a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wąwóz



 

 Wąwóz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Wąwóz   Czw Lis 07, 2013 8:35 am

Znajdujemy się na zachodnim krańcu wąwozu. Wąwóz jest dość wąski, zmieści się w nim nie więcej niż pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu jeźdźców obok siebie, ciągnie się zaś na blisko dwie mile. Dzięki jego ukształtowaniu, widać jego drugi koniec. Ściany są strome, nie można na nie podjechać konno, można za to się na nie wspiąć. Otaczając nas skaliste góry, pełne załomów i wyłomów. Po wschodniej stronie wąwozu, góry ustępują kawałkowi równiny, skąd bardzo blisko jest do rzeki. Po moim wstępie, pisze Baratheon, a potem ja z decyzją, kto pisze następny.


Wojna, wojna, wojenka...
Dziwne były losy wojny na Południu. Choć trwała już od wielu dni, nie doszło jeszcze do jednego choćby starcia. Nie licząc kilku zwiadowców oraz kupców z Dorne, nie przelano jeszcze krwi jednego choćby żołnierza. Do tej pory, była to jedynie bezkrwawa partia szachów, gdzie dowódcy wytężali tęgie głowy, z roztargnieniem przyglądając się kolorowym mapom, rozmieszczając figury i zwykłe piony w strategicznych miejscach wielkiej szachownicy, którą stało się Westeros. Trystanne Martell i Baratheon bawili się w kotka i myszkę. Martell gonił, a Baratheon umykał. Jak długo mogło to jeszcze trwać? Żołnierze obu armii rwali się już do bitwy, dość mając całodziennych pochodów, niewygodnych noclegów, znużenia i fatygi.

Oczywiście, ludzie Baratheona mieli dużo mniej do narzekania jeśli chodzi o trudy podróży. Mimo iż nie marnowali czasu na rozbijanie obozowisk i spali niemal na gołej ziemi, to przynajmniej nie pędzili na złamanie karku i dostawali odpowiedni czas na wypoczynek. I zapewne to było powodem nieuniknionego, to jest zakończenia tej budującej nienawiść zabawy w berka. Gdy tylko stanęli u stóp wąwozu, który dla zaznajomionych z terenem żołnierzy Burzy zwiastował rychły koniec gór, powrócili zwiadowcy z tylnej straży.
- Panie! - o mało nie wypluli płuc. - Martellowie musieli maszerować nocą! Lada chwila będą na naszych tyłach!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Czw Lis 07, 2013 9:43 am

/ góry

Burza nadciąga jak rewolucja: leniwie i niepewnie. Wysuszony wąwóz. Wiatr pędzi tumany kurzu. Horyzont cały w czerni, w oddali widać błyski, dobiega ledwo słyszalny grzmot. A deszczu ani na lekarstwo. Ach, z jaką rozkoszą wojacy wystawiliby twarz pod ciężkie krople letniego sztormu! Ale nie będzie burzy. Jedyną burzą są oni sami, odziani w zbroje, z orężem w ręku i rządzą krwi w oczach. Zaschniętymi gardłami i twarzami unurzanymi we krwi wroga znowu będą wrzeszczeć „Hurraaa!". Tak jak podczas bitwy w Dolinie, gdzie ujawnili swą potęgę. Nikt się nie oprze uderzeniu piorunów, nikt nie będzie w stanie wiecznie stawiać czoła wściekłości Końca Burzy! Furia jest ich, z furią idą w parze, furię na rękach niczym pannę młodą noszą - i to furia po raz kolejny poprowadzi ich do zwycięstwa. Na całej szerokości wlotu do wąwozu stoi w zwartym szyku kwiat lekkiej konnicy Baratheonów. Ledwie kołysze się morze zakurzonych, spłowiałych złotych chorągwi z jeleniem w kornie. Konie nerwowo uderzają kopytami w wyschniętą ziemię, poruszają chrapami, wietrząc nadchodzącą śmierć - ich lub wroga. Rycerze rwą się do walki, sprawdzają broń, uśmiechają nerwowo, starają rzucać wybrednymi żartami - lecz nikomu nie jest do śmiechu. Milczący, nieruchomy jak głaz mąż w zbroi czarnej jak jego dusza nie odpowiada na zaczepki swych ludzi. Przyłbica opuszczona, jelenie rogi strzelające w górę z hełmu rzucają długie cienie na spieczoną słońcem ziemię. Wydaje się, że nic nie jest w stanie wyrwać go ze stagnacji… cóż, wydaje się.
Gdy tylko docierają do niego ludzie z tylnej straży z wieściami o zbliżającym się wrogu, coś ulega zmianie w postawie, w zachowaniu, w energii - dowódca prostuje się nagle, ściągając lekko lejce śnieżnobiałego rumaka. Koń porusza nerwowo łbem, gdy jeździec obraca go w stronę trzech tysięcy wyklętych wojaków. Tych, którzy przez całe dni maszerowali niebezpiecznymi górami, palili setki stosów i znosili wszelkie niewygody, by dotrzeć w to miejsce. By stawić czoła wrogowi… by zginąć na tej suchej, popękanej ziemi, która po tygodniach spiekoty w końcu zostanie zwilżona krwią umierających?
Słowa w takich chwilach są zbędne. Ani czas, ani okoliczności nie pozwalają na podniosły ton i heroiczne przemowy - wróg się zbliża. Wąwóz jest ostatnią szansą obrońców na pokonanie licznego wroga lub polegnięcie w chwale bitewnej zawieruchy. Czarny jeździec ze złotym jeleniem na napierśniku powoli, z właściwym zajmowanej przez siebie pozycji dostojeństwem, uniósł do ust róg - piękny róg tura, zdobiony na zakończeniach srebrnymi grawerami i dębowymi wstawkami. Nabrał powietrza do płuc, przymknął oczy… i zadął. Raz, ale porządnie.
Wąwóz poniósł echem dźwięk głęboki jak studnia, przejmujący jak mróz i burzący krew w żyłach jak widok nagiej królowej w sypialni - wnet trzy tysiące zmęczonych podróżą, choć po części wypoczętych ostatniej nocy wojów wyprostowało się w siodłach. Chorągwie Baratheonów powędrowały jeszcze wyżej, wyłapując niewielkie podmuchy ciepłego wiatru i rozprostowując się na jego powiewach.  Zagrzmiał róg, wyraźny sygnał zwiastujący nadchodzące starcie. Już nie potrzeba wojownikom wody ani deszczu. Ten dźwięk, to potężne echo w wąwozie - uskrzydla! Nie mogą jednak krzykiem wyrażać radości, nie mogą dać wrogowi dodatkowego atutu - niechże wie, że czekają, ale nie może się dowiedzieć, jak blisko! Na władczy gest dowódcy trzy tysiące lekkiej konnicy poderwało się do jazdy, prędko przemierzając długi wąwóz i docierając na jego drugi koniec. Znacznie dłużej zajęło przegrupowanie jazdy - blisko połowa musiała wykorzystać niewielką równinę na wschodzie, w stronę której wąwóz znacznie opadał i tworzył płaski teren. W pobliżu lśniły w słońcu wody rzeki, która cichym szumem zwiastowała, jak mało naturę obchodzą wojny ludzi - na wiele setek lat później ten sam ruczaj będzie toczył niebieskie odmęty, za nic mając tysiące tych wojów, którzy polegną lada chwila w pobliskim wąwozie. Tymczasem jednak - pozostaje czekać. Czekać, obróconym przodem do długiego jaru, stawiając czoła nadchodzącemu wrogowi. Armia Baratheonów, ustawiona w rzędzie po czterdziestu jeźdźców stojących strzemię w strzemię, była gotowa na walkę, o czym dobitnie świadczył sam dowódca, stojący pośrodku w pierwszym rzędzie - wszak to on poprowadzi swych ludzi na śmierć, w czołowej linii rzuci się wrogowi do gardła... i przegryzie je. Przegryzie, choćby sam miał polec!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Czw Lis 07, 2013 10:06 am

MG

Bóg wojny, muahuahua! Gińcie w imię moje!


Ile to już dni spędzili, przemierzając te przeklęta góry, pędząc na złamanie karku, czując, że Baratheon jest coraz bliżej? Postoje były krótkie, a noclegi niewygodne. Warto jednak było cierpieć, aby zaskoczyć umykające niczym królik do nory zastępy Jeleni. Zwiadowcy właśnie dali znać, o tym że wraża armia dotarła do wejścia do wąwozu i oczekuje na nich w szyku. Sama lekka jazda, trzy tysiące. Chwilę potem do uszu armii Południa dotarł czysty dźwięk rogu, a oni sami po chwili ujrzeli wąwóz oraz... wrażych żołnierzy galopujących przez jego środek. Kilka pacierzy później byli już na jego drugim końcu, formując szyki jak do natarcia. Złociste flagi powiewały, dumnie kołysząc się na wietrze. Teraz ruch należał do Trystanna Martella!

Trystanne, nie pamiętam czy już mi to wysyłałeś, ale proszę jeszcze na pw szczegóły odnośnie składu Twojej armii oraz jej ustawienia. No i Twój ruch.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Czw Lis 07, 2013 6:58 pm

Góry najpewniej w innych okolicznościach mogłyby zachwycić swoją dziką urodą. I porażającymi widokami. Niebo było poczerniałe od dymu, kikuty nielicznych, pościnanych drzew to wyłaniały się, to znów znikały w kłębach kurzu podnoszonego przez armię Dorne. Gdzieniegdzie migający błędny ognik niedogaszonego pożaru, czasem snująca się ludzka sylwetka, zgarbiona, na ugiętych kolanach; węszący zwiadowca podpatrujący armię wroga. Wszędzie gruz i pył, siwo, jakby nad górami rozpylono jasny piasek z plaż. Wąwozy, te szerokie, którymi się poruszali i całkiem wąskie, jakie im było dane mijać po drodze, przywodziły na myśl zasypane śniegiem pola bitwy. Kiczowate drzewko wyrastające ze stromych ścian jaru, świdrujący trel ptaka uciekającego przed konnymi, żarcik rzucony pomiędzy żołdakami - przeklęty obraz stał się nagle nazbyt namacalny. Wspomnieniem tego, co jeszcze niedawno było, ale teraz odeszło nieodwołalnie; obietnicą, że jeszcze nie wszystko stracone, nadzieją na przyszłość…
Kiedy stało się jasne, że do starcia dojdzie w majaczącym na horyzoncie obozie, Trystane natychmiast wydał odpowiednie rozkazy - kilkutysięczny oddział dornijskiej konnicy rozstąpił się przed piechotą, wysuwając na przód łuczników, za którymi podążali włócznicy. Słowa zwiadowców na swój sposób zaniepokoiły Martella. Jeśli Baratheonowie mieli zamiar szarżować, wybrali do tego miejsce nieporęczne nawet dla lekkiej konnicy, którą dysponowali. Albo ich desperacja sięgnęła zenitu, albo liczyli na to, że w ich stronę zmierzy dornijska część jazdy. Na to drugie jednak wskazywało niewiele, bowiem sam Trystane dosiadający zwrotnego, pustynnego konia, nieco mniejszego niż typowe, westerowskie ogiery, dowodził jedynie przegrupowaniem piechoty, nie stając w pierwszym rzędzie atakujących włóczników. Cóż to jednak miał być za szturm! Kiedy armia z mozołem pokonywała ostatnie mile dzielące ich od wąwozu, skąd zaledwie chwilę wcześniej dobiegł donośny dźwięk rogu, młody książę nie szczędził wysiłku, by piechurzy zapomnieli o strachu oraz obawach.
- Pamiętajcie o jednym! Wasza odwaga jest sumą małych indywidualnych lęków! Boicie się, co? - spod kopyt konia Martella wystrzeliło kilka grudek ziemi, kiedy spiął delikatnie zwierzę i ruszył wzdłuż kolumny piechoty. - Ja też się boję. Ale to dobry znak, bo świadczy o tym, że ciągle żyjemy! Trupy się nie boją, przyjaciele. Trupom jest wszystko obojętne. Dlatego macie prawo się bać. Odczuwajcie strach! Ale też bądźcie dobrzy, przyjaciele! Kiedy już będziecie tam zabijać ludzi, bądźcie dobrzy! Uśmiechajcie się do wroga, zanim go zabijecie! Niech widzi, jaką przyjemność sprawia wam zadawanie mu śmierci! - Trystane zmarszczył brwi, wysuwając się naprzód pierwszej linii włóczników i zajeżdżając im drogę, zupełnie jakby w ostatniej chwili miał zamiar zawrócić.
- Mordujcie, bo jedynie śmierć może was uratować! Wróg to też człowiek i odczuwa strach równie wielki, jeśli nie większy! Zabijajcie i sami gińcie! Każdy z nas kiedyś umrze, ale to w waszych rękach leży, jak tego dokonacie! A teraz, przyjaciele… - Martell zwrócił konia w stronę majaczącego w pobliżu wlotu do obozu. - … maszerujcie! Po chwałę, po zwycięstwo, po wieczność! - gdy tylko słowa księcia przebrzmiały, rozgrzmiało pierwsze uderzenie bębna. Głuchy, pusty dźwięk odbił się od ścian wąwozu jak pomruk przed burzą, zupełnie jak róg budzący zmarłych. Po chwili do jednego bębna dołączył drugi, trzeci, czwarty - a każdy z nich wyznaczający takt, do którego poruszała się piechota. Maszerujący z przodu włócznicy już po chwili wkroczyli w cień rzucany przez ściany wąwozu, nadając swym ruchom szybkie tempo - jar nie był długi, a przynajmniej nie na tyle, by lekka konnica wroga mogła osiągnąć odpowiednią prędkość do staranowania przeciwnika. Choć zmęczenie dawało się żołnierzom we znaki, prędko pokonywali odległość dzielącą ich od majaczących w oddali wojsk Baratheonów, trwających nieruchomo u wylotu wąwozu jak chimery na dachu. Dowodzący włócznikami doświadczony, bowiem kończący trzydziesty czwarty dzień imienia ser Garibald, po przebyciu blisko połowy drogi dzielącej go od wroga, prędko uformował z włóczników zaporę nie do przebycia - długie, ostre jak valyriańska stal groty utworzyły kolczastą ścianę. Liczące osiem stóp długości drzewce wycelowane zostały wprost w konnicę Baratheonów, niczym kolce skorpionów. Stojący ramię w ramię włócznicy mogli utworzyć mur szerokości osiemdziesięciu ludzi i grubości dziewięciu rzędów. Pierwszy z nich oparł kolana o spękaną od słońca ziemię, kierując włócznie jak najniżej. Kolejny umiejscowił drzewca na ich ramionach, celując grotami w podbrzusza koni. Trzeci - unosił włócznie wyżej, podobnie jak czwarty i piąty, przez co oddział wyglądał niczym jeż czekający, aż ktoś nieostrożny nadepnie na jego kolce. Pozostała część włóczników znajdował się kilka jardów za pierwszą kolczatką, tworząc dokładnie taką samą formację. Stało się jasne, że pierwszy rząd albo odeprze natarcie, albo zginie, próbując to robić - żaden Dornijczyk nie miał zamiaru ugiąć się pod ciosami wroga, bowiem cofnięcie się, oznaczałoby nadzianie na włócznie drugiej grupy. Droga wiodła dla nich jedynie w jednym kierunku - do przodu.
O wiele istotniejszą rolę odegrać mieli jednak łucznicy - oni to bowiem, ówcześniej badając zasięg łuków z dornijskiego cisu, zajmowali miejsce za dwoma grupami włóczników. Część z nich wykorzystała nierówności terenu oraz załomy skalne, zajmując dogodne pozycje strzelnicze. Oddział ten liczył blisko pięciuset ludzi, reszta łuczników bowiem została tam, gdzie dornijska konnica - u wlotu obozu, podobnie jak wróg zajmując jedno z możliwych z niego wyjść. Wśród konnych znajdował się i Trystane, on to bowiem miał powieść jazdę na wroga, gdy ten tylko cudem nie ugnie się przed włóczniami i strzałami.
- Najważniejsze, byśmy trzymali szyk! Jeśli konie wpadną w panikę, wybuchnie chaos! - Martell rozejrzał się po swych ludziach. Każdy z nich dzierżył w dłoni lekko zakrzywione, dornijskie ostrze lub krótki łuk, tak typowy dla Dorne. Sam książę trzymał taką broń, mając przewieszony przez plecy kołczan strzał. Jeden wystarczy, później nie będzie miejsca na celowanie i strzelanie, przyjdzie pora na starcie wręcz. I właśnie dlatego Trystane przy swym boku zawiesił krótki miecz, którego ostrze lśniło przy każdym ruchu czarnym połyskiem…
- Przygotować się! I słuchać! Nie patrzcie, słuchajcie! - Martell uspokoił rwącego się do walki konia, wbijając spojrzenie w odległe oddziały piechoty. Nad ich głowami, podobnie jak nad konnicą, powiewały złote herby z czerwonym słońcem przebitym włócznią. Niezachwiani, Nieugięci, Niezłomni. Ta bitwa będzie krwawa!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Sob Lis 09, 2013 11:33 am

Zawarta poniżej taktyka ustalona została z MG i wprowadzona jest w życie za jego aprobatą. Wszystkie działania mają przełożenie na fabule i zostały zawarte w NPC.


Od dwóch dni otulała ich cisza. Prawie namacalna, gdyby ktoś zechciał, mógłby przecinać ją mieczem. Poruszali się jak złodzieje, wyłącznie nocą, spowici w mrok. Większą część drogi przebyli albo w milczeniu, albo na luźnych rozmowach o niczym. Oczywiście do czasu… do czasu, gdy na horyzoncie nie rozbłysło pierwsze ognisko.
Tamtego zmierzchu byli zaledwie kilka mil na południe od Grandview. Krwawy zachód słońca po ich prawej stronie rzucał ostatnie promienie na spieczoną upałami ziemię i kiedy wartownikom już wydawało się, że nadchodząca noc będzie taka sama jak kilka wcześniejszych - na południowym horyzoncie coś zabłysnęło. Rozgrzana, pomarańczowa kula na zachodzie skryła się już za łańcuchem górskim, pogrążając dolinę rzeki w mroku i przyjemnym chłodzie wieczora. Tymczasem niewielkie światełko, niczym błędny ognik krążący nad bagnami, nadal płonęło na odległym horyzoncie. Odległy ogień, zupełnie jak pustynny miraż, migotał niepewnie przed wytężającymi oczy strażnikami… i to właśnie wtedy droga stanęła w płomieniach. Wąski trakt, biegnący wzdłuż brzegu największej rzeki przepływającej przez Ziemie Burz, zdążył już pogrążyć się w mroku i ciemności nocy - jednak spokój zmierzchu nie miał trwać zbyt długo. Zupełnie jak na rozkaz, na żądanie przyglądającego się z niebios Wojownika, w odległości nie większej niż dziesięć mil od obozu, rozbłysnęło kolejne ognisko.
Nie. Nie ognisko.
Stos. Stojący na warcie strażnicy mogli to stwierdzić bez chwili wahania - żadne palenisko nie strzela płomieniami tak wysoko w niebo, nie bucha żarem tak ogromnym, że człek mimowolnie odczuwa jego gorące pocałunki na własnej skórze, choć od źródła ciepła dzieli go wiele mil. Droga rozświetlona została w jednym punkcie tak jasno, że dostrzec można było wyżłobione w niej koleiny, a przynajmniej takie wrażenie sprawiały ciągle ruchome cienie rzucane przez olbrzymie płomienie. Czerwień ognia odbijała się w rzece niestrudzenie toczącej mętne wody, zaś poblask wywołany migoczącą krwiście tonią wypłoszył z domu wieśniaków mieszkających w kurnych chatach niecałe dwie mile od obozu żołdaków. Liczący dwa i pół tysiąca oddział ciężkozbrojnych jeźdźców także nie potrzebował żadnej zachęty, by oderwać się od wieczerzy i ze sporego wzniesienia na którym wypoczywał przed dalszą, nocną podróżą obserwować to zjawisko. co kilku pobożniejszych jeźdźców jęło wzywać na pomoc Matkę, ale ta najwyraźniej nie odnajdywała w płonących stosach zagrożenia, bowiem nie odpowiedziała.
Przemówił za to rycerz. Jako jeden z niewielu, nadal siedzący przy niewielkim ognisku, z pieczonym skrzydełkiem jakiegoś ptaszyska nabitym na patyk. W niebieskich jak bezchmurne niebo oczach odbijały się płomienie zarówno niewielkiego paleniska, obok którego przebywał, jak i odległego stosu, rozświetlającego niebo na barwę krwi. Usta stworzone przez bogów do uśmiechu rozchyliły się nieznacznie, ukazując rząd białych zębów, lśniących przez rubinowe płomienie jak kły wilka czającego się w półmroku. Dłoń niezajęta walecznym dzierżeniem patyka ze skrzydełkiem, odgarnęła z czoła ciemne, trochę przydługie włosy i ukazała proste, szlachetne czoło.
- Wiecie, jak to mawiają: ogień oznacza ciepło! Nawet jeśli pali się zwłoki. - ciemny płaszcz zafurkotał, gdy żołdak podniósł się z ziemi i wytarł zatłuczone dłonie w poły materiału. - I wszystko wskazuje na to, że naszej lekkiej jeździe było bardzo zimno. - uśmiech ukrytej w mroku bestii zamienił się w delikatny grymas namysłu, gdy rycerz przebił się przez tłum wojaków, by samemu rzucić okiem na płonący stos.
- Przed każdym największym przedsięwzięciem przychodzi chwila pełnej niegotowości. Na dwa tygodnie przed niespodziewanym uderzeniem na przeciwnika, rzesze wojsk są dopiero w drodze lub w przygranicznych lasach. Ale na dwa wschody słońca przed bitwą… - silna ręka zatoczyła półkole przed nocnym horyzontem, gdzie teraz wyraźnie odznaczały się czerwone plamy ognia. - … na dwa wschody przed bitwą nie ma czasu na planowanie. Jest jedynie realizacja taktyki. I właśnie to zaczniemy robić! - ledwo skończył, w obozie wybuchła krzątanina. Krzątanina typowa dla ludzi przygotowujących się na śmierć.

Od momentu, w którym ciężka jazda Baratheonów zauważyła na południe od Grandview płonące stosy minęły jednak dwa dni. Dwa długie dni, podczas których machina wojenna jęła obracać ciężkie, zębate koła zniszczenia oraz grozy. Oddział obozujący w pobliżu rzeki ruszył czym prędzej na południe wzdłuż jej nurtu, skręcając na zachód dopiero, gdy minął czające się na wschodzie, po drugiej stronie nurtu, Wronie Gniazdo. Przemieszczali się zawieszeni w ciszy watowanej jednostajnym szumem chrapliwych oddechów i taktowanej melodii końskich kopyt uderzających o suchą ziemię. Postój, jazda, postój, powoli, przez góry ostrożnie, w baletowym zawieszeniu pomiędzy ścianami wąskich wąwozów i ścieżek dzikich zwierząt, po długich łukach, spowolnieni w ruchu razem z resztą świata. Zwiadowcy co chwila informowali drugi oddział konnicy o ruchu wojsk wroga. Ciężkozbrojni nie mogli przecież zdradzić swej obecności wcześniej, niż fortel zostanie wprowadzony w życie… wystarczyło jedno prychnięcie konia lub nadgorliwy, młody rycerz wypadający na przeciwnika zbyt wcześnie - i bitwa mogłaby zostać przegrana. Póki co jednak, wszystko szło zgodnie z planem… w większości jego założeń. Wojsko Dorne dotarło do wąwozu, gdzie u drugiego końca czekało trzy tysiące lekkiej jazdy. A wśród nich - Aylward Baratheon? Ciężka, czarna jak zmora zbroja nijak nie pasowała do odzianych w skóry utwardzane żelaznymi ćwiekami, jednak zarówno koń, na którym siedział rycerz, jak i złoty jeleń na napierśniku dobitnie świadczyły, że w wąwozie na wroga czeka drugi syn Lorda Końca Burzy. Cóż, wkrótce miało się okazać, że nie tylko on…
Z każdą kolejną, mijającą chwilą stawało się jasne, że Trystane Martell wpadł w sidła. Jak zaszczute zwierzę, które przeświadczone o własnej potędze zapuściło się w obcą knieję… i popełniło tym samym olbrzymi błąd. Wąwóz miał się okazać grobem dla tysięcy Dornijczyków, którzy poprowadzeni na wojnę, mieli osierocić swe dzieci, utracić żony i narzeczone, a nade wszystko - poznać smak furii. Lekka konnica była zaledwie przynętą, haczykiem, na który miał zostać schwytany pokaźny okaz, czyli sam Martell. Wiodąc wroga za nos przez góry, doprowadziła go w miejsce wyznaczone przez dowódców Burzy… czy też raczej, przez ich rozwiązłego, zapijaczonego zwierzchnika. Dziwkarza nad dziwkarzami, awanturnika nad awanturnikami, przez bezczelne nasienie nie znające zahamowań… czyli Aylwarda Baratheona. Syn Lorda Końca Burzy zagrał na jedną kartę i wszystko wskazywało na to, że ryzyko po raz kolejny miało przynieść pożądane efekty. Młody Jeleń, rzucając większą część swego wojska na południe Ziem Burzy nie mógł być pewien niczego - ani tego, czy Martell da sprowokować się paleniem żywcem jego ludzi, ani tego, że podąży za trzytysięczną jazdą… ani nawet tego, że zechce wejść do tego pierdolonego wąwozu. A nade wszystko, nie mógł być pewien, czy wielkie stosy, które rozpalał nie z kaprysu, lecz realnej potrzeby, nie zostaną ugaszone. Czemu miały służyć płomienie, w jakim celu dziesiątki olbrzymich ognisk wojska Baratheonów rozpalały po drodze? Chcieli zaniepokoić wroga? Poniekąd. Chcieli zaznaczyć drogę, którą podążali? W mniejszym stopniu. Snopy światła nocą, punkty żaru za dnia - płonące stosy miały być formą komunikacji. Najbardziej prymitywny, najstarszy z możliwych sposobów, starszy nawet niż kruki - ogień. W momencie, w którym pierwsi Dornijczycy zostali spaleni żywcem, zaczął być realizowany pierwszy etap planu. Jeszcze, gdy wojsko wroga było w drodze, na rozkaz Lorda Baratheona zaprzęgnięto do pracy chorążych, nawet chłopów - dniami całymi dało się słyszeć zęby pił haratających kory drzew, wozy wyładowane kłodami rozjeżdżały królewski trakt, transportując drewno w tereny deficytowe… i nikt, nikt nie miał pojęcia, co szalony umysł młodszego syna Lorda pragnął zgotować wrogowi… Choć do końca bitwy nadal brakowało wielu trupów i przelanej krwi, Aylward już odniósł pierwsze zwycięstwo. Gdy Trystane zaczął ustawiać swą piechotę pomiędzy dwoma ścianami wąwozu, ciężka konnica pokonywała ostatnie mile dzielące ją od miejsca bitwy. Podążali tą samą drogą, którą przybyli Dornijczycy i podobnie jak oni byli zmęczeni przedzieraniem się przez góry… ale w przeciwieństwie do najeźdźcy, mieli powód, by odrzucić znużenie i ból - musieli bronić swej ziemi. Swych rodzin i dzieci. A nade wszystko - swego honoru, którego wróg wyzbył się wraz z przekroczeniem granicy. Zaś za brak honoru Baratheonowie karali sprawiedliwie. Karali śmiercią.
Fortel, który Aylward zaczął wprowadzać w życie tygodnie temu, był jednak jeszcze bardziej skomplikowany. Nade wszystko, wróg nie mógł dowiedzieć się o prawdziwej liczbie wojska Końca Burzy, które powędrowało na południe, dlatego też lekka jazda tak zaciekle przyciągała na siebie spojrzenia Dornijczyków, paląc ich pobratymców na stosach… tymczasem dwa razy liczniejsze siły przedzierały się w stronę gór odległymi od epicentrum wydarzeń szlakami. Ciężka jazda zwabiona została do wąwozu płomieniami, zupełnie jak ćmy krążące wokół ogniska… i nie tylko jazda. Znacznie mniej liczny oddział łuczników, niecałe dwa tysiące mężów, obozował w pobliżu Stonehelm, skąd przed tygodniem wyruszył w stronę gór. Rozpalone pod Blackhaven płomienie rozprzestrzeniły się na całe południe Ziem Burzy i każdego dnia docierały coraz dalej na północ… jedna iskra wywołała w krainie nieposkromiony pożar, którego kulminacyjny moment zbliżał się wielkimi krokami - tu, w wąwozie, pośród spieczonych skał i gorących podmuchów powietrza. Gdy lekka jazda Baratheonów była o dzień drogi od miejsca potyczki, łucznicy już zajmowali pozycje, oddani pod komendę młodego Dondarriona, który towarzyszył Aylwardowi w bitwie pod Krwawą Bramą. Plan, zaskakujący w prostocie i szaleńczo ryzykowny w wykonaniu, dobiegał końca. Podczas gdy piechota Martellów tworzyła w wąwozie ciężkie do przebycia włócznicze formacje, na szczytach wąwozu panowała martwa cisza zakłócana jedynie paniczną ucieczką zielonej jaszczurki lub brzęczeniem muchy, którą zwabił pot mężczyzn. Nawet najdrobniejszy kamień zsuwający się ze stromej ściany, kopnięty nogą nieostrożnego łucznika Baratheonów, mógłby zdradzić to, co naprawdę czyhało na wroga w wąwozie… a czyhała śmierć. Trystane Martell nieświadomie zadziałał jednak wbrew pierwotnemu planowi Jeleni. Zakładał on, że groźna dornijska konnica także wjedzie do wąwozu. Jednak zarówno włócznicy, jak i łucznicy definitywnie zaprzepaścili nadzieje na taki obrót spraw - kilka tysięcy jeźdźców wroga trwało w bezruchu u wlotu do jaru… i znacznie utrudniało nadchodzącą apokalipsę. Było jednak za późno na zmianę ruchów, na jakiekolwiek ulepszenia… na wycofanie się?
Pierwszym dźwiękiem zwiastującym początek końca były wojenne bębny. Nagle, ni stąd ni zowąd, dało się słyszeć dudnienie, najpierw słabe potem coraz silniejsze. Z każdą mijającą chwilą huk z impetem rozchodził się po najbliższej okolicy, odbijał od ścian wąwozu, dolatywał aż do lekkiej konnicy Baratheonów, która na ten hałas wbrew wszelkiemu rozsądkowi nie poruszyła się ani o jard w stronę wroga.
Pewnie dlatego, że już po chwili rozpętało się piekło.
Dźwięk bębnów, coraz bliższy, podrywał z ziemi drobinki piasku, które podskakiwały w takt zbliżających się dźwięków… i tętentu kopyt? Bogowie, to nie przez bębny drżała ziemia! Już po chwili  stało się jasne, że miały zagłuszyć to, co zbliżało się z południa, szeroką górską drogą, w stronę tyłów wroga. Konnica. Setki… nie. Tysiące ciężkozbrojnych konnych, z każdym mijanym jardem nabierających coraz większego rozpędu, choć nie mogących osiągnąć na krętym trakcie pełni prędkości. Teraz wojenne bębny nie zagłuszały koni. Nie musiały - ponad te dwa dźwięki wzbił się trzeci, najgłośniejszy i najbardziej przerażający. Krzyk ludzi.
Głuche uderzenia odciągnęły uwagę od tego, co działo się w samym wąwozie… a przecież to tam rozpoczęła się bitwa, to w tym miejscu już po chwili zaczęły padać pierwsze trupy. O ile dornijska jazda miała na ogonie wroga, o tyle piechota miała przeciwnika… wszędzie. Słońce rzucało na gorącą ziemię jasne światło, które już po chwili zdradziło, co w międzyczasie działo się na obu ścianach wąwozu. Ciężko stwierdzić, co zaszło najpierw - czy po obu stronach wąwozu poruszyły się wpierw niezliczone cienie, dziesiątki, setki, tysiące niezliczonych cieni, czy to, że te same cienie zionęły ogniem. Ciężko stwierdzić, bowiem zamieszanie, jakie wybuchło, utrudniało skupienie wzroku na jednym odcinku rozpoczynającej się bitwy, na choćby najmniejszym punkcie. Oznaką obecności piechoty Baratheonów na obu szczytach wąwozu przestały być jedynie ruchome sylwetki - wnet na krawędziach wąwozu ukazali się nie ludzie, lecz… beczki. Szerokie, zalakowane beczki, w których transportowano niegdyś wino. Potoczone na krawędź jaru zawisły tam na ułamek chwili nieruchomo, jakby czekając na znak… a ten nadszedł prędzej, niż przeciwnik by chciał - do tej pory nieruchomy jeździec w czarnej zbroi stojący pośród lekkiej konnicy, uniósł do ust róg i zadął w niego. To najwyraźniej wystarczyło, by zatrważająca cisza, jaka zapadła w wąwozie, została przerwana hukiem. Hukiem toczących się po ścianach wąwozu grubych beczek, które z chwili na chwilę rozpędzały się coraz bardziej, mknąc prosto w stronę włóczników oraz łuczników Martellów - zanim ktokolwiek zdołał pojąć, co tak właściwie się wydarzyło, kilka z pocisków rozpadło się w locie, rozbryzgując wokół siebie ciemne plamy smoły.
- Napiąć! - ryk, który padł z góry wąwozu, brzmiał niczym głos bogów dochodzący wprost z nieba. Wrzeszczącym nie był jednak Wojownik, tylko stary i dobry Lord Estermont, wybitny wojownik, który poprowadził atakiem piechoty pod Krwawą Bramą. - I… strzelać! Strzelać, kurwie syny! - wraz z momentem, w którym kilka ostatnich spośród tuzina beczek wpadło wprost na włóczników wroga lub między rozstawione grupy, ogniste pociski przecięły powietrze ze świstem, mknąc w stronę mokrych śladów smoły  z furkotem. Nie wszystkie doleciały do celu - zresztą, nie musiały. Celność nadrobiona została gęstością, a płonąca smoła dokonała reszty. Wnet temperatura powietrza skoczyła w górę… podobnie jak płomienie. Żarłoczny ogień jął rozprzestrzeniać się coraz prędzej po ścianach wąwozu, mknąc wprost na włóczników Martellów - czerwony smok śmierci rozwarł paszczę i zaczął połykać, połykać, połykać… czy wróg uciekał? Czy walczył? Płomienie wnet zasłoniły przed oczami jeźdźców to, co działo się wewnątrz wąwozu. A przecież o wiele istotniejszym miało okazać się to, co zaszło na zewnątrz…
Ledwo przebrzmiały pierwsze krzyki i bojowa nuta rogu - naraz ucichły bębny. Chwilowa cisza od strony południa została jednak natychmiast przerwana czymś znacznie groźniejszym - wnet powietrze przeszył krzyk, któremu towarzyszyła pierwsza kolumna wyłaniających się zza wzniesienia jeźdźców. „Furiaaa!" - i potoczyło się przez góry zwielokrotnione: „Aa-a-a-a-a!" Jeszcze pierwszy okrzyk nie dobiegł końca, już drugi słychać drugi: Furrriaaa! Wszystko widać jak na dłoni. Ciężka jazda Baratheonów tuż-tuż. Konie galopują, jak oszalałe.
- Chłopaki! JAZDA!!!
Niczego gorszego od wojen ludzkość nie wymyśliła. Przemknęły oczy ogarnięte szaleństwem. Róg ciężkiej konnicy Baratheonów wyje jak ginący zwierz. Ten ryk rozdziera uszy. Złote chorągwie furkoczą wściekle na pędzie. Twarze mężczyzn wykrzywia grymas. A wśród tych twarzy jedna, znajoma - jasne oczy lśniące niezdrowo, kilkudniowy zarost na szczęce, ale nikt nie może mieć wątpliwości, nikt nie śmie zaprzeczyć, że przez kilka chwil, nim opadła przyłbica jasnego hełmu, w pierwszym rzędzie, na złamanie karku, z dzikością na twarzy pędził ten, który to zgotował. Ten, który miał przecież stać z lekką jazdą, na drugim końcu wąwozu, na białym koniu, w zbroi czarnej jak noc… ten przeklęty Baratheon.
Ale on teraz na równi z innymi! Jak każdy krzyczy jedno straszne słowo: FURIA! Pierwsza linia jazdy Końca Burzy już przy wrogu. Tu porządny człowiek nie ma czego szukać, tu tylko diabły grozę sieją. I Aylward Baratheon na karym koniu, z łaknącym krwi bojowym toporem w ręku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Wto Lis 12, 2013 9:31 am

MG


Krótkie podsumowanie i kolej na Trystanna:


Pułapka. Dowódcy armii Południa zrozumieli to natychmiast. Z resztą, czy ten wąwóz nie był podejrzany od samego początku? Dlaczego konnica przeciwnika tak szybko chciała go przebyć? Dlaczego tak bardzo zależało im na starciu w wąskim przesmyku? Gdy włócznicy zajęli pozycję w kanionie, praktycznie podpisali na siebie wyrok śmierci. Dziesiątki beczek ze smołą oraz setki płonących strzał okazały się zabójczą kombinacją. W ciągu kilku minut wąwóz przemienił się w... legowisko smoków. Wypełniony żywymi, buchającymi płomieniami. Włócznicy, ciężej opancerzeni od łuczników Dorne, byli na straconej pozycji. Zaledwie kilka dziesiątek miało przeżyć to piekło, by do końca swego żywota budzić się w nocy, z przerażeniem wspominając ognistą bitwę.
Atak ogniem, choć bez wątpienia śmiercionośny, był jednak obosiecznym mieczem, jako że... Odgrodził lekką jazdę Baratheonów od bitwy. Buchające płomienie jeszcze przez jakiś czas miały nie pozwolić im na zakleszczenie przeciwnika atakiem z obu stron. No chyba, że chcieli zaryzykować przejazd przez piekło.

Tymczasem, na tyły armii Dorne wypadła ciężka jazda pod wodzą... Aylwarda Baratheona. Dwa i pół tysiąca ciężkozbrojnych rycerzy było straszną siłą. I choć górzysty teren zmusił ich do znacznego rozciągnięcia własnych sił, to i tak trudno było sobie wyobrazić co może powstrzymać szarżującą furię.

Nie było wiele czasu na namyślanie się. Trystanne musiał działać błyskawicznie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Czw Lis 14, 2013 4:29 pm

Nim doszło do tragedii, Martell poczuł jedno - poczuł, że ma już dość czekania. Nie uważał się za bohatera i nie spieszno mu było do walki, ale nienawidził bezczynności. Poza tym, co nawet przed sobą przyznawał niechętnie, trochę się
niepokoił. Nie o armię, los żołdaków był mu całkowicie obojętny.
Myślał raczej, co będzie z nim, gdy nie podoła.
Trystane rzadko odczuwał strach. W tych jednak nielicznych przypadkach zawsze miał w pamięci słowa Edrica. Ostatnie, które wypowiedział do niego jak do brata. Było to tuż przed opuszczeniem Słonecznej Włóczni, gdy ich ojciec wciąż żył i katastrofa w wąwozie znana była jedynie zamysłowi bogów, w których wierzą niewierni Panu Światła. Siedzieli obaj na widokowym tarasie książęcego tarasu i wpatrywali się w gwiazdy - czy też raczej, młodszy z braci się wpatrywał, szukając w ich blasku odpowiedzi.
- Boję się, wiesz? - powiedział wtedy Edric, odrywając wzrok od pergaminu, na którym sporządzał ostatnie rozkazy. - Czasem po prostu boję się jutra. W takich chwilach marzę, by w ogóle nie nadeszło.
Trystane nie pamiętał swojej odpowiedzi, ale na pewno była miałka i bez znaczenia. Nigdy nie należał do dobrych mówców. A następnego dnia Edric rozpoczął swoją rewolucję… książę otarł pot z czoła, wpatrując się w swoją nieruchomą jak posągi piechotę. Nie wolno ci się bać - powtarzał sobie - bo strach nie pochodzi od Pana Światła i nie ku jego ścieżkom prowadzi.
A mimo to czuł lęk. Że nie zdąży albo polegnie w walce. Już teraz każdy gest sprawiał mu ból. A celu wciąż nie było widać… bowiem cel, z pozoru ukryty na drugim końcu wąwozu, miał okazać się zupełnie innym niż pierwotnie zakładali Dornijczycy. Podczas ostatniego ułamka chwili spokoju Trystane milczał. Obserwował. Wiedział, że jego przeciwnik przewyższał go umiejętnościami wojennymi i mocą, cały czas jednak liczył, że wydarzy się coś, co wyrówna szanse. Bo potrzebował tego zwycięstwa, a słabym pozostawały jedynie błędy silnych. Co z tego, że armia Dorne była liczniejsza, skoro nie znali terenu? Tymczasem na to, by Baratheon popełnił błąd, wcale się nie zanosiło, o czym przekonał się najboleśniej sam Martell, gdy tylko do jego uszu dotarły pierwsze, jeszcze przytłumione uderzenia bębnów. Konie zarżały nerwowo, zaś jeźdźcy poruszyli się w siodłach na ten odległy dźwięk, zupełnie jak grzmot odległej burzy. Trystane poklepał uspokajająco rumaka po łbie, prostując się w strzemionach i obracając w stronę zbliżającego się dźwięku.
- … na boki. - rzucił pod nosem, czując jak ziemia zaczyna drżeć w posadach. To mogło oznaczać tylko jedno - albo stado mamutów przekroczyło Mur i niezauważone dotarło aż tutaj, albo… - Tyły! Rozstąpić się, na boki! Przód, za mną! Łuki w pogotowiu! - wlot do wąwozu, choć wąski jak sam jar, umożliwił części konnicy utworzenie długiego szpaleru, przez który przejechały setki konnych, dornijskich łuczników z Martellem na czele, oddalając się tym samym od wlotu do wąwozu i podążając na spotkanie… czego? Najpewniej śmierci, która poniesiona zostanie jednak w bitewnej chwale... i z krwią wroga na rękach. Po przejechaniu kilkuset jardów, prawie aż do zakrętu górskiej drogi, Trystane wstrzymał liczącą ponad tysiąc żołnierzy jazdę i nakazał im zrobić dokładnie to, co reszcie pozostawionych u wlotu do wąwozu konnych - drogę po obu stronach obstawiła jazda Dorne, z przygotowanymi już krótkimi, charakterystycznymi łukami. Jedynie siedmiuset jeźdźców zatrzymało się na samym środku drogi, z napiętymi cięciwami wyczekując tego, co zbliżało się nieuchronnie w stronę wąwozu.
- Nie strzelać bez rozkazu! - zachrypnięty głos Martella, trwającego nieruchomo pośrodku pierwszej kolumny jeźdźców, odbił się echem od skał dokładnie w momencie, w którym za jego plecami, gdzieś w oddali, rozległ się inny wrzask. Nie był to okrzyk rozkazujący, ale… głosy umierających ludzi. Nieludzki ryk wydobywający się z gardeł setek ludzi. Jego ludzi.
- Skupić się! - warknął czując, jak w jego piersi pojawia się drżenie przerażenia. Nie mógł teraz odwrócić się i pognać do wąwozu, by sprawdzić, co wywołało taką panikę - zresztą, nie musiał. Wśród wrzasków dało się wychwycić pojedyncze słowa, które w kółko powtarzały jedno: „ogień”. Przedśmiertne ryki, z chwili na chwilę zagłuszane tętentem końskich kopyt zmierzających z południa, powoli zamieniały się w głowie Martella w niesprecyzowany szum, przetykany jedynie od czasu do czasu przekleństwami konnicy. Jazda nie mogła ich już uratować, podobnie jak Trystane jednak nie mógł okazywać strachu, nie mógł pokazać, że cokolwiek ma miejsce w wąwozie, wpływa na niego samego - jego postawa, ustawienie broni i doskonale wymierzone ruchy miały wyraźnie mówić, że przez te wszystkie tygodnie szykował się na takie starcie. Znał swoją wartość, ale nie był na tyle pyszny, by zaprzestać samodoskonalenia… Ból świadomości o tym, że piechota prawdopodobnie poniosła w wąwozie sromotną klęskę, nie był taki straszny. Martell powitał go jak starego znajomego. Z całą pewnością wolał to niż strach. Trystane rozejrzał się ostrożnie. Jeżeli miał kontynuować walkę, potrzebował dyscypliny, która być może choć części jego ludzi ocali życie.
- Uwaga! Wzrok na południe! - krzyk Martella z trudem przebił się przez odgłos końskich kopyt uderzających o ziemię. Są tuż-tuż…
Nie będziesz się bał - powtórzył sobie raz jeszcze Martell. I skoczył.
- TERAZ!
W momencie, w którym ciężka jazda Baratheonów wypadła zza zakrętu, zbliżając się jak kamienna lawina ze stoku, Trystane oraz siedmiuset towarzyszących mu Dornijczyków zrobiło dokładnie to samo - zerwali się do galopu, nie pozostając jednak bezczynnymi w siodłach. Z synchronizacją właściwą jedynie jeździe Dorne, kilkaset łuków powędrowało na wysokość głów tylko po to, by po chwili uwolnić rój strzał, błyszczących w promieniach słońca jak kolce skorpionów. Groty wymierzone były nie w opancerzonych konnych, lecz w ich ogiery - salwa pomknęła wprost w stronę zwierząt, dając Dornijczykom chwilę na ponowne sięgnięcie po kolejną strzałę i tym razem wypuszczenie jej na oślep - na celowanie zabrakło już czasu.
- DORNE!! - ten wrzask, wydobywający się z gardeł atakujących konnych, zwarł się z okrzykiem wroga, już po chwili utrudniając zrozumienie jakichkolwiek bojowych ryków. Nim ktokolwiek zdołałby pojąć, obie konne jazdy zwarły się ze sobą. Sam Martell z impetem poleciał wprost na przeciwnika, by w ostatniej niemal chwili, na ułamek sekundy, nim wszedł w jego zasięg, ściągnąć wodze konia i skręcić w galopie na prawo, gdzie reszta jego jazdy ustawiona przy górskich uskokach i niezamieszana w pierwszą szarżę, korzystała z chwilowej utraty impetu przeciwnika i nieustannie przeszywała powietrze strzałami. Po chwili i tego atutu zostaną pozbawieni, gdy Dorne i Burza wymieszają się ze sobą niczym mak i sól w misie. Trystane liczył, że zdąży przejść bokiem, choć na chwilę znaleźć się na skrzydle ciężkiej jazdy i odnaleźć tego, kto nimi dowodzi - nadal był bowiem pewien, że Baratheon towarzyszy lekkiej jeździe na drugim krańcu wąwozu. Jednak chwilę później nie było czasu na poszukiwania, wybuchł zbyt wielki chaos pomiędzy zwierającymi się ze sobą konnymi. Sam Martell zaatakował pierwszego jeźdźca, który postanowił pozbawić księcia życia. Trystane lekko zakrzywionym ostrzem zablokował mu uzbrojoną prawą rękę, po czym odepchnął ją z impetem, zadając ukośne cięcie w uniesioną przyłbicę. Ciężka jazda Końca Burzy, mimo że miażdżąco silna, była jednak znacznie powolniejsza w swych zbrojach od Dornijczyków, którzy w większej ilości przypadków zdołali unikać niemrawych, choć śmiertelnych ciosów. Obie jazdy wnet jęły mieszać się ze sobą coraz bardziej, ściągane przez wojska Martella w stronę wąwozu. Dorne ustępowało pola, bowiem jard po jardzie zaciągało wroga głębiej w szeregi ustawionych po obu stronach drogi jeźdźców, zastępujących łuki mieczami oraz innym, cięższym orężem. Zaledwie po kilkudziesięciu jardach przeciwnik miał Dornijczyków przed sobą oraz po bokach, a kiedy tylko szyki zaczęły się mieszać, to także za plecami…
- Mordować!!! Nie brać jeńców!! - ryk Martella przedarł się przez szczęk oręża oraz kwiki gryzących się koni. Ostrza błyskały srebrem metalu i czerwienią krwi. Odskok, chwila na oddech i znowu atak... a przecież wystarczy znaleźć dowódcę konnicy i odciąć łeb bestii, żeby wpadła w panikę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Pią Lis 15, 2013 11:21 am

MG


Jazda Południa nigdy jeszcze nie miała przed sobą równie trudnego zadania. Oto szarżowała przeciwko opancerzonej konnicy Burzy, jednej z najstraszniejszych potęg militarnych w całym Westeros. Krzyki ludzi, rżenie koni, a przede wszystkim ogłuszający tętent kopyt przypominały odgłos piorunów i kamiennej lawiny. Mimo to, kawaleria pod wodzą Trystanna nie zlękła się. Nie byli to bowiem niewprawni jeźdźcy z Wysp, lecz ludzie, którzy urodzili się po to, by żyć i umrzeć w siodłach. Aż żal, że brakło obserwatorów, którzy mogli podziwiać z jaką sprawnością dobyli łuków i wypuścili strzały, które z sykiem przeszyły powietrze. Część z nich odbiła się od ciężkich zbroi i tarcz, lecz część... dosięgła wierzchowców. Cóż to był za widok, gdy te ciężkie bestie upadały, zwalając się, łamiąc nogi i zrzucając jeźdźców, którzy zakuci w zbroje nierzadko łamali sobie karki przy pierwszym uderzeniu o kamienne podłoże. Jeden, drugi, dziesięciu, dwudziestu... Przez ułamek sekundy zdawało się, że szarża Baratheona może się załamać... Byli jednak zbyt blisko siebie.
Burza!
Dorne!
Ciężko opancerzona konnica pod wodzą Aywalrda weszła w jazdę Martella niczym w masło, rozpychając przeciwnika na boki, tratując kopytami i wyrzucając z siodeł. Krew polała się strumieniami, a urwane kończyny usiały podłoże niczym makabryczne kwiaty. Nie ma słów, które mogłyby opisać początkową makabrę.
Tymczasem jednak, konnica Dorne zaczęła rozsuwać się na boki. Piękny manewr, lecz...

...zobaczyli się. Trystanne Martell z zakrzywionym mieczem i odziany w ciężką zbroję Aylward Baratheon, cały we krwi.



A oto jak ma się sytuacja: Jazda Burzy, mimo uszczerbku po salwie konnych łuczników, wbiła się w jazdę Dorne, kładąc i tratując pierwsze szeregi. Oba oddziały są w dość niebezpiecznej sytuacji. Konnica Aylwarda ryzykuje bycie oskrzydlonym, zaś konnica Trystanna ryzykuje bycie zmiażdżonym przez ciężej opancerzonego przeciwnika, który nie wytracił jeszcze impetu. Martell, wykorzystując lekką konnicę może spróbować odwrotu lub... Starcia z Aylwardem.

Pamiętajcie, że na tyłach wciąż szaleją płomienie, lecz w końcu i one się wypalą...

Kolej Aylwarda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Nie Lis 17, 2013 3:10 pm

Westeros powinno to zobaczyć. Nie, może nawet nie całe Westeros - lecz król na pewno. abrys powinien stanąć na wzgórzu i obserwować eskalację nienawiści i śmierci,  która z chwili na chwilę nabierała rozpędu, by w  końcu osiągnąć punkt kulminacyjny… i wbrew wszelkiemu rozsądkowi nie wypalić się, lecz rozgorzeć na nowo. Krew, krew, nieludzkie wycie, krew, wnętrzności z rozpłatanego brzucha, ludzki mózg, koński mózg, czyjaś odcięta dłoń, jeszcze więcej krwi -  to wszystko przy wtórze wrzasku,  rżenia koni i grzmotu ciężkich zbroi odpierających ataki dornijskich ostrzy, zamieniało się we wzlatujący ku niebu tumult zmasakrowanych ciał, ludzkich szczątek i kurzu. Ten pierdolony kurz przykrywał wszystko, osiadał na trupach i walczących jak śnieg na ziemi, przylepiał się do posoki na zbroi, pokrywał ją niczym mąż żonę w łożu, wdzierał się do nozdrzy, do ust, do oczu, pomiędzy zgięcia metalu… jednak wzbijany przez tysiące końskich kopyt pył był niczym w starciu z potwornym rykiem dobiegającym jakby z przepastnych czeluści. To, że w rzeczywistości ów krzyk wydobywał się z płuc jednego, jedynego Baratheona, zapewne nie pocieszało wroga ani odrobinę.  Obusieczny, unurzany we krwi topór bojowy w lewej dłoni sprawiał Aylwarda wrażenie, jakby pośród bitewnego zgiełku mruczał cicho niczym przychodząca z daleka zapowiedź wiosennej burzy. Jeleń zdjął z głowy hełm, nie ten rogaty lecz zwykły, powgniatany już w co poniektórych miejscach od uderzeń i odrzucił go na bok dokładnie w momencie, w którym jedno z dornijskich ostrzy spadło na jego ramię. Klinga odskoczyła od pokrytej posoką zbroi, nie zarysowując jej nawet, a sam Baratheon skręcił tułów w lewo i błyskawicznie przerzucił topór do lewej ręki. Ostrze już po chwili ze świstem przecięło powietrze, a głowa przeciwnika znalazła się dokładnie pod gotową do ciosu bronią. Nie było czasu na parowanie ani na unik. Ani tym bardziej na ucieczkę. Ciężkie uderzenie zrobiło dokładnie to, co robi zwykła siekiera z kawałkiem drewna rąbanego przez drwala - tyle, że drewno nie krwawi. I nie wybucha w powietrze tysiącami drobnych odłamków białej czaszki, różowego mózgu i czerwonej posoki, nie zamienia zdumionej twarzy wroga w rozpłatujący się na oczach Baratheona kawałek tortu. Kiedy na odsłonięte lico Aylwarda padł pierwszy z tuzina szczątków tego, co niegdyś było Dornijczykiem, ten podziękował sobie w myślach, że nie zjadł śniadania. Bo najpewniej wyrzygałby je wraz z kolacją na oczach całej swojej ciężkiej jazdy. Jeleń prędko spiął konia, wraz z resztą swych ludzi nadal spychając wroga w stronę wąwozu. I wtedy dostrzegł dwie rzeczy - po pierwsze, po obu stronach klinu, którym weszli w armię przeciwnika, zaczęła gromadzić się lekka jazda wroga. A po drugie - zaledwie kilkanaście jardów na prawo, Trystane Martell właśnie odciął jednemu z rycerzy Burzy pół twarzy. Bliżej niesprecyzowany, zawieszony pomiędzy głuchym warknięciem a soczystym przekleństwem dźwięk, wydobył się z gardła Baratheona, już po chwili przeradzając w ryk wściekłego niedźwiedzia.
- ŁAWA! - zakrwawiony topór podskoczył w  górę,  odpierając atak kolejnego Dornijczyka i kończąc w jego nieosłoniętej zbroją piersi. - ŁAWĄ NA NICH, TYŁY NA BOKI, SPYCHAĆ W STRONĘ ŚCIAN! ZGNIATAĆ, SKURWIELI, ZGNIATAĆ JAK KARALUCHY!! - Aylward poruszał się z nieprawdopodobną wręcz szybkością. Zaczął od wyskoku do przodu, chcąc lepiej wykonać błyskawiczny obrót. Z impetem uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była głowa kolejnego wroga, teraz szybująca nad polem bitwy dobre kilkanaście jardów. Baratheon nadal pędził w przód z wykrzywioną wściekle twarzą, z chwili na chwilę przedzierając się coraz bliżej w stronę Martella. W tym samym czasie doskonale wyćwiczona konnica Burzy jęła rozpychać szeregi wroga jak członek kochanka brutalnie wbijający się w słodkie, wilgotne podbrzusze ukochanej. Cofający się do tej pory w prostym szyku Dornijczycy  zaczęli być spychani na boki, w stronę górskich ścian, skąd jedyną ucieczką mogło być przejście po trupie ciężkiej jazdy Burzy. Ta jednak najwyraźniej nie miała zamiaru zbyt prędko ginąć, a na pewno nie miał tego w planach jej dowódca - Aylward Baratheon, z potrzaskanym lewym naramiennikiem, był już w połowie drogi do Trystana Martella, zalewając ogarniającą go furią każdego, kto był na tyle nierozsądny, by stanąć mu na drodze do celu.
-  Ty i ja, kurwi synu! - hardy okrzyk Baratheona przebił się przez bitewny zgiełk i najpewniej dotarł do Martella.  - Ty i ja! - przez chwilę Aylward wpatrywał się w przeciwnika, mierząc swoje siły, aż w końcu gwałtownie ruszył do ataku. Trzymając topór oburącz, powoli uniósł go do góry, jakby szykując się do potężnego uderzenia. Wygiął lekko całe ciało do tyłu, niby że bierze potężny zamach. I nagle zabrał prawą rękę z trzonka. Trzymany w lewej ręce oręż pomknął do tyłu, z każdą chwilą nabierając prędkości. Jednocześnie wojownik wraz z koniem wyskoczył do przodu, spodziewając się uniku Trystana. Zakrwawione, pokryte runami, szerokie ostrze błyszczało w słońcu. Czarowało. Hipnotyzowało.
Zimny śmiech Baratheona drażnił uszy.
Nie odważysz się zaatakować, żmijo.
Ostrze błyszczało. Hipnotyzowało. Niezwykła twarz Aylwarda wykrzywiona w bitewnym szale ani odrobinę nie przypominała tego uwielbianego przez tłumy lica. Zupełnie szalone oczy wbite były wprost we wroga, a krew spływająca po porośniętych szczeciną policzkach sprawiała wrażenie, jakby była wojennymi malunkami na twarzy dzikiego zza Muru. Wszystko wskazywało na to, że Baratheon w końcu zwariował.
- Maleńki Dornijczyk bawi się kamieniem! - zachrypnięty głos dowódcy konnicy Burzy bez problemu przebił się przez wojenną wrzawę. - Roztrzaskaj mu główkę, zmniejszysz przeludnienie! - był zły. Bardzo zły. Nie… Aylward był wściekły. Ostrze topora błyszczało. Upadło. Cięcie. Unik. I jeszcze raz cięcie. Był zły. Bardzo zły. Promienie słońca zatańczyły na gładkiej, czerwonej powierzchni zbroi. Wróg był szybki. Baratheon ciął w szyję. Powinno go to zabić. Zawsze zabijało.
Nie zabiło.
- Raz, dwa, trzy, dziś słoneczko zgasisz ty! - kolejne cięcie, kolejny unik. A oni grają dalej. Aylward ruszył do przodu, nadal bezlitośnie napierając na wroga... i prowokując go w każdy możliwy sposób. - Maleńki Dornijczyk znalazł gdzieś deseczkę! Przyłóż mu nią w głowę i wepchnij go w beczkę! - ochrypnięty od ciągłego wrzasku, kurzu i suchości śmiech Aylwarda najdobitniej świadczył o tym, że Baratheon wpadł w bitewny szał. Nie wiedział, kim jest, gdzie jest i dlaczego. Jedynym celem był Martell. I jego… śmierć? Wzięcie w niewolę?  To miało okazać się wkrótce, bowiem jedyną rzeczą, której teraz był pewien Jeleń, to to, że jeżeli jego będą zabijać – nie zacznie skowyczeć i nie będzie płakał. Tego historia mu nie wybaczy. Uśmiechnie się, gdy Trystane okaże się szybszy i pozbawi go życia. Uśmiechnie się do kata. Tym się unieśmiertelni. Tak czy owak każdy kiedyś zdechnie.
Zdychaj jak człowiek, Ayl. Zdychaj z godnością.
- Raz, dwa, trzy, dziś słoneczko zgasisz ty!
Widział, jak przeciwnik szykuje się do kolejnego ataku. Nawet nie próbował przewidzieć, jakiego tym razem. Podczas całej tej walki stanowczo za dużo myślał. Nie czekał ni chwili dłużej, zakręcił bronią młynka i tym razem wycelował ostrze topora wprost w szyję… konia Trystana. Trafił? Czy nie? Ciężko stwierdzić, Baratheon natychmiast ściągnął wodze swojego rumaka na prawo i zajechał wroga z boku, widząc, jak blisko znaleźli się szalejącego w wąwozie ognia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Sob Lis 23, 2013 8:12 pm

Nikt nie zapamięta imion dwóch Dornijczyków, którzy zginęli pierwsi. Po prostu nagle ziemia i niebo zamieniły się w istną rzeź, której epitafium był wąwóz za konnicą Dorne. To jednak nie on siał największą grozę u pustynnych wojowników - w tym i samego Martella. Fala mrocznej energii wylała się do wąwozu w momencie, w którym uderzyła ciężka jazda Końca Burzy. Dornijczycy umierali ogłuszeni, zdławieni, z sercami przepełnionymi strachem, jakiego nie doświadczyli nigdy dotąd. Wszystko to trwało nie dłużej niż mgnienie, a jednak dla samych walczących czas dłużył się w nieskończoność - szeregi wroga, podobnych do kłębów ciemności, na pozór niezgrabnych, lecz przeraźliwie skutecznych wciąż napierały. Rycerze Burzy płynęli ławą. Były ich dziesiątki, setki i tysiące, widocznych na górskim trakcie. Wylewali się zza zakrętu jak połyskliwa rzeka magmy. Powietrze, naładowane potężną, złowrogą mocą ścierających się ze sobą mężczyzn, drżało. A jednak Martell nie zwątpił - nie mógł zwątpić. Utrata wiary we własną siłę jednoznaczna byłaby z przegraną … a ta nie mogła nadejść, póki żył Aylward Baratheon. Krew za krew. Śmierć za śmierć.
Gdy Martell dostrzegł, jak siły przeciwnika przegrupowują się, zmierzając w stronę stoków niczym pięść miażdżąca robactwo, nie miał najmniejszych chwili na namysł - musiał wycofać siły i połączyć je w całość… a to wszystko przed tym, co czekało ich w środku jaru.
- Do tyłu! - wrzasnął, podnosząc się w strzemionach i dostrzegając, że część Dornijczyków pod górskimi ścianami już wdała się w kolejną, krwawą potyczkę. - W stronę wąwozu! ALE BOKIEM! BOKIEM, trzymać ich w kleszczach!!! - konnica Dorne, doskonale wyćwiczona i dysponująca mniejszymi, a co za tym idzie - sprawniejszymi w ciasnych przestrzeniach rumakami, zawróciła i uformowała dwa szerokie szyki pędzące w stronę jaru. I to właśnie wtedy Trystane usłyszał wrzask Baratheona.
Witaj, niebycie, pomyślał Martell, zwracając gwałtownie konia w jego kierunku. Ani jeden, ani drugi po spotkaniu na polu bitwy nie miał żadnych szans. Mogli obaj przeżyć - albo obaj zginąć. Nie było żadnego pomiędzy, żadnych ustępstw. Trystane wyszarpnął miecz, unosząc go wysoko nad głowę. Stal schwytała słoneczny promień, który zatańczył na zakrwawionym ostrzu i zgasł. A zaledwie chwilę potem Baratheon i Martell runęli na siebie, jak wściekłe psy spuszczone z łańcuchów, jak szarańcza atakująca pola uprawne - tyle, że miast kłosów, wokół padały trupy. Dym zasnuł pole bitwy. Wszędzie rozlegały się rozpaczliwe krzyki, kwik koni i szczęk oręża. Wydawało się, że wystarczy chwila, aby jedna armia rozniosła formacje drugiej na strzępy, ale po chwili szala przechylała się na stronę przeciwnika. Miażdżeni, cięci i tratowani Dornijczycy wciąż nie dawali się rozproszyć i wybić jak rzeźne bydło. Śmierć zbierała krwawe żniwo, więc wkrótce rumaki deptały po trupach. Jeźdźcy walili się w błoto, powstałe pod końskimi kopytami z pyłu i krwi. Ich pancerze, żółte jak siarka, czerwone jak ogień, granatowe jak dym, wyglądały niczym kwiaty rozsypane na strudze smoły.
- Jeśli chcesz odebrać moje życie, to sam po nie przyjdź, skurwielu! - ryknął w odpowiedzi Martell, zaledwie na chwilę przed tym, nim zakrzywione ostrze skrzyżowało się z ciężkim toporem przeciwnika. Trystane skręcił tułów w lewo i odpychając atak, przerzucił miecz do lewej ręki. Ale zaraz po tym padł kolejny cios wroga. Martell zbił atak szybką zastawą, po czym wraz z koniem odskoczył w bok. Tym razem natarcie należało do niego - książę wykonawszy błyskawiczny zwrot, z ogromną prędkością poleciał wprost na Baratheona. I to był błąd... nie wiedzieć kiedy, szyja Trystana znalazła się dokładnie pod gotowym do ciosu toporem.
Nie było czasu na parowanie ani na unik. Martell skręcił tułów i wystawił ramię jak tarczę. Syknął z bólu, gdy oręż wroga drasnęła je u niemal samej pachy. Nie miał jednak czasu na słabość. Błyskawicznie wystosował cios z dołu, jednak ostrze prześlizgnęło się po zbroi. Trwali tak naprzeciw siebie. Ranny Trystane, desperacko usiłujący utrzymać równowagę, i Baratheon wyglądający, jakby właśnie wrócił z orzeźwiającego spaceru, na którym świetnie się bawił. Do tego jego słowa, raniące boleśniej niż valyriańska stal…
Strach nie pochodzi od Pana Światła i nie jego ścieżkami wiedzie. - Martell wiedział, że to prawda, ale poczuł też napełniające go zwątpienie. Był słaby, a ból tylko potęgował to uczucie. Nie da rady - upewniał się coraz bardziej. Ale nie mógł zwątpić. Wiedział, że jeśli nie podoła, to będzie dopiero początek jego cierpień.
- No dalej, świrze! - wycedził, wznosząc nad głowę ociekający krwią miecz. - Spraw mi tę przyjemność, dziwkarzu!
Baratheon jak pocisk pognał w bok, biorąc kolejny zamach toporem. Martell czekał ze wzniesionym mieczem. Starcie trwało ułamki sekund, wymienili po kilka ciosów, z których każdy, gdyby doszedł do skutku, niewątpliwie zakończyłby walkę. Przy trzecim podejściu Trystane czuł, że właściwie jest w stanie już tylko się bronić. A i to przychodziło mu z coraz większym trudem… Jedyne, co pozostawało Dornijczykowi, to zmiana stylu walki. Przy kolejnym odskoku mocniej chwycił miecz, tym razem w obie ręce. Lecąc na spotkanie Aylwarda, uniósł go nad głowę. Włożył całą resztkę swych sił, by uderzyć jak najszybciej i najmocniej…
I udało się.
Zgodnie z jego przeczuciem, kolejny cios Baratheona wymierzony był w konia - w tym samym czasie zakrzywione ostrze Martella z impetem uderzyło w zbroję wroga, tuż w okolicach obojczyka… i... pękło. Książę rażony potężnym impulsem poczuł, jak drętwieją mu ręce, w których trzymał kikut miecza. Ból, jaki go przepełniał, sprawił, że nie zauważył strużki krwi cieknącej po twarzy i zlepiającej powieki. Zbroja… nawet ona ma słabe miejsca, w których uderzenie może powalić przeciwnika - ale przecież nie o powalanie chodziło Trystanowi. Jego miecz miał po prostu zranić… lekkie draśnięcie w okolicach szyi, nic więcej. Martell, dysząc ciężko, zacisnął kurczowo dłoń na rękojeści broni, przygotowując się do kolejnego ataku przeciwnika. Pytanie, czy ten nadal będzie w stanie atakować…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Wąwóz   Wto Lis 26, 2013 10:30 am

MG


Słynny topór młodego Baratheona przypominał makabryczny wiatrak, uderzając we wszystkie strony, raniąc, rozczłonkowując, zabijając i niszcząc. Łamały się miecze, zbroje wyginały, a ciało rozrywało. Wiele trupów musiało paść nim dwaj dowódcy do siebie doskoczyli, przypominając dwa wściekłe psy. Zdawało się, że czas zwolnił, a żołnierze ze wszystkich stron przypatrywali się starciu. Miecz kontra topór. Obaj młodzi, silni, gotowi na śmierć. Jedno uderzenie, drugie, trzecie. Topór był silniejszy, miecz szybszy. Martell się bronił, wszyscy to widzieli. Baratheon był wszędzie. Przeważał, lecz nie mógł pokonać przeciwnika, wciąż zadziwiającego szybkością. Impas.
Aż do momentu, gdy ciężko opancerzony Baratheon wymierzył uderzenie w wierzchowca Martella. Biedne zwierze nie miało nawet czasu, by zarżeć, gdy śmiercionosny topór rozwalił mu łeb. I wtedy Trystanne uderzył. Dopiero po czasie, zauważono, że zakrzywione ostrze pękło, tak szybki był to cios. Obojczyk wyskoczył ze stawu, a resztka klingi dotknęła gołego ciała Aylwarda. Nic to jednak, zwyciężył, prawda? Zwyciężył... Zwyciężył... Zwy... Nagle, ku przerażeniu własnych ludzi, osunął się z konia i padł na ziemię, własnym ciałem, przygniatając Trystanna Martella, który stracił przytomność w wyniku upadku. Trucizna.
Żaden z dowódców nie miał już wpływu na dalszy los bitwy.



Podsumowanie:

Straty:
Baratheon: trzy setki ciężkiej jazdy zabitych lub ciężko rannych w wyniku ostrzału, dwie setki zabite lub ciężko ranne w wyniku starcia. Lekka jazda ponosi minimalne straty.

Martell: prawie cała piechota uzbrojona we włócznie zostaje wybita (1,7k poległych). Pięciuset łuczników poległych lub wziętych w niewolę. Pięciuset lekkiej piechoty poległych lub wziętych w niewolę. 1k jazdy wśród poległych lub wziętych w niewolę.

Bitwę zwycięża armia Baratheona. Z ośmiotysięcznej armii Martella, uchodzi 4,3k ludzi, z czego 1k rozpierzcha się, umiera w górach lub zostaje wyłapany przez przeciwnika. 3,3k ludzi (2,3k konnicy, 600 lekkiej piechoty, 350 łuczników, 50 włóczników) będzie dostępnych na granicy za tydzień czasu rzeczywistego.

Armia Baratheona zdobywa około 1k jeńców, w tym Trystanna Martella.

Bardzo dziękuję graczom za spektakularną bitwę i przypominam, że to nie koniec wojny!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wąwóz   

Powrót do góry Go down
 

Wąwóz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-