a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Orys Baratheon



 

 Orys Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Orys Baratheon   Wto Paź 15, 2013 5:48 pm


Orys Baratheon










Wiek:
30 DNI IMIENIA
Miejsce urodzenia:
KONIEC BURZY
Ród:
BARATHEON
Stanowisko:
NAJSTARSZY SYN Lorda
DZIEDZIC RODU Baratheon
Kapitan "Gromowładnego"

Aparycja

Orys, pomiędzy bogami a prawdą, pod względem urody stanowi sztandarowy przykład  mieszkańca Końca Burzy. Pomijając ciemne jak noc włosy i niebieskie niczym wody obmywające brzegi Tarthu oczy, w zdumienie potrafi wprowadzić pewnymi, dość… niepowtarzalnymi i charakterystycznymi wyłącznie dla najstarszego syna Lorda Baratheona właściwościami. Otóż Orys w każdej sytuacji ma lśniącą zbroję. Wygląda na to, że brud się jej nie ima. We wszelkich okolicznościach, na najbardziej błotnistym terenie Westeros, gdzie piechota przez wieki mięsiła glinę, niemal w niej tonąc, zbroja Baratheona lśni srebrnym blaskiem jak tarcza księżyca. Nikt nie zna sekretu jego pancerza: czy dziedzic Końca Burzy fruwa nad ziemią , czy może wszędzie zabiera ze sobą przybory do czyszczenia i, gdy tylko zostaje sam, zajmuje się wyłącznie zbroją?
Poza tym Orys ma jeszcze inne zdumiewające cechy. Na przykład diabelski uśmiech. I choć Aylwarda nikt nigdy nie widział ponurego, to właśnie oślepiający grymas rozbawienia starszego braci Koniec Burzy zna lepiej. Co ważniejsze, o ile na widok uśmieszków Ayla damy rzucają bieliznę przez głowę, o tyle wyczuwając obecność dziedzica Baratheonów rozpustne dziewki, jakby pod wpływem jakiejś dziwnej mocy, pierzchają wszystkie naraz. I to tak, że trudno je później odnaleźć. W jego przypadku bowiem ironiczne i wesołe uśmiechanie się idzie w parze z nieposkromioną wyniosłością, którą dostrzec można w jasnych oczach.
Umięśnione i zwinne ciało pokrywa kilkanaście mniejszych bądź większych blizn - wyraźne znamiona prowadzonego przez Orysa, intensywnego w walki oraz zbrojne ćwiczenia trybu życia. Baratheon nie boi się bólu, zaś widok krwi jest dla niego czymś zupełnie naturalnym, tym bardziej zatem nie powinien dziwić fakt, że zwykle do boju rusza pierwszy i z pola walki wraca jako ostatni.
W jego sposobie bycia dostrzec można coś zupełnie odbiegającego od setek innych ludzi, zwykle zbyt pochłoniętych swymi rozterkami. Krok jest dostojny: idzie powoli, nigdzie się nie śpieszy. Twarz ma nieprzeniknioną, jednak coś w jego niebieskich oczach zdradza, że czuje zaabsorbowanie każdym, nawet najmniejszym szczegółem, który dostrzega. Zwykle niemal niezauważalnie prześlizguje wzrokiem po mijających go ludziach, zapamiętując każdy podejrzany gest, grymas, nawet nerwowy tik...
Skąd się bierze jego siła, która od razu ukróca samowolę tłumu? Gdyby przy każdej okazji pojawiał się z valyriańskim mieczem Baratheonów w ręce, to jeszcze zrozumiałe, ale Orys zwykle porusza się zarówno bez imponującego oręża jak i bez zbrojnego towarzystwa. I widać właśnie brak broni i ochrony, właśnie ten beztroski uśmiech zwykle paraliżują wszystkich obecnych, zmuszając ich do jednego - pokochania bądź znienawidzenia dziedzica Końca Burzy. Drugi wariant jednak, wbrew pozorom, świadczy o ostrożności - bowiem obdarzanie zaufaniem ściętych krótko, zionących krwią, bladych typów o typowej aparycji sadysty, jaką posiada Orys i czego nijak nie da się ukryć, dowodzi braku krytycyzmu.


Biografia


Zdawać by się też mogło, że jak ktoś z wielkim trudem pojawia się na świecie, ledwo żywy jest jako osesek i jednak, jednak cudem w samym zaraniu pokonuje śmierć, to potem żył będzie długo i szczęśliwie. Jednakże takiej reguły tu nie było, bo też w innych przypadkach takiej reguły obiektywnie nie ma. Otóż po urodzeniu Orys strasznie mało ważył, był prawie bez skóry i właściwie wszyscy czekali, aż pierworodny syn Lorda Baratheona umrze, i gdyby nie babcia, umarłby na pewno.  Ale starka miała niespożyte siły, znała ludowe mądrości, którym sprostać nie mogli nawet maestrzy i trzymała niemowlę jak kota w rozgrzanym owsie i udało się, nie wystygł, życie, co, zdawało się, lada chwila pierzchnie przez błonkę, którą był pokryty, nie pierzchło.
Jako dziecko był nikłego wzrostu, miał co najmniej trzy talenty i z wielką pomyślnością grał na lirze. Zamek zasypiał, a z góry wieży Końca Burzy, z półokrągłej komnaty, płynęła muzyka. Po latach lira zniknęła, najpewniej stała się przedmiotem handlu wymiennego: instrument za beczułkę, wino za melodię, zatrata za sztukę.
Inna rzecz, że wszystkie trzy (talent muzyczny, talent strategiczny i talent odwagi) jął zdradzać w nadzwyczaj głębokim dzieciństwie. Jako kilkuletni chłopak liczył prędzej niż kupcy z Essos, ze wszystkimi, nawet z najlepszymi minstrelami Pogranicza wygrywał w balladowych starciach i nie bał się niczego. Czy gdyby los ułożył się harmonijnie, zostałby najlepszym bardem królestwa? Albo najodważniejszym mężem Westeros? Nie wiadomo. W planowaniu strategicznym był świetny, prawie w ogóle nie patrzył na decyzje wroga, widział więcej i w ogóle nie dbał o to, że widzi więcej. Kiedy inni chłopcy ślęczeli nad drewnianymi figurami ułożonymi na mapie, ich ruchy były powolne i nieznaczne, stateczny spokój panował na improwizowanym polu walki. W głowie Orysa zaś sunęła szybka i powietrzna bitwa, partia szła za partią, tajfun geometrii, jego decyzje były grą szybszą od strzały, piechota biegła, włócznicy przecinali pole, konnica atakowała. Mat, mat za każdym razem, mat, zanim człowiek się zdążył połapać. Odwaga była wszakże największym jego darem, w odwadze się spełnił, maestrem i mistrzem odwagi został już za młodu. To że nie bał się pływać i nurkować w głębiach, wirach Zatoki Rozbitków – to nic. To że w dziesiąty dzień imienia skakał z klifu w spienioną toń z taką desperacją, jakby chciał jak najdotkliwiej runąć stamtąd - to nic. To że dziesiątki, setki podobnych wyczynów, skoków, piruetów nad otchłanią wykonał – to nic. Ale Orys się nie bał nawet Baleriona.
Balerion był to ociężały psiur wielkości konia pociągowego. Zwierzę potulne, łagodne i dobrotliwe na granicy demencji. Pies – pierdoła. Z anielską cierpliwością znosił całe pokolenia potworów (kilkuletnich synów lorda Baratheona) i bestii (kilkuletnich córek tegoż). Potwory i bestie dosiadały go, ciągnęły za sierść i za uszy, darły się wniebogłosy, widzący ten proceder rycerze darli się jeszcze bardziej, drogą natychmiastowej chłosty zmuszali potwory i bestie do przykładnego zachowania, jak na dziedziców przystało, septy potworów i bestii stawały w ich obronie, dostawały spazmów – koniec świata. Pies cierpliwie świadkował tym codziennym upadkom ludzkości, dawał z sobą robić wszystko, bez skargi pozwalał się upokarzać, gdy przymierzano mu jedwabne chusty albo rycerskie hełmy, bez oporu pozwalał się zaprzęgać i posępnie ciągnął po alejkach Bożego Gaju kuriozalną kolaskę powożoną przez rozanielonego potwora albo przez rozchichotaną bestię. Codziennie wstawał, codziennie szedł do pracy, codziennie wracał, codziennie jadł, codziennie zasypiał. Co pewien czas wszakże przykrzyła mu się dławiąca monotonia, co pewien czas, co kwartał, co kilka miesięcy wpadał w desperację, coś w nim pękało, ogarniał go szał. Balerion uwalniał się wtedy z najściślejszych uwięzi, przesadzał najwyższe ogrodzenia i niczym złe i krwawe widmo krążył po Końcu Burzy. Z jego gardła wydobywał się zwiastujący śmierć charkot, ślepia świeciły niczym cmentarne widma, czarna piana oblepiała pysk. Nikt, nawet kasztelan zamku, nie śmiał się wówczas doń zbliżyć, nikomu to zresztą nie przychodziło do głowy, pierzchano na jego widok, zatrzaskiwały się drzwi i bramy. Zwierzę, gnane niepojętą rozpaczą, wściekle atakowało świat, wszczynało wielką rewoltę, której finałem miała być zmiana istniejącego ładu. Pies wyłuskiwał głowę z łańcuchów codzienności i spotykało go to, co spotyka każdego, kto próbuje tego procederu, ogarniała go płomienista pętla szaleństwa. Biegł bez celu, wpadał na opustoszałe podwórza, przepadał w leśnych gęstwinach, przeraźliwie wył pod wieżą Końca Burzy… W czasie tych piekielnych rejterad Balerion niezmiennie i nieraz wielokrotnie trafiał na wewnętrzne podwórze zamku. Zza załomów muru, zza winkla wszystkie dzieci Lorda Baratheona patrzyły, jak węszy, myszkuje, jak przepada na długie minuty w starej wędzarni albo stajni, prawie natychmiast odnajdując w tym nową zabawę - to właśnie wtedy pojawiała się szansa poskromienia bestii. Gdy Balerion właził, dajmy na to, do jadalni, ktoś musiał błyskawicznie oblecieć wielką wieżę, bezszelestnie przesadzić żelazną bramę wjazdową (wprost wyjść na podwórze się nie dało, on słyszał każdy krok, najlżejszy skrzyp), a więc przesadzić bramę, przebiec na palcach wyłożony ciemnymi kamieniami dziedziniec i ryzykując, że ujrzy tuż przed sobą rozdziawioną jak grób paszczę, dojść do uchylonych drzwi, dojść, dobiec, dolecieć na niewidzialnych skrzydłach do tych drzwi i błyskawicznie je zamknąć i jeszcze, kurczowo dzierżąc klamkę, przetrzymać straszny szturm od środka, łomot, wycie, nie drzwi, ale i ściana zaraz runie, to wszystko przetrzymać i jeszcze roztrzęsionymi rękoma założyć skobel.  Orysowi wszakże nie trzęsły się ręce, nawet jak mu się już ręce trzęsły, to wtedy, gdy biegł przez dziedziniec, gdy lada chwila mógł się we własnego trupa przeistoczyć, wszelkie dygoty ustawały. Czarny lukier przerażenia oblepiał dorosłym gardło, patrzyli, jak dziedzic Końca Burzy nie biegnie, ale nonszalancko idzie przez dziedziniec, zamyka psa (któremu do rana miną fanaberie, bunt się ustatecznia), patrzyli, jak igra z niebezpieczeństwem i jak za grosz nie ma świadomości daru, daru braku instynktu samozachowawczego, daru braku wyobraźni (suma tych dwu braków daje dar odwagi). Ale mniejsza o to, w końcu nawet jeśli  Orys nie umiał cenić swej niepoczytalnej brawury, to i tak czynił z niej najwyższy użytek. Dla rodzeństwa Baratheon nie było czynu odważniejszego nad poskromienie Baleriona, psa kasztelana Końca Burzy. Mniejsza o to, bo dziedzic z pozostałych swych darów, uzdolnień, żadnego nie czynił użytku, w nim w ogóle nie było przywiązania do jakiejkolwiek sprawy. Ani do muzyki, ani do planowań strategicznych, ani do lektury, ani do uprawy roli. Ani do rzemiosła, ani do Siedmiu, ani do rodziny. Orys przez lata gnał przez świat (niczym oszalały Balerion) i nie było miejsca, w którym mógłby się zatrzymać, i nie było rzeczy, która mogłaby go zająć. Sam nie wiedział, kim jest. Przez większość jego życia wszystko było pospieszne, byle jakie, prowizoryczne, szalone. Wszystko jedno, co się będzie robić, wszystko jedno, jak się będzie żyć, w Końcu Burzy, czy w przydrożnej karczmie, z lirą, a może bez liry. Wszystko jedno, kim będzie, jak dorośnie. Nawet niezbyt urodziwa twarz, która tak często bywa napędem ogromnych ambicji, nie zagrzewała go do żadnego czynu. Był szpetny i wisiało mu, że jest szpetny.
Kobiety? Kobiety też nie. Chodził co prawda z młodszym bratem podglądać chłopki w kąpieli, chodził, ale nie brał udziału w kornych seansach zachwytu. Chodził, ale zawsze zostawał trochę z boku, nigdy nic nie mówił ani nie uwznioślał, ani nie trywializował, nie dzielił z Aylwardem i resztą wysoko urodzonych młokosów strzelistego zachwytu, nie doznawał upojenia ani oczyszczenia, chyba w ogóle nie patrzył w kierunku wody i nagich ciał. Był tam, bo wszyscyśmy tam byli, stał, bo wszyscy stali i chyba nie doznawał tego (najwyższych uniesień ducha), co wszyscy doznawali.
Z winem było tak samo. Popijał, bo wszyscy popijali, ale nawet w samych początkach popijania alkohol nie przynosił mu żadnych euforii ani ukojeń, jedynie trochę bardziej wytrzeszczone oczy, bardziej bełkotliwą mowę, bardziej chybotliwy krok. Jednak po kilku zimnych latach, złote arborskie zawsze obecne w życiu Baratheonów, wzięło Orysa w swe całkowite posiadanie. Dziedzic od dwudziestego pierwszego dnia imienia zaczął spoglądać na świat przez półprzejrzystą, jak tafla młodego wina w dymionie, zasłonę. Zaczęło się poranne uspokajanie dygocącego ciała. Zaczął się czas bólu niepojętego. Co robić? Co robić, kiedy każde poranne przebudzenie jest jak śmierć na polu bitwy? Co robić, jak nawet tak tego nazwać nie można, co robić, jak nawet język nie niesie opisowej albo metaforycznej ulgi, no bo niby skąd? Co robić? W Siedmiu można szukać pomocy i otuchy, i czynił to Orys, i pilnie chodził do spetu. I bogowie chyba dawali mu wtedy ulgę, bo ten udręczony człowiek często zasypiał w czasie nabożeństwa. Zapadał w spokojną, przecież nie deliryczną, a na wskroś bogobojną drzemkę. I podobała się jego drzemka Siedmiu, ale niestety nie podobała się ona jego siostrom. Miał bowiem Orys tego pecha, że jego miejsce w sepcie było tuż przed  miejscem Allyi. Siostra z całą niezmienną surowością przywracała go do przytomności, a on obracał się ku niej i po jego przerażonych oczach łacno było poznać, że tak jak i reszta rodzeństwa, bliźniaczej siostry Aylwarda boi się bardziej niż wszystkich Siedmiu i Starych Bogów razem wziętych.  Co robić? Co robić, skoro znikąd ulgi ani pocieszenia? Jak człowiek nie potrafi wyzwolić się od wina ni piwa, nieporadnie próbuje żyć z alkoholem, a w niektórych wypadkach nawet żyć z alkoholu. Orys zatem, tchnięty myślą boską, browar nakazał zbudować, istny browar. Ale i to wedle obliczeń nader wysokodochodowe przedsięwzięcie ledwo nadążało z produkcją surowca do potrzeb własnych Końca Burzy, inna rzecz, że potrzeby własne Końca Burzy od wieków były znaczne. Tymczasem ból świata Orysa nie mijał, ból świata się wzmagał. Dziedzic należał do tej zdecydowanej większości alkoholików, co własny alkoholizm neguje. Wiedział, że wino daje jakie takie ukojenie, ale nie jest jasne, czy zdawał sobie sprawę, że brak wina jest źródłem męki. Ta prosta koniunkcja bywa trudna do opanowania, większości uzależnionego bractwa wydaje się wszakże, że cierpi ono nie z braku alkoholu, lecz z powodu obiektywnej nieprzychylności świata i wino jest na tę nieprzychylność lekiem, od tego, że ono samo nieprzychylność świata i tworzy, i wzmaga, abstrahuje się skwapliwie.
Refleksja nad życiem przyszła dopiero w momencie, gdy przeżył najlepsze lata swego żywota - z niemym zdumieniem było dane Orysowi obserwować, jak jego młodszy brat potrafi łączyć przyjemności z obowiązkami, z niemym zdumieniem i gorzkim posmakiem w ustach stwierdził, że to Aylward zasługuje na miano dziedzica, nie zaś on. I ranka pewnego, gdy po raz kolejny siła ciemnego piwa dawała się mu we znaki, postanowił po raz pierwszy spożytkować swoje talenty. Wiedział, że w polu nie zrówna umiejętnościom brata - dlatego swój wzrok skierował ku flocie. Morze okazało się dla Orysa drugim domem, który szybko zrozumiał, że ochrona Końca Burzy powinna skupiać się na punkcie najsłabszym, czyli… na Zatoce Rozbitków. Alkohol szybko zastąpiony został galerami wojennymi, a  obojętność wobec świata - właściwą najstarszemu Baratheonowi zaciętością, połączoną z milczącą naturą stratega. Do spełnienia swych ambicji pozostała mu kwestia ostatnia - ożenek mianowicie.


Ekwipunek


Zapewne najbardziej znamienitą częścią jego uzbrojenia jest rodowy miecz wykonany z najprzedniejszej stali - podarowany został Orysowi przez pana ojca w dwudziesty ósmy dzień imienia dziedzica Końca Burzy. Oręż, będący oczkiem w głowie Barathenona, umieszczony został w posrebrzanej pochwie, na której wygrawerowano imiona wszystkich tych, którzy ongiś walczyli mieczem - począwszy od imiennika Orysa, który pokonał ostatniego Króla Burzy, aż do obecnego Lorda Baratheona.
Nieodzowna dla Orysa jest także zbroja płytowa - dokładnie naoliwiona, wyczyszczona i posiadająca na napierśniku herb rodu.
W życiu codziennym oraz ze względu na ścisłe powiązanie z morzem, Orys woli mniej cięższe odzienie - zwykle jest to wams w rodowych barwach, wygodne, skórzane spodnie, buty wykonanie z jeleniej skóry i rękawice z tegoż materiału.
Poza mieczem nosi przy sobie dwa sztylety, które są o wiele poręczniejsze na pokładach galer niźli dłuższa broń.

acidbrain

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
431
Join date :
27/09/2013

PisanieTemat: Re: Orys Baratheon   Sro Paź 23, 2013 8:42 pm

Skończywszy!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Orys Baratheon   Sro Paź 23, 2013 9:04 pm

Orys Baratheon napisał:
o ile na widok uśmieszków Ayla damy rzucają bieliznę przez głowę...
OJ.

Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku - historia o Balerionie pozamiatała konkurencję, witam na forum i w rodzinnych progach! Akcept, oczywiście :>
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Orys Baratheon   

Powrót do góry Go down
 

Orys Baratheon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Orys Baratheon
» (NPC) Lord Torrhern Brandon Baratheon
» Kronika rodu Baratheon
» Lianne Marsei Baratheon
» Otton Baratheon

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Spis ludności :: Kobiety i Mężczyźni-