a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Stone Hedge



 

 Stone Hedge

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Stone Hedge   Pon Gru 02, 2013 9:02 pm

Stone Hedge jest posiadłością rodową Bracken'ów, chorążych domu Tully. Wzniesiony z kamienia zamek średnich rozmiarów znajduje się na niewielkim wzniesieniu, w centrum grodu, który rozrósł się u jego stóp. Do Stone Hedge prowadzą dwie, solidne bramy. Pierwsza wpuszcza do dolnego miasta, w którym pełno pospólstwa i miejsc ich pracy, zaś druga, pilniej strzeżona, do górnego miasta gdzie zamieszkują ci bardziej bogatsi oraz w centrum którego znajduje się samo Stone Hedge. Obie bramy umieszczone są od południa oraz północy, z tym że te od północy okala wstęga rzeki. Mury patrolują łucznicy, na ich alarm dojścia do grodu i zamku jest blokowane poprzez zatrzaśnięcie bram. Przyjęło się również, iż po zmierzchu nie wpuszcza się nikogo bez specjalnego poselstwa.

Kolejka:
Blackwood
MG
Blackwood
MG
Blackwood
Tully


Ostatnio zmieniony przez Nihil Arryn dnia Sob Gru 07, 2013 7:29 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Wto Gru 03, 2013 11:10 pm

Minęło już trochę czasu odkąd to wszystko się rozpoczęło, Edmundowi wojna zdawała się trwać przynajmniej miesiąc, a minął ledwie tydzień i ciężko było to nazwać wojną. Szczególnie, że on jako główny dowódca swych wojsk niezbyt odczuwał to co działo się wokół niego. Nie brał udziału w łupieżczych rajdach. Nie walczył w pierwszej linii podczas bitwy, ani nie szturmował zamków. On po prostu siedział sobie na tyłku i to on decydował o tym co zrobią trzy tysiące ludzi, wszyscy zebrani tylko po to, by mu służyć. Wielu by tak chciało, ale taki człowiek miał jednak o wiele więcej pracy, niż mogłoby się zdawać. Edmund siedział właśnie w swoim namiocie przy małym stoliku obładowanym dokumentami, listami i innymi mniej potrzebnymi rzeczami. Analizował mapy okolicznych regionów, chcąc znaleźć w nich coś, co ułatwiłoby mu kampanię wojenną, jakichś szczególnych mostów czy innych punktów strategicznych. Był bowiem świadom, że gdy tylko ktoś dowie się o jego wyczynach to z pewnością przyjedzie, by pomóc biednemu i ciemiężonemu ludowi Stone Hedge. Miał jednak nadzieję, że póki co nikt nie ma pojęcia o oblężeniu grodu i pragnął, by ten stan utrzymał się jak najdłużej. Po długim wpatrywaniu się w mapy Edmund stwierdził, że jest to okolica tak zwykła, tak poślednia, że nie ma tu nawet nic wyjątkowego. Jego obóz usytuowany był na południe od murów miasta, można by nawet powiedzieć, że powoli zaczyna przypominać fort. Blackwood odłożył wszystkie mapy z powrotem na resztę papierów i wyszedł, by rozejrzeć się po własnym obozie. Nie brał ze sobą strażników, byli niepotrzebni w samym sercu jego armii, a i wyglądałoby to podejrzanie, gdyby wszędzie za nim łazili. Na początek udał się w miejsce, gdzie miały powstawać machiny oblężnicze do przełamania umocnień grodu. Zewnętrzna jego część wydawała się prosta do opanowania, gorzej z centrum. W prowizorycznym warsztacie, położonym na otwartej przestrzeni stał już gotowy taran. Potężna konstrukcja, zbudowana głównie z drewna, o sporym zadaszeniu, ale obita od góry cienkim kawałkiem metalu. Miało to zagwarantować mniejszą podatność na wszelkiego rodzaju ogień. Belka w środku była masywna, potrzeba było wielu ludzi by ją rozruszać, a zakończona była sporym żelaznym okuciem. Wszystko to stało na czterech kołach. Na szczęście Dorzecze to nie były tylko pola i rzeki, a lasów było na tyle dużo, by zaspokoić potrzeby armii. Tuż przy taranie spora ilość robotników uwijała się przy tworzeniu plutejów. Miały one umożliwić dostanie się wojsku pod mury ponosząc jak najmniejsze straty. Były one jednak tworzone głównie dla pierwszej linii napierających żołnierzy. To oni mieli za zadanie dostać się do środka jako pierwsi i wywalczyć pierwsze pozycje dla nadchodzących posiłków. Niedaleko stał usypany i wyrównany już kopiec ziemi, mający służyć za stanowisko dla balist, których sztuk miało być cztery. Dwie już wykonane i przetestowane stały tam gdzie powinny, dwie kolejne w trakcie robienia. Więcej problemów mogły stanowić katapulty, głównie ze względu na swój rozmiar, dlatego jeszcze żadna z nich nie została ukończona, ale ich produkcja przebiegała bardziej jednolicie niż w przypadku reszty. Na końcu zaś paru robotników pracowało nad drabinami, sposobu ich użycia chyba nie ma sensu tłumaczyć. Mimo ogromu tych prac, Edmund wciąż miał wątpliwości, czy to wszystko wystarczy. Jeśli nie uda mu się zdobyć tej fortecy w jak najkrótszym czasie, to może już nigdy więcej nie ujrzeć Raventree Hall. Takie myśli starał się odpędzać, w końcu nie mogło się to skończyć aż tak źle. Choć gdyby miał przegrać, to chyba nic nie zrobią lordowi, chyba. Po dokładnym obejrzeniu swego prowizorycznego warsztatu, Edmund udał się kolejno do placu treningowego i pomiędzy namioty swych żołnierzy. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku choć i tak miał to gdzieś, póki jego żołnierze walczyli. Musiał jednak stwarzać pozory, żeby nie wyjść na totalnego wariata, chcącego po prostu rzucić ludzi na śmierć. To mogło stworzyć ryzyko dezercji, bardzo bolesnej dla każdego dowódcy. Swoją drogą ciekawiła go reakcja lorda Riverrun na jego poczynania. Miał nadzieję, że ten list wstrzyma go w niepewności aż do chwili, gdy Stone Hedge i okoliczne ziemie zostaną całkowicie opanowane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 04, 2013 10:37 pm

MG

Dorzecze miało to do siebie, że tereny tutaj były w większości płaskie. Blackwood i jego obóz znajdowali się więc na otwartym polu, mając za plecami lasy, których objętość skutecznie pomniejszała budowa machin oblężniczych oraz wstęgę rzeki na północ od Stone Hedge. Tak samo jak on wystawiał się na widok wroga, tak samo mógł obserwować otoczenie oraz odnotowywać ewentualne pojawienie się podejrzanych person. Na razie nikt taki nie nadciągał, gdyż za każdym razem meldowano o braku kogokolwiek na horyzoncie.

Samo Stone Hedge przypominało teraz twierdzę zamkniętą na cztery spusty. Opuszczono bramy, dodatkowo umocniono je żelaznymi, również opuszczonymi kratami od strony frontu. Łucznicy rozstawieni na górnych partiach murów mieli oko na obozowisko, które nieproszone pojawiło się jak wrzód u stóp grodu. Jeżeli spodziewano się, iż zdesperowani żołnierze chorążego Tully'ch rzucą się pierwsi do ataku, czekał zawód, bowiem Ci cierpliwie oczekiwali na pierwszy ruch, przyjmując jak na razie strategię obserwatora. Powietrze wypełniała wyraźna, nerwowa atmosfera, która dłużyła się w oczekiwaniu. Może celowo chcieli grać na zwłokę, skoro Blackwood nie kwapił się od ataku?

W obozowisku Blackwooda panowały wojownicze nastroje. Widać było, że jego ludzie rwą się do bitki, pragną poczuć smak oraz zapach krwi, użyć oręża, przepołowić kilku mężów. Wizja oblężenia, którą roztaczał Edmund, napędzała tylko wojaków. Gotowi w każdej chwili wyruszyć, czekali tylko na znak. Na jeden rozkaz. Kiedy Edmund przechodził, większość odnosiła się do dowódcy z szacunkiem, choć jak tylko znikał z ich pola widzenia, nerwowo przebierali nogami. Nie chcieli czekać w nieskończoność, obiecano im mord.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sob Gru 07, 2013 12:56 pm

Kolejny wschód słońca oznaczał dla Stone Hedge kolejny dzień oblężenia. Stone Hedge było dość spore i posiadało liczną ludność, ale mimo to zdobycie go głodem mogło być czasochłonne, a Edmund czasu nie miał. Dziś jednak stały już gotowe i na pozycjach balisty wraz z katapultami. Balisty dalej, katapulty bliżej. Była to tylko i wyłącznie kwestia donośności pocisków. Od samego ranka, na rozkaz samego lorda balisty zaczęły miotać pierwsze pociski w stronę murów, celując głównie w tłoczącą się na niektórych odcinkach piechotę. Ociosanie kamiennych kul dla katapult było trochę większym problemem niż wytworzenie paru bełtów dlatego ostrzał miano rozpocząć trochę później, w okolicach południa. Edmund nie miał jednak zamiarów zrównać z ziemią całego miasta i jego umocnień, chodziło bardziej o to, by przygotować mury na szturm i pozbyć się blanek, które mogły przeszkadzać drabinom. Gdyby w grę wchodziła machina oblężnicza to zdobycie murów byłoby bajecznie proste. Nie było jednak na to czasu. Żołnierze i tak robili się niecierpliwi, nawet bardzo. Edmunda to zastanawiało, czy oni w ogóle nie przejmują się tym, że mogą być poprowadzeni na rzeź, że wrogie wojska ich po prostu zmiotą, że już nigdy nie ujrzą domu? Większość wojaków nie przejawiała oznak jakiegokolwiek zainteresowania takimi rzeczami. Oni po prostu przyjechali tu pomordować i zdobyć sławę. Jeśli tak było, to Edmund zamierzał dać im okazję do tego. Szturm na mury miasta miał nastąpić po zmroku. Pozostało tylko przygotować dokładny plan rozmieszczenia wojsk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sob Gru 07, 2013 3:17 pm

Mistrz Gry

Ktoś kiedyś zapisał, że rzeczą królów jest chwała a nie długi żywot. Dzień był słoneczny, choć zimny jak na tę porę roku. Blackwood obserwował odcięty od dwóch dni zamek od życia w Westeros. Nikt nie wyściubił nosa poza zatrzaśnięte bramy. Przeciwnicy wykazywali sporą cierpliwość, podobną do tego, która cechowała chorążych Doliny. Raporty dostarczane Edmundowi były jak najbardziej zadawalające. Uzupełniano pociski, co było już ostatnim elementem szykowania się do szturmu. Nastroje bojowe wyczuwalne wśród jego żołnierzy zaostrzały się. Z entuzjazmem podchodzono do tego, że dzisiaj mogli już uderzyć. Sprawdzano ostrość mieczy, pakowano strzały do kołczanu a pod nosem nucono sobie stare, mało przyzwoite przyśpiewki.
Godzinę po zmierzchu Edmund stał nad mapami. Dostarczono mu dokładny szkic rozmieszczenia murów i szacowaną odległość pomiędzy nimi, a wewnętrznym pierścieniem i samym właściwym zamkiem. Dwie bramy, kilka punktów obserwacyjnych na mało warownych murach. Nie był to wielki twór, co zawężało zarówno plany strategiczne, jak i liczebność wojsk w środku. Przy Blackwoodzie stali jego poszczególni, wierni dowódcy, służący radą jeśli tylko zostaną poproszeni o nią. Wewnątrz obozowiska snuli się żołnierze, choć większość zajadała strawę i poiła się trunkami. Dźwięk rogów nie pasował. Od razu przykuł uwagę. Stojący na warcie zareagowali pierwsi, meldując dalej, aż wieści doszły do samego Edmunda. Brackenowie atakowali. I to nie od strony zamku, a okolicznych lasów, chcąc najpewniej otoczyć ich pierścieniem. Musieli się już skradać od dłuższego czasu, skoro wiedzieli kiedy podejść niepostrzeżenie aż tak blisko. Z okrzykami na ustach zerwali się zbrojni Blackwooda, dobywając oręż, aby odpowiednio przygotować nieprzyjaciół. Czekano jeszcze tylko na ewentualne dyspozycje.
Niemal w tym samym czasie pojawił się goniec, który zajechał swego konia. Łapiąc oddech, zeskoczył z siodła i pośpieszył w stronę Blackwooda, najpierw oddając honory, a dopiero później recytując na jednym wdechu.
- Panie! Wojska Tullych się zbliżają! Za mniej niż dwie godziny będą tu! Ponad pięć tysięcy zbrojnych prowadzonych przez samego dziedzica. Nie ma wątpliwości, iż idą zmierzają prosto do Stone Hedge! Rozkazy?
Polała się pierwsza krew, której szkarłat obficie przyozdobił leśne trakty, kiedy to piechurzy Brackenów starli się z miecznikami Blackwooda w pierwszej linii. Czas wydawał się teraz celowo zwalniać.


***

Wojska Tullych, które systematycznie i sprawnie przemieszczały się w stronę Stone Hedge mijały spalone wsie, zrujnowane osady oraz zniszczone pola. Nie dbano o to, aby pochować barbarzyński zamordowanych, zostawiając truchła na pożarcie drapieżnikom i padlinożercom. Niewiele domów się zachowało, jeszcze mniej uszło z życiem choć rzecz jasna napotykano kobiety rozpaczające nad przebitymi ciałami mężów, synów bądź starszych ludzi nie mogących znaleźć w stosach swoich bliskich. Nikt, kto kłaniał się przed Siedmioma, nie mógłby dopuścić się takiego mordu. Obrazy te pasowały do czynów zza Muru, nie zaś ludzi z Westeros.
Zachód słońca, dziś wyjątkowo różowy i miejscami przechodzący w odcień krwi, jednocześnie wskazywał, iż według obliczeń winni dotrzeć do siedziby Brackenów mniej więcej w ciągu dwóch godzin.


***

Z zupełnie innej strony, gdyż od rzeki, której wstęga okalała północą część Stone Hedge, maszerowały oddziały "ubrane" w sztandary Doliny Arrynów. Zdyscyplinowani mężowie, którzy w większości pamiętali poprzednie walki w Dolinie, oczekiwali aż dołączy do nich sam Reinmar Arryn, dziedzic rodu, aby poprowadzić na Stone Hedge a który obecnie zbierał ostatnie oddziały przybyłe do rozbudowanej twierdzy na wezwanie swego Lorda. Obecność Arrynów nie została jeszcze wykryta przez Dorzecze, zaś zarejestrowały ją pewne niepozorne szczury. Czarny kruk wzbił się w górę i obrał kurs na Królewską Przystań na tle zachodzącego, szkarłatnego słońca.

Kolejność:
- Blackwood
- Mallister
- Tully
- MG
- Blackwood
- Mallister
- Tully
- Arryn
- MG
- Targaryen
- Blackwood
- Mallister
- Tully
- Arryn
- MG
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Nie Gru 08, 2013 10:43 pm

"Bogowie, dlaczego jesteście wobec mnie tak okrutni!? Zrobiłem wszystko według waszych znaków, na ziemi Brackenów popłynęła krew i spalono wsie, a wkrótce miało do nich dołączyć samo Stone Hedge! Wystawiacie mnie na ciężką próbę, ale i temu podołam..." W głowie Edmunda kotłowały się różne myśli, sytuacja była ciężka, a ratunku znikąd. Edmund mógł się ratować ucieczką, może udałoby mu się przerąbać wraz z gwardią przez parę oddziałów po bokach atakujących. Mógł też zostać, dzielnie walczyć i najprawdopodobniej zginąć, to by zachowało resztki jego honoru. W końcu był odpowiedzialny za wielkie rzezie na tych terenach, raczej mógł liczyć tylko na szubienicę lub kata po przeżyciu bitwy. Mogło też się zdarzyć, że wypuszczą go za okupem, niczego nie można wykluczyć. Tyle opcji, tak mało czasu na zastanowienie... Będąc na najwyższej pozycji w obozie, mógł dokładnie przypatrzeć się wojskom Brackena biegnącym od strony lasu. Było ich sporo, całkiem sporo. Być może nawet więcej niż jego wojsk. Tak duża armia wykluczała więc ucieczkę. Nic jednak znaczyła przewaga liczebna wroga, gdy posiadało się dobrze umocniona pozycję. Lord Blackwood podjął ostateczną decyzję.
-Trąbić w rogi, ludzie na barykady! Chcę widzieć każdego żołnierza zdolnego do noszenia broni gotowego do walki, tych niezdolnych też! Kusznikom i łucznikom kazać strzelać bez rozkazu, piechota ma czekać na wrogi szturm. Kawaleria ma być gotowa do wyjazdu z obozu od strony zamku i to zaraz! - rzekł Edmund wciąż obserwując zbliżającego się od strony lasu nieprzyjaciela. Jeśli miał zginąć, to przynajmniej w chwale - A mi przynieść zbroję i broń, natychmiast...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pon Gru 09, 2013 9:35 pm

- Panie - jeden z przybocznych Mallistera podjechał bliżej swojego lorda- Stone Hedge jest niecałą milę stąd.
- Doskonale - Trevet skinął ręką w stronę dwóch zbrojnych, na znak że mają  rozwinąć chorągwie. Jeden wiózł na łęku siodła okazałą chorągiew koloru indygo z wyszytym na niej srebrnym orłem, drugi rozwinął nieco mniej popisową, bo sporządzoną z kawałka pościeli, który jeden z konnych zakupił w wiosce nieopodal Riverrun. Ale z daleka wyglądał jak zupełnie normalna biała chorągiew i tyle wystarczało, a świadomość że jedzie w stronę oblężenia pod kawałkiem starego siennika napełniała Mallistera jakąś perwersyjną satysfakcją. Obydwaj wyjechali teraz na czoło szyku, za nimi podążał trębacz i herold w jednym, następny był Trevet z dumną miną, a szyk zamykała reszta jeźdźców podzielona na dwójki. Jeżeli celem Mallistera było zrobienie dobrego wrażenia to niestety los mu nie sprzyjał. Już z oddali było słychać wielce jednostajny ryk opery na tysiąc mężczyzn, z ariami człowieka opłakującego odciętą rękę, uwenturami na dowódców krzyczących o zmianie szyku i oczywiście dokładnie przemyślanym podziałem na akty. Kiedy niewielki orszak Mallistera wyjechał na otwartą przestrzeń jasnym stało się, że trafili akurat na akt II "Bitwa". Tym samym wszystkie plany, mowy i argumenty jakie Trevet ułożył sobie po drodze trafił szlag. Mało prawdopodobnym było, że w trakcie walki ktokolwiek chciałby lub był w stanie ich wysłuchać.
- Mowett - zwrócił się do jednego ze swoich przybocznych -Zawracaj i jedź w stronę Riverrun. Jeśli natrafisz na armię Tullych przekaż ich dowódcy, że bitwa już się toczy i dobrze by było gdyby się pospieszył z posiłkami. Nie będzie żadnych negocjacji.
Konny bez słowa skinął głową, zawrócił wierzchowca i ruszył w drogę powrotną. Mallister stanął w strzemionach i rozejrzał się po polu bitwy. Sytuacja wyglądała przeciętnie. Brackenowie wyraźnie ustępowali liczebnie oblegającym, ale rolą rycerza o czym pisały absolutnie wszystkie legendy i opowieści nie było czekać na sprzyjającą okazję tylko działać. Trevet obrócił się w siodle i spojrzał na swoich ludzi. Tych dwudziestu dziewięciu z którymi wyruszył. Nie była to najliczniejsza armia w historii Westeros. Miał szczerą nadzieję, że nie będzie po nim widać strachu, który nagle go ogarnął, że nie zacznie dygotać i panikować jak plama na honorze rodziny ser Lylet Mallister. Panując nad pragnącymi szczękać zębami zaczął mówić.
- Miejmy nadzieję, że wystarczymy aby sprawić różnicę. Kennet wywal tą zasraną szmatę. - zatrzasnął przyłbicę przez co upodobnił się do dwunogiego stalowego psa - Niech Siedmiu ma nas w opiece. - zabuczał spod zasłony i ubódł wierzchowca ostrogą. W ślad zanim ruszyła reszta konnych sprawnie ustawiając się w klin. Nie szarżowali na ślepo, najpierw lekkim kłusem zbliżyli się do walczących oszczędzając wierzchowce, przez ten czas Trevet gorączkowo wypatrywał miejsca gdzie można uderzyć. Po głowie tłukły mu się instrukcje ojca, ser Gyrolfa mistrza zbrojnych w Seagardzie i innych autorytetów. Teraz przyszło wcielić ich rady w życie. Wybrał kierunek, który nie skończyłby się tratowaniem Brackenów, a jednocześnie miał go wyprowadzić prosto na zbrojnych w czerwonoczarnych barwach Blackwoodów. Grupa konnych powoli rozpędziła się od kłusu do galopu, a kiedy do wroga zostało jakieś sto łokci poderwali wierzchowce do cwału i opuścili kopie. Teraz już nic nie mogło go zatrzymać. Zaraz miała polać się krew i będzie jej niemało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Riverrun
Liczba postów :
15
Join date :
17/11/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pon Gru 09, 2013 10:46 pm

Droga mijała bez zarzutów, 4 tysięczna armia Tullych przemieszczała się szybko.
Ziemie Brackenów strasznie ucierpiały, wiele wiosek przestało istnieć.
Mężowie, kobiety, dzieci, wszyscy pomordowani, ich domostwa spalone, a ciała porzucone.
Tully'ego ogarnęła wściekłość.
Blackwood musi zapłacić, tylu martwych ludzi, gospodarka zniszczona...
-Panie, dwie godziny drogi do Stone Hedge.-powiedział zwiadowca./b] Tully zaczął  marzyć o jednym, o  zabiciu Edumnda Blackwooda.
Zabiję gnoja, jego ciało będzie przyozdabiać mury Riverrun...
Żołnierze Dorzecza byli rządni mordu, chcieli zemścić się za splądrowane wsie...
                                                       * * *
-Panie! Jeździec na horyzoncie!

Jeździec był ubrany w zbroję płytową, na piersi miał srebrzystego orła na fioletowym tle.
Mallister potrzebuje pomocy? Może Blackwood go porwał...
-Mój pan, Trevet Mallister mnie przysyła. Prosi o szybkie przybycie, bitwa się rozpoczęła. Armia Brackenów wyszła z lasów i zaatakowała Blackwooda.
-Zwołać wszystkich jeźdźców! Wyruszymy szybciej, piechota dojdzie. Do zamku zostały dwie mile, trzeba pomóc przyjaciołom!

Tysiąc pięciuset jeźdźców, galopem zbliżało się do Stone Hedge.
Na ich przodzie jechał dziedzic Dorzecza, Lancel Tully.
                                                     * * *
Konnica Tullych zatrzymała się w lesie, przed polem bitwy.
-Moi rycerze, moi przyjaciele! Przybyliśmy tu, żeby ukarać Edmunda Blackwooda za jego czyny. Najechał Brackenów, wymordował wielu ludzi, spalił wiele wiosek. Nie oszczędził kobiet ani dzieci!
Zakpił sobie  z nas wszystkich!  Pomścijmy zmarłych, uczcijmy ich pamięć!
ZA  HONOR! ZA DORZECZE!-po całym polu bitwy rozniósł się krzyk.

Lancel Tully razem ze swoimi jeźdźcami wjechali na pole bitwy, 1,5 tysiąca jeźdźców, runęło na armię Blackwooda. Lancel Tully szarżował w pierwszych szeregach.
Po 40 minutach walki, dotarła piechota Lancela. Dwu i pół  tysiączna piechota Tullych natarła na armię Blackwooda z okrzykiem:
" Riverrun".[/b]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Wto Gru 10, 2013 10:57 pm

- Ser! - zwiadowca przyjechał na spienionym koniu, który błyszczał od pokrywającego ciało potu. - Bitwa! Trwa bitwa! - nierówny oddech mężczyzny utrudniał mówienie. Fatyga sprawiała, że musiał robić pauzy, by zaczerpnąć duże hausty powietrza. Niewielki dystans jaki dzielił ich od Stone Hedge przebył z naprawdę imponującą prędkością, gnając jakby czuł na plecach bat samego czorta.
Arryn zmarszczył brwi.
- Mów - rzucił, gdy oddech żołnierza się uspokoił, a on sam pozbierał myśli.
- Stone Hedge jest w oblężeniu. Było w oblężeniu. Blackwood, to jest Lord Blackwood, otoczy gród, szykując się do szturmu. Lecz... Widziałem wiele chorągwi. Zdaje się, że Brackenowie przysłali posiłki, atakując od strony lasu. Nadciągnął też Lord Tully, będzie ze cztery tysiące ludu. Atakują bezładnie.
Arryn kiwnął głową.
- Ruszamy. Ser Walderze, weź kilku ludzi i jedź do Lorda Tully, uprzedzić go o naszych zamiarach.

***

Ser Walder miał na karku ponad czterdzieści dni imienia. Przez połowę swego żywota nosił tytuł rycerza. I choć na skroni miał już kilka siwych włosów, to wciąż wysoki i barczysty ponad miarę, zdawał się być rycerzem niczym z baśni. Szlachetny wyraz twarzy, gęste włosy i jasne oczy sprawiały, że budził zaufanie. Nie to jednak było powodem, dla którego Reinmar Arryn cenił go bardziej niż innych. Największą zaletą ser Waldera była ocena sytuacji i skrupulatne wykonywanie poleceń, choćby miał przejść przez piekło.
Tak było i teraz. Razem z trójką przybocznych i giermkiem, z kopyta ruszyli w stronę Stone Hedge. Z daleka rozpoznali sztandary z Pstrągiem.
- Unieść wyżej sztandar - rzucił ser Walder dźwięcznym głosem. Przeszli w galop. Nie było sekundy do stracenia. Błękitna chorągiew głośno łopotała. Ludzie Tullych zaś byli na wyciągnięcie ręki.
- Przybywamy z poselstwem od Reinmara Arryna! - krzyknął w stronę żołnierzy, kierując się do najbliższego z dowódców. - Ser Reinmar pragnie przekazać, że...


***


Wyszukał niewielkie wzniesienie, wjeżdżając na nie samotnie, swych ludzi zostawiając kilka stajań za własnymi plecami. Uniósł się w strzemionach, by jak najdalej sięgnąć wzrokiem. Z daleka faktycznie musiał wyglądać niczym potomek półolbrzymów. Wielki kary rumak zdawał się być nadnaturalnym wytworem chorego artysty, potężnymi kopytami ryjąc ziemię i buchając kłębami pary z rozwartych, czerwonawych chrap. Jego jeździec cały spowity był w czerń. Wysoki, ponury i milczący. A jednocześnie...
Każdy kto mu się przyjrzał, wiedział, że to dla niego nie pierwszyzna. Że przyglądał się podobnemu widokowi setki razy.
Wykrzywił brzydko twarz.
Banda chłystków i idiotów.
Bezładny atak każdej z armii przyprawiał o mdłości. Brackenowie wyłaniali się z lasu za plecami Blackwoodów, tak zajętych własnymi machinami oblężniczymi, że całkowicie zapomnieli o otaczających ich świecie. Grupka pod sztandarem z Seagardu jadąca na śmierć. W imię czego? Chcieli dowieść, że każdy z rycerzy musi być męski, honorowy i beznadziejnie głupi? Arryn splunął. I oczywiście armia pod wodzą Lorda Tully, atakująca bezładną masą, wszyscy naraz, na hurra niczym chłopi z widłami chcący odstraszyć cieniokota lub pijani nastolatkowie goniący z dziwkami. W kupie siła, zdawało się być ich rodową dewizą. Armie. Lordowie. Dowódcy.
Spojrzał za siebie. Żołnierze z Doliny stali w karnych szykach, czekając rozkazów. Nawet dzika, lekka jazda zachowywała spokój, od miesięcy szkolona i uczona karności przez najlepszych mistrzów z Vale.
Wierzchowiec Reinmara zarżał niecierpliwie. Jeździec pociągnął za wodze, okręcając się w miejscu, przez ulotną chwilę napawając się widokiem własnych ludzi i własnych, zakurzonych sztandarów.
- Bracia - jego głos przetoczył się po okolicy niczym cichy grom, zapowiedź nawałnicy. - Dzisiaj moje słowa są zbędne. Przybyliśmy tu, by wykonać smutny i okrutny obowiązek, ciążący na naszych barkach.
Zamilkł, odwracając się i przypatrując toczącej się bitwie.
- Nauczmy tych chłystków czym jest armia - warknął po dłuższej chwili. - Nie pozwólcie nikomu się wyrwać.

Padły rozkazy, a jeźdźcy z Vale sprawnie przeformowali szyki, dostosowując się do sytuacji na polu bitwy. W przeciwieństwie do innych uczestników batalii, nie zamierzali bezładnie pognać w kierunku największego zamieszania. O nie, na taki bezład Reinmar nigdy by nie pozwolił.
Nadeszli od północnego wschodu, zamykając obóz Blackwooda w śmiertelnym trójkącie. Podzielili się na trzy oddziały, każdy blisko pięćset mężów z długimi włóczniami, wielkimi tarczami i ostrymi mieczami. Ciężka jazda, chluba Doliny. Trochę z tyłu pozostały trzy oddziały lekkiej jazdy, znacznie mniej liczne. Mieli wyłapywać uciekinierów i, przede wszystkim, patrolować pole bitwy, zapobiegając przykrym niespodziankom.

Zabrzmiały rogi, setki rogów. Ich dźwięk był czysty i donośny. Brzmiał tak samo jak pod Krwawą Bramą czy Lannisportem. Zwiastował zwycięstwo. Większość z zebranych tu żołnierzy dopiero teraz zorientowała się, że pod Stone Hedge przybyli ludzie z Vale. Dźwięk rogów niepokoił.
Reinmar po raz ostatni przejeżdżał wzdłuż szeregów swych ludzi. Płazem czarnej klingi uderzał w drzewca włóczni, którymi najeżony był każdy z oddziałów. Ludzie opuszczali przyłbice, szykując się do natarcia. Pochodzimy z Doliny. Jesteśmy mieszkańcami wschodu. Przed naszą szarżą drży każda armia. Niesiemy ze sobą gniew. Uderzamy niczym lawina, nasze klingi oślepiają niczym zlodowaciałe wierzchołki Gór Księżyca. Nic nas nie zatrzyma.
Kopyta czarnego rumaka uderzyły o skaliste podłoże, krzesząc snop iskier.
Gdzieś wysoko, ponad ich głowami, kołował wielki orzeł.

Konie ruszyły. Zrazu powoli, niespiesznie, niczym wielka machina, która z czasem dopiero nabiera rozpędu, z każdą chwilą i każdym metrem stając się coraz bardziej niepowstrzymaną siłą; głodnym potworem, monstrum; lawiną. Wpierw poszły flanki. Nie minęło nawet pół pacierza, a ciężkie wierzchowce były już w galopie. Ziemia się trzęsła pod uderzeniami setek kopyt. Nie trzeba było mieczy ni włóczni. Zmietliby wroga samą siłą rozpędu.
Arryn przyglądał się jak uderzają. Ich zadaniem było unicestwienie przeciwnika i jednoczesne uniemożliwienie mu na rozciągnięcie szyku, spychając ludzi do środka, tnąc i zarzynając, topiąc w posoce. Ostatni, centralny oddział czekał. Czekał do ostatniej chwili. Reinmar wiedział, że dwa oddziały, razem liczące bez mała tysiąc ludzi, powinny zmieść przeciwnika z powierzchni ziemi. I choć był głodny krwi, nie zamierzał pozwolić, by jego gniew wziął górę nad zimnym wyrachowaniem. Cały czas obserwował pole bitwy. Dopiero gdy miał pewność, że nic go już nie zaskoczy, wydał rozkazy.
Wypatrzył już miejsce, w którym powinien być nieposłuszny lord Blackwood. Czekała go kara. Arrynowie nie będą tolerować braku subordynacji.
Włócznią wskazał kierunek ataku.
- Trzymać szyk!
Jesteśmy lawiną!
- Dolina!
Pierwszy z przeciwników, którego uderzyła włócznia Arryna wyleciał w powietrze na dobre kilka stóp. Następny został trafiony pod obojczyk i nadziany jak na rożen. Posoka trysnęła z wielkim ciśnieniem, ochlapując twarz Arryna. Sięgnął po klingę. Valyriańska stal rozpłatał kolejnego przeciwnika, wchodząc w ciało niczym w masło. Nie zwykłych jednak żołdaków chciał dopaść. Wzrokiem szukał Blackwooda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 11, 2013 9:05 pm

Mistrz Gry

Czy bogowie w ogóle słyszeli Blackwooda? Jakakolwiek nie byłaby prawda, mężczyźnie w wirze wydarzeń, nad którymi tracił kontrola, wiara mogła wyłącznie pomóc. Jego ludzie poderwali się do walki, nie tracąc ani chwili, nie pozostawali także dłużni Brackenom. Z okrzykami dobyli miecza, ścierając się  z napływającymi żołnierzami. Za cel postawili sobie nie wpuścić ich w głąb obozowiska, jak na razie udawało się im przytrzymywać ludzi Brackenów przy barykadach złożonych z prostych, na szybko ustawionych wozów. Blackwood zyskał czas, aby na spokojnie przywdziać zbroje. Jego przyboczni pomogli mu, jeden z uszanowaniem podał ostrze. Rozkazy, które posłał, trafiły do wyznaczonych oddziałów, które poczęły szykować się. W tej zawierusze dominował i tak obraz walki obficie skąpany we krwi.

Mallister, który jechał na czele swoich ludzi, ujrzał jak ścierają się Brackenowie z żołnierzami Blackwooda, jednocześnie próbując się przebić w głąb obozowiska. Zaatakowali od tyłu, podchodząc od stron lasu. Na wozy, którymi próbowano zastawiać drogę, wspinali się kusznicy oraz łucznicy, regularnie ostrzeliwując z mniejszą bądź większą skutecznością. Czekano na rozkazy. A kiedy padły, jego konnica w pędzie wpadła pomiędzy ludzi Blackwooda. Brackenowie rozpoznali sztandar rodu Traveta i z entuzjastycznymi wiwatami powitali sojusznika, a ich atak zdawał się przybrać na silę. Śmierć zbierała swe żniwa.

Niemalże w tym samym czasie od strony traktu zbliżały się oddziały domu Tully. Równy krok, dumna postawa, chęć sprawiedliwości po tym, co ujrzeli w drodze. Nim wydano rozkazy, do rąk własnych dziedzica trafiła wiadomość niesiona przez poselstwo ze sztandarem Arrynów. Nie potrzebowali dodatkowej motywacji, z Lancelem na czele konnica zaatakowała, a kiedy ktoś runął z wierzchowca i siły miał jeszcze chwycić ostrze, podrywał się z podłoża, aby rzucić się na kolejnego żołnierza Blackwooda. Siły Tullich niedługo wzmocniłam piechota, zmuszając ludzi Blackwooda do stopniowego wycofywania się w głąb obozowiska.

Oddziały Arrynów wjechały do obozowiska, depcząc oraz mijając ciała poległych. Przed sobą mieli prawdziwy chaos, w którym zjednoczona Dorzecze starało się ostatecznie dobić Blackwoodów. Ciężko było teraz, na chwilę obecną, mówić o tym jak wielkie są straty, jednakże miliłby się ten, który sądził, iż Blackwoodowie nie zabrali setek żyć z Westeros. Dźwięk ścieranych się ostrzy, świst stali, kapiąca na ziemie krew, parskanie koni, łamanie kości. Katatonia dźwięków dezorientowała tych, którzy nie byli wprawieni w wojaczce.

Konnica, której dowodzić miał Edmund, opuściła obozowiska nim ostatnia z barykad została przełamana. Rozpędzone konie galopowały wprost przed siebie, zbliżając się nieuchronnie do rozstawionych szyków Arrynów, chcących zamknąć ich w trójkącie. Tumany kurzu wzbijały się w zimne powietrze.

Dźwięk powietrza przeszyły rogi. Wiatr niósł je z większej odległości niż tereny przy obozowisku bądź zamku. Silne, wydawały się znajome. Po chwili na horyzoncie, na niewielkim wzniesieniu, pojawiły się pierwsze oddziały, których barwami był szkarłat i czerń, zaś na piersi widniał Smok. Królewska Armia. Żołnierze Targaryen'ów w liczbie tysięcy.



Kolejka (dla przypomnienia)
Targaryen
Blackwood
Mallister
Tully
Arryn
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Czw Gru 12, 2013 4:02 pm

Czerń i czerwień zdawały się jedynym źródłem barw, tutaj, pod Stone Hedge. Czerń i czerwień - jak żyzna ziemia Dorzecza i wsiąkająca w nią krew jego mieszkańców. Czerń i czerwień - niczym ogień smoka oraz spalone mury Harrenhal. Trójgłowy smok, a wokół niego bezkresna, bezdenna pustka. Krew, ogień. Pożoga, śmierć. Czerń, czerwień, niczym wierch i spód królewskiego płaszcza…
To właśnie czerń i czerwień najpewniej były ostatnimi barwami, jakie dostrzegli padający w tej bitwie rycerze. Nie dlatego, że do walki czynnie dołączyły wojska Targaryenów, którzy nadal oddaleni byli od epicentrum bitwy o kilka mil, wyczekując zwiadowców z aktualnymi informacjami wprost z pola walki. Czerń i czerwień to jedyne barwy, jakie człek widzi podczas ataku. Krew chlasta na prawo i lewo, niebo znika z pola widzenia i wnet zastąpione zostaje czernią gleby, na którą pada się bez słowa ostrzeżenia oraz możliwości odratowania przed stratowaniem przez konie. Nawet twarze wroga są czerwone i czarne, bowiem nagły przypływ bitewnej euforii zaburza nie tylko sposób postrzegania świata, ale i resztę zmysłów. Walczący słyszą językiem, widzą nosem i rzygają oczami, tak to wszystko jest popierdolone. A jakby tego było mało - trzeba walczyć. Walczyć, walczyć, walić na oślep, ale nie trafiać w sprzymierzeńca, walczyć aż do utraty tchu albo życia - bo walka jest sensem. Wiedzieli o tym ci, którzy starli się pod Stone Hedge, wiedział o tym też Gerrhard Rosby, któremu przypadło w zaszczycie poprowadził wojska królewskie do Dorzecza, by zaprowadzić… spokój? Niech króla Inni ścisną, jeśli sądzi, że ktokolwiek mógłby zapanować nad tą bezładną masą efektywnie oraz efektownie naparzających się wojów! A jednak należało działać. Dlatego też, gdy tylko do sił królewskich dotarły wieści dotyczące rozstawienia wojsk… nie jednej, ale czterech armii (nawet, jeśli jedna z nich nie przekraczała ilości bękartów spłodzonych przez Baratheona), ser Rosby zaczął wydawać rozkazy. Sześciotysięczna armia Targaryenów podążająca z południa nie miała siać grozy. Nie miała też siać chaosu. Głównym celem było zaprowadzenie spokoju, skrócenie o głowę burzycieli porządku oraz… wyciągnięcie konsekwencji. Zwłaszcza wyciągnięcie konsekwencji.
Dlatego główny rozkaz Aerysa brzmiał „brać Blackwooda żywcem”.
Tymczasem nie było chwili na wahanie - walczący musieli dowiedzieć się o przybyciu królewskich posiłków, zaś najlepszym sposobem na to… był dźwięk rogów. To właśnie on jął zwiastować nadchodzącą armię, zbliżającą się rzeszę wojsk króla, które naturalnie nie mogły zapobiec rozlewowi krwi… musiały więc ograniczyć jego rozlew do minimum. Szkarłatno-czarne sztandary załopotały na wietrze, gdy kilka tysięcy dusz z Włości Korony niczym cień Nieznajomego wychynęło z lasu okalającego obozowisko Blackwooda. Główny trzon sił królewskich, liczący trzy i pół tysiąca konnych, ruszył ławą, zmierzając wprost na pole bitwy. Sam środek nacierającej jazdy, złożony z ciężkozbrojnych, przemieszczał się wolniej od prawego i lewego skrzydła utworzonego z lekkiej konnicy. Jednakże strategia dotyczyła dokładnie takiego ustawienia, wykorzystującego zalety każdej z formacji i niwelującego jej wady. Podczas gdy lekka jazda oskrzydlała pole walki od wschodu oraz zachodu, unikając starcia z którąkolwiek armii (wszak nie wiadomo, komu strzeliłoby do łba atakować wojsko Smoków!), środek ławy parł naprzód, już po chwili doprowadzając do tego, co nieuniknione. Żołnierze Targaryenów wpadli w połyskliwą, stalową rzekę walczących ze sobą stron. Zakotłowało się, żelazo wystąpiło przeciw żelazu i wnet rozpoczął się krwawy taniec. Środek smoczego wojska wbił się klinem w obóz Blackwooda, odgradzając możliwość wycofania się na południe. Rumaki parły naprzód, tratując i miażdżąc strąconych z siodeł jeźdźców. Ziemia spłynęła krwią i lepką posoką wypływającą z rozdartych wnętrzności. Tymczasem na wschodzie oraz zachodzie pętla powoli się zaciskała - lekka jazda Targaryenów odcinała możliwość przedarcia się na północ Stone Hedge i umożliwiała tym samym działanie piechoty - bowiem to właśnie ona zmierzała ku bramie północnej, gdzie też miała na celu dostanie się do oblężonej twierdzy i wzmocnienie garnizonu Brackenów. Do uszu łuczników Targaryenów, na których widok oblężona twierdza podniosła okrzyk tryumfu, docierały jednak o wiele gorsze dźwięki. Wszędzie rozlegały się rozpaczliwe krzyki, kwik koni i szczęk oręża… a także rozkazy padające z zachodniego oraz wschodniego skrzydła konnicy Smoków, nawołujące żołnierzy Blackwooda do złożenia broni. Ale czy ktokolwiek był skłonny słuchać poleceń „opuścić oręż, poddać się, wycofać!”, gdy wokoło ginęli kompani, zaś krew wsiąkała w ziemię niczym dornisjkie wino w piach pustyni?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Czw Gru 12, 2013 6:20 pm

Krew, chaos, pożoga... to wszystko towarzyszyło każdej wojnie. Czy to na południu, w starciu Wysogrodu z Dorne, czy to na ziemi Brackenów, wszędzie wojna wyglądała tak samo. Edmund coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy to co zrobił było słuszne i czy miał prawo pozbawić życia wszystkich tych ludzi, nieważne czy swoich, czy wrogów. Najgorsze było jednak to, że w ogóle ich nie żałował, ich śmierć była dla niego niczym innym jak odjęciem paru liczb i to było poniekąd straszne. Ktoś nazwałby to nieludzkim, ale skoro ludzie to robią, to dlaczego niby miałoby być to nazywane nieludzkim? To właśnie przemoc i nienawiść są jak najbardziej ludzkie, tylko ludzie mogą się zdobyć na takie rzeczy i Edmund doskonale o tym wiedział, dlatego, gdy ktoś kiedyś nazwie go potworem i mordercą, to parsknie i pójdzie dalej, o ile jeszcze będzie miał gdzie i jak. A jeśli będą to robić po jego śmierci, to tym bardziej miał to gdzieś. Umierać jednak nie miał najmniejszej ochoty, nie w ciągu kilkunastu lub jak dadzą bogowie, kilkudziesięciu najbliższych lat. Toteż zamiast zostać i czekać na niechybną śmierć, bo tylko to czekało go w obozie atakowanym ze wszystkich stron, wyruszył wraz z całą dostępną konnicę, by przebić się przez nieprzyjaciół. Jeśli było ich tylu tutaj, to znaczy, że nawet Raventree Hall zostało już dawno zdobyte, a załoga wyrżnięta. Jeśli to było prawdą, to Edmund nie miał się gdzie podziać. O tym jednak można pomyśleć później, teraz ważne było wydostanie się z okrążenia. Droga od strony lasu była odcięta, jeśli Edmund dobrze szacował, to było już tam dwukrotnie więcej wrogów niż jego ludzi. Podobnie z drugą stroną, lecz mimo to Blackwood poprowadził swych ludzi wprost na żołnierzy Arryna. Sam Edmund jechał w środku, on nie chciał przeprowadzić chwalebnej szarży i zdechnąć na pierwszej lepszej włóczni, chciał przeżyć i jeśli będzie trzeba, to otoczy się murem z poległych gwardzistów, w końcu są od tego, by go strzec. On i jego licząca siedem setek kawaleria szarżowali na bok armii Reinmara z wszelakimi okrzykami na ustach, dosłownie każdy wrzeszczał co innego, jedni ze strachu, drudzy z żądzy mordu. Edmund miał szczerą nadzieję, że jego wojska z łatwością wbiją się w szeregi szarżujących doliniarzy i wyrżną sobie drogę poza okrążenie. Jeśli to się uda, pozostaje pytanie: Co potem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pią Gru 13, 2013 1:12 am

Kopia trzasnęła kiedy Trevet przebił nią pierwszego mężczyznę w lekko skotłowanym szyku Blackwoodów. Tuż obok jeden z jego przybocznych uderzeniem sulicy powalił kusznika w skórzanej przeszywanicy. Oto prawdziwa potęga rycerskiej broni, pancerny walczący z końskiego grzbietu miał większy zasięg niż piechur z glewią czy rohatyną. Niestety kopie były bronią w zasadzie jednorazową, rzadko wytrzymując pierwsze uderzenie, czasami jednak to jedno uderzenie połączone z naciskiem ciężkich wierzchowców wystarczały do złamania szyku piechurów. Tym razem konnych było jednak zbyt niewielu, po straszliwym pierwszym natarciu uwięźli w gęstej masie piechoty. Straciwszy impet stali się dużo łatwiejszymi celami dla pieszych żołdaków Raventree Hall. Mallister zasłonił się tarczą przed ciosem gizarmy, kolejne uderzenie było tak potężne, że zakolebał się w siodle i puścił wodze. Wierzchowiec momentalnie wyczuł, że jeździec ma kłopoty, bo złośliwie zaczął wierzgać. Trevet prawie wyleciał z siodła, ale szalejący rumak tak znacznie utrudnił dostęp do niego, że żaden z żołdaków nie zdołał wykorzystać jego kłopotów. Rycerz zamachnął się z góry i uderzył złamanym drzewcem najbliższego z włóczników powalając go na ziemię i odrzucił zupełnie już teraz bezużyteczną kopię. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Jeden z przybocznych Mallistera z hukiem wyleciał z siodła, kiedy jego koniowi podcięto pęciny, a na padłego momentalnie spadło kilku pieszych i uderzając przez szpary pancerza nie dali mu najmniejszych nawet szans. Innego zrzucił z wierzchowca straszliwy cios cepa bojowego. Trevet najechał koniem pikiniera w wysokim szyszaku i straszliwym uderzeniem miecza rozłupał mu hełm razem z głową. Inny żołnierz Blackwoodów zginął chwilę później kiedy cios miecza przerąbał się przez włócznię, którą usiłował się zasłonić i dosięgnął jego twarzy. Mallister zdołał tylko zauważyć jak młoda twarz chłopa zamienia się w krwawą pręgę, kiedy nagle poczuł, że na jego tarczy ląduje potężne uderzenie. Takiego naporu nie wytrzymał nawet specjalnie wzmacniany łęk siodła i rycerz zleciał z konia. Nie stracił przytomności umysłu i natychmiast wyszarpnął nogi ze strzemion. Uniknął dzięki temu prawdopodobnej utraty życia, bo koń pozbywszy się niechcianego ciężaru z grzbietu natychmiast pogalopował przed siebie roztrącając pieszych. Mallister nie wypuścił miecza i nie dał się przydusić do ziemi. Pierwszego, który go dopadł uderzył nisko pod udo i błyskawicznie powalił na zakrwawioną ziemię. Kolejny uderzył szeroko od ucha, ale Trevet przyjął cios na zastawę miecza i momentalnie skontrował. Przeciwnik nie był jednak zwykłym niewyszkolonym poborowym i równie zręcznie zablokował uderzenie. Obydwaj przez krótką chwilę wymieniali uderzenia, ale żadnemu nie udało się osiągnąć przewagi. Trevet był silniejszy i miał większy zasięg, ale zbrojny był szybszy i przewyższał rycerza zręcznością. Mallister był niezbyt ruchliwy i skłonny do wyprowadzenia jednego rozstrzygającego ciosu, a przeciwnik doskakiwał bliżej, zadawał szybki cios i oddalał się usiłując wybić go z równowagi. Tarcza Treveta była już niemal rozbita od ciągłych zasłon, a on sam poczuł, że przeciągający się pojedynek zaczyna go męczyć. Musiał zmienić taktykę i to jak najszybciej zanim sam zmieni się w trupa. Cofnął się dwa kroki w stronę żołnierzy Brackenów i nagle zaatakował tnąc krzyżowo, oba ciosy zostały sprawnie sparowane, ale przeciwnik musiał się cofnąć, a Trevet wykorzystał wolną przestrzeń do wyprowadzenia kolejnego jeszcze mocniejszego ciosu. Wróg zdołał zastawić się własnym ostrzem, ale nie dość dobrze. Cios Mallistera wybił mu miecz z ręki i pozostawił bezbronnym wobec uderzenia w biodro, które zakończyło jego dzielną walkę. W tym czasie znacznie zmniejszona garstka Seagardczyków zrównała się ludźmi Brackenów. Większość została spieszona, ale teraz wspierali się nawzajem co czyniło ich niemal równie trudnymi do dorwania. Razem z Brackenami stawiali skuteczny opór napierającym, ale ich sytuacja byłaby bardzo ciężka gdyby nie kolejne armie, które dołączały do bitwy przeciw pechowemu lordowi Edmundowi. Najpierw spodziewana szarża Tullych, a później zaskakujące pojawienie się ludzi Arryna i samego króla. Taki widok musiał natchnąć nadzieją, nawet jeśli nie bardzo był czas się przypatrywać rozwijającym się do natarcia kolejnym chorągwiom pancernej konnicy. Mallister ciosem miecza zrzucił piechurowi kapalin z głowy, podniósł miecz do następnego uderzenia, ale włócznik odskoczył do swych kamratów, a nad jego ramieniem Trevet ujrzał oddalającą się masę konnicy Blackwooda. Wychodziło na to, że lord Blackwood rzucał do walki decydujący odwód. Ale to nie było zmartwieniem Mallistera, bo pancerni nie kierowali się w jego stronę, a przed nim nie brakowało przeciwników.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pon Gru 16, 2013 11:28 am

Dźwięki rogów przeszyły powietrze. Do przekroju sztandarów na bitwie, dołączyły kolejne. Blackwood, Bracken, Mallister, Tully, Arryn... Targaryen.
Reinmar Arryn wprawnym okiem dowódcy ocenił manewr przybywającej armii. Widać, ktoś jeszcze tutaj znał się na wojnie. Ktoś, kto nie pochodził z Dorzecza, oczywiście. Przybycie królewskiej armii było mu na rękę. Teraz mógł mieć pewność, że armia Blackwooda zostanie otoczona, nikt zaś nie wymknie się czterem armiom.
Tymczasem, znacznie liczniejsze siły Tullych i Brackenów toczyły zaciętą walkę z ludźmi lorda Blackwooda, powoli zalewając obóz niedawnych napastników. Z centrum pola bitwy uchodziły coraz liczniejsze grupki uciekinierów, którzy woleli rzucić broń i ratować się ucieczką. Nie mieli jednak szczęścia, gdyż jazda Reinmara przejeżdżała im po brzuchach, dosłownie wdeptując w podłożę i nawet nie zwalniając. W momencie, gdy główne siły Targaryenów uderzyły w to, co pozostało z obozu Blackwoodów, losy bitwy zostały przesądzone. Widać, pojął to i sam lord Blackwood, gdyż w kilka chwil później z łamiącej się już armii oderwał się oddział kawalerii. Jechali bezładnie, pozbawieni szyku, część żołnierzy spanikowana, rzucała broń, chcąc jak najszybciej ujść z pogromu. Wrzeszczeli.
Tam jesteś.
Reinmar zadął w róg.
- Wyrównać szyki!
Kawaleria zadziwiała sprawnością. Kilkanaście setek mężów zwolniło, wyrównując szyki. Konie parskały, w oczach ludzi widać było zawziętość. Mocno ściskali włócznie.
- Jazda!
Przyspieszyli, idąc wprost na uciekającą konnicę. Mieli ponad dwukrotną przewagę liczebną, byli dowodzeni przez doświadczonego dowódcę, świadomi własnej potęgi. Największym jednak ich atutem było morale i doświadczenie. Byli niepokonaną armią, walczącą już w wielu miejscach, w całym Westeros. Wiedzieli, że zwyciężą. Przed sobą zaś mieli bezładną kupę ludzi i koni. To nie była już armia. To byli zbiegowie. Czujący na plecach oddech oprawców, uciekinierzy. Pozbawieni woli walki, pobici.
Dorwę cię!
Reinmar, na swym potężnym rumaku, wyróżniał się nawet wśród własnych, ciężkozbrojnych jeźdźców. Czarna zbroja nie była piękna. Pokrywał ja kurz i posoka rozjechanych po drodze dezerterów. Twarz mężczyzny wykrzywiał brzydki grymas. Wypatrywał Blackwooda. Chciał go dorwać. Własnoręcznie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pon Gru 16, 2013 12:51 pm

Mistrz Gry

Nikt nie widział, a może po prostu nie chciał widzieć, armii królewskiej, która zbliżała się i otaczała obóz Blackwoodów. Świadomość, że Smoki górują Ci nad głowami spowodowała, że przestano w szaleńczym tempie nie tylko mordować najeźdźców, ale też palić i rozbijać w pył ich dobytek, który zalegał w obozowisku. Żołnierze Tullych, nie do końca zdyscyplinowani przez swojego dowódcę w osobie dziedzica, pałali taką rozbudzoną przez niego samego chęcią zemsty, iż zrywali namioty, palili, równali z ziemią co mogli. Niektórzy dobrali się do maszyn oblężniczych, ładując na nie przygotowane pociski, aby użyć do niszczenia własnych konstrukcji. Ludzie Blackwooda pozostawieni w obozowisku, gdzie na pierwszej linii jechał sam Mallister, nie mieli szans, aby uniknąć śmierci. Zresztą, nawet pojmani walczyli do ostatniego tchu, aby zabić ich a nie brać do niewoli. Nie można więc było mówić o jeńcach, wszyscy woleli śmierć z szaleńczym uśmiechem na ustach. Mallister własnoręcznie wbił ostrze w pierś zaufanego doradcy Blackwooda, który zraniony nie miał już sił, aby roztrzaskać doszczętnie jego tarczę. Gdzieś w wirze dobijania niedobitków zniknął sam Lancel, który kierował się nie do końca wiadomą taktyką, być może była to strategia tylko znana jemu. Wraz z kilkoma żołnierzami przy swoim boku i dodatkową strażą, którą Mallister powołał ze swoich wojaków, kręcił się po obozowisku, każąc dopilnować, aby nikt kto się nie poddał nie uszedł z życiem. Ciężko powiedzieć co poszło nie tak. Być może chwile nieuwagi, euforii, zwykłego braku doświadczenia. Kiedy Tully wymachiwał ostrzem i wydawał kolejne rozkazy, padł strzał. Strzała ze świstem przebiła pierś Lancela, zwalając dziedzica z konia. Wierzchowiec od razu, spłoszony, popędził na złamanie karku przed siebie, tratując jeszcze bardziej kilka trupów. Tully padł w błotnistą ziemię, z trudem łapiąc oddech. Słyszał to, co dzieje się dookoła niego, jakby zza grubych murów. Nie rozróżniał głosów, ni głów, które się nad nim pochylały. Kilku z jego żołnierzy wywlekli łucznika, który był odpowiedzialny. Ranny, ledwo trzymający się na nogach, jednakże zaciskający kurczowo palce na cięciwie. Nie żałował.
- Pat-patrzcie! Wasz Lord, Lord który nie umi-umie się utrzymać na.... na koniu! Lord, któ-który w ryzach Dorzecha nie-nie-nie utrzyma! Pluje na takiego Lor... Lorda! Tfu! B-bogowie mi podziękują... podziękują za to, że być-być może ktoś-śśś lepszy. Godniejszy. Zas...
Nie dokończył. Odcięto jego głowę, a ta potoczyła się pod nogi jednego z żołnierzy Smoków.
Do samych Targaryenów dochodziły raporty - obóz zrównany z ziemią, wyrżnięto ludzi Blackwooda, Lancel Tully ciężko ranny

Blackwood, choć zdeterminowany, pędził prosto na siły trzy, o ile nie czterokrotnie większe od jego konnicy. Dudnienie końskich kopyt, piana toczona z ust, okrzyki żołnierzy, świst powietrza. Nieuchronnie zbliżał się do kolizji z Arrynami, którzy ciasnym pierścieniem otoczyli go ze wszystkich stron. Był zamknięty w środku tych, którym miał być wierny. Ale przecież nie był. Nie było szans, aby prześlizgnąć się gdzieś pomiędzy zdeterminowanymi szykami, które przynajmniej nie były nastawione przyjaźnie. Nie dość, że otoczył go pierścień złożony z oddziałów Arrynów, to jeszcze za nimi, w drugim, otaczały ich siły królewskie.


Kolejka:
- Blackwood
- Arryn
- Targaryen
- Mallister
- Tully
- MG
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Wto Gru 17, 2013 8:41 pm

Walka z pewnością nie była tym, do czego Edmund został stworzony, polityka też nie wychodziła mu najlepiej. Zresztą to i tak nie miało większego znaczenia, jego życie z pewnością dobiegało końca, nieco smutnego, acz zasłużonego. Posoka lała się wszędzie, konie padały jeden za drugim, wraz z nimi jeźdźcy. Nieważne czy to od miecza, czy się wypadli z siodła, tam, na ziemi nie było szans na przeżycie. Tłoczące się wierzchowce rozdeptywały wszystko pod sobą. Mimo iż pośród swych ludzi był bezpieczny, Edmund wciąż nie był co do tego przekonany. Umierać mu się nie spieszyło, a co najgorsze jego armia wciąż topniała, niczym kra wystawiona na działanie słońca. Jego szyki zmniejszały się po bokach i z przodu, jeśli tak dalej pójdzie, to sami sobie zagrodzą drogę własnymi trupami, a na dodatek stworzą mur wokół siebie z martwych koni i ludzi. Mimo to należało przeć przed siebie, jeśli teraz się nie wydostaną z okrążenia, nie wydostaną się nigdy. Zarówno konnica Arryna jak i pozostałe wojska im nie odpuszczą, nie po tym co tu zrobili. Mimo to czy jest sens wybijać kilka tysięcy, by pomścić kilkuset? Logika w tym z pewnością marna, Edmund spodziewał się raczej pokojowych negocjacji, gdyby otrzymał taką możliwość, to z pewnością by się poddał. Z łatwością mógł patrzeć na wyżynanie wieśniaków i spalanie wsi, ale śmierć każdego człowieka noszącego z dumą czardrzewo jego rodu na piersi była dla Edmunda ogromną stratą. Mimo to, gdyby nie miał wyboru, poświęcił by ich wszystkich, żeby ratować siebie. Co niektórym ta logika może się wydawać dziwna, ale taki już ten Edmund był. Dlatego on i jego konnica nie mając wielkiego wyboru wciąż starała się wyrżnąć sobie drogę przez nieprzyjaciół i choć straty po stronie Blackwooda były spore to i przeciwnik nieźle dostawał. Świadczyło o tym głównie to, że powoli, acz skutecznie konnica Edmunda posuwała się naprzód.
-Trzymać szyk, wyrżnąć mi to robactwo! - zakrzyknął Edmund zdecydowanym tonem, acz nieco rozpaczliwie - Nacierać!
Musiał być silny, dla swoich ludzi. Jeśli on się załamie, to oni tym bardziej. Nie dorównywał z pewnością jadącemu gdzieś tam pośród reszty wojsk Arrynowi. Chodziły słuchy, że jest to niepokonany dowódca, wspaniały strateg i odważny żołnierz. Jeśli to wszystko prawda, to nie było już ratunku, choć może po tym wszystkim czekała Edmunda honorowa śmierć w pojedynku? Marne jednak były szanse na to, że ci barbarzyńcy z Doliny znają jakiekolwiek obyczaje.
Na dodatek od tyłu szło na nich przynajmniej parędziesiąt setek Tullych i Brackenów, a obóz płonął, nie było już górujących nad wszystkim innym proporców z białym drzewem otoczonym krukami. Spora czerwona łuna górowała nad obozem Blackwooda, dym był wszędzie gdzie tylko Edmund by się nie obejrzał. Jeśli ktokolwiek tam był, to z pewnością  nie żył.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 18, 2013 10:44 am

Byli w pełnym galopie. Ziemia drżała pod kopytami ciężkich, rozpędzonych wierzchowców. Było już za późno, by się zatrzymać. Pęd powietrza smagał męskie twarze, sprawiał, że mrużyli oczy. Pochylili kopie. Przypominali wielkie monstrum, pancernego jeża naszpikowanego włóczniami.
Jeszcze kilka godzin temu, przez głowę Reinmara przebiegały setki myśli. Teraz pozbył się ich wszystkich. Miał przed sobą jasny cel. Znów dowodził w bitwie, był tam gdzie być powinien, robił to do czego został stworzony. I choć przyszło mu to z wielkim trudem, to opowiedział się po właściwej stronie... prawda? Nie wsparł własnego chorążego, co jeszcze przez wiele lat miało go męczyć, powracając we wspomnieniach. Mimo to, nie miał już cienia wątpliwości. Lord Blackwood zdradził. Zdradził królestwo, Dorzecze oraz, przede wszystkim, jego ojca, lorda Arryna. Wielkim byłoby dyshonorem, gdyby nie nie został ukarany.

Zderzyli się z ogromnym łoskotem.
Reinmar zasłonił się tarczą przed ciosem miecza. Jego wierzchowiec skoczył, stanął na dwóch nogach, uderzył kopytami, ugryzł wierzchowca przeciwnika, który zachwiał się w siodle. Reinmar uderzył tarczą, strącając go na ziemię. Ułamek sekundy później, nieszczęsny rycerz leżał z twarzą rozgniecioną kopytami.
Żołnierze z Doliny również nie próżnowali, pokazując swą wartość na kolejnym polu bitwy.
Arryn, otoczony swymi rycerzami, walczył w pierwszym szeregu, gotów wyrżnąć wszystkich po kolei, byle dostać się do Blackwooda. Tymczasem, jego konnica powinna zdobyć już przewagę. Byli liczniejsi, lepiej zorganizowani, uderzający w zwartym szyku. Na ich korzyść przemawiało także doświadczenie oraz fakt, że przeciwnik, jakby na to nie spojrzeć, był grupą dezerterów. A jak żołnierze mogą walczyć w imię dowódcy, który zwija kitę i ucieka z pola bitwy, gdy tylko pojawia się przeciwnik? Prawdę mówiąc, Reinmar nie zdziwiłby się, gdyby cała ta hałastra rozpierzchła się w momencie starcia z kawalerią Doliny.
Przed starciem, Arryn rozkazał, by brać jeńców. Z tego też względu, jeśli ktokolwiek składał broń, był oszczędzony.
Tymczasem, Reinmar zawzięcie robił mieczem. Tam gdzie nie mógł nim dosięgnąć, uderzał tarczą, dzięki swej nadludzkiej wręcz sile zwalając przeciwników z wierzchowców, którzy ginęli stratowani przez końskie kopyta. Jeden z ludzi Blackwooda został uderzony pancerną rękawicą. Wyraźnie można było usłyszeć jak pęka kość nosowa, twarz mężczyzny zaś zmieniła się w krwawą miazgę. Reinmar również nie uchronił się od ciosu mieczem, który jednak nie trafił w żaden z krytycznych punktów na ciele Arryna i odbił się od zbroi. Chwilę później, świsnęła czarna klinga Banshee, której sztych wbił się w szczelinę w hełmie przeciwnika. I właśnie w tym momencie, Reinmar dostrzegł Blackwooda.
Jeśli było mu dane, to spiął konia i zaatakował dowódcę wrażych wojsk. Pozwolił, by jego ogromny wierzchowiec targnął się na konia Blackwooda, uderzył kopytami, ugryzł. Twarz Reinmara wykrzywiał paskudny grymas. Po czole oraz licu spływała czarna maź kurzu zmieszanego z krwią. Był brzydki, brzydki i straszny. I zły. Kurewsko zły.
- Umrzesz! - brzydki, zachrypnięty krzyk przebił się przez wszędobylski szczęk broni oraz rozpaczliwe krzyki umierających ludzi. Co najgorsze, w głosie Reinmara nie pobrzmiewała groźba. To było niczym stwierdzenie faktu, czegoś oczywistego; przeraźliwa pewność, że to się stanie.
Czarna klinga zatoczyła półkole. Szybka niczym myśl, ostrzejsza od brzytwy. Uderzył brzydko, podstępnie, pod pachę przeciwnika w sposób, który zawsze kończył pojedynek zanim ten na dobre się zaczął. Nie tym razem. Czy Blackwood miał tyle szczęścia, fartu, umiejętności... A może Wojownik chciał sobie z niego zażartować, pozwalając, by walka trwała? Wierzchowiec zatańczył, Reinmar zasłonił się tarczą, odchylając w siodle, ruchem wyuczonym w setkach treningów, nabytym doświadczeniem. Odbił ewentualne uderzenie mniej doświadczonego przeciwnika.
Chciał pojmać lorda Blackwooda żywcem, lecz walczył na śmierć i zycie. Każde uderzenie Banshee miało być smiertelne. Każde, pozornie proste, niosło w sobie podstęp i pułapkę. Nie zamierzał przedłużać walki. Uderzył od dołu, wkładając w cios całą swoją siłę. Uderzał w szyję konia, chcąc odrąbać mu głowę, wykorzystując zaś niesamowitą ostrość valyriańskiej stali i moc własnego ramienia, chciał przedłużyć uderzenie, tak by sięgnąć również przeciwnika.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 18, 2013 6:57 pm

Mistrz Gry

Arryn vs Blackwood
W starciu, do którego doszło pomiędzy suzerenem i jego chorążym nie było niczego epickiego. Nie można było zarówno jednej, jak i drugiej stronie odmówić uporu w dążeniu do wyznaczonych celów. Padły rozkazy, oddziały wiedziały co mają czynić. Kiedy Blackwoodowie uderzyli, Arrynowie wiedzieli już co mają czynić. Miecz ścierał się z mieczem, ale nie wszyscy walczyli wyłącznie ostrzem - przewagę miał ten, któremu udało się przeciwnika zepchnąć z konia. Szala zwycięstwa nie przechyliła się na żadną ze stron, choć Arrynowie mieli większą przewagę liczebną.
Gdzieś w środku tego bitewnego chaosu, w samym centrum wrzawy, gdzie nie zwracano uwagi na ryczenie zarzynanego zwierzęcia bądź świst oręża, Reinmar Arryn nacierał na Blackwooda. Gabaryty dziedzica Orlego Gniazda działały na jego korzyść, wprawiony w bojach podszedł wystarczająco blisko, aby zranić wierzchowca Edmunda. Ten szarpnął się, zaprotestował, lecz nim padł na ziemi niezdolny do podniesienia się z niej, Blackwoodowi udało się zeskoczyć na skąpaną we krwi ziemię i nie stracić równowagi. Jego wierni przyboczni doskoczyli, aby odgrodzić ludzi Arrynów od swego lorda. Nie dane im było jednak zatrzymać Reinmara, który nie patrzył się na to, ilu ludzi po drodze do Blackwooda będzie musiał pozbawić życia.


Reinmar -> Blackwood -> mg
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 18, 2013 9:46 pm

Nie ma nic godnego w umieraniu. Śmierć, wbrew wszystkim balladom, nigdy nie jest chwalebna. Zawsze towarzyszy jej ból i strach. Umieranie jest brzydkie, paskudne. Widok ludzkiego ciała, brutalnie ciętego klingą, wylewających się wnętrzności, dźwięk rozpaczliwych krzyków przerażenia i bólu przywołują o torsje. Dlatego ludzie robią wszystko, by śmierci uciec. A raczej, by moment śmierci odwlec jak najdalej, bo uciec nikt nie zdoła. Wojownicy nie umierają łatwo. Nawet gdy czują zimny oddech kostuchy na plecach, walczą. Dobywają mieczy, wykrzesują resztki sił z obolałych członków, by wznieść tarczę i osłonić się przed kolejnym ciosem. By przeżyć choćby kilka chwil dłużej. A jednak... są ludzie, którzy pokochali bliskość śmierci. Którzy bez lęku spoglądają w jej puste oczodoły, nie czują niepokoju, czując lodowaty dotyk przeraźliwie chudych palców zaciskających się wokół krtani. Bo dopiero wtedy czują, że żyją. Żyją, by umrzeć. I zabijać.
Trysnęła posoka.
Wierzchowiec Blackwooda targnął się dziko, zatańczył na tylnych nogach, ryjąc podłoże, zrzucając jeźdźca, by w końcu samemu zwalić się na ziemię w pośmiertnych, paskudnie wyglądających drgawkach. Ciepła jucha zlała ramię Arryna, który ściągnął wodze własnego wierzchowca, przypatrując się jak jego przeciwnik dokonuje akrobatycznego cudu, wyjmując nogi ze strzemion i utrzymując równowagę na rozoranym podłożu. Już w kilka chwil później, drogę do lorda Blackwooda zasłoniły mu piersi jego ludzi, którzy widać mieli więcej honoru niźli ich dowódca. Nie tylko jednak dowódca z Raventree Hall miał wiernych ludzi. Rycerze pod sztandarem Doliny rzucili się na ludzi odgradzających Reinmara od Blackwooda z zajadłością wściekłych psów. Szczęk broni, jesli to w ogóle możliwe, stał się jeszcze głośniejszy, zagłuszając nawet makabryczne krzyki tratowanych piechurów.
- Włócznia! - krzyk Reinmara mroził krew w żyłach. To nie był czas na rycerski pojedynek. Nie miał najmniejszego zamiaru pozbawiać się przewagi i zeskakiwać z wierzchowca po to, by być później opiewanym w pieśniach. Jeden z jego ludzi natychmiast oddał dowódcy własną włócznię. Gdy tylko miał utorowaną drogę do przeciwnika, spiął konia, który skoczył do przodu. Uderzył długą włócznią, samemu pozostając poza zasięgiem przeciwnika. Raz, drugi, do skutku. Każdy cios był zadawany z mocą półolbrzyma, szybki i śmiertelny. Nie wyrzekł już ani słowa. Jeśli do tej pory nie obalił przeciwnika, zaatakował ponownie, uderzając w jego lewy bok, chcąc go pozbawić możliwości użycia miecza, przewrócić, bądź choćby wytrącić z równowagi. Następnie cisnął włócznią w lorda, prosto w pierś. Błyskawicznie dobył miecza i ponownie spiął konia. Opancerzony, ogromny opancerzony wierzchowiec skoczył do przodu, wykorzystując fakt, że Blackwood musiał skupić całą uwagę na tym, by nie zginąć od ciosów włóczni lub nie upaść na ziemię, tratując kopytami, których jeden cios mógł połamać gości, zgnieść zbroję i rozbić czaszkę. Jednocześnie, świsnęła czarna klinga, uderzając od góry w okolice obojczyka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Raventree Hall
Liczba postów :
30
Join date :
24/06/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 18, 2013 11:30 pm

W końcu nadeszła ta chwila, Edmund starał się ją odwlekać na wszelkie sposoby, ale w głębi duszy wiedział, że jest nieunikniona. Nie miał dokąd uciekać, głównie dlatego, że wszędzie wokoło była jego konnica, niestety każdy był tak zajęty walką, że nawet nie zauważył swego lorda, walczącego o ostatnie chwile życia przeciwko tytanowi z Doliny. Paru zauważyło starcie i popędziło na pomoc, jednak nawet oni nie potrafili nic zrobić, gdyż natychmiast odcięli ich żołnierze Arryna. Edmunda zastanawiało jednak to, skąd Reinmar znalazł się pośrodku jego liczącego kilka setek jeźdźców i koni oddziału. Nie było jednak czasu na zastanowienie, trzeba było działać. Upadek z konia bez tracenia gruntu pod stopami był praktycznie cudem, oby tylko lista cudów się szybko nie skończyła, bo miał do czynienia z przeciwnikiem pozbawionym czci i honoru, dla którego liczyła się tylko żądza mordu. Edmund nie był silnej postury, nie był też świetnym szermierzem, mógłby pójść o zakład, że pokonałby go nawet zwykły żołdak. Pchnięcia włóczni spadały na niego niczym grad, za każdym razem coraz bardziej pozbawiając go równowagi oraz wgniatając poszczególne fragmenty zbroi, takie jak barki czy ramiona, gdyż ciosy skierowane ku piersi udawało mu się parować. Skąd człowiek miał tyle siły? Może jego bogowie dodawali mu jej, by szybko zakończył życie innowiercy? Wtem w kierunku Blackwooda poleciała ta sama włócznia, która była przed chwilą w ręce Reinmara, przebijając się przez zbroję w okolicach uda, obalając Edmunda na ziemię. Jasnym było, że miała trafić w okolice serca, w środku walki trudno jednak rzucić z precyzją. Mogło się wydawać, że to już koniec, że teraz Edmund po prostu się wykrwawi w cierpieniu pośród zgiełku bitwy, koniec jednak miał być inny, gdyż nagle Reinmar dobył miecza i zmusił konia do skoku w kierunku Edmunda. Ten ostatkiem sił podniósł swój miecz ku górze. Sam pewnie nie wiedział co chce tym osiągnąć, ale działał tu raczej instynkt niż zdrowy rozsądek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Sro Gru 18, 2013 11:52 pm

Proszę pamiętać, że oceniania obrażeń pozostaje w kwestii mistrza gry, nie mniej tym razem przychylę się do prośby i niech będzie to udo.
Kolejność dowolna.


Mistrz Gry

Arryn vs Blackwood
Ostrze włóczni odbiło się w świetle. Widniało na nim kilka dużych, szkarłatnych kropel. Tak jak ziemia, na której stali, zasmakowała w krwi. Jakiś przyboczny szarpnął Edmunda, odgradzając go swoim ciałem od zasięgu miecza. Po chwili jednak wciągnęli go w wir walki żołnierze Doliny, którzy skutecznie odciągali kolejnych z ludzi Blackwood od niego samego. Nie byli liczni, Arrynowie dysponowali większą siłą, między innymi w liczebności, a oczyma tych, którzy zmuszeni są walczyć o przetrwanie, ich ranga urastała do kilku tysięcy. Nikt z żołnierzy Blackwooda nie zamierzał się poddać i złożyć broń, aby paść pokornie przed Arrynami. Woleli umrzeć, mając w pamięci to, co im obiecywano i czym straszono, jeśli ugną kolana przed Namiestnikiem Wschodu.
Włócznia, którą cisnął Reinmar, ugodziła w udo Edmunda, wbijając się mocno. Trysnęła strużka krwi, musiała ona uszkodzić mięśnie, gdyż dziedzic Raventree Hall z trudem stawiał kolejne kroki. Ograniczyło to też jego mobilność. Nie tego chciał Arryn, nie mniej w chaosie obecnym na polu walki, nie był w stanie tak dokładnie wymierzyć. Zbyt dużo żołnierzy pałętało się pod kopytami jego wierzchowca, ginęli i nadciągali kolejni. Ostrze, które miał w ręku Reinmar, natknęło się na miecz, którym sparował cios Blackwood. Kolejne uderzenie także zostało odbite, choć kontratak okazał się marny w jakimkolwiek skutku. Miecz wymsknął się z dłoni Edmunda, kiedy uderzono o jego dłoń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Czw Gru 19, 2013 7:51 am

W ferworze bitwy trudno było o precyzję, co usprawiedliwiało rzut włócznią, którego Reinmar powstydziłby się w innych warunkach. Mimo iż nie trafił tam, gdzie chciał, grot broni przebił udo przeciwnika, skutecznie pozbawiając go szans odwrotu. Momentalnie do swego dowódcy doskoczył jeden z jego coraz mniej licznych żołnierzy. Tylko po to, by w ułamek sekundy później zostać zaatakowanym przez dwójkę ludzi z Doliny, których do jeszcze zacieklejszej walki zachęcały przewagi wodza.
Po twarzy Reinmara przebiegł wyraz niemego zdziwienia, gdy czarna klinga napotkała opór. Lord Blackwood sparował cios. Gdyby Arryn miał chwilę się nad tym zastanowić, z pewnością doceniłby upór z jakim jego przeciwnik walczył, kurczowo trzymając się wymykającego mu się z rąk życia. Ach, a mogli walczyć ramię w ramię. Całe szczęscie, nie było czasu na zastanawianie się. Uderzył mieczem po raz wtóry. Wściekle, na moment tracąc zimną krew, przez co zabrakło precyzji. Uderzenie znów zostało sparowane. Naparł mocniej wierzchowcem, uderzając po raz trzeci. Tym razem klinga w ręku Blackwooda zadrżała, wypadła z dłoni.
To był koniec.
Wielki kary rumak uderzył w bezbronnego i rannego lorda Blackwooda.
- Brać żywcem! - zachrypły, paskudny głos Reinmara przebił się przez zgiełk bitewny. Żołnierze Arryna zawyli triumfalnie. Kilku z nich znalazło się przy słaniającym się lordzie Dorzecza, inni wciąż zajadle walczyli z żołnierzami przeciwnika. Cios płazem klingi miał go ogłuszyć, jeśli wciąż zachowywał przytomność.
Tymczasem, Reinmar spiął konia, który zatańczył na tylnych nogach. Skoro był tu lord Blackwood, to musiała być też i chorągiew przeciwnika, jeśli ten zdołał ją do tej pory utrzymać. Jeśli dane było mu ją wypatrzyć, to machnął ręką na swych ludzi i niesiony bitewny szałem ruszył w jej kierunku, rąbiąc i siekąc czarną klingą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Czw Gru 19, 2013 10:03 pm

Mistrz Gry

I choć kolejne wydarzenia i ich następstwa działy się w przeciągu ułamku sekund, dla każdego żołnierza czas ten rozwleczony był do co najmniej kilkunastu minut. Arrynowie zdziesiątkowali ludzi Blackwooda, który stracili werwę i zapał, widząc jak ich dowódca przegrywa z dziedzicem Orlego Gniazda. Znaleźli się tacy, stanowili większość z wciąż żywych oraz zdolnych do walki, którzy po prostu rzucili oręż, zdając się na łaskę Arrynów. Inni zaś zaciekle walczyli do końca, chcąc ze sobą, do grobu, zabrać jak największą ilość żołnierzy Doliny. Marne były skutki ich starań.
Za Reinmarem popędziło kilku konnych, którzy wyżynali sobie i swojemu dowódcy drogę do powiewających chorągwi. Szkarłat, a na nim wianuszek smoliścieczarnych wron. W centrum białe drzewo na równie czarnym tle. Młodzieniec, który dzierżył chorągiew, został zrzucony z siodła. Odebrano mu ją. Porwano na strzępy. Właśnie tak ginęła ostatnia nadzieja Blackwooda - wśród krwawego pola walki i w akompaniamencie ścieranych się ze sobą ostrzy.
Nieprzytomnego na skutek tępego uderzenia Edmunda Blackwooda spętano i zatargano przed oblicze dowódcy Smoków. Eskortowało go kilku żołnierzy Doliny, który dosłownie ciągnęli dziedzica Raventree Hall po piaszczystym terenie a następnie rzucono go pod nogi wojaków Targaryenów. Był to dość osobliwy... prezent od Reinmara Arryna, który życzył sobie, aby to król osądził zdrady, której dopuścił się chorąży.
Nikt nie spostrzegł, kiedy bramy do Stone Hedge stają otworem a kilkuosobowa, ciężko uzbrojona straż z pokojowym zamiarem zmierza w stronę królewskich oddziałów. Wśród nich był odziany w swą najlepszą zbroją, z mieczem przy boku, sam lord Bracken. Był to mężczyzna w wieku sędziwym, dla którego czas się kończył i zmuszony będzie niebawem przekazać władzę swemu najstarszemu synowi. Pomimo wszystko zestarzał się z godnością, toteż z uniesioną dumnie głową nadjeżdżał w stronę Smoków.
Walki wygasały. Ostatnie uderzenie klingi o klingę, ostatnie oddanie ducha tutaj, na tej splamionej krwią ziemi Dorzecza. Mallister z zadowoleniem mógł oszacować, że jego oddział ucierpiał najmniej. Kiedy uspokoił już kołatanie własnego serca, pozwolił adrenalinie oraz emocjom opaść, dopiero spostrzegł jak kilku mężów wynosi na tarczy rannego i nieprzytomnego Lancela Tully. Potrzebował medyka i to zaraz, nie mieli więc czasu do stracenia. Jeden z przybocznych dziedzica domu Tully zatrzymał się przy Travecie.
- Panie! Zobowiązany jesteś mówić w naszym imieniu przed królewskimi wysłannikami, gdyż stan Lorda Tully jest ciężki i tylko Siedmiu wie czy przeżyje.


Zbliżają się święta, czas więc na posta podsumowującego. Proszę wszystkich o odpis do niedzieli włącznie. Brak odpowiedzi na narracje jest równoznaczna ze zgodą, aby to mistrz gry podjął decyzje co uczyni dany ród.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Pią Gru 20, 2013 11:15 am

Krzyki nie ustawały. Bezustanne wrzaski, rżenie i kwik koni oraz szczęk stali docierały do uszu Reinmara, wprawiając go w dziki amok. Wszechobecne bij, zabij udzielało się jednak nie tylko jemu, ale każdemu z żołnierzy Doliny. W momencie, gdy lord Blackwood został pokonany, w ludzi Arryna wstąpiły nowe siły. Uderzyli z podwójną zajadłością. Przeciwnicy zaczęli padać jeden po drugim. W momencie zaś, w którym padła chorągiew rodu Blackwood, jasnym było, że jest po bitwie. Rycerze z Raventree Hall zaczęli rzucać broń, zdając się na łaskę ludzi Reinmara.
- Brać jeńców! - krzyk Arryna przebił się ponad zgiełkiem.
Posłuchali. Widać dość im już było przelanej krwi. Bitwa dobiegła końca. Zwycięzcy rozbrajali przeciwników, łapali rozbiegające się wierzchowce i spędzali jeńców w jedno miejsce. Traktowali ich bez okrucieństwa. Przeciwnik dowiódł swej wartości w polu, stawiając zaciekły choć krótki opór. Prowizorycznie opatrywano rannych. Zbierano poległych, których po stronie Doliny nie było wielu. Większość odniosła jedynie niezbyt ciężkie rany. Pod powgniatanymi pancerzami było obite kończyny, krwiaki, kilka złamań. Niewielka cena za zwycięstwo.
Reinmar zeskoczył z wierzchowca. Zrzucił uszkodzony hełm, dysząc ciężko. Zbroja mu ciążyła, prawica była obolała od niezliczonych uderzeń włócznią i mieczem. Rozejrzał się po polu bitwy. Splunął.
- Zabrać Blackwood'a do dowódcy wojsk królewskich - padł zwięzły rozkaz.
Spojrzał w kierunku tego co pozostało po obozie Blackwood'a. Walka zakończyła się i tam.
Odwrócił się do swoich żołnierzy. Ci, którzy walczyli w pierwszej linii, zeskoczyli z wierzchowców i pozdejmowali hełmy. Niektórzy siadali na rozoranej ziemi. Reszta zajmowała się jeńcami, rannymi oraz poległymi. Wszystko było odpowiednio zorganizowane. Arryn skinął głową z aprobatą.
Otarł klingę i schował do skórzanej pochwy. Dosiadł wierzchowca i przywołał kilku ludzi. Ruszyli w stronę królewskiej armii.
Już na pierwszy rzut oka, widać było, że Reinmar brał udział w walkach. Od stóp do głów umorusany był w zasychającej krwi. Jego zbroja nosiła ślady po uderzeniach miecza, a wierzchowca pokrywała brudna maź. Niezbyt przyjemny widok. Nie jechał jednak na przyjęcie, lecz, by krótko rozmówić się z dowódcami pozostałych armii. W końcu w dotarli do dowódcy armii Targaryenów.
- Ser - Reinmar skinął głową, witając się krótko, jak miał w zwyczaju.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Dorzecze, Seagrad
Liczba postów :
257
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Stone Hedge   Nie Gru 22, 2013 3:21 pm

- Zobowiązany? - na twarzy Treveta pojawił się brzydki grymas. Zaiste upadł duch w narodzie skoro jakiś niżej urodzony chołysz próbuje mu mówić co musi zrobić. Miał potężną ochotę jakoś skomentować ten fakt, ale się powstrzymał. W swej łaskawości był gotów uznać, że pechowy zbrojny zwyczajnie nie zdążył ochłonąć z bitewnej gorączki. Słowa lekkomyślnie wypowiedziane pod wpływem adrenaliny nie powinny być traktowane w sposób surowy.
- Uwierz mi ser - Trevet uśmiechnął się średnio miło - Nie ma absolutnie żadnej rzeczy do której mógłbyś mnie zobowiązać. Sądzę też, że jesteś bardziej potrzebny przy swoim suzerenie. Maester w Stone Hedge będzie koniecznie potrzebny, żeby mu pomóc. - Mimo dość pysznej odpowiedzi Mallister miał zamiar pojawić się na tym "spotkaniu wodzów", po pierwsze pojawiłby się tam bez względu na wszystko wykorzystując swoją pozycję i wrodzony wdzięk jako koronne argumenty. A po drugie miał ochotę zobaczyć na własne oczy dzikiego władcę wschodu ser Reinmara Arryna. Opowieści o nim dotarły do dalekiego Seagardu i wzbudziły zainteresowanie, na równi z niesmakiem. Trevet był ciekaw jakim rodzajem człowieka trzeba być, żeby ściągać do swojej armii barbarzyńców z Gór Księżycowych i mianować warga dowódcą zwiadu. Cholera wie czy nie był to więcej niż zwiadowca, plotki bywają przesadzone zwłaszcza po przebyciu wzdłuż całego królestwa, ale Mallister był gotów dać im wiarę. Rycerz podszedł do jednego z wozów, z których składał się obóz Blackwooda i bez zbytniego pośpiechu wytarł miecz w skórę jaką wehikuł był częściowo obity. Następnie niedbałym gestem wskazał swoim ocalałym przybocznym, że potrzebuje wierzchowca i to ich własnej inicjatywie zostawia zdobycie jednego dla niego. Koni na pobojowisku nie brakowało, ale znalezienie takiego, który byłby w miarę znośnym stanie zajęło dłuższą chwilę. Niestety rozmaite dranie bez dumy i honoru biły niemiłosiernie po bojowych rumakach i to w sposób nie przystający rycerzowi. Zajęło więc trochę przygotowanie odpowiedniego transportu dla Treveta. W końcu jednak wszystko zostało załatwione, a Mallister westchnąwszy ciężko ruszył w stronę armii królewskiej. Zastał tam już dowódców poszczególnych formacji, oddziałami królewskimi dowodził niewysoki rycerz z herbem Rosbych na tarczy, a Dolinę zgodnie z jego oczekiwaniami sam Arryn na wielkim i paskudnie wyglądającym wierzchowcu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stone Hedge   

Powrót do góry Go down
 

Stone Hedge

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Gra Laureline: Laureline Stone

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-