a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Morze Letnie



 

 Morze Letnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Morze Letnie   Sob Sty 04, 2014 2:24 pm

To akwen morski położony na południe od Dorne. Rozciąga się na wschód, na całe południowe wybrzeże Essos i na północne wybrzeże Sothoros. Morze Letnie styka się z Nefrytowym Morzem w cieśninie Qarth. Wlotem do niego jest Zatoka Niewolnicza, a od Wąskiego Morza oddzielone zostało łańcuchem wysp znanych jako Stopnie. To także jedyny szlak z Westeros do leżących na południe od kontynentu egozotycznych Wysp Letnich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Nie Sty 26, 2014 5:38 pm

/Słoneczna Włócznia


Maester Jafar odebrawszy od księżniczki list, bezzwłocznie rozpoczął przygotowania do podróży. Wezwał służące Ivory, która pragnęła spędzić resztę dnia beztrosko i w towarzystwie Leilah Yronwood oraz Sameery.
-Księżniczka jak najprędzej musi wypłynąć do Królewskiej Przystani. Przygotujcie kufry z najpiękniejszymi strojami i biżuterią oraz kąpiel o zmierzchu. Wszystko ma być gotowe do jutrzejszego poranka - oznajmił zdziwionym dziewczętom.
Amira i Zara przytaknęły, po czym natychmiast udały się do komnat swej pani, aby otworzyć malowane skrzynie i z wielką pieczołowitością włożyć tam dornijskie stroje księżniczki.
-Z pewnością wzbudzi zachwyt, te północne krowy opatulają się sukniami od stóp do głów, jak septy - wyszeptała Zara, piaskowa, dziewiętnastoletnia Dornijka, trzymając w dłoniach drogie koronki z Myr, skrojone na dornijską modłę, od zawsze wydającą się zbyt odważną według północnych dam.
Amira przytaknęła jedynie, z najwyższą ostrożnością dotykając klejnotów Ivory. Gdy nastała północ, wszystko było już gotowe.

Kapitan okrętu o wdzięcznej nazwie "Tancerka", czterdziestoletni morski Dornijczyk o gęstej, kruczoczarnej brodzie i bystrych ciemnych oczach, dyskutował z maesterem oraz kasztelanem Słonecznej Włóczni, bratem zmarłego księcia o podróży. Jego statek mógł być gotów do wypłynięcia nazajutrz już w południe. Nie był to okręt wojenny, lecz mniejsza i dużo szybsza galera.
-Pożeglujemy bliżej Morza Myrijskiego i Zatoki Pentos - tłumaczył kapitan.
-Niech tak się stanie. Żeglujcie szybko, jednakże zadbaj o bezpieczeństwo księżniczki. Żaden napotkany okręt nie będzie nam przyjazny - odparł kasztelan.
Wszystko uzgodniono do zachodu słońca, a kapitan oddalił się do portu, aby powiadomić swą załogę o czekającej podróży.

Następnego dnia, gdy wszystko było już gotowe, Ivory i Sameerę odprowadziły do portu siostry oraz inne dziewczęta. Żegnały ją ze łzami w oczach, życząc szczęśliwej podróży oraz radości z pobytu w stolicy Siedmiu Królestw. Ostatni podszedł do niej maester.
-Mam nadzieję, że będę miał jeszcze ten zaszczyt spotkania Cię, księżniczko.
Dziewczyna pomyślała o wszystkich godzinach spędzonych na rozmowie z Jafarem, który podsuwał jej księgi i mapy nieba. Był jej pierwszym nauczycielem i Ivory zawsze myślała oń dobrze.
-Ja również - odparła.
Gdy znalazła się na pokładzie "Tancerki", a wraz z nią kuzynka oraz pięćdziesięciu strażników jako jej eskorta, poczuła smutek. Gdy okręt oddalał się od brzegu, Ivory wciął tkwiła w tym samym miejscu ze spojrzeniem wbitym w Słoneczną Włócznię, wciąż i wciąż malejącą i oddalającą się. Czy kiedykolwiek jeszcze tu wróci? Czy będzie to miało miejsce po, czy jeszcze przed zaślubinami?    Znów poczuła strach w sercu, w jej myślach pojawiły się myśli o małżeństwie, których ponownie się ulękła. Gdy Słoneczna Włócznia zniknęła z jej oczu, wpatrywała się w ptaki szybujące po niebie i marzyła o wolności jaką się cieszyły.  Gdyby tylko miała skrzydła...
Następne dni podróży znosiła dobrze i nie okazywała słabości. Większość czasu spędzała na pokładzie, ciesząc się żarem słońca oraz morską bryzą. Czytała księgę, podarowaną jej przez maestera Jafara, o tajemnicach nieba, która pozwalała jej odegnać melancholijne myśli, starając się przywołać te radosne, o spotkaniu w stolicy najstarszego brata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Pon Sty 27, 2014 5:28 pm

/ Planky Town

Orys poruszył opuchniętymi, poobijanymi palcami, zacisnął dłonie w pięści. Dymy płonącego portu już dawno zniknęły za horyzontem, czas płynął nieubłaganie, zaś na wojnie nigdy nie było go w nadmiarze…
Spokojnie. Spokojnie. Jest dobrze. Najważniejsze to nie tracić racjonalizmu. Już za chwilę spotkasz się z Daynem i naprędce wyjaśnisz, co zaszło w Planky Town. A potem postarasz się opanować. Zdusisz palący się pod żebrami ogień, zalejesz go falą krzepnącej krwi, zmęczenia, euforii po skończonej walce. Uda ci się. Zawsze się udaje. Więc nie myśl o tym teraz. Nie teraz. Za jakiś czas. Kiedy ochłoniesz.
Baratheon nie przybył tu zabijać. Pragnął tylko zgasić ten wszechwładny pożar, to szaleństwo, które kazało jego bratu krzyczeć w nocnych koszmarach, a milczeć i zaciskać zęby za dnia. Na samą myśl o treści listu otrzymanego z obozu Aylwarda, Orysa przepełniała wściekłość. Był teraz naczyniem gniewu, naczyniem, które w każdej chwili mogło pęknąć, wylewając niszczycielską zawartość na każdego przypadkowego wroga.
Starcie, potyczka, konfrontacja, planowanie kolejnych ruchów trochę pomagało. Trochę.
Nawiązanie kontaktu z Ariesem Daynem okazało się cięższe, niż Baratheon mógł sądzić. Odkąd odpłynęli z Planky Town, trzymali się z daleka od lądu, by pozostać niezauważonymi. By wróg sądził, że powrócili na Morze Dornów lub nawet do Cieśniny Tarth. By móc zaatakować po raz kolejny, w najmniej przewidywalnym momencie, jak wściekły wilk atakujący stado owiec. Wśród bezkresu wód panowała cisza, ta zaś mogła być wyłącznie zwiastunem burzy - kto zaś miał znać się na niej lepiej, jeśli nie potomek Durrendonów? Decyzja Orysa o powrocie z pełnego morza bliżej lądu kierowana była także troską o dziedzica Starfall. Młody, szukający sprawiedliwości, zbuntowany przeciw własnemu suzerenowi Dayne… zwątpienie mogło dosięgnąć go w najmniej oczekiwanym momencie, nękając umysł i duszę, w końcu zaś - zmuszając Ariesa do ukorzenia się przed Martellami. Do tego zaś Baratheon nie chciał, ba! Nie powinien dopuścić. Poczucie sprawiedliwości górowało u niego nad zdrowym rozsądkiem i choć ciężko go było nazwać miłościwym, zawsze odpłacał swym sojusznikom. Nie zostawiał ich w potrzebie. Nigdy.
Dwa dni temu jedna z galer wyruszyła na zachód, by pod kupiecką banderą swobodnie żeglować w pobliżu Cytrynowego Lasu, docierając aż do Słonego Brzegu. Dayne nie mógł odpłynąć daleko, nie podczas równie mocno odczuwalnej ciszy na morzu. Jeśli żołnierze Baratheonów natkną się na flotę sojusznika, wnet przekażą mu położenie reszty statków Końca Burzy - statków, które nie mogły przecież wiecznie pozostawać tak daleko od rodzimych stron. Zwycięstwo Aylwarda w Wąwozie tchnęło w serca żeglarzy nadzieję oraz zupełnie nowe pokłady waleczności. Nikt nie śmiał wątpić w potęgę swego suzerena. Młodszy z dziedziców udowodnił, że wroga można pokonać, zrównać z ziemią, utopić we krwi i pogardliwie nań splunąć. Flota pragnęła powtórzyć tryumf konnicy, chciała usłyszeć krzyki umierających i głuche łoskoty martwych ciał padających na ziemię.
Orys jednak czekał.
Bowiem to właśnie czekanie, odkąd pamięta, było jego mocną stroną. Podczas gdy młodszy z Baratheonów pieklił się i nie mógł usiedzieć w miejscu, dziedzic Burzy trwał w bezruchu, jak drapieżnik polujący na zwierzynę. Czasem uśmiechał się pod nosem, wyraźnie rozbawiony niecierpliwością brata, innym razem kreślił coś na pergaminie, całą uwagę poświęcając jednej czynności, niczym maester skrupulatnie kaligrafujący dzieje lorda, któremu służył. Dziś jednak Baratheon przypominał bestię bardziej niż zwykle - nieruchomy na dziobie statku, wpatrzony w dal, gdzie spodziewał się zobaczyć wrogą lub wręcz przeciwnie - przyjacielską flotę, czekał. Dziedzic Burzy był blady jak dym, wciąż cały unurzany w zakrzepłej krwi, jakby tarzał się w rzeźni. Granatowe niczym atrament źrenice wydawały się martwymi dziurami prowadzącymi do samego piekła, tylko fosforyczne zielone otoczki płonęły szaleństwem.
Orys wiedział, że jedyne, co w chwili obecnej może zrobić, to oczekiwanie, zaś instynkt podpowiadał mu, iż krążenie po morzu uda zrekompensować się mu z nawiązką. Słoneczna Włócznia nie mogła wiecznie blokować portu… nie mogła też trzymać bram miasta zamkniętych. Zaś zarówno jedna, jak i druga opcja, była dla Baratheona niezwykle pomyślna…
… prawie równie pomyślna, jak nagły dźwięk rogu przeszywający powietrze z bocianiego gniazda, tuż nad głowami załogi „Morskiej Furii”, która płynęła jako pierwsza z klucza siedmiu wysuniętych na wschód galer.
Śpiew instrumentu brzmiał, jakby dobiegał z samych głębin morza. Stłumiony, lecz donośny, wprawiał w drżenie serca i skutecznie przyciągał uwagę najniższych rangą majtków. Rogowi wnet zawtórowało serce Baratheona, głośnym „łuppp” obwieszczając gwałtowny przypływ emocji. Orys zadarł głowę go góry, wpatrując się z napięciem w zasiadającego w bocianim gnieździe marynarza. Na galerze natychmiast zaległa całkowita cisza, jakby lada moment miał paść rozkaz od samego króla.
- Statek na horyzoncie! - zabrzmiał głos człowieka, będącego ledwie wielką, rozmazaną kropką na tle nieba. - Płyną na północny-wschód, ku Stopniom!
Chwila zatrważającego milczenia, dłużąca się w nieskończoność. Dziedzic Burzy zacisnął lekko usta, po czym otarł dłonią kroplę potu spływającą po skroni.
- Bandera?! - ryknął na tyle głośno, by załogi dwóch płynących za „Morską Furią” galer mogły go dosłyszeć.
- Nie widać, prą wodę szybciej od nas, jakaś mniejsza jednostka! - Baratheon zmrużył lekko oczy, kiwając głową. Cóż, w takim wypadku…
- Skoro mniejsza, pewnie i wioślarzy nie mają zbyt wielu! A na pewno gorszych od naszych, co, panowie?! - Orys zapiął przeżartą solą kamizelę, na której jeleń w koronie był ledwo widoczny. - Do wioseł, kurwie syny, jakby was sami Inni gonili z obnażonymi kuśkami! „Biały Kruk” i „Wodna Jędza” przed „Furię”! Siedźcie im na ogonie aż do Stopni! Dwie galery zostają, trzecia w odwodzie, trzymajcie się z daleka od lądu i czekajcie na Starfall! I wiosłować, do siedmiu piekieł! Jeśli nam uciekną, osobiście nabiję wasze dupska na grotmaszt! - Baratheon ruszył biegiem w stronę steru. Na trzech pierwszych galerach już zaczęto wykonywać rozkazy, nikt nie śmiał sądzić, że Orys żartuje… na pokładzie nigdy tego nie robił, zwłaszcza, gdy pragnął pomścić cierpienie brata. „Biały Kruk” i „Wodna Jędza”, dwie mniejsze i znacznie szczuplejsze od „Morskiej Furii” galery, minęły ją po obu stronach burty przy akompaniamencie fal prutych wiosłami. I choć obcy statek był ledwo widoczną kropką, czasami znikającą za horyzontem, pościg nie miał zamiaru odpuścić. Dobową przewagę intruza nad flotą Burzy nadrabiano nawet nocami, gdy pęcherze na dłoniach pękały od wiosłowania, a sam Baratheon nie wahał się przed złapaniem za drzewce i wytężaniem mięśni. Dopiero trzeciego dnia, gdy wody Morza Letniego powoli jęły zmierzać ku Stopniom, z pokładu „Białego Kruka”, zostawiającego „Furię” o pół doby za sobą, dostrzeżono banderę statku: włócznia przeszywająca słoneczną tarczę.
Nikt nie potrzebował dodatkowej zachęty do dalszej, heroicznej pogoni.

/ w sprawie wątku napisałem do Reinmara, aby ewentualnie nadzorował nas jako MG
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Sro Sty 29, 2014 10:22 am

MG


Morze. Wielka otchłań słonej wody, będącej źródłem życia dla setek różnych stworzeń oraz... śmierci dla innych. Każdy z żeglarzy zna tą charakterystyczną nutkę niepokoju towarzyszącą wypłynięciu na otwarte wody, gdzie jak okiem sięgnąć widać jeno błękitną w słońcu i czarną w nocy toń; gdy tylko drewno łodzi dzieli człowieka od niechybnej śmierci. Zapewne większość ludzi zamieszkujących wybrzeża lub ich pobliże słyszało o okrutnych historiach opowiadających o śmiałkach wyprawiających się na dalekie wody, gdzie zaginęli bez śladu, pochłonięci przez zdradliwe morskie prądy, roztrzaskali się na ostrych skałach bądź... umarli z pragnienia. Ironia losu.
Z drugiej strony, każdy wilk morski znał to natarczywe uczucie tęsknoty, gdy zbyt długo przebywał na suchym lądzie. I to właśnie odróżniało go od szczurów lądowych. To oraz rozległa wiedza, która zazwyczaj sprowadzała się do jednej złotej zasady. Morze jest nieprzewidywalne.
Może właśnie kierując się tą zasadą, Orys Baratheon, dziedzic lorda Końca Burzy, ruszył w pozornie beznadziejny pościg za niewielkim statkiem, pod pełnymi żaglami chyżo prującym morskie fale. I choć załoga starszego z braci Baratheon nie szczędziła wysiłku, machając wiosłami niczym grupa zawziętych szaleńców, to nie mogła równać się potędze siły natury. Wiatr był ich wrogiem.
Przez pierwsze dwa dni, pogoń zdawała się być beznadziejna i ludzie dawno by się już poddali, gdyby nie siła woli Orysa.
Trzeciego dnia wiatr zelżał, zaś flocie Baratheona udało się zmniejszyć dystans do uciekającego statku. I choć odległość zmalała ledwie o jotę, to w załodze odżyły resztki nadziei. Wytężyli ostatki sił.
Czwartego dnia stał się cud. Cud dla Orysa, katastrofa dla dornijskiej księżniczki.
Nastała cisza morska.



Jest czwarty dzień pogoni, dystans wciąż jest duży, lecz dzięki sile ludzkich mięśni, Orys może dopaść uciekinierów w przeciągu dwóch, może trzech godzin.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Sro Sty 29, 2014 9:41 pm

Morze było dla nich łaskawe, a wiatr im sprzyjał dmąc w żagle. Podróż mijała spokojnie. Zbyt spokojnie, aby to wszystko mogło być prawdą. Księżniczka Ivory była zaledwie młodą dziewczyną i nic nie wiedziała o żegludze, jednakże kapitan Garin Pervez spędził na morzu niemal trzydzieści lat. Wiedział, czym jest wojna i jak zdradzieckie są wody. Dlatego też modlił się do bogów, aby nie mieli dla "Tancerki" niechcianego podarunku.
-Pozwólcie nam bezpiecznie dopłynąć... - szeptał Dornijczyk, ukryty w mroku nocy.
Bogowie jednak mieli to do siebie, że najczęściej pozostawali głusi na błagania. Ludzie nie mieli inszego wyboru, jak próbować radzić sobie z przeciwnościami losu na tym padole łez. Dotykały ich choroby, głód, przemoc, zło i żywioły. A mimo to oddawali się gorącym modlitwom w których odnajdywali pocieszenie. W końcu nadeszła pora na dornijską księżniczkę, jej straż oraz załogę "Tancerki", aby wszyscy padli na kolana i szukali pocieszenia.
-Statek na horyzoncie, statek na horyzoncie! Płyną w naszą stronę!
Krzyk piaskowego Dornijczyka przerwał spokojne popołudnie, podczas którego księżniczka Ivory gawędzila z dowódcą swej straży o konstelacjach gwiazd. Wiatr porywał jej hebanowe pukle do tańca, a pustynne dłonie delikatne trzymały księgę o tytule: "Sekrety Wschodniego Nieba".
-Żywię wielką nadzieję, że mój pan mąż pozwoli mi odwiedzić w dalekiej przyszłości krainę dziecięctwa mojej matki. Z pewnością wiesz, ser, że pochodziła z Doliny Słodkiego Loto...- urwała w pół słowa, a niespokojne spojrzenie przeniosła na Perveza.
-W naszą stronę? - ryknął kapitan, jakby nie wierząc własnym uszom. Wiedział jednak doskonale, że było to najbardziej prawdopodobne.
-Tak, to większa jednostka, pewnie wojskowa...
Ivory nie potrzebowała słuchać więcej. Wojskowy okręt na horyzoncie? Była jedynie młodą dziewczyną i nic nie wiedziała o wojnie, jednakże miała pewność, że żadna z jednostek dornijskiej floty nie płynęłaby w ich stronę. Jakby we śnie, nie czując własnego ciała, podniosła się i nagle znalazła się w kajucie kapitana, którą zajmowały z Sameerą. Piękna wdowa karmiła kukurydzą dwa kruki w klatce, które maester Jafar polecił im ze sobą wziąć.
-Ostrożności nigdy za wiele, nigdy za wiele... - szeptał, niosąc klatkę z tłustymi ptaszyskami.
W onyksach oczu Sameery pojawiło się zdziwienie, gdy jej kuzynka wniknęła w zaduch pomieszczenia na drżących nogach i z nieprzytomnym spojrzeniem.
-Płyną za nami, to podobno wojskowa jednostka - wyrzuciła z siebie te słowa jednym tchem i jeszcze bardziej zbladła. Wdowa objęła Ivory ramionami, ucałowała w gorące od żaru czoło.
-Nie martwmy się na zapas, to z pewnością handlowy okręt z Wysp Letnich. Płyną do Tyrosh, nie myśl o tym słodka - szeptała.
Córy rodu Martell objęła jednak trwoga, kradnąca z powiek sen, a z serca nadzieję. Wioślarze kapitana Perveza pracowali zawzięcie i z determinacją, pomimo bólu i zmęczenia. Bywały godziny, gdy rozmiar "Tancerki" i sprzyjający wiatr pozwalały wszystkim nacieszyć się horyzontem bez skazy. Rozkoszną, pozorną nieobecnością wrogiego okrętu. Ich nadzieje były jednak kruche jak szkło, a trzeciego dnia zderzyły się z rzeczywistością. Statek był coraz bliżej, a żółta bandera z jeleniem w koronie napełniła serce Ivory strachem.
Drżącymi dłońmi wyciągała z kufra inkaust,papier i sokole pióro. Łzy spływały jej po pustynnym licu, gdy pisała kilka dramatycznych słów. Kruki w klatce wydawały się coraz bardziej niespokojne.
-Ziarno, ziarno - skrzeczał jeden z nich, znający to jedno słowo.
Słońce pochłaniało już morze, a niebo nabrało gorących barw pomarańczu i czerwieni, z każdą chwilą ciemniejąc coraz bardziej. Dopiero, gdy nastał mrok, a jedynym źródłem światła, była srebrzysta tarcza księżyca, księżniczka wypuściła ptaszysko z listem przywiązanym do nóżki. Patrzyła jak leci coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zniknęło w ciemności.
Ta noc była dla niej bezsenna i pełna strachu. Sameera obok oddychała niespokojnie, jakby dręczył ją koszmar. Młódka natomiast wpatrywała się szeroko otwartymi oczyma w drugiego kruka i ścianę. Szum fal bynajmniej ją nie uspokajał, a słony zapach zaczynał ją coraz bardziej drażnić. Ranek przyniósł krótki sen, podczas którego miotała się niespokojnie. Dręczyły ją koszmary, w których rozwścieczony jeleń z rogami ostrymi jak brzytwa przebija jej serce. Po wschodzie słońca wypuściła drugiego kruka z listem, o tej samej treści.
A dzień, która nastał, okazał się gorszy niźli koszmar. Cisza na morzu była dlań okrutna.
-Wiosłować kurwie syny, wiosłować! - krzyczał rozwścieczony Pervez.
I wiosłowali, choć każdy z nich wiedział jak nikłe mają szanse. A właściwie nie mieli ich wcale. Zbliżające się Stopnie obejmowały ich jeszcze większą trwogą.
Sameera pomogła księżniczce Ivory ubrać jej suknię z pomarańczowego jedwabiu, z grubym, skórzanym pasem podkreślającym talię. Górę sukni spinała brosza na jednym ramieniu, o kształcie słońca przeszytego włócznią. Później starannie wyczesała jej hebanowe włosy. Czas dłużył im się irytująco. Ich koszmar rósł z każdą chwilą, dzieliło ich zaledwie kilka godzin.
-Wezwij kapitana mojej straży - poleciła jednej z dwóch służek, które ze sobą zabrała.
Sayir Toland był wysokim mężczyzną o potężnych barach i szerokiej szczęce, pokrytej gęstym zarostem. Cechował się wybuchowym charakterem i gwałtownością, jednakże w tym momencie wydawał się wyjątkowo posępny. Miał na sobie łuskową zbroję z metalowych płyt, w dłoniach zaś trzymał okrągłą tarczę i długą włócznię.
-Ser, mym życzeniem jest, abyś zachował rozsądek. Nie trać ludzi w imię heroicznej obrony. To nie jest prośba, lecz rozkaz.
Jej głos był stanowczy i nie znoszący sprzeciwu. Siedziała na krześle, wyprostowana i dumna, pełna książęcej godności. Piękna twarz pozbawiona była jakiejkolwiek emocji.
Niezachwiana, nieugięta, niezłomna.
Sayir chciał się sprzeciwić. Krew zawrzała mu w żyłach, zapłonął ogień w czarnych oczach. Otwierał już usta, gdy księżniczka kazała mu odejść. Wyciągnęła z kufra list, który otrzymała od Edrica. O zaręczynach, Maegorze...
W tym momencie przyszłość była dla niej stworzona z nocnej mary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Czw Sty 30, 2014 7:08 pm

Kiedy dłonie krwawią z wysiłku a pęcherze pękają przez ciągły nacisk, kiedy drugiej nocy pogoni uderzyłeś o deski statku jak rzucony z klifu głaz, bo jakiemuś dupkowi nie chciało się dokładnie określić kierunku pływów, kiedy wdepnąłeś w świeczki, ochlapałeś buty stearyną i nadpaliłeś nogawkę spodni, a w dodatku cały jesteś unurzany w cholernej morskiej wodzie i wciąż niezmytej krwi, możesz nie mieć humoru, prawda?
Orys nie miał.
Nie ma chyba niczego smutniejszego niż noc na morzu, gdy wszechobecna cisza jedynie drażni nadszarpane nerwy. Samotna noc na morzu. Ciemna jak sama zęza piekła i równie przyjemna. Aż po samo niskie, mroczne niebo, przybrudzone na horyzoncie rudawą łuną odległego brzegu, wypełniona problemami. Okropny, rzewny klangor ptaków krążących nad wodą brzmi jak twoja pieśń pogrzebowa. Trzy pierwsze doby pogoni były jak ziszczeniem najgorszego koszmaru marynarza - wróg wciąż cieszył się łaską bogów i pruł morskie fale, napędzany siłą wiatru, zaś trzy galery Końca Burzy poruszały się tylko dlatego, że Baratheon oraz kapitanowie dwóch pozostałych statków zdzierali gardła na wydawaniu rozkazów. Nikt nie śmiał wspomnieć o odpoczynku ani nawet dłuższym niż minimalne trzy godziny śnie, bowiem mało kto odnajdował w sobie tyle odwagi, aby spojrzeć w oczy Orysa i powiedzieć „odpuść, panie. Nie dogonimy ich”. Ludzie nie mieli wątpliwości, iż dla dziedzica Końca Burzy słowo „niemożliwe” przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, stało się nie tyle tabu, co określeniem, które budziło w nim dodatkowe pokłady woli walki. Skupiona twarz i bystry wzrok wyrażały więcej niż cały stos przekleństw, jakie Baratheon mógłby wyrzucić z siebie w chwili irytacji. Jeśli zaś ktokolwiek zwątpił w powodzenie misji, jeśli pragnął odłożyć wiosła i wyszeptać „nie dam rady”… prawdopodobnie nie zdążył.
Bowiem czwartego dnia prawdziwe kłopoty dla dornijskiego okrętu dopiero się zaczęły.
Bardzo prawdziwe.
Diabelnie bliskie erupcji totalnego syfu.
Bo jak inaczej nazwać chwilę, w której sprzyjający żaglom wiatr nagle milknie? Katastrofa? Klęska? Koniec znanego nam świata? Gdy z bocianiego gniazda padły pierwsze okrzyki, niosące wieści o nagłej ciszy morskiej, jaka dotknęła wciąż odległą jednostkę, Orys nie chciał wierzyć w podobny obrót spraw. Rozejrzał się z niedowierzaniem po twarzach swych marynarzy, czując, jak wszystkie ostatnie klęski, napięcie i gniew szukają ujścia w wybuchu radości.
A to ujście okazało się szerokie niczym delta Tridentu.
- Teraz bez brawury, chłopcy. - wycharczał z trudem, czując, jak obolałe gardło na dobrą sprawię dopiero zaczyna wdawać się we znaki. - Wiosła! - ryknął Baratheon, zajmując miejsce na lewej burcie. - Obie naprzód! - rozkaz ledwo przebrzmiał nad wodą niezmąconą nawet najmniejszą zmarszczką, gdy załogi wszystkich trzech galer podjęły ostatni wysiłek. Ponad sto wioseł uderzyło o przeźroczystą taflę przy akompaniamencie „rrraz! Dwa!” wykrzykiwanych z gardeł setek ludzi. Ich głosy jęły unosić się w nieruchomym powietrzu, motywując do morderczej walki z przyrodą. Tym razem dornijska galera nie miała dodatkowego wsparcia, zaś prędkość, z jaką się poruszała malała na korzyść płynących w jej stronę trzech jednostek. „Biały Kruk” oraz „Wodna Jędza” ponownie wyprzedziły cięższą „Morską Furię”, lecz to właśnie dzięki nim załoga ostatniego statku mogła ocenić, jak szybko topnieje przewaga Dornijczyków… a topniała niczym śnieg na słońcu. Kapitan wrogiego okrętu także musiał nająć swą załogę do cięższej pracy, jednak nawet największy wysiłek nie potrafił zmienić charakteru wód, na jakie wpływali.
Stopnie.
Legenda powiada, iż to pozostałości po moście pomiędzy Westeros a Essos, zwanym Ramieniem Dorne. To właśnie dzięki niemu Pierwsi Ludzie mogli rozpocząć swą inwazję, lecz Dzieci Lasu użyły magii, by zniszczyć Ramię i przerwać łańcuch między dwoma kontynentami. Dziś Stopnie były archipelagiem wysp nękanych przez piratów… oraz cmentarzyskiem dla wielu okrętów, które wpadły na zdradzieckie, podwodne ustępy. Kapitan dowodzący jednostką Martellów był na tyle doświadczonym, by zwolnić tempo ucieczki, lecz tym samym pozwalał zniwelować odległość okrętów Baratheonów do minimum, choć i te znacznie ukróciły swą brawurę. „Biały Kruk” oraz „Wodna Jędza” miały bowiem do wykonania jeszcze jeden manewr, który znacznie ułatwiały im smuklejsze od „Morskiej Furii” sylwetki. Jeszcze wiele mil przed dornijską galerą oba okręty Burzy, płynące do tej pory w równym szyku, odbiły na boki, powoli, ale z determinacją dążąc do jednego - zamknięcia statku wroga z prawej oraz lewej strony. Teraz każdy, nieprzemyślany ruch lub próba ucieczki w bok przed jedną z galer Baratheonów, mogła zakończyć się tragedią… bowiem „Morska Furia”, jak cień śmierci wiszący nad łóżkiem umierającego, niestrudzenie płynęła ślad w ślad za okrętem wroga. Mogli uciekać… mogli też wciągnąć na maszt białą flagę. Mogli zaatakować. Czegokolwiek jednak nie zrobiliby Dornijczycy - Orys wiedział, że jeszcze przed Stopniami pogoń dobiegnie końca. „Wodna Jędza” i „Biały Kruk” były blisko, znacznie bliżej niż zaledwie dobę temu.
- Ptak! - wrzasnął nagle Baratheon, jakby nie potrafił utrzymać tego słowa za zębami. Nie chodziło jednak o kaprys kapitana - gdy tylko jego słowa dotarły do bocianiego gniazda, marynarz zajmujący pozycję obserwatora kiwnął głową i wypuścił z klatki ciemnego jak smoła kruka, który z głuchym trzepotem skrzydeł wbił się w powietrze… po czym poleciał wprost w ślady dwóch płynących z przodu galer Burzy. Jednak nie one, ale statek wroga były jego celem, uwiązana zaś u nóżki wiadomość - wyrokiem śmierci lub aktem ułaskawienia dla załogi dornijskiego okrętu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Czw Sty 30, 2014 7:57 pm

Powiadają, że bez nadziei żyć nie można. Każde serce potrzebuje choćby tej iskry, najmniejszego cienia szansy, że może się udać i będzie lepiej. Na pokładzie "Tancerki" jednak tracono nadzieję. Gasł blask w oczach, siły opuszczały silne ramiona, a powietrze gęstniało od nieuchronnej katastrofy. Ivory oddychała z trudem, stojąc na pokładzie i wpatrując się w zbliżające się okręty. Rosnące okrutnie z każdą chwilą. Nie rozpaczała jednak, gdyż rozpacz jest brakiem nadziei na śmierć. A niebezpieczeństwo było tak wielkie, że szybka śmierć stała się nadzieją księżniczki. Była zaledwie młodą dziewczyną i nic przecież nie wiedziała o wojnie.
-Skurwysyny! - krzyczeli żeglarze, gdy dostrzeżono manewr wrogich okrętów.
Wiosłowali bez ustanku, bez wytchnienia i odpoczynku. Ból był nie do zniesienia, jednakże czy mógł się równać z cierpieniem, które niosły ze sobą okręty Baratheonów? Pervez starał się jednak być ostrożny, nie chcąc śmierci spotkać szybciej, niźli to było konieczne. Stopnie były wyrokiem śmierci dla brawurowych żeglarzy i kapitan żywił nadzieję na furię załogi Baratheonów. Niechże oślepi ich furia, przyćmi zdrowy rozsądek, niech zawrze w nich chęć mordu, myślał. Oni jednak zwalniali, a mimo to niwelowali dzieląca ich odległość.
Księżniczka nie wiedziała co ma ze sobą począć. Przez głowę przemykało jej tysiące myśli o ukochanym rodzeństwie, panu ojcu i pani matce, Wodnych Ogrodach... Z trudem powstrzymywała łzy, cisnące się do oczu. Nie pozwoliła sobie na płacz. Trzymała się godnie i pełna spokoju, a raczej obojętności. Oddawała się pokornym modlitwom, jednakże boska łaska na pstrym koniu jeździ. To okręty Burzy cieszyły się ich przychylnością. Bywały minuty, gdy Ivory nachodziły myśli o sprawiedliwości tego wyroku. Kto rozpętuje wojnę, powinien ją przegrać. Pragnęli jednak sprawiedliwości, mieli w sobie zbyt wiele ognia, nie mogli pozwolić, aby otrucie księcia i księżniczki mogło obejść się bez kary... W końcu przestała szukać wymówek. Tracąc nadzieję, odnalazła rozwiązanie w niebycie. Wpatrzona w ptaki na niebie, wyśpiewujące hymn ich śmierci, odsuwała od siebie wszelkie myśli. Od myśli i pamięci odrywała swoją duszę, wnikając w otchłań utrapienia.
-Księżniczko... Powinnaś to przeczytać.
Nagle Sayir znalazł się przy niej, trzymając w dłoni list. Uniosła przepełnione zdziwieniem spojrzenie i rozwinęła go prędko, podczas gdy mężczyzna zamykał ptaszysko w klatce.
Brwi unosiła coraz wyżej i wyżej, a jedna z jej dłoni wylądowała na sercu. Młodzieńcza naiwność zapaliła nikłe światełko w jej oczach. Wezwała do siebie kapitana.
-Kapitanie Pervez... Nigdy nie będę mogła wyrazić słowami mej wdzięczności za Twe poświęcenie i heroiczną walkę o ucieczkę przed wrogami, jednakże wiesz doskonale, że utraciliśmy łaskę Siedmiu - przemówiła łagodnie - Mym życzeniem, nie, rozkazem jest, aby Twoja załoga odłożyła wiosła. Wywieś białą flagę, nie podejmujemy się dalszej ucieczki.
Zarówno Garin, jak i Sayir natychmiast podjęli próby wyperswadowania tejże idei z głowy księżniczki. Nie mogli na to pozwolić, byli przecież nieugięci. Ivory natomiast nie zachwiała się w swej decyzji i wkrótce uczyniono to, co rozkazała.
Żeglarze odłożyli drzewce, "Tancerka" utknęła w miejscu. Pomarańczowa bandera została zastąpiona białą, a hebanowłosa młódka ponownie wypuściła kruka, który natychmiast pomknął w drogę powrotną.
Pozostawało im jedynie czekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Czw Sty 30, 2014 10:37 pm

Jeśli jesteś prostym człowiekiem, mieszkańcem Reach lub Korony, to gdy śpisz, marzysz, sprzątasz, wychodzisz by pracować, a potem, po pełnym obowiązków dniu, przekraczasz z powrotem przyjazny próg swej kwatery czy domu, możesz czuć się bezpiecznie, gdyż chronią cię ludzie lorda, któremu podlegasz. Jeśli nie wyściubiłeś nigdy nosa poza swą okolicę , nie zaglądnąwszy nawet do największego miasta w pobliżu, nie bardzo rozumiesz, co to w ogóle znaczy „niebezpieczeństwo”. Jeśli jesteś lordem, dzierżawisz prowincje, masz twierdzę i służbę, i mnóstwo nieprzyjaciół politycznych, wystawiasz własne fortyfikacje oraz prywatne armie, żeby w swoich włościach czuć się jak u samych Siedmiu za piecem. Jeśli jednak przypadkiem należysz do wąskiej grupy uprzywilejowanych, rządzących Królestwem, zamieszanych w niezliczone spiski, splątanych więzami tajemnic wagi państwowej, otoczonych fałszywymi przyjaciółmi i prawdziwymi wrogami, uciekasz się do magii, szyfrów, sztuczek, pułapek, tajnych przejść i ukrytych skrytek, lecz i tak nigdy nie
czujesz się dostatecznie chroniony. Jeżeli zaś przy tym wszystkim jesteś istotą przezorną, wiesz, że prędzej czy później będziesz być może zmuszony bronić się, uciekać, walczyć i próbować przetrwać zupełnie sam, porzucony, zdradzony, oszukany i ścigany, gdy twoi sprzymierzeńcy obrócą się przeciwko tobie, zginą lub sami będą potrzebować pomocy.
Orys Baratheon był przezorny.
Musiał, z racji pełnionych funkcji.
Każdy Lord jego ojca, któryby go teraz ujrzał i rozpoznał, nie mógłby wyjść ze zdumienia. Bo najstarszy syn z miotu, w wystrzępionej, niemodnej koszuli, wytartej kamizelce i z kilkudniowym zarostem nie wyglądał na kogoś, komu można zaufać.
A jednak księżniczka Dorne, Ivory Martell, zaufała.
Orys miął w dłoniach skrawek pergaminu, który zaledwie przed kilkoma chwilami dotarł do niego z pokładu wrogiego statku. Jakiś wredny, lecz niepozbawiony poczucia humoru przypadek sprawił, że pośród bezkresu morza natknął się na galerę Martellówny. Kiedy jesteś dziedzicem Burzy, przyszłym Lordem Baratheon, głową jednego z wielkich rodów Westeros, dowódcą floty, to masz prawo trochę się zdenerwować, gdy dowiadujesz się, że cholerny Aylwad Baratheon, Pierwszy Tego Imienia, nic mniej, tylko Burzyciel Porządku I Kobiecego Dziewictwa, został perfidnie otruty przed księcia Dorne.
Siedzisz w ciemnej kajucie, nie możesz spać, gapisz się na łunę znad lądu i wcale nie wiesz, co zrobić. Bo po powrocie do Końca Burzy pojawią się lordowie twego ojca i zażądają, żebyś właśnie ty się tym zajął. Nie wiedzieć czemu akurat ty a nie, na przykład oni.
Ach, pieprzona polityka!
A on tam gdzieś ostentacyjnie cierpi, na tym diabelnym Pograniczu, zamiast wracać do domu i pomóc staremu bratu wyplątać się z tego nieszczęścia. Nikt zatem nie powinien dziwić się Baratheonowi, że w momencie, gdy pokonywał ostatnie mile dzielące go od trwającego już nieruchomo statku Dornijczyków, miał szczerą ochotę odegrać się na całym rodzie Martell… nie, na całym Dorne. Pragnął zobaczyć, jak niewielka galera idzie na dno i jest zaledwie pierwszą oznaką, zwiastunem właściwej inwazji na pustynne, nieprzyjazne tereny. A jednak - Orys dał słowo. Postawił warunki, na które księżniczka przystała i jakie uszanowała. W podobny sposób powinien postąpić on sam, świecąc przykładem jak zasrane słońce. Z dłońmi pokaleczonymi od walki i wiosłowania, z twarzą stężałą w grymasie skupienia i wzrokiem, który nie zwiastował szczególnej radości, Baratheon obserwował jak „Biały Kruk” oraz „Wodna Jędza” ostrożnie dryfują przez spokojne wody, by w końcu otoczyć galerę Dornijczyków z obu stron burty. Okręty nie podpłynęły bliżej niż to konieczne, zachowując odległość strzału z łuku, zaś ich załogi pomimo zmęczenia w pełni skupiły się na obserwowaniu wrogiego statku, jakby oczekiwali, że ten lada moment zamieni się w smoka. Sam Orys na miejsce spotkania dopłynął dopiero w godzinę później, kiedy słońce stało już w zenicie, a część ludzi z „Jędzy” i „Kruka” udała się na zasłużony spoczynek. „Morska Furia” ostrożnie podpłynęła do dornijskiej galery. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic - nie padło ani jedno słowo, nawet najcichszy rozkaz do ataku czy wręcz przeciwnie - odwrotu. Baratheon wpatrywał się w białą flagę wywieszoną na maszcie Dornijczyków i w końcu, jakby tchnięty niespodziewaną myślą, kiwnął lekko głową. Na pokładzie „Furii” coś zaszczękało głucho i dopiero po chwili okazało się, iż to niewielki, drewniany mostek wysuwany spod pokładu. Dębowe szczeble uderzyły głucho o rufę statku wroga, zaś sam Orys z właściwą jedynie starym wyjadaczom wprawą, wspiął się na wąskie przejście i balansując delikatnie, przebiegł do mokrych deskach, lądując po kilku krokach na pokładzie galery Martellów. Ciemnoniebieskie, prawie granatowe spojrzenie przesunęło się powoli po kolejnych członkach załogi Dorne, podczas gdy ludzie Baratheona szli za przykładem dowódcy i z chwili na chwilę coraz gęściej zapełniali pokład obcego statku.
- Nigdy nie przestaniecie mnie zadziwiać. - powiedział nagle, zatrzymując wzrok na dziewczynie, która - o ile przeczucie nie myliło Orysa… a nie myliło nigdy - najpewniej była dornijską księżniczką. Bogate szaty, biżuteria, dumna postawa… i nade wszystko uroda, która rzucała się w oczy jak klejnot w popiele. - Gdybym ja podczas wojny próbował przetransportować siostrę obecnego księcia Dorne do stolicy, choćby dla zwykłego bezpieczeństwa przed grasującymi na Stopniach piratami, ubrałbym ją w zwykłe, służebne odzienie, pozbawił ozdób, zasłonił ładną buźkę. - uśmiech Baratheona poszerzył się nieznacznie, gdy ten przesunął zakrwawioną dłonią po wytartej kamizeli.
- Jestem jednak wyłącznie ubranym niczym mieszkaniec Zapchlonego Tyłka trucicielem Twego ojca, prawda? - ciemne brwi powędrowały delikatnie do góry, ale sam Orys zniecierpliwiony machnął ręką. - Raduję się, że postanowiłaś zrezygnować z ucieczki. Miałem szczere obawy, iż przynajmniej jedna spośród galer wpływająca na Stopnie… już z nich nie wypłynie. - i nie muszę dodawać, pod czyją banderą by płynęła, zdawało się mówić jego spojrzenie. Baratheon urwał na moment tylko po to, aby po chwili zagwizdać cicho. Na ten krótki dźwięk na pokładach „Kruka” oraz „Jędzy” wybuchł krótki rozgardiasz, dość prędko zakończony ustawieniem się przy burtach sąsiadujących z okrętem Dornijczyków blisko setki ludzi…
… z łukami i kuszami w rękach, wycelowanymi wprost w pokład statku Martellów.
- Wybacz, pani. Środki ostrożności. - Orys uspokajająco kiwnął głową, nadal jednak nie spuszczając wzroku z księżniczki. - Zapewne chętnie mi wyjaśnisz, jaki był cel Twej podróży? - kącik ust Baratheona uniósł się w niepokojącym uśmiechu, w którym więcej było smutku, niż radości. Spodziewał się najgorszego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Pią Sty 31, 2014 2:05 pm

Nieszczęściem jest urodzić się kobietą w świecie zdominowanym przez mężczyzn, którzy obstają przy twierdzeniu, że żaden z umysłów kobiet nie może być bystry, a one same są jedynie płcią dekoratywną. Nie mającą nic do powiedzenie, ale czyniącą to w niezwykle czarujący sposób. Siła mięśni dawała im władzę i pozwalała na dominację. Gdy rodziła się dziewczynka, od razu stawała się własnością swego ojca, który później oddawał ją mężowi. Jedynie kochanka była specyficznym rodzajem kobiety, która sprawiała, że mężczyzna zapomniał o tym, czego uczono go na pamięć. A uczono o wadach jej płci. I choć w Westeros zniesiono niewolnictwo, to płeć piękna wciąż tkwiła w jego okowach. Zarówno chłopki i mieszczanki, jak i szlachetnie urodzone damy. Ostatnie cieszyły się co prawda większą swobodą, jednakże była to jedynie pozorna wolność. Obciążona ponadto etykietą, która nakazywała im zawsze zachowywać uprzejmość i okazywać radość z pobytu w tejże złotej klatce.
W Dorne obowiązywało inne prawo. W Dorne rodziły się inne kobiety, stojące z mężczyznami niemal na równi. Królowa Nymera pozostawiła po sobie spuściznę w postaci wewnętrznej siły oraz ognia w żyłach, o których słyszały wszystkie Królestwa. W Dorne kobiety chwytały za broń, jeśli przyszła im na to ochota, bądź oddawały się świętej misji matki i strażniczki domowego ogniska. Wybór należał do nich, to była wolność, której skąpiono jednak wyżej urodzonym, a w szczególności dornijskim księżniczkom. One tkwiły w sieci spisków i politycznej gry, służąc jako jeden ze środków osiągnięcia celu. Ivory przystała na to, choć mogła odmówić, sprzeciwić się i uprzeć. Mogła pozostać w Słonecznej Włóczni i narazić się na gniew brata, który mimo wszystko nie zmusiłby jej do małżeństwa. Mimo to wypłynęła, lecz nie zapomniała o tkwiącej weń cząstce Nymerii.
Dornijczycy przywitali Burzę grobową ciszą. Załoga "Tancerki" kryła się pod pokładem, a na nim pozostali jedynie zbrojni księżniczki oraz kapitan. Ich twarze nie wyrażały nic, prócz obojętności, a przed nimi wszystkimi stała księżniczka. Wyprostowana i dumna, jakby miała powitać honorowego gościa. Jej łabędzią szyję okalały dwa węże o szmaragdowych oczach wykonane ze złota, splatające ze sobą głowy. Włosy opadały swobodnie na plecy, sięgając lędźwi. Wyglądała na równie delikatną, co kłos chwiejący się na wietrze.
-Rzucić broń!
Jej krzyk spowodował brzęk stali upadającej na pokład. Miał w sobie niespotykaną siłę i kontrastował z niskim, zmysłowym głosem kobiety, która ciskała błyskawicami gniewnych spojrzeń w żeglarzy na wrogich okrętach. Wydała się jednak pokorniejsza, gdy przeniosła je na dziedzica Końca Burzy.
-Nie szata zdobi człowieka, panie - odpowiedziała z miękkim, dornijskim akcentem. W jej regionie wszyscy posługiwali się mową powszechną, jednakże nigdy nie wyzbyli się rhoynarskich domieszek.
Nie spoglądała na jego odzienie, czy zakrwawione dłonie, lecz prosto w oczy. Chcąc przeniknąć na wskroś duszę, wyczytać zamiary. Wydawała się być spokojna i dumna, lecz w środku drżała z niepokoju. Serce ściskała jej trwoga, lecz ona wzięła sobie odwagę za kochankę. Jej ludzie poruszyli się niespokojnie, gdy zewsząd zaczęły otaczać ich kusze. Księżniczka powoli przeniosła spojrzenie z Orysa, na okręty. Sztyletowała wzrokiem każdego jego człowieka i mimowolnie zrobiła kilka kroków, zbliżając się do Orysa. Mogli ją zabić, nie zamierzała dać im tej satysfakcji i błagać o łaskę na klęczkach. Zapominała o wadach swej kochanki.
-Rzecz całkowicie naturalna i miła bogom. Zrękowiny, panie - odpowiedziała krótko, po czym zbliżyła się jeszcze bardziej, na wyciągnięcie ręki. Podała mu list, po czym cofnęła się prędko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Pią Sty 31, 2014 8:44 pm

Dlaczego wszystkim wydaje się, że władza to naprawdę coś wspaniałego? Czemu ludzie, jak królestwo długie i szerokie, tak jej pożądają? Lordowie, rycerze, prości kupcy, maestrzy? Nawe kobiety. Szczególnie kobiety. Jeśli dostaną choćby cień szansy, zaraz próbują zabierać się do rządzenia i włazić innym na głowy. Czy to jakiś błąd Siedmiu, czy po prostu przypadkowa, ale konieczna siła generująca zmiany w strukturze świata i napędzająca w ten sposób lawiny rozwoju?
Orys nie wiedział. Jedyne, co w tej chwili z pewnością odczuwał, to smutek, rozterki i potężny, z każdą chwilą rosnący garb odpowiedzialności. Bo władza to w pewnym sensie kalectwo. Przekonał się o tym boleśnie przez lata sprawowania funkcji dziedzica rodu. Baratheon odgarnął włosy z czoła i wpatrzył się ponuro w cudownie zwodniczy widok na spokojną, skąpaną w promieniach słonecznych wodę. Wiedział, że z każdą mijającą chwilą, w której bezprawie i rządza krwi okazywały się silniejsze od panującego władcy, królestwo zostawało skazane na zagładę. Powoli zapadnie się w sobie i zgnije, jak porzucony, niepotrzebny już kokon, z którego wydostała się poczwara wojny.
Jeśli twoje koszmary zaczynają się nagle spełniać, strzeż się. Bo wkrótce czeka cię jeszcze boleśniejsze rozczarowanie, pomyślał Orys, marszcząc ciemne brwi. Oto prawo, od którego nie ma odwołania. Chociaż Baratheon na zewnątrz był spokojny niczym morze dzisiejszego dnia, wewnątrz szalał z rozpaczy, walczył ze sobą targany rozterkami, klął i zamartwiał się. Decyzja odnośnie losu stojącej przed nim dornijskiej księżniczki podjęła się sama.
I ani odrobinę nie była słuszna.
- Przekażę Twe słowa pirackiej jednostce, kiedy zechcą zrabować jedwabie. Być może zadowolą się wyłącznie cechami charakteru. - odparł cicho, przesuwając wzrokiem po straży księżniczki. Dornijczycy nie byli ludźmi, którzy poddawali się łatwo… i nawet jeśli Martellówna miała pośród swych towarzyszy posłuch, na pewno nie wszyscy wyzbyli się ukrytych sztyletów, którymi używają równie sprawnie, co widelca. Baratheon obserwował gesty, postawę, nawet spojrzenia swej rozmówczyni i choć nigdy nie mógł popisać się równie wielką znajomością kobiecych cech co młodszy brat, doskonale wiedział, że mimowolnie stał się świadkiem jednoosobowego teatru. Nawet księżniczki odczuwały strach i ani klejnoty, ani uroda, ani władczy ton głosu nie mogły tego zmienić. Dla takich kobiet jak Ivory Martell królestwo bywa przyjemnym miejscem. Bezpiecznym. Spokojnym. Pełnym dogodnych kryjówek oraz miejsc, gdzie można odpocząć lepiej niż w łonie matki. Rutyna nie była wielką ceną za wygodne życie w pałacu, pośród służby i czuwających nad bezpieczeństwem wojowników. Aby naprawdę docenić to, co kiedyś się posiadało… trzeba przejść przez piekło. Poczuć w ustach podły smak goryczy, myśli mieć czarne i robaczywe niczym nadgniły owoc, a ciało zesztywniałe i obolałe od twardego legowiska.
- Zrękowiny… - powtórzył mimowolnie Orys, obserwując, jak dornijska księżniczka zmierza w jego stronę. Kąciki jego ust powędrowały delikatnie do góry w wyrazie szczerego rozbawienia, gdy Martellówna jęła miotać na prawo i lewo jadowite niczym trucizna jej brata spojrzenia. Być może wiedziała, lecz nie chciała dopuszczać do świadomości myśli, iż każdy z mężczyzn, na których tak pogardliwie spozierała, byłby w stanie zbezcześcić jej ciało na tuzin różnych sposobów. I najpewniej właśnie to planował. Baratheon odebrał od Dornijki list i rozprostował go między palcami, prędko przebiegając spojrzeniem po kolejnych wersach wiadomości. Przez jedno uderzenie serca jego brwi mimowolnie się zmarszczyły, lecz poza tym na twarzy Orysa trudno było doszukiwać się jakichkolwiek emocji. Wzrok nadal pozostawał zimny, nie wyrażający nawet najmniejszego zainteresowania rewelacjami, jakie właśnie ujrzał, zaś usta zaciśnięte w wąską kreskę, dopiero po chwili rozchyliły się w delikatnym uśmiechu.
- Obawiam się, że mój kuzyn Maegor będzie zmuszony poczekać na swą narzeczoną jeszcze kilka… długich dni. Lecz w obliczu ponad trzydziestu lat bez małżonki u boku, nie powinno mu to uczynić zbyt dużej różnicy. - Baratheon zwinął list i wsunął go za połę kamizelki, tracąc tym samym jakiekolwiek zainteresowanie Ivory Martell. - Zabrać broń! - rzucił do jednego ze swych ludzi, którzy opuścili pokład „Morskiej Furii” i zajęli dornijską galerę. - Przejąć stery, niech załoga wyjdzie spod pokładu! Część ma przejść na „Białego Kruka”, reszta do wioseł. Sześćdziesięciu ludzi z „Wodnej Jędzy” i trzydziestu z „Morskiej Furii” ma obsadzić okręt Dornijczyków. A Ciebie, szlachetna pani… - Orys spojrzał na księżniczkę bez cienia wcześniejszego uśmiechu. - … zapraszam na mój statek. Pomimo przykrych okoliczności spotkania, przysługuje Ci status adekwatny do zajmowanej pozycji. - Baratheon wyciągnął dłoń w stronę Martellówny, kierowany nie kurtuazją, lecz zwykłym bezpieczeństwem - mostek pomiędzy „Furią” a galerą Dornijczyków był na tyle kuszącą propozycją do zakończenia żywota, iż Orys wolał nie ryzykować. Dziedzic Burzy potrafił wyobrazić sobie to, co odczuwała księżniczka. Była wystarczająco blisko celu, by poczuć smak zwycięstwa… lecz niezbyt prędko przyjdzie jej rozsmakować się w nim. Baratheon ruszył w stronę rufy, obserwując jak jego ludzie zbierają porzuconą broń, a burty „Wodnej Jędzy” i „Białego Kruka” stykają się z dornijską galerą, zupełnie jakby miały zamiar ją zmiażdżyć.
- Panie przodem… - zachęcającym skinieniem podbródka wskazał na krótki mostek, zachowując jednocześnie najwyższy stopień ostrożności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Dorne, Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
2203
Join date :
23/10/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Pon Lut 03, 2014 7:11 pm

Kobiety pragnęły władzy w równym w stopniu, co i mężczyźni. W ich przypadku było to jednak trudne do zaakceptowania i godne potępienia. Większość z nich musiała więc zadowolić jedynie władzą nad mężczyzną, jaką dawała jej uroda. Świat w którym żyli tak był już skonstruowany i musieli się z tym pogodzić.
Ivory jednak nie pragnęła władzy. Była niewiastą o usposobieniu niezwykle dumnym, lecz i spokojnym. Przekładała towarzystwo ksiąg i map nieba nad swoje dwórki, łaknąc wiedzy i spokoju ducha. Cechowała się łagodniejszym, niźli Lynette usposobieniem i dobrocią serca. Nie pragnęła władzy, bynajmniej! Wiedziała, że do niej nie wiodła droga pośrednia, niż ta pomiędzy szczytem, a przepaścią. A Ivory wykazywała więcej rozsądku, niż większość niewiast. Dlatego porzuciła drogę ucieczki, poddała się, kazała opuścić broń.
Mimo poczucia, że postąpiła dobrze, targały nią wątpliwości i okrutny strach. Dziedzic Końca Burzy wydawał się jej zbyt spokojny, jego zachowanie budziło w niej jeszcze większy niepokój. Wolałaby, aby podniósł głos, wyrzucił jej wszystko z furią, zranił... Ta cisza wydawała się jej złowroga. Zlękła się, spoglądając mu prosto w oczy. Odważny jest nie ten, kto nie odczuwa strachu, lecz kto potrafi nad nim panować - powtarzał jej maester. Odganiała myśli o najbliższej przyszłości. O lochach, do których najpewniej ją wtrąci, nawet o tym co mogło ją spotkać dużo wcześniej.
Przez chwilę łudziła się, że ten list coś zmieni. Jej narzeczonego oraz Orysa Baratheona łączyły przecież więzy krwi, a biorąc ją w niewolę, postąpiłby przeciwko swemu kuzynowi. Mógł pozwolić jej odpłynąć, tak powinien uczynić... Te złudzenia zbudowane były jednak ze szkła i prędko zderzyły się z rzeczywistością, rozpadając się na wiele maleńkich kawałeczków. Myślała jedynie o wspomnianych długich dniach. Ileż czasu może minąć nim kruk dotrze do Słonecznej Włóczni, a wieści do jej brata? Wystarczająco wiele, aby odebrać jej wszystko, co posiadała. Godność, honor, dziewictwo i dumę. Cóż uczyni wtedy jej brat? Rozpęta następną wojnę? Ivory zadrżała mimowolnie, czując na sobie zewsząd nienawistne i jednako lubieżne spojrzenia żeglarzy. Gdy spojrzała na ser Sayira, w jej czarnych oczach dostrzegł jedynie bezbrzeżną rozpacz, którą starannie ukrywała przed wrogami.
-Jestem pewna, że wykaże się cierpliwością - odparła cicho, niemal szeptem.
Mimo wypowiedzianych słów niczego nie była już pewna, prócz nadchodzącego koszmaru, który zmieni ją nieodwracalnie. Śmierć wydawała się jej łaską. Podała dłoń Orysowi, a jej spojrzenie na najmniejszy ułamek sekundy zatrzymało się na wodzie. Zganiła się w myślach, uniosła dumnie brodę i z wdziękiem przeszła przez mostek, unosząc jedwabie, pokazując przy tym stopy i kostki w sandałach, a przy tym przypominając sobie dawne lata, gdy balansowała na balustradach schodów, bądź balkonów w Wodnych Ogrodach. Gdy znalazła się już na pokładzie "Morskiej Furii" poczuła ogromną, przytłaczającą niepewność. Omal nie zgięła się pod jej ciężarem, nienawiść mężczyzn była niemal namacalna.
Spojrzała jedynie na północ z zawodem i pewną melancholią, po czym ruszyła za Orysem już jako jeniec.


[zt oboje?]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Starfall
Liczba postów :
159
Join date :
14/08/2013

PisanieTemat: Re: Morze Letnie   Sob Mar 15, 2014 10:19 pm



Stało się. Część floty Baratheonów czekała na nich już na morzu, gdy łodzie ze Starfall dopływały. Aries w żadnym wypadku nie mógł być z siebie dumny. Czuł już wcześniej wyrzuty sumienia związane z aktami, których dokonał. Związane z tym, że napadł na swoich współbraci, jeśli mógł to tak nazwać. Że zdradził suwerena. Że z rozkazu ojca ruszył przeciwko tym, na których ruszyć nie miał. Nawet, jeśli popierał racje Baratheonów, jakim cudem mógł zdobyć się na coś takiego?
Rzucił krótkie spojrzenie na Dawn w jego dłoniach. Loht darł się okrutnie, co przeszkadzało chyba wszystkim wokół. Wreszcie, gdy statki znalazły się na tyle blisko, by móc się skomunikować, dano młodemu Dayne'owi szansę na ogarnięcie sytuacji.
Więc to się działo.
Musieli szybko wracać do Starfall.
Rozkazy zostały przekazane wręcz błyskawicznie, a kurs obrany.
- Oby Pan Światła miał nas w swojej opiece... - myślał, gdy obrali już stosowny kurs. Statki ruszyły z pełną siłą. Niedługo powinni być w domu.
Oby nie było za późno.

// Go to Starfall!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Morze Letnie   

Powrót do góry Go down
 

Morze Letnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Letnie Mieszkanie Heisenberga
» Dzikie seksy w krzakach i zakopywanie trupów w piachu, czyli wypad nad morze.
» Bursztynowe Morze
» Event #15 Letnie Kolekcjonowanie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorne-