a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Trident - Page 2



 

 Trident

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Trident   Sro Lis 27, 2013 12:07 pm

First topic message reminder :

Red Fork to szeroka, leniwie płynąca rzeka, formująca wiele zakoli, zaś źródła swe ma daleko na Zachodzie. Green Fork oraz Blue Fork płyną z północy, ich nurt jest znacznie bardziej wartki. W miejscu gdzie trzy rzeki się spotykają, tworzą dość duże rozlewisko.




W samym środku tego nietypowego zbiornika wodnego położona jest niewielka wyspa o twardym, skalistym podłożu. Wyspa, która miała zostać przekształcona w twierdzę.

Od wielu miesięcy, setki robotników zwerbowanych w Dolinie oraz Dorzeczu, w pocie czoła pracowało, by na wyspie powstały fortyfikacje. Prace jednak rozpoczynali od... budowy mostów. Dwa z nich, wąskie i długie na kilkaset jardów już powstały, łącząc wyspę od północy i zachodu ze stałym lądem. Obecnie trwały również prace nad trzecim mostem, który połączyć miał wyspę z lądem od południa. Pomosty pozbawione były poręczy i tak wąskie, że mogła się na nich zmieścić ledwie trójka jeźdźców obok siebie, a i to groziło śmiertelnym wypadkiem. Wszystko po to, by powstająca twierdza była niemożliwa do zdobycia...
W miejscach, w których mosty łączyły się z wyspą, powstały dwie wielkie bramy, wysokie na z górą trzydzieści stóp. Tuż przy wodzie zaś powstawały fundamenty do budowy murów. Gołym okiem zaś można było ujrzeć dwie powstające wieże, jedną obszerną, choć niezbyt wysoką, a drugą odwrotnie - nie dużą, lecz niebotycznej wysokości.

Nad budową pieczę trzymały cztery setki żołnierzy pod sztandarami Doliny, którzy zachowywali się bardzo przyjaźnie w stosunku do mieszkańców okolicznych wiosek. Dzielili się żywnością i dobrze płacili w karczmach, które odwiedzali rzadziej niżby chcieli. Jak widać, zależało im na poprawnych stosunkach z ludnością, która zdążyła się już przyzwyczaić, że przynależy do innego Lorda (jakby robiło im to jakąkolwiek różnicę). Chłopkowie zaś prześcigali się w domysłach jak wielką sumę pieniędzy musiał wydać Arryn na powstanie twierdzy... Nikt jednak nie był nawet blisko.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Wto Sty 21, 2014 6:34 pm

W Winterfell przyjęło się powtarzać, że zima nadchodzi. Czyżby to samo miał na myśli Reinmar twierdząc, że nadchodzą niespokojne czasy? Pokręciła przecząco głową, co jednocześnie dawało odpowiedź na pytanie. Nie był to czas, aby rozmyślać nad tym co bogowie piszą każdemu z osobna.
- Praktycznie całe życie spędziłam nie wyściubiając nosa poza Północ. To dość miła odmiana. Nie twierdzę, że nie doczekam takich czasów, w których będę przeklinać kolejną wymuszoną podróż. Tymczasem ciesze się każdą, dopóki jeszcze potrafię znajdować w nich odrobinę radości.
Nihil mogła sobie pozwolić jedynie na to, aby samej lub w towarzystwie braci wyprawiać się na długie, końskie przejażdżki, podczas których zdarzało się jej zostawiać Winterfell daleko za plecami. Raz w swoim życiu odwiedziła Królewską Przystań, ale ta wybitnie nie przypadła jej do gustu. Na dłużej czułaby się jak jakiś ptak zamknięty w złotej klatce. Westeros znała z opowieści nianiek, ojca albo z tego, co zapisano w tomiszczach, nic więc dziwnego, że żywiła ciekawość względem świata oraz chciała jak najwięcej zobaczyć na własne oczy, nie bardzo przejmując się tym, że rzeczywiste nieodwzorowanie może popsuć obraz tego, jak wyglądało to w jej wyobraźni.
- Powinieneś odpocząć, Reinmarze. Przecież nie tylko Twoi ludzie są zmęczeni. Znajdziesz mnie jeśli zechcesz.
Nim oddaliła się od stołu, posłała mężczyźnie całusa, co wychwycić mogły tylko jego oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Sro Sty 22, 2014 10:35 pm

Skinął jej głową, odprowadził wzrokiem, śledząc każdy ruch, dopóty dopóki nie zniknęła z pola widzenia. Spojrzał w niebo. Gromadziły się chmury, a w otoczonej wodami Tridentu warowni powietrze było dość ostre jak na tę porę. Ruszył się wiatr. Zanosiło się na deszcz.

Widok ze szczytu Wysokiej Wieży był iście imponujący. Okolica była nizinna, jak okiem sięgnąć wszędzie widać było żyzne, zielone równiny. Na wschodzie jeno, majaczyły zimne wierzchołki gór. Najbardziej jednak uwagę zwracały wody Tridentu. Dopiero teraz, przyglądając im się z niebotycznej wysokości, Reinmar mógł prawdziwie docenić potęgę rzeki, w której codziennie przelewały się masy rwącej wody. Warownia nie mogła mieć lepszego obrońcy od tego potężnego żywiołu.
Wiatr zawył wściekle. Tutaj, na górze, był mocniejszy i zimniejszy niż za murami warowni. Cicho przeczesał trawiaste równiny Dorzecze, zafalował pośród krzewów i zbóż. Reinmar, stojąc tuż przy krawędzi rusztowań, spojrzał w dół. Chmury przetoczyły się, odsłaniając promienie słoneczne, które na chwilę rozjaśniły twierdzę. Ruch w dole z wolna zamierał. Dzień zbliżał się do końca, robotnicy rozchodzili się do domów, a strażnicy tkwili na posterunek, tocząc leniwe rozmowy lub tracąc żołd na grze w karty.
Reinmar spojrzał dalej.
Przy brzegach Tridentu stacjonowała armia. Jeszcze kilka dni i żołnierze będą mogli wrócić do Doliny. Dopóki Reinmar ich znowu nie wezwie. Dopóki nie rozgorzeje nowa wojna. Jak długo będzie trzeba na nią czekać? Reinmar spojrzał na południe. Tam, wiele wiele mil stąd, wciąż trwała wojna.
Jego twarz wykrzywił brzydki grymas. Położył dłoń na rękojeści czarnego niczym noc miecza.

Korytarz rozświetlała szkarłatna poświata pochodni. Reinmar szedł wolnym krokiem, przygarbiony; kierował się do ciężkich, dębowych drzwi, za którymi znajdowała się komnata Nihil. Cały niemal dzień spędził bez niej. Nie chciał spędzić tak i nocy.
Nie zapukał, nie zawołał jej po imieniu. Po prostu pchnął drzwi, które uchyliły się ze skrzypnięciem. Reinmar wślizgnął się do komnaty.
- Nihil...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Sro Sty 22, 2014 11:27 pm

Nihil zajmowała jedną z komnat w już wybudowanej oraz zabudowanej części twierdzy. Nie były to luksusy godne kogoś ze szlacheckim pochodzeniem, nie mniej wcale ich nie oczekiwała. Proste posłanie, krzesło przy stole, misa z wodą okazywały się wystarczające na te kilka dni. Reszta potrzebnych rzeczy znajdowała się w nie do końca rozpakowanych bagażach zalegających gdzieś pod ścianą. Reinmar zmuszony był pierwsze kroki wykonać intuicyjnie, po omacku, dopiero kiedy znalazł się w zasięgu blasku świec dostrzegł cień osoby, siedzącej doń plecami, twarzą zwróconą w stronę okna. Oczywiście, że rozpoznał go od razu. Nie dostrzegł dzisiaj Nihil w ciągu dnia. Być może mijali się, nie mniej gdzie nie postawił kroku - czy to na dziedzińcu, korytarzach gdzie trwały prace wykończeniowe bądź pomiędzy namiotami rozbitymi przez żołnierzy i służbę, nie znalazł tam swojej małżonki. Jakaś służka przebąkiwała, że obiad spożyje wyłącznie z towarzyszami broni, gdyż Lady Arryn skarżyła się na nudności. I od razu pozwoliła sobie na dopowiedzenie o nieodpowiednim miejscu, którym w domyśle była rozrastająca się twierdza, dla dam.

Nihil podniosła głowę, słysząc skrzypnięcie ciężkich drzwi. Rozpuszczone włosy nie były w stanie zamaskować uśmiechu, który rozjaśnił jej lica na widok Arryna. Sądząc po tym, co miała na sobie, szykowała się do snu, choć najpierw zamierzała wymknąć się sennymi korytarzami do małżonka, który najwyraźniej uprzedził ją w tych niecnych zamiarach.
- Dobry wieczór, Reinmarze.
Wyciągnęła w jego stronę dłoń, zapraszając tym samym, aby zbliżył się.
- Jakie to uczucie móc przespać noc prawie w swoim łożu, bez świadomości bycia częścią jednej, wielkiej zawieruchy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Czw Sty 23, 2014 8:41 am

Ominął na wpół otwartą skrzynię, z której wyglądały niedbale wciśnięte suknie. Ominął krzesło i stół o iście spartańskim wyglądzie, godnym wielkiej damy jak drewniany miecz wojownika, zrobił krok w kierunku łoża. Usiadł.
Będąc jeszcze wyrostkiem, ledwie kilkunastoletnim, Reinmar zauważył, że w przeciwieństwie do większości rówieśników woli iść w bój niż spędzać noc z niewiastą w alkowie. Milszy był mu znój, krew i ból od kobiecego ciepła, czułych słów i pocałunków. Wprawiając maestrów w nie lada zakłopotanie, otwarcie przyznał, że nie ma słodszego uczucia niż ciężar klingi oraz zimny dreszcz euforii przeszywający ciało podczas przelewu krwi. Chłopiec będzie okrutnikiem, mordercą. I choć młody Reinmar nie stronił od niewiast (krew nie woda!), to sensem jego życia były wojenne wyprawy.
Teraz było inaczej.
- Nader miłe - odpowiedział na pytanie. Zaprawdę, minęło już wiele dni od czasu, gdy ostatnim razem mógł zażyć kąpieli i wyspać się na miękkim łożu. Przysunął się bliżej do swej małżonki.
- Lepszym jednak jest uczucie, że nie będę spał sam - powiedział, wykrzywiając twarz w uśmiechu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Winterfell
Liczba postów :
341
Join date :
26/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Czw Sty 23, 2014 2:23 pm

Nihil obróciła się na łożu w stronę Reinmara, odgarniając gdzieś na bok narzutę. Ostatnio coraz częściej zaskakiwał ją pozytywnie, rozwiewając wszelkie pogłoski i plotki na swój temat, a także najwyraźniej wyssane z palca historie, które lubiły snuć nianię, rozpaczające swojego czasu nad narzeczonym wybranym dla najmłodszej latorośli Lorda Starka. Teraz, znając już bliżej Reinmara, nie potrafiła się doszukać w jego osobie tych wszystkich okropności. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że przy niej może pozwolić sobie na więcej. I nie wszystko jest przeznaczone dla uszu bądź oczu kogoś poza nią czy rodziną z Orlego Gniazda. Chciała coś wtrącić, ale ugryzła się w język. Za wcześniej. Zamiast tego pokręciła głową z uśmiechem.
- Dopóki jesteś grzeczny nie widzę powodów, dla którego musiałbyś spać sam w zimnym łożu.
Odparła pół żartem, pół serio. Nie widziała potrzeby rozpoczynać wywodu na temat tego, że jest egoistką i pewnymi rzeczami, a właściwie osobami, nie zamierza się dzielić. Ufała mu. Może to głupie, nierozsądne, nie mniej ufała Reinmarowi. Położyła swoją drobną dłoń na tej dorodnej ręce mężczyzny spoczywającej na pościeli.
- Myślisz, że jak król zareaguje?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Czw Sty 23, 2014 10:29 pm

...Reinmar zamknął oczy. Pół nocy spędził w miłosnym uniesieniu z małżonką. Teraz czuł miłe omdlenie, przyjemną fatygę, której daleko było do znużenia, do którego przyzwyczaiło go życie z drodze. Co najważniejsze jednak, zapomniał o wszystkich frasunkach. Nareszcie. Gdyby ktoś w tym momencie zapytał się go o czym myśli, Reinmar zapewne uniósłby jeno brwi i z czystym sumieniem odrzekł, że absolutnie o niczym. Zabawnym było, jak bardzo człowiek czasami potrzebuje oderwać się od własnych myśli, które niczym trucizna sączona do organizmu zatruwają egzystencję.
Odwrócił się na bok, przysuwając do nagich pleców Nihil. Jedno ramię wsunął pod jej głowę, by służyło kobiecie za poduszkę, a drugim objął, nie mówiąc ani słowa. Wargami musnął jej bark, tym prostym gestem zastępując potok czułych słów, który może byłby na miejscu. A może nie...
Zapach jej włosów oraz delikatny dotyk rozgrzanego ciała okazały się najlepszym środkiem nasennym. Po raz pierwszy od wielu już dni, Reinmar zasnął niemal natychmiast.

- Może powinienem dać ci imię?
Reinmar Arryn, pierwszy tego imienia, dziedzic namiestnika wschodniej prowincji Westeros dosiadał karego ogiera, który niewiele robiąc sobie z faktu, że czeka go kolejna podróż, skubał zieloną trawę, co jakiś czas potrząsając łbem. Przestąpił z nogi na nogę, przespacerował kilka kroków, zastrzygł uszami i bez zbędnych ceregieli zrobił solidną porcję łajna.
Reinmar poklepał wierzchowca po szyi. Szlachetne (cho to słowo nijak pasowało do parującej porcji ekskrementów) zwierzę towarzyszyło mu już od wielu miesięcy, wiernie służąc zarówno w podróżach jak i w bitewnym wirze, do którego jak się zdaje zostało stworzone. Nie tylko nadzwyczajne rozmiary karego rumaka sprawiały, że był idealnym uzupełnieniem wojownika, lecz przede wszystkim ognista natura. Ogier w czasie bitwy kopał i gryzł niczym zło wcielone, czyniąc szkody prawie tak wielkie jak sam jeździec.
- Byłbyś dobrym przyjacielem. Jednym z niewielu.
Reinmar po raz ostatni obrzucił wzrokiem warownię, która ginęła we mgle unoszącej się nad wodami Tridentu. Równo z brzaskiem, on, Nihil oraz drużyna jeźdźców opuściła zamczyska, pokonując wąski śliski most i ruszyła na trakt wiodący ku stolicy Westeros, Królewskiej Przystani. Dwójka zwiadowców pomknęła przodem (nadmiar ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodził), zaś sam Arryn pozostał w tyle, by raz jeszcze przyjrzeć się tworowi tysięcy par rąk i architektonicznemu geniuszowi budowniczych z Doliny, który zostawiali za plecami.
- Jak chciałbyś się nazywać?
Koń potrząsnął łbem i zarżał donośnie. Potem znów się zesrał.
- Widzę, że traktujesz mnie bardzo poważnie, przyjacielu.
Zwierzę podniosło łeb.
- Masz rację. Czas ruszać. Ostatnio zbyt dużo marudzę.

Rychło dogonił resztę pochodu. Zrównał się z Nihil, która dosiadała pięknej szybkonogiej klaczy o gęstej grzywie i smukłej szyi.
- Sądzisz, że dawanie zwierzętom imion to dobry pomysł?


/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Wto Cze 28, 2016 10:33 pm

/ Królewski Trakt

O zmierzchu spadło coś w rodzaju śniegu. Zimna, mokra plucha, która pokryła wszystko warstwą lodowej wilgoci. Teraz, w bladym świetle księżyca, cały świat wydawał się na wpół zamarznięty. Kopyta ich koni chrzęściły i chlupotały w ściętym błocie. Zmarznięte drzewa ociekały smutno wodą. Whent nie był tu wyjątkiem. Z jego mokrego nosa dobywała się para oddechu. Koniuszki uszu, zdrętwiałe z zimna, łaskotały go nieprzyjemnie. A jednak ludzie pomimo pogody sprawiali wrażenie przygotowanych i sprawnych. Szerokie namioty ustawione były w równe rzędy pośrodku obozowiska, z tyłu zaś w równym szyku stały uwiązane konie. Położenie również nie było przypadkowe – za plecami mieli Rzeczny Trakt, zaś trzy mile przed sobą – cel podróży. Dziedzic Harrenhal okrył szczelniej płaszczem przemarznięte ramiona, żałując, że materiał nie jest grubszy – miał jednak świadomość, że gdy tylko minie godzina wilka, ziąb będzie ostatnią rzeczą, jaką przyjdzie mu się przejmować. Wiedział, że już wkrótce, lada moment czekać go będzie przedzieranie się przez stosy kamieni i drewna, zasłane poskręcanymi trupami.
I był pewien, że będą to wyłącznie trupy wroga.
Pod rozkazami Rossela pozostały trzy setki ludzi – pozostałych dwustu przedostało się przed dwoma dniami przez wody Czerwonych Wideł na wysokości Stone Hedge i ruszyło ku zlewisku trzech rzek pomiędzy nurtami Czerwonych i Niebieskich Wideł, docierając tam o dzisiejszym świcie. Tymczasem Frey ze swymi ludźmi przycupnął milę na zachód od skrzyżowania Rzecznego i Górskiego Traktu, o czym informował kruk, który przybył do Darry.
Wszystko wskazywało na to, że los – bowiem bogowie nie mieli tu wiele do powiedzenia – postanowił uśmiechnąć się do Whenta, uśmiechnąć na tyle promiennie, by dziedzic Harrenhal po raz kolejny zaczął rozpatrywać wszystkie niedogodności, dostrzegając w nadzwyczajnym szczęściu podstęp. Najbardziej palącym problemem była pogoda – szron oznaczał śliskie mosty, śliskie mosty z kolei były niewysłowioną, choć wielce prawdopodobną groźbą, która mogła skończyć się wylądowaniem w zimnych nurtach zlewiska. Nie było jednak czasu, by dłużej zwlekać – odkąd Whent zjawił się w Darry, do niewielkiej twierdzy na wyspie nie dojechał żaden chłop wiozący soloną wieprzowinę ani żadna kurwa łasa na pieniądze żołdaków, nie doleciał również żaden kruk… i żaden stamtąd nie wyleciał. Przechwycone przez Rossela listy nie różniły się niczym od tych, które przechwytywał Frey – Arrynowie słali zapytania o kolejny transport marchwi i buraków z Doliny, co dość prędko stało się ulubionym dowcipem: w końcu buraków wśród Arrynów nie brakowało. Ta cisza komunikacyjna nie mogła trwać jednak ani dnia dłużej, dlatego musieli zaatakować konkretnie tej nocy. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku trzy setki zbrojnych gotowych było do wyruszenia – osełki przestały muskać ostrza oręży, giermkowie wydłubywali spod końskich kopyt błoto i kamienie, rycerze z kolei niecierpliwie wyczekiwali, aż zapadnie noc. Miny mieli posępne, choć w oczach czaił się niezdrowy, gorączkowy błysk, właściwy raczej młodzikom, którzy marzą o tytule rycerskim, niźli zaprawionym w starciach mężczyznom – jednak właśnie taka była wojna, nawet tak niewinna jak ta prowadzona teraz; w dorosłych ponownie budziła witalność, wprawiała krew w szaleńczy bieg, wdzierała się w płuca z każdym oddechem, aż nie pozostawało nic innego… jak przystąpić do walki.
Kiedy mrok stał się tak gęsty, że nawet blade światło księżyca zdawało się jeszcze bledsze niż zwykle, dziedzic Harrenhal wspiął się na końskie siodło, pośród ciemności dostrzegając wyłącznie słabe pobłyski zbroi, w które odziani byli rycerze. Poza bladą poświatą, o ich obecności świadczyły jedynie niecierpliwe parsknięcia rumaków i cichy, mokry odgłos kopyt uderzających o wilgotne podłoże. Tuż obok Whenta jechał Bulwer, pomiędzy nimi zaś – zakapturzony mężczyzna, bezwarunkowo poddający się każdemu ruchowi rumaka. Coś w jego sylwetce było nienaturalnie sztywne i jednocześnie nad wyraz niezdarne – wyprostowane niby struna plecy kontrastowały z kurczowo zaciśniętymi na lejcach dłońmi i nogami, które karykaturalnie obejmowały końskie boki. Gdyby tylko księżyc był w pełni i rzucał jaśniejszy poblask, co bystrzejsze oko mogłoby dostrzec powrozy, którymi do cugli przywiązane były dłonie jeźdźca – podobnie więzy wyłaniały się spod uchylonej poły płaszcza i ciasno oplatały siodło oraz tułów rumaka; jeśli zaś ktoś odrzuciłby z głowy mężczyzny kaptur, dostrzegłby dość szeroką, dokładnie wymierzoną deskę, która biegła od jego karku w dół i – co już skrywał materiał przyodziewku – najpewniej kończyła się w dolnej części pleców.
Oznaczało to tyle, że jeździec był martwy. Martwy tak, że bardziej się nie dało, lecz Whent zadał sobie wiele trudu, by wyglądał na dość żywego – przynajmniej na tyle, by mógł utrzymać się w siodle idącego stępem konia. Osiągnięty przez dziedzica efekt nocą był znacznie bardziej udany, niż za dnia, choćby dlatego, że księżyc – w przeciwieństwie do słońca – nie uwydatniał trupio bladej twarzy, skrytej pod kapturem. Tak nieistotne szczegóły w mroku traciły jednak na wartości i obecnie liczyło się wyłącznie jedno – by trupi jeździec dotarł do bramy twierdzy.
Do mostu, spinającego wyspę ze stałym lądem, dotarł wyłącznie Rossel i jego (dość małomówny) kompan – choć noc zapadła już na dobre, Whent nie mógł mieć gwarancji, że nie zostanie zauważony, jednakże wysłanie rumaka w stronę zamku wymagało dokładności oraz precyzji; nic dziwnego zatem, że dziedzic Harrenhal nie spieszył się zbytnio, ustawiając konia w linii prostej do skrytych w mroku wrót – kilkaset jardów, które zwierzę miało pokonać, było biegnącym równo odcinkiem, szerokim i gładkim na tyle, by dobry koń – a do takiego właśnie przywiązany był trup – zdołał dotrzeć do bram twierdzy.
- Nie spiesz się – dłoń Whenta przelotnie musnęła gęstą, ciemną grzywę rumaka, już po chwili delikatnym klepnięciem dając mu znak, by ruszał przed siebie. – I jedź spokojnie.
Wałach Rossela cofnął się w mrok, ledwie kilka jardów w tył – na tyle głęboko, by zniknąć pośród rzecznych zarośli, tam, gdzie czekały trzy setki gotowych do walki żołnierzy.
Zabawne, że o powodzeniu ich ataku zadecydować miał jeden koń.
I jeden trup Doliniarza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Trident   Czw Cze 30, 2016 10:14 pm

Devon zatrzymał konia na szczycie wzniesienia. W dole rozciągał się wiejski krajobraz, chaotyczna mozaika ciemnych pól gdzieniegdzie poprzetykanych tłocznymi gospodarstwami, wioskami bądź kępami bezlistnych drzew. W odległości niecałych dwóch mil zaczynał się nurt Tridentu, szeroki łuk Zielonych Wideł, wzdłuż których rozciągała się blada skorupa Królewskiego Szlaku, z kolei na zlewisku koryt rzecznych - cel wyprawy. Skupisko trzech malutkich wież wartowniczych wznosiło się nad zimną otchłanią wody, pod żelaziście szarym niebem.
- A chuj wam w dupę – rzekł proroczo Frey, po czym mlasnął językiem i popędził konia. Im bardziej się zbliżali do tego przeklętego miejsca, tym bardziej dziedzic Bliźniaków się martwił i tym bardziej obolały, zmarznięty i znudzony się czuł. Zmarszczył brwi, spoglądając na Sylasa, który jechał tuż obok – był teraz jedynie skrytą pod kapturem, ciemną postacią na tle czarnego krajobrazu. Konie stukały kopytami i parskały. Kilka wron krakało na gołych polach, ale nikt się nie odzywał. Od samego początku stanowili ponurą kompanię - w końcu mieli ponure zamiary: planowali morderstwo na większą skalę. Devon zastanawiał się, co by o tym pomyślał jego dziadek – w końcu doszedł do wniosku, że Walder Frey trzymał się jedynie swych własnych wartości i czynił to niby rzep przylepiony do psiego ogona. Zawsze szukał sposobu na to, by postąpić właściwie – tyle, że pod tym pojęciem rozumiał działania wyłącznie na swoją korzyść. Zabicie dla pieniędzy człowieka, którego nigdy się nie spotkało? Dlaczego nie. Przelanie krwi nocą, gdy wróg niczego się nie spodziewa? Jeśli tylko przyniesie to efekt…
Ani Frey, ani Whent nie mogli wykluczyć, że twierdza wie o ich zamiarach – lecz nawet jeśli jakiś wędrowny rycerz bądź kupiec dotarł tu przed siłami lordów Dorzecza i poinformował załogę twierdzy na wodzie, że z Bliźniaków bądź Harrenhal ruszyło kilkuset jeźdźców, to jeszcze o niczym nie świadczyło. Równie dobrze mogli zmierzać ze wsparciem zbrojnym dla pomniejszego lorda i – co więcej – czynili wszystko, by sprawiać takie wrażenie. Nawet, gdy wczoraj o zmierzchu dotarli do skrzyżowania rzecznego i górskiego szlaku, całkowicie blokując tym jakikolwiek przepływ informacji między zameczkiem a Doliną, Frey nakazał zachowywać pozory i umyślnie rozpuszczał plotki dotyczące wyprawy ku Maidenpool. Dziedzic Bliźniaków poprzednią noc spędził w Karczmie na Rozdrożach, ze smakiem pochłaniając kapłona pieczonego z ziemniakami i pozwalając nawet, by jego ludzie wypili po dwa kufle ale – w końcu dla niektórych z nich mogła to być ostatnia okazja do rozpusty. Świt nadszedł jednak nieubłaganie, a wraz z nim dzień spędzony na ostrzeniu broni, polerowaniu napierśników i sprawdzaniu cięciw w łukach. Ludzie Freya pozwolili, by prozaiczność wykonywanych czynności oderwała ich myśli od zbliżającego się starcia – sam Devon rzucił się w wir obowiązków, byleby tylko uniknąć trwożliwego namysłu i choć nie chciał tego przyznać na głos, jeszcze nigdy tak mocno nie pragnął przegnać zapadającego zmierzchu.

***

Lina – była na miejscu. Kotwiczka o czterech zakrzywionych, wygiętych na zewnątrz hakach – również. Jeden sztylet przy skórzanym pasie i drugi, przywiązany do uda rzemieniem, dodatkowo zaciśniętym klamrą. Za pasem także toporek, głupie przyzwyczajenie z Żelaznych Wysp, którego Frey nie potrafił się wyrzec. Na szyi na grubym rzemieniu – niewielki róg myśliwski, przezornie zatknięty za kamizelę, na piersi dodatkowo utwardzoną żelazem. Miecz został z giermkiem, podobnie jak ciepły płaszcz w barwach rodu i bukłak z wodą. Blade światło księżyca tańczyło w gładkich falach Zielonych Wideł – ich spokojną taflę mąciła niewielka rzeczna tratwa, którą zarekwirowali jednemu z flisaków handlujących na Tridencie barwioną wełną. Chłopina dostał pięć srebrnych jeleni (znacznie więcej, niż warta była balsa) i obietnicę, że jego syn wróci żyw (choć tego nikt nie mógł zapewnić). Pierworodny handlarza nazywał się Giorgi i jak na swoje szesnaście dni imienia był rosłym chłopakiem – jego siła skupiała się głównie w ramionach, za których pomocą trzymał tratwę na odpowiednim kursie. Gdy tylko minęła godzina wilka, Giorgi, Devon i pięciu jego ludzi (mogli zabrać jeszcze jednego, lecz Frey obawiał się, że jeśli tratwa się przeważy, potoną w zimnej wodzie jak kamienie) wsiedli na balsę. Dziś mrok był im przyjacielem, bogiem zaś – syn flisaka. Chłopak przez kilkaset jardów pozwalał, by to prąd niósł tratwę w dół rzeki, prowadząc ją tym samym ku mostowi łączącym twierdzę z lądem i dopiero kilkadziesiąt jardów od celu odbił od rozmokłego gruntu, długim, mocnym kijem nadając tratwie nowy kierunek.
Przez kilka zatrważających chwil Frey i jego ludzie znajdowali się na samym środku Zielonych Wideł, całkowicie odsłonięci i bezbronni – gdyby ktoś z murów twierdzy wytężył wzrok, dostrzegłby czarną plamę na nie mniej czarnej tafli wody, musiałby jednak poczekać aż plama jeszcze bardziej się zbliży, by rozróżnić na niej ludzkie kształty. Devon nie zamierzał ułatwiać przeciwnikowi zadania, dlatego zarówno on, jak i jego ludzie, a nawet przestraszony Giorgi odziani byli w czerń – jakby tego było mało, twarze mężczyzn pokrywała gruba warstwa węglowego pyłu, którym podzieliła się gospodyni Karczmy na Rozdrożach (biedna kobiecina wolała nie pytać, po co syn lorda Przeprawy domaga się od niej brudu spod pieca). Węglowa czerń pokrywała policzki, czoła, nosy, brody, oczodoły oraz okolice ust, Frey i jego ludzie wyglądali tak, jakby Nieznajomy wyszarpał ich z samego serca siedmiu piekieł – i, na Innych, może właśnie tak było?
- Panie, kilkanaście jardów…
Szept młodzika rozdarł zasłonę ciszy – Devon skinął jedynie głową, podnosząc się z kucków i uginając lekko kolana z twarzą zwróconą na zachód; podobnie uczynili jego towarzysze, w równym rzędzie ustawiając się na samym środku tratwy, tak, by nie przeważyć jej na jedną bądź drugą stronę. Na znak Freya, każdy ujął w dłoń kotwiczki, do których przywiązano mocne, konopne liny. Devon upewnił się, że żaden niepożądany supeł nie sprawi mu niespodzianki, wyjął zza pasa sztylet i już po chwili zaciskał na jego ostrzu zęby.
Mury były tuż nad nimi – śliskie, nieszczególnie wysokie, ale niedostępne na tyle, by stanowić dobre zabezpieczenie.
Do czasu.
Frey wykonał ręką gwałtowny ruch dokładnie w chwili, w której nad ich głowami rozpoczął się rwetes – najwyraźniej do położonej po drugiej stronie bramy dotarł prezent od Whenta. Frey zaśmiałby się pod nosem, gdyby nie był tak kurewsko zajęty zarzucaniem kotwiczki na mur – lina i haczyki przecięły powietrze ze świstem, szczęknęły cicho, po czym zwarły się z kamieniem. Jedno, drugie szarpnięcie – lina napięła się, świadcząc o stabilności zahaczenia. Tratwa powoli płynęła dalej, w stronę mostu, lecz zarówno Frey, jak i dwójka jego ludzi zdołali zaczepić się o mur – dwóch kolejnych płynęło dalej, by uczynić to samo po drugiej stronie mostku.
Drewno zakołysało się pod nogami, gdy Devon odbił się od tratwy i zaczął wspinać po murze twierdzy. Ściana nie była tak gładka, jak wydawało się to z daleka – świeży kamień nie zdołał pokryć się nalotem wodorostów oraz mułu, skórzane buty natychmiast odnalazły w nim tarcie, zaś Frey piął się w górę wyżej, wyżej i wyżej, tak, jak przed laty uczyli go Żelaźni.
Liczyło się wyłącznie dotarcie na szczyt – jak w każdej krwawej grze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Pią Lip 01, 2016 10:39 pm

To była parszywa warta. Zimna, mokra i parszywa, zupełnie jak portowa dziwka z czterdziestoletnim stażem. Derwyck owinął się szczelniej płaszczem, wpatrując w dwa nieba – jedno nad jego głową, drugie zaś odbite w tafli wody, lekko pofalowane i nierówne. Przerżnął w kości garść miedziaków i na dodatek musiał przejąć wartę zwycięzcy – oba te czynniki wystarczająco mocno budziły jego irytację, przez co od samej kolacji zachowywał się tak, jakby ktoś nasrał mu do nowych butów. Nie miał ochoty ani na marznięcie pośród ciemności, ani na rozmowy z dwoma swymi towarzyszami, którzy trzymali warty przy dwóch innych bramach. Derwyck nie wiedział, kto odpowiadał za projekt tej malutkiej, sterczącej na wysepce twierdzy, ale budowa trzech bram wydawała mu się zupełnym idiotyzmem jak na coś tak małego. Dwie, o tak, dwie mógłby jeszcze pojąć swym (nie dość bystrym zresztą) umysłem, ale trzy? Trzy były szaleństwem, bo to właśnie z ich powodu zameczek zdawał się składać z samych bram i mostów. Dzisiejszej nocy trzymał wartę nad zachodnim wjazdem, Oprysk (tak w myślach nazywał grubawego, żrącego jak świnia Oswella) nad południowym, a gładki niby dziewka Lorick – nad północnym. O ich cichej bytności świadczyły wyłącznie zapalone pochodnie i kilka kroków, które pokonywali w tę i z powrotem, byleby tylko nieco się ogrzać. Przed trzema dniami nocą panował przymrozek, dzisiaj świat również padł ofiarą chłodu, choć nie tak dokuczliwego, jak wtedy. Derwyck uznał, że to jedyna miła niespodzianka, jaka spotkała go dzisiaj – miał nadzieję, że po zakończeniu warty będzie nań czekać kolejna, tym razem w formie słodkiej, młodej Fiołek, która przybyła do zameczku na wyspie, by nieco dorobić sobie przed nadejściem zimy. Fiołek miała cudowne, pełne piersi i tyłeczek tak słodki, że po czterech dniach pozwolił jej zarobić wystarczająco wiele, żeby przez miesiąc nie musiała głodować. Z ust Derwycka wyrwało się ciche westchnienie, kiedy uświadomił sobie, że na samą myśl o chętnej, gorącej kurewce co nieco urosło mu w spodniach – do końca warty pozostawały jednak jeszcze trzy godziny, więc strażnik musiał uzbroić się w cierpliwość i skupić myśli na bardziej przyziemnych sprawach.
Był akurat zajęty rozważaniem, co zje po powrocie do koszar, gdy na równej nitce mostu zamajaczył jakiś kształt – Derwyck początkowo uznał go za grę nikłego światła księżyca i ciemności, wystarczyła jednak chwila obserwacji, by sam pozbawił się złudzeń: na mostku ktoś był. Z każdym uderzeniem serca wartownika zarys zbliżał się i zbliżał, aż srebrna poświata wyłowiła z mroku konia oraz jadącego nań człowieka. Jeździec był zadziwiająco sztywny, jakby z trudem trzymał się w siodle, ale rumak… rumak…
- Oprysk, Lorick, brama! Otwierać bramę! – Derwyck rzucił się w stronę schodków prowadzących w dół wartowniczej wieżyczki i – nie czekając, aż jego kompani zlezą ze swoich punktów – rzucił się w stronę bramnych skrzydeł. Gdzieś za jego plecami Oswell przeklinał, że za kolejnego Opryska nasra Derwyckowi do gęby, ale strażnik był zbyt zajęty zdejmowaniem z dębowych wrót skobla.
- Dlaczego otwierasz, przecież dowódca jasno się wyraził, że dopiero o świ…
- Koń ser Raymonda z jeźdźcem! To chyba on, ranion, poznałem przecież płaszcz…
- W tej ciemności nie poznałbyś własnego kutasa – burknął pod nosem Oprysk, ale pomógł kompanowi przy otwieraniu bramy. Lorick wysunął się przez poszerzającą się szparę w dębowych wrotach szparę i uchwycił konia za uzdę dokładnie w chwili, w której zwierzę spokojnie dotarło do wjazdu.
- Ser? Ser, nie sądziliśmy, że wrócisz tak prędko, do tego sam, czy coś się sta…
- Lorick, zamknij się.
- … stało? – najmłodszy z trójki strażników dokończył swe pytanie niepewnie – jako ostatni zauważył, że dłonie jeźdźca przywiązane są do lejców, podobnie jak wystające spod płaszcza uda, które przytwierdzono do końskich boków, a nawet stopy, splecione węzłami z ostrogami.
- … co do chuja?
Zapytał cicho Oswell, nie wiedząc, że będą to jego ostatnie słowa – dokładnie w tym samym momencie jego gardło przeciął sztylet, otwierając na szyi drugie usta. Krew chlusnęła na Loricka, martwego jeźdźca a nawet Derwycka, który zauważył napastników, nie dał jednak rady krzyknąć i jedynie rozdziawił bezgłośnie gębę. Zresztą zginął jako drugi, dźgnięty prosto w pierś długą mizerykordią – z życiem zdołał ujść wyłącznie Lorick, który odskoczył od trzeciego napastnika, robiąc to, co powinni uczynić już dawno temu.
- Wróg! Wstawać, wstawać, ludzi…
Wyraz zaskoczenia majaczący w oczach był ostatnim uczuciem, jakie towarzyszyło młodemu chłopakowi. Pośrodku jego pięknej twarzy zatrzymał się rzucony z wprawą, niewielki, choć piekielnie ostry toporek, który sterczał teraz z płata czołowego Loricka. Spod ostrza spływały drobne strużki krwi i kawałki galaretowatego, szarego mózgu, wszystko zaś było dziełem Devona Freya, który stał kilka jardów dalej z kawałkiem przeciętej liny wciąż zwisającym w dłoni.
Choć zarówno jemu, jak i jego ludziom udało się przedostać przez mury niepostrzeżenie, mieli znacznie mniej czasu, niż pierwotnie zakładali – ryk zmarłego Loricka w każdej chwili mógł wywabić z trzewi twierdzy zaspanych, choć już uzbrojonych mężczyzn, a przecież sam Frey wciąż miał zadanie do wykonania. Teraz liczyła się każda chwila.


    Kolejka odpisów przedstawia się następująco: Devon, MG, Rossel, Devon, MG. Od szybkości działań Freya zależeć będzie powodzenie całej wyprawy, swoją rolę odegrają również rzuty kośćmi. W razie pytań wiecie, gdzie mnie szukać, zatem życzę owocnej rozgrywki!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Bliźniaki
Liczba postów :
208
Join date :
25/09/2014

PisanieTemat: Re: Trident   Wto Lip 05, 2016 11:08 pm

Opuścili domy, by wyrównać rachunki, i nie mieli zamiaru próżnować – a przynajmniej nie miał zamiaru czynić tego Frey. Z natury drażliwy i wyczulony na punkcie imienia swego rodu, jako obelgę i siarczysty policzek w twarz przyjął postanowienie Arryna, by pieczę nad Bliźniakami sprawował niewydarzony, cuchnący kozami Royce. Choć Doliniarze zjawili się pod dachem Freyów wyłącznie raz, dla Devona był to o jeden raz za dużo – z chwilą, w której postanowił zrzucić z barków jarzmo Orlego Gniazda, podjął decyzję stokrotnie cięższą.
Wybrał przemoc.
Szybko otrząsnął się z odrętwienia, pozbył skrupułów i solennie przysiągł, że tym razem to on będzie palił uprawy, włamywał się do domów i kradł wszystko, co wpadnie mu w ręce. Że tym razem to on będzie wieszał. Nie miał innego wyjścia. Dzisiejszej nocy mścili się za zabójstwa, potem za grabieże, zniewagi, a w końcu za same podejrzenia zniewag. Przed dwoma laty toczyła się wojna, więc nie brakowało krzywd wymagających odpłaty, dziś zaś…
… było wyłącznie ciemno i zimno. I kurewsko cicho.
Głosy strażników brzmiały jak zniekształcone przez grubą ścianę pohukiwanie sów, zaś o ich położeniu świadczył wyłącznie blask bijący od pochodni. Pomarańczowo-czerwone łuny pełgały po mokrych kamieniach niewielkiego dziedzińca, rzucając odrobinę światła na pogrążony w ciemności świat. Kroki odbijały się w dole głębokim echem, po chwili dołączył do nich miarowy stukot końskich kopyt, podniesiony ton głosu, a następnie huk…i głuchy dźwięk zeskakujących z wysokości kilku stóp ludzi.
Później był wyłącznie szum krwi w uszach, rozmywające się obrazy, łoskot upadających ciał i dłoń, która sięgała do pasa, by wyciągnąć zza niego lekki toporek. Ktoś krzyczał, krzyczał w chwili, w której wszystko wskazywało na to, że plan przebiegnie dokładnie tak, jak go zaplanowali, ale…
Broń wściekle przecięła powietrze, zasyczała jak atakujący wąż i z mokrym mlaśnięciem wbiła się w sam środek czaszki jednego z wartowników, który dołączył do swych dwóch martwych kompanów.
To było tyle, jeśli chodzi o element zaskoczenia.
Frey doskoczył do trupa, wyszarpnął z rozciętej czaszki toporek i – rozbryzgując w powietrzu krew wymieszaną z mózgiem (choć w mroku wszystko wyglądało jednako) – wskazał nim na północną bramę.
- Verno, Benna, otwierać! Minóg, Erwyn, do południowej!
Krzyk ostatniego strażników (póki jeszcze żył) najpewniej zdołał wybudzić co bardziej czujnych kompanów w koszarach i wyrwać ze snu tych rozespanych całkowicie; czas kurczył się z prędkością lodowej kry, która wpłynęła w ciepły nurt rzeki, a Devon – nawet nie zauważając, że nadepnął jednemu z trupów na twarz – ruszył w stronę zachodniej bramy, której strażnicy nie zdążyli domknąć. Wystarczyło pojedyncze, potężne pchnięcie, by dębowe, ciężkie wrota rozwarły się leniwie, ukazując Freyowi nitkę szarego, niknącego w mroku mostu. Obracając się ku dziedzińcowi (i ze zdumieniem zauważając, że koń wraz z martwym jeźdźcem wciąż spokojnie czeka niemal na środku placu), wyszarpał spod skórzanej kamizeli niewielki róg i uniósł go do ust.
Głębokie, smutne uuuUUUUHHHUUUuuu rozległo się nad wezbranymi wodami rzek, nad niewielką wyspą, nad jeszcze mniejszą twierdzą, nad głowami ludzi Freya. Echo rozbrzmiewało głucho, niesione nad tonią, i powtarzało dźwięk rogu coraz ciszej, ciszej i ciszej…
… co było zupełnym przeciwieństwem tego, co działo się wokół i w samej twierdzy – szczęk oręża, tętent końskich kopyt, niespokojne rżenie rumaków, wzbierające w gardłach krzyki, ale nade wszystko odór śmierci. Bodźce nakładały się na siebie i mieszały szaleńczo, gdy Frey odskoczył od rozwartej bramy, za plecami mając zimny mur zamku, przed sobą zaś rosnącą masę przeciwników. Nie czekał, aż z lądu przybędą posiłki – wyślizgnął się z cienia i złapał przebiegającego najbliżej żołnierza za ramiona. Zanim ten zdążył krzyknąć, czterokrotnie mocno zdzielił go w żołądek sztyletem, tak że mężczyzna upadł na bruk, gwałtownie wymiotując krwią, chwila triumfu nie trwała jednak długo – Devon uskoczył w ostatniej chwili, czując na twarzy podmuch. Z jego lewej strony wyłonił się mężczyzna z narzuconą na grzbiet kolczą koszulą… i niczym więcej poza mieczem w ręku – nie czekając zresztą, aż Frey zdoła się otrząsnąć, ponownie przeciął powietrze orężem, chybiając zaledwie o grubość palca. Devon uchylił się przed ciosem, zawirował i z warknięciem zamachnął się toporem. Ciął w całkowicie nagie przedramię przeciwnika, wbijając weń ostrze z głuchym mięsistym odgłosem – dziedzic Bliźniaków niemal nie odgryzł sobie języka od siły uderzenia. Jego usta wypełniła krew, którą przełknął wściekle w chwili, gdy pociągnął uderzenie dalej, wbijając toporek głęboko w bok przeciwnika. Jucha trysnęła na czarny bruk a wróg zwalił się na zimne kamienie, zostawiając Devona z metalicznym posmakiem w ustach i głuchym dźwiękiem zbliżającej się konnicy w uszach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Sro Lip 13, 2016 9:03 pm

Atak, który miał przebiec jak najciszej i przy jak najmniejszym rozlewie krwi szturmujących przerodził się w coś, czego nikt nie nazwałby krwawią łaźnią – a przynajmniej w początkowej fazie starć.
Ostrzegawczy krzyk umierającego wartownika wystarczył, by poderwać na nogi sześciu przebywających w kantynie żołnierzy – czterej z nich wypadli przed kamienną przymurówkę, pragnąc jak najszybciej przekonać się, co wywołało okrzyki ich towarzysza (nie do końca zresztą pojęli, o czym krzyczał – czy też raczej, przed kim ich ostrzegał), dwóch kolejnych zaś ruszyło, by obudzić tymczasowego kasztelana zamku. Ser Osfryd Sunderland, kuzyn pana na Sisterton, piastował to stanowisko pod nieobecność ser Raymonda z Gulltown, jednak nikt z rzecznej twierdzy nie mógł wiedzieć, że ser Raymond od pewnego czasu przebywał w Harrenhal, poprzedniego wieczora zaś wyzionął ducha po spotkaniu z ostrzem Rossela Whenta. Nim Osfryd został obudzony (choć na dobrą sprawę nikt nie musiał tego robić – Sunderland zerwał się z łoża w chwili, w której ciszę nocy rozdarł dźwięk rogu), na dziedzińcu na dobre rozgorzały walki. Nieliczni ludzie Devona, z Freyem włącznie, dzielnie stawili czoła czterem pierwszym przeciwnikom – trupy obleganych dołączyły do trzech wcześniejszych ofiar, jednakże liczba żywych przeciwników rosła z każdym uderzeniem serca.
A jeźdźcy z lądu wciąż mieli do pokonania wąski, niemrawo majaczący w ciemności most.
Tętent kopyt ledwie przebijał się nad szczękiem broni – uderzenie za uderzeniem, cios za ciosem, krzyki walczących i rzężenie umierających, głośne przekleństwa i jeszcze głośniej wykrzykiwane rozkazy; czas skurczył się nienaturalnie, wygiął, wybrzuszył, zamarł na moment i nagle rozpękł z głośnym świstem, który był ostatnią rzeczą, jaką Devon Frey usłyszał przed ciosem.
Coś twardego spadło na pozbawioną hełmu głowę – topór, młot, zwykła pałka, to nie miało większego znaczenia. Dziedzic Bliźniaków, który zdołał pokonać w walce dwóch przeciwników i właśnie mierzył się z kolejnym, nie mógł, nie miał sposobności zauważyć, że za jego plecami, niemal ściśle przylegając do muru, pojawił się nowy wróg.
Jeden zamach wystarczył, jedno celne (choć niekoniecznie rycerskie) uderzenie– Frey padł na wilgotny, chłodny dziedziniec. Bez krzyku, bez choćby cienia chwili na myśl, że umiera; jego ciało bezwładnie popędziło na spotkanie z szarym kamieniem, a dzierżona w dłoni broń wypadła z ręki przy akompaniamencie cichego, bezradnego brzęknięcia…
… które zniknęło pośród ryku dziesiątek głosów i przeraźliwego, końskiego kwiku.
Wszystkie trzy bramy zdołano otworzyć, zaś do wnętrza rzecznej twierdzy z trzech stron wlała się fala jeźdźców – nagle przytłaczająca przewaga obrońców zameczku stała się niczym wobec opancerzonych rycerzy, którzy przecinali mieczami powietrze tak, jakby pragnęli poszatkować je w plasterki. Uderzenia spadały z siodeł z brutalną gwałtownością, jedno, drugie, trzecie, fala konnych niemal zalała wewnętrzny dziedziniec, kopyta tratowały trupy i umierających, a ponad tym wszystkim łopotały sztandary, które tej nocy przyniosły do twierdzy śmierć – dwie niebieskie wieże na srebrnoszarym polu skotłowały się z dziewięcioma czarnymi nietoperzami na złotym tle.
Choć trup ścielił się na dziedzińcu gęsto, to nie był jednak koniec walk - ser Osfryd Sunderland wraz z garstką obrońców zabarykadował się w południowej wieży, skąd na atakujących spadał grad strzał. Większość z nich odbijała się zbroi, nie czyniąc nikomu krzywdy, niektóre jednak dosięgały koni bądź co bardziej nieostrożnych rycerzy. Pomiędzy kolejnymi salwami ser Osfryd domagał się rozmowy z którymkolwiek z dowódców – jak sam ujął, srał na to, czy będzie to Whent, czy Frey. Tymczasem na dole ci ludzie Arrynów, którzy przetrwali uderzenie, domagali się pardonu, porzucając tym samym tę broń, jaką udało im się dobyć podczas kilku chwil poprzedzających atak z trzech stron.
Teraz to w rękach Rossela Whenta leżał los tego starcia… i życie Devona Freya, który zniknął pod dwoma trupami tuż obok zachodniej bramy.


    Z racji rzutu kostek, z którego wynika całkowity niedowład Devona, w nadchodzącej kolejce post pisze jedynie Rossel.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
365
Join date :
23/06/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Pon Lip 25, 2016 9:43 pm

Pośród głębokiej, nieskazitelnej nocy rozległ się niski, pulsujący odgłos rogu. Wydawało się, że pod jego wpływem drży ziemia, aż sam dziedzic Harrenhal poczuł łaskotanie w cebulkach włosów. Kiedy pojedynczy, niski dźwięk rozerwał zasłonę ciszy na strzępy, pewne były wyłącznie dwie rzeczy: po pierwsze - Devon Frey zdołał wtargnąć do wnętrza twierdzy i zachować życie na tyle długo, by dać sygnał jeźdźcom oraz po drugie – ci sami jeźdźcy musieli się spieszyć.
Z chwilą, w której koń wraz z przywiązanym doń trupem zniknął za bramą rzecznego zamku, Rossel był gotów na niemal każdą z możliwości – natura sceptyka nakazywała mu przyjmować najczarniejszy ze scenariuszy, w którym fortel został przejrzany, Frey natychmiast zabity a obrońcy twierdzy postawieni na nogi nim którakolwiek z bram została uchylona. Rzeczywistość okazała się jednak po stokroć bardziej łaskawa, o czym na dobrą sprawę nie miał czasu myśleć – kiedy tylko róg dziedzica Bliźniaków dał sygnał do ataku, Whent spiął rumaka i pognał ku leniwemu nurtowi rzeki, wjeżdżając na wąski na trzech jeźdźców most z Bulwerem u boku i świadomością, że za zbliżającą się z każdą chwilą bramą może czekać na niego… wszystko.
Ostrze miecza bądź strzała. Bezbronni ludzie albo gotowi do starcia rycerze. Żadnych półśrodków, żadnych kompromisów. Jedynie zwycięstwo lub śmierć.
Dziedziniec zamku był jasną, jarzącą się w mroku plamą, która przyciągała do siebie jeźdźców równie skutecznie, co płomień świecy zwabiający ćmy – jednak uzbrojeni, skryci za zbrojami wojownicy nie mieli zamiaru ginąć bezsensowną śmiercią w ogniu.
Na dobrą sprawę oni go rozprzestrzeniali.
Nad spokojnymi wodami rzeki poniosły się okrzyki bojowe, tętent końskich kopyt, rozpaczliwe kwiknięcia zwierząt i charkot umierających ludzi, jednak ponad tym wszystkim górował szczęk broni – wystarczyło przekroczyć bramę twierdzy, by znaleźć się w pochłoniętym szaleństwem, krwią i śmiercią świecie. W rzeczywistości, w której ryk rozgrywanego starcia odbijał się od murów i niósł nad wodą niczym duchy. Z trzech stron na dziedziniec wlewali się kolejni jeźdźcy, gotowi do walki, łaknący krwi, szukający przeciwnika, w którym mogliby zatopić ostrze. Rossel na te kilka chwil – chwil mogących trwać równie dobrze dwa końce świata – zupełnie zapomniał o życiu, o śmierci, o świecie i ludzkich istnieniach. Liczyła się wyłącznie broń, dzierżony w ręce miecz, który młócił powietrze, szukając ofiary – ta zaś nawinęła się jeszcze w zamkowej bramie; cięcie pozostawiło na hełmie wroga długie zadrapanie i głęboką rysę na twarzy. Bezimienny mężczyzna okręcił się z uniesionymi rękami jak tancerz, po czym został stratowany przez pędzące konie i zniknął w narastającej, ludzkiej masie. Nie było nawet chwili na wytchnienie, nagle w zasięgu miecza znalazł się kolejny zbrojny, więc Whent – nie zastanawiając się nad własnymi ruchami – zamachnął się na niego, przez czerwonawą mgłę bitewnego szału zauważając brzydką twarz o połamanym nosie. Miecz rozciął czaszkę, z której szarą, miękką masą wyleciał mózg – najwyraźniej w podobnych chwilach zwykła stal spisywała się równie dobrze, co valyriański stop. Obrońcy twierdzy zaczęli formować chaotyczną parodię okręgu, niektórzy z determinacją na twarzach, inni zdjęci paniką – ich wysiłki spełzły na niczym, gdy kolejna fala jeźdźców uderzyła w na wpół uzbrojoną formację, na końskich piersiach i obnażonych ostrzach roznosząc ludzi Arrynów. Niebo nie zdążyło się nawet zaróżowić, kiedy na dobrą sprawę było po starciu – element zaskoczenia oraz osłona nocy zadziałały na korzyść atakujących, nie dając obrońcom szans na stawienie zacieklejszego oporu. Jedynym punktem, który wciąż stawał opór, była jedna z wież, gdzie skrył się dowódca twierdzy oraz garstka jego popleczników. Z góry od czasu do czasu sypały się strzały, te jednak czyniły początkowo krzywdę na równi ludziom Whenta, jak i pobratymcom strzelających – dopiero po czasie udało się rozróżnić wykrzywiane z wieży żądania, choć Rossel nie sprawiał wrażenia kogoś, kto miał zamiar prędko na nie odpowiedzieć. Kiedy marne resztki ocalałych padały pokotem, prosiły o litość albo pierzchały jak stado szpaków, dziedzic Harrenhal zeskoczył z siodła, z trudem odnajdując takie miejsce na dziedzińcu, którego nie ścieliłoby truchło. Tuż obok jego nóg jeden z obrońców próbował się podnieść, ale Whent zdzielił go podniesionym z ziemi buzdyganem w tył głowy, wgniatając tym samym hełm. Jedna noga lekko wierzgnęła, po czym wróg znieruchomiał.
Nie musiał przejmować się nielicznymi, którym udało wymknąć się przez bramy – jedyna droga na ląd prowadziła mostami, u których końców czekali gotowi do wyłapywania uciekinierów jeźdźcy, wypoczęci i niecierpliwie nasłuchujący bitwy, w której nie było im dane wziąć udziału. Gdyby któryś z uciekinierów wybrał drogę wodną, najpewniej nie upłynąłby daleko w lodowato zimnym nurcie bez otarcia się o śmierć.
- Lothar, znajdź Freya. Jeśli zaczął dzielić łupy beze mnie, urżnij mu ucho. Jeśli znalazł jakąś kurwę i zajął się nią, a nie starciem, urżnij mu kutasa. A jeśli leży gdzieś martwy… - w ostatniej chwili uniósł tarczę na wysokość twarzy – grot opadającej strzały wbił się w dębinę z cichym brzękiem, wprawiając lotkę w lekkie drżenie dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem było czoło Rossela. - … to go tam zostaw, dopóki nie pozbędę się Sunderlanda.
Dziedzic Harrenhal z głuchym łoskotem odrzucił na bok tarczę, przestępując nad jednym trupem i omijając kolejnego – w tym samym czasie bez słowa przywołał do siebie niskiego, szczupłego giermka. Chłopak, dość zaskoczony faktem, że nadal żyje, zbliżył się do Whenta, gotowy wysłuchać jego słów – Rossel szepnął coś cicho, podbródkiem wskazując na jednego z żołnierzy trzymających pochodnię oraz na drugiego, który poprawiał na ramieniu kołczan strzał. Giermek skinął jedynie głową i zniknął pomiędzy ludźmi oraz końmi, powoli rozpraszającymi się po dziedzińcu. Sam dziedzic Harrenhal po kilkunastu krokach był na tyle blisko południowej wieży, by czający się w górze obrońcy mogli bez problemu go usłyszeć.
- Chciałeś rozmawiać, ser, więc porozmawiajmy! Bez gradu strzał, którymi chętnie byś mnie nafaszerował. Wystarczy, że jeden z nas pozbawiony jest honoru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
139
Join date :
10/04/2013

PisanieTemat: Re: Trident   Nie Sie 21, 2016 9:59 pm

Było ciemno, głośno i trwożliwie – śmierć zawsze niosła ze sobą strach, zwłaszcza śmierć równie niespodziewana i nagła, co dzisiejszej nocy. Związane z krótką, choć krwawą bitwą zamieszanie zdołało nieco osłabnąć, dzięki czemu dziedzic Harrenhal mógł wydawać polecenia i mieć pełną świadomość tego, że zostaną wykonane. Jeden z rozkazów bezpośrednio dotyczył Devona Freya, czy też – nieobecności tegoż, co nie obeszło się bez echa wśród ludzi z bliźniaczymi wieżami na chorągwiach. Już po chwili do poszukiwań dziedzica Przeprawy dołączały kolejne osoby, które początkowo uważały, że Freya znaleźć można we wnętrzu niewielkiej twierdzy – jednak im dłużej trwało wypatrywanie Devona, tym marniejszy był tego efekt. Zaraz też, jak przy wszystkich niewyjaśnionych zaginięciach, jęły szerzyć się coraz śmielsze teorie, że dziedzica Bliźniaków uprowadzono, utopiono, zaszlachtowano albo że – o zgrozo – uciekł jak tylko rozgorzały pierwsze walki i najpewniej siedzi już bezpiecznie w Darry. Większość z pomówień nie miała żadnego przełożenia na rzeczywistość, niektóre z nich balansowały jednak niebezpiecznie blisko prawdy – Devon Frey w rzeczy samej spotkał się oko w oko z Nieznajomym i wiele wskazywało na to, że mógł z tej schadzki nie wyjść cało, o czym przekonał się jeden z wielu sobie podobnych, pomniejszych rycerzy, który w trakcie pozbawiania jednego z trupów wyjątkowo dobrej pary obuwia…
… zauważył dość charakterystyczną, rudą czuprynę, od krwi jeszcze bardziej rdzawą niż zwykle. Nie byłaby ona niczym nadzwyczajnym, gdyby nie szła w parze z postawną sylwetką i przyodziewkiem wykonanym zbyt starannie, by mógł być własnością przeciętnego mężczyzny. W głowie wędrownego rycerza zaświtała myśl, że oto leży przed nim nie kto inny jak przyszły Lord Bliźniaków, przeto przyszła wdzięczność Freya będzie niewspółmierna do nikłego wysiłku, jaki rycerz włożył w jego odnalezienie (zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że wcale go nie szukał). Mężczyzna przykucnął przy Devonie i uczynił to, co zrobiłaby większość z nas na jego miejscu – szarpnął dziedzica Bliźniaków za ramię…
… czego pożałował pół uderzenia serca później – na wskutek lekkiego poruszenia ciałem, głowa Freya bezwładnie przetoczyła się po bruku, ukazując rycerzowi pokaźną, lepką od juchy ranę z tyłu głowy. Nie było to obrażenie głębokie, choć bez wątpienia rozległe i – jeśli spojrzeć na całkowicie nieruchomego, pozbawionego tchu Devona – śmiertelne.
Wędrowny rycerz przeląkł się nie na żarty, bowiem dotarło do niego, że trupy z reguły nie są skore do wdzięczności – za to ich duchy potrafią być mściwe. Mężczyzna gotów był porzucić zarówno dziedzica Bliźniaków, jak i ledwo co skradzione buty, lecz – jakby na złość – w tym samym momencie Freya dostrzegł człowiek oddelegowany przez Rossela. Dziedziniec już po chwili wypełniły krzyki świadczące o tym, że Devona odnaleziono, zaś po chwili dodano, że nigdzie nie uciekł – z rozbitą głową byłoby to dość  trudne. Człowiek Whenta przycupnął przy Freyu, początkowo podzielając strach wędrownego rycerza i zakładając, że dziedzic Przeprawy zdołał spotkać się ze swymi przodkami w krainie wiecznej szczęśliwości – na całe szczęście zaraz zjawił się maester z Darry, który uświadomił wszystkich w jak wielkim błędzie byli (utwierdził się tym samym w przekonaniu o własnej mądrości, był bowiem człowiekiem młodym i spragnionym sukcesów). Devon Frey żył, choć ledwie, rana głowy zaś gwarantowała mu błogą nieprzytomność przez najbliższe dni oraz opatrunek, który skrył przystojną, choć trupiobladą twarz.


Tymczasem pod południową wieżą Whent stawiał czoła garstce obrońców z ser Osfrydem Sunderlandem na czele. Rycerz z Doliny posiadał na tyle rozsądku, by chwilowo wstrzymać salwę strzał, którą – zgodnie zresztą ze słowami dziedzica Harrenhal – chętnie by poczęstował Rossela. Sunderland zbliżył się do okiennicy, szarpiąc nerwowo długie, smoliście czarne wąsy i mierząc swego przeciwnika zimnym jak stal spojrzeniem – jego milczenie przerwane zostało dopiero w momencie, w którym postanowił zakląć w iście nierycerski sposób, co jedynie wzbudziło kilka urywanych śmiechów wśród ludzi Whenta.
- Powinienem cię zabić, tu i teraz! – zakrzyknął w końcu rycerz z Doliny, zapierając się o twardy, zimny parapet. – Ale szkoda mi strzał na twoje nędzne życie, po śmierci i tak trafisz do znacznie przyjemniejszego miejsca niż Harrenhal!
Ser Osfryd Sunderland wykrzywił usta w grymasie najwyższej pogardy dla Whenta i wszystkiego, co z nim związane – najchętniej wpakowałby mu bełt w bebechy i spokojnie patrzył, jak się wykrwawia, byłoby to jednak dość głupie i zgoła niezgodne z honorowym charakterem Sunderlanda.
- Chcesz wojny, to ją dostaniesz! Zdążyliśmy wysłać kruka do Orlego Gniazda, o tak, jeszcze przed pierwszymi śniegami będziesz wykrwawiał swoich ludzi!
Ser Osfryd Sunderland mówił z przekonaniem w głosie, choć jego słowa zawierały jawne kłamstwo – żaden kruk nie wyleciał do Doliny, kiedy bowiem zaatakowano twierdzę, malutka kruczarnia była zamknięta na trzy spusty i nim ktokolwiek pomyślał o wysłaniu ptaków (bowiem sam zamek nie posiadał maestra), nie było już okazji. Rycerz nie oczekiwał, że wywrze jakiekolwiek wrażenie na dziedzicu Harrenhal, miał jednak nadzieję, iż kupi sobie dzięki temu czas – ten z kolei oznaczał szansę na pertraktacje. Jakże wielkie musiało być zatem jego zdziwienie, gdy Rossel Whent od początku nie zamierzał prowadzić dialogu, o czym najdotkliwiej przekonał się ser Osfryd w chwili, w której grot wbił się prosto w jego gardło.
Płonąca strzała przecięła powietrze ze świstem, wystrzelona z murów nie dalej niż osiem jardów na zachód, po czym dosięgnęła ciała rycerza z Doliny, wbijając się w jego szyję – donośny, bulgoczący charkot był przez moment jedynym dźwiękiem, który wypełniał ciszę powoli zapadającego świtu, zaraz jednak dołączył do niego głuchy łomot uderzającego o bruk ciała.
Ser Osfryd Sunderland wraz ze swym honorem wypadł przez okno, na dobre żegnając się z życiem.
Pozbawieni dowódcy obrońcy poczuli się zobligowani do ostatniego aktu heroizmu – w uszach wciąż pobrzękiwał nieprzyjemny dźwięk łamanych kości, gdy powietrze wypełniło pół tuzina strzał. Nim którykolwiek z ludzi Whenta zdołał zasłonić go tarczą, jeden z wystrzelonych pocisków z sykiem przeszył powietrze i zatrzymał się dopiero w lewym ramieniu dziedzica Harrenhal, który – wiedziony instynktem – sam próbował skryć się za jedną z porzuconych tarcz. Nie powstrzymał strzały, zdołał jednak uniknąć uderzenia prosto w pierś, obracając się bokiem do południowej wieżyczki – kolejna salwa nie stanowiła dla niego zagrożenia, bowiem dwóch jego ludzi zdołało zrobił użytek ze swych tarcz, jednak sterczący z ramienia drzewiec bynajmniej nie napawał optymizmem.
Jedyną osłodą była śmierć ser Osfryda i fakt, że obrońcom z wieży właśnie skończyły się strzały.

    Dalsza interwencja MG zdaje się zbędna. Maester z Darry jest do waszej dyspozycji, pamiętajcie, że należy zająć się odniesionymi obrażeniami. Devon przez kilka najbliższych dni pozostanie nieprzytomny, wymaga zatem pilnej opieki, kolejne tygodnie zaś spędzi w łóżku. Rana Rossela, choć głęboka, nie utrudnia mu szczególnie codziennych obowiązków. W razie pytań proszę o PW.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorzecze
Skąd :
Harrenhal
Liczba postów :
9
Join date :
28/07/2016

PisanieTemat: Re: Trident   Sro Wrz 21, 2016 8:50 pm

Początek

Śnieg, który spadł nocą, pokrył świat białą płachtą niewinności – płytka warstewka puchu ciągnęła się aż po pagórkowaty horyzont, zalegając na trakcie i opustoszałych polach. Na wpół zimowy miraż znikał pod końskimi kopytami, przy każdym ich uderzeniu przeobrażając się w błoto. Spod podków tryskały brązowe grudki zmarzniętej ziemi, która plamiła biel przydrożnego śniegu i pozostawiała go upstrzonego ciemnymi plamkami. Dzień, choć chłodny i szary, oszczędził podróżującym uciążliwego wiatru, który zeszłej doby nadciągał z północy, gnając przed sobą ciężkie zwały chmur. Dziś było zimno, lecz przyjemnie – o poranku mróz wciąż szczypał policzki, by przed południem znacznie zelżeć i pozostawić świat cichym oraz rześkim. To na wpół perfekcyjne milczenie natury przerywał wyłącznie tętent końskich kopyt, od czasu do czasu przerywany niecierpliwym rżeniem tych zwierząt – żaden z dwóch tuzinów podróżnych nie odzywał się choćby słowem, z utęsknieniem wypatrując celu podróży, który zbliżał się z każdą przebitą milą. Chociaż od momentu opuszczenia Harrenhal nie napotkali żadnych kłopotów, potęgowane chłodem zmęczenie powoli dawało o sobie znać. Morale obniżyła dodatkowo dość parszywa karczma, w której zatrzymali się na noc i gdzie uraczono ich najlepszym spośród najgorszych ale w Siedmiu Królestwach, co samo w sobie zasługiwało na nie lada uznanie. Zatęchłe sienniki jedynie dopełniły obrazu rozpaczy, przez co dzisiejszego poranka nie było w Westeros podróżnych, którzy z równą chęcią opuszczali ciepłe ściany oberży.
Jedyną pociechę w takim dniu stanowiła myśl o celu, jaki będzie im dany osiągnąć jeszcze przed zmrokiem. Perspektywa trzeszczącego w zamkowym kominku ognia i napitku, który w swym smaku bardziej przypominał trunek niż zjełczały koci mocz napawała serca otuchą, umysły radością, dusze zaś boskim uniesieniem. Jedynym odstępstwem od tej karawany szczęścia była Ursula Whent, która – choć nie mogła w oparciu o własne doświadczenia porównać walorów smakowych karczemnego ale i kociego moczu – posiadała wszelkie przesłanki ku temu, by obawiać się wizyty w ledwie co zdobytym zamku. Niepewnością nie napawali jej ewentualni niedobitkowie, którzy umknęli z nocnej rzezi zorganizowanej przez dziedzica Harrenhal, lecz… cóż, dziedzic Harrenhal we własnej osobie. W Siedmiu Królestwach nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć, że zna Rossela Whenta i ledwie kilka osób, które mogły uważać, że w jakimś stopniu go rozumieją. Ursula zasilała zaszczytne grono drugiej grupy i właśnie z tego powodu odczuwała uzasadniony niepokój. Dziedzic Harrenhal był człowiekiem, który najlepiej czuł się pośród murów swego zamku, przeto opuszczał go wyłącznie w sytuacjach wyższej konieczności – gdy wyższa konieczność dobiegała końca, jak najprędzej powracał do ponurej twierdzy Harrena Czarnego, by stamtąd czuwać nad dalszym biegiem wydarzeń. Nic zatem dziwnego w obawach panny Whent, która – skonfrontowana z dobitnymi dowodami opieszałości brata – zmierzała wprost ku wciąż splamionym krwią progom rzecznego zamku. Była pozostawiona sama sobie i pozbawiona jedynej okoliczności łagodzącej, czyli Devona Freya, który tuż po bitwie wyruszył w drogę powrotną do Bliźniaków (choć w jego wyjeździe niewiele było własnej woli i znacznie więcej nieprzytomności). Ursula od momentu opuszczenia Harrenhal próbowała opracować najkorzystniejszą dla siebie taktykę, jednak im dłużej zastanawiała się nad motywami Rossela, tym mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że po raz kolejny musi zdać się na jego zamysł – pod koniec podróży więcej było w niej rezygnacji niż gotowości do działania i nawet widok Tridentu oraz wzniesionej nad nim twierdzy nie potrafił zerwać z jej twarzy chłodnej maski niechęci.
Wąski, wilgotny od stopniałego śniegu most pokonali powoli i w tradycyjnym już milczeniu – dopiero na zamkowym dziedzińcu zasłonę ciszy przerwały dziesiątki głosów należące do żołdaków i zwabionych obietnicą zarobku kobiet, które prały, gotowały, sprzątały i grzały łoża tych rycerzy, którzy pozostali przy dziedzicu Harrenhal. Podczas gdy jeden z koniuszych zajął się Onyksem, u boku Ursuli zjawił się ósmy z kolei giermek Rossela – młodzik począł informować ją, że ser Whent oczekuje jej w północnej wieżyczce, jednak panna Whent uniosła powoli dłoń, przerywając mu wpół słowa.
- Jestem zmęczona podróżą i choć nie przeszkadza mi woń końskiego potu, wolałabym zastąpić ją zapachem mydła. Mój brat bez wątpienia doceni fakt, że dbam o jego powonienie i wybaczy mi zwłokę – zsuwając z dłoni ciepłą, wykonaną z sobolej skóry rękawicę, dokładnie przeczesywała każdy cal zatłoczonego i zadziwiająco ciasnego dziedzińca, co było nieco niesprawiedliwą oceną z uwagi na fakt, że w porównaniu z Harrenhal każdy dziedziniec Siedmiu Królestw był ciasny i zatłoczony. – Przygotujcie ciepłą kąpiel i wnieście moje kufry, wieczerzę zjem z Rosselem.
Ostatnie słowa wypowiedziała już w ruchu, podążając za niską, krępą służką, która wskazała Ursuli drogę do komnaty – panna Whent nie musiała przekraczać progu niewielkiego pomieszczenia, by domyślić się, że ledwie przed księżycem służyło zgoła innym celom i dopiero niedawno przekształcono je na wzór czegoś, co w zamierzeniu miało być wygodną sypialnią, a okazało się wyposażoną w jedno okno celą.
Ursula milczała jak zaklęta, rozglądając się po komnacie z zaskakującą uwagą. Poważne spojrzenie przesuwało się po łożu, niewielkim stole, dostawionych doń dwóch krzesłach i wazonie pozbawionym kwiatów, co nadawało wnętrzu jeszcze bardziej ponurą aurę.
Niemal jak w domu, przemknęło jej przez myśl, gdy wniesiono ostatni z kufrów i cicho zamknięto drzwi – w komnacie została Ursula, skromne umeblowanie oraz niska służka, która napełniała wodą zawczasu wniesioną balię.
- Rozwiąż suknię i możesz odejść – gruby płaszcz obszyty na kołnierzu futrem czarnego lisa opadł miękko na wyściełaną zakurzonym, nadgryzionym zębem czasu dywanem, a zaraz za nim podążył ciemnogranatowy kaftanik wyszywany srebrną nicią – gdy służka w końcu przystąpiła do rozwiązywania zaciśniętych tasiemek sukni, jej palce wciąż były ciepłe od dzbana z gorącą wodą. Gdy gorset był wystarczająco poluzowany, Ursula skinęła lekko głową, nakazując kobiecie opuszczenie komnaty. Kiedy za służącą cicho trzasnęły drzwi, panna Whent z ulgą wysunęła się z ciężkiego materiału, by ledwie moment później z równie wielką ulgą zanurzyć się w ciepłej wodzie po samą szyję – nie zważała przy tym na długie pasma włosów, które podążyły za jej ciałem i już po chwili doszczętnie przemokły. W tym momencie przestała liczyć się nawet ciasna komnata ze swym pustym, żałośnie kruchym wazonem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Trident   

Powrót do góry Go down
 

Trident

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Dorzecze-