a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Królewska sypialnia



 

 Królewska sypialnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
http://www.czart.aaf.pl
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
58
Join date :
29/04/2013

PisanieTemat: Królewska sypialnia   Czw Lis 07, 2013 11:35 am

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://www.czart.aaf.pl
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
58
Join date :
29/04/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Czw Lis 07, 2013 11:53 am

Rozżalona? Tak, to perfekcyjne określenie, oczywiście jeśliby wzmocnić je parokrotnie. Nie możliwym jest znalezienie słowa idealnie opisującego aktualny stan rzeczy, stan ducha, umysłu młodziutkiej królowej. To nie tak, że była słaba, to nie tak, że nie potrafiła tego zrobić... chodziło o coś więcej. Już nawet nie myślała o tym, że to nie tak miało wyglądać, starała się uchronić przed tym od dłuższego czasu i owszem, wychodziło jej całkiem dobrze, kiedy ukrywała się w Czerwonej Twierdzy przebywając w komnatach o których niegdyś sama nie miała pojęcia, unikając króla jak najgorszej zarazy (wszak czy właściwie nią nie był?). Przez pewien czas łudziła się nawet, że Aerys zapomni, w końcu nigdy nie wydawał jej się (i chyba nawet rzeczywiście nie był) mężczyzną, który łaknąłby jakiegokolwiek kontaktu z kobietą. Przyjemność sprawiała mu władza, to jej pragnął, to ona go zaspokajała. Ale co z tego? Jedyną oznaką ciągłości władzy, jedyną możliwością ku temu by władzę utrzymać było wydanie na świat potomka. Dziecko. Coś, a raczej ktoś o kim Ravath nigdy nie myślała, bo w rzeczy samej, czy w otaczającej ją rzeczywistości, świecie, sama nie była jeszcze dzieckiem? Jej dorosłość była jedynie oficjalna, dojrzałość wymagana i wymuszona, realia były jednak inne, a Targaryenówna dobrze wiedziała, że to jeszcze nie jej czas, że nie tak miało to wyglądać. Tygodnie spędzone na głupiej ucieczce przed przeznaczeniem dobiegły końca, wszystkie wydarzenia z Westeros potwierdzały tylko jej obawy. Król potrzebuje potomka. Syna. Potrzebuje, a skoro go potrzebuje, to doprowadzi do tego by go mieć. Za wszelką cenę. I będzie go miał. A jej obowiązkiem jest mu go dać.
Skończyły się pomysły na odwleczenie tego dnia. Siedziała teraz w sypialni, jej mięśnie były spięte, a oczy, te piękne lawendowe oczy, dziś były puste. Nieobecnie wpatrywały się w płomienie stalowych świeczników. Gładką, złocistą skórę Ravath przysłaniał bordowy półprzezroczysty materiał sukni trzymający się na stalowoczarnych zaczepach przeciągniętych przez ramiona. Targaryenówna z krwi i kości... co więc mogłoby pójść nie tak?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Czw Lis 07, 2013 12:44 pm

Czymże jest król bez potomka, dziedzica, następcy tronu, przyszłej głowy królestwa? Czy nie jedynie śmiesznym, starzejącym się mężczyzną, z którego drwi cały dwór i połowa poddanych? Czy w ogóle może nazywać się władcą, skoro nie sprostał zadaniu najprostszemu? Całymi dniami płaszczyć szlachetne cztery litery na twardym i niewygodnym Żelaznym Tronie to jedno, ale podnieść je, skierować kroki do sypialni i wziąć, choćby siłą, to co należy mu się prawami ludzkimi i boskimi - to zupełnie inna sprawa. Co sprawiło, że Aerys, pomimo upływającego czasu ciągle ani na cal nie zbliżył się do halek własnej żony? Szlachetność? Szlachetność nie pozwalała mu rzucić swej siostry i królowej na łoże? A może nie wiedział, gdzie celować?
Nic z tych rzeczy. O królu można powiedzieć wiele, lecz nazywanie go kimś niezdolnym do wsadzenia kuśki w odpowiednią dziurkę wydaje się nieco okrutne, nawet wobec Aerysa. Otóż widzicie, drodzy poddani, władca Siedmiu Królestw także posiadał ludzkie oblicze, choć nikt nigdy nie był w stanie go dojrzeć. Za tą nieodgadnioną, niezbyt urodziwą a nade wszystko zwykle wykrzywioną w grymasie niezadowolenia twarzą krył się człowiek, który walczył ze swoim największym demonem - obawą przed utratą władzy. Wojna w Dolinie i na Zachodzie dowiodły o jego słabości, a na domiar złego z południa docierały doń wieści mrożące krew w żyłach dworzan. Rozbestwili się lordowie, zasmakowali władzy… kto zaś zagwarantuje Aerysowi, że pewnego dnia, miast kierować ostrza mieczy przeciw sobie, nie wycelują ich w Królewską Przystań? Należało czym prędzej ukrócić szaleńczy ciąg wojen, bitew i rozlewu krwi, ale przede wszystkim - trzeba było dać ludowi powód do świętowania, do pokoju, do radości i oddawaniu się zabawie. Pijani i odurzeni się sięgają po broń, jak rzekł kiedyś ojciec Aerysa, Jaehaerys. I to właśnie dzięki słowom byłego króla jego syn i następca podjął decyzję ostateczną, definitywną oraz nieodwołalną - trzeba dać królestwu księcia. Ciąża Ravath dla całego Westeros mogła okazać się szalupą ratunkową, dzięki której królestwo nie utonie w morzu własnej krwi. Oczywiście, samemu Aerysowi nie chodziło o ratowanie innych. Chciał ratować siebie. Póki jeszcze mógł, póki nie wszyscy zwrócili uwagę na osłabienie jego władzy, pragnął zalakować dziury w tamie. A do tego potrzebował dziecka. Syna. Przyszłego króla.
Przemierzając korytarze Czerwonej Twierdzy nie myślał o tym, w jakiej sytuacji postawił swą żonę i siostrę w jednym - bo i czemuż by miał myśleć? Nawet tak próżna i pogrążona w świecie ballad oraz bajek kobieta jak ona musiała wiedzieć, że świętym obowiązkiem małżonki jest powicie dziecięcia. Nie mogła wiecznie unikać swego męża, tak, jak on nie mógł bez końca wymigiwać się naradami i posiedzeniami. Należało czym prędzej skonsumować związek, zwłaszcza, że zaledwie kilka dni temu po bruku Królewskiej Przystani zaczął stąpać ktoś, kogo Aerys obawiał się najbardziej - jego własny brat, Maegor. Żmija na własnej piersi uchowana, która nigdy nie kryła swych pretensji do Żelaznego Tronu, mając jednocześnie czelność traktować Ravath jak… kobietę. Złość w królu mieszała się z nienawiścią, zdenerwowanie z obawami, a jeśli wszystko to doprawimy problemami na południu Westeros, otrzymamy Aerysa, który jest jeszcze bardziej egocentryczny, nieznośny i przewrażliwiony na punkcie własnej władzy niż zwykle. Gdy otworzył drzwi do komnaty sypialnej, gdzie wszystkie noce od początku małżeństwa spędzał w samotności, nie spodziewał się, że ujrzy tam samą zainteresowaną. Owszem, kazał posłać jednego ze swych Gwardzistów po Ravath (niezwykle romantyczne), nie sądził jednak, że ta tak łatwo wykona jego polecenie. Aerys zawsze uważał swą siostrę za posłuszną, choć nieco upartą osobę. A skoro do tej pory tak skutecznie unikała zbliżenia ze swoim mężem i bratem… król nie zaszczycił jej ani jednym, zbędnym spojrzeniem. Zaledwie na ułamek chwili zawiesił wzrok na królowej, starając się dojrzeć w niej coś, co mogłoby zapoczątkować rozmowę, po czym odwrócił spojrzenie, kierując je na złoty dzban z winem stojący na stole.
- Wyglądasz dziś pięknie, pani. - rzucił bez cienia zainteresowania w głosie, nalewając do kryształowego pucharu złotego, arborskiego wina. Czy jednak aby na pewno w dostatecznej mierze zadbał o obojętność? Może… może wychwyciła w jego głosie tą jedną fałszywą nutę, ten niepożądany dźwięk, który zdradzał prawdziwe odczucia Aerysa? Władca zwilżył usta w czerwonym trunku, powoli odwracając się w stronę przestronnego łoża, na którym napięta niczym cięciwa łuku siedziała jego małżonka.
- Lubisz wino, Ravath? - zapytał król nagle, obracając w palcach półprzeźroczyste naczynie. Trunek mieszał się w środku, wytwarzając na powierzchni delikatne fale. - Wszyscy lubią wino. Głównie ze względu na smak i działanie na organizm. Pomaga odpędzać troski. - dłoń Aerysa zamarła w bezruchu, kiedy odbił się od pięknie rzeźbionego, dębowego stołu, ruszając w stronę żony.
- Cóż, na całe szczęście ja nie jestem wszystkimi. - dodał pod nosem, kładąc nacisk na wybrane słowa, unosząc puchar do ust i pociągając z niego spory łyk alkoholu. Odległość między nim a łożem malała z kroku na krok. - Wiesz, dlaczego lubię wino? - Aerys zatrzymał się w pół kroku i uniósł kryształowe naczynie delikatnie w górę, pozwalając, aby oświetliły je płomienie świec. Czerwony trunek zalśnił w blasku ognia, rzucając na twarz króla rubinowe plamy, zupełnie jak…
- … krew. - szepnął cicho, z niezdrowym blaskiem lawendowych oczu przyglądając się królowej. - Wino przywodzi mi na myśl krew. A krew to życie… lub śmierć. - na bladych ustach zaigrał lekko uśmiech, gdy Aerys opuścił dłoń z pucharem i zawieszając wzrok na twarzy swej żony. Dla wielu mogłaby być piękna, tak zimna i niedostępna… być może dla samego króla także stanowiła kanon urody, choćby dlatego, że w jej lśniących, pustych niczym u lalki oczach widział swoje odbicie.
- Wstań. - polecił szeptem, stawiając kolejne kilka kroków w jej stronę. Pragnął jej. Tutaj. Teraz. Zaraz. Dotyku zimnej skóry, miękkości piersi, wilgotności ust… ale nade wszystko, chciał ją ujrzeć. Całą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
http://www.czart.aaf.pl
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
58
Join date :
29/04/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Czw Lis 07, 2013 5:48 pm

No tak. Aerys nie mógł w żaden sposób zawieść królestwa, on? Choć raz miałby zadziałać niekonwencjonalnie i nietypowo? Miałby zerwać z etykietką typowego władcy? Skądże znowu. Dokładnie wiedział jak działać by naprawić wszystko co owej naprawy wymagało, a dziedzic wydawał się być najlepszą, z dostępnych "kropelek" na rynku dzisiejszego Westeros. Wszak, kto mógłby bardziej przerazić i zniechęcić wroga niźli nie potrafiące samodzielnie funkcjonować, oślinione i zapłakane niemowlę? Po raz kolejny Ravath stwierdziła, że znalazła się na nieodpowiednim miejscu, bo kompletnie nie rozumiała całego tego szumu wkoło Żelaznego Tronu. Owszem... każde spojrzenie na majstersztyk królewskich rzemieślników przyprawiało ją o dreszcze, nie była jednak pewna czy były to dreszcze oznajmujące jej gorące pożądanie czy najzwyklejszy w świecie strach i obawę. Chwila oczekiwania dłużyła się przyprawiając królową o gwałtowne uderzenia serca i drżenie chłodnych rąk. Mimo wszystko, po wyproszeniu gwardzisty, siedziała na królewskim łożu niewzruszona, beznamiętna, nie pokazując żadnych, nawet najmniejszych emocji. Brak oznak słabości był chyba jednym z jej największych atutów, umiejętności aktorskie nie raz i nie dwa uratowały ją przed odniesieniem totalnej porażki, zmarnowaniem życia, o ile nie było już dostatecznie zmarnowane. Myśli Targaryenówny odleciały w nieznane, buszując beztrosko po zakątkach najlepszych wspomnień kobiety, zupełnie tak, jakby miało ją to uchronić przed nieuchronnym, jakby jej życie miało dobiec końca a najszczęśliwsze momenty były jedynie ukojeniem, czymś co pozwoliło zapomnieć o bólu. Nie umierała, nie popadajmy w dramatyzm, ale kończyło się dla niej coś bardzo ważnego, coś, czego nie potrafiła określić. Już dawno zapomniała jak to jest być wolnym, mieć własne zdanie, możliwość działania wedle własnego upodobania, wedle własnej zachcianki. On jej ją dawał. Dawał jej poczucie tego, że jest zdolna do wielkich rzeczy, że co ważniejsze, może je osiągnąć bez niczyjej pomocy, wystarczyło by tylko uwierzyła. Ale teraz go nie było, nie było go już od dawna i każda cząstka jej walecznej duszy z dnia na dzień wywieszała białą flagę, poddawała się dworskim konwenansom, obowiązkom, stawała się uległa, bardziej posłuszna, zwyczajnie obojętna. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę i minuty na minutę zatracała siebie. To najbrutalniejsza z możliwych tortur. Pozbawić osobowości.
Kiedy drzwi do komnaty otworzyły się, drgnęła jedynie, nie spoglądając jednak w ich kierunku. Dobrze wiedziała, czyje przyjście ogłasza skrzypiący zawias w drzwiach i głuche echo naciskanej klamki. W głowie miała ten uśmiech, dumny, nieco cyniczny, grymaśny. Lawendowe oczy przyozdobione jasnymi rzęsami, nie kryjące odrazy do wszystkiego co się rusza. Postawne ciało z wyższością przemierzające korytarze, dające do zrozumienia, że to ono jest wszystkim, a wszystko... niczym. Tak, Aerys był kimś przy kim wszyscy zatracali swoje prawdziwe ja, starając się upodobać, wpasować w humor kapryśnego króla bądź zwyczajnie pragnąc mu nie podpaść. A ona? Ona uśmiechała się tylko, będąc na jego zawołanie nie koniecznie o tej porze o której sobie zażyczył, nie koniecznie w takim humorze i z takim nastawieniem jakiego od niej pragnął, ufając, że to wystarczy by jakkolwiek przeżyć u jego boku. Nie narzekała, ale on dobrze wiedział, że nie pogodziła się z obecnym stanem rzeczy, a co więcej, że nigdy się z tym nie pogodzi, że nie będzie żoną idealną. W końcu najpierw byli rodzeństwem i nie było dnia by nie spojrzeli na siebie nieprzychylnym spojrzeniem, zupełnie tak jakby już wtedy czuli, że nic nie uchroni ich przed wspólną przyszłością.
- Dziękuję Mój Królu, to niecodzienne słyszeć tak przychylne słowa z twoich ust. - rzuciła, spuszczając spojrzenie i mechanicznie wlepiając je w palce błądzące po bordowym materiale. Kiedy zaczął mówić o winie spojrzała na niego niepewnie. Nie, zdecydowanie nie miała zamiaru wdawać się z nim w przyjacielską pogawędkę, nie miała zamiaru grać w jego gierkę. Ani trochę nie podobała jej się wizja siedzenia tutaj, ani trochę nie odpowiadało jej jego towarzystwo, a on? On robił wszystko by ją zirytować, choć możliwe, że nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Za dobrze go znała? A może już dawno go osądziła i nie zamierzała zmienić zdania nawet jeśli jego osoba uległa modyfikacji? Nie ważne. Każdy jego krok powodował szybsze bicie serca. Nie była to oznaka podniecenia. Nie była to oznaka pożądania. Ravath zwyczajnie się bała. Bała się... jak nigdy. Po chwili wahania podniosła się z łóżka, ze spuszczoną głową stanęła na przeciwko Aerysa. Nie chciała dać mu tej satysfakcji. Nie dziś. Po prostu nigdy. Przecież to tylko... seks. Czuła na sobie jego spojrzenie, czuła jak oddech odbija się od jej włosów. Podniosła wzrok, teraz hardy i bystry, przepełniony iskrami, które mogły znaczyć wiele. Drobna dłoń królowej przejechała wzdłuż zwiewnego, półprzezroczystego materiału sukni, przez dekolt ku obojczykom i ramieniu. Jednym precyzyjnym ruchem odpięła metalową spinkę trzymającą materiał w całości, a gdy ją odpięła... no cóż, materiał nie miał się na czym trzymać. Nim opadł zupełnie, owinął się wokół jej biustu, następnie bioder, dopiero później zakrywając stopy, a Targaryenównę stawiając w sytuacji bez wyjścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Nie Lis 10, 2013 10:39 am

Król nie był zwykłym człekiem, to wiedzą wszyscy. Musiała go charakteryzować silna wola przetrwania, w przeciwnym bowiem razie nie zostałaby władcą… a z pewnością nie takim, który budzi obrzydzenie we własnej żonie. Czy rzeczywiście było to prawdą, czy nie, Aerys piął się powoli, lecz konsekwentnie po drabinie władzy, przeżywając kryzysy, przeżywając wojny, przeżywając - ponieważ nie formował aliansów i nigdy nie szedł na kompromisy - wszelkie zagrożenia, by wreszcie w 262 roku po lądowaniu Aegona Zdobywcy, uchwycić koronę dłońmi splamionymi krwią.   Poważnym źródłem jej sukcesu była szczególna natura drugiego pod względem ważności instynktu króla -  instynktu płciowego. Albowiem Aerys należał do najrzadszego pod względem upodobań typu. Był w łożu sadystą. Historie o nielicznych kobietach, z którymi spał władca, były zbyt dobrze udokumentowane, aby w nie powątpiewać. Może stosunek płciowy sprawiał mu satysfakcję fizyczną, lecz narzędzie nie miało znaczenia. Seks był dla króla wyłącznie zachcianką, a neutralność psychologiczna i fizjologiczna uwalniała go od brzemienia bardzo wielu ludzkich emocji, sentymentów i pragnień. Neutralność seksualna jednostki to esencja oziębłości. Urodzić się z czymś takim to rzecz zaiste cudowna. Aerysa nie interesowali ludzie - nawet własne rodzeństwo. W jego słowniku nie miały też miejsca kategorie „dobra" i „zła". Wszyscy ludzie byli dlań pionkami na szachownicy. Interesowały go tylko ich reakcje na ruchy innych pionków. By przewidzieć owe reakcje, co stanowiło zasadniczy zrąb jego obowiązków, należało rozumieć cechy osobowe. Podstawowe instynkty były zawsze takie same: samozachowawczy, płciowy i stadny - w takim właśnie porządku. Temperament jednostki określa w znacznej mierze stosunek między siłą jej emocji a sentymentów. Charakter wynika w wielkim stopniu z wychowania. No i, rzecz jasna, życie i zachowanie ludzi warunkują po części ich fizyczne zalety i ułomności. Z pomocą tych właśnie elementarnych klasyfikacji chłodny umysł Aerysa analizował kobietę… nie - swoją siostrę i żonę, stojącą naprzeciwko. Król dokonywał podobnego podsumowania już po raz może setny, nigdy jednak nie zdołał pojąć, co tak naprawdę kryje się w tym spojrzeniu. Czasami miał wrażenie, że królowa patrzy na świat wzrokiem maślanym i pustym jak u krowy. Innym razem, tak jak teraz, w jej wzroku pojawiały się iskry inteligencji i przemyślności… to właśnie wtedy paranoiczna część władcy dochodziła do głosu, sugerując mu, że pewnego dnia królowa wbije mu złotą spinkę w oczodół. Ale nie potrafiłaby tego zrobić. Nie ona.
Aerys zbył milczeniem odpowiedź Ravath. Jej słowa, do granic formalne, jedynie zagrały mu na i tak zszarganych nerwach… a przecież nie chciał, by ich pierwsza wspólna noc skończyła się jeszcze przed tym, nim do czegokolwiek doszło. I to tylko z powodu kaprysu króla. Władca zacisnął więc jedynie usta i postanowił przełknąć gorzką pigułkę, jaką zaserwowała mu małżonka, jednak w myślach obiecał sobie solennie, że podejmie próby zmiany jej nastawienia. Wszystko jest lepsze od obojętności, nawet nienawiść. Te i inne pomysły wywietrzały mu z królewskiego łba równie prędko, co się pojawiły, gdy tylko…
… gdy tylko co? Gdy ujrzał nagie ciało królowej i zaczął używać do myślenia innej główki? Gdy obserwował, jak smukłe palce przejeżdżają po gładkiej jak jedwab skórze? W tym momencie Ravath była bardzo piękna w ten zuchwały i beztroski sposób, jak gdyby zachowywała dla siebie swą urodę, nie przejmując się tym, co sądzi o niej Aerys; ironiczne uniesienie pięknie zarysowanych brwi nad szerokimi, prostymi oczyma o dość wzgardliwym wyrazie zdawało się mówić: „Naturalnie. Możesz spróbować. Ale obyś mnie nie zawiódł”. Jej oczy, rzecz nieczęsta, mieniły się w świetle świec barwami - jak klejnot, który zmienia kolor w zależności od oświetlenia; przechodziły przez gamę odcieni od jasnoróżowego do głębokiego fioletu. Te oczy patrzyły teraz beznamiętnie w podłogę. I to przelało czarę goryczy - długie, zimne palce Aerysa ujęły podbródek Ravath, przemocą unosząc jej głowę w górę i zmuszając, by królowa wbiła oczy wprost na wykrzywioną w niezadowoleniu twarz swojego męża.
- Patrz na mnie. Przez cały czas patrz. - chrapliwy głos, który wydobył się z jego gardła, świadczył o najwyższym stopniu irytacji… i podniecenia. Nim Smoczyca zdołała pojąć, co się dzieje, usta jej męża wpiły się w jej gładkie jak puch wargi gwałtownie, zaś wypielęgnowane, w niektórych miejscach poranione przez ostre krawędzie Żelaznego Tronu dłonie przesunęły się po nagich ramionach Ravath, zatrzymując dopiero, gdy dotarły do obojczyków.
- Pieprzyć konwenanse. - warknął Aerys bardziej do siebie, niż do królowej i jednym, stanowczym ruchem popchnął ją na łóżko. Zaledwie chwilę później biodrami przycisnął Ravath do miękkiej pościeli, obie jej dłonie trzymając po obu stronach szlachetnej głowy w żelaznym uścisku. Usta króla ponownie odnalazły drogę do warg żony i wylądowały na nich, jak ongiś Aegon na Smoczej Skale. Aerys mógłby polubić taką królową - bezradną i bez możliwości ucieczki, którą wykluczają napierające biodra władcy. Nawet przez materiał szaty, w którą Targaryen nadal był odziany, Ravath mogła poczuć na swym brzuchu nabrzmiałą erekcję męża. Znieruchomiał, patrząc na nią oczami rozświetlonymi ekstatycznym triumfem.
- Jeśli nie dla mnie, zrób to dla naszego przyszłego potomka. - wyrzucił z siebie cicho król, przenosząc dłoń na kolano królowej, skąd jął piąć się wyżej, wyżej… i wyżej. Czekał na przyzwolenie? Być może. Być może sam nie był pewien, czego po niej oczekiwać, a nade wszystko - nie chciał definitywnie sprawdzić prawdziwości krążących po Królewskiej Przystani plotek. Gdyby okazały się prawdziwe, nie odpowiadałby za swoje czyny… które i tak po chwili straciły coś z początkowej opieszałości - wszak król nie należał do najbardziej cierpliwych osób. Kiedy więc tylko był pewien, że jego smok obudził się do życia i był gotowy zionąć ogniem wprost do jaskini królowej, Aerys natychmiast przystąpił do działania - jego palce z zaskakującą sprawnością rozsupłały węzeł spodni, a do tej pory cichy oddech przerodził się w głośniejsze, pełne podniecenia posapywanie. Już po chwili co miało zostać uwolnione, uwolnione zostało, a blade i gładkie niczym mleko w kance uda Ravath rozchyliły się przed napierającymi biodrami jej męża i brata...


... to zaś, co zaszło potem, szlachetni lordowie i zacne damy, to wyłącznie sprawa pomiędzy parą królewską! Dość nam wiedzieć, że smok Aerysa spełnił swą powinność i z zaskakującą celnością rozniecił w podbrzuszu królowej istny pożar! Kto wie, czy akurat ta pożoga po raz pierwszy w historii miast nieść zniszczenie, zaowocuje nowym potomkiem rodu królewskiego? Kto to wie, mili poddani?
Po wszystkim zaś, gdy tylko król spełnił swą powinność, zrobił to, co najbardziej leżało w jego naturze - sturlał się z królowej, którą zaledwie chwilę wcześniej wypełnił swym nasieniem, narzucił na siebie ciężki szlafrok, zawiązał go w pasie po czym bocznym wyjściem opuścił sypialnię. Bez słowa pożegnania. Podziękowania. Nawet bez pocałunku na do widzenia. Smok zimniejszy niż Mur...

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Nie Maj 22, 2016 10:23 pm

Płonący w kominku ogień śpiewa i wzdycha – jego cienkie, krwawe płomienie błyskają czerwono i plują w górę długimi jęzorami pomarańczowego żaru.
Ogień władał tym miejscem od ponad dwóch setek lat, tak jak przedtem władał nim jego ojciec bór, wcześniej babka morze, a przed nią zapewne jej najdalszy przodek - skały. Miło jest ich sobie wyobrazić, jak na przemian kurcząc i prostując własną potęgę ustępują przed biegiem historii, przed ciężarem dziejów. Jakiś żywioł zawsze tu był — poza tymi rzadkimi okresami, kiedy nastawała zima. Wtedy życie zamierało, świat pogrążał się w stagnacji, najbardziej gorliwe ciepło stawało się osowiałe i obumierało.
W królewskiej komnacie panowała idealna cisza.
Czy ktoś chciałby zajrzeć do jej wnętrza? Zmącić tę sakramentalną chwilę prywatności? Czy jesteście takimi zatwardziałymi podglądaczami? Tak – raczej tak. Po co w przeciwnym razie podchodzilibyście tak blisko drzwi z dębowego, starego drewna, tak blisko okien z chłodnymi szybami? Zajrzyjcie. Zmąćcie. Taką macie naturę.
Za szerokim oknem, pod ciężkim, atramentowym niebem, świat pogrążał się w perfekcyjnym mroku. Rhaenys wiedziała, że [i]on[i] jej się przygląda - w taki sposób, w jaki zawsze przyglądali się jej mężczyźni. Przygryzła koniuszek srebrnych włosów - głupi dziecinny nawyk, którego nie umiała się pozbyć. Wilgotne pasemko opadło jej na nagi obojczyk. Pogładziła szybę opuszkami palców i poruszyła biodrami, ocierając się o biel marmurowego parapetu. Zawsze odczuwała taką pokusę w bliskości tego kamienia, który niczym fiszbiny gorsetu przecinał kolejne okienne wnęki.
Marmur był tak jasny, czysty i niewiarygodnie chłodny, jak mknące ku morzu świetliste węże. Nieskazitelne. Doskonałe. Niechybne.
Po plecach Rhaenys przeszły ciarki, gdy spojrzenie Aerysa prześliznęło się po jej ciele. Czuła na sobie zimne, fiołkowe brzemię tego wzroku; wyprostowała ramiona, żeby się pod nim nie ugiąć. Teraz wpatrywał się w okolice jej krzyża, gdzie srebrno-czarna koszula nocna rozpływała się kaskadą starannie upiętych jedwabnych sznurków i cynowych łańcuszków. Obserwował jej ciało pod sznurkami, zagięcie nóg, sklepienie ud, odbicie poruszających się ust w szybie. Mgiełkę oddechu na szkle. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że uśmiecha się pod nosem: blado, jak zjawa, bez cienia rozbawienia, za to z pełną świadomością, że może wszystko.
Odwróciła się. Koniuszki srebrnych jak księżycowe światło włosów prześliznęły się po wyprostowanej linii pleców.
Nie był zaskoczony ani zgięty wpół z pożądania. Patrzył na Rhaenys nieporuszony, z wyważonym, słodkim uśmiechem, jak bohater zaginiony w jakiejś dawnej wojnie. Uniósł brew, ale minimalnie i bardzo szybko, tak że później nikt nie mógłby mu zarzucić, że naprawdę to zrobił.
Znała ten wyraz twarzy. Imiona nic nie znaczą — ot, zwykłe zbitki głosek — ale tym, którym podobał się zarys jej talii, jej imię często wydawały się znaczące, tak jakby miały nieosiągalną dla innych głębię.
Ciszę przerwał charakterystyczny, niemal nieuchwytny szelest zsuwanej z ciała szaty – materiał opadł na posadzkę bezwładnie i pozostał  na niej milczący, nieruchomy, jak zapomniany przez Bogów okruch świata; Rhaenys przestąpiła nad czarno-srebrną koszulą i ledwie chwilę później opadła na lekki puch poduszek. Miękka pościel otulała nagie cało szczelnie, jak biały obłok, w którym można się zanurzyć i bezpowrotnie zniknąć.
Dopiero teraz zrozumiała własne zmęczenie.
Było jak studnia, na której dnie zagnieździł się mrok – zbita, czarna masa nawoływała, by w nią opaść, by wskoczyć i nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego, wystarczył wyłącznie jeden, drobny krok, wystarczyło zamknięcie powiek, a później…
Nie spała. Nie mogła. Nie powinna.
Spod zasłony jasnych rzęs obserwowała Aerysa.
Wciąż siedział skoncentrowany, nie odrywał od niej wzroku. Nie była to żadna nowina w jej uporządkowanym świecie: związki międzyludzkie wymagają wiele czujności i uwagi. Trzeba je podtrzymywać, świadomie umacniać. Trzeba pogodzić się z myślą, że ta konkretna relacja będzie przeprawą przez usnutą kolcami ścieżkę. Oboje byli przecież pionierami – i zupełnie jak pionierzy zakradali się na granice swych prywatnych światów, dziwnych, niepojętych światów wewnętrznych, pełnych niepowtarzalnych zwyczajów, dźwięczących językiem, który brzmi podobnie do powszechnego języka, ale w rzeczywistości jest zupełnie obcy.
To miejsce nie mogło być rzeczywiste. To małżeństwo również. Czy zebrani w Wielkim Sepcie Baelora goście nie wiedzieli o tym? Nie domyślili się? Tutaj, w Królewskiej Przystani, nic nie było realne - wszyscy patrzyli i patrzyli na miasto, otwierali szeroko oczy, usilnie starali się zapamiętać, zapisać w powieściach, bez chwili przerwy. Tyle tylko, że kiedy tak na coś patrzymy, zabijamy to. To jak z mrówką pod szkiełkiem sprowadzonym z Myr.
Nie ma już Królewskiej Przystani, nie ma realnego życia, nie ma wolności.
Dla Rhaenys pozostało wyłącznie unoszenie się w czarnych odmętach i obserwowanie życia innych ludzi, gdzie u niej tkwi wyłącznie ziejąca pustka. Jakie to ma znaczenie, co robimy w takim miejscu? Z kim bierzemy ślub? Czy kłamiemy? Czy kłamiąc – mówimy prawdę?
- Pamiętasz dzień, w którym posiadłeś mnie po raz pierwszy? – smutny cień uśmiechu przemknął przez miękkie usta, kiedy obróciła się na brzuch, by mógł ją obejrzeć jak wymagający pilnej konserwacji rękopis. Wtuliła twarz w poduszkę, wciągając w nozdrza ledwie uchwytną woń lawendy i chłodnego wiatru, na którym jeszcze dzisiaj suszyła się pościel. Nie czekała na odpowiedź – i tak by jej nie udzielił. - Był srebrzysty wilgotny dzień. Długie, wąskie chmury wałkowały się po murach Smoczej Skały równiutko, jakby wiedzione ręką Bogów. Obserwowałam, jak ptaki gromadzą się na blankach i chwytają pierwsze najmniejsze krople deszczu, które wszystkie skrzydlate istoty lubią najbardziej, wiedząc, że są jak malutkie winogrona pękające na języku.
Poduszka skryła cień uśmiechu, który wpłynął na usta niby zbłąkany obłok – wspomnienia wciąż pozostawały żywe, być może znacznie bardziej żywe od rzeczywistości, która ich otaczała. Nie chciała myśleć, że jest samotna czy — jak by to powiedziała jej matka — schowana w skorupie jak żółw, tylko że absorbuje ją zadanie poważniejsze niż drobne ludzkie spory i kolekcjonowanie drobnych zwycięstw.
Dla Rhaenys od zawsze liczyły się wyłącznie triumfy absolutnie - zaś dzisiejsza noc bez wątpienia zaliczała się do jednego z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Pią Cze 03, 2016 8:56 pm

Nie myśl, że przede mną uciekniesz.
Ciężkie spojrzenie spoczęło na idealnym ciele.  Żadnych uchybień, żadnych niedoskonałości, żadnej plamki na alabastrowej wirtuozerii skóry. Stała odwrócona tyłem do niego, tak że widział zgięcia jej kolan. W pierwszej chwili po prostu prześliznął się po nim wzrokiem; była przecież spowita w półmroku, tworzącym na jej ciele przypadkowe, skomplikowane wzory. To coś jednak przyciągnęło jego wzrok ponownie: splot cienkich, sinych linii, niczym stara mapa skonstruowana z błękitnych, delikatnych żyłek. Wiły się na łydce tworząc niewielkiego siniaka, takiego, którego można nabić przez zwykłą nieostrożność.
Znajdę cię wszędzie. Nie ma takiego miejsca, takiej nory na tym przeklętym świecie, w której byłbyś przede mną bezpieczny.

Gdy zsunęła z ramion materiał, ujrzał perfekcyjne piersi – zgrabne, jędrne, sterczące, jakby nawoływały, chcąc zwrócić na siebie uwagę. I zwracały. Kiedy przestał na nie patrzeć, poczuł trudną do wyjaśnienia pustkę, jak gdyby odebrano mu coś szczególnie cennego.
I nie zapomnij – mam po swojej stronie czas.
Własna skóra wydawała się mu gorąca, rozpalona, zbyt ciasna, żeby pomieścić kości. Nie potrafił zdobyć się na jakikolwiek ruch, ceremoniał pozostawiając Rhaenys. Dla niej była to wyłącznie rutyna, konieczność, która miała przypieczętować to małżeństwo. Nie mógł jej za to winić.
Siebie też nie mógł winić.
Byli jak części tej samej machiny – by ta w pełni mogła funkcjonować, oboje musieli współpracować i wykazywać się inicjatywą. Obopólne działanie przynosiło wymierne efekty, nad którymi wspólnie pochylali głowy, nad którymi pracowali w pocie czoła… aż do dzisiaj.
Aż do teraz.
Wciąż i wciąż obserwował jej miękkie ruchy – wyłącznie kobieta mogła tak miękko opaść w pościel, wyłącznie kobieta mogła przeobrazić zwykłe poprawianie włosów w kipiący intymnością gest, wyłącznie kobieta mogła uśmiechać się ze smutkiem kogoś, kto doskonale zna dzień i okoliczności swego końca.
Targaryen pogardzał sobą – pogardzał własną słabością, która uniemożliwiała mu ucieczkę przed doskonałym ciałem, fioletem spojrzenia i ciepłem skóry. Nawet, gdyby chciał podjąć walkę (nie chciał), nie potrafiłby uciec przed Rhaenys.
W tej komnacie był wyłącznie jeden drapieżnik – i nie był nim Aerys.
Pamiętasz dzień, w którym posiadłeś mnie po raz pierwszy?
Droczyła się, zadając podobne pytania. Wiedziała, że on pamięta i że nie odpowie na pytanie, zbyt pochłonięty wspomnieniem tamtego dnia, bo – choć minęła dekada – ono żyło jak nieuchwytny, rozbestwiony twór, wymykający się każdej próbie usunięcia z organizmu. A być może – tylko być może – Aerys nie chciał zapomnieć. Nie chciał zepchnięcia tamtych chwil w odmęty pogardliwej niepamięci. Nie chciał wymazać momentu, gdy wsunął rękę pod suknię Rhaenys
była taka młoda i ciepła, i niepewna, ale nie odmówiła, nie odepchnęła go od siebie
i ukradkiem, zapalczywie przycisnął do niej palce. W pobliżu nie było nikogo, słońce świeciło biało jak szron, wpadało do wnętrza komnaty przez uchylone kotary – nagle leżeli na splątanej pościeli, Rhaenys rozchyliła nogi, wpuszczając go do środka, i zamknęła oczy, napawając się rześkim dniem, wilgotnymi pocałunkami i wrzącą niecierpliwością. Aerys nie mógł zaczerpnąć tchu, zamiast powietrza czuł w ustach winno-sasafrasowy smak warg Rhaenys i dotyk jej ostrych, drobnych, białych zębów. Poczuł, że się przewraca, przechodzi z bieli w czerń, rozpływa się, przepada bez śladu.
Doskonale pamiętał, lecz ona miała rację – nie powiedział choćby słowa.
Dźwignął się jedynie z głębokiego fotela, czując, jak krew w ciele nabiera gęstości, przeobraża się w płynny ogień pulsujący pod skórą równymi falami – dzieląca ich przestrzeń stała się gęsta i skwiercząca, i choć Aerys powtarzał sobie w duchu, że to nierozważne i nierozsądne, zagłębił się w tym rozgorączkowanym, obłąkańczym powietrzu, żeby się w niego zagłębić, wniknąć w usta Rhaenys i pod jej skórę. Wystarczyło ledwie kilka kroków, by znalazł się przy łóżku i kolejne kilka ruchów, by kamizela, koszula, spodnie i buty spoczęły na ziemi, tuż obok srebrno-czarnej koszuli, tak delikatnej i lekkiej, jakby była zagubioną w świecie żywych zjawą.
Ona wtuliła twarz w poduszkę, a on pocałował srebrne pasma włosów, które spływały na plecy jak kaskady księżycowego światła.
- Pamiętam – zaskoczył go jego własny ton - głos spływał mu z gardła jak skórka z obranego czarnego owocu. Wziął głęboki wdech i wyszeptał w jej włosy: - Powiedziałaś wtedy: czy można mówić o zwycięstwie za każdym razem, gdy koń macha ogonem, aby przepędzić muchy? Natrętne owady zawsze wracają, kuzynie.
Jedną ręką odgarnął na bok włosy Rhaenys, spojrzeniem napotykając gładką szyję, która zawsze wydawała mu się nieco zbyt długa jak na właściwe ludzkie proporcje. Aerys przytknął usta do jej skóry, smakując gładkie, gorące ulice rozkoszy - zamknął oczy, przesunął drżącymi rzęsami po drogach i zaułkach, wędrując niżej, w dół linii kręgosłupa. Jego język był jak pieczęć, odciskająca na skórze wzór pożądania. Królowa próbowała odwrócić się na plecy, ale powstrzymał ją; nie zniósłby jej spojrzenia.
Nie teraz.
Całując gładkie uda, wsunął ręce pod brzuch Rhaenys i wyszeptał jej imię z gorliwością septona-odstępcy. Przycisnął policzek do boku jej szyi, przyspieszonymi oddechami odmierzając upływ czasu – gorące, miękkie uda rozsunęły się pod wpływem coraz bardziej natarczywego dotyku, były jak bramy twierdzy zdobytej po zbyt długim oblężeniu, a Aerys – spragniony azylu, który oferowały – nie potrafił dłużej się opierać.
Gdy w nią wszedł, była cicha i miękka, jak stronice książki. Pchnął mocno, chcąc ją zmusić do krzyku, a nawet skrzywdzić, byle tylko wypowiedziała jego imię, jęknęła, cokolwiek - ona jednak milczała, a on… on nie umiał jej zmusić do tego, by wydała z siebie jakiś dźwięk. Gdy zacisnął dłonie na szczupłych biodrach, unosząc je nieznacznie do góry, dostrzegł rzucone przez ramię spojrzenie. Miała dzikie, rozpłomienione oczy, ale oddychała spokojnie przez ten swój wąski, drobny nos, wczepiwszy się w Aerysa spojrzeniem fiołkowych oczu jak zębami. Była ciasna w środku i na zewnątrz. Otaczający go nacisk groził wyciśnięciem mu duszy przez czubek głowy. Wrzasnął w nią, nie mógł się powstrzymać - krzyczał w ciemność pustego domu, w ciasny wewnętrzny świat Rhaenys o smoczym sercu, potężnej, dostojnej bestii, która zadygotała, gdy nagle obrócił ją na plecy i – nie czekając, aż bezpiecznie złoży głowę pośród miękkich poduszek – ponownie w nią wtargnął.
Napierał mocno, całym ciałem, jakby pragnął wypełnić królową własną nienawiścią – ona jednak, zamiast krzyczeć, ukąsiła Aerysa wściekle w policzek i przytrzymała jego skórę kłami, czekając, aż Targaryen dojdzie, jakby tłukło się w nim szkło. Tymczasem to świat tłuk się wokół nich – z każdym przyspieszonym ruchem, z pchnięciem, które wprawiało w drżenie dębowe kolumny łoża, rzeczywistość rozmazywała się i drżała, jakby miała rozpęknąć w szwach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
142
Join date :
04/05/2014

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Czw Cze 23, 2016 9:01 pm

Nad Królewską Przystanią wschodzi zakrzywiony półksiężyc, oblewając bladością puste place i ciche mury Czerwonej Twierdzy. W żadnym oknie nie ma już światła. Jedynie świece w królewskiej komnacie palą się nadal bez potrzeby, któraś z nich ciągle mruga: jedno nic.
Próbując uciec przed spojrzeniem Aerysa, wpadała w jego siła – zaplątana pośród paradoksu tej chłodnej i jednocześnie kąsająco dusznej nocy nie potrafiła znaleźć żadnej drogi ucieczki. Kształt ust władcy Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi zarazem fascynował ją i przyprawiał o mdłości, a tak działała na nią tylko magia –w tym migoczącym, bladym, rozedrganym blasku ognia jego wargi lśniły na zmianę jasno i ciemno, były miękkie i miały surowy kształt. Rhaenys patrząc na Aerysa, czuła, że tak naprawdę go nie widzi, lecz dostrzega tylko te rzeczy, które odróżniają go od przeciętnego człowieka - wykwintność oblicza i dostojność zachowania. Mimo że ją przerażał, mimo że śpiąca Czerwona Twierdza poruszała się wokół nich i nasłuchiwała w napięciu, niewątpliwie śniąc o lepszym jutrze, królowa czuła, że doskonale zna swego małżonka, że Aerys już jest jej częścią i przypomina ją nawet kształtem ust i wygięciem rzęs. Gdyby w wolnym czasie tkała misterne ściegi na idealnej czerni jedwabiu sprowadzonego zza Wąskiego Morza, powstałby właśnie mężczyzna, który był tuż nad nią, wliczając nawet widmowy blask srebra we włosach. Dotychczas nie zdawała sobie sprawy, że pragnie tych wszystkich rzeczy, że - choć po prawdzie woli ciemne włosy i nieco okrutną twarz, że chce mężczyzny wysokiego, a ten zbliżający się do niej, ten, który całował ją po udach, może przyprawiać ją co najwyżej o dreszcze – jest w stanie podjąć tak daleko idące kompromisy. Upodobania gromadzone przez całą młodość w jednej chwili skrystalizowały się w jej umyśle, a Aerys Targaryen o rzęsach pokrytych śniegiem stał się ideałem.
Czuła na sobie nie tylko ciężar jego ciała, lecz również brzemię spojrzenia – patrzył na nią, odgarniając na bok włosy i kolejnymi pocałunkami piętnując bladość skóry. Obserwował ją nawet wtedy, kiedy schodził coraz niżej, przyglądał się jej w taki sam wyrachowany sposób, w jaki sowa przygląda się nornicy: ucieknie? Zacznie krzyczeć? Jak będzie smakować? Ile takich jak ona chowa się jeszcze w trawie?
Rhaenys zacisnęła wargi, blokując cisnące się na jej usta słowa – milczenie było najrozsądniejszą taktyką, cisza zaś jedynym towarzyszem Aerysa, który sięgał po to, co teraz prawnie posiadał. Wiedziała, że słowa były przeznaczone dla ksiąg i woluminów, nie należało wypowiadać ich na głos. Powietrze mogło je zniszczyć, rozerwać na kawałki, pozbawić znaczenia. Były kruche i delikatne, jak pszczoły. Jak pajęczyna. Dlatego milczała zaciekle nawet wtedy, gdy Aerys – zważając wyłącznie na siebie – wtargnął w nią ze stanowczością kogoś, kto nawykł do władzy absolutnej. Rhaenys zawsze uważała, że mężczyźni są trudni; stare, siwe ptaki siedzące na gałęzi, z wielkimi oczami i ostrymi ustami. Przeżuwali cię i przeżuwali tak długo, aż nie zostało nic ciekawego.
Ani na chwilę nie otworzyła ust, bez względu na to, jak się w niej poruszał – z każdym kolejnym pchnięciem rósł coraz bardziej, naglący i twardy, jak pocisk wymierzony w sam środek jej ciała. Mogła powstrzymywać usta, lecz nie potrafiła pohamować oddechu – ten stał się nagle prędszy, urywany, jak gdyby uciekała przed własnymi demonami w całkowitej, paraliżującej ciszy komnaty. Rhaenys pochwyciła jego spojrzenie, gdy obróciła lekko głowę i zerkała przez ramię – nagle jej wzrok starł się z jego wzrokiem, tak jak ryba chwyta haczyk, zupełnie jakby królowa z góry wiedziała, że to starcie jest nieuniknione. Nawet wtedy, gdy Aerys uniósł ją lekko i obrócił na plecy, nie wydała z siebie żadnego dźwięku – jedynie powoli, smakując umyślność tego gestu (będzie się nim napawała aż do rana), uniosła głowę i bez śladu goryczy czy złośliwości patrzyła prosto w jego błyszczące, lawendowe oczy, patrzy na policzki z pierwszym pocałunkiem odrastającego zarostu na skórze, na której pojawiają się pierwsze zmarszczki, kurze łapki. Spojrzenie Rhaenys było przeszywające i nieodparte, wstąpiła na tę drogę z wiarą septy i coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że sama musi przystąpić do brutalnego ataku, by Aerys mógł osiągnąć spełnienie – dlatego otworzyła usta jak wilk paszczę i wczepiła się delikatnie w skórę jego policzka, zupełnie jakby chciała rozerwać ją i znaleźć ukrywające się w środku, czekające na nią szczęście. Oplotła go udami, rozpalonymi, odrętwiałymi przez ból, jaki zadawał władca, oplotła nimi niby zaciskającymi się cęgami, które nie zamierzały go wypuścić; objęła go tak ciasno, że Aerys wbijał knykcie w jej biodra, napierając coraz mocniej. I wtedy królowa uniosła się na łokciu – prędko, sprężyście, by nie mógł zaoponować – po czym pocałowała go w usta, głęboko, mocno, z narastającym poczuciem straty… choć wiedziała, że nigdy mu się to nie podobało. Albo go to nie obchodziło. Co wolał dzisiaj?
Ponownie opadając na poduszki, brutalnie rozorała jego plecy paznokciami obu dłoni; miała nadzieję, że te ślady będą równie ciemne i okrutne jak jego dusza, jak szramy, które pokrywały to sczerniałe od nienawiści i szaleństwa serce.
Z jej ust zdołał się wyrwać wyłącznie jeden, cichy jęk i urywane
- Mój Panie…
gdy cisza przetoczyła się przez komnatę, po czym rozpadła na setki kawałków – tak, jak rozpadał się sam Aerys, gdy zadał jej ostatnie, znacznie słabsze niż poprzednio, pchnięcie, wypełniając tym samym gorącym, lepkim nasieniem. Te dwa słowa Rhaenys – sam ich kształt, leżący jej w ustach jak stara, spłaszczona figa - wyczerpało siły królowej. W coraz gęstszej ciemności wcisnęła twarz w niewielkie znamię na jego piersi, muskając je obnażonymi zębami – nie odezwała się jednak ani słowem, czekając, aż to on przemówi… bądź wyjdzie w milczeniu, co miał w zwyczaju.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Dragonstone
Liczba postów :
135
Join date :
03/09/2013

PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   Wto Lip 12, 2016 10:45 pm

Napój stojący na wykonanym z hebanu stoliku była gorzki i czerwony. Władca Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek pił coś podobnego, ale skoro przyniesiono wywar do królewskich komnat, musiał być smaczny.
I najpewniej taki właśnie był, choć Aerys nie czuł na języku smaku. Hibiskus z czymś tam. Z czerwoną pomarańczą? Nie był pewien. Król ujął w dłoń dwie niewielkie, symetrycznie okrągłe jagody, połknął je i spłukał ciemnokrwistym napojem. Dopiero teraz uderzyła w niego feeria posmaku, synteza złożona ze starych skórek pomarańczy, zasuszonych i obkurczonych jak łuski, oraz wilgotnej słodyczy głębokiego lasu. Spod przymkniętych powiem obserwował Rhaenys, która spoczęła na jego piersi z ufnością, jakiej nigdy by się nie spodziewał po kobiecie jej pokroju – choć z wszelkim prawdopodobieństwem nawet ten niepozorny przejaw bliskości był częścią wyrachowanej gry.
Poniekąd właśnie za to ją szanował.
We wpatrzonych w niego oczach barwy lawendy nie było śladu podstępu ani okrucieństwa. Nigdy nie była okrutna; raz z uśmiechem rozbawienia nazwała się jego zwierzakiem domowym, jego biednym, cierpliwym kotem, który nie prosił o mleko ani nie darł zasłon pazurami przez cały ten czas, gdy Aerys był zaręczony, później zaś ożeniony z Ravath. Lata płynęły z chrzęstem obracających się zębatek, a Rhaenys czekała – spokojna, stabilna i pewna niczym mur kurtynowy okalający Koniec Burzy. Spowici w milczenie trwają w bezruchu jedno, drugie, trzecie uderzenie serca, nie spieszą się, nie myślą o tym, co czekać będzie ich o świcie. O brzemieniu władzy, o spojrzeniach, szeptach, spiskach, zawiści, służalczości. Choć przez jedną noc, jedną, krótką noc są w pełni wolni – oddzieleni od królestwa drzwiami, labiryntami korytarzy i murami Czerwonej Twierdzy. Bezpieczni, nieuchwytni, żywi bardziej, niż kiedykolwiek.
Dłoń Aerysa przesunęła się po mlecznym jedwabiu skóry i zamarła dopiero na ciepłym, smukłym brzuchu królowej – Targaryen przez chwilę napawał się równym oddechem Rhaenys, który nieznacznie unosił rozluźnione mięśnie. Wdech. Wydech. Wdech. I wydech. Nie chciał zamykać oczu, obawiając się wyrytych na powiekach obrazów. Śmierć, ogień, odór płonącego, ludzkiego ciała, krzyki, strach, całe morze cierpienia – nawet dla niego było to zbyt wiele.
Zwłaszcza dzisiaj.
Uciekł myślami w odległe, tylko sobie znane ostoje. W świat, gdzie nikt poza Aerysem nie miał wstępu, w krajobraz, który wykreował sam, od początku do samego końca. W skrawek wspomnień okraszonych wyobraźnią – w zapuszczone, pokryte gęstym błotem w zimie, a w lecie – chwastami i kurzem miejsce. Tam, gdzie stare naczynia walają się po ziemi, a z kamiennych fortyfikacji, które budowali jego przodkowie zaklęciami, zostały tylko ruiny. Na końcu długiego podwórza rozpękła studnia, a dalej – pustkowie, pozbawione kresu, zadymione, pochłonięte przez ogień i zagładę pustkowie. To zadziwiający mariaż Starej Valyrii i dalekiej Północy, piasków Dorne i gór Zachodu – pośród ruin słychać ożywione szepty, zupełnie jak w skorupie twierdzy Crabbów. Gdzieś dalej wychwycić można ostrożny ruch. Badawczy. Przyczajony.
Aerys chciał wierzyć, że martwi ludzie i nie mniej martwe przedmioty podlegają innemu rytmowi, ponieważ nie mają myśli. A jednak czasami jedni i drudzy przemawiali do niego – jak wtedy, kiedy był jeszcze dzieckiem, a na gałęzi figi w Summerhall wisiała od lat zardzewiała miseczka. Może jakiś od dawna nieżyjący przodek Aerysa wyrzucił ją kiedyś z okna na wysokim piętrze zamku i spadając, utkwiła w gałęziach. Gdy tylko Targaryen przyjeżdżał tam w wolnej chwili, pokryta rdzą miseczka zawsze wisiała za kuchennym oknem. Minęło cztery, pięć lat. Nawet zimowe wichry jej nie strąciły, aż w pierwszy dzień wiosennego przesilenia Aerys na własne oczy widział, jak miseczka zsuwa się z gałęzi. Nie zrzucił jej wiatr, kot ani ptak nie poruszyły drzewem. Zadziałały potężne, nieznane mu prawa. Dojrzał moment, metal rozsypał się, naczynie stuknęło o ziemię.
Właśnie wtedy pojął, że przez wszystkie lata swego życia widział idealny spokój tam, gdzie cały czas trwał podskórny, ukryty ruch.
I miał nadzieję, że wkrótce podobnie będzie z dzieckiem, które rozwinie się w ciepłym, bezpiecznym azylu ciała Rhaenys.
- Powinnaś wypocząć, pani – w niewielkiej zmarszczce pomiędzy brwiami Aerysa tkwił niewyraźny cień namysłu, gdy dłoń władcy zsunęła się z brzucha królowej i powróciła na siedmiokrotnie błogosławioną jędrność jej piersi. – Od jutra będzie wyłącznie trudniej, każdego dnia coraz trudniej, aż pewnego dnia okaże się, że spośród wszystkich obowiązków władcy to śmierć będzie najłatwiejsza – coś w tonie głosu Targaryena – jakby znużenie pomieszane z poirytowaniem – sprawiło, że z Aerysa uleciały resztki sił, które gromadził od miesięcy. Zrozumiał, że w tym miejscu i o tym czasie może się poddać, może opaść w miękkość poduszek, zapomnieć o czyhających nań wyznaniach i zasnąć z pełną świadomością dobrze wykonanego obowiązku.
Zwłaszcza, gdy w grę wchodził obowiązek małżeński.

| podwójnie koniec.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Królewska sypialnia   

Powrót do góry Go down
 

Królewska sypialnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sypialnia 6
» Sypialnia Alexandry

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Włości Korony :: Królewska Przystań :: Czerwona Twierdza :: Komnaty rodziny królewskiej-