a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Karczma Pod Zadkiem Innego



 

 Karczma Pod Zadkiem Innego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość

avatar

PisanieTemat: Karczma Pod Zadkiem Innego   Sro Sty 01, 2014 9:24 pm


Karczma pod Zadkiem Innego



Karczma, znajdująca się w niewielkiej, drewnianej wiosce, leży przy Królewskim Trakcie wiodącym do Winterfell i stanowi sprawdzony, bezpieczny przystanek dla wielu podróżujących, którzy wędrują tymi terenami Północy. Pieczę nad karczmą trzymała Gwen Snow, bękarcia córka Lorda Glovera.








Gwen Snow obierała ziemniaki na zapleczu swojej karczmy. Nie było to specjalnie szlachetne zajęcie, jednakże i sama Gwen nie była wysokiego urodzenia. Choć płynęła w niej krew Gloverów, pochodziła z nieprawego łoża i nie miała przed sobą żadnej przyszłości. Wraz ze swym bratem bliźniakiem zostali niemal wyrzuceni z dworu swego ojca.
Karczmę Pod Zadkiem Innego odnowili własnymi rękami i prowadzili do kilku lat. Mieli spory kawałek ziemi, a oberża leżała przy samym trakcie, wiodło im się więc wcale nieźle! Wiele miesięcy gościł u nich nawet sam Aylward Baratheon, syn lorda Końca Burzy, zmierzający na północ, do swej narzeczonej! Pozostawił po sobie pamiątkę na całe życie. Dzieciaka w brzuchu Gwen.
A brzuch Gwen był już ogromny, rozwiązanie miało nastąpić lada dzień, tak powiadała akuszerka, która od przeszło dwóch tygodni mieszkała już w karczmie. Całe szczęście wraz z Lancelotem zaoszczędzili nieco złota, aby móc jej zapłacić. Gwen nie miała pojęcia zielonego o stanie błogosławionym, połogu, a tym bardziej o wychowywaniu dziecka! Dlatego też Ruta, bo tak nazywała się stara akuszerka, udzielała jej rad.
Obierając ziemniaki, odziana w prostą lnianą suknię i brudny fartuch, poczuła nagle coś mokrego, spływającego jej po udzie....
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Czw Sty 02, 2014 9:32 pm

MG


Słońce już dawno wspięło się na niebo, gdy Ruta wróciła z lasu, niosąc cały kosz świeżo zebranych ziół, które miała zamiar ususzyć. Położona nieopodal wieś była ludna i gwarna, zaś droga do położonej kilka mil dalej karczmy, gdzie gościła akuszerka, niezbyt ciężka. Wzdłuż traktu przez pewien odcinek ciągnęły się wielkie zagrody chłopskie z ciosanych na zrąb bali, struganych na krańcach w jaskółcze ogony. Były to wielkie i zadbane chyże, nakryte strzelistymi żółtymi strzechami. Tu i ówdzie sterczały wysokie drągi z kołami, na których wznosiły się ciemne gniazda. Cztery drewniane, czteroskrzydłe wiatraki, dające mąkę czystą i białą jak śnieg, mieliły zboże na łące przed osadą. Był to widok na tyle piękny i idylliczny, że Ruta najchętniej zostałaby w wiosce dłużej, może załatwiła kilka mniej naglących sprawunków… jednak nogi niosły ją dalej twardo ubitym traktem, aż do Karczmy Pod Zadkiem Innego. Od rana kobietę drążyły dziwne przeczucia, te zaś nigdy jej nie myliły, przez te wszystkie lata życia. Starała się przypisać ów niepokój tym dniom, gdy krew miesięczna potrafiła wzburzać nią z byle powodu, ale Ruta doskonale wiedziała, że nie chodzi wyłącznie o kobiece sprawy. A przynajmniej nie o jej kobiece sprawy.
Podczas tych dwóch tygodni spędzonych w karczmie, zdołała polubić bękarcie rodzeństwo. Gwen była młodą, rezolutną dziewczyną, która nie bała się żadnej pracy i nie pozwalała, by byle ochlej dobierał się jej do pośladków… choć, oczywiście, wraz z postępem ciąży, amatorów jej wdzięków było znacznie mniej. Sama Snowówna utrzymywała, że ojcem jej dziecka jest niejaki Baratheon z Końca Burzy czy innych dalekich rubieży, zaś Ruta nigdy nie kwestionowała prawdomówności Gwen. Wszak i nawet ona, prosta, wiejska baba, doskonale wiedziała jak przekonujący potrafią być południowcy. Zwłaszcza ci z wypchanymi po brzeg sakwami.
Zaledwie kilkanaście jardów od karczmy, akuszerka zauważyła, że dziś było szczególnie rojno i gwarno. Chłopi jechali na targowisko, prowadzili wielkie, tłuste krowy porośnięte skołtunioną brązową sierścią, zaś konni rycerze co pomniejszych rodów zatrzymywali się przy drzwiach tawerny, wyczekując na koniuszego. Ostrożna z natury Ruta postanowiła ominąć ten tłok i wejść do środka tylnym wejściem…
… po czym zaledwie po kilkunastu krokach podziękowała sobie w duchu, że właśnie tak uczyniła. Jedna z karczemnych dziewek wypadła przed drzwi kuchenne, blada jak świeca i z wyrazem twarzy kogoś, kto ujrzał ducha.
- Rodzi! - wykrzyknęła na widok Ruty, która chwilę wcześniej ze spokojnego spaceru przeszła na szaleńczy pęd w stronę wejścia. - Bogowie, siedziała w kuchni i wtem… wtem…
- Spokojnie, dziecko! - akuszerka cisnęła wiklinowy kosz w grządkę kapusty, mijając dziewczynę w biegu i otwierając z rozmachem drewniane drzwi. - Przynieś czysty materiał z mojej izby! - krzyknęła Ruta opanowanym tonem w stronę służki, po czym znacznie spokojniej wkroczyła do kuchni, gdzie Gwen Snow pośród ziemniaków właśnie rozpoczynała najpiękniejszy proces w przyrodzie…
- Oddychaj głęboko. - wyszeptała cicho starsza kobieta, podchodząc do karczmarki i ostrożnie wyciągając nóż z jej dłoni. Wszak nigdy nie wiadomo, co rodząca matka zrobi… - Patrz na mnie, dobrze? Wszystko w porządku. Gwen, nie zdołam Cię zaprowadzić do izby, więc będziesz musiała położyć się tutaj… - Ruta odebrała od wbiegającej do kuchni dziewczyny czyste ręczniki i pchnęła ją lekko, ale stanowczo w stronę kolejnych drzwi. - Przyciągnij tu siennik, dziecko. Byle prędko, nie będzie rodzić na ziemi! - akuszerka pomogła Gwen oprzeć się chwilowo o ścianę, po czym prędko przelała z bali do miski ciepłą wodę. Bogowie, starzy i nowi, niech szlag trafi mężczyzn i tą ich niewyżytą chuć!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Czw Sty 09, 2014 10:01 pm

Ciało Gwen przeszył skurcz tak bolesny, że niemal upadła. Między jej stopami utworzyła się mała kałuża. Jedna z dziewek, które zatrudniła Gwen do pomocy w kuchni złapała ją za ramiona i zaczęła krzyczeć. Bękarcia córka lorda Glovera czuła się zdezorientowana i przerażona. Od tygodni przygotowywała się do tego momentu, jednakże nie czuła się spokojniej. W brzuchu nosiła swe pierwsze dziecko. Dziecko poczęte z lędźwi samego Aylwarda Baratheona dawało jej się we znaki przez cały okres jej błogosławionego stanu. Kopało mocno i rosło w rekordowym tempie do pewnego momentu. Niektóre kobiety powiadały, że możliwym jest, iż powije bliźnięta. Jednakże Gwen modliła się do Starych Bogów, aby urodziła jedno dziecię. Nie wiedziała jak być matką. Sama nigdy nie miała własnej. Nie poradziłaby sobie z dwójką latorośli.
Dziewczyna ułożyła ją obok ziemniaków i pobiegła po pomoc. Gwen modliła się, aby Ruta już wróciła. Niemal popłakała się ze szczęścia, gdy ujrzała staruszkę. Spojrzała jej prosto w oczy tak ja prosiła. Na blade czoło dziewczyny wstąpiły już pierwsze kropelki potu. Wyglądała jakby szła na śmierć i z trudem podniosła się z ziemi. Nogi jej drżały i upadłaby, gdyby nie wątła staruszka i kuchenna dziewka. Z pomocą ich sił dotarła do siennika i opadła na niego, szeroko rozkładając uda. Jej wełniana bielizna była cała mokra.
-Czy to będzie tak boleć? - załkała, pytając Rutę.
Błagała Bogów w myślach, aby powiedziała, że to chwilowe, że ból za chwilę minie. Płakała w duszy, że dała się porwać w gorący taniec ciał lordowi z odległego Końca Burzy. Nie mogła nawet liczyć, że jej pomoże zapewnić dziecku godziwy byt. Pełną miskę, ubranie oraz ciepły dom, na nic więcej Gwen nie liczyła. Zarówno ona, jak i rodzące się jej dziecko byli bękartami. Urodzonymi z nieprawego łoża. Powiadali, iż bękarty zrodzone z chuci, grzechu i niegodziwości muszą być grzeszne i niegodziwe, jednakże Gwen przeczyła temu od samego przyjścia na świat. Pragnęła wychować swe dziecko tak, aby wyrosło na porządnego człowieka, noszącego w sobie krew Gloverów i Baratheonów. Najpierw jednak musiała je wydać na świat!

Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
535
Join date :
23/05/2013

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Czw Sty 30, 2014 12:58 pm

MG

Ruta wiedziała, że przy połogu liczyło się każde uderzenie serca matki, każdy jej skurcz, nawet najmniejsza oznaka bólu i cierpienia. Kobiety, których dzieci utraciły życie jeszcze w łonie, podczas porodów nie cierpiały... przynajmniej zaś nie fizycznie. Gdy dziecię po dziewięciu księżycach pragnie opuścić bezpieczny azyl i ujrzeć światło dnia, robi wszystko, by wydostać się z ciała tej, która chroniła je przez cały ten czas i chronić będzie przez wiele następnych lat. Wtedy ból kobiety jest niewysłowiony, znacznie silniejszy nawet od cierpienia mężów na polach bitew, ci bowiem ruszając w bój mieli świadomość, że zadawać będą śmierć i w imię śmierci znosić cielesną udrękę. Lecz ich siostry, żony i matki rodząc muszą znosić tortury po stokroć gorsze, ponieważ nie o koniec żywota, lecz jego początek walczą. Krzycząc z bólu mają świadomość, że ich ciało wyda na świat jedno, a być może i dwa nowe istnienia, że dziecko, które do tej pory nosiły pod sercem trafi na ten świat, by kochać oraz być kochanym... dla każdej kobiety to cud, który warty jest największego poświęcenia.
Gdy więc Gwen łkała z bólu i raz za razem walczyła z coraz to silniejszymi skurczami, Ruta w głębi serca cieszyła się z tego. Dziecko było zdrowie oraz krzepkie, a choć jego płeć będzie im dane poznać dopiero, gdy opuści łono matki, akuszerka nie miała najmniejszych wątpliwości, iż przysporzy swej rodzicielce tyle samo radości, co... kłopotów. Bękarty nigdy nie miały łatwego życia, rzadko kiedy poznawały mężów, którzy spłodzili je w przypływie namiętności lub wręcz przeciwnie - brutalnej, męskiej dominacji. Niewiele kobiet decydowało się, by ich nieślubne dzieci znały imiona swych ojców, a choć na dobrą sprawę w wielu przypadkach te i tak były nieznane, pragnęły uchronić swą latorośl przed człowiekiem pozbawionym poczucia odpowiedzialności. Ruta zaklęła w duszy. Świat byłby łatwiejszy, gdyby mężczyźni wpychali swe kuśki wyłącznie między uda własnych żon!
- Nie, kochanie. - odparła uspokajająco, przysuwając do Snowówny przyniesiony przez jedną z pomocnic siennik. - Będzie boleć po stokroć mocniej. - dodała po chwili, doskonale wiedząc, że nie ma najmniejszego sensu, by okłamywać Gwen. Lada chwila sama poczuje, iż piekło dopiero się zacznie. Ruta przesunęła ostrożnie karczmarkę na legowisko i prędko obmyła dłonie w gorącej wodzie, unosząc prostą suknię dziewczyny, by ta nie krępowała ruchów. - Rozchyl uda, dziecko. Szeroko. Szerzej... - staruszka przetarła ręką czoło, sięgając po drewniany kubek z ciepłą wodą, do którego wrzuciła szczyptę wysypanych z niewielkiego mieszka nasion.
- Pomóż jej to wypić. - Ruta podała naczynie dziewce, która przyniosła siennik i w końcu sama rozchyliła uda Snowówny, wnet stwierdzając, że rozwiązanie nastąpi lada chwila. - To rzęsa olszowa, choć trochę złagodzi ból. - akuszerka przez te wszystkie lata, w których odbierała setki porodów prostych dziewek, ani razu nie zastosowała makowego mleka, co zwykli czynić maestrzy w zamkach. Kobieta wiedziała, iż napój ten przytępia zmysły, kobieta nieraz nie może sama kontrolować swych odruchów, zaś samo łono mogłoby wydać na świat chłodny płód...
- Wypiłaś? Dobrze. Teraz najtrudniejsze... - Ruta sięgnęła po swój kostur, na którym zwykła opierać się przy dalszych wędrówkach i wcisnęła go w ręce Gwen. - Zaciśnij na nim dłonie, byle mocno. Nie obawiaj się, nie złamiesz go. Zaciskaj mocno, bardzo mocno. Pamiętaj, aby to robić przez cały czas, dobrze? - Ruta sięgnęła po czystą szmatę, przecierając nią wewnętrzną stronę ud karczmarki. Kostur nie był magicznym artefaktem, który ułatwi poród, jednak gdy kobieta skupia się na tym, aby zaciskać na nim dłonie, nie zaś na swym bólu, rozwiązanie następuje choć odrobinę szybciej. Akuszerka odetchnęła głęboko, kiwając lekko głową.
Już czas.
- A teraz, dziecko... przyj. Z całych sił! Weź głęboki oddech, aż zapiecze Cię w piersi i na wydechu przyj. Tak, jakbyś podnosiła skrzynię z jabłkami, włóż w to całą siebie! - dłonie Ruty wsunęły się ostrożnie między uda Gwen, by długimi, choć wygiętymi przez starczą chorobę palcami sprawdzać położenie dziecka. Słowa akuszerki były zaledwie początkiem do długiego procesu, w którym raz za razem ciepła woda w misce musiała być wymieniana, a krzyki rodzącej kobiety ściągały na zaplecze karczemnych gości. Bardziej liczni mężowie wnet opuszczali kuchnię, nie odnajdując w swych bohaterskich sercach na tyle odwagi, by zaoferować swą pomoc przy połogu, lecz nieliczne, proste kobiety z pobliskiej wsi, które znały Gwen jako sympatyczną, dobrą dziewczynę, postanowiły porzucić naglące je obowiązki i zostać. Jedna z nich podawała czyste ręczniki, inna ocierała pot z czoła Snowówny, zaś sama Ruta czujnie obserwowała, jak z każdą mijającą chwilą łono wydawało na świat najpiękniejszy cud przyrody - niemowlę. Dziewczyna nawet nie wiedziała, jak wiele szczęścia miała. Dziecko ułożyło się główką do przodu, przez co sam poród mógł przebiec bez bolesnych dla obojga komplikacji. Z chwili na chwilę, podczas której Gwen coraz bardziej opadała z sił, zbliżał się koniec… czy raczej: początek nowego życia.
- Mocniej, dziecko! Już blisko! Zrób to dla mnie, dobrze? Ostatni raz! - Ruta potarła z roztargnieniem policzek, zostawiając na nim krwawą smugę. Widok juchy jednak nikogo nie dziwił - ta bowiem była wszędzie. Na sienniku, ręcznikach, nawet w wodzie, którą zabarwiła na różowo i nade wszystko odzieniu, zarówno akuszerki, jak i samej Gwen. Podczas porodów kobiety widywały więcej krwi niż niektórzy mężczyźni przez całe życie… - Już, już… - staruszka wypuściła głośno powietrze z płuc w momencie, w którym krzyk Snowówny był zwiastunem włożenia w nią resztek sił w wyczerpujący skurcz. Ruta zamrugała gorączkowo, czując napływające do oczu łzy, gdy ostrożnie podparła dłonią główkę niemowlaka, który definitywnie opuścił łono swej matki. Akuszerka przetarła pomarszczone dzieciątko jasną szmatką, zmywając wszechobecną krew i wody płodowe.
Dziecko jednak nie płakało.
Ruta bez cienia strachu na twarzy, wprawnym ruchem poklepała ostrożnie plecki. W pół uderzenia serca po jej geście, powietrze rozdarł wibrujący wrzask niemowlęcia, na tyle głośny, by usłyszeli je we wsi. Akuszerka sięgnęła po czysty, niewielki sztylet, jednym ruchem przecinając ciemną pępowinę, która przez tyle księżyców jednoczyła dziecko i matkę, po czym owinęła noworodka w czysty, biały ręcznik, ostrożnie unosząc się z klęczek.
- Gwen… - powiedziała cicho, nachylając się nad matką. - … oto Twoja córka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Wto Kwi 08, 2014 3:50 pm

Gwen bladła z każdą chwilą. Każda mijająca minuta oznaczała coraz większy ból i kolejne krople potu spływające po czole dziewczyny, aby zmieszać się z łzami, które zaczęła ronić mimowolnie. Nigdy przedtem nie doświadczyła tak potwornego bólu i sądziła, że nigdy nikt takiego nie doświadczył. Płakała mimowolnie, choć w głębi duszy kiełkowała już radość, również wbrew jej woli, jakieś niewytłumaczalne szczęście i chęć do tego, aby czynić to, co nakazywała Ruta. Jednakże staruszka mogła ujrzeć na twarzy bękarta lorda Glovera jedynie łzy, ból i narastającą wściekłość.
Dlaczego rozłożyłam uda przed tym cholernym Baratheonem?!, klęła w duchu samą siebie. To jego wina, wyłącznie jego wina! Choć to myślenie było błędne i miało pomóc, zawodziło. Ani nie umniejszało do bólu fizycznego, ani duchowego. Gwen mogła jedynie płakać, aby zrobić miejsce na kolejne fale cielesnej udręki, która wstrząsała jej ciałem.
Sporjzała na Rutę strwożona i przerażona do głębi. To mogło boleć jeszcze mocniej? To... to było w ogóle możliwe? Piekło nadeszło szybciej i bardziej niespodziewanie, niż Gwen mogła się spodziewać. Kilka kropel wywaru podanego przez staruszkę wylało się na jej szyję, gdy krzyknęła w wniebogłosy. Zaczęła prosić starych bogów o litość, Rutę o zakończenie tego, lorda Baratheona, aby cofnął czas i wsadził kuśkę pomiędzy insze uda, ale to nie miało znaczenia.
Chwyciła kostur Ruty w dłonie i skupiła na nim swe spojrzenie, co wymagało użycia wszystkich nakładów jej wewnętrznych sił. Ściskała ten badyl tak, jakby chciała udusić swego największego wroga, tak, jakby od tego zależało jej życie, a mimo to wciąż bolało tak samo.
Jednakże w swym bólu nie była osamotniona. Miliony kobiet przed nią, bądź kilka nawet w tym samym momencie, przeżywały podobne katusze. I żyły dalej, to była naturalna kolej rzeczy. Coś w głębi duszy podpowiadało jej co ma robić, przeć zaczęła niemal instynktownie. Cała zrobiła się czerwona, gdy parła z całych sił, aby wydać dziecko na świat. Niech to będzie syn, niech to będzie syn... Każde włókno jej ciała było napięte, a ona nie powstrzymywała się od krzyku. Nie istniało nic, nie istniał nikt - oprócz Ruty, jej samej oraz tego dziecka, co pchało się ochoczo na świat, przysparzając swej matce cierpień. To nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, aby było zdrowe.
Ostatni raz? Naprawdę? Nie potrafiła w to uwierzyć, gdy spojrzała na Rutę pełna zdziwienia i oszołomienia. Ale uczyniła to, znów zaczęła przeć i nagle... ból zelżał, lecz nie ustąpił.
Gwen opadła na siennik, oddychając ciężko i cały czas roniąc łzy. Włosy miała w nieładzie, twarz czerwoną od wysiłku, a suknię mokrą od krwi i potu. Czekała na krzyk i płacz. Ileż to razy słyszała, że to najpiękniejszy dźwięk na świecie przez ostatnie miesiące, gdy brzuch zaczął jej rosnąć?
Ale dziecko nie płakało.
Wsparła się na łokciach, obolała i przerażona po raz następny. Co było nie tak?
-Co się dzieje? - spytała głosem drżącym i pełnym obawy.
Łzy znów popłynęły obficie, gdy Ruta poklepała dziecko, a ono... zapłakało, pieszcząc tym samym uszy Gwen... Swej matki. Wyciągnęła natychmiast ręce w stronę Ruty, aby ująć niemowlę ostrożnie i bez żadnej odrazy mimo krwi. Nie potrafiła oderwać od dziecka wzroku. Świat wokół przestał istnieć, w swych rękach trzymała jego środek.
-Moja córeczka... moja córeczka Anya - wyszeptała dziewczyna, odruchowo odsłaniając pierś do której niemowlę natychmiast się przyssało.
Bezustannie gładziła kępkę czarnych, pozlepianych włosów i wpatrywała się w oczy dziewczynki. Oczy, których nie odziedziczyła po niej.
Wpatrywała się w jego oczy. Oczy Aylwarda Baratheona. Ojca jej dziecka.

[zt]
Powrót do góry Go down

avatar
Północ
Skąd :
Biały Port
Liczba postów :
44
Join date :
08/04/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Sob Kwi 26, 2014 6:25 pm

/ Początek

Jęk wibrujących dzwonów, obijający się o ściany krętych uliczek, ślizgający się po miedzianych rzygaczach rynien, płoszący z attyk stada ptactwa, które z furkotem wzbijają sie w słoneczne niebo, nie wywołując najmniejszego wrażenia na kamiennych maszkarach, przyczajonych wokół wież Dworu Trytona - oto, za czym tęsknił dziedzic rodu Manderly zaledwie na dwa dni od wyruszenia z Białego Portu. Spokój tych monstrów przyozdabiających rodową siedzibę od dawien dawna kontrastował z nastrojem ciżby ludzkiej, spoconej, falującej, wielobarwnej, ciału rozgrzanego smoka podobnej. I jak on żarłocznej. Gdy Wendel opuszczał swe rodzinne miasto, gawiedź ile sił napierała na kordony utworzone przez miejskich pachołków i gwardzistów wokół drogi wiodącej ku portowi, tak jakby chciała nasycić się cudzym lekiem, bólem, śmiercią. Manderly zna dobrze swych poddanych. Z osobna dobrzy, poczciwi ludzie, płaczący nad każdym zdechłym psem lub zabitą muchą, w stadzie bywają straszni, bezlitośni i szaleni. Gdy dziedzicowi Białego Portu przyszło udać się w drogę ku Winterfell, by mógł reprezentować na współ z ciotką ród Manderly, akuratnie wieszano schwytanego w tawernie przemytnika, co znacznie urozmaiciło przebieg dnia mieszkańców portowego miasta. Sam Wendel zaś był rad, że jego wyjazd pozostał niezauważony na szerszą skalę. Pożegnania stanowiły jedną z wielu sytuacji, które budziły w nim zażenowanie i jednocześnie jedną z nielicznych, z którymi nie potrafił radzić sobie z wrodzonym spokojem. Początkowo dziedzic Białego Portu sądził, iż wytchnienia od codziennej rutyny zazna już na królewskim trakcie, którym to podążać będzie wprost do siedziby rodu Stark. Niestety poza brukiem, zaschłymi śladami końskich odchodów oraz źdźbłami zielonej trawy pomiędzy kostką, drogi nie urozmaicało nic, nawet pracujący w polu chłopi. Wnet też okazało się, iż podobne podróże sprzyjają niekoniecznie upragnionym rozmyślaniom. Wendel nawet nie zauważył, gdy jął snuć wspomnienia o czasach minionych, prawie zamierzchłych. Memoria przychodziły i odchodziły, jak te wszystkie dni i godziny przeminione. Ileż razy podążał tym duktem jako dziecię, jako pacholę, jako początkujący rycerz? Czy to gdzieś tu obok prawie osiem lat temu widział dziewkę, jak z dzbanem na głowie szła kołysząc biodrami - i jednocześnie całym światem zadurzonego siedemnastolatka? A oto i karczma, w której zwykł zatrzymywać się na postoje. Jako dziecko bał się tego miejsca, ku narastaniu tego uczucia nastarczał już sam fakt, że w wiosce nieopodal skrzypiała szubienica. Choć dawno nieużywana, trwała niczym archaiczny pomnik, przypominający szubrawcom, złodziejom i gwałcicielom o czekającej nań zasłużonej karze. Manderly zmarszczył niechętnie ciemne brwi, spinając lekko konia. W asyście blisko dwóch tuzinów mężów wędrujących pod sztandarem Białego Portu nikt nie miał powodu, by im zagrażać, jednak zapadający nad krainą zmrok nie zachęcał do dalszej podróży. I choć karczma z nazwy była parszywa, Wendel ani myślał wybrzydzać. Jako pierwszy zeskoczył z konia, nader prędko doczekując się chłopca stajennego, który chyżo wziął się do pracy, prowadząc zadbane rumaki do lekko pochylonej, ale nadal trwającej na swym miejscu stajni. Manderly, przekraczając próg karczmy, spodziewał się ujrzeć co najmniej kilku wędrowców, o twarzach na tyle podejrzanych, iż zadawanie jakichkolwiek pytań wiązałoby się z niewątpliwym ryzykiem - kiedy jednak uchylił drzwi, przywitało go ciepło rozpalonego kominka oraz martwa cisza, zakłócona dopiero pospiesznym truchtem kogoś, kto pewnikiem był właścicielem przybytku, ale jeszcze nie ukazał się gościom z Białego Portu. Usta Wendela rozchyliły się w uśmiechu, gdy ściągnął z dłoni rękawicę i rzucił ją swobodnie na blat stołu.
- Miły gospodarzu, wytocz beczkę najprzedniejszego ale, jakie posiadasz. Zdaje się, że tej nocy zapełnimy wszystkie twoje izby. - dziedzic Białego Portu zasiadł na podłużnej ławie, nawet drgnięciem powieki nie zdradzając, iż pewnikiem chwilę wcześniej nadepnął na coś, co kiedyś mogło być sporawym szczurem… lecz na szczęście już dawno opuściło padół łez, choć równie dobrze sam Wendel mógł mieć szczęście i natknął się na kawałek kiełbaski.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Północ
Skąd :
Ostatnie Domostwo
Liczba postów :
133
Join date :
14/01/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Sob Kwi 26, 2014 7:13 pm

/ ciężko stwierdzić

Pech przyszedł zgodnie ze swoim zwyczajem, czyli wtedy kiedy nie powinien. Widocznie taki już
z niego herbatnik. Beren bardzo go nie lubił, jednakże, jak to zwykle bywa w związkach niearanżowanych, pech najwyraźniej za nim przepadał. Odwiedzał go regularnie w najmniej odpowiednich momentach. Był to pod każdym względem profesjonalny pech, uderzał celnie zza podwójnej gardy i zazwyczaj nie było na niego rady. Umber zdążył się do tego przyzwyczaić, wychodząc z założenia, że przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dziedzic Ostatniego Domostwa wiele razy nasłuchał się o bohaterach, którzy przedzierali się przez pustkowia i dzikie ostępy, pędząc ku swej ukochanej bądź w pogoni za honorem oraz sławą. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że według Berena największą wadą bycia bohaterem jest to, iż fakt ten zazwyczaj łączy się z definitywnym zakończeniem życia… a co tu dużo ukrywać, Umber był do niego wyjątkowo przyzwyczajony, by nie rzec - przywiązany. Żywych bohaterów nikt nigdy nie widział, a to, że prosty lud zwykle twierdził, że są akuratnie na wakacjach… to już inna historia. Jednak wbrew wszelkim oczekiwaniom żywot dziedzica Ostatniego Domostwa również nie należał do najłatwiejszych. Za to śmierć zawsze mogła być niezwykle spektakularna. Nie szukając daleko, pradziad Berena utrzymywał, że jest ona nawet przyjemna, a co najważniejsze - szybka i bezbolesna. Poglądy Hartha Umbera nie zjednały mu wielu przyjaciół, choć trzeba przyznać, iż coś w nich było, zwłaszcza, gdy staruszek do końca swych dni wielokrotnie zapewniał wszystkich, że umieranie nie boli i nie ma się czego bać. Sam Beren, będący wtedy pięcioletnim pacholęciem, naturalnie mu nie wierzył, uważając leżącego na łożu śmierdzi pradziadka za kompletnego świra… choć to nie jest niczym nadzwyczajnym - dziedzic Ostatniego Domostwa właściwie obraca się wśród samych wariatów. W końcu nikt o zdrowych zmysłach z własnej woli nie udawałby się na wielotygodniowe wędrówki wzdłuż Daru. A przecież na domiar złego dochodził jeszcze ten pech. Właśnie, ten cholerny pech.
Gdyby ktoś dwie mile wcześniej ujrzał Berena Umbera, miałby wszelkie prawo ku temu, by uznać go za obłąkany pień dębu, z niewiadomych przyczyn sterczący na środku traktu i wpatrujący się w konia oczami wielkimi niczym cynowe talerze. Podróż dziedzica Ostatniego Domostwa do Winterfell przez cały czas trwania przebiegała bez zarzutu - oto Greatbear z trójką swych ludzi zmierza ku siedzibie Starków, by pić wino suzerena i podziwiać urodę południowego kwiatuszka, który miał być poślubiony przez Aidana… aż tu, zaledwie trzy dni drogi od celu, wraz z nadejściem zmierzchu, koń Umbera, rosły niczym jego właściciel… gubi podkowę.
Starzy Bogowie zapłakaliby z rozbawienia, gdyby ujrzeli Berena zeskakującego z grzbietu wierzchowca i drapiącego się po kudłatej brodzie z zaskoczeniem. Dziedzic Ostatniego Domostwa na zaniepokojone pytania swych towarzyszy zaprezentował jedynie wielce zdziwioną minę, pokręcił z niedowierzaniem głową i powrócił do studiowania trzymanej w ręku podkowy. Nic dziwnego, że po powtórzeniu tego rytuału po raz trzeci, zaczynał przejawiać pewne oznaki zdenerwowania. Pierwszym jego objawem była suchość w gardle, która następnie przechodziła w trudną do zwalczenia zgagę. Jedynym znanym Berenowi antidotum na tego rodzaju dolegliwość była tradycyjna setka żytniego eliksiru pędzonego przez kowala w Ostatnim Domostwie. W przypadku braku wyżej wymienionego napoju należało ratować się środkami zastępczymi, których dawka powinna być oczywiście odpowiednio większa. A tak się składało, że ulubionym środkiem zastępczym Umbera był od niepamiętnych czasów ekstrakt chmielowy…
- Przyjaciele, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że musimy poszukać kowala. - podjął w końcu Beren, kiwając lekko głową w stronę swych kompanów. - Za to doświadczenie wyraźnie sugeruje, że najlepszych fachmistrzów należy szukać po opróżnieniu dzbana ale. Była tu w okolicy karczma, której nazwa idealnie oddaje obecny stan rzeczy. - na ustach Umbera pojawił się uśmiech, który jedynie jeszcze bardziej oszpecił twarz rosłego męża - ale niech go Czardrzewo chlaśnie, jeśli rzeczywiście ich sytuacji nie da się opisać inaczej jak „pod zadkiem Innego”. Dziedzic Ostatniego Domostwa ruszył w nużącą, dwumilową podróż ku karczmie, prowadząc za uzdę konia i starając się wyprzedzić zapadający zmierzch. Jeśli zaś naiwnie sądził, że już nic dzisiejszego dnia nie jest w stanie go zaskoczyć - musiał sprostować swoje przekonanie wraz z chwilą, z którą dotarł do tawerny po ciągnącej się w nieskończoność pieszej wędrówce … i ujrzał chorągiew, jakiej nie dało pomylić się z żadną inną. Beren rzucił uzdę biegnącemu doń koniuszemu, przerażonemu najwyraźniej liczbą gości dzisiejszego wieczoru.
- Bogowie! - ni to zaburczał, ni wykrzyknął Umber, wpatrując się w trytona umieszczonego na tle koloru morskiej toni. - Trójzębem w zadek Innego? Ten Manderly przechodzi sam siebie... - dziedzic Ostatniego Domostwa ruszył gwałtownie ku drzwiom, co z uwagi na jego postawę przywodziło na myśl szarżującego niedźwiedzia. Nim Beren zdołał przywołać słowa powitania, już otwierał drzwi z hukiem, tylko cudem unikając zderzenia z futryną, która jak zwykle była dla niego stanowczo za niska i groziła rychłym strąceniem umberowego czerepa. Ciemne spojrzenie przesunęło się po wnętrzu karczmy, odpierając zaskoczony wzrok dwóch tuzinów mężów i dopiero, gdy napotkało poszukiwany obiekt…
- Niech mnie dziki w piszczel kopnie, jeślim oślepł albo zmysły postradał! Wendel Manderly! - Umber rozłożył silne łapy, jakby miał zamiar objął wnętrze karczmy i zamknąć je w uścisku. - Inni przekroczyli Mur, żeś postanowił opuścić mury Białego Portu i zaszyć się tam, gdzie na pewno nikt nie będzie Cię szukał? - szeroki uśmiech na ustach Berena zrobił się jeszcze szerszy, gdy mężczyzna usiadł naprzeciwko dziedzica Białego Portu, strącając przy okazji z ławy dwóch kompanów Wendela. - Dawać tu ale, trzeźwość czas zażegnać!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Nie Kwi 27, 2014 6:08 pm

Świat wielkich panów był większości gawiedzi kompletnie obcy. Oni żyli w innym świecie, gdzieś cholernie daleko, a ich problemy przechodziły pojęcie pospólstwa, zajętego zwykłym życiem i swymi problemami. Pustym garnkiem, nieurodzajem, bądź brakiem dachu nad głową. W mniemaniu wysoko urodzonych były to nie warte uwagi błahostki, byli przecież zajęci problemami naprawdę wysokiej wagi. Kto i kiedy na jakim siądzie krześle, czy w ich skarbcach znajdzie się kilkadziesiąt, czy może kilkaset tysięcy złotych smoków, za którego bogatego starca wydać córkę... Każda klasa jednak miała wrażenie, że na ich barkach spoczywa ogromny ciężar. U jednych była to władza, u drugich szarość dnia codziennego oraz skutki działań pierwszych.
Gwen od zawsze należała do tej grupy, choć wychowała się na dworze i znała lordów, żyjących według gawiedzi jak w baśniach. Została jednak zrodzona z grzechu i nigdy nie była tam mile widziana, choć lord uznał ją oraz Lancelota za swe naturalne dzieci. Czuła na sobie pełne niechęci spojrzenia, ich pogardę. Była winna jedynie grzechu rodziców. Zawieszona pomiędzy szlachetnie urodzonymi, a zwykłym pospólstwem i taką też dalej podążyła drogą. Jej karczma służyła nie tylko jako miejsce, gdzie wieśniacy oddawali się pijackiemu szałowi, lecz również przystanek dla strudzonych drogą wielkich lordów i dam, choć zawsze tkwiła w niej do nich niechęć, co było całkowicie naturalną reakcją, lecz przecież nie była niespełna rozumu. Wbrew pozorom w jej bękarciej głowie tkwiło wiele rozsądku, przed rokiem, kiedy to próg tej karczmy przystąpił najmężniejszy z mężnych i pozostawił po sobie coś więcej, niźli przyjemne wspomnienia.
-Gwen, jedzie jakiś lord! Lord jedzie, a z nim rycerze! – Lommy, dwunastoletni chłopiec wpadł do przybytku jak burza, a na jego wychudłej twarzy malowała się ekscytacja.
Karczmarka siedziała za szynkwasem, kołysząc w ramionach niemowlę. Swój sens istnienia, oczko w głowie, centralny punkt wszechświata. Mogła się godzinami wpatrywać w wielkie oczy Anyi, które odziedziczyła po ojcu. Może i mogłaby to uczynić, gdyby nie fakt, że nastały najcięższe i jednako najszczęśliwsze chwile jej życia. Wypełnione ciężką pracą, krzykiem Anyi, pijackim szałem wieśniaków i coraz chłodniejszymi nocami… Starkowie zawsze mieli rację, nadchodziła zima. Gwen czuła to w kościach.
Podniosła się z zydla z cichym jękiem i podała dziecko Fiołkowi, siostrze Lommy’ego, aby zajęła się nią zajęła, podczas gdy Gwen będzie zajmować się gośćmi. Ze słów i podniecenia w oczach chłopca wynikało, że jest ich wielu. A panna Snow była sama, nie licząc osieroconego rodzeństwa, które przygarnęła pod swój dach w zamian za pomoc w karczmie i polu. Podeszła do wiadra z wodą, aby obmyć twarz i ręce. Ledwie splotła schludny warkocz i podwinęła rękawy, a usłyszała konie oraz męskie krzyki. Byli już blisko, a w kącie chrapał Blizna. Gwen chwyciła za miotłę, aby zdzielić go po łbie.
-Wynoś mi się stąd! – syknęła kobieta, szarpiąc mężczyznę za koszulę.
Po krótkiej sprzeczce, udało jej się go zagonić na zaplecze, a później do zwierząt, nie przestając okładać mężczyznę miotłą. Niech śpi ze świniami, świntuch jeden! Usłyszała skrzypienie starych drzwi oraz ciężkie kroki mężczyzn. Znieruchomiała na krótką chwilę, aby pomodlić się do Starych Bogów o spokój. Niechże nie okażą się diabłami. Zaraz potem puściła się biegiem przez zaplecze, wygładzając przy tym brązową, prostą suknię oraz brudny fartuch. Wpadła na salę pełna obaw i natychmiast ukłoniła się głęboko, posyłając przy tym promienny uśmiech mężczyznom, którzy mogli ujrzeć ładną, choć pospolitą dziewczynę o szczupłej, zaokrąglonej kobieco tu i ówdzie sylwetce.
-Oczywiście, mój panie, będę rada mogąc Was gościć – odparła Gwen z uprzejmością, nie ośmielając się na spojrzenie prosto w oczy wielkiego pana.
Większość takich jak on tego nie lubiła. Domagali się bezwzględnego szacunku oraz padania do stóp jedynie ze względu na swe urodzenie, lecz Gwen nie miała czasu na zbyt długie rozmyślanie nad tym. Nie dla niej były filozoficzne dysputy oraz egzystencjalne refleksje nad przykrą konstrukcją tego padołu łez. Zwyczajnie nie miała na to czasu, robota paliła się jej w ręką. Może też zwyczajne nie miała ochoty się nad tym rozwodzić, była bystrą dziewczyną i wiedziała, że to może zaprowadzić ją jedynie do przykrych wniosków. Pogodziła się ze swym losem. Losem prostego człowieka, bękarta i jednocześnie matki bękarta. Nie trwoniła już chwil na fantazje o lepszym życiu, starała się własne uczynić znośniejszym. Odnaleźć jakąś radość w szarości dnia codziennego. W uśmiechu Anyi, błękicie jej oczu, w żartach Lancelota.
Czasami nawet w ale, którego beczkę wytaczała razem z Lommym z zaplecza. On podawał jej kufle, a ona nalewała zimnego trunku, podając mężczyznom razem z uprzejmym słowem oraz uśmiechem. Wolałaby, aby był tu jej brat. Czułaby się pewniej, mając go przy sobie, a nie jedynie dwójkę niedorostków i niemowlę. Tylu mężczyzn w oberży i samotna karczmarka nigdy nie zapowiadało niczego dobrego, lecz Gwen nie mogła już nic uczynić, prócz dyskretnego westchnięcia. A wtem do izby wpadli następni… Inni. Pobladła, stojąc za tym szynkwasem i przygryzła wargi. Nie będzie miała tylu izb, aby wszystkich ich ugościć…
-Idź kroić mięso, poradzę sobie – szepnęła do chłopca, a sama nalała ale po same brzegi wielkiego kufla, aby popędzić w stronę wielkiego lorda i mu je podać. Z ust Gwen nie padło ani jedno słowo, pokłoniła się jedynie, nie chcąc wielkim panom przerywać.
Czuła w kościach, że to nie będzie spokojny wieczór, lecz i nad tym nie miała czasu się zastanawiać. Z pewnością będą głodni.
Powrót do góry Go down

avatar
Północ
Skąd :
Biały Port
Liczba postów :
44
Join date :
08/04/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Pią Maj 16, 2014 11:19 am

Noc zapadała powoli, spokojnie, z pewną dozą dostojeństwa, na jaką stać wyłącznie zmrok na Północy. Piwo w kuflu z każdym kolejnym łykiem smakowało coraz bardziej, rozprowadzając po języku gorzki, lecz przyjemny posmak chmielu. Po raz kolejny okazało się, że po konnej podróży nie ma nic równie przyjemnego, co ciemne ale i ciepło zamkniętego pomieszczenia. Oraz, co istotniejsze, obsługa, które bez słowa wykonywała swoje obowiązki, nie zakłócając rozmów gości z Białego Portu uniżonymi pokłonami i wychwalaniem pod niebiosa czy to rodu Manderlych, czy też Starków. Wendel przesunął obojętnie wzrokiem po karczmarce, która wbrew jego wcześniejszym słowom okazała się gospodarzem tego miejsca. Dziedzic Białego Portu jak przez mgłę pamiętał, że być może kiedyś już mieli okazję, by się spotkać - prawdopodobnie nawet w tym miejscu. Jakkolwiek jednak nie wyglądałaby owa styczność, w niczym nie zakłóciła relacji pomiędzy szlachetnie urodzonym człekiem a dziewczyną pochodzącą z plebsu lub, co jest wielce prawdopodobne, nawet bękartem. Manderly nie należał do tego typu ludzi, którzy spoufalali się z prostymi ludźmi, choćby dlatego, iż z podobnej znajomości nigdy nie wynikało nic dobrego. Zwłaszcza dla szlachciców. Bez wątpienia to właśnie wszelkiej maści rolnikom, karczmarzom i sadownikom wysoko urodzeni zawdzięczali fakt, że ich spiżarnie są pełne, a kielichy napełnione arborskim winem, lecz za te usługi wszyscy wymienieni dostawali wynagrodzenie - po co więc tracić czas i zapał na usilnym brataniu się z ludem? Do głosu jak zwykle dochodziły pieniądze, one bowiem na dobrą sprawę wyznaczały różnicę pomiędzy plebsem a szlachtą. Gdyby Manderly w chwili obecnej nie posiadał sakwy wypchanej złotymi smokami, nie różniłby się niczym innym od zwykłego obdartusa, żebrzącego o zlewki piwa z kufli innych gości. Nie trudno zresztą zgadnąć, że dla samych prostych ludzi ograniczenie kontaktów z wszelkiej maści panami i rycerzami także było na rękę. Mogli dalej wieść swe spokojne życie, wykonywać obowiązki i mieć jedynie nadzieję, że wojownicy suzerena zechcą ocalić ich wioskę, a co za tym idzie cały dobytek, przed najazdami wroga. Jeśli nawet Wendel był wdzięczny bezimiennej karczmarce za to, że napełnia kufle jego ludzi zimnym piwem, nie zdradził się ani słowem, nawet najmniejszym gestem. Tak już bowiem było, że wdzięczność Biały Port wyrażał poprzez brzęczącą, złotą monetę tańczącą na blacie stołu.
Dość szybko zresztą okazało się, że pozorny spokój wieczoru po raz kolejny zostanie zakłócony. Oto bowiem w karczmie zapomnianej przez samych Innych pojawili się kolejni goście, skupiając całą uwagę oddziału Manderly’ego na otwieranych z hukiem drzwiach. Wendel zmrużył lekko zmęczone oczy, wpatrując się z niejakim niedowierzaniem w olbrzymią postać, która wyrosła na tle wpadającego do wnętrza karczmy, skąpego światła księżyca. Chyba nikt, kto choć raz spotkał Berena Umbera, nie mógłby pomylić go z nikim innym. Manderly jednak przyglądał się dziedzicowi Ostatniego Domostwa, jakby zobaczył go po raz pierwszy. Wielki Niedźwiedź, jak sam jego przydomek wskazuje, był olbrzymim, surowym mężczyzną w kwiecie wieku. Jego wzrost pozwalał nie tylko górować nad tłumem, ale pewnie i naprawiać kominy bez potrzeby wchodzenia na dach, który i tak zapewne nie utrzymałby jego wagi. Od Umbera biła siła i naturalna umiejętność przewodzenia. Twarz miał kanciastą, zazwyczaj nieprzeniknioną, choć czasem w oczach zapalały mu się iskry iście piekielnej inteligencji a na ustach pojawiał się szeroki uśmiech, gdy Beren tylko dostrzegł przyjazną sobie duszę. Tak było i tym razem. Manderly podskoczył mimowolnie na ławie, gdy dziedzic Ostatniego Domostwa ryknął donośnie, wykrzykując jego imię, po czym ruszył ku ławie, zasiadając naprzeciwko dziedzica Białego Portu. Wendel doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak groźnym Umber byłby wrogiem, i cieszył się, że ma prawo uważać się za jego przyjaciela.
- Nie Inni, ale wysogrodzka róża zmusiła mnie do opuszczenia czterech ścian i udania się do Winterfell. - pionowa zmarszczka, znamionująca zamyślenie, znikła z czoła Manderlego, za to na ustach pojawił się lekki uśmiech rozbawienia. - Podejrzewam, że i Ty zmierzasz na ślub dziedzica Północy… choć wszystko wskazuje na to, iż tym razem wybrałeś się piechotą. - Wendel wyprostował się nieznacznie na ławie, szukając wzrokiem karczmarki, która do tej pory obsługiwała ludzi z Białego Portu.
- Zechciej podać mięsiwo. Gęś dla mnie… a dla mego przyjaciela dzik. Byle duży! - w oczach Manderly’ego zatańczyły wysokie iskry, gdy ponownie przeniósł wzrok na Umbera, który najpewniej już zauważył przytyk swego towarzysza.
- Nie zmierzasz z Ostatniego Domostwa, bowiem musiałbyś ominąć Winterfell, by tu dotrzeć. - Wendel podrapał się po policzku, mierząc spokojnym wzrokiem Berena. - A zatem…?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
175
Join date :
05/06/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Wto Lis 04, 2014 12:34 am

Ogień świec drżał w lichtarzach izby. I drżały jego dłonie. Za oknem noc płakała deszczem zimnych, srebrnych gwiazd. Płakał trubadur. Płakał też Koen, widział, że oto zbliża się jego ostatni koncert. Trubadur, sądząc po stroju, pochodzący z południa - Reach, Dorzecza lub Królewskiej Przystani, grał smutną, przepełnioną żałobą pieśń. Już kończył, kończyły się też ostatnie spokojne noce Koena. Tysiące skrybów, pisarzy i podróżników zachwycało się się widokiem gigantycznych rozmiarów bryłą lodu stworzoną przez pracę ludzi. Człowiek jest w stanie formować naturę. To zachwycające, ale nie potrafi zapewnić pożywienia dla całej populacji w okresie zimy - rozbrzmiewało w umyśle młodego Tullego. Nie potrafi powstrzymać klęsk naturalnych. Nie może siłą woli zatrzymać nadciągających armii i odwrócić czasu. A Zima nadchodziła. Była jesień, ale nie tylko to frasowało młodego dziedzica rodu. Ród, niegdyś wywyższony ponad wszystkie inne przez Targaryenów, naznaczony przez samych Bogów, jak się zdawało, przeżywał swoją jesień. Rycerz nie potrafił cieszyć się ani piwem, ani pieśnią barda. To koniec. Bez kolejnego potomka, Dorzecze, jakie znamy jest skończone. W swoim życiu przeżył tylko kilka romansów, każdy kończący się niespodziewanie, jak cięcie gilotyny. Ciach! I koniec. A Tully potrzebowali potomków. Potrzebowali kolejnych dziedziców. Najpierw rodzina. Co dają te puste słowa, kiedy nie ma do czego ich odnieść. To zmierzch wielkiego i dumnego rodu, ostatni koncert Tullych - turniej w Harrenhal. Może to tylko wina pogody - mokrej, zimnej, zwiastujące nadejście zimy, końca, ale Koen widział w Murze metaforę swojego rodu. Koniec znanego świata, nadejście długiej i srogiej, niczym jego ojciec, zimy. Koniec jego rody. Kres znanego, cywilizowanego świata. Dlatego ważny był ten turniej. Chciał, aby jego nazwisko, jego imię, odeszło w chwale. Chwała lub śmierć. Nim ostatnie śniegi roztopią się, nikt już nie będzie pamiętał dumnego nazwiska. Stanie się ono jedynie bajką, jak olbrzymy, czy Inni. Tam, na Murze, był gotów uwierzyć w ich istnienie. Mur był pomnikiem Ery Herosów. A co pozostanie po nim? Co będzie pomnikiem Starego Dorzecza? Nie ubłagalnie zbliżał się początek nieustannych walk i waśni. Plony Śmierci. Turniej w Harrenhal miał być ostatnim koncertem Koena. Lord Dorzecza słabł na siłach, a młody dziedzic, bez potomka, nie zdoła długo utrzymać władzy. Mroczny, niczym wypalona łąka, żal ogarną serce rycerza Dorzecza. To jego ostanie piwo. Ostatnia fajka ziela z odległego Essos. Lepka pajęczyna dymu osiadła w rogu izby. Spadły łzy jego, kiedy niewidzialny pająk smutku oplótł jego serce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Pon Maj 04, 2015 9:32 pm

/z Dorzecza, dawno, dawno temu...

(ostatni post wniósł tyle, że dopisałam o podróży na Północ, gracz zwiał (kolejny) więc trzeba łapać, tych, którzy są i chcą grać - tak gdyby ktoś zajrzał i się zdziwił)



Oriane nie lubiła Północy. Dla urodzonych na Południu, była to kraina odległa, zimna i nieprzyjemna. Mimo wszystko Sand nie potrafiła się oprzeć chęci zobaczenia jej i poznania chociaż trochę.
Podróż z handlarzami okazała się dobrym wyborem. Oriane nie wstydziła się pracy i pomocy, toteż żadne z osób nie mogło się czepić, iż nowa towarzyszka jest zbędnym balastem. Sand doskonale wiedziała, że kamuflaż jest najlepszym sposobem do poznania miast i mieszkańców.
Jej typ urody nie był często spotykany w tych stronach, jednakże nikt nie pytał skąd grupa jest i kto tam jest kim. Bardzo wygodne móc podróżować i pozostać neutralnym.


Droga poprowadziła grupę do karczmy, ponoć jednej z najpopularniejszych, jeśli ufać słowom niektórych ludzi. Liczyło się to, że można liczyć na ciepłą strawę, napitek i pokoje. Dla Sand stanowiło to okazję zmiany i być może znalezienia nowego towarzystwa podróży, o ile będzie miała szczęście trafić na uczciwych ludzi. Nigdy nie była pewna, czy zaufała komu trzeba, jednak bez trudnych decyzji świat by nie istniał.
Ludzie na Północy wydawali jej się inni, niż na Południu. Miała wrażenie, iż nie są tak butni i nie szukali zwady byle kiedy i byle gdzie. Mniej czy bardziej mylne wrażenie nie osłabiało czujności kobiety. Siedząc gdzieś w kącie, spożywała posiłek, błądząc wzrokiem po wnętrzu.
Większość stołów było zajętych. Naprzeciwko niej siedziało dwóch starszawych jegomościów, którzy dyskutowali o czymś zaciekle. W drugiej części jakiś zbrojny śmiał się z czegoś głośno. Gdzieś dalej podpity młodzieniec intonował pieśń, myląc słowa. Ciekawa gromada - pomyślała z ironią.
Dla Oriane Sand miało znaczenie tylko to, że wszyscy zdawali się jej nie dostrzegać. I tak właśnie być powinno, gdyż sama Dornijka celowo wybierała miejsca, w których nie rzucała się w oczy. Jak mówią, wszystko ma swój początek i swój koniec, zaś od każdej reguły jest jakiś wyjątek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Wto Maj 05, 2015 3:46 pm

Chłodna noc, raczej żadna nowość dla bękarta. Dla ludzi z południa powód do bluzgań na złą pogodę a w skrajnych przypadkach - na bogów, dla Snowa chwila zadumy oraz głębokich przemyśleń. Bez żadnych gęb jojczońcych mu nad uchem, czy rozkapryszonych paniczów co niby złotem srają. Teraz był tylko on i księżyc - najlepszy towarzyszy, aż od chwili poczęcia do śmierci. Cichy świadek wszystkich ludzi, wszechwiedzący obserwator.
Trakt wiodący przez las był widocznie często używany, bo co chwilę, nawet w środku nocy można było spotkać ludzi, niektórzy spoglądający na niego lękliwie a jeszcze inni niczym wrogie zwierzęta. Jednakże koń a także błysk stali był wystarczającym powodem dla którego Brand mógł się czuć w miarę bezpiecznie.
Do czasu.

Karczmę szybciej usłyszał niźli zobaczył, gwar rozmów, beznadziejnych piosnek a także głośny śmiech niosły jakoby wieść do wszystkich podróżnych - " Chodź do nas! Tutaj jestem!". Zobaczenie światła, wręcz ciepła bijącego z okien także nie było czcze i tylko dodawało "uroku" temu miejscu.
Bękart najlepiej w ogóle by się nie zatrzymał w tej ruderze  będącej pod czyimś zadkiem, jednakże miał jeszcze ochotę trochę pożyć(a nie umrzeć z wychłodzenia albo z poderżniętym gardłem) więc czym prędzej skierował się w stronę drzwi.
Konia przekazał rudemu obdartusowi który w za dużym futrze siedział w karczmie i leniwie popijał ale . Po paru miłych słowach o srebrnym jeleniu, chłopak przejął się bardzo koniem podróżnego i czym prędzej się nim zajął z czego bardzo rad był bękart.

Wchodząc do karczmy zdecydowanie zwrócił na siebie za dużo uwagi, powód? Ciekawość ludzka, może coś zupełnie innego - Snow miał to głęboko w rzyci. Na jego nieszczęście większość stolików była zajęta, ale po szybkim spojrzeniu na salę, znalazł jedno miejsce wolne - zaraz obok jakiejś panny.
Wolę ją niżeli tych półmózgów którzy są już najpewniej po kilkunastu kuflach  ale - nie tracąc już więcej czasu, bękart ruszył do wybranego stolika by po chwili znaleźć się przy nim i wypowiedzieć cicho słowa:
- Wybacz pani, czy to miejsce jest może zajęte? - zapytał i uniósł lekko kąciki ust.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Wto Maj 05, 2015 11:08 pm

Sand słuchała rozmów, obserwowała wejście, które miała idealnie na wprost, jednakże nic, lub nikt nie zwróciło jej uwagi. Do czasu.
W końcu drzwi się otworzyły i do środka wszedł jakiś człek. Dornijka omiotła go krótkim spojrzeniem, by chwilę później ponownie skupić się na tym, co miała przed sobą. Musiała przyznać, iż strawa warta była swej ceny i na pewno była ciekawsza od całej zgrai popaprańców, która towarzyszyła jej tego wieczora w tym przybytku.
Spokój, który tak sobie ceniła, został zakłócony poprzez głos człowieka, którego chwilę wcześniej widziała w wejściu. Spojrzenie jasnych oczu powędrowało ku młodemu mężczyźnie i odpowiedziała na jego pytanie.
- Zapraszam - uniosła wolną dłoń w górę, w drugiej trzymając kufel, z którego solidnie upiła. Otarła dłonią usta i bez skrępowania, zaczęła się gapić na swego gościa.
- Czym sobie zasłużyłam na towarzystwo? - zapytała. - Najlepszym miejscem?
Ironia w głosie zapewne była wyczuwalna, jednak nie sądziła, by coś innego przyciągnęło go akurat w ten kąt.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Sro Maj 06, 2015 6:05 pm

Usiadł przy stole i ze spokojem wysłuchał słów kobiety, wieńcząc jej pytanie ironicznym uśmieszkiem. Zresztą, dopiero teraz rozjerzał się się uważnie po izbie, wodząc wzrokiem po wszystkich tu zebranych - wszakże poznanie swojego wroga to połowa sukcesu, lecz skrajne szukanie wszelakich oznak ludzi dybiących na życie bękarta też do pozytywnych cech nie należało. Uciekać przez całe życie, patrzeć się każdemu na ręce? Nie, Snow żyć tak nie potrafił. I nie mógł.
Ale odrobina ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Dopiero kiedy gestem przywołał karczmarkę i poprosił dwa kufle ale odpowiedział swej towarzyszce.
- Towarzystwo pani bardziej mi miłe niżeli strażników po kilku kuflach ale. A także miejsce nie najgorsze panienka wybrała, jak mniemam specjalnie na wgląd ludzi wchodzących niźli wchodzący. - nim skończył przemawiać, na stole pojawiły się kolejne dwa kufle ale z których jeden bękart przysunął w stronę kobiety.
Dopiero teraz spojrzał na nią uważnie, widząc parę wcale nie brzydkich modrych oczu, ciemnych włosów i ponętnych ust kąciki swoich mimowolnie mu się podniosły. Kobieta była ładna jeśli nie rzec piękna na swój sposób. Miecz przy boku tylko dodawał egoztyczności i tajemniczości dziewczynie która zapewne zawędrowała daleko od domu.
- Jeśli można spytać, jak cię nazywają pani? - powiedział i spojrzał się swojej towarzyszce w oczy, może bardziej prowokacyjnie niżeli z jakiegoś konkretnego powodu.
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Czw Maj 07, 2015 7:44 pm

Sand zaśmiała się krótko.
- Dziękuję za uznanie, jednak nie jestem pewna czy nie dałoby się wybrać lepszej opcji, ale nie wyganiam, absolutnie - rozmowa z kimś z tych terenów mogła się okazać owocna w nowe wiadomości. Poza tym każda znajomość była na wagę złota. Nie miała pojęcia z kim ma do czynienia, ale on miał akurat tę samą pozycję: nie mógł powiedzieć na jej temat niczego, poza oczywistością, jaką było pochodzenie. Zdecydowanie nie wyglądała na tutejszą.
- Nie zaprzeczam, lubię kontrolować sytuację i oceniać z miejsca, co się święci - uwaga o miejscu była trafna, dlatego też nie pozostało nic innego, jak przyznać rację.
Trunek także przyjęła, bowiem nie gardziła nim nigdy. Co innego, że nie piła w samotności, no chyba, że miała wyjątkowo paskudny humor, a tak bywało. Tym razem na brak towarzystwa narzekać nie mogła.
- Kto pyta, nie błądzi - odpowiedziała, upijając solidny łyk z kufla. - A nazywają mnie tak różnie, iż nie wiem, które miano wybrać - oparła wygodnie ręce na stole i spojrzała na nieznajomego.
Miał bardzo przeszywające spojrzenie, chociaż Sand na nie nie zareagowała. Była to zapewne kwestia przyzwyczajenia i praktyka w ukrywaniu emocji i zamiarów.
- Oriane - padło w końcu. - Mam nadzieję iż zasługuję na wzajemność - pozwoliła sobie na lekki uśmiech.
- Przejazdem? - zainteresowała się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Pią Maj 08, 2015 5:56 pm

Śmiech. Krzyk. Muzyka.
To wszystko wydawało się tak odległe - myśliwy opowiadający o swych wielkich zdobyczach przy akompanii głosów niedowierzenia i kpiny. Barman opowiadający o swoich córkach, słodkim niczym miód i dobrze wychowanym - jak niejedna dama dworu. Strażnik głośno opowiadający o jakimś mordercy, którego oczywiście - osobiście złapał i wrzucił do lochu.
To wszystko było poza nimi. Jakby jakiś olbrzym przegrodził ich od reszty ciżby grubym i przeźroczystym murem. Snow jednak nie tracił czujności, a zapewnienia właściciela karczmy, że od kilku miesięcy nie było żadnej burdy - bynajmniej nie uspokoiły.
Brand jednak uważnie słuchał kobiety, niczym wilk, który zanim zbliży się do czegoś, musi to poczuć, usłyszeć, zobaczyć...
poznać.
Bękart miał już za sobą trzy etapy - teraz mu został jeden.
Tylko jeden.
- Imiona mają wielką moc - A szczególnie wykorzystane przez inteligentną osobę... - Ale myślę że mogę się z tobą podzielić moim. Zwą mnie Brand.
Słuchając dalej dziewczyny, nie zauważył nawet kiedy zjawiła się obok niego karczmarka - podając kolejne dwa kufle ale. Snow zamówił także jakąś zupę, wszakże nie jadł dziś nic oprócz kawałka wędzonego mięsa.
Kiedy dziewczyna zapytała się o podróż, w sercu Branda na chwilę pojawiała się jedna emocja.
Nienawiść.
Która została szybko stłamszona. W zarodku.
Wszakże każdy wiedział że emocje zdradzają człowieka.
- Podróżuje do Dorzecza. Muszę znaleźć i odwiedzić starych... znajomych - których wypatroszę jak wieprzka i pozbawię brzydkich pysków.
Jeszcze mi za to podziękują.

Upił trochę złocistego napoju z kufla i zapytał się dziewczyny o dokładnie to samo.
- A ty, Oriane? Gdzie podróżujesz? Daleką drogę przebyłaś aby dotrzeć na tą cholerną Północ. - skończywszy serię pytań, dopił ale z kufla i uśmiechnął się leciutko.
Ale uśmiech to uśmiech.

Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Wto Maj 12, 2015 8:32 pm

- Uwierz mi, moje ma takie znaczenie, jak śnieg na Północy - nie musiała kłamać, była bękartem, który miał tyle szczęścia, iż urodził się w Dorne, które słynęło z rozpusty i swobody i właśnie z akceptacji nieślubnych dzieci. Gdyby nie żona jej ojca, prawdopodobnie miała życie nie gorsze niż jego dzieci z prawego łoża, lecz Oriane wcale nie zabiegała o lepsze miejsce. Żałowała tylko tego, że nie zna rodzeństwa tak, jak by chciała. Nie zmniejszało to jednak jej oddania dla rodu i sympatii dla sióstr i braci.
- Twoje zdrowie, Brand - zaakcentowała mocno jego imię, wypijając łyk trunku.
Tajemniczy człowiek, zdaje się iż jego prostota w wyglądzie, nie jest równa bogactwu wewnętrznemu. Oczy są dzikie, jak u wściekłego zwierza. Toczy go choroba, szaleństwo lub trauma. A może wszystko razem? Szaleńcy to twoi ulubieńcy Oriane, nie zapominaj...
- Dorzecze - powtórzyła z namysłem. - Powodzenia w szukaniu.
Dornijka wróciła wzrokiem do obserwacji otoczenia. Oczywiście w piciu niektórzy nie znali umiaru. Zmrużyła oczy jak przyczajona kotka.
Chociaż wydawała się nieobecna, doskonale słyszała głos towarzysza.
- Donikąd - odpowiedziała pozornie na odczepne. Słowa panny Sand nie mijały się jednak z prawdą. - Jestem tutaj przypadkiem. Miałam okazję dotrzeć aż tutaj i z niej skorzystałam. Nadchodzi zima, jak mawiają wasi lordowie. Jeśli uda mi się wrócić w swoje strony, raczej nieprędko je opuszczę ponownie. Zawsze jest coś do zrobienia tu czy tam, cel się znajdzie - spojrzała przelotnie na bruneta, po czym wróciła do wesołej gromadki po drugiej stronie izby.
Chyba niektórym się nudzi, bądź czujna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Sro Maj 13, 2015 9:47 pm

Brand nie żałował, że wszedł do karczmy. Nie żałował nawet, że przysiadł się do Oriane(y?) i zaczęli rozmawiać.
Wszakże wszystkiego trzeba spróbować. Snow słuchał każdego słowa towarzyszki, jakby były jakimś cennym napojem który dawał mu raz po raz więcej siły.
Ale nie. On miał dla siebie inne zadanie. Próbował odgadnąć samą kobietę. Kim ona była? Kim jest? I czy naprawdę nie kłamie? To były zagadki które w najbliższym czasie chciał rozwiązać Brand.
- Do Dorne będziesz podróżować, tak? Możliwe więc, a raczej pewne, że będziemy musieli ruszyć tą samą drogą. Może zechciałabyś mi pani towarzyszyć? - i dac więcej czasu do poznania... - Wszakże każdy wie, że podróż razem jest i bezpieczniejsza i przyjemniejsza. - szczególnie z bękarcim synem Lorda Mormonta. Tak. Oj tak.
Dopił kolejny już kufel ale i kiedy kelnerka przyszła dac następne, odmówił grzecznie. On chciał mieć kontrolę nad sytuacją. Szczególnie słysząc miłych panów z początków izby.
- A ty, Oriane? Chcesz jeszcze ale? - zapytał dziewczyny. Wszakże wiadome było to, że kobiety niezależnie nienawidziły wręcz jak ktoś za nich decydował.
No i wynikało to z nazwy...
Powrót do góry Go down

avatar
Nie żyje
Skąd :
Sunspear/Braavos
Liczba postów :
53
Join date :
11/03/2014

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Pią Maj 15, 2015 9:08 pm

Dornijka uniosła brwi.
- Spotkałeś kiedyś Dornijczyków? - Oriane nie miała pojęcia, czy owy człowiek był kiedyś dalej od domu i widział nieco więcej. Nie zgadywała, wszak wiedzieć nie mogła kim był pod zasłoną uprzejmości i ciepłym płaszczem. Najbiedniejszy strój może przywdziać bogacz.
Sand wyróżniała się typem urody, lecz nie nazwałaby się typowym przykładem Dornijki. Ale nie zaprzeczała i nie potwierdzała.
- Droga ta sama - pokiwała głową. - Ale bezpieczniej dla mnie, czy dla ciebie? - zapytała rozbawiona.
- Wybacz, nie podróżuję w towarzystwie jednej osoby, gdyż nie jest to dobre wyjście. Mam jakąś gwarancję, że po wyjściu z karczmy nie rzucisz się na mnie z ostrzem? Zostaje nam ryzykować.
Napitku odmówiła dość zdecydowanie. Co za dużo, to niezdrowo.
- Cóż - wzięła głęboki oddech. - Co będę mieć z podróży z tobą? - zapytała zaczepnie.
- Towarzystwo, zgoda. Przygodę, rzecz jasna. Rozrywkę? Zależy od tego, czy unikasz, czy szukasz kłopotów - mogło być różnie.
Bękarcica nagle zaklęła cicho. W ich stronę zmierzał właśnie jeden z podpitych kolesi. Gapił się na nią, wyraźnie mając ochotę na zabawę.
Oriane wstała i wyszła mu naprzeciwko. Uśmiechała się zalotnie, lecz jej ręka powędrowała do paska, zza którego wystawała rękojeść sztyletu. Złapała go, lecz nie wyciągała na wierzch. Mężczyzna zaczął się do niej przystawiać, a ona...
- Jeśli chcesz zostać eunuchem, wystarczyło powiedzieć - przystawiła mu ostrze do czułego miejsca. Drugą ręką uderzyła go w twarz.
- Na mnie chyba pora - rzuciła do Branda, ale oczywiście nie było łatwo wyjść, kiedy ma się przed sobą wkurzonego człowieka. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Pozostało jej wyciągnąć miecz i coś z tym zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   Pon Maj 18, 2015 5:22 pm

Czy spotkał Dornijczyka. To byla raczej kwestia sporna, gdyż nie widział czy bękarty się liczą. Bo jeśli tak - spotkał typowego przedstawiciela Dorne. Jakiś zacny rycerz z Północy(aż tak zacny, że nie pamiętam jak to zwali), przeruchał po prostu kobietę z południa. Ale to nie był koniec! On ją ze sobą wziął na zimną północ, gdzie nawet wilki czasami zamarzały. Podobnież(takie chodzą słuchy, ja nigdy nie próbowałem!), była tak samotna w niektóre wieczory, że zagrzewała loża... tylko, że nie swoje. Bękart jakoś nie miał ochoty wiedzieć, co zrobił później z tym fantem wojak - może ją... ustawił do pionu? W przypadku Oriane Snow czuł, że to nie byłoby takie proste. A może by było? Właśnie dlatego Brand chciał ją poznać. Bliżej.
Kiedy słuchał jej odpowiedzi, mimowolnie się uśmiechnął. Miała rację. Skąd mogła wiedzieć, czy przypadkiem nie jestem jakimś zbereźnikiem który tylko czeka na swoją ofiarę, aby się w niej zatopić? Przecież było to bardzo możliwe, a ponadto dziewczyna zauważyła coś w oczach Snowa.
Może właśnie żądze i pożądanie? Kiedy przyjedzie czas, Oraine może się przekona.
Może.
Już chciał jej odpowiedzieć, że tak na prawdę nie wie - że to jest jak gra w karty. Raz się wygrywa, a raz nie.
Miał to zrobić. Ale właśnie pojawił się jakiś, bardzo zacny jegomość. Ów mężczyzna jakich (nie)mało miał jednoznaczne zamiary co do towarzyszki. Ale jego zamiary, a jej zamiary - diametralnie się różniły.
Przynajmniej tak myślał Brand.
Może w innym przypadku by pomógł damie, samicy w opresji. Przecież to było takie honorowe, nie? Tylko, że Oriane nie była zwykłą dziewką, a Snow czuł, że coś się szykuje.
A zacnej rozpierduchy w karczmie -nigdy mało. Odruchowo ściągnął swe rękawiczki z czarnej skóry, przecież mogły mu przeszkadzać. Ponadto sprawdził czy miecz dobrze mu leży w pochwie, a sztylet jest tam, gdzie być powinien.
Bo przecież przygotowanie to podstawa, nie?
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Karczma Pod Zadkiem Innego   

Powrót do góry Go down
 

Karczma Pod Zadkiem Innego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Offtop w Offtopie
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Północ-