a
IndeksFAQUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Wyndhall



 

 Wyndhall

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Wyndhall   Nie Wrz 08, 2013 1:51 pm

Niewielki, ufortyfikowany port zwany Wyndhall, należący do rodu Estrenów. Chorążych rodu Lannisterów, panów zachodu.
>----------------<

Rickard Harlaw wpłynął o poranku Wisielcem do portu w Wyndhall. Wisielec wyglądał jak normalny statek handlowy, nie przypominał nawet statków z Żelaznych Wysp. Tak został w drodze przerobiony, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Wpłynął pod cywilną banderą handlową rodu Chesterów z Zielonej Tarczy. Była to jedyna flaga na Harlaw, która nie mówiła od razu: Ty jesteś Żelazny ! Rickard dobrze znał procedury. Gdy przycumuje podejdą do niego pracownicy portu, chcąc dowiedzieć się skąd przypływają i co wiozą. Oczywiście odpowiedź była gotowa - Wyspy Tarczowe, Arborskie i narzędzia. Bo oczywiście tych rzeczy na statku nie brakowało. Tak samo jak 40 "marynarzy" ubranych w codzienne stroje ze sztyletami poukrywanymi po całym ciele. Nic co wzbudzało by podejrzenia. Każdy z ludzi Harlawa miał także inną broń, dobrze schowaną. To w beczce po rumie, to w sejfie w kajucie kapitana czy też przywiązaną do wioseł. Tak samo było ze skórzanymi kurtami. Sam lord wyglądał na zwykłego kupca. Ot lniana koszula i podziurawione spodnie, z jakimś krótkim mieczem u pasa. Kosa czekała na niego w kajucie kapitana, przypięta do ściany jak jakiś łup do podziwiania. Zacumowali i wysunęli trap. Młody lord spojrzał przed siebie. Miał przed oczami "starzejący" się zamek z dwoma niewielkimi wieżami, na których dostrzegł może po trzech ludzi. Nie spodziewali się tutaj niczego dziwnego. co było korzystne dla Harlawa. Tak samo jak to, że zamek był prawie, że bezbronny od strony portu. Stąd do komnaty lorda, dzieliła go krótka ścieżka, przy której zostały wybudowane chaty mieszkańców.

Rickard uśmiechnął się. Miał nadzieję, że Chudy Logan, jego zaufany przyjaciel z młodzieńczych lat, wykona swoje zadanie jak najlepiej będzie umiał. Wraz z 30 statkami po 30 ludzi na każdym, wylądował kilka mil stąd na wschód, w niewielkiej zatoczce. Mieli oni już wkrótce, o wyznaczonej godzinie przez wszystkich Żelaznych pomóc Rickardowi. A wtedy miała się zacząć Szybka Inwazja, o której lord dowiedział się jeszcze tak niedawno z bardzo prywatnego listu. Reszta informacji przyda się już niedługo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Pon Wrz 09, 2013 9:25 am


MG



Wyndhall to niewielka, nabrzeżna mieścinka w której populacja skorupiaków przyklejonych do murów zamku znacznie przerasta liczbę ludzi. Dzień toczy się tu leniwym torem, a noc to pora, gdy miasto zamiera. Cóż, nawet zamutz nie ma zbyt wysokich obrotów, głównie dlatego, że każdy zna tu każdego i nawet dziwki są wszystkim bliskie. Nic dziwnego zatem, że kiedy tylko do brzegu zbliża się jakiś statek, ludność Wyndhall wylega z domów równie licznie jak ilość fekaliów zalewająca Zapchlony Tyłek. Tym razem nie było inaczej - gdy tylko na horyzoncie pojawiła się galera pod banderą Chesterów z Zielonej Tarczy, dzieci, starcy i kobiety czym prędzej wylegli na brzeg, by obserwować zbliżającą się łajbę. Jedynymi mężczyznami w sile wieku zdawali się być pracownicy portu, którzy i tak nie mieli dziś zbyt wiele do roboty - część z nich dłubała leniwie ostrzami sztyletów między jeszcze pozostałymi im zębami, inni najzwyczajniej w świecie drzemali w cieniu śmierdzących rybami wiat. Dopiero poruszenie wśród gawiedzi i widok zbliżającego się statku zmusił marynarzy do ruszenia się z miejsca i wyczekiwania na przybicie galery do niewielkiego portu. Dowódca zmiany, Łysy Jon, stanął na molu, obserwując zbliżającą się łajbę, która dopiero po dość długich manewrach zdołała zatrzymać się przy brzegu i opuścić mostek. Łysy Jon leniwym krokiem ruszył w stronę pokładu statku, wypatrując kapitana kupieckiej galery.
- Kto tu dowodzi? - zagadnął gromkim, głębokim głosem, zatrzymując się tuż przed mostkiem prowadzącym na pokład statku. nic nie wskazywało na to, by miał postawić choćby kolejny krok do przodu.

***

Tymczasem jeden z chłopców stojących na nabrzeżu, chudziutki jak patyk blondynek (zapewne bękart Lannisterów), przez chwilę wpatrywał się w banderę statku powiewającą na lekkiej bryzie. Pamiętał ten herb - wszak zaledwie tydzień temu inny statek dokładnie z taką samą zieloną dłonią na sztandarze zatrzymał się w Wyndhall. Kapitanowi tak do gustu przypadła starsza siostra chłopca, że zabrał ją na pokład... i odpłynęli w siną dal. Blondynek zmarszczył gniewnie nos, szczerze przeświadczony, że to ten sam statek (w końcu bandera się zgadzała!) i zaczął przepychać się pomiędzy ludźmi w stronę opuszczonego mostka. Zanim ktokolwiek zdołał zauważyć - a zwłaszcza Łysy Jon - malec śmignął między jego rozstawionymi nogami i wbiegł na pokład galery, zmierzając z chudziutkimi dłońmi zaciśniętymi w piąstki wprost na Harlawa.
- Moldelco! - zaseplenił głośno, biorąc szeroki zamach cieniutką jak gałąź ręką. - Złodzieju! Moldelco! - wrzasnął tak, że usłyszeli go nawet w zamku. Chcąc nie chcąc, mały bękart jakiegoś zbłądzonego Lannistera doskonale odgadł planu Rickarda... i wzbudził w ludziach stojących na brzegu niepokój. Ktoś krzyknął, żeby Łysy Jon zabrał małego ze statku, ktoś inny pobiegł w stronę pół uprawnych, gdzie pracowali mężczyźni żeby zawiadomić ich o incydencie, ale znaczna większość zaczęła cofać się w stronę swoich domów, z podejrzeniem spozierając na załogę statku.



    Teraz to od reakcji Harlawa zależy, jak potoczą się sprawy - z każdą kolejną sekundą efekt zaskoczenia słabnie, wszystko zaś przez rozwrzeszczanego bękarta Lwów...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Pon Wrz 09, 2013 3:32 pm

W jednej chwili na statku nie było ludzi, oprócz kilku krzątających się chłopaków, moich najlepszych kompanów z Wisielca. Jeden z nich jak gdyby nigdy nic czyścił sporych rozmiarów róg wojenny. Mogło to być dość podejrzane, ale przecież statek był tylko zwykłym handlowcem.
- To o mnie chodzi ? Tak ? - zdumiał się Rickard, widząc małego chłopca krzyczącego na niego niemiłościwie - Nie wiem o co chodzi młodzieniaszkowi... ekhem... przepraszam was, kiedy możemy rozładować towar? Może teraz ? - powiedziałem i zwróciłem się do przyjaciela czyszczącego róg. Według planu miał on zadąć w niego, wydając znak zbliżającym się już do Wyndhall oddziałom Chudego. Spod pokładu zaczęli wychodzić uzbrojeni w łuki i miecze kompani, ubrani w skórzane kurty. Nie pozostało teraz nic innego jak walka. My mieliśmy odciągnąć na chwilę uwagę ludzi, aby Chudy mógł dotrzeć i zaatakować nic nie spodziewające się mury zamku.
Ja natychmiast odbiegłem do tyłu. Wpadłem do swojej kapitańskiej kajuty i założyłem przygotowaną zbroję, przypiąłem do pasa Kosę i złapałem w ręce łuk.

Przez krótki okres podróży do Wyndhall trenowali całą akcję. Mieli przede wszystkim bronić statku. Każdy z kompanów miał swoje miejsce gdzie ulokował się i ostrzeliwał zaskoczonych ludzi strzałami. Wychodząc ze swojej kajuty młody Harlaw mógł, więc ujrzeć trwającą już walkę. Nie czekając założył strzałę na swój łuk i zza drzew starał się wycelować. Rozkazy były jasne, strzelać do wojowników. Cywile powinni już dawno uciec, widząc trwającą walkę. I na nich był sposób. Strzelcy po drugiej stronie pokładu mogli ciskać ognistymi pociskami, które powinny dostarczyć dodatkowego popłochu wśród obrońców i cywili. Rickard Wiedział, że nie obejdzie się bez strat.

Z naciągniętą cięciwą obserwował port. . Była to pierwsza prawdziwa walka młodego lorda. To do niej przygotowywał się całe życie. Sam zaplanował cały fortel, którego wynik właśnie się ważył.

Puścił... strzała pomknęła. Rickard miał nadzieję, nie tyle co trafi, co Chudy zaraz zajdzie obrońców "od tyłu", a cała akcja się powiedzie i wkrótce będzie mógł ruszać w dalszą drogę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Pon Wrz 09, 2013 4:31 pm


MG



Wszystko potoczyło się niespodziewanie szybko - w jednej chwili bękart Lannisterów wbiegał na pokład statku, w drugiej rzekomy kupiec odpierał ataki małolata, zwracając się w pewnym momencie do swego towarzysza. Część gapiów jakby przeczuła nadchodzące problemy, bo port opustoszał nagle, jakby wymieciony wichurą. Jedynie jego pracownicy stali przez chwilę w miejscach ze szczerym zdumieniem na szerokich, chłopskich twarzach, gdy spod pokładu zaczęli wysypywać się zbrojni. Nieuzbrojonym rybakom nie trzeba było powtarzać dwa razy - wzięli nogi za pas, rzucając się do ucieczki w stronę niewielkiego zameczku. Jednak i tam nie było bezpiecznie. Ludzie na widok tak wielkiej siły zbrojnych, wszechobecnych strzał oraz płonących strzech domów popadli w olbrzymią panikę, biegając, wrzeszcząc i tratując co mniej uważnych. Tymczasem zamek również wpadł w olbrzymie kłopoty - nikt nie był przygotowany na atak z obu stron, który w efekcie zmiażdżył jakąkolwiek próbę obrony Wyndhall. Sytuację miasteczka najlepiej zobrazował zaś mały bękart Lannisterów, który w chaosie walk upadł i czołgając się w stronę burty statku, zaledwie w połowie drogi został nadepnięty przez jednego z Wyspiarzy. Raz. Drugi. Trzeci.
Po kilku minutach chłopcem był tylko z nazwy - zakrwawione, malutkie truchło, zwinięty w kłębek, z rozgniecioną czaszką w niczym nie przypominało rozkrzyczanego blondynka, który jako pierwszy przejrzał plany wrogów.


    Misja Rickarda okazała się zwycięstwem - poległo zaledwie trzydziestu wojowników z Wysp, zamek poddał się bez praktycznie żadnej obrony. Wyndhall jest wasze. Grabcie, rabujcie, gwałćcie dziewki, bierzcie w jasyr!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Pon Wrz 09, 2013 6:00 pm

Po dłuższej chwili było po wszystkim. Wszystkie wojska zebrały się na dziedzińcu miasteczka portowego Wyndhall. Rickard przywitał się z Chudym Loganem, gratulując mu punktualnego ataku. Wszystko mogło się przecież zdarzyć. Chwila zawahania, spowodowana przez grupę zbójców, szalejące gdzieś tam pożary czy jeszcze coś innego i Harlaw musiałby sam zmierzyć się z wieloma przeciwnikami. Na szczęście wszystko wypadło jak najlepiej i Żelaźni z Harlaw mogli już pić, bawić się i gwałcić dziewki. Sam Rickard nie należał do normalnych typów z wysp. Był bardziej subtelny i delikatny. Wiadomo - wysoko urodzony. Nie przeszkadzał kompanom się bawić. Nakazał im tylko nie przesadzać z alkoholem, wkrótce będą musieli ruszyć na dalszy trakt. Okręty szykowały się już z jeńcami i łupami do wywozu na wyspy. Chudy Logan złapał właśnie jakąś nastoletnią dziewczynkę chowającą się za oknem i rozpoczynał rubaszną zabawę na drzwiach domu. Dziewczyna darła się wniebogłosy. Rickard spojrzał na całą sytuację i uśmiechnął się. Wojna.

Odszedł trochę dalej, przyglądając się trupom rozrzuconym gdzieniegdzie. Jego wzrok przykuła maleńka zakrwawiona postać. Blondyn. Młody lord złapał truchło i oddał je Utopionemu. Tak samo już od kilku minut robiło kilku żelaznych. Nagle do Harlawa podszedł zarządca z Wisielca. Ten sam, który dął w róg. Opiekował się on krukami, nie zdziwiło więc Harlawa to, że trzymał on pergamin.
- Dzięki - rzucił mu i rozwinął papier.

Jego oczom ukazało się nierówne i bardzo charakterystyczne pismo Wallena Myckena. Lord Dziesięciu Wież tylko pod warunkiem, że Brudas nauczy się czytać i pisać był zdolny nadać mu tytuł rycerski. Pismo było jednak czytelne, jednak wyraźnie pisane pod chwilą emocji. Harlaw zabrał się do czytania.

Rickardzie
Banefort nie dało się tak łatwo. Miasto jednak nie było aż tak nieprzygotowane jak z góry myśleliśmy. Co więcej można uznać naszą porażkę, może nawet i moją.
Straciliśmy trzystu dzielnych wojowników, którzy poświęcili się, aby zdobyć kilka monet i kilku pijaków. Teraz już wiemy, że wojna nie jest taka łatwa.
Zmierzam do Wyndhall z sześciuset wojami. Nie mogłem zrobić nic więcej. Całe Banefort schowało się do zamku.
W tamtym kierunku zmierzają już wojska z okolicznych miast.
Mam nadzieję, że razem obmyślimy najkorzystniejsze wyjście z obecnej sytuacji.
Wallen Mycken

Rickard zmiął kartkę w ręce. Jedno zwycięstwo i jedna porażka. Jak mógł być tak głupi. Wiadomo, że te kontynentalne zamki nie poddadzą się tak łatwo widząc na horyzoncie statki nieprzyjaciela. Błąd, błąd za który przyjdzie mu zapłacić. Albo błąd, który naprawi. Nie ma co mówić o dalszych szturmach i dalszej podróży. Tak jak w liście, potrzebne jest najkorzystniejsze rozwiązanie.

Harlaw zawołał zarządcę. Gdy młody się pojawił, lord wydał rozkaz:
- Napisz list do Devana. Niech przybędzie tu z całą resztą floty - mówiąc to spojrzał na morze. Widząc statki, pomyślał zaraz, że może to już Devan zmierza ku Wyndhall. Nie, to okręty z zatoczki przybyły zgodnie z planem. Świetnie.

- Logan - rzekł Harlaw, patrząc jak jego "rycerz" sznuruje spodnie. Gdzieś za nim chowała się naga dziewczyna. Nie. Nie mogę. Jestem lordem. - Atak na Banefort nie wypalił. Zbierz swoich ludzi i obsadź wedle woli, masz swoje lenno. - kapitan uśmiechnął się do niego, ale zaraz zmienił wyraz twarzy widząc niewzruszone spojrzenie Harlawa. Dotarło do niego znaczenie pierwszych słów. Odszedł, słysząc za sobą nakaz swojego lorda, aby zjawił się na naradzie, gdy przybędzie Wallen i Devan.
Młody lord już teraz myślał co dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Nie żyje
Liczba postów :
38
Join date :
20/06/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Pon Wrz 09, 2013 10:09 pm

Gdy po kilku godzinach wszyscy jego kapitanowie zjawili się w lordowskiej kajucie Wisielca, Rickard rozmyślał nad dalszym planem działania.
- Moi drodzy, jesteśmy w cholernie trudnym położeniu - wskazał od niechcenia sztychem Kosy Wyndhall na rozłożonej na drewnianym stole mapie, która przedstawiała Żelazne Wyspy i Lannisterski Zachód - My wykonaliśmy część naszego planu, ale musimy wykonać resztę założeń - wszyscy potaknęli lordowi. Wallen Mycken miał bandaż na głowie, ponoć jedna ze strzał z Banefortu musnęła go. Jakież szczęście, nieprawdaż ?
- Jakie, więc plany ? - zapytał kapitan.
- Ty, wraz ze swoją flotą i flotą Logana - tu skinął na drugiego z kapitanów - Popłyniesz tutaj, i zdobędziesz jeszcze jedno miasto, z którym nie powinno być większego problemu. Nie zapomnij wcześniej ostrzelać go płonącymi strzałami. Masz zrobić tam jak najwięcej zniszczenia, nie obchodzi mnie jak, ale masz zrobić wszystko co w twojej mocy, aby miasto to wyglądało zupełnie inaczej niż przed twoim przybyciem - wszyscy kapitanowie zdumieli się na te słowa. - Ja tymczasem ruszę drogą lądową na jeszcze inne miejsce wraz ze wszystkimi jeźdźcami. W Wyndhall zostawimy niewielki garnizon, którym będziesz dowodził ty młody Devanie, zaraz po twoim powrocie z Harlaw gdzie przewieziesz wszystkich jeńców i wszystkie zdobycze. - młody Harlaw spojrzał na swojego lorda zatrwożonym wzrokiem - Jeszcze jedno, gdybym nie wrócił, z racji iż nie spłodziłem dziedzica ty zostaniesz lordem Dziesięciu Wież. Maester Turgrum ma już odpowiedni dokument. Ale nie martw się zrobię wszystko co w mojej mocy, aby powrócić w glorii i chwale. - Rickard usiadł.
- Panowie, nie pozwolimy, aby Żelaźni wrócili do domu bez honoru, nie pozwolimy, aby bez walki zostało nam odebrane to co kochamy, nie damy zginąć na marne ludziom w tej wojnie. To od nas może zależeć przyszły los całych wysp. - młody Harlaw nigdy nie miał w sobie jakiejś charyzmy, ale gdy zaczął nie mógł skończyć - Dzisiaj Żelaźni decydują o swoim losie, w tej chwili toczą się walki na wszystkich frontach. Wszystko po to, aby bohatersko zginąć, tak bohatersko jak się żyło. Nie jesteśmy świetnie zorganizowaną armią, szkoloną i hodowaną, po to, aby wiedzieć jak zachować się w bitwie. Nie... my mamy jeden cel dochować wierności przysiędze swoim rodzinom, swoim panom i swojej ziemi. Będziemy ginąć, ale będziemy też zwyciężać. Nie dziś, nie jutro, nie pojutrze... ale w przyszłości. W przyszłości, którą sami będziemy pisać. W przyszłości, o którą zginie wielu. Niech pieśni sławią bohaterskie czyny wielu z nas. Z imienia, z zadania, z przywileju czy ze śmierci. Tak śmierć, panowie, słowo to na moich ustach nie jest i nie będzie nam obce. Idźmy, więc z tym słowem na ustach i przekażmy je naszym wrogom. Koniec odprawy. - Harlaw czekał, aż kapitanowie zaczną wychodzić.
- Logan ty zostań, ty jedziesz ze mną
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Sro Lis 06, 2013 8:18 pm

// Casterly Rock, jak mniemam.

W powietrzu unosił się zapach soli, stali i śmierci.
Zgodniez przewidywaniami, statki wojenne Lannisterów cicho dobiły do opuszczonego portu u schyłku wieczora, kiedy dzień zaczął przekształcać się w noc i okrył znękane Wyndhall ciemną peleryną złodzieja. Mimo panujących ciemności, większość rycerzy już ze statków była w stanie dostrzec wyrządzone straty. Niegdyś spokojne wybrzeże, gęsto zapełnione chylącymi się do ziemi chatkami rybaków, teraz zamieniło się w dogorywające zgliszcza.
-Siedem piekieł.- Zaklął ser Acklyn Hills, którego złote włosy i jasny meszek porastający młodą twarz wybitnie wskazywały na to, że został on spłodzony przez jednego z Lannisterów. Przynajmniej nie jest mój, ocenił z ulgą Bleddyn, przechodząc do prowadzącej na ląd drabinki. Nigdy zresztą nie interesował się poczynaniami dziewek, które odwiedzał i zostawiał równie obojętnie. Kimkolwiek był i skądkolwiek zjawił się ser Acklyn, miał szczęście, że jego ojciec postanowił sprowadzić go na dwór.
Szybkim, pewnym krokiem Bleddyn zszedł po drabince i zeskoczył na ziemię. Jego zbroja szczęknęła cicho kilka razy, kiedy mocno uderzył piętami w miękką glebę, która z cichym syknięciem zassała jego stopy. Szybko otaksował ją wzrokiem, ale w otaczającej go ciemności ciężko było dostrzec, czy ziemia była mokra od wody, czy też od krwi. Szlachetny lord zapewne oburzyłby się na ten widok i zapłonął chęcią walki o sponiewieranych poddanych, ale Lannisterowie rzadko kiedy bywali szlachetni. Nie jestem cholernym Baelorem Błogosławionym i nie zamierzam modlić się o łaskę dla tych ludzi. Jedyna modlitwa, jaką znam, to modlitwa śmierci i stali. Z powoli ogarniającą go irytacją obserwował, jak rycerze i najemnicy wytaczają się ze statków i gromadzą na ziemi wokół niego. Poważne, blade ze strachu twarze, lub te czerwone, spocone, z wysiłku lub od wina, które miało dodać im odwagi. Zastanawiał się chłodno, jak wielu z nich już nie wsiądzie na ten statek, żeby udać się w drogę powrotną. Doświadczeni żołnierze i gołowąsy, które nie miały najmniejszego pojęcia o zimie, oni wszyscy byli równi wobec tego sukinsyna z kosą, chociaż może nawet nie zdawali sobie z tego sprawy.
On też był, w istocie. Jednak jedyne, czego mógł od niego oczekiwać Nieznajomy, były słowa: Nie dzisiaj.
Kiedy wszyscy jego ludzie znaleźli się już na lądzie, zebrał kilku swoich dowódców bliżej siebie i błyskawicznie wyjawił im dojrzewający w jego głowie plan.
-Zbierzcie swoich ludzi i pogrupujcie ich w grupach po dwie setki w każdej. Kiedy już to zrobicie, zacznijcie maszerować na północ, zatrzymajcie się na obrzeżach miasteczka i rozbijcie tam obóz, ale nie rozpalajcie ognia. Wybierzcie też czterech najsprytniejszych i najszybszych ludzi, upewnijcie się, że są dobrze uzbrojeni, i wyślijcie ich na zwiady. Niech każdy z nich spróbuje zbliżyć się do zamku z innej strony. Mają szukać tajnych wejść albo słabych punktów, ewentualnie wyłomów, przez które moglibyśmy łatwiej dostać się do zamku. Z upływem godziny wszyscy mają wrócić do obozu i zdać mi raport, a potem... potem ruszymy do ataku. Wszystko jasne?
-Tak, mój lordzie- odparli jednym głosem, a potem natychmiast zagłębili się w tłum. Bleddyn odetchnął głęboko, wdychając powietrze ciężkie od nadchodzącej burzy. Oparł dłoń na rękojeści miecza. W jego głowie cicho pobrzmiewała słodka melodia stali, wzywająca go do walki. Nie teraz. Jescze nie teraz. Wkrótce czarny korowód zaczął powoli posuwać się ku zaplanowanemu miejscu, Bleddyn zaś był na jego przodzie i jako pierwszy zajął wyznaczone miejsce. Żołnierze podzielili się na grupy i szemrali cicho między sobą, w dłoniach jednego albo dwóch zobaczył też bukłaki wina. Na samą myśl jego wnętrzności skręciły się z tęsknoty, ale nie ośmielił się pić w takim momencie, obiecując sobie, że na to przyjdzie czas po bitwie. Musiał zachować absolutną trzeźwość umysłu, jeśli odbicie zamku miało zakończyć się powodzeniem... w co osobiście nie wątpił, ale wolał nie prowokować Losu, z którym i tak miał na pieńku. Otoczony swoimi dowódcami, w milczeniu oczekiwał na powrót zwiadowców, wcześniej wyznaczając wartowników, którzy mieli pilnować bezpieczeństwa obozu.
Powrót do góry Go down

avatar
Ziemie Burzy
Skąd :
Koniec Burzy
Liczba postów :
1935
Join date :
30/04/2013

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Nie Lis 17, 2013 1:47 pm


MG

Młody Serwyn Pyke zeskoczył z konia i odpowiadając niedbałym gestem na saluty wartowników, ruszył w głąb dziedzińca. Szedł pewnym krokiem z niewielkim tobołkiem w garści, mijając brudne, obszarpane namioty przepełnione rannymi. Leżeli cicho na połamanych pryczach otuleni w koce uwalane w błocie i krwi. Zażywali spokojnego snu po ciężkiej, wyczerpującej walce.
Ci, którzy mieli więcej szczęścia, chronili swoje zabandażowane głowy czy ręce i oddawali się ćwiczeniom, by następnym razem nie ulec wcześniej niż inni. Serwyn podziwiał ich zawziętość. Szczęk mieczy milkł tylko na chwilę potrzebną, by oddać hołd mijającemu ich kapitanowi jednego z drakkarów, po czym znowu przybierał na sile wzbogacony świstem nierównych oddechów.
Rumor, jaki rozległ się przy wartowni, świadczył wyraźnie, że reszta oddziału Serwyna dotarła już do zamku. Bękart uśmiechnął się. Nie ma to jak dobre wrażenie pomyślał, skręcając w prawo, w szerokie krużganki prowadzące między namiotem narad a jadalnią zamkową. Serwyn stanął przed wejściem i przywoławszy strażnika, wyrecytował formułę wejścia zawierającą dyskretnie zawoalowane hasło i status odbytej misji. Wartownik zniknął na chwilę we wnętrzu obszernej sali, po czym pojawił się ponownie, wpuszczając bękarta do środka. Serwyn poprawił pancerz i wszedł.
W jadalni brakowało już dębowego, szerokiego stołu i misternie rzeźbionych krzeseł, o powieszonych na ścianie tarczach nie mówiąc - wszystko wypłynęło już jakiś czas temu na Harlaw, by przyozdobić ściany Dziesięciu Wież. Po lewej stronie jadalni stał pusty stojak na zbroje, a tuż obok wojskowa prycza. Wyglądała jak robiona na miarę dla olbrzyma. Obok niej na stołku ktoś pozostawił w nieładzie gliniane naczynia z resztkami posiłku. W centrum znajdował się niewielki stół otoczony tuzinem nieociosanych pieńków, a po lewej na podwyższonej ławie rozłożona była wielka makieta pola bitwy. Nad nią właśnie pochylał się wódz.
Stał tyłem do wejścia, a jego brudne, długie włosy poruszały się delikatnie jakby muskane wiatrem. Na plecach wisiał zamocowany wzdłuż kręgosłupa potężny miecz. Serwyn odchrząknął.
- Melduje się Serwyn Pyke, kapitan „Pływają--” … - wódz wzniósł rękę, zmuszając go do zamilknięcia.
- Wiem, kim jesteś. - odparł spokojnie, wziął z makiety niewielką figurkę i przestawił ją odrobinę dalej. - Gdyby było inaczej, nie wszedłbyś tu.
Serwyn zdusił w sobie przekleństwo. Jego dobre samopoczucie odpłynęło w jednej chwili, nadal miał jednak do zdania raport. Całkiem dobry raport. Godny pochwały. Może nie wszystko jeszcze stracone...
- Lordzie Devan, znamy dokładnie położenie obozu Lannisterów…. co więcej, udało się nam schwytać jednego z nich. A oto dowód… - Wyspiarz z dumą rozwinął tobołek i pokazał jego zawartość. Brudna, zakrwawiona szmata szczelnie otulała… odciętą głowę. Rozwarte w przedśmiertnym okrzyku usta ukazywały dwa rzędy nadpsutych zębów, zaś jasne włosy pozlepiane były krwią szpiega. Jedynie oczy, szeroko otwarte, patrzące pusto w przestrzeń nadawały tej makabrycznej zdobyczy ludzką formę. - Pragnę zameldować, że misja została wykonana. Przy minimalnych stratach...
- Co?! - młody Devan, który zgodnie z wolą Rickarda Harlawa po jego śmierci stał się dziedzicem i Lordem Dziesięciu Wież, odwrócił się tak gwałtownie, że przewrócił dłonią makietę. Ława runęła z hukiem, niewielkie figurki rozsypały się po klepisku, wbijając swe maleńkie mieczyki w naniesiony piach, a miniaturowy drakkar pękł na dwoje. Do środka wpadli dwaj wartownicy, ale widząc, że dowódca nie jest zagrożony, wycofali się pospiesznie. Devan ruszył powoli w stronę Serwyna, a jego pięści na przemian zaciskały się i rozluźniały.
- Chcesz mi powiedzieć, że mamy straty?! - na te słowa Pyke bezwiednie zrobił krok do tyłu.
- Doprawdy minimalne, panie, my... - zamilkł, nie mogąc dodać już ani słowa. Devan zatrzymał się krok od niego. Jego poznaczona bliznami twarz wyrażała teraz niczym niehamowaną wściekłość. Zaciśnięte zęby ze świstem przepuszczały powietrze.
- Dostałeś dwudziestkę doborowych wojowników - wycedził - i cudowne miejsce na śledzenie ruchów wroga. Przeciwnik nieomal żaden, bo zaledwie jeden, A TY MI MÓWISZ O STRATACH?!
Serwyn zrobił maleńki kroczek do tyłu i z przerażeniem odkrył, że oto właśnie dotarł do ściany jadalni.
- Ten zwiadowca… - spróbował wyjaśnić, szukając w głowie odpowiednich słów. - Jakby wiedział, że się na niego zasadzimy…
Devan wziął głęboki oddech, po czym cofnął się o krok. Stał przez chwilę w milczeniu, jakby coś rozważając.
- Zostaniesz odprowadzony pod strażą do swojego namiotu.- powiedział wreszcie już niemal spokojnym głosem. - Nie wolno ci go opuścić do czasu, gdy postanowię, co z tobą zrobić. Zgłoś się do wartowników i powiedz im, co rozkazałem. A teraz zabierz sobie ten wraży czerep i precz!
Pętak - myślał Devan, patrząc na wychodzącego kapitana - otaczają mnie tchórze i pętaki.
Przez chwilę przyglądał się leżącym na ziemi figurkom, po czym podniósł jedną z nich. Był to dobrze zbudowany wojownik o jasnej czuprynie. Na jego zbroi widniał emblemat wielkiego złotego lwa.
- Nie przejmuj się, Lannisterze. - wyszeptał Devan Harlaw, uśmiechając się krzywo. - To nie opóźni naszego spotkania…

Zaledwie kilka uderzeń serca później cały garnizon Żelaznych, liczący blisko tysiąc ludzi, został postawiony na nogi. Poruszający się w milczeniu i ciszy Wyspiarze zajmowali stanowiska na blankach murów zamku, wpatrując w ciemność, gdzie przebywał wróg. Strzały w kołczanach szczękały cicho za każdym razem, gdy ktoś wbiegał po kamiennych stopniach, a oręż syczał złowrogo, ostrzony przez osełki. Wyndhall przygotowywało się do obrony.

Tymczasem dla samych Lannisterów wieści były nieco bardziej pomyślne - choć z czterech zwiadowców wróciło zaledwie trzech, jeden z nich niósł ze sobą istotną dla Bleddyna informację - najbardziej wysunięty na południe zamkowy mur posiada niewielką bramę, pilnowaną przez zaledwie dwa tuziny ludzi. To najpewniej tym wyjściem z warowni uciekła część służby, na zaledwie kilka chwil przed atakiem Wyspiarzy. Jednak droga, która tam wiedzie, prowadzi przez zgliszcza miasteczka, po czym na ostatnim, kilkunastojardowym odcinku ostro skręca w stronę zamkowych murów, powoli obsadzanych Żelaznymi, którzy dzięki swoim strażom stacjonującym na południe od Wyndhall zwiedzieli się o odsieczy Lannisterów i zdołali zaryglować główną, zamkową bramę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość

avatar

PisanieTemat: Re: Wyndhall   Nie Gru 08, 2013 9:29 pm

Tak bardzo przepraszam. ;___;

Każda sekunda wydawała mu się wiecznością.
Obozowisko emanowało wonią taniego, kwaśnego wina, zapewne najbardziej dostępnych szczyn z Meeren albo Pentos. Któryś z jego giermków, zapewne młody Berrick Marbrand podsunął mu nieśmiało skórzany bukłak, ale Bleddyn oddalił go niecierpliwym ruchem dłoni jak irytującą muchę i chłopak umknął w stronę obozowiska, szybko znikając wśród pospiesznie rozstawianych namiotów. Był spragniony, oczywiście, że tak, ale musiał zachować dotychczasową jasność głowy. Zamierzał wygrać tą bitwę z jak najmniejszymi stratami i wreszcie pokazać Panu Ojcu i bratu, na co stać rozjuszonego lwa. Forma dziękczynnej zapłaty mogła być natomiast różna.
Więc czekał, choć Siedmiu wiedziało, jak piekielnie tego nienawidził.
Kiedy na horyzoncie pojawiła się pierwsza sylwetka kulejącego z lekka człowieka, Lannister płynnym ruchem poderwał się z miejsca i skinął na jednego ze stacjonujących obok żołnierzy.
-Przyprowadź zwiadowcę do mnie, natychmiast.- Rzucił krótko, tonem człowieka, który nie przywykł do jawnych okazów niesubordynacji. Wskazany mężczyzna oddalił się truchtem, nie starając się o zachowanie godności w obliczu nadciągającej furii Lannistera, aby w krótkim czasie powrócić ze wskazanym mężczyzną. Zwiadowcą okazał się być ciemnowłosy obdartus o nierówno przyciętej brodzie, ale jasnym spojrzeniu świadczącym o skrywanej gdzieś głęboko pod łachmanami inteligencji.
-Mój lordzie- rzucił krótko mężczyzna, a potem zdał raport ze swoich poczynaniań, wywołując na twarzy Bleddyna powolny, kpiący uśmieszek samozadowolenia. Głupcy, pomyślał pogardliwie, wsłuchując się w słowa zwiadowcy. Głupcy, którzy na dodatek jeszcze dziś wypłyną z tego zamku na fali własnej krwi, zamiast na drakkarach. Wraz z ostatnim słowem mężczyzny Bleddyn skinął dłonią na dwójkę dowódców: wysokiego Hillsa i jednego z rezydentów Casterly Rock. W tych czasach nie ufał już nikomu, więc wyznaczył dwójkę najlepiej władającą mieczami.
-Harlaw jest głupcem, albo jest szalony, chociaż jedno może nie wyklucza drugiego. Ta brama może okazać się kluczem... jeśli tylko zdołamy trafić do zamka. Hills, wyznacz trzystu ludzi, którzy najlepiej radzą sobie z bronią. Ty, ser, weź ze sobą resztę. Zbudujcie taran, a kiedy będzie gotowy, wymaszerujemy pod główną bramę zamku. Ty zaś, Hills, będziesz czekał na znak. Kiedy któryś z naszych wystrzeli pierwszą płonącą strzałę, razem z trzema setkiami swoich ludzi masz być gotowy do wymarszu. Kiedy rozpoczniemy szturm, masz w granicach możliwości niepostrzeżenie dostać się do zamku boczną bramą. Mordujcie po drodze strażników, palcie, strzelajcie, ucinajcie tylko pieprzonych łbów, ile sobie wymarzycie, a potem przedrzycie się do głównej bramy. Jeśli do tego czasu nie zdołamy jej sforsować, otwórzcie ją nam, a jeśli nam się powiedzie- dołączcie się do wojsk. Przed świtem zamek ma być nasz. Wszystko jasne?
Dwójka mężczyzn wymieniła spojrzenia; jeśli nawet się bali, nie znalazło to odzwierciedlenia na zastygłych w wyrazie dumy twarzach.
-Tak jest, mój lordzie- rzucili zgodnie, aby następnie oddalić się w stronę obozowiska. Lannister przemierzył kilka kroków. Wsparł rękę o rękojeść miecza, a twarz rozjaśnił mu niejasny, krzywy uśmiech, który w poświacie pochodni nabrał drapieżnego wyrazu.
-Wina, Marbrand- rzucił po chwili dziwnie głębokim głosem, a kiedy tylko poczuł pod palcami kształt bukłaka, odkorkował go i wlał sobie do spieczonego gardła kilka długich łyków złotego arborskiego. Wino przyjemnie rozgrzało mu wnętrzności, napędzając już wyostrzone zmysły do jeszcze tęższej pracy. W takiej chwili złożone śluby trzeźwości obchodziły go jeszcze mniej, niż wcześniej.
Powietrze było ciężkie od soli i wilgoci. Czekał.
-Jesteśmy gotowi, panie.- Odezwał się wreszcie jeden z rycerzy o pociągłej, poznaczonej bliznami twarzy. W jego oczach Lannister odnalazł dziką chęć mordu, możliwie przewyższającą jego własne pragnienie. Szybkim ruchem wskoczył na grzbiet Brzaska i spiął jego boki ostrogami, popędzając rumaka do lekkiego truchtu na środek ciemnej kolumny zmierzającej w stronę głównej bramy zamkowej.
Nawet, jeśli dzisiaj przyjdzie mi zginąć, utnę kilka skurwysyńskich łbów, pomyślał, a to zdanie zabrzmiało w jego głowie bardziej słodko od najpiękniejszej z minstrelskich pieśni, i to właśnie ta myśl towarzyszyła mu, kiedy znalazł się wreszcie pod zamkową bramą.
-Czyń swoją powinność- rzucił krótko do stojącego obok łucznika, który napiął cięciwę i wypuścił strzałę. Ciemność nocy przeszył jasny blask powiewającego jak proporzec płomienia, a potem grot wbił się prosto w pierś jednego z obrońców zamku i strącił go wprost do piekła przy akompaniamencie rozpaczliwych wrzasków. Bleddyn wyszarpnął z pochwy miecz; ostrze zalśniło lekko, wyrywając się do walki, a wtedy wojska lannisterów z wyciem godnym sfory lwów uderzyło w zamkową bramę.
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Wyndhall   

Powrót do góry Go down
 

Wyndhall

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Westeros :: Zachód-