a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Widły Blueburn oraz Mander



 

 Widły Blueburn oraz Mander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Widły Blueburn oraz Mander   Pon Lis 04, 2013 12:07 pm

Jak większość terenów Reach, także te ziemie należą do żyznych równin. Bliskość rzek sprawia, że można napotkać tu liczne wioski, których mieszkańcy zajmują się uprawą ziem bądź rybołóstwem.


Armia Chorążych Tyrellów zmierzała na wchód, gdzie stacjonowała (albo już nie?) armia Południa. Wojna wisiała w powietrzu. Starcie między potężnymi rodami było nieuniknione. Jedynym pytaniem bez odpowiedzi pozostawało to czy wojenna pożoga obejmie spokojne dotąd ziemie rodu Tyrell.


Post pisze teraz pan Redwyne. Nie musi w nim opisywać dokładnie swej armii, proszę jednak o takie info na PW. Następnie pisze Edric, który pokieruje swoimi posłami. Jeśli zajdzie potrzeba, ja wtrącę swój post.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Czw Lis 07, 2013 11:14 am

/ Gorzki Most

Dawno temu, jeszcze na morzu, Redwyne spotkał pirata o trudnym do powtórzenia imieniu. Wyjaśnił mi, że pochodzi z Meeren. Na jego pytanie, skąd pochodzi Lyam, Arborczyk odpowiedział, że z Westeros. Korsarz następnie zapytał, ilu ludzi mieszka we Westeros, i był zaskoczony, że tak mało i że ich językiem nie jest valyriański.  W końcu zadał pytanie, kim są wrogowie ludów z Westeros. Na Redwynowe: „Słucham?”, grzecznie wyjaśnił, że chodzi mu o to, z jakimi narodami od wieków prowadzą wojny o ziemię, sporne terytoria, z kim mają konflikty na tle etnicznym i tym podobne. Lyam po chwili wahania odparł, że z nikim nie są w stanie wojny. Tymczasem pirat wciąż cierpliwie tłumaczył, że chodzi mu o to, kim są odwieczni wrogowie Arbor, kim są ci, z którymi się nawzajem mordują. Redwyne powtórzył, że nie ma takich ludzi, że ostatnią wojnę toczyliśmy pół wieku temu i na dodatek zaczęli ją, występując przeciwko jednemu wrogowi, a pod koniec mieli już zupełnie innego. Odpowiedź nie zadowoliła korsarza. Jak to możliwe, że istnieje naród, który nie ma wrogów?
Dopiero wiele tygodni później dotarło do Lyama, co powinien był odpowiedzieć. To nieprawda, że Westeros nie ma wrogów. Nie ma wroga zewnętrznego, a przynajmniej rody nie są w stanie uzgodnić, kto mógłby nim być, ponieważ sami nieustannie toczą walki pomiędzy sobą. Dolina przeciwko Dorzeczu, Reach przeciw Dorne, ci z północy przeciw południowcom, handlarze winem przeciw browarnikom, rabusie przeciw rycerzom. Zastanawiając się nad tym głębiej, Redwyne doszedł jednak do wniosku, że jednym z nieszczęść królestwa w ciągu ostatnich dwóch setek lat było właśnie to, że zabrakło mu wrogów z prawdziwego zdarzenia.  Posiadanie wroga jest ważne nie tylko w procesie określania tożsamości, ale również dla zapewnienia sobie przeszkody, wobec której można utrwalać system wartości i w konfrontacji z nią pokazać, ile człowiek jest wart.
Lyam, przekraczając rzekę przez szeroki most ciągnący się nad spienionymi wodami, doskonale wiedział jedno - gdy wroga nie ma, koniecznie trzeba go stworzyć. Źle mu było na Arbor? Niedostatecznie przyjemnie, na ciepłej wyspie, z najlepszym winem na świecie? Najwyraźniej tak, skoro postanowił wyruszyć na wojnę - i, co gorsza, wylądował w samym środku bezbrzeżnego oceanu zagrożenia. Wróg czyhał gdzieś na wschodzie, zaś Arborczycy, nieliczni w stosunku do jego sił, mogli jedynie liczyć na cud… albo na jeszcze większy cud. Póki co jednak nic nie zapowiadało interwencji bogów w wojnę ludzi, a Redwyne przeprowadzał część swojego wojska na drugą stronę rzeki. Póki co był w stanie zrobić tylko jedno - czekać.
Powrót do góry Go down

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Wto Lis 12, 2013 4:23 pm

Posłowie wysłani przez Edrica popędzali konie w sposób graniczący z brakiem litości nad zwierzętami - wszak musieli działać szybko. I nieustępliwie. Dlatego też cała droga, która dzieliła ich od zbliżających się z mili na milę oddziałów, została przebyta nie tyle w pośpiechu, co pędzie. Gdy po niecałych dwóch dobach podróży spienione konie znalazły się w widłach dwóch rzek, część obcych wojsk zdołała już przeprawić się przez most i najwyraźniej rozważała rozbicie obozu. Jeden z Dornijskich jeźdźców po chwili wytężonej obserwacji z niewielkiego wzgórza oddalonego o niecałe dwie mile od miejsca, w którym mrowie ludzkich istnień to przejeżdżało, to przechodziło przez rzeczny most, zdołał rozpoznać chorągwie Redwyne’ów. Jeden z kruków natychmiast został wysłany do głównych sił Dorne, które przez cały ten czas poruszały się na zachód wzdłuż Blueburn, po czym tuzin Dornijczyków ruszyło powoli w drogę, pozwalając, by Arborczycy zauważyli ich najprędzej jak to tylko możliwe. Sztandar z siedmioramienną gwiazdą łopotał na wietrze, dobitnie świadcząc, iż posłowie przybywają w dobrej wierze… i bez broni. Już po chwili zbliżyli się na tyle blisko sił Redwyne’a, aby wstrzymać konie i wysunąć do przodu trzech przedstawicieli, z których jeden trzymał jasną chorągiew.
- Edric Martell, Książę Dorne i Lord Słonecznej Włóczni wysyła nas ze szczerymi pozdrowieniami dla waszego dowódcy i propozycją spotkania na neutralnym gruncie! - przemówił donośnie jeden z posłów, z gęstymi, kręconymi włosami, orlim nosem i wyrazem drapieżnej dumy na twarzy. - Mogę z nim porozmawiać twarzą w twarz? Pragnę osobiście przekazać zaproszenie, wedle zalecenia mego suzerena! W przeciwnym razie nie tylko ja dopuszczę się uchybienia, ale i wasz dowódca nie zostanie należycie potraktowany… szlachetni rycerze. - ostatnie słowa, dodane po chwili wahania, Dornijczyk skwitował delikatnym grymasem. Grube wargi skrzywiły się nieznacznie, a w ciemnobrązowych oczach nie było nawet odrobiny światła. Najwyraźniej poseł nie był zwykłym żołdakiem, o czym świadczyła nie tylko postawa, ale i samo wyposażenie - złota klamra u spodni, srebrne ćwieki w kamizelce, jedwabna chusta zawieszona na szyi… i koń, pomimo że zmęczony, nadal szlachetnie zadzierający łeb oraz silny. Zapewnie jak każdego typowego Dornijczyka, tak i tego posła wyznaczonego przez Martella, można było łatwo urazić, nawet tego nie zauważając.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Wto Lis 26, 2013 10:44 am

MG


Z racji przedłużającej się nieobecności pana Redwyne'a, jako MG przejmuję kontrolę.


Negocjacje, negocjacjami, lecz... to była wojna, a na wojnie wygrywa lepszy wódz. Ten, który podejmuje decyzje szybciej i trafniej. A w tym wypadku takowym był... Edric Martell. Jego posłowie nie zostali przyjęci przez armię z Reach, co okazało się straszliwym błędem, biorąc pod uwagę fakt, iż dowódca z Południa, mamiąc armię Redwyne'a negocjacjami, jednocześnie prowadził manewr okrążający, zaciskając teraz pętlę, tak długo aż Arborczyk został zamknięty pomiędzy rzeką, a półokręgiem armii Martella.


Sprawa wygląda następująco:
Post teraz pisze Martell, który może wydać rozkazy do ataku lub jeszcze raz wysłać posła z żądaniami. Jeśli po poście Edrica, nie pojawi się Redwyne, rzucam kością, by zdecydować co zrobi jego armia: przyjmie żądania, zaatakuje, spróbuje ucieczki, poprosi o pozwolenie na powrót.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Wto Lis 26, 2013 8:45 pm

- Odmówił… ? - w głosie jednego z doradców Martella słychać było niedowierzanie pomieszane z wściekłością. - To niemożliwe! Wytłumaczyłeś mu wszystko jak trzeba?
Poseł, ten sam, który wysunął Arborczykom propozycję rozmów, spojrzał na niego, a w oczach miał coś takiego, że młody dowódca zamilkł.
-Tak. -odpowiedział wolno. - Dobitnie. I z cierpliwością godną septona.
Edric dzielnie starał się nie pokazać po sobie, że najchętniej skręciłby komuś kręgosłup…
- Wzmocnić posterunki, wypatrywać zwiadowców… i wysunąć żądania. Słuchaj uważnie, co masz im przekazać, przyjacielu, bo nie będę powtarzać…


Nie do końca wiadomo, co miał zamiar osiągnąć Redwyne, odmawiając pertraktacji z Martellem. Być może złote arborskie to nie tylko nieszkodliwa, barwiona na czerwono woda, ale także źródło głupoty - nikt o zdrowych zmysłach bowiem nie odtrąca dłoni Dornijczyka. Zwłaszcza, jeśli ten Dornijczyk nie ma nic do stracenia. Gdy tylko do Edrica dotarła wiadomość, jakoby Arborczycy odrzucili jego propozycję, postanowił… zagrać im na nerwach, zwłaszcza zaś samemu Redwyne’owi. Martell nie mógł przystąpić do ataku aż do momentu, do którego nie powrócą jego zwiadowcy, których wysłał na południe, północ a nawet na wschód od miejsca pobytu swych ludzi. Zarówno przeczucie, jak i zdrowy rozsądek nakazywało mu sądzić, iż Arborczycy to zaledwie przedsmak wroga, mięso rzucone lwu na pożarcie, mające odciągnąć jego uwagę od prawdziwych zamiarów… to, że Tyrell nie stawił się o wyznaczonym czasie na spotkaniu, jedynie utwierdziło Księcia Dorne w przekonaniu, że od początku jego plany znacznie odbiegały od pierwotnej wersji łączącej oba rody. W obliczu tak jawnego policzka, wymierzonego zarówno przez sam Wysogród, jak i chorążego Tyrellów, zemsta na Baratheonach nie wydawała się nagląca. A przynajmniej nie tak nagląca, jak nauczenie Redwyne’a… szacunku?
Teraz jednak nie było czasu na umoralniające opowieści - należało działać. W pewnych sytuacjach zaś najlepszym działaniem… jest czekanie. I właśnie to powiedział Martell, gdy tylko dowiedział się o odrzuconej przez Arborczyków propozycji. „Niech czekają. To dobrze im zrobi.” Redwyne nieco zegnie ten swój hardy kark. Będzie musiał połknąć upokorzenie, zrozumieć, gdzie jego miejsce. A jeśli chwila namysłu, na którą pozwolił mu Dornijczyk w niczym nie pomoże - zapłaci znacznie wyższą cenę, niż mógłby zakładać…
- Za kogo oni się uważają, ci Arborczycy? - jeden z posłów, ponownie pokonujących drogę do obozu przeciwnika, najwyraźniej nie był szczególnie zachwycony rolą, jaka przypadła mu w udziale. - Banda butnych młokosów. Żadnego szacunku, żadnej pokory, właściwie to… - tyradę przerwało gniewne mruknięcie starszego Dornijczyka, który poprzednim razem został odesłany z niczym. Był sztandarowym przykładem pustynnego wojownika i jako taki, nie przyjmował odmów. A skoro poprzednią propozycję Arborczycy odrzucili, i tym razem najpewniej nie skuszą się na rozmowy z Księciem Dorne… to zaś oznacza wariant bardziej odpowiedni dla Martella.
- Książę Dorne w bezkresie swej wyrozumiałości postanowił dać zarówno wam, jak i waszemu dowódcy drugą szansę! - głos posła wzbił się nad żyzną glebą, bez problemu dolatując do oddalonych o kilkanaście jardów ludzi Redwyne’a. - Złóżcie broń. W tej chwili. Zwińcie chorągwie i zawróćcie na drugi brzeg rzeki. Możecie uratować życia, nie ponosząc poważnych strat i powrócić do swych rodzin, cali i zdrowi. Jeśli odmówicie… nie oczekujcie trzeciej propozycji. Odpowiedzcie natychmiast, mieliście wystarczająco wiele czasu do namysłu. - uśmiech na ustach Dornijczyka poszerzył się nieznacznie, gdy zamaszystym ruchem ręki wskazał na wstążki wideł dwóch rzek, a później skierował dłoń na wschód. - Wy za plecami macie wodę, która nie wyrządzi wam krzywdy, jeśli teraz postanowicie się wycofać. Ja zaś za sobą posiadam kilkunastotysięczną, doborową jazdę Dorne. Widzicie tą chorągiew? - skinął lekko głową w stronę powiewającego na wietrze sztandaru z siedmioramienną gwiazdą, symbolem nowych bogów. - W momencie, w którym opuścimy drzewiec, podpiszecie na siebie wyrok śmierci… a nim minie południe, będziecie martwi! Wszyscy.

Cóż więcej pozostało, jeśli nie czekać na odpowiedź?
Podczas gdy posłowie przedstawiali żądania, pętla zaciskała się coraz bardziej - teraz wystarczyło jedynie, by sztandar pokoju opadł… a wtedy krew Arborczyków zabarwi wodę rzek na kolor podobny do barwy ich miernego wina.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Skąd :
Dolina Arrynów
Liczba postów :
656
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Czw Lis 28, 2013 9:35 am

MG

Rzut kością (do którego wgląd ma każdy z administratorów, moderatorów oraz MG) zadecydował, że mości Redwyne przystaje na warunki Martella. Oczywiście, jeśli Redwyne powróci, będzie mógł potem złamać dane słowo, lecz będzie to zagranie zdecydowanie niehonorowe.


Brak zdecydowania dowódcy z Reach zakończył się tak, jak przewidywali to jego doradcy. Znaleźli się w pułapce, pułapce bez wyjścia. Mogli albo zaakceptować warunki Edrica lub rozpocząć beznadziejną walkę. Co gorsza jednak, teraz Martell był przekonany, że Reach złamało zawarty wcześniej pakt i nie może od nich oczekiwać nic poza nożem wbitym w plecy.

Posłowie wrócili zadziwiająco szybko, tym razem z dobrymi wieściami. Redwyne wycofuje się. Chorągwie były powoli zwijane, konie siodłane, a armia przygotowywała się do przeprawy, która trwała przez resztę dnia i prawie całą noc. Reach się wycofało, zostawiając za sobą setki złożonych mieczy, lecz... nie pozostawało wątpliwości, że nie złożyli całej broni. Mimo to, armii Edrica w udziale przypadł całkiem kosztowny łup. Niestety, nie miał pojęcia, że w momencie, gdy on sam odnosi coś w rodzaju zwycięstwa, jego brat pędzi za Baratheonem na własną zgubę...



Edric, czas na Twój post z decyzją o dalszym działaniu. Wystarczy, że opiszesz ewentualny wymarsz armii, a szczegóły wyślesz mi na PW. UWAGA, jeśli Maegor zechce, może pojawić się tutaj w dowolnym momencie. Jeśli nie zdąży napisać przed Edriciem, będzie musiał go dogonić w drodze.TO WAR!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Nie Gru 08, 2013 6:01 pm

/ Karczma pod Źrebną Kobyłą

Brzytwa sunęła gładko po starannie namydlonym gardle Maegora. Ruchy karczmarza były pewne i szybkie, co budziło podziw tym większy, że całej operacji dokonywał ze sztyletem dociśniętym do krocza. Targaryen nazywał to zasadą ograniczonego zaufania.
Zgodnie z oczekiwaniami, karczmarz rzeczywiście niewiele wiedział. Na szczęście jednak nie starał się tego maskować i prosto z mostu wyznał, że jedyne, co ma, to kilka plotek, jakimi uraczyli go stali bywalcy. Nic wielkiego i ani jednej rzeczy, o której Maegor nie słyszałby już wcześniej.
- Więc mówisz, że Redwyne z Arbor chciał przeprawić się przez rzekę? - zapytał spokojnie, przymykając wrzosowe oczy na chwilę. Kilkudniowy brak snu mocno wdawał się we znaki, jednak byli już prawie u celu… teraz wystarczyło dokonać kosmetycznych poprawek. I to dość dosłownie.
- Tak, mój panie. - odparł karczmarz, wycierając brzytwę w wiszącą mu na ramieniu szmatkę. - Musieli dotrzeć aż do wideł dwóch rzek, bowiem mniejsze mosty nie podołałyby takiej sile ludzi. - Maegor uśmiechnął się pod nosem, słysząc te słowa. Nie do końca wiadomo, co bawiło go bardziej - fakt, że Tyrellowie rozpętali to piekło i nie poczuli się do odpowiedzialności, by wesprzeć swego chorążego… czy może myśl, iż to właśnie jemu, Maegorowi Targaryenowi, młodszemu bratu Aerysa przypadnie w udziale pełnienie roli gołębia pokoju.
Pokoju, dobre sobie.
Smok spokojnie wstał z ławy i z czułością wytarł ręcznikiem świeżo ogoloną twarz z resztek mydła. Skoro ma stanąć przed Księciem Dorne, sam musi prezentować się po książęcu.
Zbyt wielu książąt. Pomyślał, rzucając karczmarzowi złotego smoka i wychodząc na zewnątrz niewielkiego przybytku. Zbyt wielu książąt w jednej krainie. Mimo wczesnej godziny upał wyraźnie dawał mu się we znaki. Maegora suszyło potwornie, a do tego wcale nie miał pewności, czy Martell zechce w ogóle podjąć rozmowy. Targaryen spojrzał na swoich ludzi, którzy powoli siodłali konie, odwracając wzrok od swojego dowódcy. Smok z uśmiechem przyglądał się goszczącemu na ich twarzach speszeniu. W końcu jeden z nich nie wytrzymał.
- Jesteś pewien, że to zgodnie z zasadami, Książę?
Sam zainteresowany nie zdążył odpowiedzieć. Za jego plecami rozległ się tubalny głos Alarica.
- A myślisz, że ta wojna wciąż jeszcze ma jakieś zasady? Pomysł Maegora jest jedynym prawidłowym. - Targaryen wsunął między spieczone usta źdźbło zielonej jak szmaragd trawy i przesunął ją językiem w prawy kącik ust.
- Cieszę się. - odparł z uśmiechem, wskakując na konia. - Ale ten komplement nie zbije ceny. A teraz jazda, chłopaki. Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. - ledwo przebrzmiały te słowa, potężny rumak wyrwał się do przodu, zatrzymując dopiero przy jadącym z przodu rycerzem. Tym samym, który przed dwoma dniami dołączył do nich z tajemniczym nadbagażem za plecami. Dzisiaj jednak coś zmieniło się w ubiorze niewielkiego więźnia. Zakrwawiony i brudny wams zastąpiła nowa szata, bez żadnych herbów i oznaczeń przynależności do jakiegokolwiek rodu. Buty także sprawiały wrażenie czyściutkich, zaś wysuwające się spod osłaniającego głowę worka ciemne włosy lśniły świeżością.
- Już niedaleko, maleńka. - rzucił Maegor tonem, który z założenia miał być czuły, w rzeczywistości jednak przywodził na myśl rozkaz do wykonania egzekucji. Targaryen się nie pomylił - Słońce jeszcze nie schowało się za linią horyzontu, gdy do kolumny jeźdźców dotarł nieprzyjemny zapach gaszonego moczem ogniska. Smok przyspieszył i niedługo później stał już na niewielkim pagórku, skąd rozciągał się widok na okolicę. A może inaczej - na olbrzymi obóz Dornijczyków. Otóż smród moczu nie był jedyną wonią towarzyszącą dziesięciotysięcznej armii, która najwyraźniej postanowiła odwlec orzeźwiającą kąpiel w wodach Blueburn… do odległej przyszłości.
- Czekajcie, niech nas zauważą. - drapieżny uśmiech na ustach Maegora poszerzył się nieznacznie, gdy odległe wstążki obu rzek zalśniły krwawo w promieniach słońca. Dwa sztandary Targaryenów powiewały na słabym wietrzyku ciągnącym od wody i stanowiły dla wojsk Martella dobitne świadectwo, że najwyraźniej mają gości. Jeśli Arborczycy dotarli do tej przeprawy, zostali albo zdarci na pył i potopieni w rzece przed Dornijczyków, albo na widok armii wroga postanowili nie zmieniać brzegu i zawrócili - tak czy inaczej, po Redwynie nie było ani śladu. Lub Maegor jeszcze nie dostrzegł oznak bytności chorążego Tyrellów… jak i samych Tyrellów, za którymi wysłał przecież aż trzech swych ludzi z zatrważającej liczby dwóch tuzinów.
- Jak myślicie, mają ze sobą dornijskie wino? - zapytał ktoś za plecami Targaryena, gdy ten nie czekając na przybycie posłańców, ruszył ze wzniesienia, kierując Baleriona wprost w serce armii Martella.
- Wolałbym dornijską dziewkę. - mruknął pod nosem Maegor, z każdą mijającą chwilą niwelując odległość dzielącą go od Dornijczyków. Jeśli ci pospijali się tym swoim wińskiem, jeszcze będą w stanie potraktować Targaryenów setką bełtów, które zwykły sięgać celu. Póki co jednak, pozostawało mieć nadzieję, że Martell będzie… w humorze do podejmowania gości. Zwłaszcza tych z rodziny królewskiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Nie Gru 08, 2013 7:23 pm

Na ławie stał kielich. Stał tam pełen, od kiedy Arborczycy po raz pierwszy odrzucili propozycję rozmów i znajdujące się w nim wino nie smakowało już tak, jak w chwili, gdy zostało nalane. Po jego powierzchni pływały drobinki kurzu i kilka małych robaczków… musiało więc być podłe w smaku. Mimo to Edric wypił kielich do dna i nawet się nie skrzywił. Pielęgnowany w wyobraźni obraz liny i przeklętej pętli, która zaciśnie się na jego szyi odbierając resztki oddechu, jeśli tylko dokona kolejnego potknięcia, nadawał trunkowi dodatkowego posmaku. Zgniłej słodyczy życia. Martell sięgnął po sztylet i rozciął rzemienie przy napierśniku. Zdjął go powoli, by w końcu położyć na miękkim materiale wyścielającym podłoże namiotu. Rzucił przelotne spojrzenie ku zakurzonemu zwierciadłu i widok wcale go nie ucieszył. Spoglądał w oczy zamkniętego w ciele siłacza starca. Zmęczonego życiem, ale i przerażonego śmiercią, zagubionego w świecie, który zmienił się w jednej chwili, wraz z momentem śmierci ojca. Widział w swej twarzy oblicze stojącego na wzgórzu głupca, który zawarł pakt z przysłowiowym Innym. Na swoją zgubę.
Edric nie zauważył, gdy poły namiotu uniosły się i do środka gwałtownie wkroczył dowódca wojsk Hellholt. Ukłonił się przed Księciem prędko. Stojących w odległym kącie namiotu, dwóch mrocznych postaci odzianych w czarne szaty wolał nie dostrzegać, zresztą zgodnie z przyjętym zwyczajem.
- Targaryenowie… - wysapał bez składni, spoglądając na Martella tak, jakby dopiero teraz naprawdę go zauważył. - Nie więcej niż dwa tuziny, są niecałą milę od nas. Książę, oni… oni… - Dornijczyk zamarł na moment, zdając sobie sprawę z tego, co zaszło wokoło: w całym obozie, liczącym dziesięć tysięcy dusz, zapanowała absolutna cisza. Nie ważne, czy żołnierze przebywali w namiotach, czy na zewnątrz - prócz głębokich oddechów nie było słychać nic. Większość łapała wciągała powietrze w płuca tak, jakby chciała zrobić sobie zapas na później. Sam Edric przyłapał się na tym, że wbija w towarzysza rozmowy spojrzenie przepełnione niedowierzaniem, traktując wieści które przyniósł niczym bajkę. Zupełnie jakby mówił, że na obóz spadła kometa.
- Co „oni”? Zamierzasz tak milczeć do usranej zimy? - zapytał w końcu Martell, mimowolnie muskając palcami zawieszony u boku potężny miecz z valyriańskiej stali o barwie dornijskiego słońca. Targaryenowie. Tutaj. Dowódca Ullerów nie zdołał dokończyć - do namiotu wtargnął kolejny Dornijczyk, tym razem nieco bardziej użyteczny dla samego Edrica. Ominął zręcznie pierwszego z gości i podał Martellowi staranne zawiniątko, błyszczące złotawo przy każdym ruchu.
- Książę, szaty. - powiedział spokojnie, jakby fakt zbliżającego się oddziału króla nie wywarł na nim żadnego wrażenia. Edric rozwinął pakunek, przez zatrważająco długą chwilę wpatrując się w podarunek od swego giermka. W rzeczy samej, zawiniątko zawierało przezornie zabraną przez młodego Dornijczyka szatę. Materiał piaskowej barwy, wyszywany złotą nicią, z czerwonymi jak krew oczkami rubinów u kołnierza. Po ustach Księcia Dorne przemknął cień rozbawienia, gdy odłożył pakunek na stół i omijając swego giermka, wyszedł przed namiot tak, jak stał: odziany w miękką skórę i fałdziste jedwabie. Kolcza koszula już nie była osłaniana napierśnikiem, przez co strój uzupełniony o zarękawia sprawiał wrażenie, jakby sam Martell właśnie wstał z łoża… jednak nawet przez myśl mu nie przeszło, by odziać się w drogą szatę wysadzaną kamieniami szlachetnymi. To nie był strój na wojnę, która wciąż trwa.
Podczas zajścia w namiocie, zwiadowcy zdołali wyjechać na spotkanie Targaryenom i bezpiecznie wprowadzić ich między rzeszę Dornijczyków, nawet nie kryjących się z ciekawskimi spojrzeniami, którymi odprowadzali oddział rodziny królewskiej aż do samego namiotu Księcia Dorne. Wśród jego ludzi powoli zaczęły pojawiać się szepty, z każdą chwilą sprowadzającej się do dwóch słów, które dotarły do Edrica w momencie, gdy jeźdźcy Korony pojawili się w tunelu uformowanym przez wojska Martella, prowadzącym wprost do olbrzymiego namiotu Księcia.
- Maegor Targaryen. - wyszeptał ktoś po prawej stronie, gdy potężny, bojowy rumak był zaledwie kilkanaście jardów od celu.
- W istocie. - odparł spokojnie Edric, wpatrując się w brata króla. Spojrzenie Dornijczyka zdawało się mówić „co Cię tu przywodzi, Smoku?”, jednak nawet ono nie zdradziło prawdziwych myśli kotłujących się w głowie Martella. - Książę Smoczej Skały. W Reach… gdzie stacjonuje armia Dorne. Czy tylko ja mam wrażenie, że do pełnego zestawienia brakuje jedynie Starków uganiających się za wilkorami po różanym ogrodzie? Byłaby to esencja farsy. - Edric za żadną cenę nie mógł pozwolić sobie na ustąpienie Targaryenowi pola - choć tą jedną bitwę rozegra. Starcie charakterów. Wytrwałość w ruchach. Moralny sukces.
- Jak zgaduję, nie jest to sztuka na przedstawienie publiczne? - dłoń Martella uniosła połę namiotu w zachęcającym geście. Jeśli król żąda głowy Księcia Dorne, niech ten dowie się o tym w zacisznym miejscu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Nie Gru 15, 2013 6:12 pm

Ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy, nie mrugnęło oko, nie słychać było westchnienia ulgi ani irytacji. Maegor, czyniący w swych myślach miejsce dla nadchodzącego starcia, stawał się jak przedmiot, jak kielich, który choć nie widzi, nie słyszy i nie czuje - w razie potrzeby potrafi wyrżnąć w łeb i nabić sporego guza. Ból jest bowiem bezsprzecznie tym czynnikiem, który przeraża ludzi… lecz Targaryen w tym wypadku stanowi wyjątek. Ból zwykle wyrywa go z hermetycznego świata, gdzie ukrywa się przed problemami. Ból motywuje. Inspiruje. A także…
Maegor rzadko ma ochotę kogoś zabić. Chociaż nie - ochoty takie miewa średnio kilka razy dziennie, ale tak na poważnie, ze skutkiem śmiertelnym, raczej mu się nie zdarza. Co za moment może ulec zmianie. Gdy tylko wjechał pomiędzy rzeszę Dornijczyków, wnet zrozumiał, jak wielką pychą popisał się, uznając że samo pochodzenie zapewni mu immunitet. Bogowie najwyraźniej poskąpili Targaryenowi nie tylko urody, ale i rozsądku - o czym ten zdał sobie sprawę dopiero, gdy szeroka pierś Baleriona torowała drogę pomiędzy żołnierzami Dorne. W najgorszych koszmarach nie podejrzewał, że kiedykolwiek przyjdzie mu pełnić rolę kogoś, kogo celem będzie uratowanie płaskiego od siedzenia na Żelaznym Tronie zadu Aerysa. Ale właśnie teraz, w tym momencie to czynił. Postawił na szali nie tylko swoją reputację i zdrowie, ale także życie, byleby zapobiec wojnie na skalę masową. Dlaczego? To pytanie odbijało się echem w jego umyśle, gdy zeskakiwał z konia, zaledwie kilka jardów od pyszniącego się pośród tysięcy żołdaków namiotu dowódcy. Czy też raczej - Księcia. Dlaczego by nie pozwolić południowcom skoczyć sobie do gardeł? Niech krwawią i umierają, osłabiając swoje wpływy. Jeśli mają ochotę wyrżnąć się w pień w imię idei lub bezpodstawnych podejrzeń - droga wolna! Maegor doskonale wiedział, że wmieszanie się Korony w wojnę może przepełnić czarę goryczy. Gdy Targaryen wysunie względem Martella swoje żądania, awantura wybuchnie tak straszna, że wszyscy gotowi będą pozabijać się nawzajem. A jednak dotarł tutaj. Zmierza w stronę Księcia Dorne. I prowadzi za plecami najsilniejszą kartę przetargową, na jaką mógł sobie pozwolić.
- Mocne słowa. - stwierdził spokojnie Maegor, gdy od celu dzieliły go zaledwie dwa jardy. Zgromadzeni wokół i ściśnięci niczym uda dziewicy żołdacy wstrzymali oddechy, starając się usłyszeć jak najwięcej z pustej retoryki obu dowódców. - Mocne słowa, Książę. - powtórzył Targaryen, zsuwając z dłoni cienką, skórzaną rękawicę i zatykając ją za pas, u którego pysznił się potężny, oburęczny miecz. - Nazywać nasze spotkanie „farsą”… niewielu jest mężów, którzy zdobyliby się na podobną szczerość. Oraz sarkazm. - usta Smoka wykrzywiły się w brzydkim uśmiechu, gdy potarł bliznę na podbródku, nieznośnie pulsującą bólem. Stał przed nim Książę Dorne, Edric Martell we własnej osobie. Człowiek, o którym nie można powiedzieć nic poza tym, że istnieje. Egzotyczny przybysz z samego południa? Pustynny wojownik o twarzy ogorzałej przez słońce? A może ktoś, kto lubuje się w romansach ze służbą… a potem w pozbawianiu kochanek życia, gdy sprawy docierają za daleko? Nawet słońce posiada ciemne plamy…
- Sztuka? - nie wiedzieć kiedy, z gardła Targaryena wydobył się ochrypły, choć jak najzupełniej szczery śmiech. Lawendowe oczy zamigotały wesoło, gdy poła namiotu Dornijczyka została zachęcająco uniesiona, zaś sam Książę gestem zaprosił Maegora do środka. - Nie, nie… to zaledwie preludium do właściwej części przedstawienia, szlachetny panie. - Smok skinął na trójkę swych ludzi, pośród których był i ten wiozący tajemniczego więźnia, nadal z jedwabnym workiem na głowie. Nadszedł czas, by postawić żądania. I za wszelką cenę doprowadzić do ich sfinalizowania.
Temu zaś niezwykle mocno zdawało się sprzyjać wnętrze namiotu Martella. Targaryen z trudem powstrzymał się przed rozejrzeniem po bogato zdobionym lokum, gdzie mieściła się koncentracja stalowej, nieugiętej polityki Dorne. Stalowej i nieugiętej na niekorzyść samych zainteresowanych…
- Pozwolę sobie przejść do konkretów, Książę. - Maegor zmarszczył brwi, opierając się o stół, na którym zapewne jeszcze jakiś czas temu stała makieta z pełnym planem bitwy. Pytanie tylko, z kim… - Rodzina królewska wydaje się mocno… zaniepokojona tym, co na wskutek decyzji Słonecznej Włóczni zaszło na południu Westeros. Blisko dwudziestotysięczna armia Dorne zmierzająca w stronę Włości Korony, z bliżej niesprecyzowanymi planami i szczerą ochotą pozbawienia kogoś głowy… - Targaryen zacmokał cicho z dezaprobatą, sięgając po dzban wina. Uniósł naczynie na wysokość oczu, jakby pragnąc upewnić się, że w środku rzeczywiście znajdzie słynny, dornijski trunek. - Na szczęście ludzie od zarania dziejów lubią kłapać jęzorem. I kilku z nich podpowiedziało mi, jakoby zagrożony był Koniec Burzy, nie zaś Królewska Przystań. - kącik ust Maegora drgnął nieznacznie, gdy napełnił puchar winem i odstawił dzban na stół, wpatrując się zimno w Martella. - Nie wysłali wam kondolencji z powodu śmierci Twego ojca, Książę? A może któryś z Baratheonów zbrzuchacił dziewkę na Pograniczu i uznałeś za konieczne bronić jej honoru? - Targaryen uniósł kielich do ust, by zwilżyć gardło ciemnym trunkiem. Dopiero w ostatniej chwili gest ten zamarł w pół ruchu, zaś sam Maegor z dziwną konsternacją odstawił puchar na stół. - Mogło też chodzić o otrucie głowy Dorne… - Smok pokręcił głową, splatając ze sobą palce dłoni i wbijając pozbawione jakiegokolwiek zainteresowania spojrzenie w Martella.
- Wojny nie wywołuje się w oparciu o plotki, Książę. Na wojnę ruszyć można dopiero, gdy wejdzie się w posiadanie niezbitych dowodów… te zaś mam ja. Dwa konkretnie, jeszcze żywe. Teraz prawdopodobnie gniją w lochach Smoczej Skały. - Targaryen pokiwał głową z zadumą. - Prosto z Wodnych Ogrodów. Dwójka ludzi zamieszanych w otrucie Księcia Dorne. Mała dziewczynka i chłopak, już dorosły. Oczywiście, nie zrobili tego dla własnego kaprysu, trucizny też nie zakupili sami… - uśmiech Maegora poszerzył się nieznacznie, gdy w końcu mógł dotrzeć do właściwej części rozmowy, do samego sedna sprawy, do czegoś, co sprawiało mu największą przyjemność… - Nie dziwię się, że Tyrell nie przybył na spotkanie. Gdyby to moja siostra wydała rozkaz otrucia Księcia Dorne i z własnej kieszeni opłaciła spiskowców… - długo tłumiony śmiech w końcu wydobył się z gardła Targaryena. Tak, to było całkiem zabawne. Nastoletnia dziewucha bawiąca się w politykę... - Słodka Alysanne Tyrell, najmłodsza latorośl Lorda Tyrella, tak bardzo pragnęła, byś przejął władzę, że aż zamordowała Twojego ojca, całą winę zrzucając na pogrążonych w alkoholowym amoku Baratheonów. To dopiero farsa, Książę! - mało brakowało, by Maegor zaklaskał z zadowolenia, jak dziecko na widok sztukmistrza. Miast tego jednak, skinął głową w stronę jednego ze swych ludzi, który bez chwili wahania pchnął delikatnie w stronę Targaryena skrępowanego, drobnego więźnia. Mała istota, drżąca jak liść na wietrze, wylądowała w ramionach Smoka, który obrócił ją spokojnie w stronę Martella i objął w pasie silną ręką.
- To jak będzie? Najpierw przedstawić żądania czy element psychicznego nacisku?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Pon Sty 06, 2014 8:03 pm

Już od dłuższego czasu korciłoby, by powrócić tam, gdzie jego miejsce. Splunąć na wojny, żądanie sprawiedliwości, fałszywych sojuszników i prawych wrogów - wyruszyć w drogę powrotną, zaprowadzić porządek na swym podwórku, by dopiero później nasrać na cudze. Dom. Piękne, znane słowo, w myślach sprowadzało się jedynie do wyświechtanych skojarzeń, kilku zamglonych obrazów. Pustynne Dorne, gdzie od zawsze ludzie toczyli zawzięty bój na wyniszczenie lub przeżycie. Idealne miejsce na wojnę - pod stopami piasek, nad głowami błękit nieba, a pomiędzy armiami tylko falujące od żaru powietrze, czasem pojedynczy krzaczek czy kamień z wężem zwiniętym w pytajnik i niemal żadnych postronnych obserwatorów bądź potencjalnych ofiar w kobietach oraz dzieciach. Edric westchnął cicho, obserwując wkraczającego do namiotu Maegora Targaryena. Bogowie, starzy, nowi, zza Wąskiego Morza, Wysp Letnich i ze wszystkich świątyń Braavos nie byli Martellowi przychylni od samego początku, zaś on sam - zaślepiony własną nienawiścią, tracił bezcenny czas…
… aż do teraz. W milczeniu obserwując niewielkie przedstawienie wystawione przez Smoczego Księcia, oparł sztych miecza z valyriańskiej stali na ramieniu, zmrużył oczy - jedno z nich wyglądające jak żarzący się ognik zawieszony w mrocznej czeluści - i czekał. Na reakcję, na słowo, na znak. Cokolwiek, co wyjaśni mu, po co właściwie Maegor przybył tu ze swoim poselstwem. Bo że nie zrobił tego dla głupiego żartu, tego Edric był pewien. Targaryen mógł sobie udawać chłopca, rzucać wszystkim w twarz, jak to dobrze zna ludzi, ich obyczaje, kulturę, zabawki i jak bardzo bawi go ta cała wojna. Owszem, robił to przekonująco, więc pewnie gdyby chciał, zwiódłby tą postawą prawie każdego.
- To, czy farsa zamieni się w sukces, zależy w równiej mierze od nas, Książę. - Martell rozciągnął usta w lekkim uśmiechu, wsuwając powoli miecz do złoconej pochwy. W jego płynnych, posuwistych ruchach nie było znać żołnierskiego drygu, wręcz przeciwnie - stanowiły one jedyny rodzaj pieszczoty, jaki Dornijczyk znał i rozumiał. Zamarł w bezruchu naprzeciwko Targaryena, puszczając mimo uszu zbędne grzeczności. Czekał na meritum, na pieprzoną część właściwą… i doczekał się jej prędzej, niż śmiałby zakładać. Palce Edrica zamarły na miękkim materiale szaty, którą poprawiał.
A zatem zaczynamy walkę.
- Dziwi mnie zaniepokojenie królewskiej rodziny. - Martell uniósł dumnie podbródek, wpatrując się onyksowymi oczami w fiołkowe źrenice Targaryena. - Wszak podczas konfliktu w Dolinie Arrynów ograniczyła się wyłącznie do odwołania turnieju rycerskiego. Tuż przed wojną na Zachodzie król podarował rodowi Greyjoy złoty pierścień, przyzwalając na rozlew krwi. Aż strach pomyśleć, co zamierzaliście zrobić wobec nas. Donieść sepcie, że bawimy się ostrymi narzędziami? - Książę Dorne zacisnął lekko usta, splatając na szerokiej piersi ręce. Jeśli ryzykował utratę życia, to wyłącznie ze świadomością, iż to samo spotka Targaryena. Zaś ta myśl napawała go dziwną satysfakcją…
- Miernych szpiegów ma Królewska Przystań, skoro dopiero z ust plebsu poznaje plany Słonecznej Włóczni. - stwierdził spokojnie Martell, wsłuchując się uważnie w kolejne słowa Smoka. Mawiają, że Dornijczycy mają krew równie gorąco, co klimat Dorne… być może lada chwila powiedzenie to znajdzie zastosowanie w praktyce. A wszystko dzięki kilku zgryźliwym uwagom Targaryena.
- Baratheon mógłby zaruchać nawet królową i nie kiwnąłbym w tej sprawie palcem. Gorzej, jeśli na swój cel obrałby jedną z moich sióstr... - ciemne oczy przesunęły się powoli z twarzy Maegora na jego strój, jakby szukając niepasującego elementu - i wnet go odnalazły, w formie dwuręcznego miecza u boku smoka. Targaryen i jego ludzie to nie poselstwo. To oddział ogłaszający wyrok.
- Wyrządzasz mi sporą potwarz, szlachetny Książę, sugerując, iż rzucam swych ludzi na śmierć wyłącznie w oparciu o plotki. Wodne Ogrody, o których wspominasz, były miejscem zbrodni… zaś na miejsce zbrodni zawsze wracają sprawcy. - kącik ust Martella uniósł się w lekkim uśmiechu, gdy Dornijczyk poluźnił palcami miecz w pochwie, jakby szykując się na rychłe starcie z Maegorem. - Sprawcy, którzy jasno przyznali, iż działają z rozkazu Baratheonów. Nie od dziś wiadomo, że Koniec Burzy i Królewską Przystań łączy silny sojusz… podobnie jak wszyscy wiedzą, iż podczas tortur człowiek jest w stanie przyznać się do wszystkiego. Czyż nie byłoby to wygodne? Oczyścić z zarzutów rodzinę oraz zbrojnego kompana, jednocześnie obarczając winą… kogo? Nastoletnią dziewuchę z Wysogrodu? - źrenice Martella zwęziły się delikatnie, gdy wyszarpnął ostrze z pochwy w momencie, w którym Targaryen oplótł ramieniem jeńca, początkowo zignorowanego przez Edrica. Złoty koniec miecza dotknął odsłoniętej szyi Maegora, tuż nad głową zakapturzonego więźnia.
- Chciałeś element psychicznego nacisku? Proszę bardzo. Pozwól, że coś Ci powiem, Książę. I radzę, byś przyjął tą lekcję. - wysyczał z długo hamowaną wściekłością Martell, przez ułamek chwili brzmiąc jak brutalnie wyrwana ze snu pustynna żmija. - Kłamcy nie błagają o łaskę. Kłamcy kłamią i w ten sposób odnoszą swe plugawe zwycięstwa. Nie potrzebują do tego armii, broni i boskiej łaski. Pragną jedynie słuchaczy. Skoro więc ja wysłuchałem Ciebie, pora, abyś zrobił to samo wobec mnie. - miecz obrócił się powoli, odbijając złotawe refleksy od lśniącej powłoki stali. Edric odsunął oręż od szyi Targaryena dopiero w momencie, w którym na samym czubku oręża zakwitła szkarłatna kropla. - Za śmierć mojego ojca można zapłacić jedynie śmiercią tego, który to uczynił. Skoro posiadasz dowody wskazujące na Alysanne Tyrell, zachęcasz mnie do zaatakowania Wysogrodu. Zgaduję jednak… że Twój środek przymusu skutecznie mnie od tego odwiedzie. - Martell zawiesił wzrok na drobnej postaci, oplecionej silnym ramieniem Targaryena. Wiedział, kto czeka pod jedwabnym materiałem ukrywającym twarz, wyrażało to jego spojrzenie - pełne napięcia i rezygnacji. Był ojcem. Niezbyt dobrym oraz sumiennym… ale jednak. Był ojcem i nawet w tej roli zawiódł.
- Czego oczekujesz w zamian za życie mojej córki? Obietnic? Deklaracji? Paktów, traktatów, bezużytecznych dokumentów? - Edric potarł dłonią czoło, z trudem przełykając ślinę. - Wyłóż karty na stół, przyjacielu. Żądaj i oferuj. Teraz przed sobą możemy ukrywać jedynie własną plugawość.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Wto Sty 07, 2014 4:21 pm

Szczątkowa wiedza jest gorsza niż kompletna ignorancja. W przypadku tej drugiej można przeć do przodu nieświadomym konsekwencji i liczyć na fart, który - jak wiadomo - sprzyja głupcom. Gorzej, gdy się wie o zagrożeniu, ale wiadomości kończą się dokładnie na dwukropku za śródtytułem „Sposoby przeciwdziałania". Takich sytuacji Maegor nie znosił najbardziej. I w takiej właśnie znajdował się w tej chwili.
Ziejące pustką spojrzenie Dornijczyka było odpowiednim i nader adekwatnym zwiastunem tego, co miało nastąpić za kilkanaście kolejnych uderzeń serca. Martellowie nigdy nie należeli do rodów powściągliwych. Ani pruderyjnych. Typowy system wartości reszty Westeros zastępowały im ideały, które przypłynęły do Dorne na dziesięciu tysiącach statków Nymerii. Dla samego Targaryena rozmawianie z Dornijczykami było jak igranie z ogniem - musiał sparzyć się dziesięć razy, by za jedenastym odpłacić tym samym. Wszak prawdziwy smok nie boi się płomieni… Maegor przez chwilę odnosił wrażenie, iż jedynie kwestią czasu jest to, czy ludzie Martella nie wytłuką jego oddziału - po czym zgodnym chórem kilku tysięcy gardeł zaprzeczą, jakoby Targaryen w ogóle dotarł do ich obozu. Podobne wyobrażenie nie było spowodowane nadmierną miłością księcia Smoczej Skały do własnego życia. On po prostu na miejscu Edrica postąpiłby w ten sposób.
- Są na tym świecie rzeczy właściwe królom, a niedostępne nam, maluczkim. - odparł, uśmiechając się na myśl o przewrotności tych słów. - Mój ukochany brat najpewniej pogroziłby Dorne widelcem i dla dodania powagi swym decyzjom, pierdnąłby w kanciaste siedzenie Żelaznego Tronu. - lawendowe oczy Maegora zalśniły wesoło, gdy Martell jął zdradzać pierwsze oznaki irytacji tą… nader niespodziewaną wizytą. Czy nie tak brzmiały pierwsze lekcje udzielane Targaryenowi przez rycerzy za czasów jego dzieciństwa? Zmęcz przeciwnika. Zmuś go do ataku. I czekaj na błędy.
- Nie powinieneś oceniać całej rodziny po jej jednym członku, Książę… bowiem w obliczu podobnych kalumnii ja musiałbym posądzić Cię o upodobania do chłopców. - twarz smoka w pół uderzenia serca spoważniała, na dobre wyzbywając się oznak dotychczasowej swobody i wesołości. - Słodki, zdolny Trystane. Kiedy widziałem go po raz ostatni był ledwie pacholęciem… jak sądzisz, ujrzymy go jeszcze wśród żywych po tej wojnie? - resztką silnej woli Maegor powstrzymał się przed insynuacją, iż mocno w to wątpi. W końcu Baratheonowie nie słyną wyłącznie tylko z tęgich głów do picia. Są sprawiedliwi. I nie mają ani krzty litości dla wroga, zwłaszcza dla takiego, który przeszkadza im w opróżnianiu dzbanów ale.
- Gdybym chciał spiskować, robiłbym to bardziej udolnie. - zauważył spokojnie Targaryen, przesuwając czubkami palców puchar wypełniony winem na środek stołu. - Mógłbym obarczyć winą za otrucie Księcia politycznego przeciwnika… albo kogoś, kto dawno temu nadepnął mi na odcisk, więc w ramach zemsty postanowiłbym pozwolić, by Twoi ludzie wepchnęli mu włócznię w odbyt. Wtedy, nie przeczę, byłoby to wygodne. Dla mnie, dla niego niekoniecznie. - ledwo Targaryen skończył mówić, wnet przekonał się, że zmęczony przeciwnik nie zawsze jest przeciwnikiem niezdolnym do walki. Powietrze przeszył syk, charakterystyczny wyłącznie dla jednego typu stali. Lawendowe oczy Maegora pociemniały niebezpiecznie, gdy tylko ostrze z valyriańskiej stali dotknęło jego gardła, igrając ze skórą zupełnie jak rycerz z wiejską dziewuchą w stogu siana.
- Mogłeś powiedzieć, że będziemy przechwalać się mieczami. Wyciągnąłbym swój. - odparł zachrypniętym głosem Targaryen, wymownym gestem poprawiając krocze. Jednak ani jemu, ani Martellowi nie było do śmiechu, o czym świadczyła grobowa cisza w namiocie, zakłócana jedynie nierównymi oddechami i przesycona wibrującym napięciem.
- Kłamca, jakież wielkie to niedomówienie. - mruknął pod nosem Maegor, odwiązując powoli sznurek jedwabnego worka. - Wszyscy kłamiemy. W imię pokoju, przyjaźni, miłości, zysku, władzy… jeśli człowiek przysięga, że nigdy nie skłamał, jest największym kłamcą spośród wszystkich. Takim ludziom nie ufam. Takimi ludźmi gardzę. Dlatego, wbrew okolicznościom, doceniam Twoje słowa. - dłoń Targaryena znieruchomiała, gdy Książę Dorne odsunął ostrze miecza, zostawiając na szyi Smoka niewielką, prawie niezauważalną kropkę czerwieni. Dopiero po chwili palce Maegora ściągnęły worek z głowy więźnia, utwierdzając Edrica w przekonaniu, że…
- Wysogród za życie Aidy Martell. - władca Smoczej Skały ujął dornijską księżniczkę za podbródek, unosząc wyżej okrągłą, jeszcze dziecięcą twarzyczkę. Zakneblowane usta przewiązane opaską były jedynym barbarzyństwem, na jakie zdobył się Targaryen… a przynajmniej jedynym widocznym na pierwszy rzut oka. - Pierwszą i ostatnią kłodą, która będzie leżeć Ci na drodze do zawładnięcia Reach, będzie zimne, martwe ciało Twojej córki. A przyznam, że zdołałem ją polubić, Książę. Jest nieco małomówna, ale to chyba zrozumiałe ze względu na kneble. - uśmiech Maegora poszerzył się nieznacznie, gdy przesunął opuszkiem palca po policzku małej księżniczki. - Gdyby była nieco starsza… mógłbym nawet poczekać rok, może dwa aż zakwitnie. Sam jednak rozumiesz, że nie jestem pierwszej młodości, a i moja znajomość z kochaną Aidą nie zaczęła się zbyt wesoło... - Targaryen westchnął cicho, klepiąc dziecko po włosach zupełnie jak grzecznego psa. - Zawróć wojsko do Dorne, Książę. Nic Ci po wojnie, swej zemsty dokonasz w Królewskiej Przystani. Nienawiść Dornijczyków do Reach urośnie jeszcze bardziej, nie wątpię, że tak będzie, ale nim zada się ostateczny cios, należy wroga nieco… osłabić. Aerys zrobi wszystko, by dowieść winy Tyrellów i tym samym zażegnać kolejny konflikt. W obronie Alysanne na pewno wystąpi ktoś z jej rodziny, powołają się na próbę walki. Nie muszę mówić, co nastąpi później… wszak nie opowiadam się po żadnej ze stron. - Maegor kiwnął lekko głową, wskazując na pergaminy i atrament. - Spiszmy umowę. Naszą małą, prywatną umowę. Mój brat od początku zaniedbywał królestwo… zaś ja nie mam zamiaru popełnić jego błędu. Prawda, księżniczko Aido? - Targaryen poluźnił delikatnie uścisk, w którym zamknął przerażoną, małą Martellównę. Gdyby zaszła potrzeba… czy byłby w stanie ją zabić?
Najpewniej tak. Bez mrugnięcia okiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
148
Join date :
03/05/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Nie Sty 12, 2014 10:38 pm

Zasady rządzące tym światem są niezwykle proste i zwykły sprowadzać się do czterech słów: łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Decyzje, w obojętnie jakiej sprawie, niezwykle łatwo podejmować, jednak z ich realizacją zwykle bywają problemy. Na przeszkodzie stają finanse, moralność, chęci… albo coś tak prozaicznego jak miłość. Przywiązanie. Uczucia, o które nikt nigdy się nie prosi, lecz dostaje je wraz z rzeszą innych, nierozerwalnie związanych z żywotem cech. Gdyby człowiek potrafił wyzbyć się ograniczających go barier, bez problemu mógłby dążyć do wyznaczonych przez siebie, z pozoru nieosiągalnych celów.
Gdyby człowiek potrafił wyzbyć się barier, czy w ogóle mógłby nosić miano… ludzkiego? Stać się potworem jest znacznie łatwiej niż pozostać sobą, zwłaszcza w takich miejscach, w podobnych okolicznościach - gdy ziemia nasiąka krwią wroga, a uszy wypełnia krzyk umierających. Wojny to najłatwiejszy sposób, by zatracić swe priorytety i utopić je w rozkładających się ciałach tych, którzy polegli. Żaden władca nie powinien poświęcać poddanych na ołtarzu wybujałych ambicji lub zaślepienia własnymi pragnieniami. Martell o tym wiedział. Targaryen też… a jednak żaden z nich nie miał odwagi, by wypowiedzieć te słowa na głos.
- Jednego możemy być pewni… - ciemne oczy Dornijczyka oderwały się od drobnej, prawie wychudzonej postaci, nadal znajdującej się we władaniu Maegora i spoczęły na twarzy Smoka, jakby samym spojrzeniem chciały udowodnić, że zastraszanie nie jest dobrą drogą do pertraktacji. Zwłaszcza w dziesięciotysięcznym obozie armii Dorne.
- To, co wydobywa się z królewskiego odbytu, na pewno nie pachnie różami. Wszak nie jest Tyrellem. - usta Edrica wykrzywiły się w lekkim grymasie - nie wiedzieć, czy ze względu na obrany ton konwersacji, czy na samo wspomnienie o upodobaniach Trystana. Martell nigdy nie potępiał młodszego brata, nie patrzył na niego z wyrzutem, odrazą, dystansem… ale też rzadko kiedy zdobywał się na słowa i gesty poparcia. Wypełniał swe obowiązki względem rodzeństwa, to wszystko. W końcu poczucie obowiązku było jednym z niewielu uczuć, na które książę sobie pozwalał. Och, tak… był obowiązkowy. Jak pilny uczeń wykonujący polecenia maestra. Jak kukiełka w rękach ojca. Tego samego ojca, zamordowanego i opłakiwanego przed całe Dorne, przez wszystkich… tylko nie przez swego najstarszego syna, który na wieść o jego śmierci uznał zemstę za sprawę pilniejszą od pogrzebu. Edric czasem przyłapywał się na tym, iż winę za wszelkie niepowodzenia zrzuca na bogów, starych, nowych, ze wszystkich świątyń Braavos - mało istotne. Obarczał siłę wyższą za własne błędy, wmawiał sobie, że Pan Światła, w którego na dobrą sprawę nigdy nie wierzył, postanowił ukarać go za nieobecność na ceremonii pogrzebowej ojca i rzucał dumnego Dornijczyka na kolana przed… człowiekiem, który pojmał jego córkę, pojawił się w sercu armii Dorne i z uśmiechem na ustach dyktował warunki. Nie dlatego, że chciał - ale dlatego, że mógł.
- Mawiają, że szaleństwo i potęga to obie strony tej samej monety. Gdy zaś rodzi się Targaryen… - zaczął spokojnym tonem głosu Martell, sięgając po czysty pergamin, delikatnym gestem rozprostowując go na twardym blacie stołu. - Bogowie rzucają monetą. Całe królestwo zamiera w bezruchu, by przekonać się, na którą stronę spadnie pieniążek. - w kąciku ust Dornijczyka zaigrał delikatny uśmiech, gdy zanurzył sokole pióro w ciemnym atramencie. - Jak było w Twoim przypadku, Maegorze? Zakładasz maskę szaleńca czy wręcz przeciwnie, ukrywasz się za pozorami zdrowego rozsądku? - pióro z cichym zgrzytem zaczęło przesuwać się po chropowatym pergaminie, znacząc ciemnym śladem kolejne linijki tekstu. Martell pragnął zakończyć to jak najprędzej, jednak ani przez chwilę nie zakładał całkowitej kapitulacji. Nawet sytuacje bez wyjścia zawsze posiadają możliwość ostatniego, szaleńczego kroku. I właśnie taki krok postawił Edric.
- Skoro tak spodobały Ci się Dornijki… - pióro zamarło nad pergaminem, gdy Książę Dorne podniósł wzrok znad tekstu i zaciskając lekko usta, wyraźnie ważył w myślach kolejne słowa. - … mogę tej nagłej fascynacji dać spore pole do rozwoju. O ile moja córka z każdym mijającym dniem imienia będzie stawać się młodą, zdrową kobietą… o tyle Tobie nie zacznie ubywać lat, książę. Nie posiadasz żony. Nie posiadasz dziedzica. Zaś inteligencja i spryt to nie wszystko w tej rozgrywce, trzeba nade wszystko zadbać o przedłużenie linii rodu... - Martell wyprostował się lekko, przeklinając w myślach za to, co lada chwila padnie z jego ust. - Mam… mam siostrę. Ivory jest starsza od Aidy, skończyła osiemnasty dzień imienia. Nie będę wychwalał jej zalet, nie jest dojną krową, ale skoro pragniesz zadbać o królestwo… najpierw zadbaj o własną rodzinę. - Edric odłożył ostrożnie pióro, sięgając po dzban z dornijskim winem, z którego to napełnił kielich Targaryena. - Chyba oboje wiemy, na czym opierają się aranżowane małżeństwa, książę. Nie kochamy swoich żon. Mamy po prostu z nimi legnąć, spłodzić dzieci, przedłużyć linię krwi. Miłość przychodzi z czasem, jeśli ma się szczęście. - Martell uniósł swój puchar do ust, ukrywając za jego brzegiem gorzki uśmiech.
Nigdy nie należałem do szczególnych szczęściarzy.
- Alysanne Tyrell musi ponieść należną jej karę, niczego więcej nie wymagam. Za krew płaci się krwią, za śmierć - śmiercią. - czerwony trunek zwilżył gardło Dornijczyka, który po chwili odstawił naczynie i sięgnął po pióro, które podał Targaryenowi. - Jeśli nie zapłaci ona, zrobi to ktoś inny. A wtedy ani Ty, ani król, ani żadna siła pod słońcem nie będzie mogła stanąć mi na drodze. - wykorzystując chwilę rozluźnienia, którego potrzebował Maegor na przestudiowanie treści dokumentu, Edric zacisnął palce na ramieniu Aidy, jakby pragnął upewnić się, że jego córka nie jest mirażem i naprawdę się tu znajduje. Oddalona od Słonecznej Włóczni… ale bezpieczna.
Skoro pragniesz zadbać o królestwo, najpierw zadbaj o własną rodzinę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Włości Korony
Skąd :
Smocza Skała
Liczba postów :
708
Join date :
29/10/2013

PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   Pią Sty 17, 2014 9:13 pm

Trzymał dłonie splecione za plecami, głowę zwiesił, że brodą prawie dotykał piersi - i jedynie wprawny obserwator mógłby zauważyć, że na jego twarzy przez kilka uderzeń serca twarzy malowała się troska, a także niepokój. Wyglądał, jakby z całej siły chciał ukryć ogarniający go nastrój przygnębienia i irytacji. Oczywiście nikt z zebranych nie mógłby mieć wątpliwości, że Maegor Targaryen miał ku temu solidny powód. Dostarczał go mianowicie niepozorny kawałek pergaminu, tak skrupulatnie zapełniany przez Dornijczyka pochyłym pismem. Jedna stronnica, zapisana naprędce przez Księcia Dorne, nie mogła być gwarantem pokoju - i tylko głupiec założyłby, że rzeczywiście nim jest. Edric Martell należał do ludzi, których powinno obawiać się całe królestwo… i wyłącznie dzięki temu, że Dornijczyk do tej pory wstrzymywał się przed podjęciem głosu w jakiejkolwiek sprawie dotyczącej polityki Westeros, nikt nie dostrzegał w nim zagrożenia. Co było bezpieczne. I bardzo… bardzo przebiegłe. Maegor zacisnął zęby, nie odzywając się ni słowem, chociaż wiedział, że każda chwila tej przedłużającej się pauzy działa na korzyść Martella. Milczenie wciąż jednak było lepsze od przyznania Dornijczykowi racji. Żaden z nich nie był bez skazy - na każdym odciśnięto ciemne piętno, którym przeciwnicy mogli posługiwać się jak najmocniejszą z kart. Prawdziwa sztuka tkwiła jednak w zatuszowaniu błędów i słabości…
- Przychodzi dzień, gdy masz dość bycia żartobliwym wędrowcem. - odparł lakonicznie Targaryen, wbijając lśniące spojrzenie w Martella. Potęga lub szaleństwo? Żadnego kompromisu, brak półśrodków? Maegor, gdyby zechciał, mógłby udowodnić dornijskiemu Księciu, że jest inaczej. Był w tym dobry. Nie w opowiadaniu historii, choć na tym polu też radził sobie nie najgorzej - najlepiej jednak spisywał się w kierowaniu rozmów na właściwe tory, ciągnięciu ich bez zbędnych emocji. Potrafił znakomicie wczuwać się w sytuację innych, patrzeć ich oczami i dzięki temu wyprzedzać ruch przeciwnika. Gdy zaś Martell przestał pisać, po czym przeniósł wzrok na księcia Smoczej Skały, coś drgnęło w umyśle Targaryena. Maleńki kamyczek rzucony na usypane głazami zbocze. Chwilę trwało, zanim ów drobiazg wywołał lawinę… i uśmiech na twarzy Maegora.
- Sprzedajesz własną siostrę. - stwierdził z rozbawieniem, poluźniając uścisk, w którym trzymał Aidę Martell. - Oddajesz ją za cenę sojuszu i pokoju. Nie chcesz brać pod uwagę, że trafi tam, gdzie ja. W miejsce, gdzie wielkie rody, słodki hedonizm i dekadencja na królewskim dworze są codziennością... może od razu dobijemy targu i oddam za nią cztery… dobrze, niech stracę, pięć tuzinów piaskowych koni? - kielich trzymany w dłoni Targaryena obrócił się delikatnie w jego palcach, gdy wbił spojrzenie w gładką taflę ciemnego wina. Martell po raz kolejny miał rację. Jedną z podstawowych przewag, jaką powinien zdobyć nad Aerysem, będzie spłodzenie dziedzica. I ślub z kobietą, która nie wywodzi się z Targaryenów. Zbyt wiele rodów spogląda na praktyki starej Valyrii z ukosa, niektórzy uważają, że to wbrew boskim prawom…
Maegor wciąż święcie wierzył, że jest panem sytuacji. To nie Edric wysunął propozycję małżeństwa - on sam go do tego skłonił. Nie Dornijczyk poił go winem - sam na to pozwalał, bo pijanym łatwiej dowodzić.
- Miłość? Książę Dorne wierzy w miłość? - Targaryen rozprostował palcami pergamin, studiując treść zapisaną przez Martella. Kąciki ust smoka uniosły się nieznacznie, gdy na chwilę oderwał wzrok od papieru i zerknął na Edrica. - A co na to snarki i grumkiny? Nigdy nie wiadomo, kiedy przedostaną się przez Mur, by walczyć w szeregach Dzieci Lasu… - Targaryen odstąpił wreszcie od stołu i zaczął tam i z powrotem przemierzać namiot. Pięć kroków, obrót, pięć kroków, obrót, pięć kroków... wnet zatrzymał się raptownie.
- Wiele wymagasz. Ta śmierć odbije się echem w Reach… i zapewniam, że nikt tego nie zapomni. - podobnie, jak wy nie zapomnicie o zamachu na Twego ojca. Maegor sięgnął po złote naczynko, cierpliwie podgrzewające lak nad świecą od początku narady. Gęsta ciecz skapnęła na pergamin, zupełnie jak kropla krwi na piasek. Targaryen zsunął z palca rodowy pierścień i odbił go w krzepnącym wosku, po chwili przesuwając dokument w stronę Księcia Dorne.
- Książę, rodzina jest jedyną przeszkodą, która stoi mi na drodze do dbania o królestwo. - powiedział spokojnie Maegor, wsuwając sygnet na poprzednie miejsce i spoglądając na Martella ze skupionym wyrazem twarzy.
Łeb po łbie, aż trójgłowa bestia padnie, bracie.
Pomyślał Targaryen z mściwą satysfakcją, ruszając w stronę wyjścia. Szkarłatny płaszcz załopotał lekko, gdy Smok uniósł połę namiotu, wystawiając się na leniwe podmuchy wiatru.
- Przekaż swej siostrze zaproszenie do Królewskiej Przystani. Z chęcią się przekonam, czy wymiana Aidy była dobrą decyzją. - Maegor uniósł w wymownym geście zwój pergaminu, na którym widniały pieczęcie obu rodów i opuścił energicznym krokiem namiot, kierując się wprost w stronę Belariona oraz swych ludzi, cierpliwie czekających pośród morza Dornijczyków.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Widły Blueburn oraz Mander   

Powrót do góry Go down
 

Widły Blueburn oraz Mander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Stanowisko strzeleckie i rzucania nożami oraz oszczepem
» Urodzinowe konkursy oraz zabawy
» Wymiana bannerami oraz buttonami
» Zakończenie Bankietu oraz zmiany na forum

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Reach-