a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Droga na południe



 

 Droga na południe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Droga na południe   Pon Wrz 09, 2013 2:54 pm

Jak sama nazwa wskazuje - jest to trakt, który wiedzie na południe Ziemi Burzy. Nie należy go jednak mylić ze szlakiem królewskim, bowiem jest to droga mniej uczęszczana oraz prowadząca przez Grandview do Czarnej Przystani.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Pon Wrz 09, 2013 4:03 pm


    Koniec Burzy


- Lordzie Baratheon, zapraszamy do nas! - znikające za linią drzew słońce zabarwiło twarze siedzących przy ognisku rycerzy na czerwono. Aylward zatrzymał się, odrywając usta od niezbyt apetycznie wyglądającego jabłka, zerwanego zaledwie chwilę wcześniej z rosnącej nieopodal polany dzikiej jabłoni.
- Dziękuję. - uśmiechnął się lekko, przeskakując nad zwaloną kłodą i zbliżając do ogniska. Jeleń ma niepisaną zasadę, by przyjmować każde zaproszenie prostego żołnierza z wdzięcznością, jakby go zapraszał do obiadu Lord Stark albo sam król. Bez żadnej różnicy. Wokół ogniska zapanowało ożywienie. - Gdzieście wytrzasnęli kuraka? - ciemne brwi podjechały nieznacznie do góry, gdy przesuwał wzrokiem od jednego z jeźdźców do kolejnego. W trakcie drogi padły wyraźne rozkazy - żadnego rabowania. Żadnych kradzieży. I ani słowa o gwałtach. A przynajmniej nie w granicach Ziem Burzy.
- Dziki, lordzie Baratheon. Bezdomny. - padła szybka odpowiedź jednego z rycerzy, na co wszyscy jego towarzysze przytaknęli z entuzjazmem. Aylward doskonale wiedział, że jego ludzie nierzadko podczas długich podróży „dzikiego" prosiaczka zdobędą, albo kurę czy kogucika. Czasem trafią się dzikie ziemniaki, dzikie pomidory i ogórki... albo dzika kukurydza. To właśnie ją gotuje w wielkim garnku inna grupa jeźdźców.
- A skąd garnek macie? - tym razem Baratheon uśmiechnął się delikatnie pod nosem, zerkając na to, co pichcą rycerze.
- Jak by tu powiedzieć... leżał na drodze. Pomyśleliśmy, że niepotrzebnie się marnuje. Skosztuj kukurydzy, ser! Znakomita. - od ogniska rzeczywiście dochodzą smakowite zapachy. Aylward usiadł przy płomieniach i wraz z towarzyszącymi mu rycerzami... już po chwili piekł kurę. Piekł ją specjalnym sposobem podchwyconym jeszcze od ojca na polowaniach: własnoręcznie obciął głowę i łapki, wypatroszył, ale nie oskubał, oblepił grubą warstwą mokrej gliny - i wrzucił do żaru. Aromat już po kilku chwilach rozniósł się na wszystkie strony, a po niecałym kwadransie kolacja była gotowa. Aylward z wprawą godną królewskiego kucharza odłupał warstwę wypalonej gliny. Wraz z nią odeszło całe pierze i ociekający tłuszczykiem ptaszek gotów był do jedzenia. Na dziesięciu mężczyzn nie wyszło zbyt wiele mięsa, ale jeśli doliczymy do tego pół kolby kukurydzy, którą Baratheon dostał od grupy przy drugim ognisku, wyszedł całkiem niezły posiłek. Jakiś czas później, kiedy na polanie zapadł całkowity zmrok i płomienie zaczęły dogasać, do Aylwarda dosiadł się młody rycerz, którego Baratheon wybrał w Końcu Burzy do "misji specjalnej". Vicon, bo właśnie tak miał na imię, pogrążył się w ponurym milczeniu, jedynie co chwilę wzdychając ciężko pod nosem. Jeleń uśmiechnął się lekko, zerkając w końcu na gołowąsa.
- Vic, chcesz o coś zapytać? - zostali sami przy ognisku, w niewielkiej zapadlinie zagubionej na wielkiej polanie. Przed nimi była długa, letnia noc.
- Tak, ser... już wcześniej chciałem... masz pod swoimi rozkazami setki młodych, sensownych, doskonale zapowiadających się rycerzy, świetnie wyszkolonych, o wykwintnych manierach... a ja jestem chłop, nie czytałem wielu książek, o których rozmawiacie na postojach, nie jest mi łatwo w waszym kręgu... dlaczego więc wybrałeś właśnie mnie? - Baratheon po tym pytaniu długo krzątał się przy ognisku, najpewniej zastanawiając się, czy ma powiedzieć jak zwykle coś o pracowitości i pojętności, czy wyłożyć prawdziwe powody.
- Powiem Ci, Vicon, całą prawdę, bo sam ją rozumiesz, bo trudno Cię oszukać, bo powinieneś ją znać... - zaczął w końcu, dorzucając do ognia drewna. Do tej pory spokojne oblicze powlekła jakby burzowa chmura, nie zapowiadająca bynajmniej delikatnej rozmowy. - Żyjemy w okrutnym świecie. Jedyna szansa przeżycia, to piąć się do góry. Jeżeli staniesz w miejscu, stoczysz się w dół i zatratują Cię ludzie, którzy po Twoich gnatach gramolą się wzwyż. - Aylward usiadł ciężko na jeleniej skórz rozłożonej na mokrej trawie polany. - Nasz świat to krwawa, bezkompromisowa walka jednostek. W tej walce każdy potrzebuje pomocy i wsparcia. Ja też potrzebuję pomocników, zdecydowanych na wszystko, gotowych w imię zwycięstwa podjąć śmiertelne ryzyko. Muszę mieć pewność, że nie zdradzą mnie w najtrudniejszej chwili. - uśmiechnął się pod nosem, wyciągając zza cholewy buta sztylet. Już po chwili ostrze zaczęło powoli obracać się pomiędzy palcami Jelenia, który nie musiał patrzeć na broń, by wyczuć, gdzie się znajduje i gdzie za moment muśnie żelaznym pocałunkiem jego skórę. - Aby to osiągnąć, istnieje tylko jeden sposób... muszę wybierać ludzi z samych dołów. Zawdzięczasz mi wszystko i jeżeli mnie pogrążą, to pogrążą również Ciebie. Jeśli wszystko utracę, to i Ty stracisz wszystko. Wyciągnąłem Cię z tłumu nie z uwagi na Twoje zdolności, lecz dlatego, że jesteś człowiekiem z tłumu. Nie jesteś nikomu potrzebny. Wystarczy, że coś mi się przydarzy, i znowu wylądujesz w tłumie, tracąc władzę i przywileje. Ten sposób doboru pomocników i ochrony osobistej jest stary jak świat. Tak postępowali wszyscy władcy. Zdradzisz mnie, stracisz wszystko. - na ustach Aylwarda wykwitł w końcu ten sam dziki, niepokojący uśmiech, którzy jego ludzie mogli obserwować podczas jatki w Dolinie - uśmiech człowieka doskonale znającego zasady gry... kogoś, kto potrafi te zasady zmieniać. - Połóż się spać, jutro długa droga przed nami. - rzucił spokojnie Baratheon, wbijając spojrzenie w ogień. Już wkrótce podobne płomienie rozświetlą wszystkie drogi Ziem Burzy...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Sro Wrz 11, 2013 1:22 pm

/początek początków

Uwaga stojącego na warcie strażnika z czasem słabnie, jednak nie da się zastosować tej tezy do każdego przypadku. Nawet jeśli dowódca nie ma zwyczaju straszyć częstymi nalotami, pod koniec zmiany mieszanina strachu przed przyłapaniem na drzemce oraz ożywienia myślą o zbliżającym się odpoczynku sprawia, iż śmiertelnie znudzony wartownik staje się skuteczniejszą zaporą dla potencjalnych intruzów.
Gisella uwzględniła to w swych planach. Reguła nie jest żelazna i tkwiąc przez pół godziny w zaroślach na tyłach najbardziej wysuniętego ku południu ogniska, zdążyła zauważyć, że obaj interesujący ją rycerze trzymają się całkiem dobrze, pewnie dzięki prowadzonej pogawędce. Pomimo kilku lat spędzonych w Westeros, nie zdołała wychwycić i zrozumieć wszystkich słów, także ze względu na akcent rozmawiających, który wydawał się łagodniejszy i bardziej melodyjny niż dornijski. Na szczęście dziesięć minut przed zapadnięciem głębokiej nocy mężczyźni pożegnali się ze sobą, a przy gasnących płomieniach został tylko jeden z nich. Dwieście stóp w jedną, dwieście z powrotem - na dobrą sprawę zdążyłaby dobiec do północnej granicy lasu, kradnąc po drodze niewielki tobołek z żywnością. Mimo to ryzyko nadal było zbyt wysokie.
Przeczołgała się aż do zakrętu drzew, które dzieliły ją od łąki. Wpełzła pod młodą jodełkę, wyjęła zza cholewy buta niewielki sztylet i dla zasady sprawdziła roztaczający się przed nią horyzont. Ani z lewej, na skraju polany, ani z prawej, w lesie nic się nie poruszało. Obóz ponad setki jeźdźców tchnął martwotą. Obserwowała ich jeszcze za dnia, gdy nie miało to posmaku przygody i naszkicowała palcem na piasku pola widoczności. Tylko jedno zahaczało o interesujący ją fragment łąki, z daleka od koni, które mogłaby spłoszyć.
Po chwili bezruchu wypatrzyła sylwetkę tego samego rycerza, którego obserwowała na początku zwiadów. Znajdował się zaledwie pięćdziesiąt stóp na lewo od miejsca jej kryjówki… i najwyraźniej zasnął, sądząc po zwieszonej głowie. Giss wypełzła na odkrytą przestrzeń i ruszyła wzdłuż lasu, odrzucając pomysł skręcenia ku dolince, w której były namioty. I dobrze zrobiła obierając inną drogę, bo do miejsca, gdzie las prowadził na północ, dotarła bez przeszkód.
Przed końcem linii drzew zatrzymała się i rozejrzała. Nie przeżyła szoku, widząc nadchodzącą od południa postać. Mężczyzna szedł swobodnie, nie starając się kryć, i niósł coś w rękach. Po chwili zniknął z pola widzenia, to jednak wystarczyło Giselli, by szarpnęła się gwałtownie w tył, robiąc tym samym stanowczo zbyt wiele hałasu. Wcisnęła drobne ciało w krzaki modląc się w duchu, żeby facet był pijany.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Czw Wrz 12, 2013 12:00 pm

Ten, który sądzi, że bycie zwiadowcą to łatwe i przyjemne zajęcie...
... najwyraźniej zwiadowcą nigdy nie był. I nie ma pojęcia, że każdy nieostrożny krok można przypłacić własnym życiem, nie zdaje sobie sprawy z tego, że za każdym zakrętem, za każdym pniem i za każdym krzakiem jeżyn może czekać szybka śmierć. Aylward, w czasach gdy był jedynie zwykłym giermkiem, czyli całe ery temu, zdołał zgłębić tajniki poruszania się nocą po lesie... choć nigdy nie doszedł w tym do perfekcji. Tymczasem dzisiaj, właśnie dzisiaj, miało okazać się, że dawno porzucone i prawie zapomniane zdolności ponownie upomną się o dojście do głosu… i to w najdziwniejszej z możliwych okoliczności.
Gdy Vickon odszedł od ogniska, najwyraźniej trawiąc ogrom brutalnej prawdy, którą Baratheon przed nim zarysował, wokół zapanowała cisza taka, jaka może ogarnąć jedynie pogrążony we śnie wojskowy obóz. Od czasu do czasu nękany koszmarami rycerz jęknął przez sen, gdzieś daleko zarżał niespokojnie koń, ktoś inny odczłapał w krzaki, żeby sobie ulżyć... tymczasem Aylward został sam, otoczony przez mrok, czując, jak ów zaciska się wokół niego - jak palce okrutnego dziecka na dżdżownicy. Dogasający żar w ognisku jarzył się jak szary bursztyn, rozjaśniając ciemność na niewiele więcej niż stopę, na wskutek czego głowa Jelenia już po chwili opadła bezwiednie, pogrążając Aylwarda w błogiej niewiedzy. Ten stan nie trwał jednak zbyt długo - wyostrzone zmysły, wyraźnie świadome tego, że za kilka dni wystawione będą na najcięższą próbę w życiu, wybudziły Jelenia z drzemki na pierwszy niepokojący bodziec, ulokowany stanowczo zbyt blisko obozu. Baratheon nie umie ocenić, ile czasu spał. Nie jest również pewien, co dokładnie go obudziło – czy jakiś dźwięk, czy ruch, a może podświadomie wyczuł, że nie jest sam na brzegu polany. Chwilę siedział z zamkniętymi oczami, wsłuchując się we własny oddech, bicie serca i dobiegający z chaszczów szelest. Wreszcie zdecydował dyskretnie spojrzeć spod powiek. Ognisko wygasło zupełnie, pogrążając okolicę w całkowitej ciemności, jednak światło miesiąca umożliwiało dojrzenie najważniejszego - jakiś kształt, na północ od Baratheona, poruszył się ostrożnie, falując wokół z subtelną, groźną gracją koralowców na dnie oceanu. Ktokolwiek to był, przykucnął poza linią drzew lasu, najwyraźniej sądząc, że Aylward nadal śpi. Coś całkowicie pochłonęło jego uwagę, więc Jeleń otworzył oczy już bez oporów i możliwie ostrożnie zaczął się podnosić z ziemi. Po kilku krokach został jednak zauważony i, co Baratheon widział dokładnie, spłoszył szczupłą, niewielką postać w najbliższą kępę wysokich krzaczysk rosnących tuż na brzegu lasu. Z trudem powstrzymał się, by nie ruszyć biegiem w stronę kryjówki szpiega i bezmyślnie nie rzucić się w sam środek chaszczy - cóż, przyznać trzeba, że byłby to najłatwiejszy sposób na nadzianie się na sztylet intruza. Zamiast tego, obrał nieco inną taktykę - przeszedł tuż obok podejrzanych o dywersję krzaków i spokojnie ruszył na północ obozu, wkraczając po chwili w cienie drzew. Dopiero tam rozpoczął się prawdziwy wyścig -  Baratheon natychmiast wkroczył w głąb lasu, zawracając na południe. Wchodząc w tę aleję śmierci - ciemną, krętą ścieżkę, wytyczoną przez naturę pomiędzy ziemiami zajętymi przez korzenne systemy poszczególnych drzew - poczuł, że w ostateczny, bezpowrotny sposób wyzwala się z wszelkiego strachu. Z tego miejsca nie ma odwrotu. Przed nim jedynie mrok i niepewność.
Stopa dotknęła miękkiego gruntu, Aylward złapał oddech, fala zimna przepłynęła po spoconej skórze. I zaczął iść, coraz szybciej. Z początku właśnie tak: "bezpiecznie", po wielekroć zakręcającej szerokimi łukami linii, biegnącej pomiędzy pniami. Nic na razie go nie atakowało - wszak nie mógł wykluczyć, że w lesie kryje się więcej niż jeden szpieg... Zboczył ku wielkiemu drzewcowi, wszedł w olbrzymią pajęczynę, rozgarnął zasłony owadożernych błon i… ujrzał krzak. Nie mógł go pomylić z żadnym innym krzakiem, bo ten konkretny znajdował się na wprost oddalonego o kilkanaście jardów namiotu dowódców. Na usta Baratheona wpełzł leniwy uśmieszek, gdy bezszelestnie stąpając pomiędzy suchymi gałązkami, zbliżał się do kryjówki intruza - dziesięć jardów… osiem… pięć… dwa…
- Chyba nie przeszkodziłem w niczym ważnym? - ten szept, niespodziewanie przerywający panującą wokół martwą ciszę, przestraszył nawet Aylwarda… choć to właśnie z jego ust się wydobył. Silne ramię Baratheona oplotło się wokół szyi niewyraźnego cienia, wciąż tkwiącego w krzakach i najwyraźniej czekającego aż obóz ponownie zapadnie w sen. Niestety, nic z tego. - Gadaj coś za jeden, albo zaraz pożegnasz się z jajami. - zachrypnięty ton głosu Jelenia był o wiele skuteczniejszym potwierdzeniem tej obietnicy nawet od ostrza sztyletu, które Aylward przysunął do piersi intru…
Zaraz.
Baratheon, z rosnącym na obliczu zdumieniem, przesunął dłoń z ostrzem w prawo. Potem w lewo. I ze szczerym niedowierzaniem znowu w prawo. Kto jak kto, ale on nie mógł mieć żadnych wątpliwości - pod skórzaną kamizelką kryły się piersi. Dwie, małe, jędrniutkie piersi. Aylward westchnął głośno, mrucząc pod nosem jedną, jedyną myśl, która przyszła mu do głowy:
- Kurwa mać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Czw Wrz 12, 2013 1:55 pm

Mówią, iż strach ma to do siebie, że albo daje takiego kopa w rzyć, że lecisz do przodu niczym pies na widok smoka, albo paraliżuje twoje myśli jak widok nagiej nimfy w świetle księżyca.
Gisellę zwykle paraliżował.
Doskonale pamiętała to, co spotkało ją w Lhazar, gdy Dothrakowie paląc i grabiąc, zastali rudowłosą dziewczynkę stojącą pośród płonącej wioski nieruchomą niczym posąg. I mimo to nadal nie mogła zmusić się do ucieczki w obliczu rychłego zagrożenia. Krzyk zamierał w gardle, nogi odmawiały posłuszeństwa, ręce opadały bezwiednie wzdłuż ciała i Gis mogła jedynie oczekiwać na to, co nieuchronne. Nie posiadała instynktu walki, była ofiarą, raczej owcą niż lwem… jak wszyscy Lhazareńczycy.
Choć niczego w życiu nie pragnęła tak, jak poderwać się teraz i pognać przez podmokły teren na północ, nadal tkwiła w krzakach, odprowadzając wzrokiem wielką postać rycerza, który ruszył wzdłuż linii lasu i zniknął jej z pola widzenia. Na domiar złego los uśmiechnął się do wartownika i ucieczka przestała być potrzebna. Zza chmur wyjrzał księżyc. Nie zrobiło się aż tak widno, by precyzyjnie celować z łuku, lecz dopóki Gisella uciekając, odcinałaby się od linii lasu, mężczyzna mógłby próbować szczęścia, nadrabiając brak dokładności gęstością ognia. W końcu nie poszedłby walczyć, a dokonać egzekucji. Do tego wystarcza jedynie kilkanaście strzał i dobry łuk. Nie o to jednak naprawdę chodziło. Gis, po krokach, z pozoru nonszalanckich, choć zadziwiająco sprężystych jak na kogoś kto został dopiero obudzony, zrozumiała że mężczyzna dogoni ją znacznie wcześniej, jeszcze zanim oboje wpadną w gęstwinę lasu. Wystarczyło poczekać… kwadrans, nie dłużej - poczekać i obejść się smakiem, zostawiając za sobą zapach pieczeni, po czym kolejny dzień z rzędu żywić jedynie korzonkami i nielicznymi owocami.
Tyle, że wszystko poszło źle. Od początku do końca.
Najpierw go wyczuła - fascynująca mieszanka wiatru, potu i końskiej sierści. Mogłaby wziąć przybysza za Dothraka, ale z tą wonią mieszało się jeszcze coś innego, jakby subtelny zapach… jabłek? Nie, nie… inny owoców również. Owoce i krew. Widziała go oczyma wyobraźni: wysoki, choć nie olbrzymi, silny, długie palce, sok ściekający po ustach, na ubraniu krew, krew tych, których zabijał i których jeszcze przyjdzie mu zabić, oczy…
Serce zamarło jej w piersi, gdy poczuła oplatającą się wokół szczupłej szyi rękę, a nienaganną ciszę zakłócić szept, tuż przy uchu. Nie musiał Giselli gonić. I, przede wszystkim, nie musiał rezygnować z przyjemności. Poczuła na ciele gęsią skórkę, gdy jedną z jej piersi musnęło ostrze sztyletu, po chwili zastąpione dłonią, która jakby z niedowierzaniem sprawdzała zawartość tego, co Gisella ukrywała pod kamizelką. Zapach jabłek prawie natychmiast zmieszał się z zapachem strachu. Jej strachu. Z trudem przełknęła olbrzymią kulkę w gardle, starając się wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, nawet najmniejszy dźwięk - i nic z tego nie wyszło. Kucał za nią mężczyzna, wyczuwała na plecach drganie stalowych mięśni, gdy nieznacznie się poruszał albo gdy zabierał głos i doskonale wiedziała, że zaraz padnie jego ofiarą, że lada chwila rozedrze kamizelkę, by dokładnie przyjrzeć się piersiom, których wcześniej dotknął, że rozewrze siłą uda i…
„Pożegnasz się z jajami”. Tak brzmiała odpowiedź na niewypowiedziane pytanie, które Gisella zadała sobie w duchu: co ze mną będzie? Wartownikowi być może chodziło o pokazanie jej, z czym mam się rozstać, a może za bardzo skupił się na wypowiadaniu pogróżek. Tak czy inaczej… wciąż nie poderżnął jej gardła.
- Poczekaj. - wydusiła w końcu, bojąc się nawet drgnąć o milimetr. Doskonale wiedziała, że w takim stanie zemsta nie smakuje należycie. I szczerze mówiąc, liczyła na to. Że poczeka. Z trudem łapiąc powietrze, odnalazła po omacku jego dłoń nadal spoczywającą na prawej piersi. Pomiędzy silnymi palcami wyczuła trzonek sztyletu, jednak teraz broń zwiadowcy była jej najmniejszym problemem. Delikatnie pociągnęła rękę wartownika w dół, na płaski, unoszony nerwowym oddechem brzuch i odrobinę niżej, aż do łona.
- Problem w tym… - dodała spokojniej, napinając mięśnie całego ciała, zupełnie jakby szykowała się do skoku, rozsuwając jednocześnie zachęcająco uda. - … że ja nie mam jaj. - dokończyła z dziką mściwością w głosie. Sekret powodzenia w walce sprowadza się do umiejętności wykorzystania siły przeciwnika przeciwko niemu… im jest silniejszy, tym gorzej dla niego. Taktyka to najprostsza z nauk. Wystarczy tylko postawić się na miejscu wroga i pomyśleć, jakiego postępowania się po nas spodziewa. A potem zrobić dokładnie na odwrót. Wykorzystując chwilę, w której krew mężczyzny odpłynęła z głowy do innej części ciała, zacisnęła z całej siły palce na ręce oplatającej jej szyję i gdy tylko uzyskała odrobinę swobody, natychmiast wgryzła się w przedramię zwiadowcy. Myślała wyłącznie o ręce, którą ma przegryźć, rozszarpać, roznieść po letnim lesie w mięsnych kawałkach. Usta Giselli wypełniła gorąca krew: jej, czy jego, nie ważne. Splunęła soczyście, rzucając się naprzód, wprost w mokra ściółkę i w dzikiej panice na czworakach umykając… w stronę polany.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Czw Wrz 12, 2013 9:20 pm

Dopaść, rzucić na kolana, spojrzeć w obłąkane z przerażenia oczy i dopiero potem, z uśmiechem na twarzy, wbić sztylet wrogowi w mamrocące prośby usta - taki jest schemat zemsty idealnej. Dźgnięcie w pierś to marna namiastka. Aylward, święcie przeświadczony, że do czynienia ma ze szpiegiem wrogiego rodu, nie chciał załatwić tej sprawy szybko. To miały być porachunki, prowadzone z zimnym profesjonalizmem, pozbawione pośpiechu, na spokojnie i...
... bez dłoni zaciśniętej na kobiecej piersi, o kościstych pośladkach wbijających się w podbrzusze nie mówiąc. Aylward przez dłuższą chwilę nie miał pojęcia, co począć ze schwytaną dziewuchą - przecież mogła być zwykłą przybłędą, podpatrującą wojska Jeleni z bezpiecznej odległości... ale kto da mu gwarancję, że ta sama przybłęda za bochenek chleba nie zechce sprzedać wszystkich informacji dotyczących Baratheonów wrogowi? Ryzyko, stanowczo zbyt wysokie i nieadekwatne do sytuacji, musiało zostać zażegnane. I to jak najszybciej.
Na całe szczęście dla Aylwarda już wkrótce został wyzbyty wszystkich skrupułów - i to w najbrutalniejszy z możliwych sposobów. Ta dziewczyna to wcale nie dziewczyna! Ta kusicielka to żadna tam dziewucha! Ta kobieta, ten ryży czort - to nie kobieta, lecz babsko przeklęte! Sama dokonała wyboru dalszego przebiegu sytuacji, przechylając się i ujmując dłoń Baratheona. Było w tym coś z prowokacji, swawoli i z delikatnej zniewagi. I w delikatnym pociągnięciu ręki w dół też coś było, coś z zachęty. A potem - ta mglista, sucza białość w źrenicach, bielsza niż biała gorączka i siódme niebo. I jak niebo i ziemia - brzuch. Gdy tylko Aylward musnął palcami jej brzuch, nieomal zagwizdał z natchnionego podziwu i mało brakowało, żeby wypuścił z ręki sztylet. Kiedy zaś wygięła się po kurewsku i wprawiła w falisty ruch biodra - a było to tak plastyczne i wyraziste, że nie mógł patrzeć na nią bez drżenia - mimowolnie poluźnił uścisk na szyi, domagając się więcej. Znacznie więcej. No cóż! Żongluj krągłymi biodrami! - pomyślał z dziwną rezygnacją, zupełnie jakby pogodził się z faktem, że przerżnie szpiega wrogów. - Żongluj, uwodzicielko! Igraj ze mną, królowo! Baw się, bujnociała dziwko, dręcząca serce Jelenia! Pytanie tylko... jak się teraz zachować? Ma być tkliwy, czuły? Czy też władczy i grubiański? Diabli wiedzą, jak się za taką ptaszynę zabrać, skoro ciemno jak oko wykol, a do tego ta pewnie jest uzbrojona i...
Baratheon chciał odpowiedzieć "jeśliś bez jaj, to dla mnie nawet lepiej!", ale niestety, niestety nie miał ku temu najmniejszej okazji - jego nowa towarzyszka podróży (bo co do tego, że teraz jej nie puści wolno, nie było żadnych wątpliwości) zaczęła ostrą grę wstępną - wbiła się mianowicie zębami w ramię Aylwarda. Ten, zbyt zszokowany by wrzasnąć albo chociaż odeprzeć atak, z niewysłowionym zawodem na twarzy oderwał dłoń od rozkosznego trójkącika rozkoszy poniżej linii podbrzusza. I dopiero wtedy, wyswobodzony spod czaru kobiecych atutów, zrozumiał co się stało.
Kobieta mnie bije.
Z gardła Baratheona wyrwało się coś na wzór warknięcia, kiedy dziewczyna, plując krwią, zwinnie rzuciła się do ucieczki... choć o wiele szybciej poszłoby jej to, gdyby podniosła się z ziemi. Aylward natychmiast ruszył za nią, zrywając się z kępy krzaków i rzucając w stronę czarnego niebytu. W pierwszym odruchu miał zamiar wrzasnąć, żeby się zatrzymała, ale zapanował nad sobą. Takie zamieszanie mogłoby ściągnąć uwagę całego obozu. Zgrzytnął więc jedynie zębami i przeskoczył nad zgniłym pniem, dostrzegając dziewczynę dochodzącą już do krawędzi polany. W kilku susach podbiegł do niej, złapał za szopę włosów, w które wplątała się masa połamanych gałązek i odchylił głowę dziewki do tyłu, ułatwiając sobie tym samym dostęp do gładkiej szyi.
- Pierwsza zasada. Kiedy ze mną zaczynasz, wypada skończyć. - uśmiechnął się triumfalnie, owijając miedziane kosmyki wokół nadgarstka i unosząc nową znajomą na klęczki. Teraz chodziło o coś więcej niż zwykłą zabawę - musiał zaznaczyć swój teren. Pochylił się nieznacznie, po czym złożył na spoconej, jędrnej skórze długi pocałunek, połączony z bestialskim, bo wykonanym z pełną premedytacją, ugryzieniem... co z kolei można wziąć za odwet ataku w krzakach. Ten swoisty szturm na prywatność dziewuchy zostawił po sobie wyraźny, czerwony ślad po lewej stronie szyi. Znak, że Baratheon na chwilę obecną wchodzi w posiadanie klęczącego przed nim... szpiega? Stał nad nią. Patrzył. Sycił się zwycięstwem. I... - Druga zasada. Nie krzycz teraz, jasne? W przeciwnym razie oddam Cię setce moich ludzi i nawet nie kiwnę palcem, kiedy zdechniesz z bólu. - ton głos Aylwarda rzeczywiście mógł świadczyć o tym, że podczas zbiorowego gwałtu jest w stanie zacząć zawody, po czym usiąść na pniaku i kibicować reszcie. Tyle, że jego obecny plan nie przewidywał takich ekscesów... oczywiście pod warunkiem, że dziewczyna zacznie współpracę. Baratheon poderwał ją z ziemi sprawnym ruchem, zupełnie jakby była workiem ziemniaków, i wziął na ręce niczym ukochaną, która przenoszona jest przez narzeczonego nad kupą gnoju. Od namiotu dzieliło go zaledwie dwadzieścia jardów, jednak nawet podczas pokonywania tak niewielkiej odległości mógłby napotkać jednego ze swych ludzi... co byłoby mu bardzo nie na rękę. Po chwili jednak wtargnął do pustego, ciemnego wnętrza i zamiast rzucić dziewuchę na skóry, wziąć ją siłą po czym skrócić o głowę, odstawił drobne ciało na ziemię i ruszył zasznurować poły namiotu. To będzie długa... długa noc.
- Kwestię braku jaj ustaliliśmy. - rzucił kwaśno, rozpinając skórzaną kamizelkę i ściągając przez głowę koszulę, wyraźnie zakrwawioną na lewym ramieniu. - Teraz śpiewaj skąd się tu wzięłaś, jak masz na imię i czego szukałaś. - panujący w namiocie półmrok uniemożliwił dziewczynie dostrzeżenie w całej okazałości półnagiego Baratheona - może to i lepiej, Siedmiu tylko wie, w co jeszcze zechciałaby go ugryźć! Sam Aylward usiadł ciężko na posłaniu wykonanym ze skór i dotknął palcami ramienia, na którym widniał wyraźny ślad zębów. - Ale mnie urządziłaś, niech Cię... - sięgnął po dzban z winem, po chwili wahania polewając ciągle krwawiącą ranę alkoholem. Proste sposoby są najlepsze... zwłaszcza, jeśli resztę zawartości naczynia można wlać w siebie, co też Jeleń zaczął uskuteczniać, wpatrując się czujnie w dziewczę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Wto Wrz 17, 2013 3:39 pm

Obrót spraw podziałał na niekorzyść Giselli. I to na bardzo wielką niekorzyść. Z całych sił pragnęła uciec jak najdalej od miejsca, w którym zetknęła się z wartownikiem, zniknąć, zapaść się pod ziemię i nie wrócić. O wiele bardziej od faktu, że miała do czynienia z mężczyzną przerażała ją jednak myśl, że ten sam mężczyzna w jakiś sposób może się różnić od setek innych przedstawicieli płci przeciwnej, jakich kiedykolwiek spotkała na swej drodze. Gis od zawsze potrafiła dojrzeć to, co człek skrywa pod zewnętrzną skorupą obojętności, gwałtowności, braku uczuć… to, co każdy próbuje za wszelką cenę ukryć przed światem. Była maegi. Czasem wystarczyło spojrzenie, innym razem dotyk czy kilka wymienionych słów, by ktoś wzbudził w niej zainteresowanie lub wręcz przeciwnie - obrzydzenie. Magia krwi to nie tylko zaklęcia… to także sposób postrzegania świata. Świata równie nieprzewidywalnego i okrutnego, co demony.
Dlatego Gisella pragnęła ucieknąć - żadna część jej świadomości nie chciała zaakceptować myśli, że nie natknęła się na zwykłego, zbereźnego żołdaka, tylko kogoś… właśnie, kogo? Maegi zerknęła przez ramię, nadal na kolanach pokonując suche kępy trawy. Nie chciała, by ktokolwiek w obozie dostrzegł jej odcinającą się na tle lasu sylwetkę, zwłaszcza w momencie, gdy po chwili dołączy do niej druga… zostawiony z tyłu wartownik z niejakim trudem wstał i jął wpierw powoli, potem coraz bezlitośniej zbliżać się ku dziewczynie; ona przez kilka sekund milczała i spoglądała nań równie błagalnym, co przerażonym wzrokiem. Przecież nie zrobi tej najstraszniejszej, najplugawszej i wielokroć zakazywanej rzeczy w świecie! Nie! Może zrobić wszystko, ale tego nie śmie! Nie! Nie! Nie! On jednak był już bardzo blisko, minę miał wielce wymowną, konsekwentnie i z okrutną flegmatycznością dusiciela, który wie, że zagnana w ślepy kąt i ze strachu całkowicie sparaliżowana ptaszyna żadnym sposobem mu nie ujdzie – szykował się do rozstrzygającego skoku.
Kiedy tylko wartownik złapał Giss za włosy, ta broniła się wściekle… jednak nawet ta dziwna, pozbawiona jakiegokolwiek krzyku szamotanina na niewiele się zdała. Cios był starannie, przebiegle i celnie wymierzony. Chwyt definitywny, rzadko stosowany,
ale jeśli już, to w pewnym sensie śmiertelny. W każdym razie – jakkolwiek to brzmi – kończący sprawę. Odkąd maegi pamięta (a o wielu rzeczach chciałaby zapomnieć) jakakolwiek próba pocałowania doprowadza Gisellę do spazmatycznej histerii połączonej z rozpaczliwą gdzie pieprz rośnie ucieczką. Gdy zaś wartownik zmusił ją, by się wyprostowała, gdy odchylił jej głowę w bok, gdy ten najprostszy w świecie gest, ledwo zamarkowany zostawał – natychmiast zaczęła się panika. Szok i pomieszanie pogłębiała okoliczność, że nie wiedziała, jakie cele miał ten gwałtowny, bolesny pocałunek, po którym dłoń dziewczyny natychmiast powędrowała do ugryzionego miejsca. Cele erotyczne? Niby że na szyi był jakiś punkt, który za
dotknięciem, a może za samym zbliżeniem męskich ust nieodpowiedzialne stany ciała i ducha wywoływał? Klasowe? Niby że maegi z całą pierwotną siłą swej chłopskiej duszy odżegnywała się od brzydzących ją arystokratycznych manier? Moralne? Niby że całowanie w ogóle, a całowanie w szyję szczególnie wszelakim zepsuciem zalatywało? Psychiczne? Niby że istniał taki zestaw gestów – pochylenie głowy, dotknięcie włosów, muśnięcie warg – które synchronicznie w jej pobliżu wykonane – histerię i paranoję w Giselli uruchomiały? Wszystko naraz? Nawet gdyby mogła po tym wszystkim krzyknąć, najpewniej by tego nie zrobiła. Wartownik był… dziwny. Pachniał dziwnie, jeszcze dziwniej się zachowywał, a na domiar złego z jego ostatnich słów wynikało, że nie jest zwykłym wojownikiem, tylko…
Wciągnęła spazmatycznie powietrze, gdy nagle podniósł ją z ziemi i po raz kolejny w przeciągu kilku chwil dał popis swej dziwaczności - każdy mężczyzna, zwłaszcza z taką posturą i w obliczu tak niewielkiego balastu, przerzuciłby kobietę przez ramię jak wór z mąką. Ale nie ten. Flaki maegi ścisnęły się boleśnie, kiedy wziął ją na ręce jak równą sobie i ruszył w stronę namiotu. Wtedy też po raz pierwszy miała okazję mu się przyjrzeć, z bliska i bez rozpaczliwych prób ucieczki. Zielone jak u kota oczy zalśniły ze zdumienia, gdy Gisella zamiast odpychającej, zaciętej twarzy dostrzegła…
Młody. Pomyślała ze zdziwieniem wpatrując się w równy zarost i niesforne włosy w odcieniu kruczych piór. I przystojny, bardzo przystojny. Z trudem oderwała wzrok od błyszczących, niebieskich oczu, których spojrzeniem dotychczasowy oprawca mierzył ją uważnie. Mdlące, łaskoczące podbrzusze uczucie nie minęło nawet, kiedy ostrożnie odstawił Giss na ziemię, gdy dotarli do namiotu i ponownie pogrążyli się w półmroku. Nagle zrozumiała, skąd to dziwne, niechciane uczucie.
Irytował ją. Był najpewniej najbardziej irytującym wartownikiem-dowódcą w promieniu stu mil.
Zacisnęła pełne usta, w akcie desperacji odwracając wzrok od niewyraźnego cienia ściągającego przez głowę koszulę. Gdyby zgwałcił ją w tym lesie, zrozumiałaby. Jest mężczyzną, a ci jak wiadomo, mają problemy z myśleniem. Gdyby ją uderzył po tym, jak podjęła próbę ucieczki, zrozumiałaby. Jest mężczyzną, a mężczyźni to bestie, o czym niejednokrotnie się przekonała. Nawet gdyby ją zabił, miałby w sobie pewną oczywistość, która uspokoiłaby Gisellę… a raczej ducha dziewczyny powracającego na łono Wielkiego Pasterza.
Tyle, że nie zgwałcił, nie uderzył i nie zabił. Ustrzegł ją przed własnymi ludźmi, zabrał do namiotu, usiadł w kącie i zaczął nieudolnie opatrywać ranę, jaką mu zadała własnymi zębami. Maegi przez chwilę miała ochotę go uderzyć, sprowokować, ponownie zanęcić ten pozorny spokój, zmusić by przestał być dla niej tak…
- Mam na imię Gisella. - zachrypnięty z emocji, przesycony mocnym, lhazareńskim akcentem głos dziewczyny przerwał panującą w namiocie ciszę. Setki razy wypowiadała te słowa, choć nigdy nie były prawdą. Dopiero w Dorne nadali jej takie imię, by dawne popadło w zapomnienie i nie brzmiało barbarzyńsko w komnatach rodziny, u której służyła. Spędziła w Westeros kilka dni imienia, a mimo to nadal nie potrafiła ubrać wszystkich swych myśli w słowa z języka powszechnego, który męczył ją, odkąd tylko zaczęła go używać. Był zaskakująco prostacki i kiedy wartownik powiedział, by zaczęła śpiewać, niewiele brakowało, aby rzeczywiście zaczęła to robić. - Pochodzę z Lhazar, kupił mnie w Meeren Dornijczyk, ale był… - urwała na moment, wpatrując się w mężczyznę. Nie powinna mu tego mówić. Ugryzł ją w szyję, nie powinna mu tego mówić. Wziął ja na ręce i delikatnie odstawił na ziemię, nie powinna mu mówić niczego, jest… nieprzewidywalny. Nieprzewidywalny, czyli groźny. - … był gotów zadać mi gwałt. - dokończyła niechętnie, ledwie po wypowiedzeniu tych słów miarkując, że najpewniej wypowiedziała coś źle. Po raz kolejny zerknęła na niewyraźny cień, który tym razem użył wina, by oprócz rany odkazić także gardło.
- Opatrzę to. - mruknęła cicho, stawiając jeden niepewny krok w stronę posłania ze skór. Mężczyzna mógł być irytujący i groźny, ale… musiała odpłacić mu za okazaną łaskę, podobnie jak zemściłaby się za zadany gwałt. Tak stanowiły prawa natury, których nie zwykła łamać.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Nie Wrz 22, 2013 7:51 pm

Czym jest sztab? Otóż, moi mili, sztab jest koncentracją bezwzględnej, nieubłaganej, nieugiętej władzy. W porównaniu z którymkolwiek przeciwnikiem sztaby Jeleni są bardzo niewielkie i maksymalnie mobilne. Ten, stacjonujący w obozie położonym niedaleko drogi na południe, liczy siedemdziesięciu pasowanych rycerzy oraz czterdziestu giermków. To wszystko. Żadnego dodatkowego nadbagażu, żadnych zbędnych ludzi. Sztab armii może w każdej chwili ulokować się na koniach i rozpłynąć w szarozielonej masie lasu, nie tracąc kontroli nad sytuacją. Ta niewidzialność i mobilność czyni go nieosiągalnym dla wroga.
Podczas, gdy Aylward zmagał się z domniemanym szpiegiem w namiocie, tuzin jego ludzi zaczął przygotowywać konie do podróży. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, iż najwyższa pora wyruszyć, stawić czoła wrogowi... i zwyciężyć. Wiedział o tym także Baratheon, gdy siedząc w półmroku własnego namiotu, tępo wpatrywał się we własne, niewyraźne odbicie w dzbanie wina. Z obrzydzeniem obserwował resztki uśmiechu błąkającego się po jego twarzy. I bez niego facjatę miał silnie kontrowersyjną. Sięgnął drżącą dłonią po kielich i rozlewając trochę na posłanie, w końcu napełnił naczynie, które bez słowa podał dziewczynie. Sam także pociągnął wprost z dzbana. Pierwszy płynu łyk zgasił resztki uśmiechu na jego twarzy, drugi sprawił, że pobladła, a trzeci pociągnął wargi w dół. Aylward z sykiem wypuścił długo wstrzymywane w płucach powietrze.
Był teraz sobą.
Był nikim.
- Gisella. - powtórzył mimowolnie, odstawiając pusty dzbanek i zerkając na dziewczynę spod przymrużonych powiek. W zamęcie pogoni, przenoszenia się do namiotu i opatrywania rany nie zwrócił uwagi na jej twarz. A szkoda. Zadarty nos, urocze piegi, burza rudych włosów na głowie...  - Ładnie. - mruknął ciszej, nie do końca wiadomo, czy na temat jej imienia, czy wyglądu. Znając Baratheona, najpewniej chodziło o jedno i drugie... a nawet coś więcej. Gdy mężczyzna od tygodni nie miał kobiety, z trudem wyzbywa się uparcie powracających myśli dotyczących jędrnych, małych piersi, które przed godziną miał w dłoniach... piersi, których faktury nie zdołał nawet zbadać, brutalnie wyrwany ze sfery erotyki ugryzieniem w ramię. Aylward na samo wspomnienie wykrzywił usta w dziwnym grymasie, zerkając na wyraźny ślad zębów. Nie sądził, że pierwszą raną odniesioną w tej wojnie będzie dzikie capnięcie rudowłosego demona, który na dodatek mówił z nieokreślonym akcentem zza Wąskiego Morza. Pięknie, Baratheon, cudownie... jak zwykle musisz urozmaicać sobie żywot.
- "Zadać Ci gwałt"? - z niekrytym rozbawieniem zerknął na Gisellę. A to dopiero... ciekawe, jak nazwałaby stan błogosławiony? "Wejście w ciążę"? Aylward pokręcił lekko głową, naciągając na naga pierś koszulę i posyłając dziewczynie lekki uśmiech, zupełnie jakby mówił "w porządku, cudowna opowieść, ale i tak Cię nie wypuszczę". - Zadaje się ból. Cios. Można też zadać czemuś kłam albo komuś klęskę. Ale nigdy gwałtu... - urwał na moment, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - ... cóż, przynajmniej mi nigdy nie zadali. - podczas tego krótkiego wykładu zwinne palce Baratheona zawiązały po omacku koszulę tylko po to, by po chwili sięgnąć po kolczugę spoczywającą blisko posłania. Na wzmiankę o opatrywaniu machnął niecierpliwie ręką, wsłuchując się chwilę w cichą kanonadę dźwięków dobiegających z obozu - oddalone rżenie koni, pojedyncze głosy i ziewnięcia, szczęk zbroi... - Gisello, miałaś dzisiaj sporego pecha. - stwierdził w końcu Aylward, zatrzymując się zaledwie krok od rudowłosej dziewczyny. Z tej odległości miała jeszcze więcej piegów... i, jak się okazało, zaskakujący kolor oczu, zupełnie jak u cieniokota. - Rzekłbym, że chujowy, ale nie chcę się wyrażać przy kobiecie. - na ustach Baratheona wykwitł delikatny uśmiech, zastąpiony po chwili czymś na wzór... troski? - Tak czy inaczej, sama rozumiesz, że nie mogę Cię puścić wolno. Przypadkiem wybieram się na wojnę, Ty przypadkiem trafiłaś do mojego obozu i nie chciałbym, aby kolejny przypadek pokrzyżował moje plany, zatem... - Aylward rozprostował powoli palce lewej dłoni i uniósł ją na wysokość oczu dziewczyny. W wątłym świetle kaganka zalśniła na złoto broszka... dość charakterystyczna, mocna, w kształcie błyskawicy. Jedna z niewielu ozdób, które nosił przy sobie Baratheon. - Nie zgub jej. Jeszcze dzisiaj wyruszysz z dwójką moich ludzi na północ. Do Końca Burzy. To taki duży, ponury zamek pozbawiony okien, na pewno go znienawidzisz. - wcześniejsza troska zastąpiona została powoli czymś więcej, jakby... strachem? - Przekaż broszkę mojej siostrze Allyi. Zapamiętaj, to koniecznie musi być Allya... jeśli nie wrócę, najpewniej pozwoli Ci odejść, ale do tego czasu zostaniesz w zamku. Mają Ci dać osobną komnatę i wszystko, czego sobie zażyczysz. Będziesz pamiętała? Allya, broszka, komnata, wolność jeśli Aylward zginie. - urwał na moment, zupełnie jakby poraziła go ta myśl. Aylward zginie. Potrząsnął energicznie głową, ruszając w stronę wyjścia z namiotu. - Chodź, nie mamy czasu na sentymenty...


/ Aylward - do Blackhaven, a Gisella tam, gdzie zadecyduje!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Dorne
Skąd :
Słoneczna Włócznia
Liczba postów :
161
Join date :
15/07/2013

PisanieTemat: Re: Droga na południe   Pią Lut 05, 2016 1:33 pm

/ Olyvar i Trystane z Końca Burzy.

Spłynęło na niego zaskakująco miękkie ciepło.
Pragnął zatopić się w grubym materiale płaszcza, zniknąć w nim całkowicie, ukryć się przed ponurą, kłującą rzeczywistością. Można by sądzić, że jak ludzie doprowadzą już swoje życie do ruiny, to powinni przynajmniej zachować na drogę jakieś dobre wspomnienia.
Nic z tego.
Trystane nie potrafi uwolnić się od demonów zaklętych w kłębowisku myśli. Są jak gniazdo węży, które przecież tak ukochał – kąsają, wiją się, paraliżują jakikolwiek przejaw dobrej woli. A Martell? Martell tkwi w samym centrum plątaniny syczących, ociekających jadem gadów i pozwala, by prześladowały go własne wątpliwości. Najgorsza była jednak nieświadomość – nieświadomość, dlaczego tak się czuje. Przemierzając kolejne mile Ziem Burzy nie pozostało mu nic innego, jak tylko… uparcie poszukiwać odpowiedzi. Patrząc w ciemniejące niebo. Słuchając obcych, tęsknych głosów ptaków. Przyglądając się ogorzałym od słońca, twardym niczym kamień twarzom strażników.
Nieustannie poszukiwał odpowiedzi.
Dwanaście długich dni, dwanaście długich nocy – niemal pół księżyca, które spędzi w podróży, były wystarczającym okresem czasu, aby znaleźć odpowiedź… bądź zwątpić w możliwość jej odszukania. Pośród tego wszystkiego obecność Olyvara wpływała na Martella zaskakująco kojąco – uśmiech dziedzica Tor, tak doskonale znajomy, przywoływał w myślach wspomnienie ciepłych, pustynnych wieczór w Wodnych Ogrodach, gdzie zimne, paraliżujące przerażenie nie miało prawa istnienia. Trystane był wdzięczny Jordayne’owi głównie za to, że ten nie zadawał pytań, że nie miał choćby najmniejszego zamiaru wtargnięcia we wspomnienia księcia, że szerokim łukiem omijał drażliwe, bolesne tematy, będące niczym jątrząca się rana. Dzięki temu Martell mógł ostrożnie rozważać własne myśli, które raz za razem wymykały się zdrowemu rozsądkowi.
Był przekonany, że w otaczającym go świecie trudno znaleźć pustkowie, w którym nie będzie niczego oprócz przyrody, nieba nad głową i człowieka siedzącego w siodle. Człowieka, którego obowiązuje jedynie to prawo, jakie ma w sercu. Książę przez całe swoje życie, gdziekolwiek by się ruszył i cokolwiek by robił, kontrolowany był przez miliony przepisów. Dziesiątki urzędników, strażników, konwencji i wymagań normalizowało każdą jego myśl i każdy postępek. Na wszystko mieli procedury. Przez cały czas usiłowali się nim opiekować i uchronić przed jakimkolwiek ryzykiem. Przez całe życie czuł się, jakbym miał dwanaście lat. I miliony rodziców. Było tak aż do momentu trafienia w niewolę.
Tam – właśnie tam, co stanowiło okrutny paradoks - nikt się Martellem nie opiekował. Mógł się upić, skręcić nogę albo wpaść do jakiejś studni. Wszystko na własne ryzyko.
I siedząc teraz w siodle rumaka, pokonując kolejne mile przybliżające go do domu, pomyślał wyłącznie: Panie Światła, co za ulga.
Pod klapą juków znalazł płaską manierkę palinki i pociągnął spory łyk. Poczuł smak śliw, które rosły po drugiej stronie Ziem Burzy, gdzieś pod granicą z Reach. Smak letniego słońca, które dziś jest ledwo dostrzegalną bladą gwiazdką wewnątrz nieistotnego gwiazdozbioru. Niewyobrażalnie daleko. Nie do pojęcia. W takich momentach koszmary, które dręczyły go przez niemal dwa lata zdają się jedynie zamglonym, niemal zapomnianym wspomnieniem – takim wspomnieniem, jakie bez większego żalu zsyła się na banicję, by nigdy więcej nie paść ofiarą przykrych obrazów.
A mimo to powraca.
Nawet wśród pobratymców z Dorne, nawet w obecności Olyvara – koszmar potrafi powrócić.
Dlatego tak uparcie uciekał myślami ku Słonecznej Włóczni i ku ludziom, których będzie mógł tam zastać. Edric, Ivory, Quentyl – owszem, byli istotni, byli nieustannie obecni w jego życiu i nie potrafił ocenić, jak bardzo raduje się na myśl, że ponownie ich ujrzy, ale…
… ale nie o nich chodziło tak naprawdę, czyż nie? Nie o nich.
Gdybym powiedział, że przyjechałem się przywitać, zdradziłby mnie głos albo drżenie warg. Natychmiast by to zauważył – czujnym, badawczym wzrokiem barwy ciemnego brązu, które potrafiło dostrzec nawet najdrobniejszą oznakę niepewności.
Trystane wykrzywił usta w nieznacznym grymasie, odwracając spojrzenie od własnych, kurczowo zaciśniętych na uprzęży palców.
Dlatego musiałbym milczeć – patrząc w ogorzałą słońcem, przystojną twarz, którą przecież setki razy studiowałem opuszkami palców. Cal po calu. Byłbym zmieszany, upokorzony, pewnie odezwałby się ból.
Krok za krokiem, jard za jardem – pokonywali malejącą odległość spokojne, bez większych problemów, bez słów. W ciszy, która w niczym nie przeszkadzała: była oznaką szacunku dla myśli, z którymi walczył książę.
Byłbym dla Ciebie ciężarem.
Dlatego nie będę Cię szukał, chociaż nie pragnę niczego innego – nie będę szukał, nie przez pierwszy dzień od powrotu. Przecież – jak zwykle - nie mam pojęcia, gdzie jesteś.

Poprzysiągł sobie, że ograniczy postoje do minimum – niczego nie pragnął tak bardzo, jak pokonania gór Pogranicza, jak przekroczenia pasa ziemi oddanego Baratheonom, jak wkroczenia do Dorne, gdzie nie mogły ich czekać żadne nieprzyjemne niespodzianki.
I będę modlił się jedynie o to, byś to Ty jak najszybciej odnalazł mnie. Jak zawsze.
Taki miał zamiar, taki plan opracował, tak miała rysować się jego przyszłość – i wiedział, że zrobi wszystko, by w końcu dopiąć swego.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Droga na południe   

Powrót do góry Go down
 

Droga na południe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Droga do więzienia stanowego

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Ziemie Burzy-