnął wierzchowca i ruszył do przodu.
-Tam! - ponurą, zimną twarz nagle rozjaśnił uśmiech. Uśmiech nie tyle zwycięstwa, co może samozadowolenia, że wypełnił swój cel.
A potem był koński kwik.
Kopyta zapadły się w zagłębienie, którego nie mógł dostrzec przez brudną, błotnistą wodę. Koń przewalił się na bok, niemal przekoziołkował, przygniatając swym ciężarem dziedzica Winterfell, miażdżąc mu nogę.
Teraz był już tylko ból.

W tym bezruchu, który uwięził świat, mózg Aidana Starka informował, że jego potencjał się wyczerpał, że oddaje pole intuicji, a sam skoncentruje się chwilowo na podtrzymywaniu i koordynowaniu funkcji życiowych. Że życzy mu powodzenia ze Starymi Bogami. Zanim zacznie już tylko koordynować, podpowiada mu dwa rozwiązania. A nawet trzy, ale drugie wiąże się z trzecim. Może zatem zemdleć albo zacząć się śmiać. Może też, i to jest rozwiązanie trzecie, przyjąć postawę wyczekującą. Starać się przetrzymać. Wtedy jednak musi robić tak, aby się nie roześmiać, a to może być trudne. Człowiek często reaguje śmiechem, gdy czegoś nie rozumie. Intensywność śmiechu wzrasta proporcjonalnie do braku zrozumienia. W tej sytuacji miejsce miał taki poziom braku rozumienia, że, no cóż… może jednak powinien był rozważyć utratę przytomności.
-To był pierdolony srebrny kolczyk. Wisiał na drzewie. – szeptał Red, nie dowierzając własnym słowom. Mówił cicho, teraz cuchnęło tu śmiercią.
Czas się skończył, świat rusza, ziemia – dotąd spowolniona jak cała reszta, znowu zaczyna się kręcić. Na granicy świadomości tańczyło wspomnienie z dzieciństwa. Aryana drażniła się z osłem, Nihil siedziała na jego grzbiecie, pani matka krzyczała na nie obie – damom nie wypadało bawić się z osłem. Pogrążał się w słodkiej ciemności. Dręczyło go jedynie jedno.
Co tam robił ten cholerny kolczyk?


    Na początek bardzo przepraszam za niedotrzymanie terminu. Od teraz posty będą pojawiać się już regularnie. Możecie pisać w każdej lokacji, szukać wskazówek i pogłosek. Odtąd na każdy wasz post będzie odpowiedź Mistrza Gry. Powodzenia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
40
Join date :
08/07/2016

PisanieTemat: Re: Trakt   Pią Sie 05, 2016 10:07 pm

Lorelay nie chciała oczywiście przemęczać Alisera, zaproponowała mu podróż z czystej dobroci, nie chciała by pozostał sam w zamku, a potem wyjechał, możliwe, że z urazem do Tullych. W ten sposób rozwiązała dwa problemy, wszak nie chciała jechać sama do Seagardu nie ufając aż tak Lelii, której od dawna już nie widziała. Niegdyś można było powiedzieć, że były niczym siostry, jednak aktualnie konflikt między ich rodami, a raczej ich stosunki pozostawały o tym negatywnym wydźwięku. Cieszyła się więc z towarzystwa Lannistera, w którym znalazła dobrego znajomego i być może sojusznika.
Wyruszyli więc o brzasku, gdy wszystkie konie przyszykowane były do jazdy, a ludzie do żmudnej podróży. Lorelay z miłości do swych pupili oczywiście postanowiła jechać na swej gniadej klaczy, chociaż wiedziała, że długo może nie wytrzymać. Pewnie dlatego też ojciec kazał zaprząc powóz w razie gdyby jednak panienka Tully postanowiła skorzystać z jego wygód.
Przez większość drogi jechała tuż obok Alisera, z którym przez całą drogę dyskutowała o sensie świata i konstelacjach ciał niebieskich, jak i o istnieniu jednorożców. No dobra, może o ostatnim nie wspominała, jednak napomknęła kilka razy o stworzeniach nadprzyrodzonych, które rzadko się widuje w Westeros. Wszakże nie każdy ujrzał potężne gady o ogromnych skrzydłach, które z gracją słonia w składzie porcelany potrafiły rozgromić całe armie. O ile potrafiła poruszyć najdziwniejsze tematy, tak o polityce nie mówiła nic, a każdy poruszany problem o tej tematyce starała się zbyć.
Oczywiście wierny pies panny Tully także nie został zapomniany i kroczył między kopytami wierzchowca swej pani, czujnie obserwując zmieniające się otoczenie. O ile wilczur nie miał problemów z przebyciem traktu, tak cały orszak borykał się z problemem zatapiania w istnym bagnie. Pogoda była idealna do podróży, jednak wody dni wczorajszych spowodowały utrudnienia.
Co noc rozbijali małe obozowisko, w którym mogli przez chwilę wypocząć, napić się i coś skonsumować, a Lorelay korzystając z okazji wysłała list do Mallisterów o swym przybyciu. Wszakże byli już bliżej aniżeli dalej, a każdy krok koni zbliżał ich do Seagardu. Może dzień, a może nawet mniej i będzie mogła wreszcie wypić upragnione wino wraz ze swą dawną przyjaciółką.
Zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Trakt   

Powrót do góry Go down
 

Trakt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-